czwartek, 31 lipca 2014

Zdarzenie. 1908 - Jacek Świdziński



PUZZLE 1908 ELEMENTÓW

Rok 1908, maj. Na środkowej Syberii od pewnego czasu dzieją się dziwne rzeczy. W przemierzającym Imperium Rosyjskie pociągu, spotykają się przypadkiem zdawałoby się zupełnie obce i niezwiązane ze sobą osoby. Los łączy ich wspólnym celem. Tak zaczyna się wyprawa w głąb tajgi i jej największych sekretów...

Jaki jest ten komiks? Co mogę o nim powiedzieć? Nie przez przypadek jeden z bohaterów mówi w pewnym momencie: "Pamięć to archiwum puzzli bez pudełek". Bo na początku właśnie jak puzzle jest ten album, czy raczej opasłe tomisko, wyglądem kojarzące się ze starymi powieściami z czasów szczytowej komuny. Fabuła, intrygująca, głęboka, magiczna, przenosi nas w realia XIX wiecznej Rosji, powoli układając się w jedną, znakomitą całość. Trudno powiedzieć o niej, czy o jej bohaterach coś konkretnego, żeby nie zdradzić za wiele - ją po prostu trzeba (i zdecydowanie warto!) poznać. Treść bowiem jest mądra, z przesłaniem, przypominająca klimatem filmy Davida Lyncha i satyryczną literaturę polską, ale także pełna postaci historycznych i nawiązań do historii i literatury. Wychodzi z tego apetyczny misz masz, pełen smaczków, których wyłapywanie staje się dodatkową atrakcją płynącą z lektury.

Ale komiks to przecież nie tylko fabuła. Komiks to także, a czasem przede wszystkim, kreska, a pierwsze słowo, jakie ciśnie mi się na myśl o stronie graficznej "Zdarzenia" to "ascetyczna". Kreska prosta, uproszczona do granic możliwości, kojarząca się z ilustracjami do książek dla dzieci i młodzieży z czasów wspominanej już przeze mnie szczytowej komuny, ale zarazem przypominająca ilustracje braci Minkiewiczów jakie mogliśmy oglądać w ich kultowym już "Wilqu". Kreska urzekająca swą prostotą, przywołująca na myśl baśnie i dodająca całości jeszcze nie zwyklejszego klimatu. Jeśli dodać do tego tajemnicze napisy na wewnętrznej stronie okładki (szyfr?), otrzymujemy dzieło naprawdę niezwykłe.

Nie zapomnijmy też jednak o innym aspekcie strony graficznej, a mianowicie samego wydania. I to wielkie pochwały należą się wydawnictwu za to, jaką wagę przyłożyła do tego, by album wyglądał na dzieło liczące minimum 50 lat. Za stylizację przekonującą nas, że mamy do czynienia z dziełem z zeszłej epoki, zamkniętym w twardej oprawie, wydrukowanym na żółtawym, grubym papierze...

Brawa! Także za odwagę, bo nie wielu wydawców decyduje się na publikację rzeczy tak trudnych i wymagających, niszowych, ale bez dwóch zdań znakomitych. Rzeczy, na których jeszcze nigdy się nie zawiodłem. Godnych polecenia każdemu, co niniejszym czynię, bowiem "Zdarzenie. 1908" to komiks wysokich lotów i wysokiej klasy, wart tego, by postawić go na półce i wracać do niego co jakiś czas. Dlatego namawiam Was, sięgnijcie po niego, a nie pożałujecie.

A wydawnictwu Kultura Gniewu składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

poniedziałek, 28 lipca 2014

Superfacet nie istnieje, no i co z tego? - Catherine Grey



KSIĘŻNICZKA I ŻABA

Superfacet nie istnieje, kobiety doskonale zdają sobie z tego sprawę, ale nijak nie przeszkadza im to wierzyć, że jednak znajdą takiego. Przecież muszą istnieć potwierdzające regułę wyjątki, prawda? A potem rozczarowanie...

Jak tego uniknąć? Na te pytanie stara się odpowiedzieć humorystyczny poradnik "Superfacet nie istnieje, no i co z tego?" i robi to w taki sposób, że momentami boli brzuch, nawet facetów - choć mogliśmy się obrazić.

Autorka za cel obrała sobie omówienie wszelkiego typu mężczyzn, ich seksualności, przywar, nałogów, problemów psychicznych, wyglądów, charakterów, a wszystko to na 176 stronach, językiem zabawnym i lekkim. Humor wylewa się tu niemal z każdego zdania, klasyfikacja potrafi rozbroić do łez, pomysłowość autorki także. Ale jest też w tym dużo prawdy, a momentami także goryczy. Jako facet z urodzenia, mogę bez dwóch zdań przyznać autorce rację w wielu spostrzeżeniach (w których? nie, nie powiem, nie będę sam sobie kopał grobu ;P ), w wielu mogę się z nią nie zgodzić, ale przede wszystkim muszę przyznać, że czytając "Superfaceta..." bawiłem się naprawdę dobrze. Kobiety natomiast znajdą w książce jeszcze więcej dla siebie, choćby takie testy na mężczyzn, z którymi dzielą swój los, lub dzielić dopiero zamierzają.

Wszystko to składa się na udaną lekturę na jeden wieczór, dostarczającą mnóstwo pozytywnego humoru i nutę refleksji, dlatego polecam ją Waszej uwadze, a wydawnictwu Amber składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi tej pozycji o recenzji.

Planeta Małp - Pierre Boulle



OLDSCHOOLOWA PLANETA

Jinn i Phyllis spędzają w kosmosie wakacje, kiedy natrafiają na dryfującą w przestrzeni butelkę. Butelka okazuje się zawierać listy spisujący wydarzenie, jakie stały się udziałem dziennikarza Ulissesa Mérou, który w roku 2500 dołączył do ekspedycji na odległą planetę. Nowy świat okazał się rządzony przez inteligentne, cywilizowane małpy, który ludzi traktowały, jak zwierzynę łowną i eksperymentalną...

Oto powieść kultowa, którą powinien poznać każdy. I jedna z tych historii, które każdy kojarzy z kina, a nie wielu jest świadomych, iż powstała na podstawie powieści. Powieści głośnego i legendarnego już autora, choć w naszym kraju znanego przede wszystkim i niemal jedynie z "Mostu na rzece Kwai". Powieści naprawdę udanej i godnej polecenia.

"Planeta małp" to książka napisana językiem lekkim, łatwym i przyjemnym, kojarzącym się z dokonaniami Juliusza Verne'a czy H.G. Wellsa, pełna barwnej wyobraźni i nastrojowej akcji. Typowo oldschoolowa, sentymentalna. Autor przeniósł to zabieg animalizacji rodem z bajek na realia science fiction z udanym skutkiem. Wprawdzie w obecnych czasach wiele z jego teorii naukowych traci rację bytu, nie mniej fakt ten nie odbiera czytelnikowi przyjemności płynącej z lektury.

Szczególnie ciekawe są tu odwołania społeczne i kulturowe, podbarwione nutką satyry. Spojrzenie na antyutopię, jaką człowiek mógłby (i pewnego dnia zapewne tak się stanie, jeśli nie pójdziemy po rozum do głowy) sam sobie zgotować. Spojrzenie aktualne nawet teraz, po upływie ponad 50 lat od premiery powieści. Nie brak w niej również filozoficznej nuty i odrobiny głębi, splecionej z rozrywkową formą atrakcyjną dla najróżniejszych grup czytelniczych.

I cóż więcej mogę dodać, jak nie słowa zachęty do zapoznania się z tą pozycją, która stanowiła dla mnie przyjemną sentymentalną podróż w czasy dzieciństwa, kiedy z zachwytem oglądałem jej filmowe adaptacje. Nie przypadkiem "Planeta małp" cieszy kolejne pokolenia, ciągle doczekując się filmowych ekranizacji i kontynuacji (8 obrazów, w tym remake, serial, który potem przetworzono na 5 dodatkowych filmów telewizyjnych, jeszcze jeden serial, a wreszcie nawet komiksy!) i urzeka po dziś dzień rozmachem i pomysłowością. Poza całą tą kultowością jednak, powieść jest najzwyczajniej w świecie bardzo dobra i gwarantuje kilka godzin naprawdę udanej zabawy.

