wtorek, 23 grudnia 2014

Gry jaskółek scenariusz - Zeina Abirached




MIMO WSZYTSKO, BYĆ MOŻE, MNIEJ WIĘCEJ, JESTEŚMY TU BEZPIECZNI



Bejrut z czasów wojny domowej w Libanie to miasto, w którym nikt nie czuje się bezpieczne. Podzielone na dwie części linią demarkacyjną z cegieł i worków z piaskiem – chrześcijański wschód i muzułmański zachód – stanowi dom dla Zeiny. Kiedy pewnego dnia jej rodzice nie wracają z wyprawy na drugą stronę miasta, dziewczynką i jej bratem zajmują się sąsiedzi, którzy starają się na wszelkie sposoby zapewnić im bezpieczne miejsce, choć na kraj ciągle spadają kolejne bomby…



Genezą tego albumu, można rzec, było zdarzenie z roku 2006, kiedy to autorka – i zarazem jego bohaterka – ZeinaAbirached, natknęła się w sieci na reportaż z 1984 roku. „Wie pan co?” mówiła kobieta na nagraniu komentując sytuację z wojny. „Myślę, że mimo wszystko, być może, mniej więcej, jesteśmy tu bezpieczni”. Zeina była wstrząśnięta, bo ową kobietą była jej babcia. I słowa te (zaczerpnięte przeze mnie ze skrzydełka albumu), doskonale podsumowują ten komiks. Komiks, który nie uniknie porównań z „Persepolis”, ale zarazem z porównań tych wyjdzie obronną ręką.



Historia opowiedziana na niemalże 200 stronach nie opowiada o wojnie wprost. Nie mówi o polityce, kontekście, genezie. Autorka skupia się na opowiedzeniu swojego życia i dzieciństwa spędzonego w przedpokoju, który służył za cały dom. Wojna jest tu obecna w opowieściach sąsiadów i radiu, ale staje się tym bardziej przejmująca i obca. Niezrozumiała swym chorym okrucieństwem i przejmująca  realizmem. Nie trzeba bowiem pokazywać w kadrach rozerwanych eksplozją ciał, czołgów toczących się ulicami, czy żołnierzy plujących ogniem ze swoich karabinów, żeby zaprezentować czym jest prawdziwy konflikt zbrojny.  O to nie front o tym stanowi, nie kolejne bitwy czy polityczne układy, a zwykli ludzie, którzy muszą żyć pomiędzy tym i usiłować życie to zachować.



Szczerość i prawdziwość opowiedzianych tu zdarzeń przeraża, ale nie pozwala się oderwać. Przypomina „Persepolis”, ale zarazem różni się od niego, jak dzień od nocy.



Rysunki także przypominają wspomniane już dzieło MarjaneSatrapi, ale także i ilustracje Charlesa Burnesa. Mroczne, pełne czerni, a zarazem dziecięcej prostoty, idealnie pasują do treści i wzmacniają jej efekt.



„Gry jaskółek” to komiks mocny, dojrzały i trudny. Jego lektura nie należy do łatwych, ale na pewno satysfakcjonujących i każdy, kto po niego sięgnie, jeszcze nie raz powróci do pokazanej w nim historii. Historii, która nigdy nie straci na aktualności i wartości. Dlatego polecam Wam ją całym sobą, a  wydawnictwu „Kultura gniewu” składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Felix, Net i Nika oraz Pałac Snów - Rafał Kosik




KOSZMAR Z ULICY SENNEJ



Felix, Net i Nika powracają stawić czoła kolejnemu zagrożeniu. Tym razem mają jeszcze trudniej bowiem wrogiem są ich sny.



Co się dzieje, nie wie nikt. Gdy trójka bohaterów rozpoczyna drugi rok nauki w swoim nietypowym gimnazjum, miasto ogarnia plaga koszmarów, przez które nie wysypiają się chyba wszyscy. Każdy ze śniących w swych wizjach uprowadzany jest przez tajemniczy czarny pojazd. Dla jednych jest nim karoca, dla innych czarny samochód. Zdarza się i pociąg. Niezależne od pojazdu jednak, miejscem docelowym wydaje się tajemnicze miasto wznoszące nad Warszawą. Felix, Net i Nika starają się rozwiązać zagadkę, kiedy oprócz snów trafiają na tajemniczego mężczyznę szpiegującego Nikę, a także na ulicę Senną, która zdaje się w ogóle nie istnieć…



Główny wątek, oś całej akcji, to kolejny popis wyobraźni Kosika. Autor wciąga czytelnika w senny świat pełen absurdów, dziwacznych zdarzeń i niezwykłych postaci, wśród których zdecydowanie rządzi pewien pluszowy miś. Sama akcja natomiast wciąga, pędzi do przodu, bawi, intryguje i naprawdę nie pozwala czytelnikowi zasnąć – niezależnie od jego wieku.



Drugim wątkiem, prezentowanym w „Pałacu snów” jest życie uczniowskie. Jakby w ramach swoistego rozprężenia, wytchnienia od głównej akcji, dostajemy wielką politykę w niewielkim gimnazjum, kiedy dochodzi do wyborów szkolnych, w które wbrew swej woli wplątany zostaje Felix. Walka postaci o władzę staje się przyczyną wielu zabawnych sytuacji i pretekstem, który pozwala autorowi po raz kolejny przekazać swoją niechęć do polityki – wyraźniej jednak niż dotychczas.



Poza tym wyraźniejsze są także inne rzeczy a mianowicie puszczanie oka do starszych, obeznanych z popkulturą czytelników. Kosik serwuje nam tu masę nawiązań, nie tylko do Harry’ego Pottera, ale także np. do „Autostopem przez galaktykę”, czy „Blade Runnera”. Z lubością odtwarza i wzbogaca motywy, na których się wychował, czy które go fascynują, dając tym samym czytelnikowi niewątpliwą przyjemność z ich odkrywania. Jednym słowem, jest to książka marzeń dla dużych dzieci – a w szczególności chłopców. Marzeń o podróżach, przygodach, niezwykłych zdarzeniach i przyjaźni na śmierć i życie. Nie bez przyczyny Kosik umieścił siebie w roli jednego z głównych bohaterów – Neta.



Dla młodszych czytelników mamy natomiast intrygująco wkomponowane typowe ucząc-bawi. Szczególnie w kategoriach fizyki i informatyki, ale nie tylko. Dlatego trudno nie docenić wartości tej serii i nie polecić jej każdemu, kto lubi dobrą, familijną rozrywkę bogato podlaną sosem z elementów fantastyki. A wydawnictwu Powergraph składam serdeczne podziękowania za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Mroczny trop - Alex Kava




PROSTY TROP



Creed Ryder jest znanym treserem psów, który współpracuje z różnymi służbami. Obecnie zyskuje sławę poszukiwaniem narkotyków. Jego kłopoty zaczynają się, gdy najpierw znajduje przemycane statkiem dzieci, a potem pod jego opiekę trafia nastoletnia Amanda, wykorzystywana przez kartel do przemytu narkotyków.



Tymczasem Maggie O’Dell prowadzi śledztwo w sprawie brutalnego mordu na mężczyźnie, którego zwłoki wyłowiono z rzeki. Wszystko wskazuje na powiązania z narkotykowym kartelem i wkrótce drogi jej i Creeda przecinają się…



Ta książka (początek cyklu o Creedzie, choć to nie pierwsza powieść z nim i nasta już część serii o Maggie) jako jedyna tej autorki w Polsce doczekała się premiery równo ze światową. Czemu? Nie rozumiem. Ani Kava nie jest bestselerową autorką w naszym kraju, ani wielką pisarką, ani… ani właściwie nic. Ale jej książki sprzedają się dobrze i dobrze sprzeda się także ta część. Tylko czy jest tego warta?



Od lat krąży przekonanie, że gatunek thrillera się skończył. Nie da się już powiedzieć w nim niczego oryginalnego, niczym zaskoczyć. Czasem zdarzają się wyjątki, ale niestety Kava do nich nie należy. Jej książki, także tą najnowszą, czyta się lekko i szybko, ale niestety niewiele z tego wynika. Jak powiedział kiedyś Chuck Palahniuk, powieści, które czyta się zbyt łatwo, łatwo także zapomina. Jest to prawda, którą znam z autopsji, a poprzednich książek Kavy prawie w ogóle już nie pamiętam. Ba! Wiele treści wypadało mi z pamięci już w trakcie.



W „Mrocznym tropie” (zresztą kto tak przekłada tytuł? Owszem, oryginalnej gry słów przełożyć dosłownie się nie da, ale coś takiego???) dostajemy właśnie tyle. Szybką, prostą i pustą rozrywkę, która wypada z pamięci po odłożeniu książki na półkę. Nie ma tu głębi, nie ma przesłania, jest tylko akcja, ale i tej brak polotu. Bo na czym powinien opierać się thriller psychologiczny? Na budowaniu napięcia? Wywoływaniu dreszczy? Kava nie potrafi tego robi. W pierwszych dwóch, trzech powieściach jakoś jej się udawało, teraz nie pozostało z tego nic. Niby są zwroty akcji, niby ciągle coś się dzieje, ale emocji nie ma prawie w ogóle. Całość jest przewidywalna, a na dodatek czytelnika i tak nie obchodzi co się za chwile stanie. Zawodzi też psychologia – druga najważniejsza składowa tego gatunku – przez co postacie są płaskie i stereotypowe. Nudne wręcz. Zginą? Przeżyją? Jakie to ma znaczenie?



Poza tym Kava od lat popełnia te same błędy. Skoro Maggie jest profilerką, czemu działa jak agent terenowy? Ten brak konsekwencji drażnił i drażni. Tak jak i ciągłe przypominanie przeszłych wydarzeń. Z drugiej strony, skoro te wypadły już z pamięci czytelnika, przydaje się takie streszczenie – tylko, co to świadczy o jakości tej literatury?



Nie mniej powieści nie brak plusów. Jest lepsza od poprzedniej, i od dennych „Kolekcjonera”, „Czarnego piątku”, „Fałszywego kroku” czy „Trucizny” tej autorki. Tożsamość mordercy też nie stanowi oczywistości, choć oczywistość stanowi już to jakiej on jest profesji. Najlepsza z całości wydaje się okładka, ale to za mało.



Dlaczego więc czytam Kavę? Kiedyś trafiłem na nią przypadkiem, kupiłem okazyjnie 4 powieści, potem kolejne a później jakoś szkoda było rezygnować, skoro posiadałem już tyle. Niestety nie różni się ona od masy innych podobnych autorów – chociaż część z nich, kobiecych, bije stylistycznie – i jest takim literackim odpowiednikiem fast foodu.

Mimo jednak całego tego mojego sarkania, książkę można przeczytać bez bólu i bawić się nieźle –szczególnie jeśli wielbi się psy. Na dodatek stali czytelnicy odnajdą tu przebłyski dawnej świetności Kavy. Ale ja wolę innych autorów, którzy mają do powiedzenia coś więcej, niż tylko samą fabułę, choć i tego typu literatura jest potrzebna.



Fanom polecać nie muszę, przeciwników odstręczać także. A całą resztę? To już Wasza decyzja. Ja daję książce ocenę Dobra i wierzę, że Kava wyciśnie z siebie coś jeszcze, tak jak w dawnych czasach.

piątek, 12 grudnia 2014

Felix, Net i Nika oraz Teoretycznie Możliwa Katastrofa - Rafał Kosik




PRAKTYCZNIE BARDZO DOBRA KSIĄŻKA



TMK. Teoretycznie Możliwa Katastrofa. Coś czego można by było uniknąć, gdyby wcześniej ruswzyć głową. Felix, Net i Nika wpadają w kolejne takie tarapaty. Ledwie co pokonali Gang Niewidzialnych Ludzi, rok szkolny powoli dobiega końca, ale oto w wyniku dziwnych zdarzeń, czeka ich wydalenie ze szkoły. A pomóc może tylko złamanie wszelkich przepisów. Ale to nie koniec problemów. Kiedy bowiem zaczynają się wreszcie wakacje, odwiedziny w tajemniczej podziemnej niemieckiej bazie, stają się wstępem do największej przygody życia trójki nastolatków. Ale czym jest tajemnicze urządzenie znalezione w bazie i czemu dziwne świetliste istoty zdają się śledzić naszą trójkę?



Ten tom, w odróżnieniu od poprzedniego, to już rasowa, długa powieść przygodowa dla czytelników w każdym wieku. Nie przypomina już zbioru opowiadań przerobionego na jedną historię, a właśnie tą jedną historią jest. Historią, która nie ustrzeże się porównań do Harry’ego Pottera, książek Tove Janson  i poleskiej literatury dziecięcej szczytowego PRL-u, ale z wszystkich tych porównań wyjdzie zdecydowanie obronną ręką. Głównie dzięki nowoczesności i swojskości, nadających jej charakterystyczny styl i klimat. Kosik pisze lekko, ciekawie, a pomysłowością zaskakuje na każdym kroku. Na dodatek nie traktuje czytelnika infantylnie, treść nadaje się dla każdego przedziału wiekowego i każdy znajdzie tu coś dla siebie. Dlatego, choć mogła to być teoretycznie możliwa katastrofa, w praktyce wyszła z tego bardzo dobra książka.



FNiN to taka historia marzeń każdego małego chłopca (nawet zamkniętego w ciele dojrzałego już mężczyzny), który wychował się na kultowych już teraz książkach, które dawały radość kolejnym pokoleniom, filmach dla dzieci i tzw. Kinie Nowej Przygody. Nie chcę tu za wiele zdradzać, a porównania, które cisną mi się na usta (czy bardziej adekwatnie rzec, klawiaturę), stanowiłyby spoiler w chwili, w której wymieniłbym tytuły konkretnych filmów, ale jestem fanem przygodowego i fantastycznego kina lat 80 i mnóstwo z niego właśnie odnalazłem w tym tomie.



