piątek, 31 października 2014

Metro 2034 - Dmitry Glukhovsky



Od wydarzeń znanych z tomu pierwszego minął rok, ale rosyjskie metro znów jest zagrożone. Mieszkańcy Sewastopolskiej walczą z nową formą życia, ale ustają dostawy broni, od której zależy istnienie metra. Każdy wysłany do zbadania sprawy ginie. W końcu Hunter, który wszyscy myśleli, że zginął rok temu, wyrusza wraz z pisarzem Homerem przeprowadzić własne śledztwo, ale jego własne tajemnice dominują wyprawę…

Dylogia „Metra…” to historia bardzo zachwalana, ale po przeczytaniu pierwszego tomu naprawdę nie rozumiałem dlaczego. Przeciętna historia, jakich masa sławę zdobyła chyba tylko i wyłącznie dzięki nachalnej kampanii reklamowej. Tom drugi zaczął się ciekawiej, ale wystarczyło przebrnąć przez 1/3 historii, żeby przekonać się, że to wrażenie było mylące.

Jakie miałem największe zarzuty względem „Metra 2033″? Przede wszystkim niekończące się Deus Ex Machina – zbiegi okoliczności, które zabijały całą logikę. Tym razem tego nie ma. Ale nie ma także ani napięcia, ani zaciekawienia, ani emocji. Są za to płaskie i nudne postacie, które nie przekonują, łopatologiczna filozofia, która drażni, akcja, która nuży i pseudo lekki styl, który nie intryguje a na dodatek sprawia, że czytelnik zapomina, co przeczytał kilka stron wcześniej.

Nie ma tu także za wiele sensu, logika często szwankuje a i wszelkie plusy giną w tej miałkości i nudzie. Pozostaje tylko odliczanie stron i odłożenie książki na półkę – a już lepiej pozbycie się jej, bo zajmuje miejsce, a przecież setki jeśli nie tysiące innych, rewelacyjnych dzieł czekają na ustawienie ich w regale.

Szkoda. Glukhovski zepsuł całkiem przyzwoity materiał, z którego ktoś lepszy zrobiłby naprawdę świetną literaturę. Dlatego zamiast po niego, radzę Wam sięgnąć po klasykę rosyjskiej fantastyki – Bułyczowa i braci Strugackich – bo tam pomysły były świeże, fabuła oryginalna, akcja wciągała a czytelnik pragnął więcej, niż tylko by skończyć już powieść i wziąć się za coś innego – jak ja pragnąłem przy obu częściach „Metra…”.

czwartek, 30 października 2014

Metoda Wodna - John Irving



Fred Trumper cierpi na chorobę układu moczowego. Cierpi także na chroniczne kłamanie, które zapewniło mu pseudonim Blagier. Do jego cierpień należy także praca nad przekładem poematu z języka staro-dolno-nordyckiego. Ale najbardziej cierpi jednak na niemożność stworzenia stałego związku. Jego małżeństwo z Dużą rozpadło się, został mu po nim tylko syn Colm, jego związek z Tulpen się chwieje. Trumper stara się żyć, ale najbardziej przed tym życiem stara się uciec...



Oto druga powieść jaką napisał lata temu wielki pisarz, John Irving, Powieść niemalże debiutancka, ale powieść pełna świeżości, oryginalności i charakterystycznego, nieco górnolotnego stylu autora. Styl jest jednak lekki, przyjemny, wciągający , a sama fabuła pomysłowa i przykuwająca uwagę. Misz masz, jaki serwuje nam Irving w wykonaniu kogoś innego byłby pewnie niestrawny, ale w tym wypadku wyszedł znakomicie. Irving panuje nie tylko nad nim, ale także nad narzuconą stylistyką. Raz poznajemy akcję z pierwszej osoby, raz z trzeciej, całość natomiast podzielona jest na dwa tory - przeszły i teraźniejszy, przeplatające się ze sobą..



Pomimo drobnych mankamentów jest to powieść wielka, pełna emocji i prawd. Powieść czasem gorzka, czasem wesoła, lekka, trudna, przyjemna, drażniąca. Cały Irving, który czasem szokuje, czasem zniesmacza, zawsze jednak coś przekazuje i daje do myślenia. Mnóstwo jest tu pięknych momentów, mnóstwo lirycznych scen, świetne dialogi, wiele genialnych sformułowań wynoszących tę powieść na wyżyny.



Po prostu cały Irving, którego polecam z czystym sumieniem. Wam wszystkim i każdemu z osobna!