Dlatego szczerze polecam ją Waszej uwadze, a wydawnictwu Amber składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

piątek, 25 lipca 2014

Pachnidło. Historia pewnego mordercy - Patrick Süskind


ZAPACH KOBIETY

XVIII wieczny Paryż. Jean-Baptiste Grenouille przychodzi na świat jako niechciane dziecko i tylko przypadkiem przeżywa swoje narodziny. Trafia do domu dziecka, ale jest inni niż wszyscy. Sam nie posiada zapachu, ale na zapachy jest wyjątkowo wrażliwy. Marzy by móc tworzyć pachnidła i zgłębić ich świat, a także metody produkcji. Tak zaczyna terminować u największych mistrzów zawodu, a także dążyć do realizacji marzenia życia – wyekstraktowania zapachu dziewczyny...

Po tę kultową powieść sięgnąłem przy okazji kręcenia filmu na jej podstawie. Nie zwróciłbym pewnie na nią uwagi, jako że nie przepadam za historycznymi realiami, ale moją uwagę przykuło nazwisko reżysera filmu. Toma Tykwera poznałem i doceniłem po znakomitym „Biegnij lola, biegnij”, więc nie sądziłem, by mógł zrealizować film na podstawie przeciętnej książki. I miałem rację, a „Pachnidło” urzekło mnie i stylem i treścią.

Styl „Pachnidła” to styl lekki, przyjemny, szybki i łatwy w odbiorze. Styl wyćwiczonej ręki znakomitego bajarza, który potrafi przykuć uwagę czytelnika i nie wypuścić jej ze swych rąk przed finałem. Ale co najważniejsze, potrafi tak operować słowem, że zapachy naprawdę można poczuć. A to chyba w tej fabule najistotniejsze.

Fabuła natomiast to prosta, ale skutecznie opowiedziana historia losów nietypowego człowieka, na tle prawdziwej, czasem i do bólu (nosa!) scenerii tamtych lat. Scenerii brudnych zaułków, niszczejących pokojów, w których świadczą swe usługi prostytutki, ukwieconych łąk, intensywnych pachnideł i cudownej woni kobiecych ciał. Każdy z nas, mężczyzn, zna ten zapach. Tą ulotną woń, którą perfumy mogą podkreślić, wydobyć, wzbogacić, ale której nie zastąpią. Zapach, który chciałoby się wdychać, jak wdychać chce powietrze niedoszły topielec, i który chciałoby się móc uchwycić. W słowa, w buteleczkę perfum.

Zapach idealny.

Autorowi udaje się to pierwsze. Ubrać w słowa, otulić hołdem, przekazać swoje spostrzeżenia na jego temat. Grenouille usiłuje ów zapach uchwycić w buteleczkę, stworzyć pachnidło idealne wszelkimi metodami, za wszelką cenę... Czy mu się to uda? Przeczytajcie by się dowiedzieć i to koniecznie, bowiem jest to jedna z lepszych książek, jakie miałem w dłoniach, a trochę ich się przez moje ręce przewinęło.



czwartek, 24 lipca 2014

Widma - Łukasz Orbitowski



Nadchodzi czas Powstania Warszawskiego, wielkiego zrywu. Wśród szykujących się do walki jest także młody poeta, Krzysztof Kamil Baczyński. Do walk jednak nie dochodzi, bowiem z niewyjaśnionych przyczyn nie chcą strzelać pistolety, granaty nie zamierzają eksplodować. Niemcy zostają wyparci, zaczyna się komuna, Krzysztof wiedzie gorzkie życie niespełnionego literata. Tymczasem niejaki Wiktor, milicjant, bada sprawę Cudu Dnia Pierwszego, jak określono to, co stało się w dniu Powstania. Wkrótce dochodzi do dziwnych zdarzeń...

Nigdy nie lubiłem twórczości Orbitowskiego. Miałki, nużący styl naiwne i całkowicie nieudane rozwiązania fabularne, nawet dobre pomysły potrafił zniszczyć totalnie. Jako publicysta sprawdzał się znakomicie, ale oprócz "Horror show" (a it o na siłę), nigdy nie przebrnąłem przez żaden z jego tekstów. Liczne opowiadania w "Fantastyce" nudziły mnie po kilku akapitach i powiem szczerze, że nie znam żadnego fana tego gatunku, który nie miałby co do twórczości Orbitowskiego podobnych wrażeń.

"Widm" sam nigdy bym nie kupił, ani nawet nie wypożyczył, ale dostałem je w prezencie Gwiazdkowym, więc ostatecznie postanowiłem je przeczytać. Miałem nadzieję, że książka tak zachwala zapewni mi nieco rozrywki i zmieni zdanie o autorze. Zacząłem lekturę i początkiem o strumieniu byłem urzeczony. Pomyślałem "Wreszcie jakaś dobra książka!". Potem było już tylko gorzej i gorzej i gorzej... Lekturę męczyłem ponad dwa miesiące.

Jaki jest podstawowy zarzut co do "Widm"? Trudno wybrać jeden. Najczęściej wśród wszelkich opinii przewija się to, iż powieść o alternatywnej historii, na historii wcale się nie skupia. Ba! To, co powinno być najważniejsze, na czym opierać powinna się fabuła - zmiany, jakie zaszły w Polce i Polakach z powodu braku Powstania - w ogóle nie jest poruszana. W Polsce nie zmieniło się nic. Jest komuna, jest co i było. Po co więc cała ta zabawa w alternatywną historię? Chyba po nic, chyba tylko dlatego, że tak sobie wymyślił autor - bez umotywowania. logiki i sensu. Chyba tylko dla pieniędzy,. bo Powstanie i Komuna to nośne tematy, nie ważne, że zgrane już do mdłości.

To nie jest jednak najgorsze w całej powieści. Gorszych jest wiele innych rzeczy, a wszystko sprowadza się w ostateczności do stylu. Fabuła bowiem, która nadawałaby się na opowiadanie, nowelę może, została na siłę rozciągnięta na ponad 600 stron. 600 stron nudy i stylistyki tak miałkiej, że nie dało się tego niemalże czytać. Skończyłem jedynie dlatego, że nie cierpię pozostawiać nie dokończonych książek. Kiedy czytałem "Widma" pomyślałem o najgorszych powieściach Kinga. Podobnie jak w nich, tak i Orbitowskiego wszystko jest nieznośnym wodolejstwem, zabijającym nawet resztki inwencji a rozwiązania wątków fantastycznych żenująco wręcz głupie, śmieszne, o idiotyzm się ocierające. Różnica pomiędzy Orbitowskim a Kingiem jest jednak taka, że Król mimo wszystko posiada jakąś magię, coś co nawet w najgorszych powieściach sprawia, że chce się po latach do nich wrócić, do Orbitowskiego nie wrócę na pewno. Żałuję wręcz, że zmarnowałem tyle czasu na tę lekturę. I żal mi drzew, które musiały umrzeć, by wydrukowane zostało coś tak nieznośnie nudnego, patetycznego w najgorszym tego słowa znaczeniu i tak zobojętniające czytelnika, że co chwila łapałem się na tym, że mój wzrok ślizga się po słowach nie przyswajając ich. Że nie pamiętam kto zginął a kto żyje. Każdy zwrot akcji przyjmowałem z ziewnięciem nudy i pobłażania, bo przewidywałem go na kilkadziesiąt stron wcześniej. Zresztą takie oczywistości przewidziałby każdy. Postacie też mnie nie obchodziły. Wszystkie nijakie, wszystkie takie same, zginą, nie zginą, co za różnica. Nie było w nich nic prawdziwego, psychologia szwankowała na tragicznym wręcz poziomie, a traktowanie niektórych postaci historycznych przypominało propagandowe zrzędzenie kogoś, kto zwyczajnie się nudził i papuguje zasłyszane hasła.