Akcja, humor, przygody… Wszystko to przyjemnie narasta i kumuluje się, ujście znajdując w finale – udanym i zaskakującym zresztą. Wprawdzie Kosikowi wkradło się kilka błędów, ale na szczęście takich, na które nikt nie zwróci większej uwagi, a nawet jeśli, zignoruje je zachwycając się całą resztą.



Tom, jak wszystkie inne, czytać można bez znajomości poprzedniego, ale dla fanów autor przygotował wiele smaczków. Nie będę ich wymieniał, ale powiem, że każdy, kto ciekaw był, co stało się z rodzicami Niki, teraz będzie miał okazję dowiedzieć się szczegółów. Czy wszystkich? To już oceńcie sami, czytając powieść. Zachęcam Was naprawdę gorąco, a wydawnictwu Powergraph składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

sobota, 6 grudnia 2014

Hobbit w malarstwie i grafice J.R.R. Tolkiena - John Ronald ReuelTolkien, Wayne G. Hammond, Christina Scull






CO BY BYŁO GDYBY… TOLKIEN BYŁ RYSOWNIKIEM?



„Hobbit” to klasyka literatury nie tylko dziecięcej i nie ma chyba człowieka, który nie kojarzyłby chociaż ze słyszenia przedstawicieli tytułowej rasy. Dzieło Tolkiena, które dało początek całej mitologii Śródziemia, a zarazem zapoczątkowało literaturę fantasy po dziś dzień jest nieprzerwanie wznawiane, przypominane kolejnym pokoleniom i na nowo odkrywane. Edycji jest wiele, wersji ilustracji całe mnóstwo. Rzadko jednak trafiają się wydania z grafikami samego autora. Teraz jednak każdy może obejrzeć komplet ilustracji J.R.R. Tolkiena stworzonych an potrzeby „Hobbita”, a na dodatek przeczytać historię ich powstawania, a także historię powstawania kolejnych wersji samej książki.



Album został wydany pięknie. Gruby kredowy papier, świetna jakość reprodukcji, twarda oprawa i twarde, ekskluzywne pudełko zamykające w sobie to wszystko, ozdobione niesamowitą ilustracją Tolkiena. Już samo to wystarczy, by zachwycić się niniejsza publikacją, ale przecież przed czytelnikami jeszcze cała reszta – zawartość, która urzeknie nie tylko fanów przygód Bilbo Bagginsa.



Tolkien nie wierzył w siebie jako ilustratora. Nie wiem czemu, ale tak było. Wystarczy jednak rzucić okiem na jego ilustracje, by przekonać się, że w tym przypadku absolutnie nie miał racji. Autorzy tego albumu zadali sobie wiele trudu by wygrzebać nie tylko komplet opublikowanych grafik – tych kolorowych i tych czarno-białych także, a nawet pierwsze ich wersje czy szkice. Dzięki temu dostajemy wgląd w to, jak ewoluowały, jak wyglądały w wersji jednobarwnej, a jak w kolorze nałożonym kredkami czy akwarelami.  Poza tym na stronach tego albumu zebrano także inne ilustracje Tolkiena z „Silmarilionu” czy „Łazikantego „, które stały się podstawą późniejszych do „Hobbita” a także pierwsze wersje okładek.



Ale nie tylko ilustracje w tej publikacji są rewelacyjne. Także sama treść stanowi nie lada perełkę. Dowiadujemy się z niej bowiem dlaczego dana ilustracja wyglądała tak, a nie inaczej, poznajemy proces jej tworzenia, dostajemy fragmenty listów autora odnośnie rysunków, jego przemyślenia i komentarze…



Trudno wymienić tutaj wszystko, co znajduje się na stornach „Hobbit w malarstwie i grafice J.R.R. Tolkiena” – to po prostu trzeba zobaczyć i przeczytać samemu. Nawet jeśli nie jest się fanem autora. Grafiki są bowiem tak znakomite, że każdego mogą zachęcić do sięgnięcia po legendarną powieść, dla której powstały. Co się zaś tyczy samych fanów, nie wyobrażam sobie, by obok takiej pozycji mogli przejść obojętnie.



A ze swej strony składam serdeczne podziękowania dla wydawnictwa Amber za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

piątek, 5 grudnia 2014

Marek Piekarczyk. Zwierzenia kontestatora - Leszek Gnoiński, MarekPiekarczyk




ZWIERZENIA ROCKMANA



Marek Piekarczyk. Któż nas go nie zna, albo chociaż nie kojarzy? Wokalista kultowego już TSA, juror z „The Vioce of Poland”. Znamy jego teksty, znamy jego wygląd, ale czy znamy jego samego? Jego jako człowieka? Kim jest, jakie wiódł życie, co kocha, czego nienawidzi… „Zwierzenia kontestatora” pomogą nam odkryć to wszystko i poznać prawdziwego Marka Piekarczyka.



Wywiad rzeka to zdaniem wielu najłatwiejszy sposób pisania (auto)biografii. Wystarczy usiąść, zadawać pytania, przepisywać odpowiedzi i książka gotowa. Materiał tworzy się sam, trzeba dorzucić tylko trochę zdjęć, jakoś to wszystko poskładać. I gotowe. Nie wielu jednak zdaje sobie sprawę, że naprawdę dobry wywiad to także wielka sztuka i nie umniejsza to wcale jego wartości literackiej, a takim dobrym wywiadem jest właśnie omawiana przeze mnie pozycja.



O stylu ciężko powiedzieć tu coś konkretnego, bowiem ten w ścisłym słownikowym znaczeniu tego pojęcia, nie występuje w przypadku wywiadów. Jeśli zaś spojrzeć na treść „Zwierzeń…” spojrzeć pod kątem lekkości i przystępności, śmiało można powiedzieć, że jest to lektura łatwa i przyjemna, choć zdecydowanie nie pusta. Przecież ludzkie życie samo w sobie nie jest puste, zawsze coś z niego wynika i pozwala na wyciąganie własnych wniosków, a tych na pewno uda się wyciągnąć wiele ze słów Marka Piekarczyka. Znany wokalista i tekściarza, poeta, krok po kroku prowadzi nas przez swoje życie od wczesnego dzieciństwa, przez młodość w latach szczytowej komuny i tułacze losy, jako hipisa, przez początki kariery i jej rozwój, po czasy obecne.



Jakim człowiekiem jest Piekarczyk? Jaki portret wyłania się ze stron autobiografii? Nie mi to oceniać. Jedni pokochają go jeszcze bardziej, inni znienawidzą – pewne jest jedno, nie przejdą obok tej książki obojętnie, a to już jest duży sukces. Piekarczyk zebrał się na szczerość, czasem bolesną, nie ukrywa swoich ciemniejszych storn i rzeczy, które zrobił. Relacjonuje to co przeżył, co widział i co go zmieniło, i choć można się z nim nie zgadzać, nie można jednak odmówić mu wyrazistości.



Natomiast abstrahując już od postaci samego Marka, od tego kim jest i co dokonał, książka prezentuje także inne wartości. Oprócz naprawdę fascynującego portretu szczytowej komuny, jaki otrzymujemy na początku, dostajemy także szczegółową relację z tego, jak wyglądała polska scena muzyczna na przełomie ostatnich czterdziestu lat, znane festiwale, czy wytwórnie. Ze stron wylewają się ciekawostki i anegdoty związane z branżą, obok ciekawostek masa zdjęć, a na dokładkę wiersze/niepublikowane teksty pisenek Piekarczyka i kolorowe wkładki, oraz kalendarium i pełną dyskografię.



Dlatego też, jeśli lubicie nie tylko TSA czy Piekarczyka (dla fanów to pozycja absolutnie konieczna!), ale muzykę w ogóle, powinniście zapoznać się z tą publikacją, publikacją ciekawą, wyczerpującą, intrygującą i naprawdę przyjemną w lekturze. A ja ze swej strony składam wydawnictwu SQN podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

wtorek, 2 grudnia 2014

Felix, Net i Nika oraz klątwa domu McKillianów - Rafał Kosik




HARRY P0TTER I SHERLOCK HOLMES



Felix, Net i Nika przybywają do Londynu na zaproszenie Angusa i William. Na miejscu szybko okazuje się, że coś jest nie tak, kiedy na lotnisku nikt na nich nie czeka. Na własną rękę docierają do szkockiej posiadłości Beastlycrag, nad jeziorem Loch Argor, gdzie mieszkają przyjaciele, ale nie dość, że ci wyjechali, to jeszcze bohaterów nękają dziwne sny (?) zdające się zwracać ich uwagę na zagadkę sprzed wieków…



Seria Felix, Net i Nika powstała na fali popularności Harry’ego Pottera, ale szybko zyskała własny, swojski sznyt i charakter. Kosik wrzucił do jednego wora trójkę bohaterów i najróżniejsze rzeczy, jakie przychodziły mu do głowy, a że jest płodnym i pomysłowym twórcą, wyszło z tego póki co 13 tomów (plus opowiadanie, wydane jako e-book) i nie zanosi się by był to koniec.



W najnowszym, trzynastym właśnie, trójka tytułowych bohaterów zjawia się w Wielkiej Brytanii spędzić wakacje. Skojarzenia z Harrym Potterem są więc jak najbardziej na miejscu, ale szybko znikają, kiedy na horyzoncie pojawia się ponure szkockie zamczysko pełne tajemnic, a wizje bohaterów przenoszą nas wraz z nimi do wiktoriańskiego, utrzymanego w steam punkowych realiach Londynu (i nie tylko). Do tego dochodzą niedźwiedziołaki, dziwne istoty, prawie-potwór z Loch Ness żyjący w okolicznym jeziorze i zagadka, z której rozwiązaniem na poradził sobie nawet słynny Sherlock Holmes.



Fabuła wciąga więc, zaciekawia i – co najistotniejsze – skutecznie zaskakuje. Ale czytelnik poza wszytkim  tym czego oczekiwał, dostaje także wiele ciekawych i często gorzkich rzeczy i prawd, skrytych pod płaszczykiem humoru – a humoru jest tu przecież naprawdę dużo.



Całość przypomina więc połączenie Harry’ego Pottera z Sherlockiem Holmesem i… „Wakacjami z duchami” i pokazuje, że Kosik, który całą serią bawiąc uczy i zapewnia masę niegłupiej rozrywki, doskonale nadaje się na kontynuatora spuścizny takich autorów, jak Bahdaj, Niziurski, Nienacki czy sam Makuszyński nawet. I zarazem jest bardziej od nich strawny dla współczesnych, przyzwyczajonych do szybkiego tempa i technologicznych nowinek czytelników.



Dlatego polecam Waszej uwadze cały cykl, niezależnie od wieku – tego typu literatura nie ma ograniczeń wiekowych i założę się, że wielu dorosłych będzie się bawiło lepiej niż dobrze na przygodach trójki sympatycznych bohaterów, a wydawnictwu Powergraph składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

piątek, 28 listopada 2014

(Nie) mam się w co ubrać - Karolina - Charlize Mystery - Gliniecka




JUŻ MASZ SIĘ W CO UBRAĆ



Kobieta i jej szafa. Która z Pań nie stawała przed nią, otwierała drzwi, zaglądała do środka i... I co teraz na siebie włożyć? Co wybrać? Jak dobrać dodatki? Co.. gdzie.. jak... po co.. czy...



Która z Pań tego nie zna, i który z Panów nie doświadczył tego czekając i czekając i czekając na swoja kobietę.



I w takich sytuacjach z pomocą - choćby i tylko częściową, ale zawsze - przychodzą wszelkie magazyny modzie poświęcone, programy i poradniki. Poradniki takie, jak np książka znanej i docenionej przez prestiżowe firmy polskiej blogerki Karoliny Glinieckiej, kryjącej się pod pseudonimem Charlize Mystery.



Jak jednak wyszedł ten poradnik? Prowadzenie bloga, nawet docenianego nie tylko w rodzimym kraju, to przecież jedno, a napisanie prawdziwej, rasowej książki to rzecz z zupełnie innej bajki. Na szczęście, i mogę to powiedzieć z czystym sumieniem, styl Karoliny jest lekki, szybki w odbiorze i co chyba najważniejsze, wyczerpujący. "Nie mam się w co ubrać" stanowi bowiem kompendium wiedzy o modzie w pigułce. Autorka zebrała tutaj wszystko, co wie w temacie - a wiedzę ma rozległą - i przedstawiła dzieląc na rozdziały poświęcone każdy innej części garderoby czy dodatku. Wszystko okrasiła masą zdjęć prezentując dane ubiory i kombinacje na samej sobie, dołączyła słowniczek terminów, porcję grafik, omówiła rodzaje sylwetek i kształtów, pomagając dobrać należyte do nich kroje, a także dorzuciła kilka słów o historii konkretnych ubiorów, czy anegdoty z nimi związane.



Jak więc widać, dołożyła wszelkich starań, by z książki zrobić jak najbardziej kompleksowy i wyczerpujący, a jednocześnie nie nużący poradnik. By wiedzę podać, bez zbędnego wodolejstwa, zamkniętą w pigułce, choć zarazem na całkiem solidnej ilości (350) stron.



Do tego warto także wspomnieć o wydaniu, które w tym wypadku odgrywa znaczącą rolę. Za niewielką cenę czytelnik (bo nie tylko dla czytelniczek jest to pozycja, choć z wiadomych przyczyn brak tu mody męskiej) otrzymuje bogato ilustrowaną, wydrukowaną na grubym, kredowym papierze książkę zamkniętą w twardej oprawie. Walor estetyczny publikacji, tak ważny dla kobiet, sprawia. że pozycja ta znakomicie prezentuje się na półce domowej biblioteczki.