środa, 29 października 2014

Beautiful You - Chuck Palahniuk


PALAHNIUK W SZCZYTUJĄCEJ FORMIE

Główną bohaterkę, Penny Harrigan, poznajemy w chwili rozprawy w sądzie. Jest jedyną kobietą w świecie bez kobiet. I jest właśnie gwałcona - na co nikt z zebranych na sali nawet nie reaguje. Jak do tego doszło? Penny zaczyna wspominać, jak była jedynie szarą myszką, Kopciuszkiem, marzącym o karierze, pracującym jako stażystka w firmie prawniczej BB&B. To tu poznała jego, C. Linusa Maxwella, znanego bardziej jako Climax Wella, playboya, miliardera, człowieka, który może mieć każdą kobietę na świecie, a wśród jego niezliczonych kochanek była oscarowa aktorka i sama pani prezydent Stanów Zjednoczonych. Teraz Maxwell to ją wybiera na swą kolejną ukochaną i doprowadza do rozkoszy przekraczającej wszelkie granice. Jak się szybko okazuje, Penny stała się jego obiektem testowym serii erotycznych zabawek stanowiących linię produktów "Beautiful You", które wchodzą właśnie na rynek. Penny szybko traci ukochanego, produkty uzależniają kobiety i doprowadzają do ich zamknięcia się w domach i ucieczki z nimi do podziemia, a sam świat pogrąża się w chaosie. Czy Penny zdoła coś na to zaradzić? Jakie sekrety skrywa Maxwell? I kim są tajemniczy mężczyźni ratujący ją odkąd tylko pamięta?



Oto najnowsza powieść czołowego minimalisty literatury. Człowieka, który za sposób przekazania czegoś obrał szok potrafiący doprowadzić czytelników do omdlenia. Powieść, którą można nazwać przedstawicielką jego szczytującej formy, czy to jednak oznacza, że szczytowej?



Geneza powstania "Beautiful You" jest taka, że mając kilka lat, Palahniuk został wysłany przez matkę na strych po jakieś rzeczy. Znalazł tam przypadkiem kolekcję porno powieści ojca. Nie rozumiał oburzenia matki, bo dla niego były równą głupotą z jej romansami. I tak lata potem narodził się pomysł by napisać ostre porno w stylu Markiza De Sade'a ale językiem łagodnym niczym w romansach dla kur domowych. Postanowił połączyć to z "Klanem niedźwiedzia jaskiniowego" i w ten oto sposób do rąk czytelników trafiła powyższa powieść.



Ale inspiracji w niej można doszukać się więcej. Mamy to bowiem i sceny pełne wschodnich wierzeń, mitologii przypominającej Legendy Kung Fu" (pamięta ktoś jeszcze ten serial?) czy "Kill Billa", podlane sosem SF i horroru w klimatach Deana Koontza, odrobiną baśni, romansu z pogranicza Harlequina a wreszcie odrobiną "Gwiezdnych wojen". Przede wszystkim jednak jest to przegląd, wiwisekcja, przekrój twórczości samego autora. Powieść pełna jest motywów znanych z "Niewidzialnych potworów", "Udław się "Kołysanka","Snuffu", "Ranta", czy "Doomed". Dlatego nie ustrzeże się porównań z poprzednimi książkami autora o seksie, ale niestety nie wyjdzie z tego obronną ręką, choć powieścią jest naprawdę znakomitą.



Fabuła wciąga i emocjonuje i to jest jej wielka zaleta. Styl Palahniuka jest charakterystyczny, nieco bardziej liryczny niż dotychczas, ale to tylko kolejna kwestia in plus. Pomysły są jak zwykle ostre i szokujące. Seks przelewa się z kart. Nie do końca udało się to łagodnie pokazać, Chuck rzuci czasem mięsem, którego być nie powinno, ale załagodził to jednocześnie medyczną wręcz chłodnością terminów.



I super jest do 2/3 powieści. Potem jednak pojawiają się wątki z Nepalem i Siwobrodą Babą (inspiracja "Klanem niedźwiedzia...") i psują wszystko. Psują także ostateczne starcie w kościele śmiesznymi rozwiązaniami fabularnymi i pewnymi oczywistościami. Oczywistości tych jest więcej, więc nie wszystkie zwroty akcji zaskakują, ale na pewno zaskakuje wszystko, to, co powinno.



W kwestii finału powiem jeszcze, że jest taki, jaki być powinien. Tragiczny happy end czy szczęśliwy tragic end. Tak, jak w dawnych dziełach. Świetne są także wątki apokaliptyczne, które dominują ostatnimi czasy u Palahniuka. Skali "Doomed" nie osiągają, ale dodają całości smaku. Szkoda tylko, że nie zachował Chuck większej powagi i nie poprzestał na zabawie z czytelnikiem w doktora - bo taką zabawą właśnie jest "BY".



Nadal jednak jest to świetna, satyryczna powieść krytykująca nasz konsumpcjonizm, modę i celebrytów. Wprawdzie to wszystko już było i może przydałoby się temu więcej świeżości, ale nie zmienia to faktu, że każda powieść Palahniuka jest ważna i ważka i stanowi ewenement literacki a już samo to należy docenić.

czwartek, 23 października 2014

The Walking Dead. Upadek Gubernatora część 1 - Robert Kirkman, JayBonansinga



ZNAKOMITA KSIĄŻKA NA HALLOWEEN

Woodbury to miasteczko rządzone przez tajemniczego Gubernatora. Człowieka charyzmatycznego, ale zarazem brutalnego i bezwzględnego. Są tacy, którzy go nienawidzą, są tacy, którzy w nim upatrują jedynej nadziei i są też tacy, którzy decydują się wypowiedzieć mu wojnę i doprowadzić do jego upadku...