Właśnie, propaganda. Orbitowski to kolejny pisarz, który bez większej logiki bawi się w obecną antykomunistyczną propagandę. Komuna jaka była każdy wie. Nikt ni powie, że było super, ale nie było też tak tragicznie, jak chcą tego niektórzy. Pewne aspekty życia prezentowały się lepiej niż teraz. Orbitowski jednak nie zważa na takie rzeczy. Bo i po co. Z kart jego powieści wyłania się obraz wiecznie szarego (nawet jak świeci słońce), zimnego (w lato także) miejsca. Wiecznych Bieszczad. W Polsce z PRL-u mieszkali tylko milicjanci i ich ofiary. Ludzie nie mieli ani odrobiny wolności, nie mieli nic. Nie mieli co jeść. Była za to wódka. Wódkę pił każdy, bez wyjątku. I każdy bez wyjątku - kolokwialnie, językiem powieści mówiąc - ruchał się ile tylko się dało. Czy tak był? Kto pamięta, niech osądzi sam.

Co do języka, o którym wspomniałem powyżej, cóż, Orbitowski nieco bez sensu miesza klasyczny styl z wulgaryzmami ciskanymi tu i tam. Wulgaryzmami kojarzącymi się z nastolatkiem, którego bawi przeklinanie. Przekleństwa mi nie przeszkadzają, ale jeśli są uzasadnione, tu uzasadnienia brak.

Brak też głębi, przesłania czy sensu. Polska fantastyka cierpi na brak dystansu i otwartość, brak odwagi, a "Widma" nie są wyjątkiem. Jednak na tle innych dzieł z tego gatunku pokazują, że nawet popowa literatura mainstreamowa, która nie niesie prawie nic, potrafi zaoferować więcej niż one. Szkoda. Wielka szkoda. I wielka strata czasu z mojej strony.

Odradzam każdemu, kto ceni dobrą literaturę. Nie warto. Ja na pewno nie będę trzymał tej powieści na półce.

wtorek, 22 lipca 2014

Kult kanibali - Guy N. Smith



Mak Sabat był już i księdzem i gejem i egzorcystą i komandosem SAS, teraz natomiast walczy ze złem, a także z dzielącą z nim jego ciało duszą demonicznego brata. Wmieszany w chorą intrygę, pomaga w odzyskaniu ciała straconego sadysty kanibala zwanego Francuskim Potworem i wbrew woli staje się członkiem kultu kanibali, z którym jednocześnie toczy bój...

Jeśli miałbym porównać do czegoś literaturę, jaką uprawia Smith, miałbym spore trudności, ale porównałbym jej jakość do muzyki Disco Polo. Dno. Najniższy szczebel na drabinie literatury. Nie dość, że stylistycznie powieść to koszmar, to treść jest tak miałka, pozbawiona choćby elementarnej logiki czy sensu, głupia, nużąca, nie potrafiąca ani obrzydzić, ani przestraszyć, ani zniesmaczyć (a to akurat sztuka, skoro mamy i gwałty, mordowanie, pieczenie żywcem malutkich dzieci, nekrofilię, klerofilię, pedofilię, egzekucje, kanibalizm, tortury... wymieniać mógłbym tak długo, tylko po co?). Niby to tylko 170 stron, a nuży.

Owszem, jest to horror, który niektórym może się spodobać, ale żeby się spodobał, czytelnik musi nie mieć żadnych oczekiwań, nie szukać w literaturze ani odrobiny wartości, a także najlepiej jak wyzbyłby się szacunku i dla siebie. Wtedy może, ale tylko może, choć odrobinę byłby zadowolony i nie żałował czasu spędzonego na lekturze.

Ja żałuję i doskonale rozumiem, czemu o Smithie nikt już prawie nie pamiętam.

Odradzam!

czwartek, 17 lipca 2014

Droga - Cormac McCarthy





KSIĄŻKA WIELKA... NA SIŁĘ

Doszło do wielkiej zagłady. Spustoszony, postapokaliptyczny świat przemierza mężczyzna z synem. Starają się przeżyć...

Wielkim pisarzem jest Cormac McCarthy, ale niestety nie tym razem. Rozumiem dlaczego powieść dostała Pulitzera, ale czy się z tym zgadzam, to już inna sprawa.

Cormaca pokochałem po "To nie jest kraj dla starych ludzi". Powieści absolutnie wielkiej. Genialnej. Na podobne wrażenia liczyłem i tym razem, ale niestety. Stylistycznie powieść przypomina inne dokonania autora, minimalizm, oszczędność, surowość, brutalność... Wszystko to jest jednak miałkie i nijakie, a przesłanie proste. Zbyt proste. Konkretne sformułowania, budowa zdań, pewne zwroty i stwierdzenia mogą dawać wrażenie obcowania z wielką literaturą, ale w rzeczywistości brak w tym wszystkim prawdy i szczerości. Jakby wszystko to zostało zrobione pod publiczkę. Pod jury przyznające nagrody. Zgodnie z oczekiwaniami i gustami wielkich krytyków.

Nie twierdzę, że moja opinia jest właściwa, ale tak to właśnie czuję. Nie przejąłem się losem żadnego z bohaterów, nie odczułem żadnych emocji. Czytałem i tyle. Beznamiętnie. Nie tak powinno być. Wystarczy sięgnąć po naprawdę wielkich pisarzy i ich arcydzieła, by przekonać się jak powinna wyglądać powieść, która przejdzie do historii.

Nie oznacza to jednak, że książka jest zła. Masa ludzi uzna ją za wybitną, dając się zwieść autorowi, a to też pewna sztuka. Dobre kłamanie jest w cenie. Ale ja zdecydowanie wolę coś, co poruszy mną do głębi, pokaże prawdę i urzeknie, każe nad sobą pomyśleć, nie da zapomnieć... Coś, co nie będzie na siłę wielkie, co nie będzie miało ambicji do bycia czymś więcej, niż jest. Tylko wtedy bowiem powstać może prawdziwe arcydzieło, które nawet po setkach lat nie starci nic ze swej świeżości.

środa, 16 lipca 2014

Niezbętnik obserwatorów gwiazd - Matthew Quick



HARRY POTTER 21

Finley to milczący nastolatek, który nie ma łatwego życia.Mieszka samotnie z pracującym na nocne zmiany ojcem i beznogim dziadkiem w Bellmont, miasteczku rządzonym przez irlandzką mafię i czarne gangi. Jego matka zginęła w tajemniczych okolicznościach. Finley jest introwertykiem, a jedyne radości życia znajduje w swojej dziewczynie Erin i koszykówce. Wszystko zmienia się pewnego dnia, kiedy trener prosi go o nietypową przysługę. Chce, by Finley zaprzyjaźnił się z Russem. Russ to genialny zawodnik, ale po tym, jak jego rodzice zostali zamordowani, zamknął się we własnym świecie i udaje kosmitę o imieniu Numer 21...

Przyznam, że kupiłem tę powieść, bo trafiłem na nią na kiermaszu książek w "Biedronce" i kojarząc "Poradnik pozytywnego myślenia" - słynny debiut autora - nabyłem bez zastanowienia. Potem zacząłem się zastanawiać czy dobrze zrobiłem, jako że opis niestety mnie nie zachwycił. Gangi? Koszykówka? Sensacyjnej literatury nie lubię, sportu nie znoszę... A potem zabrałem się za lekturę iw padałem, choć na początku nadal towarzyszyły mi pewne obiekcje.

Styl autora jest lekki, znakomity, wciągający, porywający etc. Powieść napisana w pierwszej osobie (co lubię), w czasie teraźniejszy (co rzadko wychodzi, a jednak Quick zrobił to znakomicie), nie pozwoliła mi się od siebie oderwać. Wprawdzie pomyślałem, że to wszystko przecież już było, że czytam kopię "K-PAXa" z momentami a la "Most do Terabithii", ale czy to coś szkodzi? Nie musiałem jednak długo czekać, by przekonać się, że mam do czynienia z dziełem samodzielnym, oryginalnym i niesamowicie uroczym. Dziełem tak dobrym, że chłonąłem je z wypiekami na twarzy.