I cóż więcej można dodać? Chyba tylko polecić wszystkim zainteresowanym tematem, kobietom, chcącym bardziej świadomie się ubierać oraz mężczyznom, pragnącym zrobić swym ukochanym miły, nie koniecznie z konkretnej okazji - choć ta mikołajkowo-gwaizdkowa jest całkiem niczego sobie - prezent. A wydawnictwu SQN składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

czwartek, 27 listopada 2014

Pięć tysięcy kilometrów na sekundę - Manuele Fior




PIĘĆ TYSIĘCY UCZUĆ NA SEKUNDĘ



Pierro i Lucy. Miłość. Wkraczanie w dorosłość. Odpowiedzialność. Starzenie się. Odkrywanie tego co jest ważne, co boli, co zmienia i co daje nadzieję. Szukanie. Ludzie. Rodzina, marzenia. Jednym słowem życie.



Tak po krótce mogę streścić fabułę powieści graficznej Manuele’a Fiora, architekta, którego pierwsze komiksy ukazywały się w tak prestiżowych pismach, jak „The New York Times” czy „Rolling Stones”. „Pięć tysięcy kilometrów na sekundę” przyniosło mu nagrodę dla najlepszego komiksu na cenionym festiwalu w Angoulême i jak się okazuje po lekturze tego albumu, absolutnie zasłużenie.



Komiks o miłości i życiu to komiks niszowy. Czasem zdarzają się rzeczy, które zdobywają rozgłos, uznanie, ale to naprawdę rzadkość. Wystarczy wymienić choćby serię „Strangres in Paradise” (ponad 10o0 zeszytów i nagrodą Eisnera) czy „Ghost World”, które doczekały się więcej, niż niewielkiego grona czytelników. A jakie tytułu poza tym? Każdy potrafi wymienić na pęczki historie o superbohaterach w przyciasnych trykotach, które, jak większość popowych opowiastek, prawie nie wybijają się ponad przeciętność, podczas, gdy zapomniane zostają opowieści naprawdę wielkie i ambitne. A do nich właśnie zalicza się „Pięć tysięcy…”.



O fabule, jak o ludzkim życiu, trudno powiedzieć coś konkretnego, żeby nie popaść w ogólniki, a zarazem nie powiedzieć zbyt wiele. Historia opowiedziana w tym albumie, to po prostu opowieść o ludziach. Dostarcza emocji i wzruszeń, czasem goryczy. Dużo tutaj prawdy, dużo psychologia i szczerości, a zarazem lekkości ich zaserwowania i talentu w pokazaniu zwyczajności w fascynujący sposób.



Strona graficzna jest prosta, ale w tej prostocie skuteczna u urzekająca. Kreska jest stonowana i delikatna, kojarząca się z filmem animowanym „Trio z Belville”, ale także „Persepolis”, pastelowe barwy dobrane idealnie, klimatyczne i wystylizowane. Tam, gdzie tego potrzeba, uderza nas realizm, tam gdzie realizm jest zbędny, zakrada się senna wręcz wizja. A czytelnik, za każdym razem jest zachwycony i chce więcej, nawet – a może w szczególności – wtedy, kiedy przerzucił już ostatnią stronę. Tę ostatnią, pozostawiającą go z pytaniem: jak długo (i jak wiele), przetrwać może miłość?



Do tego dochodzi tradycyjne dla KG świetne wydanie i przystępna cena.



I…



i cóż tu więcej rzec, jeśli nie tylko tyle, że polecam ten album każdemu, kto ceni poważne, ważkie i trudne opowieści, niosące ze sobą coś więcej niż tylko dialogi i ilustracje. Opowieści, które zapadają w pamięć i serce, i do których ciągle się wraca. Natomiast wydawnictwu Kultura Gniewu składam serdeczne podziękowania nie tylko za udostępnienie mu egzemplarza do recenzji, ale przede wszystkim za to, że mają odwagę wydawać niemainstreamowe, naprawdę dojrzałe i ambitne komiksy.

W obcej skórze - Anna Andruchowicz




W OWCZEJ SKÓRZE



Oto historia wilka, którego polowanie z drobnej porażki szybko przeradza się w walkę o przetrwanie. Z pomocą przybywa mu jednak dziwaczna istota…



Ten komiks stanowi pracę dyplomową studentki Akademii Sztuk Pięknych z wydziału grafiki. Pracę zrealizowaną w Pracowni Rysunku Narracyjnego i fakt ten mówi wszystko o tym, jaki rodzaj historii otrzymujemy. Pamiętacie może akcję Nuff Said, jaką ponad dekadę temu zorganizował Marvel? Całość polegała na tym, że najwięksi twórcy prowadzący czołowe serie tego wydawnictwa, mieli zaprezentować nieme zeszyty. Żadnych dialogów, żadnych onomatopei, tylko sporadyczna kwestia, kilka słów rzuconych w finale. Historię, a więc i emocje, opowiadać miały tylko i wyłącznie rysunki. trudna to sztuka, rzadko spotykana, ale tym bardziej ceniona. Na podobny zabieg zdecydowała się właśnie Anna Andruchowicz albumem „W obcej skórze” i nie dość, że zrobiła to wyśmienicie, to jeszcze zaprezentowała historię nie banalną i zawierającą przesłanie. Metaforyczną przypowieść z pogranicza moralitetu, wręcz alegorię, mówiącą bardzo dużo o nas, ludziach, naszym życiu i współczesnym świecie - choć ani jedna scena nie rozgrywa się przecież w sceneriach cywilizacyjnych. – i odrzuceniu, samotności, alienacji, jaka nas spotyka wśród tzw. „swoich”.



Tyle o scenariuszu i fabule. Nie chcę bowiem sugerować żadnych więcej interpretacji, narzucać własnych wniosków – autorka tego nie czyni, więc nie zamierzam i ja. Interpretacji jest bowiem tyle, ile czytających i ile doświadczeń w nich samych, i zmieniają się wraz z naszym życiem. Teraz zamierzam rzec słowo, czy dwa o rysunkach, skoro to na nich opiera się cały album. Jakie są, jaki jest styl Anny?



Wszystko, co widzimy na 48 stronach, stworzone zostało ołówkiem w odcieniach szarości. Ale za to jak wspaniale. Kreska to znakomity przykład europejskiego hiperrealistycznego rysunku. Rysunku dopracowanego do perfekcji. Każdy kadr, każda plansza nie tylko urzeka realizmem, ale zaskakuje pieczołowitością szczegółów. Pojedyncze włosy futra, piórka w skrzydłach ptaków, gałązki… „po prostu wspaniale. Wspaniałe jest także to, jak Anna operuje dynamiką i perspektywą, którymi wspaniale przekazuje emocje i treść.



Całości dopełnia znakomite wydanie (twarda oprawa, format A4, gruby papier), które stwarza wrażenie obcowania z osobistym szkicownikiem autorki.



Konkluzja tej recenzji będzie więc przewidywalna do bólu. Cenicie medium komiksu i nie podzielacie zdania, że historie obrazkowe są tylko dla dzieci? To komiks ten – historia o dzikości, i przysłowiowej owczej skórze, z odwróceniem ról - w sam raz dla Was. Jak zresztą wszystkie pozycje z wydawnictwa Kultura Gniewu, któremu składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

wtorek, 25 listopada 2014

Przebudzenie - Stephen King


COŚ SIĘ STAŁO... TO SIĘ NIE ODSTANIE



Jamie poznał pastora Jacobsa, kiedy jako dziecko mieszkał w Harlow. Wtedy pastor po stracie bliskich powiedział bluźniercze kazanie, które pozbawiło go posady. Teraz Jamie jest już dorosły i znów spotyka Jacobsa. Teraz były pastor uzdrawia ludzi za pomocą elektryczności. Ale czasem uzdrowienia niosą ze sobą coś więcej. Skutki uboczne. Jak stwierdza Jamie - Coś się stało. Nie ma tylko pojęcia jak wiele...



Najnowsza powieść Kinga to po dość przerywnikowym "Panie Mercedesie" właściwa pozycja w dorobku Króla. Może nie jest to dobre określenie, ale wiemy, że ksiązki Stephena dzielą się na te właściwe i jakby zapychacze - czasem robione na zamówienie, czasem pisane, bo był pomysł ale takie nie do końca idealny. "Przebudzenie" należy do tych pierwszych i trzeba powiedzieć od razu, że jest to naprawdę znakomita powieść.



Na tą znakomitość składa się wiele rzeczy, ale po pierwsze jest to zdecydowanie fabuła. Fabuła, jak w najlepszych utworach psiarza, przede wszystkim obyczajowa. Wprawdzie nie wiem który już raz w karierze Kinga dostajemy historię uzależnionego, który odbija się od dna (i który już raz bohaterem jest muzyk - najpopularniejszy u niego typ bohatera obok pisarza i nauczyciela - jak zresztą Stephen sam mówił: pisz o tym, na czym się znasz, a sam jest przecież także i muzykiem), ale nie psuje to odbioru. Fabuła pełna jest emocji, pięknych scen i czasem wręcz poezji - wiosenne roztopy, że wymienię jedną z takich scen. Jest także groza, ale groza bliższa temu, co znamy. Groza wynikająca z jednej z najniebezpieczniejszych rzeczy znanych człowiekowi - elektryczności. Owszem, nie brak tu także tej klasycznej, horrorowej, ale taki jest już King. Taki był zresztą w najlepszych czasach i taki na powrót stał się ostatnio.



Drugą rzeczą, dzięki której powieść jest tak udana, jest styl. Lekki, przyjemny, szybki, pozbawiony dłużyzn, podany w narracji pierwszoosobowej, w której Król gustuje ostatnimi czasy.



Trzecią, nawiązania. Nie dość, że pełno tu odniesień do życia Stephena i jego matki, to dawno nie było takiego multum nawiązań do jego powieści. Najbardziej w oczy rzucają się łączniki z "Joylannd", "Miasteczkiem Salem", Castle Rock czy "Mroczną Wieżą", ale fani znajdą tu o wiele więcej, a ja nie zamierzam psuć im zabawy w odnajdywaniu ich.



Pozostaje jednak pytani co z finałem. Wiemy jaką Król ma tendencję do niszczenia finału, wiemy jakie tandetne pomysły potrafią nawiedzać jego powieści (i głowę przede wszystkim). Więc jak jest w przypadku „Przebudzenia”? Cóż… dobrze, choć nie idealnie. 90% książki to historia obyczajowa, więc trochę przesadzone (na szczęście tylko trochę) wizje tego, co za drzwiami (czytelnicy wiedzą o co chodzi) trąci kiczem. Wiem, że to po części hołd Lovecraftowi (a także i Frankensteinowi), ale Lovecraft był bardziej przekonujący – nie istotne, że pewnie dlatego, iż rzeczy, które opisywał widział na co dzień przez chorobę psychiczną i narkotyki. Nie mniej nie psuje ono całości a powieść okazuje się najlepszą w ostatnich kilku latach. Zdecydowanie lepszą od „Pana Mercedesa” i godną polecenia każdemu. Szczególnie tym, którzy pokochali starego Kinga. Bo „Przebudzenie” to właśnie taki stary King, jeśli chodzi o treść (szaleńcy religijni, nowa groza pomieszana z tradycyjną, dużo obyczajowości i psychologii…) i nowy, jeśli chodzi o pisarstwo.



Poza tym Stephen to jeden z tych autorów, których książki można kupować w ciemno,  a powyższa powieść jest dowodem na to, że w ciemno kupować warto.

piątek, 14 listopada 2014

Sons of Anarchy: Tom 1. Synowie Anarchii - Christopher Golden, DamianCouceiro



SONS OF A B******

Córka Hermana Kozika znalazła się w tarapatach bez wyjścia. Jedyne co jej pozostaje to szukać ratunku wśród dawnych druhów ojca, Synów Anarchii Samcro. Narwany Tig postanawia zapewnić jej bezpieczeństwo wszelkim kosztem, nawet jeśli będzie to oznaczało wojnę...



Adaptacje czy kontynuacje komiksowe, nawet spin offy, znanych seriali czy filmów są praktyką dość powszechną. Jeśli coś się przyjmie w jednym medium, wszystkie inne starają się to od razu zaadaptować na swój grunt. Wystarczy spojrzeć na kultowe "Gwiezdne Wojny" czy "Aliens" żeby zobaczyć jak można eksploatować hit. Zazwyczaj są to dzieła przeciętne, szczególnie adaptacje seriali (wystarczy nadmienić komiksy z serii "24"), czasem jednak trafiają się w tym błocie perełki i jedną z nich jest właśnie licząca 14 zeszytów seria "Synowie Anarchii".



Serialowy pierwowzór jest dużym hitem (w Stanach trwa właśnie 7 seria), którego oglądalność utrzymuje się na poziomie ok 5 mln widzów. Musiały więc się pojawić jakieś dodatki i oto na rynek trafił cykl komiksów. Odpowiedzialni za nie zostali Christopher Golden (spec od podobnych rzeczy, autor powieści o Buffy - postrachu wampirów) i Damian Couceiro (odpowiedzialny choćby za komiksy z cyklu "Planeta Małp"), ludzie którzy znają się na tego typu robocie, wynikiem czego powstał komiks, który zachwyci fanów serialu - serwując im nowe wątki spomiędzy sezonów 4 i 5 a zarazem akcję toczącą się równolegle do serii 5 - a osobom go nie znającym, pokaże dlaczego został tak doceniony.