Najpierw był komiks, potem serial, teraz uniwersum The Walking Dead poszerzone zostało o serię powieści. Ten tom, trzeci z cyklu, opowiada o wydarzeniach znanych z serialu z innej strony, z perspektywy mieszkańców Woodbury, stanowiąc więc idealną lekturę dla fanów i uzupełnienie ich ukochanego serii. Pytanie jednak, co z czytelnikami, którzy nie są fascynatami "Trupów..."?



Podstawowym problemem wynikającym z literatury uzupełniającej czy adaptującej inne medium jak komiks, film, serial czy gry komputerowe, jest to, że najczęściej powstaje tylko i wyłącznie po to, żeby przynieść zysk. Staje się odcinaniem kuponików od znanej marki i zazwyczaj prezentuje niski poziom literacki i żenuje jakością. Tak było choćby z wydanymi kilka lat temu powieściami "Lost - Zagubieni", na szczęście e przypadku „Żywych trupów”  tego typu rzeczy nie występują.  Duża w tym oczywiście zasługa Roberta Kirkmana, twórcy komiksowego pierwowzoru powieści i producenta i współscenarzysty serialu na jego podstawie, który trzyma piecze także nad książkową serią, ale nie tylko. Jay Bonansinga, który napisał powieści razem z nim, jest autorem operującym lekkim i przyjemnym stylem.  Otarł się nawet o najważniejsze horrorowi wyróżnienie literackie, Bram Stoker Award a to o czymś świadczy. „Żywe trupy” w jego wykonaniu są więc rasowym horrorem o Zombie, klimatycznym i poprowadzonym z wprawą, epatującym scenami gore i zrównoważonym porcją humoru. Z ciekawymi postaciami i finałową retardacją podsycającą apetyt na kolejny tom.



Jednym słowem jest to po prostu dobra, nastrojowa powieść z pogranicza survival horroru dla wszystkich, którzy lubią ten gatunek, znakomita szczególnie w perspektywie zbliżającego się właśnie Halloween.



Dlatego polecam ją Waszej uwadze, dla fanów serialu i komiksu to absolutne „musisz to przeczytać”, a wydawnictwu Sine Qua Non składa serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

środa, 22 października 2014

Karuzela samobójczyń - S.J. Bolton



UMRZEĆ ZE STRACHU



Lacey to policjanta z sekretami. Jej przeszłość pełna jest mrocznych tajemnic. Tym razem Lacey zostaje umieszczona w miasteczku uniwersyteckim Cambridge, gdzie doszło do serii makabrycznych samobójstw, które samobójstwami mogą wcale nie być. Ma udawać jedną ze studentek i zbadać sprawę. Nie jest jednak świadoma prawdziwych intencji przełożonych, ani niebezpieczeństwa na jakie naraża siebie...

To druga powieść o przygodach Lacey, ale pierwsza, którą przeczytałem. I muszę przyznać, że w niczym nie przeszkadzała mi nieznajomość poprzedniej części przygód tajemniczej policjantki a do tego bawiłem się naprawdę dobrze.

Gatunek thrillera jest gatunkiem mocno już wyeksploatowanym i w od lat nie trafia się w nim nic godnego uwagi. Właściwie trudno tu winić autorów - dreszczowiec opiera się na konkretnym schemacie i schemat ten pokazał już niemal wszystko, co można zrobić z sięgnięciem po pastisz włącznie. Na szczęście S.J. Bolton udało się wyciągnąć coś jeszcze z ogranych klisz i zrobić powieść , którą czyta się szybko, z zainteresowaniem i przyjemnością. Styl jest tutaj przyjemny, autorka nie pożałowała ciekawostek z zakresu medycyny sądowej, prawa i pracy policji, dorzuciła do tego sporo zaskoczeń, kilka niezłych zwrotów akcji a wreszcie całkiem sporo napięcia, które udało jej się zachować w kulminacyjnych finałowych scenach - co w thrillerach ostatnich lat zdarza się raczej rzadko. Owszem, nie wszystko wyszło jej idealnie, kilka oczywistości znalazło tu swoje miejsce pozwalając zgadnąć czasem zbyt wiele niż by tego chciała, al;e nie przeszkadza to wcale w lekturze.

A ta, jak już wspomniałem, jest naprawdę lekka i przyjemna i wciąga, zapewniając solidną porcję rozrywki na ponure jesienne wieczory wykraczającą poza literaturę czysto popularną.

Fani gatunku dodatkowo znajdą tutaj sporo smaczków i inspiracji - głównie Sherlockiem Holmesem - a ceniący brytyjskie klimaty, typowo angielski nastrój. Nie mogło także zabraknąć nawiązań do kultury brytyjskiej; Bolton ciągle odwołuje się do Władcy Pierścieni. Bardziej podoba mi się jednak to, niż ciągłe odniesienia do Rodziny Królewskiej, których pełno w literaturze z Wysp.

W ogólnym rozliczeni "Karuzela..." to kawał solidnego, klimatycznego i przykuwającego uwagę czytelnika thrillera, który śmiało mogę polecić fanom gatunku.