Autor zapewnił mi w ten sposób mnóstwo niesamowitych wrażeń i emocji. Szczególnie w ostatnich 100 stronach powieści. Wzruszył mnie, ucieszył, dał porcję goryczy, nie odmówił głębi...

Tak dobrej powieści dawno nie czytałem i nie wątpię, że Matthew Quick zagości jeszcze u mnie jakąś inną powieścią, a Wam "Niezbędnik..." polecam z czystym sercem!

wtorek, 15 lipca 2014

Romance - Chuck Palahniuk



ROMANS

Narrator kiedyś był szczęśliwy. Miał ukochaną, oboje byli grubi, żyli sobie w szczęściu i nagle jego dziewczyna zaczęła się odchudzać. Na ich związek padł cień: a co jeśli stanie się szczupła i sexi i ktoś mu ją odbije? Na szczęście (?) zabił ją rak. Teraz bohater chce uciec od swego życia i zalać się w trupa. W barze w pociągu poznaje jednak ją, kobietę idealną, która jest nim zainteresowana. Brit. Brit ma jednak kilka minusów, jest alkoholiczką i narkomanką i jest też upośledzona. Jej umysł przypomina umysł sześciolatki, ale co z tego skoro jest nimfomanką?

Najlepsze opowiadanie Chucka, jakie czytałem od czasu legendarnych już Flaków. Opowiadanie, po którym nadal nie mogę się otrząsnąć. Niby nie dzieje się w nim nic takiego, a jednak powala na kolana i nijak nie daje o sobie zapomnieć. Niby to tylko dwie strony, a wzrusza (nadal żal jest mi Brit), emocjonuje (nienawidzę narratora) i wali w twarz porcją prawdy o nas samych, która boli. O nas, facetach.

Cudo, po prostu cudo!

A scena w klinice aborcyjnej, absolutna perełka, tak samo jak ta w autobusie (Puppet Show!).

I cóż mogę dodać, jeśli nie podziękować mistrzowi Palahniukowi za takie dzieło i zachęcić Was do przeczytania Roamnce? (Jeśli chcecie przeczytać opowiadanie, znajdziecie je pod adresem http://imgur.com/a/jOZ1s). A kiedy już Wam się spodoba - a nie przewiduje, by było inaczej - obejrzyjcie krótkometrażowy film na jego podstawie, który - nic dziwnego - zdobył nagrodę (pod adresem http://www.youtube.com/watch?v=W4O_Gqc4Gk0 znajdziecie go w całości).

Natomiast wszystko o opowiadaniu znajdziecie pod adresem http://pl.chuckpalhniuk.wikia.com/wiki/Romance

I wciąż ją kocham - Nicholas Sparks



Drogi Johnie

John nigdy nie był ideałem. Jego młodość to pasmo błędów i pomyłek. Zmienia si, kiedy wstępuje do wojska. Gdy na przepustce wybiera się na plażę, przypadkiem poznaje ją. Ideał. Dziewczynę, o jakiej marzył całe życie. Savannah. Wydaje się nie mieć u niej szans, ale szybko zaprzyjaźniają się i stają parą. Gdy wraca do wojska, starają się kontynuować związek na odległość, ale pojawiają się wciąż to nowe trudności...

"I wciąż ją kocham" poznałem obejrzawszy najpierw film. Filmu pewnie bym nie obejrzał, gdyby nie nazwisko reżysera, ale obejrzałem i byłem zadowolony. Naturalną koleją rzeczy było, iż musiałem zapoznać się z książką, i kiedy tylko nadarzyła się okazja, kupiłem. Oczywiście z lekturą poczekałem, wciąż za dobrze pamiętając film, ale w końcu zapoznałem się z pierwowzorem i jestem bardzo zadowolony.

Powieść to typowy, gorzko-słodki melodramat, nieco w stylu Nicka Hornbyego. Dość ambitny, nie mniej nie do końca udany. Styl jest bowiem zbyt niedojrzały, czasem zbyt prosty. Spora w tym, "zasługa" tłumacza - kiedy tłumaczy się literaturę, nie wystarczy tylko słownikowa znajomość języka - ale i sam autor wiele scen zrobił nie do końca takich, jak powinien. Nie był też konsekwentny w postaci Savannah, a to również drażni.

Nie mniej, swoją rolę powieść spełnia znakomicie, dając czytelnikowi 350 stron emocji. Czasem tanich, to prawda, ale jednak emocji. Kilka prawd też się znalazło, choć zbyt naiwnych, by uznać je za coś istotnego.

To romans głównie dla mężczyzn i tak powinno się go postrzegać. Wątpię, by kobietom się spodobał, a i wielu facetów - masa z nas, przyznaję, cierpi na brak romantyzmu, a nawet jeśli ma w sobie jego pokłady, często się go wstydzi - nie znajdzie w nim nic dla siebie. Taka literatura, choć utrzymana w nurcie popularnym, stanowi niszę, ale niszę wartą poznania. Przeczytania. Emocjonowania się nią przez kilka wieczorów.

Polecam.

czwartek, 10 lipca 2014

The Guts Effect - Chuck Palahniuk



FLACZANY EFEKT

Oto esej Chucka. Wspomnienie jego wrażeń płynących ze spotkań autorskich, kiedy to odczytywał opowiadanie Falki. Opowiadanie, które dało 67 potwierdzonych przypadków zasłabnięć wśród słuchaczy, plus masę niepotwierdzonych.

Co skłoniło Chucka do napisania go?
Skąd wziął się pomysł?
Co działo się na spotkaniach autorskich?
Jakie były reakcje słuchaczy i prasy?

Esej odpowiada na te i więcej pytań. Do tego napisany jest znakomicie, fascynująco i porywająco. Rzecz absolutnie konieczna dla fanów Palahniuka.

A kto poczuł się zainteresowany moimi słowami, niech kliknie na adres: chuckpalahniuk.net/features/essays/guts-effect‎

P.S. Fragment tego eseju znalazł się też na tyle okładki "Opętanych", ale to jedynie niewielki ułamek tego, co czeka na czytelnika po sięgnięciu po niego.

Zombie - Chuck Palahniuk



Griffin Wilson to genialny szesnastolatek, który wpada na ideę deewolucji i dokonuje na sobie lobotomii przy użyciu szkolnego defibrylatora. Sprowadzony w wyniku tego zabiegu do poziomu noworodka uzyskuje szczęście, coś co tkwi pomiędzy „być albo nie być”. I wywołuje falę naśladownictw...

Znakomity i kontrowersyjny pomysł. To pierwsze co przychodzi mi do głowy. Pomysł typowy dla Palahniuka. Niestety tym razem nie w pełni wykorzystany, choć 60% opowiadania jest naprawdę znakomite. Problemem staje się finał, który wydaje się zbyt wydumany i nierealny, nawet jak na tego autora.

Zupełnie, jakby Chuckowi zabrakło pomysłu na zakończenie.

Jednocześnie, przez pryzmat satyry, rozumiem taki zabieg, choć nadal nie jest on tym, czego bym oczekiwał. Palahniuk przyzwyczaił mnie do niejednoznacznych pokręconych zakończeń, a tu dostałem coś prostego, zwyczajnego i nie przekonującego.

Nadal jest to jednak bardzo dobre opowiadanie nie tylko dla fanów autora, głębokie i nie pozbawione przebłysków inwencji.

A jeśli Wy chcecie je przeczytać, kliknijcie na link http://playboysfw.kinja.com/zombie-a-new-original-short-story-by-chuck-palahniuk-1465542446 gdzie znajdziecie je w całości.

Wszystkiego o Zombie dowiecie się natomiast ze strony http://pl.chuckpalhniuk.wikia.com/wiki/Zombie

Cannibal - Chuck Palahniuk



DROGA DO SERCA KOBIETY WIEDZIE PRZEZ ŻOŁĄDEK MĘŻCZYZNY

Kanibala nikt nie lubi. Żaden z uczniów w całej szkole. Dziwny, opóźniony w rozwoju i z wypaczonym postrzeganiem seksu, znajduje się najniżej w drabinie szkolnej hierarchii. Ale Kanibal kryje w sobie pewien sekret, choć słowo kryje, nie jest tu zbyt adekwatne. Sekret związany z zaproszeniem go przez jedną z uczennic do seksu oralnego...