Scenariusz to kawał solidnej roboty z gatunku sensacji, nawet rzekłbym, że noir. Akcja jest tu szybka, brudna, gorzka, a ponad to - a może przede wszystkim - brutalna i krwawa. Poprowadzona w dynamiczny sposób zaskakuje zwrotami akcji i świetnym klimatem. Klimt dodatkowo budują znakomite rysunki, ale zanim powiem o nich coś więcej, chcę dodać jeszcze słowo o treści. W przypadkach spin offów czy uzupełnień innego medium zawsze rodzi się pytanie, co z czytelnikami, którzy nie znają pierwowzoru? W przypadku "Sons..." (prawdziwych, twardych sons of a b****** chciałoby się rzec) nie stanowi to problemu. Owszem, odwołań jest wiele, ale akcja nie wymaga znajomości serialu, a wszystkie istotne dla fabuły rzeczy wyjaśniają się w jej trakcie. Dlatego album ten polecam również tym, którzy nie znają pierwowzoru, a cenią sobie dobre, męskie, mocne komiksy narysowane w naprawdę dobr6ym stylu.



Kreska w "Synach..." to dość typowa amerykańska robota, z tym że, zarazem godna uwagi. W ostatnich czasach bowiem w Stanach popularne są eksperymenty na tym polu, często dość ekstrawaganckie (spójrzcie chociaż na czołowych przedstawicieli Marvela z minionego roku), tutaj natomiast zaserwowana nam zostaje klasyczna, solidna kreska, która ma momenty iście rewelacyjne (sceny leśne rządzą!) a charakterystykę amerykańskich miast oddaje wręcz idealnie. A wszystko to doprawione wyśmienitym kolorem - komputerowym, ale nałożonym z głową i pomysłem.



Na koniec muszę jeszcze wspomnieć o perfekcyjnym wydaniu. Świetne tłumaczenie, twarda oprawa, gruby, kredowy papier i prawie 30 stron dodatków, na które składają się alternatywne okładki, czy ewolucja przykładowych stron od szkicu po skończoną planszę, a na deser plakat z bohaterami serialu. A wszystko to za naprawdę świetną cenę.



Dlatego jeśli lubicie podobne klimaty, polecam Wam ten komiks (składa się na niego pierwsze 6 zeszytów, więc przed nami jeszcze sporo przygód chłopaków z Samcro) - fanom nie muszę, dla nich poznanie go to konieczność - a wydawnictwu SQN składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi "Synów Anarchii" do recenzji.

piątek, 7 listopada 2014

Zapiski nosorożca. Moja podróż po drogach, bezdrożach i legendachAfryki - Łukasz Orbitowski



BLUESOWA KSIĄŻKA

Afryka. Czarny ląd. Kraj upalny, niegościnny. Wimy jaki jest, znamy go z telewizji, z książek... Każdy coś słyszał, każdy coś kojarzy. Ale jaki jest, kiedy spojrzy się na niego okiem turysty spędzającego tam wolny czas? Turysty, który jest jednocześnie poczytnym autorem powieści z zakresu szeroko pojmowanej fantastyki?



Przyznam się szczerze, że nie czytuję książek podróżniczych. Literatura tego typu - choć programy, i owszem, oglądam - nie przemawia do mnie do końca. Poza tym za samym Orbitowskim także nie przepadam. Wiem, że narażam się tym stwierdzeniem wielu ludziom, ale cóż na to poradzę? "Zapiski nosorożca" winny być więc dla mnie czymś niestrawnym - a jednak! Jak pamiętamy z matematyki minus i minus daje plus i w tym wypadku tak właśnie się stało, a książka nie dość, że mnie urzekła, zachwyciła i zaskoczyła ciekawostkami i szczerym spojrzeniem na RPA, to jeszcze pochłonąłem ją dosłownie jednym tchem!



"Zapiski..." to książka subiektywna, prosta, skuteczna i porywająca. Książka szczera i przypominająca mi publicystyczne dokonania Orbitowskiego, które zawsze sobie ceniłem. Nie najdziemy tu klasycznego omówienia RPA, przedstawienia historii regiony, polityki czy flory i fauny. Owszem, wszystko to po części znalazło się na stronicach książki, ale Łukasz przede wszystkim skupił się na własnych odczuciach, fascynacjach i przemyśleniach. Skupił się na widokach, ale w równym stopniu skoncentrował także na ludziach. Tych zwykłych, nie modelowych, ale zwyczajnych osobach, jakie napotyka się na drodze. Chwilowych znajomych, z którymi się porozmawia szczerze i otwarcie, bo już więcej się ich nie spotka.



Czarny Ląd, jaki maluje w "Zapiskach nosorożca" to kraina jak każda inna - czasem nieprzyjazna, czasem rozczulająco swojska, innym znowu razem typowo afrykańska. Orbitowski nie upiększa, nie stara się zrobić reklamy dla Afryki - po prostu pokazuje co tam widział, czuł i jak to na niego wpłynęło.



I do mnie takie podejście do tematu przemawia dużo bardziej, niż klasyczne przewodniki czy literatura podróżnicza. Fani podróży jednak także bez trudu odnajdą się w tej książce i odkryją jak oryginalnie można opowiadać o innych krajach bez popadania w manieryzm.



Do tego Orbitowski podsypał całość olbrzymią porcją afrykańskich legend i opowieści we własnej, naprawdę świetnej literacko i treściowo interpretacji, dorzucił szczyptę zdjęć (mamy także tradycyjną w takich przypadkach kolorową wkładkę) i zmiksował to w rewelacyjną książkę godną polecenia każdemu. Książkę nostalgiczną i - rzekłbym - bluesową (takie skojarzenia z okładką). Książkę piękną, wesołą, gorzką... po prostu życiową.



Książkę, którą polecam raz jeszcze, a wydawnictwu SQN składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Jasper Jones - Craig Silvey



Charlie Bucktin ma 13 lat i jest inteligentnym nastolatkiem. Wiedzie nudne życie, dopóki pewnej nocy nie odwiedza go miejscowy rozrabiaka, Jasper Jones, który zawsze mu imponował. Jasper prosi go by poszedł z nim do buszu. Na miejscu znajdują zwłoki dziewczyny Jaspera, która ktoś pobił i powiesił. Jones prosi Charliego o pomoc w ukryciu ciał - boi się, że zostanie posądzony o zbrodnię. Razem zamierzają także odkryć kto zamordował nastolatkę. Ale sytuacja jest nie tylko tragiczna, ale także i skomplikowana, bo Charlie kocha się w siostrze zabitej...



Gatunek thrillera, ileż razy to już w moich recenzjach pisałem, że cokolwiek w nim ni powstaje to powielenie doskonale znanej nam kliszy. Że nic nowego, poza pastiszem, na nas już w dreszczowcach nie czeka. Tymczasem australijski i mało znany autor pokazał, jak można zrobić rewelacyjny thriller wymykający się schematom, który - pomimo pewnej przewidywalności - zachwyca i nie pozwala powiedzieć o nim nic złego.



Fabuła wydawałaby się prosta. Ot skrzyżowanie Twaina z "Zabić drozda" i "Buszującym w zbożu" - jak informuje się czytelników na okładce. Pomyślałem, czytając te porównania, że nie są niczym więcej, jak kampanią reklamową, sloganem, który ma przyciągnąć czytelników. I jakież było moje zaskoczenie - i szczęście zarazem - kiedy okazało się, że wcale nie są przesadzone.



Sama fabuła, choć prosta, poprowadzona została skutecznie i zamiast skupiać się na samej zbrodni, opisuje przede wszystkim życie i codzienność australijskich nastolatków czasów wojny w Wietnamie. Ich myśli, obawy, problemy, miłości. Właściwie "Jasper Jones" to jedna wielka, tragiczna, ale słodka zarazem love story właśnie. Świetnie napisana, rewelacyjnie poprowadzona i urzekająca każdą kolejną stroną. Styl Silveya jest prosty, jak sama książka - zdania są krótkie, szybkie, dynamiczne wręcz. Ale takie właśnie być powinny.



Poza tym jest jednak coś, co wynosi tę powieść niemal na wyżyny. I tych rzeczy jest kilka. Na podstawowym poziomie jest to fabuła, która, jak się szybko okazuje, unika prostych rozwiązań i oczywistości. Jest więc pod tym względem życiowa i najzwyczajniej w świecie prawdziwa - aż do bólu. Druga sprawa to głębia i przesłanie całości. Mogę się nie zgadzać z poglądami autora - jestem osobą wierzącą - ale nie mogę mun odmówić głębszych warstw i wyższych wartości a to cenię całym sobą.



I dlatego "Jaspera Jonesa" polecam każdemu, kto ceni rewelacyjne powieści, do których się wraca i które nie wyparują ot tak z pamięci. Powieści mocnych, aktualnych, nie stroniących od ważkich kwestii. I co z tego, że sama zbrodnia jest przewidywalna w swym rozwiązaniu?



Polecam gorąco!

poniedziałek, 3 listopada 2014

The Walking Dead. Upadek Gubernatora Część 2 - Robert Kirkman, JayBonansinga



ABSOLUTNE MUSISZ-TO-PRZECZYTAĆ DLA FANÓW SERIALU

Gubernator jest w stanie krytycznym i nikt nie wie, czy wyjdzie z tego, co zrobiła mu Michonne. Z braku lekarza zajmuje się nim Bob, a na czas nieobecności Blake'a w życiu publicznym, tymczasowe przywództwo obejmuje Lily. Gdy po tygodniu Gubernator odzyskuje wreszcie przytomność, zaczyna planować zemstę. Mieszkańcy więzienia nie mogą się już dłużej czuć bezpieczni...



Druga część "Upadku Gubernatora" rozpoczyna się w chwili, w której skończyła pierwsza. Tak naprawdę oba tomy stanowią jedną, długą powieść opowiadającą o końcu psychotycznego Gubernatora, jego upadku z piedestału i... Ale to już musicie przeczytać sami.



Jaka jest ta powieść? Na jakim poziomie utrzymana? Każdy kto czytał część pierwszą wie czego może się spodziewać. Styl Bonansingi jest lekki, szybki w lekturze i typowy dla horroru. Dużo tu scen gore, dużo akcji, fabuła pędzi do przodu, czasem stonowana przez wolniejsze momenty, Zombie wyskakują co chwila zza rogu strony... Jest tu więc wszystko, bez czego horror o Żywych trupach nie może się obejść i zarazem wszystko, czego po takim horrorze spodziewa się czytelnik.



Czytelnicy dostają dokładnie to, czego oczekiwali i to w stylu, który - jak już wspominałem przy okazji recenzowania poprzedniego tomu - oddala zarzuty, jakoby twórcy serią książkową odcinali kuponiki od znanego produktu. Od marki, która stała się nośnym znakiem marketingowym. Autorzy bowiem starają się zrobić z tego rasową, klasyczną historię grozy pokazującą nie to, co już dobrze znamy z serii komiksowej i telewizyjnej, ale jej uzupełnienie. Ale nie tylko. Historia przedstawiona na kartach "Upadku Gubernatora" to także opowieść nieco alternatywna do tego, co widzieliśmy na ekranach telewizorów przy okazji sezonu III i IV. Dzięki takiemu zabiegowi mogą sięgnąć po nią zarówno Ci, którzy pierwowzorów wcale nie znają, jak i zagorzali fani, którzy dostaną jednocześnie obok tego, co pokochali, porcję zaskoczeń.,



Dlatego każdy, kto kocha horrory o Zombie (i nie tylko) powinien się z powieściami z cyklu "The Walking Dead" zapoznać. Dostanie w zamian porcję solidnej, krwawej rozrywki, nie znudzi się, a ponad wszystko zechce więcej i da się wciągnąć w jedno z najbardziej cenionych uniwersum ostatnich lat.



A wydawnictwu Sine Qua Non składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza "Upadku Gubernatora, cz II" do recenzji. Szczególnie, że otrzymałem go w Halloween :)

piątek, 31 października 2014

Metro 2034 - Dmitry Glukhovsky



Od wydarzeń znanych z tomu pierwszego minął rok, ale rosyjskie metro znów jest zagrożone. Mieszkańcy Sewastopolskiej walczą z nową formą życia, ale ustają dostawy broni, od której zależy istnienie metra. Każdy wysłany do zbadania sprawy ginie. W końcu Hunter, który wszyscy myśleli, że zginął rok temu, wyrusza wraz z pisarzem Homerem przeprowadzić własne śledztwo, ale jego własne tajemnice dominują wyprawę…

Dylogia „Metra…” to historia bardzo zachwalana, ale po przeczytaniu pierwszego tomu naprawdę nie rozumiałem dlaczego. Przeciętna historia, jakich masa sławę zdobyła chyba tylko i wyłącznie dzięki nachalnej kampanii reklamowej. Tom drugi zaczął się ciekawiej, ale wystarczyło przebrnąć przez 1/3 historii, żeby przekonać się, że to wrażenie było mylące.

Jakie miałem największe zarzuty względem „Metra 2033″? Przede wszystkim niekończące się Deus Ex Machina – zbiegi okoliczności, które zabijały całą logikę. Tym razem tego nie ma. Ale nie ma także ani napięcia, ani zaciekawienia, ani emocji. Są za to płaskie i nudne postacie, które nie przekonują, łopatologiczna filozofia, która drażni, akcja, która nuży i pseudo lekki styl, który nie intryguje a na dodatek sprawia, że czytelnik zapomina, co przeczytał kilka stron wcześniej.

Nie ma tu także za wiele sensu, logika często szwankuje a i wszelkie plusy giną w tej miałkości i nudzie. Pozostaje tylko odliczanie stron i odłożenie książki na półkę – a już lepiej pozbycie się jej, bo zajmuje miejsce, a przecież setki jeśli nie tysiące innych, rewelacyjnych dzieł czekają na ustawienie ich w regale.