A wydawnictwu Amber składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Szajba na peronie 5. - Marta Obuch



JAK KOMEDIA MACHULSKIEGO

Zosia Haba, bohaterka tej historii wybiera się na służbową imprezę w stylu retro. Jednak utrata przytomności sprawia, że wychodzi z niej razem ze swoim asystentem, Mirkiem, i siostrą. By nie marnować nocy odwiedzają razem legendarny katowicki peron 5 - peron widmo, jakby żywcem wyjęty z książek o Harry Potterze - z butelką wina rocznik 1929. Tu jednak też mają pecha. Uciekają, gonieni przez policję, i nagle Zosia odkrywa, że oto przeniosła się w czasie do roku 1929, gdzie żył jej przodek, pierwszy burmistrz miasta, który kryje w sobie wiele sekretów...


Co może powiedzieć facet o literaturze kobiecej? Psychika płci, a więc i oczekiwania związane z literaturą skrajnie różne. Skrajnie różne są odczucia i skrajnie różny gust. Cóż więc mogę powiedzieć o tak typowej książce kobiecej, jak "Szajba..."? Przede wszystkim to, że... podobała mi się. I to, że kiedy ją czytałem, skojarzyła mi się z komediami Juliusza Machulskiego.



Bo właśnie taką komedią jest powieść pani Obuch. Komedią nieco awanturniczą, nieco przygodowo-historyczno-sensacyjną, podlaną odrobiną sosu z czystej fantastyki. Komedią lekką i przyjemną, która - poza oczywistymi skojarzeniami z powieściami pani Chmielewskiej - przywiodła mi na myśl także popularną swego czasu powieść "Halo, Wikta!". Podstawową rzeczą odróżniającą ją jednak od "Wikty" jest to, że "Szajba..." oferuje nieco więcej, niż tylko czystą rozrywkę.



Ale i warstwa rozrywkowa stoi na przyjemnym dla czytelnika poziomie. Zwroty akcji zaskakują, zagadka ciekawi, całość podana została lekkim językiem, serwując dużo dowcipów słownych i łatwo zapadających w pamięć ciekawostek. "Szajbę..." czyta się więc szybko, prosto i przyjemnie.



Kobietom polecać nie muszę, bo Marta Obuch ma już wyrobioną pozycję wśród czytelniczek, ale pytanie, co z mężczyznami? Myślę, że nie muszą obawiać się lektury tej powieści, nie tylko, żeby przekonać się, co czytają i czym bawią się ich kobiety, ale przede wszystkim dlatego, by choć odrobinę rzucić okiem na psychikę płci pięknej i myśli kłębiące się w jej głowach. I wielu w lekturze tej znajdzie nieskrywaną przyjemność dla samych siebie.



Polecam więc, a wydawnictwu Replika składam podziękowania za udostępnienie powieści do recenzji.

sobota, 18 października 2014

Danse Macabre Stephen King




GOT TO DANSE

King i horror literacki, filmowy, komiksowy i radiowy na przełomie lat 50 - 80 Xx wieku. King i jego autobiografia opowiedziana przez pryzmat dzieł grozy. King i jego taniec z nami...

Cóz można powiedziec o tej książce?

To była moja pierwsza przygoda z Kingiem jako publicystą a nie fantastą i muszę przyznać, ze bardzo udana. Książka, która opowiada o historii horroru skupiając się głownie na latach 1950 -1980 mogłaby być nudnym zbiorem pustych faktów, gdyby wyszła z pod czyjejś innej ręki. King jednak postawił raczej na formę długiego felietonu pełnego własnych przemyśleń (bardzo zresztą subiektywnych) i opowieści ze swego życia. Nie zabrakło też (auto)analizy fascynacji horrorami, zabawy z czytelnikiem (quiz na znajomość horrorów, w którym, przyznam się, poległem, choć jestem zagorzałym fanem literackiej, filmowej i komiksowej grozy) i sentymentalnych wspomnień. Cała ta mieszanka sprawia, że lektura "Dance Macabre" niesie ze sobą nie mniejsze emocje niż fikcyjne opowieści tego autora i staje się książką godną polecenia każdemu, kto lubi Kinga, albo choć trochę interesuje się grozą i jej miejscem we współczesnej (i nie tylko) kulturze.

Poza tym to świetne kompendium wiedzy o okresie tamtych lat, nie tylko w horrorze, ale i społeczeństwie, a także polityce. Wszystko okraszone dodatkowo przejrzystym, choć nie pozbawionym wpadek indeksem, a także listą książek i filmów polecanych nam przez Stephena.

Fani Kinga i horroru będą więc zachwyceni. A reszta? Trudno mi orzec. Jest to specyficzna książka dla specyficznego grona znawców tematu (a przynajmniej fanów w temat wkraczających) i tak właśnie powinna być rozpatrywana. Choć wszelka jej popkulturowość czyni z niej dzieło głebsze niż podobne opracowania.

I tylko szkoda, że King nie napisał Danse Macabe 2 o latach 1980 - 2010. Wyobraźcie sobie taką ksiażkę. I kto wie, może król kiedyś ją zrobi? Wciąż jest przecież niesamowicie płodnym pisarzem...