Droga do serca kobiety wiedzie przez żołądek mężczyzny. To dewiza życiowa Kanibala. Dewiza, która zapewniła mu jego pseudonim.

Chuck Palahniuk powraca tym opowiadaniem do wielkiej formy. Opowiadanie nie jest może zbyt oryginalne (stąd nie mogę dać większej niż 8 oceny), za bardzo czerpiące z „Flaków”, ale jednocześnie znakomicie napisane, chore, odpychające, ostro satyryczne i mądre. Ukazujące współczesnych amerykańskich nastolatków w krzywym, ale jakże prawdziwym, zwierciadle. Na nich, a także co z umysłami robi wszędobylska erotyka i pornografia. Na znieczulicę i brud.

Nie brak mu brutalności, nie brak też głębi. I prawdy. I pomysłowości. I szoku. I... i... i...

Jest to typowy Palahniuk, typowy do bólu – dosłownie – ale za to go lubimy. Kochamy. Nie jest to lektura łatwa, a nasz śmiech jej towarzyszący, nie raz uwięźnie w gardle, ale na pewno satysfakcjonująca. Pozostawiająca czytelnika wyzutego z sił, ale na pewni nie żałującego spędzonego nad nią czasu.

Dlatego polecam całym sercem i przestrzegam: nie jest to opowiadanie dla ludzi o słabych nerwach i... żołądkach.

A jeśli chcecie je przeczytać, zajrzyjcie pod adres http://www.playboyph.com/feature.php?feature_id=43#.UzaRUVYhHW8 gdzie znajdziecie je w całości.

Wszystko o Kanibalu natomiast znajdziecie pod adresem http://pl.chuckpalhniuk.wikia.com/wiki/Cannibal

Knock - Knock - Chuck Palahniuk



KNOCK-KNOCK KNOCKIG ON HEAVEN'S DOOR

Narrator tej opowieści to chłopak wychowywany samotnie przez ojca komika. Mężczyzna całymi dniami opowiada dowcipy i rozśmiesza klientów miejscowego fryzjera. Gdy okazuje się, że ojciec zachorował na raka, syn stara się - wzorem filmu "Patch Adams" - wyleczyć go śmiechem...

Gorzkie, momentami śmieszne, momentami przygnębiające, ale nie do końca spełnione opowiadanie Chucka. Historia upadku i śmierci, załamania się ludzkiej psychiki i tradycyjna satyra na kosumpcjonizm i popkulturę. Wszystkie te składowe elementy powinny dać znakomite opowiadanie, ale w zakończeniu zabrakło pomysłowości, co w przypadku Palahniuka jest sporym minusem. Pomysłowości i zaskoczenia, jakimi zawsze nas raczy.

Nie mniej nadal jest to znakomite opowiadanie, dla nieznających Palahniuka o gwiazdkę wyżej w ocenie, ale dla fanów znających możliwości pisarza, będzie stanowiło drobne rozczarowanie. Nie tak jednak wielkie, bym nie chciał go Wam polecić z czystym sumieniem.

Wszystko o opowiadaniu pod adresem http://pl.chuckpalhniuk.wikia.com/wiki/Knock_Knock

Invisible Monsters - Chuck Palahniuk, Gabor Kiss



Transseksualna Brandy Alexander umiera w wyniku postrzału. Na jej prośbę oszpecona w wyniku wypadku narratorka zaczyna opowiadać jej życie. Ich życie. Jej, Brnady i Manusa. Jak razem jeździli po stanach i okradali wille z leków, którymi chcieli uśmierzyć cierpienie życia...

Chuck Palahniuk nie ma szczęście do adaptacji. Filmowy „Fight Club” był jedynym wyjątkiem, ale kiedy patrzę na żenujące „Udław się”, czy marny „Romance”, aż żal, że ktoś pozwolił zrobić coś takiego ze swoją twórczością. Rozumiem wtedy Alana Moore'a, który widząc, co zrobiono ze jego „Strażnikami”, „V jak Vendettą”, „From Hell”, czy „Ligą niezwykłych dżentelmenów”, zabronił wymieniania swojego nazwiska przy owych projektach.

Komiksowe adaptacje prozy Chucka też jak się właśnie przekonuję, nie są udane. Scenariusz jest bardzo dobry, to Chuck jakiego znamy, ale po pierwsze całość potraktowana jest strasznie skrótowo, a po drugie oprawa graficzna aż woła o pomstę do nieba. Koszmar. Kreska Gabora Kissa żenuje, triki komputerowe trudno nazwać trikami (takie rzeczy robią początkujący i niekoniecznie znający się na swej profesji studenci grafiki komputerowej) a kolor... Nie, nie będę już kopał leżącego.

Dziwi mnie, że komiks znajduje się na oficjalnej stronie pisarza, choć z drugiej strony, jako ciekawostkę poznać go warto.

Niestety, jeśli tak będzie prezentować się planowana przez Palahniuka komiksowa kontynuacja Fight Clubu, szkoda będzie wydawać na nią pieniędzy.

A kto „Invisible Monsters”chce przeczytać, niech zajrzy pod adres: http://chuckpalahniuk.net/content/invisible-monsters-comic-book

Harry Potter - dobry czy zły? - Gabriele Kuby



Zakłamana, głupia i zwyczajnie żerująca na fanach Harry'ego publikacja, której nawet nie warto czytać. Dla przykładu chciałbym pokazać tu kilka debilizmów autorki, które zadecydowały tak o mojej recenzji. Kuby porównuje tu np. że Harry Potter jest złą lekturą, bo Harry do walki za złem używa atrybutów zła, czyli magii, a jednocześnie twierdzi, że "Władca pierścieni" jest lekturą dobrą, bo... bo co? - aż ciśnie się na usta. Bo w "WP" bohaterowie do walki ze złem, które włada magią używa - uwaga! - magii. Logiczne?
Równie rozbrajającą mnie kwestią jest fragment, w którym autorka mówi, że książki o Harrym mają satanistyczne przesłanie, bo wspomina się w nich często barwy czarną, zieloną i czerwoną - barwy Szatana. Cóż, pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że Kuby, osobą, jak sama twierdzi, wierząca, wie, że barwy te stale pojawiają się w religii chrześcijańskiej w strojach księży, czy biskupów, kardynałów itp.
Na koniec chciałbym jeszcze przeprosić za ton tej recenzji, ale na tak jawne kłamstwa nie potrafię zareagować inaczej.
Co się zaś tyczy kwestii podsumowania, nie radzę kupować tej książki. Chyba, że jako ciekawostkę, z której można się pośmiać. Wypacza bowiem obraz cyklu o Harrym i żeruje na ludziach i fenomenie Harry'ego Pottera. A to po prostu świństwo.

piątek, 4 lipca 2014

Absurdy PRL-u. Antologia - Marcin Rychlewski



Antologia absurdów PRL-u, humoru z tamtych lat, faktów, ciekawostek. Znalazło się też kilka zdjęć, instrukcja obsługi pisuaru (perełk!), małego fiata...

Ogólnie rzecz biorąc, tom głównie do śmiechu, co nie do końca stanowi ani plus, ani minus.

Komuna nie była rajem - nie pamiętam jej, urodziłem się, kiedy ginęła, ale to i owo wiem. Nie była utopią, ale też i daleko było jej od piekła, na jakie teraz jest kreowana. Wszystkie współczesne filmy i książki prezentują komunę, jako wieczne zaśnieżone Bieszczady, ewentualnie Warszawa - szara i albo zlana deszczem, albo zasypana śniegiem. Słońce nie świeciło nigdy, w Polsce mieszkali tylko milicjanci (i cała reszta związana z Państwem) i przez nich pokrzywdzeni, a ludzie tylko się bali.