Szkoda. Glukhovski zepsuł całkiem przyzwoity materiał, z którego ktoś lepszy zrobiłby naprawdę świetną literaturę. Dlatego zamiast po niego, radzę Wam sięgnąć po klasykę rosyjskiej fantastyki – Bułyczowa i braci Strugackich – bo tam pomysły były świeże, fabuła oryginalna, akcja wciągała a czytelnik pragnął więcej, niż tylko by skończyć już powieść i wziąć się za coś innego – jak ja pragnąłem przy obu częściach „Metra…”.

czwartek, 30 października 2014

Metoda Wodna - John Irving



Fred Trumper cierpi na chorobę układu moczowego. Cierpi także na chroniczne kłamanie, które zapewniło mu pseudonim Blagier. Do jego cierpień należy także praca nad przekładem poematu z języka staro-dolno-nordyckiego. Ale najbardziej cierpi jednak na niemożność stworzenia stałego związku. Jego małżeństwo z Dużą rozpadło się, został mu po nim tylko syn Colm, jego związek z Tulpen się chwieje. Trumper stara się żyć, ale najbardziej przed tym życiem stara się uciec...



Oto druga powieść jaką napisał lata temu wielki pisarz, John Irving, Powieść niemalże debiutancka, ale powieść pełna świeżości, oryginalności i charakterystycznego, nieco górnolotnego stylu autora. Styl jest jednak lekki, przyjemny, wciągający , a sama fabuła pomysłowa i przykuwająca uwagę. Misz masz, jaki serwuje nam Irving w wykonaniu kogoś innego byłby pewnie niestrawny, ale w tym wypadku wyszedł znakomicie. Irving panuje nie tylko nad nim, ale także nad narzuconą stylistyką. Raz poznajemy akcję z pierwszej osoby, raz z trzeciej, całość natomiast podzielona jest na dwa tory - przeszły i teraźniejszy, przeplatające się ze sobą..



Pomimo drobnych mankamentów jest to powieść wielka, pełna emocji i prawd. Powieść czasem gorzka, czasem wesoła, lekka, trudna, przyjemna, drażniąca. Cały Irving, który czasem szokuje, czasem zniesmacza, zawsze jednak coś przekazuje i daje do myślenia. Mnóstwo jest tu pięknych momentów, mnóstwo lirycznych scen, świetne dialogi, wiele genialnych sformułowań wynoszących tę powieść na wyżyny.



Po prostu cały Irving, którego polecam z czystym sumieniem. Wam wszystkim i każdemu z osobna!

środa, 29 października 2014

Beautiful You - Chuck Palahniuk


PALAHNIUK W SZCZYTUJĄCEJ FORMIE

Główną bohaterkę, Penny Harrigan, poznajemy w chwili rozprawy w sądzie. Jest jedyną kobietą w świecie bez kobiet. I jest właśnie gwałcona - na co nikt z zebranych na sali nawet nie reaguje. Jak do tego doszło? Penny zaczyna wspominać, jak była jedynie szarą myszką, Kopciuszkiem, marzącym o karierze, pracującym jako stażystka w firmie prawniczej BB&B. To tu poznała jego, C. Linusa Maxwella, znanego bardziej jako Climax Wella, playboya, miliardera, człowieka, który może mieć każdą kobietę na świecie, a wśród jego niezliczonych kochanek była oscarowa aktorka i sama pani prezydent Stanów Zjednoczonych. Teraz Maxwell to ją wybiera na swą kolejną ukochaną i doprowadza do rozkoszy przekraczającej wszelkie granice. Jak się szybko okazuje, Penny stała się jego obiektem testowym serii erotycznych zabawek stanowiących linię produktów "Beautiful You", które wchodzą właśnie na rynek. Penny szybko traci ukochanego, produkty uzależniają kobiety i doprowadzają do ich zamknięcia się w domach i ucieczki z nimi do podziemia, a sam świat pogrąża się w chaosie. Czy Penny zdoła coś na to zaradzić? Jakie sekrety skrywa Maxwell? I kim są tajemniczy mężczyźni ratujący ją odkąd tylko pamięta?



Oto najnowsza powieść czołowego minimalisty literatury. Człowieka, który za sposób przekazania czegoś obrał szok potrafiący doprowadzić czytelników do omdlenia. Powieść, którą można nazwać przedstawicielką jego szczytującej formy, czy to jednak oznacza, że szczytowej?



Geneza powstania "Beautiful You" jest taka, że mając kilka lat, Palahniuk został wysłany przez matkę na strych po jakieś rzeczy. Znalazł tam przypadkiem kolekcję porno powieści ojca. Nie rozumiał oburzenia matki, bo dla niego były równą głupotą z jej romansami. I tak lata potem narodził się pomysł by napisać ostre porno w stylu Markiza De Sade'a ale językiem łagodnym niczym w romansach dla kur domowych. Postanowił połączyć to z "Klanem niedźwiedzia jaskiniowego" i w ten oto sposób do rąk czytelników trafiła powyższa powieść.



Ale inspiracji w niej można doszukać się więcej. Mamy to bowiem i sceny pełne wschodnich wierzeń, mitologii przypominającej Legendy Kung Fu" (pamięta ktoś jeszcze ten serial?) czy "Kill Billa", podlane sosem SF i horroru w klimatach Deana Koontza, odrobiną baśni, romansu z pogranicza Harlequina a wreszcie odrobiną "Gwiezdnych wojen". Przede wszystkim jednak jest to przegląd, wiwisekcja, przekrój twórczości samego autora. Powieść pełna jest motywów znanych z "Niewidzialnych potworów", "Udław się "Kołysanka","Snuffu", "Ranta", czy "Doomed". Dlatego nie ustrzeże się porównań z poprzednimi książkami autora o seksie, ale niestety nie wyjdzie z tego obronną ręką, choć powieścią jest naprawdę znakomitą.



Fabuła wciąga i emocjonuje i to jest jej wielka zaleta. Styl Palahniuka jest charakterystyczny, nieco bardziej liryczny niż dotychczas, ale to tylko kolejna kwestia in plus. Pomysły są jak zwykle ostre i szokujące. Seks przelewa się z kart. Nie do końca udało się to łagodnie pokazać, Chuck rzuci czasem mięsem, którego być nie powinno, ale załagodził to jednocześnie medyczną wręcz chłodnością terminów.



I super jest do 2/3 powieści. Potem jednak pojawiają się wątki z Nepalem i Siwobrodą Babą (inspiracja "Klanem niedźwiedzia...") i psują wszystko. Psują także ostateczne starcie w kościele śmiesznymi rozwiązaniami fabularnymi i pewnymi oczywistościami. Oczywistości tych jest więcej, więc nie wszystkie zwroty akcji zaskakują, ale na pewno zaskakuje wszystko, to, co powinno.



W kwestii finału powiem jeszcze, że jest taki, jaki być powinien. Tragiczny happy end czy szczęśliwy tragic end. Tak, jak w dawnych dziełach. Świetne są także wątki apokaliptyczne, które dominują ostatnimi czasy u Palahniuka. Skali "Doomed" nie osiągają, ale dodają całości smaku. Szkoda tylko, że nie zachował Chuck większej powagi i nie poprzestał na zabawie z czytelnikiem w doktora - bo taką zabawą właśnie jest "BY".



Nadal jednak jest to świetna, satyryczna powieść krytykująca nasz konsumpcjonizm, modę i celebrytów. Wprawdzie to wszystko już było i może przydałoby się temu więcej świeżości, ale nie zmienia to faktu, że każda powieść Palahniuka jest ważna i ważka i stanowi ewenement literacki a już samo to należy docenić.

czwartek, 23 października 2014

The Walking Dead. Upadek Gubernatora część 1 - Robert Kirkman, JayBonansinga



ZNAKOMITA KSIĄŻKA NA HALLOWEEN

Woodbury to miasteczko rządzone przez tajemniczego Gubernatora. Człowieka charyzmatycznego, ale zarazem brutalnego i bezwzględnego. Są tacy, którzy go nienawidzą, są tacy, którzy w nim upatrują jedynej nadziei i są też tacy, którzy decydują się wypowiedzieć mu wojnę i doprowadzić do jego upadku...



Najpierw był komiks, potem serial, teraz uniwersum The Walking Dead poszerzone zostało o serię powieści. Ten tom, trzeci z cyklu, opowiada o wydarzeniach znanych z serialu z innej strony, z perspektywy mieszkańców Woodbury, stanowiąc więc idealną lekturę dla fanów i uzupełnienie ich ukochanego serii. Pytanie jednak, co z czytelnikami, którzy nie są fascynatami "Trupów..."?



Podstawowym problemem wynikającym z literatury uzupełniającej czy adaptującej inne medium jak komiks, film, serial czy gry komputerowe, jest to, że najczęściej powstaje tylko i wyłącznie po to, żeby przynieść zysk. Staje się odcinaniem kuponików od znanej marki i zazwyczaj prezentuje niski poziom literacki i żenuje jakością. Tak było choćby z wydanymi kilka lat temu powieściami "Lost - Zagubieni", na szczęście e przypadku „Żywych trupów”  tego typu rzeczy nie występują.  Duża w tym oczywiście zasługa Roberta Kirkmana, twórcy komiksowego pierwowzoru powieści i producenta i współscenarzysty serialu na jego podstawie, który trzyma piecze także nad książkową serią, ale nie tylko. Jay Bonansinga, który napisał powieści razem z nim, jest autorem operującym lekkim i przyjemnym stylem.  Otarł się nawet o najważniejsze horrorowi wyróżnienie literackie, Bram Stoker Award a to o czymś świadczy. „Żywe trupy” w jego wykonaniu są więc rasowym horrorem o Zombie, klimatycznym i poprowadzonym z wprawą, epatującym scenami gore i zrównoważonym porcją humoru. Z ciekawymi postaciami i finałową retardacją podsycającą apetyt na kolejny tom.



Jednym słowem jest to po prostu dobra, nastrojowa powieść z pogranicza survival horroru dla wszystkich, którzy lubią ten gatunek, znakomita szczególnie w perspektywie zbliżającego się właśnie Halloween.



Dlatego polecam ją Waszej uwadze, dla fanów serialu i komiksu to absolutne „musisz to przeczytać”, a wydawnictwu Sine Qua Non składa serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

środa, 22 października 2014

Karuzela samobójczyń - S.J. Bolton



UMRZEĆ ZE STRACHU



Lacey to policjanta z sekretami. Jej przeszłość pełna jest mrocznych tajemnic. Tym razem Lacey zostaje umieszczona w miasteczku uniwersyteckim Cambridge, gdzie doszło do serii makabrycznych samobójstw, które samobójstwami mogą wcale nie być. Ma udawać jedną ze studentek i zbadać sprawę. Nie jest jednak świadoma prawdziwych intencji przełożonych, ani niebezpieczeństwa na jakie naraża siebie...

To druga powieść o przygodach Lacey, ale pierwsza, którą przeczytałem. I muszę przyznać, że w niczym nie przeszkadzała mi nieznajomość poprzedniej części przygód tajemniczej policjantki a do tego bawiłem się naprawdę dobrze.

Gatunek thrillera jest gatunkiem mocno już wyeksploatowanym i w od lat nie trafia się w nim nic godnego uwagi. Właściwie trudno tu winić autorów - dreszczowiec opiera się na konkretnym schemacie i schemat ten pokazał już niemal wszystko, co można zrobić z sięgnięciem po pastisz włącznie. Na szczęście S.J. Bolton udało się wyciągnąć coś jeszcze z ogranych klisz i zrobić powieść , którą czyta się szybko, z zainteresowaniem i przyjemnością. Styl jest tutaj przyjemny, autorka nie pożałowała ciekawostek z zakresu medycyny sądowej, prawa i pracy policji, dorzuciła do tego sporo zaskoczeń, kilka niezłych zwrotów akcji a wreszcie całkiem sporo napięcia, które udało jej się zachować w kulminacyjnych finałowych scenach - co w thrillerach ostatnich lat zdarza się raczej rzadko. Owszem, nie wszystko wyszło jej idealnie, kilka oczywistości znalazło tu swoje miejsce pozwalając zgadnąć czasem zbyt wiele niż by tego chciała, al;e nie przeszkadza to wcale w lekturze.

A ta, jak już wspomniałem, jest naprawdę lekka i przyjemna i wciąga, zapewniając solidną porcję rozrywki na ponure jesienne wieczory wykraczającą poza literaturę czysto popularną.

Fani gatunku dodatkowo znajdą tutaj sporo smaczków i inspiracji - głównie Sherlockiem Holmesem - a ceniący brytyjskie klimaty, typowo angielski nastrój. Nie mogło także zabraknąć nawiązań do kultury brytyjskiej; Bolton ciągle odwołuje się do Władcy Pierścieni. Bardziej podoba mi się jednak to, niż ciągłe odniesienia do Rodziny Królewskiej, których pełno w literaturze z Wysp.

W ogólnym rozliczeni "Karuzela..." to kawał solidnego, klimatycznego i przykuwającego uwagę czytelnika thrillera, który śmiało mogę polecić fanom gatunku.



A wydawnictwu Amber składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Szajba na peronie 5. - Marta Obuch



JAK KOMEDIA MACHULSKIEGO

Zosia Haba, bohaterka tej historii wybiera się na służbową imprezę w stylu retro. Jednak utrata przytomności sprawia, że wychodzi z niej razem ze swoim asystentem, Mirkiem, i siostrą. By nie marnować nocy odwiedzają razem legendarny katowicki peron 5 - peron widmo, jakby żywcem wyjęty z książek o Harry Potterze - z butelką wina rocznik 1929. Tu jednak też mają pecha. Uciekają, gonieni przez policję, i nagle Zosia odkrywa, że oto przeniosła się w czasie do roku 1929, gdzie żył jej przodek, pierwszy burmistrz miasta, który kryje w sobie wiele sekretów...


Co może powiedzieć facet o literaturze kobiecej? Psychika płci, a więc i oczekiwania związane z literaturą skrajnie różne. Skrajnie różne są odczucia i skrajnie różny gust. Cóż więc mogę powiedzieć o tak typowej książce kobiecej, jak "Szajba..."? Przede wszystkim to, że... podobała mi się. I to, że kiedy ją czytałem, skojarzyła mi się z komediami Juliusza Machulskiego.