Hobbit, czyli tam i z powrotem John Ronald Reuel Tolkien




Hobbit to klasyka powieści fantasy dla dzieci i to, że zapoznałem się z nią dopiero przy okazji powstawania trylogii filmów "Władca pierścieni" jest powodem do wstydu. Ale na szczęście przeczytałem ją w końcu i do dziś pamiętam jakie wzbudziła we mnie (wówczas nastolatku) emocje.

O czym jest ta historia? Sądzę, że wiedzą wszyscy, ale dla formalności przypomnę, że o wyprawie krasnoludów, chcących odzyskać swe skarby i królestwo zagarnięte przez smoka Smauga. Z powodu ich przesądności do wyprawy za namową czarodzieja Gandalfa dołącza hobbit Bilbo i tak zaczyna się wspaniała przygoda. Przygoda i wstęp zarazem do trylogii "Władcy pierścieni".

Co trzeba powiedzieć, to to, że powieść czyta się jednym tchem. Napisana lekkim językiem, pełna akcji i zaskoczeń nie pozwala czytelnikowi (bez względu na jego wiek) odłożyć jej na półkę przed przeczytaniem ostatniego słowa. Wzbogacona o mapę dodatkowo pobudza wyobraźnię i dodaje realizmu.

W kwestii minusów jako dla zamkniętej historii nie znajduję takowych. Przynajmniej, kiedy rozpatruję tę powieść, jako treść dla dzieci.  Jednak jako dla części wielkiej sagi (w skład której oprócz "Władcy..." wchodzą "Silmarilion", "Dzieci Hurina", "Niedokończone opowieści", "Opowieśći z niebezpiecznego królestwa" i 12 tomów "Historii Śródziemia") muszę wytknąć jej pewną infantylność i niekonsekwencję (mniejszą w tej edycji, bo nieco zmienionej prze Tolkiena - we wcześniejszej wersji Golum sam oddał Bilbo pierścień, co całkowicie gryzło się z fabułą "Władcy..." Poza tym, w tej edycji mamy takie "smaczki" jak typowo teraźniejsze imiona i nazwiska, czy wspomnienie golfa, jako gry wymyślonej przez przodka Bilbo itp). Poza tym, zbyt wiele jest tutaj nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności, których nie cierpię, często zbyt ogólnikowe potraktowanie tematu, zbytie przekonanie o naiwności czytelnika... Dzieci i młodzież nie będzie tym urażona, ale dojrzały czytalnik już tak, a po tak wielkiej (jak się twierdzi) książce, można by się było spodziewać wyeliminowania podobnych błędów.


Nie mniej polecam Hobbita. Gwarantuję, że się Wam spodoba mimo tych mankamenrttów i jeśli na to pozwolicie, zabierze Was dalej, na wspaniałą wyprawę Drużyny Pierścienia i kolejne przygody hobbitów.

I jeszcze słowo dla tych, którzy widzieli film Petera Jacksona. Powiem Wam szczerze, że po jego obejrzeniu Tolkien (jak powiedziała to moja dziewczyna) przewraca się w grobie. Powieść bowiem nie tylko jest dużo lepsza, ale i zdecydowanie bardziej logiczna niż to, co przedstawiono nam na ekranie.

Cujo Stephen King




Do powieści o morderczym psie podchodziłem z pewną rezerwą i wahaniem. Skończyłem właśnie czytać niezbyt udaną "Podpalaczkę" i obawiałem się powtórki z rozczarowania. Na szczęście zdołałem się jakoś przemóc, otworzyć książkę i... wpadłem.

Fabuła jest prosta (jak zazwyczaj u tego autora), ale świetnie i konsekwentnie poprowadzona. Styl jest odpowiednio lekki i nie ma dłużyzn, a co najważniejsze jest mnóstwo emocji. Mamy tu i dramat obyczajowy i nieco klasycznego horroru z potworem w szafie i przede wszystkim rasowy kingowy survival horror. Po prostu super. Moim ulubionym wątkiem z tego wszystkiego jest historia z perspektywy zdradzonego męża, jego uczucia i ból. Aż żal się go robi. Z innych świetnych rzeczy muszę wymienić najlepszą moim zdaniem w karierze Kinga narrację z perspektywy psa i bogactwo powiązań z innymi dziełami (których wyłapywanie to prawdziwa frajda).

Jakieś minusy? Nie znalazłem, choć wiem, że wielu nie spodoba się zakończenie, które jest tak pesymistyczne i niesprawiedliwe, że po prostu wkurza.

Czy jest to dzieło wielkie? Nie. Czy jest to najlepsza książka Kinga? Też nie. Ale jest na tyle świetna, ze mogę ją polecić z czystym sercem każdemu fanowi niebanalnego horroru, co też niniejszą recenzją czynię.

czwartek, 16 października 2014

Pod kopułą Stephen King




KING-DOME COME

Do tej powieści Kinga podchodziłem z wielkimi nadziejami. Po pierwsze jest to długa (ponad 920 str) i bogato zaludniona książka, a takie Stephenowi wychodzą najlepiej. Po drugie głownie opowiadać miała o przemianie ludzi odciętych od świata, a w grzebaniu w ludzkiej duszy, w jej najczarniejszych zakątkach autor ten jest mistrzem. Po trzecie wg zapowiedzi pełna miała być retardacji, a te wprost uwielbiam. i po czwarte, sam piszę (póki co do szuflady, że tak powiem) i kiedyś miałem identyczny pomysł, z tym że moja wersja opowiadać miała o ludziach spoza kopuły, odciętych od bliskich uwięzionych wewnątrz i nie mających żadnych wieści co się dzieje wewnątrz - fascynowała mnie więc możliwość zobaczenia owego pomysłu zrealizowanego przez jednego z moich ulubionych autorów. Co z tego wyszło?