Nikt nie pokazuje pozytywów, ani zestawienia ze współczesnością. Każdy, bez sensu, świeci nam w oczy jedną stroną medalu.

Ta publikacja nie jest inna, choć daje wgląd w to, z czego się wówczas śmiano. I pozwala również się uśmiechnąć.

środa, 2 lipca 2014

Battle Royale Koushun Takami




Japończycy to dziwny naród. Z jednej strony nowoczesny i postępowy, z drugiej nadal wierzą w dawne bóstwa i przesądy... To również dziwny kraj, jeśli chodzi o tolerancję. W Japonii bowiem akceptowane są rzeczy, które daleko wykraczają poza granice, jakie narzucili sobie europejczycy czy amerykanie. I nie tylko jeśli chodzi o seks (wszędobylska pornografia, też komiksowa, automaty z używaną damską bielizną dla fetyszystów, chore pomysły w stylu Bukkake, które nie sprzedało się nigdzie poza Krajem kwitnącej Wiśni...), ale też i o przemoc. Któż nie słyszał o filmie "Króliki doświadczalne 2: Kwiat z ciała i krwi", który, po trafieniu do USA, był badany przez FBI czy nie jest czasem rejestracją prawdziwego morderstwa. Nie mniej jednak Battle Royale wstrząsnął Japończyków brutalnością. Dlaczego? Przyznam, że po pierwszych rozdziałach byłem gotów to zrozumieć, ale potem...

Cóż...

Ale po kolei.

Shuya ma 15 lat i chodzi do Gimnazjum w Shiroiwa. Pewnego dnia jedzie z klasą na szkolną wycieczkę, która kończy się tragicznie. Uprowadzeni przez wojsko trafiają do opuszczonej szkoły na wyludnionej wyspie i zostają poinformowani, że zostali wytypowani do Programu. Brutalnej gry, która co roku odbywa się w Japoni. Cel gry jest prosty: zabić wszystkich innych. Przeżyć może tylko jeden uczestnik z 42. Zaczyna się walka o przetrwanie...

Japonia komunistycznym krajem pozbawionym dawnych wierzeń? Świat tolerujący brutalną grę z przyczyn ekonomicznych? Upadek moralności i obyczajów...

Jak już pisałem początek BR to kawał dobrej literatury. Mocny, szokujący, wstrząsający... kopie czytelnika w głowę dosadnością i realizmem. Zachwyca i przerażą. Ale potem zaczyna być gorzej. Liczba trupów rośnie z każdym rozdziałem (po każdym dostajemy też podsumowanie zgonów), ale słabnie jej wymowa. To co przerażało i wstrząsało, teraz śmieszy i nuży. Przemoc staje się groteskowa, autor na siłę chce nas zszokować, przez co popada w przesadę, a logika szwankuje coraz bardziej. Bez sensu są motywacje gry, motywacje bohaterów i łatwość z jaką zabijają. Logiki brak jest rónież w samobójstwach, braku prób choćby zdjęcia wybuchowych obroży (skoro chcą sie zabić, czemu nie spróbują), czy talentów w posługiwaniu się bronią. Czytelnika irytuje np. fakt, że nikt nie rozpoznaje w jednym z bohaterów zwycięscy poprzedniej gry, choć pokazywała go telewizja, czy konstrukcje niektórych postaci. Pewni bohaterowie, jak np Sho, są wymyślni tak sztampowo i bez sensu, że czytelnik tylko czeka, żeby w końcu umarli i skończyła się tortura.

Nie mniej jednak jest to niezła i mocna lektura. Rzekłbym nawet porąbana. Kojarzy się nieraz aż za bardzo z Wielkim Marszem Kinga/Bachmana, ale nijak nie psuje to jej odbioru. I jest zdecydowanie lepsza i bardziej logiczna od filmu.

Tak więc, kto lubi takie klimaty, niech przeczyta, ale cała reszta może sobie spokojnie darować Battle Royale. Naprawdę nie wiele straci.

300 Frank Miller, Lynn Varley




300 Spartan. Nie mieli szans, ale stanęli do walki z niewyobrażalnie wielką armia perską. Chcieli ocalić swój kraj, a dobrze dobrane miejsce walki dało im cień nadziei. Czy jednak zdołają pokonać wroga?

Uwilebiam komiksy Franka Millera, cokolwiek by nie zrobił. To twórca, który zmienił moje życie, jeśli chodzi o czytanie historii obrazkowych i za to będę mu wdzięczny już na zawsze. Co się zaś tyczy komiksów historycznych, to nie mój ulubiony gatunek. Nie mniej dzieło, które właśnie skończyłem czytać, bez dwóch zadań należy do wartych poznania nawet, jesli nie lubi się historii.

Oczywiśćie scenariusz wierny historycznie nie do końca zasługuje na 8 gwiazdek. Jest ciekawy, głęboki, odpowiednio gascynujący i zaskakujacy, gdzie trzeba, ale jednak fabuła jest dość prosta. Rzetelnie poprowadzona, ale prosta.

Inną sprawą są znakomite, charakterystyczne tylko dla Millera rysunki. I rewelacyjny, pastelowy k0olor jego żony (obecnie już byłej) Lynn Varley.

Wszystko to składa się na dzieło wielkie i kultowe, zdecydowanie lepsze od filmowej ekranizacji. Dzieło, które słusznie pojawiło się na liście 100 najlepszych komiksów wszech czasów.
Dzieło, które mogę polecić każdemu, nawet jeśli za formą obrazkową nie przepada.

Złota proporcja. Matematyczny język piękna : Fernando Corbalán




Wznowienie kolekcji książek matematycznych to rzecz niewątpliwie warta przeczytania. Całość składać się będzie z 40 tomów, a otwierająca ją "Złota proporcja" na pewno zasługuje na przeczytanie.

Czym jest złota proporcja? To liczba znana jako Fi 1,618... Liczna, która ciągle pojawia się w definicjach piękna. To ona kryje się w uśmiechu Mona Lizy, w układzie płatków kwiatów, liści, pestek,. budownictwie... To licza, uznawana za boską, bowiem wszystko, co istnieje, zdaje się na niej opierać...

Sama książka to też ciekawy przykład jak o matematyce można mówić z pasją, odwołując się co chwila, do najróżniejszych dziedziń, od bilogii do sztuki. Napisana lekko i ciekawie... ale nie idelanie.

Kiedy ja sięgam po książkę matematyczną, czekam na rzecz dośc konkretną matematycznie. Tu, po znakomitym wstępie, następuje rozwinięcie skupiające się na sztuce, biografiach, często nieprzekonujących przykładach występowania Fi w architekturze i podobnych rzeczach. Werwa i to, co najbradziej intryguje i zachwyca, mpowraca dopiero w finalnych rozdziałach przy okazji liznięcia tematu Fraktali. Liznięcia, bowiem na te przeznaczony będzie oddzielny tom.

Tak czy tak, jest to jednak na pewno pozycja godna poznania. Jeśli oczywiście ktoś lubi matematykę. Ale nie tylko. Kto czytała "Kod Leonarda da Vinci" i fragmnty o Fi i ciągu Fibonnacciego, na pewno będzie dobrze bawił się przy tej lekturze.

Metro 2033 Dmitry Glukhovsky




NIEKOŃCZĄCY SIĘ DEUS EX MACHINA

Rok 2033. Cały świat zniszczył konflikt atomowy. Jedyni przeżyli żyją w moskiewskim metrze, pod ziemią. Ale i tu czekają na nich kłopoty. W korytarzach kryją się dziwne rzeczy, a stacje atakuje mutanty z powierzchni. By ratować swój rodzinny WOGN, główny bohater, Artem, wyrusza po pomoc do stolicy metra, legendarnej Polis, przeżywając po drodze wiele przygód…

Kiedy otworzycie książkę, na pierwszej stornie zobaczycie fragmenty artykułów chwalących powieść. Mówiących o genialnej prostocie historii, głębi w niej zawartej, wartości, pomysłowości itp. Niestety, jeśli spodziewacie się, że jakikolwiek z tych przymiotników jest prawdziwy, przeżyjecie duże rozczarowanie.