Bo właśnie taką komedią jest powieść pani Obuch. Komedią nieco awanturniczą, nieco przygodowo-historyczno-sensacyjną, podlaną odrobiną sosu z czystej fantastyki. Komedią lekką i przyjemną, która - poza oczywistymi skojarzeniami z powieściami pani Chmielewskiej - przywiodła mi na myśl także popularną swego czasu powieść "Halo, Wikta!". Podstawową rzeczą odróżniającą ją jednak od "Wikty" jest to, że "Szajba..." oferuje nieco więcej, niż tylko czystą rozrywkę.



Ale i warstwa rozrywkowa stoi na przyjemnym dla czytelnika poziomie. Zwroty akcji zaskakują, zagadka ciekawi, całość podana została lekkim językiem, serwując dużo dowcipów słownych i łatwo zapadających w pamięć ciekawostek. "Szajbę..." czyta się więc szybko, prosto i przyjemnie.



Kobietom polecać nie muszę, bo Marta Obuch ma już wyrobioną pozycję wśród czytelniczek, ale pytanie, co z mężczyznami? Myślę, że nie muszą obawiać się lektury tej powieści, nie tylko, żeby przekonać się, co czytają i czym bawią się ich kobiety, ale przede wszystkim dlatego, by choć odrobinę rzucić okiem na psychikę płci pięknej i myśli kłębiące się w jej głowach. I wielu w lekturze tej znajdzie nieskrywaną przyjemność dla samych siebie.



Polecam więc, a wydawnictwu Replika składam podziękowania za udostępnienie powieści do recenzji.

sobota, 18 października 2014

Danse Macabre Stephen King




GOT TO DANSE

King i horror literacki, filmowy, komiksowy i radiowy na przełomie lat 50 - 80 Xx wieku. King i jego autobiografia opowiedziana przez pryzmat dzieł grozy. King i jego taniec z nami...

Cóz można powiedziec o tej książce?

To była moja pierwsza przygoda z Kingiem jako publicystą a nie fantastą i muszę przyznać, ze bardzo udana. Książka, która opowiada o historii horroru skupiając się głownie na latach 1950 -1980 mogłaby być nudnym zbiorem pustych faktów, gdyby wyszła z pod czyjejś innej ręki. King jednak postawił raczej na formę długiego felietonu pełnego własnych przemyśleń (bardzo zresztą subiektywnych) i opowieści ze swego życia. Nie zabrakło też (auto)analizy fascynacji horrorami, zabawy z czytelnikiem (quiz na znajomość horrorów, w którym, przyznam się, poległem, choć jestem zagorzałym fanem literackiej, filmowej i komiksowej grozy) i sentymentalnych wspomnień. Cała ta mieszanka sprawia, że lektura "Dance Macabre" niesie ze sobą nie mniejsze emocje niż fikcyjne opowieści tego autora i staje się książką godną polecenia każdemu, kto lubi Kinga, albo choć trochę interesuje się grozą i jej miejscem we współczesnej (i nie tylko) kulturze.

Poza tym to świetne kompendium wiedzy o okresie tamtych lat, nie tylko w horrorze, ale i społeczeństwie, a także polityce. Wszystko okraszone dodatkowo przejrzystym, choć nie pozbawionym wpadek indeksem, a także listą książek i filmów polecanych nam przez Stephena.

Fani Kinga i horroru będą więc zachwyceni. A reszta? Trudno mi orzec. Jest to specyficzna książka dla specyficznego grona znawców tematu (a przynajmniej fanów w temat wkraczających) i tak właśnie powinna być rozpatrywana. Choć wszelka jej popkulturowość czyni z niej dzieło głebsze niż podobne opracowania.

I tylko szkoda, że King nie napisał Danse Macabe 2 o latach 1980 - 2010. Wyobraźcie sobie taką ksiażkę. I kto wie, może król kiedyś ją zrobi? Wciąż jest przecież niesamowicie płodnym pisarzem...

Hobbit, czyli tam i z powrotem John Ronald Reuel Tolkien




Hobbit to klasyka powieści fantasy dla dzieci i to, że zapoznałem się z nią dopiero przy okazji powstawania trylogii filmów "Władca pierścieni" jest powodem do wstydu. Ale na szczęście przeczytałem ją w końcu i do dziś pamiętam jakie wzbudziła we mnie (wówczas nastolatku) emocje.

O czym jest ta historia? Sądzę, że wiedzą wszyscy, ale dla formalności przypomnę, że o wyprawie krasnoludów, chcących odzyskać swe skarby i królestwo zagarnięte przez smoka Smauga. Z powodu ich przesądności do wyprawy za namową czarodzieja Gandalfa dołącza hobbit Bilbo i tak zaczyna się wspaniała przygoda. Przygoda i wstęp zarazem do trylogii "Władcy pierścieni".

Co trzeba powiedzieć, to to, że powieść czyta się jednym tchem. Napisana lekkim językiem, pełna akcji i zaskoczeń nie pozwala czytelnikowi (bez względu na jego wiek) odłożyć jej na półkę przed przeczytaniem ostatniego słowa. Wzbogacona o mapę dodatkowo pobudza wyobraźnię i dodaje realizmu.

W kwestii minusów jako dla zamkniętej historii nie znajduję takowych. Przynajmniej, kiedy rozpatruję tę powieść, jako treść dla dzieci.  Jednak jako dla części wielkiej sagi (w skład której oprócz "Władcy..." wchodzą "Silmarilion", "Dzieci Hurina", "Niedokończone opowieści", "Opowieśći z niebezpiecznego królestwa" i 12 tomów "Historii Śródziemia") muszę wytknąć jej pewną infantylność i niekonsekwencję (mniejszą w tej edycji, bo nieco zmienionej prze Tolkiena - we wcześniejszej wersji Golum sam oddał Bilbo pierścień, co całkowicie gryzło się z fabułą "Władcy..." Poza tym, w tej edycji mamy takie "smaczki" jak typowo teraźniejsze imiona i nazwiska, czy wspomnienie golfa, jako gry wymyślonej przez przodka Bilbo itp). Poza tym, zbyt wiele jest tutaj nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności, których nie cierpię, często zbyt ogólnikowe potraktowanie tematu, zbytie przekonanie o naiwności czytelnika... Dzieci i młodzież nie będzie tym urażona, ale dojrzały czytalnik już tak, a po tak wielkiej (jak się twierdzi) książce, można by się było spodziewać wyeliminowania podobnych błędów.


Nie mniej polecam Hobbita. Gwarantuję, że się Wam spodoba mimo tych mankamenrttów i jeśli na to pozwolicie, zabierze Was dalej, na wspaniałą wyprawę Drużyny Pierścienia i kolejne przygody hobbitów.

I jeszcze słowo dla tych, którzy widzieli film Petera Jacksona. Powiem Wam szczerze, że po jego obejrzeniu Tolkien (jak powiedziała to moja dziewczyna) przewraca się w grobie. Powieść bowiem nie tylko jest dużo lepsza, ale i zdecydowanie bardziej logiczna niż to, co przedstawiono nam na ekranie.

Cujo Stephen King




Do powieści o morderczym psie podchodziłem z pewną rezerwą i wahaniem. Skończyłem właśnie czytać niezbyt udaną "Podpalaczkę" i obawiałem się powtórki z rozczarowania. Na szczęście zdołałem się jakoś przemóc, otworzyć książkę i... wpadłem.

Fabuła jest prosta (jak zazwyczaj u tego autora), ale świetnie i konsekwentnie poprowadzona. Styl jest odpowiednio lekki i nie ma dłużyzn, a co najważniejsze jest mnóstwo emocji. Mamy tu i dramat obyczajowy i nieco klasycznego horroru z potworem w szafie i przede wszystkim rasowy kingowy survival horror. Po prostu super. Moim ulubionym wątkiem z tego wszystkiego jest historia z perspektywy zdradzonego męża, jego uczucia i ból. Aż żal się go robi. Z innych świetnych rzeczy muszę wymienić najlepszą moim zdaniem w karierze Kinga narrację z perspektywy psa i bogactwo powiązań z innymi dziełami (których wyłapywanie to prawdziwa frajda).

Jakieś minusy? Nie znalazłem, choć wiem, że wielu nie spodoba się zakończenie, które jest tak pesymistyczne i niesprawiedliwe, że po prostu wkurza.

Czy jest to dzieło wielkie? Nie. Czy jest to najlepsza książka Kinga? Też nie. Ale jest na tyle świetna, ze mogę ją polecić z czystym sercem każdemu fanowi niebanalnego horroru, co też niniejszą recenzją czynię.

czwartek, 16 października 2014

Pod kopułą Stephen King




KING-DOME COME

Do tej powieści Kinga podchodziłem z wielkimi nadziejami. Po pierwsze jest to długa (ponad 920 str) i bogato zaludniona książka, a takie Stephenowi wychodzą najlepiej. Po drugie głownie opowiadać miała o przemianie ludzi odciętych od świata, a w grzebaniu w ludzkiej duszy, w jej najczarniejszych zakątkach autor ten jest mistrzem. Po trzecie wg zapowiedzi pełna miała być retardacji, a te wprost uwielbiam. i po czwarte, sam piszę (póki co do szuflady, że tak powiem) i kiedyś miałem identyczny pomysł, z tym że moja wersja opowiadać miała o ludziach spoza kopuły, odciętych od bliskich uwięzionych wewnątrz i nie mających żadnych wieści co się dzieje wewnątrz - fascynowała mnie więc możliwość zobaczenia owego pomysłu zrealizowanego przez jednego z moich ulubionych autorów. Co z tego wyszło?

Powieść opowiada o małym miasteczku (nieco ponad 1000 mieszkańców), które nagle zostaje odcięte od świata przez tajemniczy kopułę z pola siłowego. Sprawia to, że mieszkańcy zaczynają pokazywać się od najgorszej strony i robić rzeczy, które humanitarne bynajmniej nie są.
Co trzeba oddać Kingowi, to to, że pomimo rozmiaru historii nie robi dłużyzn ani nie przynudza. Stale coś się dzieje, nie brak też wspomnianych retardacji a emocji (szczególnie wściekłości na niesprawiedliwość) jest dużo. Wszystko to jednak blaknie, kiedy następuje finał i autor wyjaśnia genezę Kopuły. Pomysł, który zasugerował kilkaset stron wcześniej, a który trudno było uznać za coś poważnego, nagle okazuje się wytłumaczeniem całości - i to jeszcze z drobną nutą... hmmm... idiotyzmu.

Czy to znaczy, że jest źle? Nie do końca. Po zastanowieniu dochodzi się do wniosku, że nie jest to najgorszy finał z możliwych - i dość logiczny, zważywszy na kilka faktów odnośnie kopuły, o których czytamy w trakcie. Poza tym książka napisana jest lekko, sprawnie i wciągająco i czasem tyle po prostu wystarcza do dobrej zabawy.
Jak zawsze więc, jeśli chodzi o Kinga, powieść polecam gorąco. Szczególnie miłośnikom historii bazujących na wątkach obyczajowych, bo te akurat w "Pod kopułą" są świetne.

Jest to też pozycja godna polecenia fanom "Bastionu", którego "Pod kopułą" stanowi wręcz autoplagiat (i to całkiem udany i powiedziałbym wręcz, że lepszy od oryginału, a co najmniej na tym samym poziomie).
A na koniec muszę się przyczepić jeszcze jednej rzeczy: tłumaczenia. Jest ono bowiem w wielu miejscach zepsute (słowa gubią szyk w zdaniu itp). Da się to jednak przeżyć, choć takich wpadek jest całkiem dużo (winą za to obarczam współtłumaczącą Agnieszkę Barbarę Ciepłowską, bo drugi z tłumaczy Tomasz Wilusz wielokrotnie pokazał, że na swym fachu się zna).

Regulatorzy Richard Bachman




Stephen King powraca po latach przerwy jako Richard Bachamn w opowieści o mieszkańcach Wentworth w stanie Ohio. Zwykłego miasteczka, które wydawałoby się spokojne, ciche i normalne, gdyby pewnego popołudnia na ulicach nie pojawiły się dziwaczne samochody i a ich kierowcy nie zaczęli mordować przypadkowych ludzi. A to dopiero początek koszmaru, bowiem cała rzeczywistość wokół bohaterów zaczyna się zmieniać...

Aż trudno uwierzyć, że klasyczny horror sygnowany jest tu nazwiskiem Bachmana, ale ni mniej, jest to książka zdecydowanie udana. Świetna stylistycznie, odpowiednio brutalna i ostra i przede wszystkim emocjonująca. Dostajemy tu połączenie charakterystycznych cech stylu Bachamna ze stylistyką prac typowych dla Kinga. Małomiasteczkowe klimaty, duża ilość bohaterów, nawiązania... Przykładów można by mnożyć i mnożyć. Co ciekawe jet to pierwsza taka powieść w karierze Kinga pod względem powiązań. Bowiem zarówno Regulatorzy, jak i wydana tego samego dnia powieść sygnowana już nazwiskiem Kinga, Desperacja, nie tylko rozgrywa się w identycznych miejscach (choć w polskiej wersji różnie przetłumaczonych), ale i posiadająca tych samych bohaterów (nawiązujących zresztą do współczesnej popkultury). A na dodatek obie są samodzielne i zupełnie niezależne od siebie - jakby przedstawiały alternatywne losy tych samych postaci.

I oczywiście dużo jest nawiązań do Mrocznej Wieży.

Tak więc mamy tym razem powieść godną polecenia. Może nie idealną, bo zepsuta nieco w zakończeniu, ale bardzo przyjemną i o to właśnie chodzi.