Powieść opowiada o małym miasteczku (nieco ponad 1000 mieszkańców), które nagle zostaje odcięte od świata przez tajemniczy kopułę z pola siłowego. Sprawia to, że mieszkańcy zaczynają pokazywać się od najgorszej strony i robić rzeczy, które humanitarne bynajmniej nie są.
Co trzeba oddać Kingowi, to to, że pomimo rozmiaru historii nie robi dłużyzn ani nie przynudza. Stale coś się dzieje, nie brak też wspomnianych retardacji a emocji (szczególnie wściekłości na niesprawiedliwość) jest dużo. Wszystko to jednak blaknie, kiedy następuje finał i autor wyjaśnia genezę Kopuły. Pomysł, który zasugerował kilkaset stron wcześniej, a który trudno było uznać za coś poważnego, nagle okazuje się wytłumaczeniem całości - i to jeszcze z drobną nutą... hmmm... idiotyzmu.

Czy to znaczy, że jest źle? Nie do końca. Po zastanowieniu dochodzi się do wniosku, że nie jest to najgorszy finał z możliwych - i dość logiczny, zważywszy na kilka faktów odnośnie kopuły, o których czytamy w trakcie. Poza tym książka napisana jest lekko, sprawnie i wciągająco i czasem tyle po prostu wystarcza do dobrej zabawy.
Jak zawsze więc, jeśli chodzi o Kinga, powieść polecam gorąco. Szczególnie miłośnikom historii bazujących na wątkach obyczajowych, bo te akurat w "Pod kopułą" są świetne.

Jest to też pozycja godna polecenia fanom "Bastionu", którego "Pod kopułą" stanowi wręcz autoplagiat (i to całkiem udany i powiedziałbym wręcz, że lepszy od oryginału, a co najmniej na tym samym poziomie).
A na koniec muszę się przyczepić jeszcze jednej rzeczy: tłumaczenia. Jest ono bowiem w wielu miejscach zepsute (słowa gubią szyk w zdaniu itp). Da się to jednak przeżyć, choć takich wpadek jest całkiem dużo (winą za to obarczam współtłumaczącą Agnieszkę Barbarę Ciepłowską, bo drugi z tłumaczy Tomasz Wilusz wielokrotnie pokazał, że na swym fachu się zna).

Regulatorzy Richard Bachman




Stephen King powraca po latach przerwy jako Richard Bachamn w opowieści o mieszkańcach Wentworth w stanie Ohio. Zwykłego miasteczka, które wydawałoby się spokojne, ciche i normalne, gdyby pewnego popołudnia na ulicach nie pojawiły się dziwaczne samochody i a ich kierowcy nie zaczęli mordować przypadkowych ludzi. A to dopiero początek koszmaru, bowiem cała rzeczywistość wokół bohaterów zaczyna się zmieniać...

Aż trudno uwierzyć, że klasyczny horror sygnowany jest tu nazwiskiem Bachmana, ale ni mniej, jest to książka zdecydowanie udana. Świetna stylistycznie, odpowiednio brutalna i ostra i przede wszystkim emocjonująca. Dostajemy tu połączenie charakterystycznych cech stylu Bachamna ze stylistyką prac typowych dla Kinga. Małomiasteczkowe klimaty, duża ilość bohaterów, nawiązania... Przykładów można by mnożyć i mnożyć. Co ciekawe jet to pierwsza taka powieść w karierze Kinga pod względem powiązań. Bowiem zarówno Regulatorzy, jak i wydana tego samego dnia powieść sygnowana już nazwiskiem Kinga, Desperacja, nie tylko rozgrywa się w identycznych miejscach (choć w polskiej wersji różnie przetłumaczonych), ale i posiadająca tych samych bohaterów (nawiązujących zresztą do współczesnej popkultury). A na dodatek obie są samodzielne i zupełnie niezależne od siebie - jakby przedstawiały alternatywne losy tych samych postaci.

I oczywiście dużo jest nawiązań do Mrocznej Wieży.

Tak więc mamy tym razem powieść godną polecenia. Może nie idealną, bo zepsuta nieco w zakończeniu, ale bardzo przyjemną i o to właśnie chodzi.

Kraina Chichów Jonathan Carroll




Tomasz jest synem znanego aktora i sława zmarłego ojca ciąży mu niemiłosiernie. Sam jednak, jako wielki fan pewnego pisarza, autora m.in. powieści "Kraina Chichów", odwiedza jego córkę Annę, z zamiarem napisania biografii swego ulubieńca. Pomaga mu w tym jego "dziewczyna" Saxony. Ale miasteczko, w którym żył autor kryje w sobie pewną niesamowitą tajemnicę...