Fabuła jest tu prosta jak drut, nie ma w sobie nic oryginalnego, a jakby tego było mało, nie brak w niej błędów, nielogiczności czy zwyczajnej ignorancji (głupoty?) autora, który nawet nie przyłożył się do kwestii promieniowania. I nie byłoby w tym nic złego – głupota i powtórkowość to nie wielkie przeszkody, jeśli wie się, jak je podać – gdyby autor zrobił z tego, coś choć odrobinę prawdopodobnego. I gdyby kradzione zewsząd (z „Władcy pierścieni” czy „Bastiony”, a muszę przyznać, że nawet w tych powieściach były ograne i mało atrakcyjne) wątki potrafił wykorzystać. Niestety, tak dobrze nie można o nim powiedzieć.

Styl ma co prawda lekki, ale nie zmienia to faktu, że nie umie kontrolować tego, co pisze. Bohaterowie działają bez sensu, brak im motywacji, logiki… Ale najgorsze są wydarzenia, które następują po sobie bez ciągu przyczynowo - skutkowego. Autor co kilkanaście storn stosuje Deus Ex Machinę – rozwiązanie, które wyszło z mody w starożytności, a nawet wtedy wiedziano, że więcej niż raz na historie, nie da się tego stosować – popychając bohatera do przodu kolejnymi niemożliwymi zbiegami okoliczności. W połowie reflektuje się, próbuje wyjaśnić to jakoś, plątając w temat przeznaczenie, los itp, ale zamiast ułagodzić czytelnika, drażni go jeszcze bardziej.
Tak samo zabiegiem ciągłych snów bohatera. Próbuje poprze nie zaskoczyć nas, wprowadzić zamieszanie, tak byśmy nie wiedzieli już, kiedy bohater śni, a kiedy nie, ale i to nijak mu nie wychodzi, skoro da się ten „zwrot akcji” przewidzieć, od pierwszych słów.

W kwestii głębi i przesłania, o których pisali krytycy, mam wrażenie, że czytaliśmy zupełnie inną powieść. Tu, nie dość, że głębi jest brak, to kiedy autor próbuje satyrycznych odniesień, robi to tak łopatologicznie, iż czytelnik czuje jedynie politowanie dla jego „pomysłowości” i warsztatu.

Dodatek „Ewangelia wg Artema” też nie zachwyca, odstając od reszty nie tylko pod względem stylistycznym, dodany bezsensownie po „Metrze 2033", skoro ukazał się po jego kontynuacji...

A szkoda.

Nie mniej, mam też kilka słów na obronę powieści. Nie raz bowiem autor zamieszcza intrygujące wątki i pomysły… Przytłacza je jednak wszystko to, co napisałem powyżej, ale nie mogę udawać, że ich nie ma. I choć rzadko kiedy Glukhovsky potrafi rozwiązać je logicznie, a często na rozwiązanie po prostu brak mu pomysłu, potrafią zaciekawić i zachęcić do brnięcia przez kolejne strony, przypominając momentami „Losta”.

Gdyby więc autor skupił się na sensie, logice i nie starał za wszelką cenę rozpisać na ponad 600 stronicowy tom, wyszłaby z tego naprawdę znakomita powieść. Niestety, zrobił, co zrobił, nie najgorzej, ale na pewno nie tak, bym polecał Wam tę powieść zbyt gorąco (chyba, że lubicie bezmyślną, łopatologiczną lekturę), czy chciał sięgać po kontynuację (choć sięgnę, skoro mam tez drugi tom). Ot kolejna nieźle napisana, ale raczej bezsensowna książkowa rozrywka, pokazująca dlaczego nikt nie traktuje fantastyki zbyt poważnie.

Dziennik okropności z przeszłości Terry Deary




Dzienniki… to książka ciekawa pod kilkoma względami. Zrobiona jak kalendarz, wykonana a la kołonotatnik, na stornach parzystych prezentuje po jednej makabrycznej ciekawostce dla każdego dnia roku, na nieparzystych zostawiając miejsca na adnotacje właściciela. Uzupełniona dodatkowo w humorystyczne rysunki na pewno jest pozycją atrakcyjną.

Poza tym ciekawe fakty (kto był pierwszym pijanym kierowcą, kto pierwszy zginął w katastrofie lotniczej, jak ginęli znani i wielcy…), podane w humorystyczny i przystępny, zdecydowanie łatwiej przyswajany niż w szkole sposób, ale…

Właśnie. Z publikacją tą jest jeden poważny zgrzyt. Skierowana dla dzieci nie tylko jest makabryczna, ale pełna czarnego humoru nie najwyższych lotów. Porównania też nie są wyszukane, a całość przypomina programy pokroju Śmierć na 1000 sposobów. Brak w tym poszanowania dla ludzkiej tragedii, za dużo wykorzystywania śmierci w komercyjny sposób i przede wszystkim zbyt chore podejście do tematu. Jakby chciano na siłę znieczulić dzieci i młodzież na coś, na co powinny być uczulone. Jakby chciano zabić współczucie i poszanowanie dla życia i śmierci.

O wartości tej publikacji trudno jest coś powiedzieć, rozsądzić czy warto ja poznać czy nie. Własnemu dziecku bym jej nie dał i chyba niech to stanowi moje podsumowanie, choć wartości edukacyjnej nie mogę jej odmówić.

Ghost World - Daniel Clowes



Enid i Rebeca to dwie nastolatki, które nie mają za bardzo co zrobić ze swoim życiem. Całymi dniami włóczą się, spędzają czas w dinerach i gadają, gadają i jeszcze raz gadają. O miłości, życiu, seksie... Rodzą się z tego w ich głowach pomysły, których konsekwencji żadna z nich nie chce się nawet domyślać...

Kultowy komiks undergroundowy, którego ekranizacja nominowana była do Oscara. Film, z którym zapoznałem się najpierw, nie umywa się jednak, do papierowego pierwowzoru i udowadnia, że wielkich komiksów chyba nigdy nie uda się należycie przenieść na taśmę filmową.

„Ghost World” narysowany jest prosto i dość nietypowo (zwyczajowy greyscale tu nałożono zielonym tuszem(?)), za to absolutnie idealnie do tej historii. Fabuła zachwyca stanowiąc zrazem zbiór krótkich opowiastek, jak i jedną wielką historię, na którą się w ostatecznym rozrachunku składają. Całość jest przegadana, ale nie ma w tym ani odrobiny nudy, a na dodatek absolutnym geniuszem okazują się sceny milczące, które potrafią chwycić za gardło.
Do tego autor nie poprzestał jedynie na zrelacjonowaniu życia dwóch outsiderek, zawierając we wspomnianych już milczących kadrach swój komentarz i przesłanie dalekie od łopatologicznych głębi większości podobnych dzieł.

Poza tym wielki sentyment mam do tego komiksu, bowiem wraz z Sin City (tomy 1, 3, 4 i 6) i Ghost in the Shell, wybrałem go do omawianego na maturze tematu „Popularne komiksy i ich filmowe adaptacje” lata temu.

Sentyment jednak nie wpłynął w tym wypadku na ocenę, która jest w pełni zasłużona, a jeśli jakimś komiks zdobywa u mnie te 8 gwiazdek, absolutnie zachęcam Was do zapoznania się z nim, co niniejszym czynię.

Drogówka (książka + DVD) - Wojciech Smarzowski



Policjant Król zostaje oskarżony o zabicie nieskorumpowanego kolegi z pracy. Ucieka z aresztu i stara się odkryć prawdę. Pomagają mu znajomi policjanci...

Kiedy wiele lat temu obejrzałem "Wesele" Wojtka Smarzowskiego, byłem wręcz urzeczony. Zachwycony. Nieco mniej "Domem złym", ale wszystkie wątpliwości rozwiał drugi seans. Tak samo zachwycałem się "Różą" i choć z tych wszystkich filmów "Drogówka" jest najsłabsza (nieznacznie jednak), to śmiało mogę powiedzieć, że w moje ręce trafił kolejny film tego scenarzysty i reżysera, którym mogę się zachwycać.