Kraina Chichów Jonathan Carroll




Tomasz jest synem znanego aktora i sława zmarłego ojca ciąży mu niemiłosiernie. Sam jednak, jako wielki fan pewnego pisarza, autora m.in. powieści "Kraina Chichów", odwiedza jego córkę Annę, z zamiarem napisania biografii swego ulubieńca. Pomaga mu w tym jego "dziewczyna" Saxony. Ale miasteczko, w którym żył autor kryje w sobie pewną niesamowitą tajemnicę...

Jonathan Carroll to kultowy już pisarz niecodziennych, bo humorystycznych powieści grozy pisanych jednocześnie absolutnie na poważnie. Brzmi dziwacznie? Doskonale, bowiem taka właśnie jest literatura pana Carrolla.

Styl jest tu lekki, przyjemny, choć nie nazbyt łatwy i dość humorystyczny. Carroll lubi bawić się słowami i pomysłami. W krótkiej powieści jaką ewidentnie jest "Kraina..." tworzy bowiem własny i kompletny świat fikcji literackiej, przeplatając rzeczywistość z własnymi wizjami niczym z filmów Tima Burtona. Zresztą cała powieść wydaje się jakby skrzyżowaniem "Twin Pekas" z "Miasteczkiem Halloween" i "Żonami ze Stepford". Lekka, zabawna, ale właśnie przez tę lekkość mocna i wzruszająca, gdy rozleniwiony czytelnik dochodzi wreszcie do wolty. Styl pozwala autorowi trzymać nas w sielankowym nastroju z nutą napięcia, dzięki czemu wszelkie zwroty akcji i zaskoczenia oddziaływają odpowiednio mocno. Poza tym taka maniera pisania pozwala przemycić nawet najbardziej nielogiczne rozwiązania fabularne, bez narażania się na śmieszność.

Jest też i drugie dno tej powieści. Satyra na sławę, boskość pisarzy (czy wręcz celebrytów) i ograne motywy grozy. Powstaje dzięki temu smaczny miszmasz, który w innej wersji byłby niestrawny.

Końcowe wnioski będą przewidywalne: lubicie nietypową grozę, sięgnijcie po "Krainę...". Lubicie oryginalne powieści, też. Może nie jet to dzieło wybitne, ale na tyle udane, by nie żałować czasy czy wydanych pieniędzy.

P.S. Fani grozy w wykonaniu Chucka Palahniuka też znajdą tu coś dla siebie. Więcej nie zdradzam.

P.P.S. Tylko czemu tłumaczka musiała przełożyć imiona większości bohaterów na polski? Jak ja tego nie znoszę.

wtorek, 14 października 2014

Historia Anioła - Hermann Huppen, Christian Godard




HISTORIA NIE O ANIOŁACH



Ameryka południowa to kraina podzielona wyraźnie na bogatych i biednych. Tak ostro zarysowane granice nie istnieją chyba nigdzie indziej na świecie. Bohaterką tego komiksu jest dziewczynka, której codziennością jest grzebanie w śmieciach. Pewnego dnia bogata, bezdzietna kobieta zabiera ją do swojego domu. Zderzenie dwóch światów pokazuje jednak prawdziwe intencje…



Oto ciekawy i gorzki przykład typowo europejskiego komiksu. Europejskie jest tu wszystko, od scenariusza po rysunki. Europejskie kadrowanie, europejska dynamika, europejski sposób przedstawiania postaci, nawet lekki, ręcznie nakładany kolor przesycony jest europejskością.



Nie znaczy to jednak, że komiksowi brak uniwersalności. Historia w nim przedstawiona to ciekawa i udana opowieść o kontrastach, dobru i złu i tym, do czego zdolny jest człowiek. Trudno powiedzieć tutaj coś więcej, komiks liczy bowiem tylko 10 stron i wszelkie streszczenie jego fabuły wymusza drobne spoilery, ale bez wahania rzec mogę, że wart jest przeczytania i polecenia fanom tego medium. Tytuł promuje w Polsce Hermanna i z tego, co widzę, autora warto poznać i bliżej przyjrzeć się jego twórczości. Do czego szczerze Was zachęcam a Wydawnictwu Komiksowemu dziękuję serdecznie za egzemplarz do recenzji.

Quiet little Melody. A simple fairytale - Sebastian Skrobol




QUITE GOOD COMICS



Mała dziewczynka w charakterystycznym czerwonym kapturku w trakcie wędrówki trafia do mrocznego lasu pełnego splątanych konarów drzew. Drobne zadrapanie ręki staje się przyczyną ataku ze strony ptaków, a potem groźnego wilka. Schronienie dziewczynka znajduje w prowadzącym pod ziemię tunelu. Tak zaczyna się jej niezwykła i groźna przygoda z wiedźmą, kwiatami i muzyką…



Każdy, kto czyta komiksy Marvela, albo chociaż interesuje się historią tego wydawnictwa, z pewnością pamięta kampanię „Nuff Said” z połowy 2002 roku. Jej celem było zaprezentowanie czytelnikom zeszytów, których akcja toczyła się bez dialogów, w wymownej ciszy samych obrazów. Czemu wspominam ten dość odległy już fakt? Odpowiedź jest prosta: w taki sam sposób opowiedziany jest znakomity album „Quiet little Melody” debiutującego komiksiarza Sebastiana Skrobola.



Historia w nim przedstawiona to mroczna bajka zlepiona ze znanych baśniowych motywów od „Czerwonego kapturka” zaczynając, przez „Alicję w krainie czarów” na „Jasiu i Małgosi” kończąc. Historia czerpiąca z tradycji opowieści dla dzieci, które cieszą kolejne pokolenia. Groza miesza się tu z nadzieją, krwawe sceny łagodzone są przez pełne magii obrazy niezwykłości, ale nad wszystkim wisi ciężka, burtonowska bym rzekł, atmosfera. Opowieść rozgrywa się bez słów, z nielicznymi onomatopejami, malowana obrazami pełnymi mroku, którego nie rozwiewają nawet najintensywniejsze rozbłyski światła. Taki właśnie nastrój panuje tutaj od pierwszej do ostatniej strony, od pierwszej do ostatniej planszy klimat konsekwentnie przykuwa uwagę i emocje czytelnika -  choć bardziej adekwatnie byłoby rzec „widza”.



A skoro to na stronie wizualnej spoczywa cała odpowiedzialność za ten album, rodzi się pytanie co z kreską? Czy spełnia te cele? Czy jest kompatybilna z tym, czego chce scenariusz i ogół? Styl Skrobola to połączenie polskiej kreski zapełniającej tła i budującej fizjonomię postaci z dość amerykańskim kadrowaniem (choć w dzisiejszych czasach podział ten stracił jeśli nie cały sens to z pewnością większą jego część) i mangowymi twarzami. Stanowi więc dość ryzykowne połączenie, ale połączenie, które w tym wypadku się udało i które spełnia wszystko, czego od niego można wymagać. Kreskę świetnie uzupełnia znakomity, z głową nałożony kolor komputerowy, w którym dominują zielenie i brązy z nutką czerwieni. To na nim spoczywa połowa odpowiedzialności za nastrój i z walki tej wychodzi obronną ręką. Kreskę i kolor dopełnia rewelacyjne wydanie na grubym kredowym papierze, zamknięte w twardej oprawie, które świetnie prezentuje się na półce.



Pozostaje jednak pytanie o grupę docelową tego albumu.



Czy nadaje się on dla dzieci? Tak. Może nieco starszych ze względu na zawartą w nim grozę, ale z pewnością znajdzie uznanie wśród młodych czytelników. Czy jak stare baśnie nadaje się także dla dorosłych? Oczywiście. I to nawet bardziej niż one. Każdy dorosły, który wychował się na wzmiankowanych już baśniach a który nie zabił w sobie dziecka i czasem – bo przecież dobrze wpływa to na psychiczną równowagę – lubi udać się w podróż do czasów, kiedy istniała niewinność, a za każdym rogiem czaiła się przygoda, odnajdzie tu magię dzieciństwa, a na dodatek przyjemność w wyszukiwaniu znajomych motywów.



Tak więc jest to znakomity komiks dla każdej grupy wiekowej, który polecam wszystkim – fanom komiksu w szczególności, bo wykwita na naszym rynku niewątpliwie wart śledzenia talent – a Wydawnictwu Komiksowemu składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi tego albumu do recenzji.

czwartek, 9 października 2014

Wzorzec zbrodni - Warren Ellis




WZORCOWA POWIEŚĆ O ZBRODNI

John Tallow ma pecha. Nie dość, że rutynowe wezwanie do awanturującego się mężczyzny z bronią kończy się tragicznie i ginie jego partner, to jeszcze w dziurze, jaka powstała w trakcie wymiany ognia, John  dostrzega w sąsiednim mieszkaniu setki sztuk broni. Każda broń jest inna, ale razem układają się w dziwaczny wzór, a do tego szybko wychodzi na jaw, że z każdej zabito jedną osobę. Setki niepowiązanych dotychczas ofiar niewyjaśnionych zbrodni zostają połączonych, a ich sprawy wznowione. A John, zamiast walczyć ze stresem pourazowym po stracie partnera, musi zająć się wszystkimi z nich, do pomocy mając tylko dwójkę agentów CSU…

Warren Ellis, autor takich komiksów, jak „Transmetropolitan”, „Planetary” czy szczycącej się statusem najbardziej kontrowersyjnej serii obrazkowej, „Authority”, tym razem prezentuje nam powieść z pogranicza noir i thrillera psychologicznego. I choć drobnych mankamentów nie zdołał się ustrzec (kilka zbiegów okoliczności aż domaga się o uzasadnienie) to zaprezentował nam książkę, którą po prostu czyta się jednym tchem.

Gatunek thrillera, jak wiadomo, to teren dość wyeksploatowany i trudno zrobić na nim coś godnego uwagi, bez popadania w pastisz. Ellis zdołał jednak udowodnić, że jeśli ma się dobry pomysł, talent i pasję, nawet z tak wytartego tematu można zrobić coś wspaniałego. Fabuła jego drugiej powieści pełna jest akcji, dusznego, mrocznego klimatu, ostrych pomysłów, brutalności  i czarnego humoru. Od pierwszych stron wciąga w brudy Manhattanu, fascynuje zagadką, porywa. Co jednak najważniejsze poraża trafnością spostrzeżeń i gorzką prawdą, a bardziej wymagającym czytelnikom oferuje głębię i zabawę motywami.

W kwestii stylu, Ellis jest surowy i wręcz ascetyczny. Przypomina pod tym względem Cormacka McCarthyego skrzyżowanego z Chuckiem Palahniukiem, ale nie da się mu odmówić własnego charakterystycznego sznytu, a także lekkości.  Również więc i pod tym względem przykuwa uwagę czytelnika i panuje nad jego emocjami.

Udały mu się i to bardzo także postacie, a na szczególną uwagę zasługują w tym wypadku Bat i Scarly. Ta dwójka po prostu – kolokwialnie mówiąc – mnie rozwaliła. Ich humor, ich charaktery, zachowanie… Wszystkie te cechy sprawiły, że czytanie o nich był prawdziwą przyjemnością.

Jak zresztą lektura całej książki.

Kto więc lubi podobne klimaty, powinien koniecznie przeczytać „Wzorzec zbrodni”. Rzadko bowiem zdarza się – szczególnie w ostatnich czasach – w tym gatunku historia na takim poziomie, historia, której nie chce się odłożyć na półkę przed skończeniem. Historia po prostu niemal wzorcowa. Kiedyś czytałem dużo thrillerów, potem przestałem, nie odnajdując w nich niczego, co przekonałoby mnie do dalszych tytułów, Warren Ellis sprawił jednak, że zmieniłem zdanie i odzyskałem wiarę w dreszczowce. Dlatego ze swej strony polecam go Wam z czystym sumieniem, a wydawnictwu Sine Qua Non składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

wtorek, 7 października 2014

Jedwabnik - Robert (J.K. Rowling) Galbright



Cormoran Strike powraca z nową sprawą. Rok po rozwiązaniu zagadki śmierci Luli Landry prywatny detektyw dostaje zlecenie od żony mało znanego pisarza, który zaginął. Kiedy okazuje się, że mężczyzna został zamordowany tak, jak w niewydanej jeszcze książce, którą obrażał mnóstwo osób ze swego grona, a główną podejrzaną staje się jego małżonka, Strike postanawia udowodnić, że to nie ona jest morderczynią...

Jestem mile zaskoczony. Po słabej poprzedniej części, która zamiast pokazać mi - jak pisał jeden z oceniających ją mężczyzn na okładce - za co kocham kryminały, pokazała mi raczej za co przestałem je czytać. Miałka, przewidywalna, nie odpowiednia stylistycznie, prosta, pusta, z postaciami tak sztampowymi, że chciało się śmiać z politowaniem... Kto więc mógł się spodziewać, że jej kontynuacja okaże się tak przyjemną lekturą.

Już sam początek jest udany, ale potem akcja traci impet, a całość zaczyna nieco nużyć. Na szczęście po połowie, do której wcale nie jest ciężko dotrwać dzięki lekkiej (choć niezbyt pasującej do kryminału) stylistyce, fabuła znów nabiera tempa a całość wciąga.

Nie brak jednak minusów. A tu największym są sami bohaterowie. Strike jest nadal sztampowy, bohater jakich setki w tego typu literaturze. Psychologia także kuleje, przez co wszyscy bohaterowie wydają się albo podobni albo na siłę rozróżniani. Sprawia to, że nie obchodzą nas ich losy, co się stanie, kto zginie... Podobnie jest ze zwrotami akcji, które nijak nie zaskakują.