Jonathan Carroll to kultowy już pisarz niecodziennych, bo humorystycznych powieści grozy pisanych jednocześnie absolutnie na poważnie. Brzmi dziwacznie? Doskonale, bowiem taka właśnie jest literatura pana Carrolla.

Styl jest tu lekki, przyjemny, choć nie nazbyt łatwy i dość humorystyczny. Carroll lubi bawić się słowami i pomysłami. W krótkiej powieści jaką ewidentnie jest "Kraina..." tworzy bowiem własny i kompletny świat fikcji literackiej, przeplatając rzeczywistość z własnymi wizjami niczym z filmów Tima Burtona. Zresztą cała powieść wydaje się jakby skrzyżowaniem "Twin Pekas" z "Miasteczkiem Halloween" i "Żonami ze Stepford". Lekka, zabawna, ale właśnie przez tę lekkość mocna i wzruszająca, gdy rozleniwiony czytelnik dochodzi wreszcie do wolty. Styl pozwala autorowi trzymać nas w sielankowym nastroju z nutą napięcia, dzięki czemu wszelkie zwroty akcji i zaskoczenia oddziaływają odpowiednio mocno. Poza tym taka maniera pisania pozwala przemycić nawet najbardziej nielogiczne rozwiązania fabularne, bez narażania się na śmieszność.

Jest też i drugie dno tej powieści. Satyra na sławę, boskość pisarzy (czy wręcz celebrytów) i ograne motywy grozy. Powstaje dzięki temu smaczny miszmasz, który w innej wersji byłby niestrawny.

Końcowe wnioski będą przewidywalne: lubicie nietypową grozę, sięgnijcie po "Krainę...". Lubicie oryginalne powieści, też. Może nie jet to dzieło wybitne, ale na tyle udane, by nie żałować czasy czy wydanych pieniędzy.

P.S. Fani grozy w wykonaniu Chucka Palahniuka też znajdą tu coś dla siebie. Więcej nie zdradzam.

P.P.S. Tylko czemu tłumaczka musiała przełożyć imiona większości bohaterów na polski? Jak ja tego nie znoszę.

wtorek, 14 października 2014

Historia Anioła - Hermann Huppen, Christian Godard




HISTORIA NIE O ANIOŁACH



Ameryka południowa to kraina podzielona wyraźnie na bogatych i biednych. Tak ostro zarysowane granice nie istnieją chyba nigdzie indziej na świecie. Bohaterką tego komiksu jest dziewczynka, której codziennością jest grzebanie w śmieciach. Pewnego dnia bogata, bezdzietna kobieta zabiera ją do swojego domu. Zderzenie dwóch światów pokazuje jednak prawdziwe intencje…



Oto ciekawy i gorzki przykład typowo europejskiego komiksu. Europejskie jest tu wszystko, od scenariusza po rysunki. Europejskie kadrowanie, europejska dynamika, europejski sposób przedstawiania postaci, nawet lekki, ręcznie nakładany kolor przesycony jest europejskością.



Nie znaczy to jednak, że komiksowi brak uniwersalności. Historia w nim przedstawiona to ciekawa i udana opowieść o kontrastach, dobru i złu i tym, do czego zdolny jest człowiek. Trudno powiedzieć tutaj coś więcej, komiks liczy bowiem tylko 10 stron i wszelkie streszczenie jego fabuły wymusza drobne spoilery, ale bez wahania rzec mogę, że wart jest przeczytania i polecenia fanom tego medium. Tytuł promuje w Polsce Hermanna i z tego, co widzę, autora warto poznać i bliżej przyjrzeć się jego twórczości. Do czego szczerze Was zachęcam a Wydawnictwu Komiksowemu dziękuję serdecznie za egzemplarz do recenzji.

Quiet little Melody. A simple fairytale - Sebastian Skrobol




QUITE GOOD COMICS



Mała dziewczynka w charakterystycznym czerwonym kapturku w trakcie wędrówki trafia do mrocznego lasu pełnego splątanych konarów drzew. Drobne zadrapanie ręki staje się przyczyną ataku ze strony ptaków, a potem groźnego wilka. Schronienie dziewczynka znajduje w prowadzącym pod ziemię tunelu. Tak zaczyna się jej niezwykła i groźna przygoda z wiedźmą, kwiatami i muzyką…



Każdy, kto czyta komiksy Marvela, albo chociaż interesuje się historią tego wydawnictwa, z pewnością pamięta kampanię „Nuff Said” z połowy 2002 roku. Jej celem było zaprezentowanie czytelnikom zeszytów, których akcja toczyła się bez dialogów, w wymownej ciszy samych obrazów. Czemu wspominam ten dość odległy już fakt? Odpowiedź jest prosta: w taki sam sposób opowiedziany jest znakomity album „Quiet little Melody” debiutującego komiksiarza Sebastiana Skrobola.