Film jest gorzki, ostry, satyrycznie przerysowany, ale do bólu realny zarazem. Mocny. To najwłaściwsze słowo. Nie ma w nim praktycznie nikogo pozytywnego. Do tego fabułą, która na pierwszy rzut oka wydaje się prosta i hollywoodzka, komplikuje się z każdą minutą seansu, nabiera głębi i niepowtarzalności, mądrości.

Nie jet to film dla wszystkich, ale wszyscy powinni go obejrzeć. Wszyscy, poza dziećmi oczywiście, ale kto Smarzowskiego puszczałby swoim pociechom na dobranoc? Chociaż... Znając kondycję naszego społeczeństwa, którą Wojtek ciągle i brutalnie ośmiesza, kto wie, kto wie...

Co do książki, jest to ciekawy dodatek dla fanów, wywiad ze Smarzowskim, ciekawostki, prezentacja postaci... Nie wiele tego, ale zawsze, tak jak niewiele na płycie jest dodatków.

Polecam gorąco!

Pinki - Paweł "Szaweł" Płóciennik



PINKny komiks


Młody twórca komiksowy, Szaweł, spotyka się z legendą Warszawy, Pinkim, z zamiarem zrobienia o nim komiksu. Pinki przeżył wiele, zwiedził kawał świata, z niejednego pieca chleb jadł. Ostatni polski hippis, pierwszy polski hipster. Człowiek, który spotkał Franka Zappę. Niezwykła postać która teraz wspomina swoje losy, zmieniając życie Szawła...

Tak dobrego polskiego komiksu nie czytałem od lat. Od bardzo wielu lat. "Pinki" to dzieło tych samych lotów co kultowe "Osiedle Swoboda" albo "Na szybko spisane." Szczególnie przypomina ten drugi tytuł - maksymalnie uproszczoną kreską, kadrowaniem i biograficznym scenariuszem. Bo "Pinki" to biografia właśnie, rzetelna, emocjonująca, porywająca... Znakomita w każdym calu.

Co uderza w niej przede wszystkim to prawda. Czasem gorzka, czasem zabawna, czasem wyciskająca łzy, czasem drażniąca. Prawda o ludzkim życiu. O nas samych. Komiks polski to nie amerykański, nie sięga po superbohaterów, nie skupia się na niezwykłych mocach, to też nie typowy komiks europejski, który tak przepełniony jest fantastyką najróżniejszego rodzaju. Komiks polski przypomina typowy underground, mówi o tym, co dzieje się tu i teraz, komentuje, pokazuje naszą rzeczywistość, jaka jest. Czasem przez pryzmat satyry, czasem przez pryzmat legend, zawsze przez pryzmat swojskości. Może i stroni od mainstreamu, jest bardziej wymagający, trudny, ale także i bardziej realistyczny, niosący więcej satysfakcji.

I taki właśnie jest "Pinki". Jest w nim coś z "Forresta Gumpa", coś z komiksów Daniela Clowesa i Michała Śledzińskiego, ale przede wszystkim dużo z samego życia.

Wszystko to razem wzięte daje komiks, od którego nie można się oderwać, jeden z najlepszych jakie czytałem. Komiks głęboki, mądry, z przesłaniem (prostym, acz nie łopatologicznym), sięgający też po tematy wiary, ale w sposób w jaki nie potrafią tego pokazać choćby przodujący w światowymi komiksie Amerykanie - Paweł Płóciennik udowodnił, że można zrobić to mądrze i wcale nie trzeba być przy tym kontrowersyjnym, czy bluźnierczym. To, co liczy się najbardziej, to szczerość, a ta wypływa z każdej strony albumu.

Do tego dochodzą też dodatki, zdjęcia Pinkiego, autora i niektórych postaci z komiksu, słowo od samego Pinkiego, kilka szkiców, nawet wywiad z autorem dla amerykańskiego magazynu. Znakomite wydanie (skoro to Pinki, cały komiks utrzymany jest w różowych barwach, tak, jak np "Ghost World" (także od Kultury Gniewu), utrzymany był w zielonkawej tonacji), świetnej jakości papier, oprawa twardsza, ze skrzydełkami.

Konkluzja będzie więc oczywista - jeśli cenicie rzeczy mądre, inteligentne, prawdziwe i zapewniające coś więcej - znacznie więcej - niż tylko rozrywkę, koniecznie poznajcie Pinkiego i jego losy. Gwarantuję Wam, że nie będziecie żałować.

A wydawnictwu "Kultura Gniewu" składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza tego komiksu do recenzji.

wtorek, 1 lipca 2014

Łauma - Karol „KaeReL” Kalinowski



WOWma

Dorotka to dziewczynka, która przenosi się z rodzicami z Warszawy do Łojm, wsi na Suwalszczyźnie. Mieszka tu jej babcia, jednak na miejscu okazuje się, że staruszka popełniła samobójstwo. Dorotka zaczyna odrywać uroki życia na wsi, a także i fakt, że stare jaćwieskie legendy, nie są tylko legendami. A wszystko zaczyna się w dniu, w którym jej tata zabija mieszkającego pod kredensem węża...

KRL to twórca młodego pokolenia, który swoje pierwsze kroki stawiał w nieistniejącym już magazynie komiksowym "Produkt", gdzie okrzyknięto go "Lynchem z Suwałk". Po zakończeniu ukazywania się "Produktu" pracował nad wieloma projektami, zarówno samodzielnie ("Yoel", "Liga Obrońców Planety Ziemia"), jak i  tworząc choćby dodatek do serii komiksowej "Osiedle Swoboda", zdobywając uznanie krytyków i czytelników. Żaden jednak z jego komiksów nie cieszył się taką sławą i prestiżem jak "Łauma" właśnie. Czarno-biała opowieść głęboko osadzona w realiach jaćwieskich legend i podań. To właśnie "Łauma" zdobyła Nagrodę Polskiego Stowarzyszenia Komiksowego za rok 2009 w kategorii najlepszy komiks polski, Nagrodę za Najlepszy Polski Album Komiksowy 2009/2010 na Festiwalu w Łodzi, a także Nagrodę Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej w Gdańsku dla wydawnictwa KG, za najchętniej wypożyczany tytuł dla młodzieży w roku 2009.

Wszystkie absolutnie zasłużenie.

Kiedy spojrzy się na ten komiks, formatu dawnych "Tytusów, Romków i A'Tomków", można pomyśleć że jest to niepozorna książeczka dla dzieci, nawiązująca do legend i baśni, ale także i dzieł nieco bardziej współczesnych, jak choćby "Opowieści z Narnii". Wystarczy jednak przeczytać pierwszą stronę, by dać się urzec narracji, charakterystycznej i prostej, ale niezwykle klimatycznej kresce KRLa (niektóre momenty są tak znakomite pod względem zabawy światłocieniem, że nie powstydziłby się ich sam Frank Miller), a także fabule. Fabule, która dorosłych zabiera w świat dzieciństwa, pozwala poczuć nostalgię, intryguje, ciekawi, wciąga i porywa tak bardzo, że albumu nie można odłożyć przed jego końcem. Świat magii, przygody, niezwykłych istot, a także typowej dla tego autora grozy pomieszanej z humorem.

Do tego dochodzi znakomite wydanie: twarda oprawa, kredowy papier, galeria w ramach dodatków i przystępna cena. Wszystko to składa się na znakomitą pozycję godną polecenia każdemu, niezależnie od wieku bądź tego, czy komiks ceni czy też nie. "Łauma" stanowi znakomity przykład dzieła, które może przekonać do obrazkowego medium nawet tych, którzy powieści graficznych zdecydowanie unikają.

Dlatego też komiks ten gorąco polecam (dzieło to dla mnie tym bardziej ważne, że komiksy towarzyszą mi od dzieciństwa, stanowiąc integralną cześć życia, a także dlatego, iż na maturze omawiałem pozycje właśnie z wydawnictwa Kultura Gniewu, czy wspominany już "Produkt"), polecam z całego serca, a wydawnictwu KG składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza "Łaumy" do recenzji.