Na szczęście zaskakuje tożsamość mordercy, a Rowling udowadnia, że nie straciła talentu w budowaniu zagadek opartych na konstrukcji puzzli. Może to i niewiele ale jako rozrywka sprawdza się znakomicie. I choć Rowling nie pobije już raczej tego co zrobiła w Harrym
Potterze tak umiejętnie łącząc thriller, horror, urban fantasy i baśń, to nadal warto z jej książkami się zapoznawać.

sobota, 27 września 2014

Sin City 2: Damulka warta grzechu



Prawie dziesięc lat fani "Sin City" czekali na drugi film. Niemal dekadę zapowiedzi i zmian obsady. Zdąrzyli więc już stracić nadzieję, a tu nagle Miller wyskakuje z drugim filmem. I choc krytycy, w odróżnieniu od jedyneki, sequel ocenili słabo, film nie ustępuje poprzednikowi.

Fabuła to połączenie adaptacji oryginalnych komisków Millera z nową fabułą przezeń wymyśloną. Film rozpoczyna się ekrenizacją rótkiego komiksu "Kolejna zwykła sobotnia noc" z Marvem w roli głównej. Reszta fabuły to adaptacja "Damulki wartej grzechu" plus dwie nowe historie - w jednej tajemniczy gracz, który nigdy nie przegrywa wchodzi w konflikt z senatorem Roarkiem i jest to zdecydowanie najlepsza i najbliższa klimatom Sin City nowość. Brud, krwawa akcja, dołujące zakończenie. Happy end i tragic end w jednym. Plus świetne aktorstwo Levitta-Gordona.

Druga nowość to kontynuacja fabuły "Tego żółtego drania". Nancy po śmierci Hartigana popada w alkoholzim i szykuje się do zabicia Roarka. ZAbrakło tu jednak millerowego klimatu, a fabuła ustąpiła miejsca typowym dla Rodrigueza pomysłom. Wszystko jest więc pzerysowane, groteskowe i absurdalnie krwawe. Można powiedzieć, ze taki jest cały film, nie mniej tu osiąga to apogeum.

In minus są natomiast zmiany obsady. Miho czy Manute to już nie to samo. Zabrakło Madsena, a Brolin, choć go lubię, jakoś nie leży mi jako Dwight. Zadowala za to Eva Green jako chłodna i wyrachowana Ava. Do tego zdjęcia, stylizacja, klimat...

Film do legendy nie przejdzie, ale fanów zadowoli. Nie jest to jednak obraz dla wszystkich. Dużo krwi, dużo erotyki (więcej zdecydowanie niż w części pierwszej), dużo akcji... To męski kino i tak należy je postrzegać.

Choć muszę się przyczepić zmian fabularnych, które nie są kompatybilne ani z jedynką ani z komiksami.

Tak czy inaczej, film polecam i wystawiam mu ocenę:



7,5/10

czwartek, 25 września 2014

Głos Lema - antologia




GŁOŚ LEMA



Antologie w hołdzie jednemu autorowi to rzecz w Polsce stanowiąca rzadkość. Tym bardziej, jeśli tym autorem jest Polak właśnie. Nasi rodzimi twórcy, jak bowiem nie byliby płodni, nie zyskali nigdy aż tak wielkiej sławy, by kuszono się o podobnego typu przedsięwzięcia. Jeśli jednak poszukać by autora, który na tego typu zbiór bezwzględnie sobie zasłużył, byłby to bez dwóch zdań Lem właśnie. Autor o olbrzymim dorobku, wielkiej pomysłowości, imponującym talencie i umiejętnościami wynoszącymi jego utwory daleko poza jakiekolwiek ramy gatunkowe. Autor, którego warto i trzeba przypominać kolejnym pokoleniom. Autor legenda.



Autor, któremu 12 innych składa hołd na wiele różnych, indywidualnych sposobów poniższym zbiorem.



Lem. Cóż można o nim powiedzieć? Wielki satyryk to pierwsze, co ciśnie mi się na usta, kiedy myślę o jego prozie. Rozpiętość tematów i gatunków, w których mimo, że kojarzony jest główni z Science Fiction, prezentuje się naprawdę imponująco. Szeroko pojętą fantastykę przeplatał bowiem horrorem, filozofią, klimatami detektywistycznymi, antyutopiami, baśnią, ostrym komentarzem społecznym i wieloma innymi. W każdym stylu poruszał się równie biegle i na równi przykuwał uwagę czytelnika. To on dał podwaliny pod współczesną literaturę fantastyczną, utorował drogę różnym znakomitym autorom, a przede wszystkim odniósł sukces, jakiego mogą mu pozazdrościć inni rodzimi pisarze. I choć nie był to sukces olbrzymi, to jednak międzynarodowy i na dodatek taki, który zapewnił mu m.in. hollywoodzką ekranizację jednej z jego powieści „Solaris” nie dość, że z gwiazdorską obsadą to jeszcze z ręki jednego z cenionych reżyserów.



Kto może pochwalić się takim uznaniem? Albo porównywalną z nim listą krajów, w których ukazały się jego powieści?



Hołd jest więc naturalną koleją rzeczy. Ale czy może być udany? Jak słusznie zauważa we wstępie Jacek Dukaj, ciężko zdefiniować co powinno się w zbiorze znaleźć. Czy autorzy powinni jak Lem pisać, czy może czerpać z jego tematów? Inspirować się tylko, czy tworzyć sequele, prequele, bądź remake’i jego dzieł?



Twórcy „Głosu Lema” poszli nieco inną drogą, po części inspirując się stylem (Orkan), pomysłami (Haka – obok Orkana najbliższy zresztą Lemowi, jakiego znam) czy samym Lemem nawet (Orliński), ale w większej mierze pokazali czego ich Stanisław nauczył. Pokazali jak wygląda gatunek, z którego najbardziej jest kojarzony, w dzisiejszych czasach. I - tak, jak i on, Lem – nie ograniczyli się do jego ram. Na prawie 550 stronach znajdujemy nie tylko loty w kosmos, bunty maszyn, czy eksploracje nowych światów, ale również i historię spod znaku płaszcza i szpady, matrixową wizję gier hazardowych w realiach połowy lat 80 ubiegłego wieku, a także obyczajową historię z nutką grozy utrzymaną w klimacie á la najlepsze książki Deana Koontza opowiadającą o katastrofie lotniczej. Zachwyca szczególnie to ostatnie, autorstwa Rafała Kosika, wprowadzając mnóstwo emocji i bardziej przyziemne realia, które spodobają się nie tylko fanom fantastyki w całej jej rozpiętości. Już dla samego tego opowiadania warto ten zbiór kupić, a to nie jedyne wartościowe dzieło, jakie się tu znalazło.



Opowiadania, jak to w antologiach bywa, trudno nazwać równymi. Wyklucza to różnorodność tematyczna i stylistyczna, ale wszystkie zachowują poziom, nie nużą… Czyta się je szybko, przyjemnie, często z głębsza refleksją i przesłaniem. Jest tu nieco oldschoolu, sporo nowoczesnej przy SF, nie brak też inspiracji Philipem K. Dickiem. Wszystko to układa się w smakowity kolaż pomysłów, idei i spojrzenia na świat.



Rodzi się jednak zasadnicze pytanie, przez które należy oceniać każdą książkę: jak antologia wypadnie w oczach czytelników za 20, 50, 100 lat? I nie chodzi mi o ponadczasowość, bo ta – z racji technologicznego boomu i faktu, że pomysły pisarzy SF szybko stają się przestarzałe – tylko co z tego może wynieść przyszły czytelnik. Z obecnej perspektywy niemożliwe jest udzielenie na nie odpowiedzi, to tak, jakby próbować rachunkiem różniczkowym przewidzieć przyszłość, ale mogę powiedzieć jedno: literatura SF, tak samo jak satyra, powie pokoleniom, które nadejdą więcej o nas, naszej kulturze, przekonaniach i wierzeniach więcej, niż suche książki historyczne. A to wartość, którą trzeba cenić i pielęgnować.



Dlatego „Głos Lema” polecam Waszej uwadze, bo – tak, jak zauważyłem w tytule tej recenzji – Lema należy głosić, przekazywać kolejnym generacjom, promować i zachęcać do niego. Jest tego wart, a każda droga, która prowadzi do tego celu, jest dobra.



Natomiast wydawnictwu Powergraph składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

piątek, 19 września 2014

Felix, Net i Nika oraz Gang Niewidzialnych Ludzi - Rafał Kosik




POLSKI HARRY POTTER



Felix, Net i Nika to trójka trzynastolatków, którzy poznają się w dniu rozpoczęcia nauki w nowej szkole. Wszystko wydawałoby się normalne, tak samo jak realia warszawskiego gimnazjum, ale nie dość, że bohaterowie sami w sobie nie są zwyczajnymi dziećmi, to jeszcze przytrafiają im się równie niezwykłe przygody. I tak oto walka z duchami, spotkanie z UFO czy poszukiwania skarbu, stają się codziennością na równi z klasówkami i nauką, a nad wszystkim wisi widmo tytułowego gangu okradającego banki…

Oto wznowienie pierwszego, wydanego dziesięć lat temu, tomu kultowej już serii, którą zapewniła Kosikowi sławę w naszym kraju. Tomu, który w roku 2005 zdobył nagrodę polskiej sekcji Ibby dla najlepszej książki roku. Tomu stanowiącego połączenie stand alone i compelx, powieści, której każdy rozdział jest samodzielną wręcz historią nadającą się do czytania, niczym opowiadanie – idealnego na ekranizację w formie serialu. Na dzień dzisiejszy, cykl składa się z dwunastu tomów i kilku opowiadań, dla których znalazło się miejsce m.in. w magazynie „Fantastyka”, a także nakręconego w 2012 roku filmu, opartego na drugim tomie. Skąd taki sukces serii w kraju, gdzie rzadko jakie postacie literackie wybijają się do innych niż słowo pisane mediów?

Właśnie.

Nie bez znaczenia jest tu oczywiście fakt, że Felix, Net i Nika, w dużej mierze czerpie z sukcesu Harry’ego Pottera. Sukcesu, ale i treści. Szkoła, trójka bohaterów o podobnych do Harry’ego, Rona i Hermiony charakterach (zresztą jest to schemat znany już dużo wcześniej – dwóch bohaterów i damaska, rozsądna przeciwwaga), niezwykłe zdarzenia, sekrety, swoista doza grozy, szybka akcja… Gdyby to jednak było tylko tyle, zainteresowanie serią szybko by przeminęło, a ta jednak nadal trwa w najlepsze i nie zapowiada się, by Kosik przestał tworzyć kolejne tomy. Skąd więc jej sukces?

Po pierwsze, Kosik jest autorem pomysłowym i potrafiącym przykuć uwagę czytelnika, zabrać go do swojego świata i nie wypuszczać z objęć przez niemal 400 stron. Po drugie, jego  styl jest lekki i przyjemny, ale nie naiwny, choć infantylności nie da się do końca wyzbyć. Może i prosty, ale bez dwóch zdań skuteczny. A po trzecie, autor, razem z pisarzami pokroju Pilipiuka, skutecznie wypełnia lukę, jaka pozostała po nieco już trącających myszką Niziurskim, Bahdaju, Makuszyńskim czy Nienackim, zręcznie spełniając wymagania współczesnego czytelnika, który mimo wszystko woli bliższe mu komputery od archaicznych sprzętów, na jakie natyka się u wyżej wymienionych.

A jest to przecież luka ważna. Luka literatury przygodowo-sensacyjno-fantastycznej, którą młodzież chętnie zaczytuje się by uciec na chwilę od szkoły, albo przeżyć w wakacje przygodę, mimo faktu, że przez marną pogodę, nie może opuścić domu/hotelu/kurortu etc. Literatury, która poza dostarczeniem szybkiej, skutecznej i wciągającej dawki zabawy, oferuje także poprzez tą zabawę porcję nauki. Przeslanie. Głębię. Nic na siłę, nic łopatologicznie, za to mądrze i skutecznie, bez wystrzegania się trudniejszych tematów.

Cykl „Felix, Net i Nika” stanowi więc dla współczesnego czytelnika odpowiednik tego, czym dla ich rodziców i dziadków były przygody Pana Samochodzika, Marka Piegusa, czy Szatana z siódmej klasy, albo dla starszego rodzeństwa seriale pokroju „Tajemnicy Sagali”, „Gwiezdnego Pirata”, „Wow”, „Słonecznej włóczni” czy obrazów Maleszki. Czymś, co po latach może zdefiniować dzieciństwo. Ofertę pokazania, że przygoda może tkwić nawet w nudnych murach szkoły, wystarczy tylko chcieć wyciągnąć po nią ręce. To takie proste, jeśli się w to uwierzy.

Młodzież będzie więc zadowolona, zachwycona, ale pytanie co ze starszymi? W dawnych książkach tkwiła przecież swoista magia, która sprawiała, że nie tylko były ponad czasowe, ale także i ponad podziałami wiekowymi, ale czy ma to w sobie proza Kosika? Odpowiedź brzmi tak. Wprawdzie w pełni na to pytanie odpowiedzieć może jedynie czas, ale ja jako osoba dorosła, czytająca przecież poważną literaturę, nie tylko bawiłem się znakomicie, ale także znów mogłem poczuć się dzieckiem. Odnaleźć w sobie tamtego dawnego mnie, który w każdej kałuży widział ekwiwalent morza, który w byle sadzie dostrzegał prawdziwą puszczę pełną mitycznych stworów i który w zwykłym grzebaniu w piaskownicy potrafił dopatrzyć się poszukiwań skarbów. Każdy z nas nosi to w sobie, każdy z nas powinien czasem wypuścić to na światło dzienne, a książka Kosika, co trzeba docenić, pozwala na to znakomicie. Dlatego też uważam, że powinni sięgnąć po nią nie tylko młodsi, ale także i ci, którzy cenią sobie sentyment i w dzieciństwie odnaleźć potrafią to, czego teraz im brak.

Dlatego „Felixa, Neta i Nikę” polecam wszystkim, niezależnie od wieku, a wydawnictwu Powergraph składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.