Historia w nim przedstawiona to mroczna bajka zlepiona ze znanych baśniowych motywów od „Czerwonego kapturka” zaczynając, przez „Alicję w krainie czarów” na „Jasiu i Małgosi” kończąc. Historia czerpiąca z tradycji opowieści dla dzieci, które cieszą kolejne pokolenia. Groza miesza się tu z nadzieją, krwawe sceny łagodzone są przez pełne magii obrazy niezwykłości, ale nad wszystkim wisi ciężka, burtonowska bym rzekł, atmosfera. Opowieść rozgrywa się bez słów, z nielicznymi onomatopejami, malowana obrazami pełnymi mroku, którego nie rozwiewają nawet najintensywniejsze rozbłyski światła. Taki właśnie nastrój panuje tutaj od pierwszej do ostatniej strony, od pierwszej do ostatniej planszy klimat konsekwentnie przykuwa uwagę i emocje czytelnika -  choć bardziej adekwatnie byłoby rzec „widza”.



A skoro to na stronie wizualnej spoczywa cała odpowiedzialność za ten album, rodzi się pytanie co z kreską? Czy spełnia te cele? Czy jest kompatybilna z tym, czego chce scenariusz i ogół? Styl Skrobola to połączenie polskiej kreski zapełniającej tła i budującej fizjonomię postaci z dość amerykańskim kadrowaniem (choć w dzisiejszych czasach podział ten stracił jeśli nie cały sens to z pewnością większą jego część) i mangowymi twarzami. Stanowi więc dość ryzykowne połączenie, ale połączenie, które w tym wypadku się udało i które spełnia wszystko, czego od niego można wymagać. Kreskę świetnie uzupełnia znakomity, z głową nałożony kolor komputerowy, w którym dominują zielenie i brązy z nutką czerwieni. To na nim spoczywa połowa odpowiedzialności za nastrój i z walki tej wychodzi obronną ręką. Kreskę i kolor dopełnia rewelacyjne wydanie na grubym kredowym papierze, zamknięte w twardej oprawie, które świetnie prezentuje się na półce.



Pozostaje jednak pytanie o grupę docelową tego albumu.



Czy nadaje się on dla dzieci? Tak. Może nieco starszych ze względu na zawartą w nim grozę, ale z pewnością znajdzie uznanie wśród młodych czytelników. Czy jak stare baśnie nadaje się także dla dorosłych? Oczywiście. I to nawet bardziej niż one. Każdy dorosły, który wychował się na wzmiankowanych już baśniach a który nie zabił w sobie dziecka i czasem – bo przecież dobrze wpływa to na psychiczną równowagę – lubi udać się w podróż do czasów, kiedy istniała niewinność, a za każdym rogiem czaiła się przygoda, odnajdzie tu magię dzieciństwa, a na dodatek przyjemność w wyszukiwaniu znajomych motywów.



Tak więc jest to znakomity komiks dla każdej grupy wiekowej, który polecam wszystkim – fanom komiksu w szczególności, bo wykwita na naszym rynku niewątpliwie wart śledzenia talent – a Wydawnictwu Komiksowemu składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi tego albumu do recenzji.

czwartek, 9 października 2014

Wzorzec zbrodni - Warren Ellis




WZORCOWA POWIEŚĆ O ZBRODNI

John Tallow ma pecha. Nie dość, że rutynowe wezwanie do awanturującego się mężczyzny z bronią kończy się tragicznie i ginie jego partner, to jeszcze w dziurze, jaka powstała w trakcie wymiany ognia, John  dostrzega w sąsiednim mieszkaniu setki sztuk broni. Każda broń jest inna, ale razem układają się w dziwaczny wzór, a do tego szybko wychodzi na jaw, że z każdej zabito jedną osobę. Setki niepowiązanych dotychczas ofiar niewyjaśnionych zbrodni zostają połączonych, a ich sprawy wznowione. A John, zamiast walczyć ze stresem pourazowym po stracie partnera, musi zająć się wszystkimi z nich, do pomocy mając tylko dwójkę agentów CSU…

Warren Ellis, autor takich komiksów, jak „Transmetropolitan”, „Planetary” czy szczycącej się statusem najbardziej kontrowersyjnej serii obrazkowej, „Authority”, tym razem prezentuje nam powieść z pogranicza noir i thrillera psychologicznego. I choć drobnych mankamentów nie zdołał się ustrzec (kilka zbiegów okoliczności aż domaga się o uzasadnienie) to zaprezentował nam książkę, którą po prostu czyta się jednym tchem.

Gatunek thrillera, jak wiadomo, to teren dość wyeksploatowany i trudno zrobić na nim coś godnego uwagi, bez popadania w pastisz. Ellis zdołał jednak udowodnić, że jeśli ma się dobry pomysł, talent i pasję, nawet z tak wytartego tematu można zrobić coś wspaniałego. Fabuła jego drugiej powieści pełna jest akcji, dusznego, mrocznego klimatu, ostrych pomysłów, brutalności  i czarnego humoru. Od pierwszych stron wciąga w brudy Manhattanu, fascynuje zagadką, porywa. Co jednak najważniejsze poraża trafnością spostrzeżeń i gorzką prawdą, a bardziej wymagającym czytelnikom oferuje głębię i zabawę motywami.

W kwestii stylu, Ellis jest surowy i wręcz ascetyczny. Przypomina pod tym względem Cormacka McCarthyego skrzyżowanego z Chuckiem Palahniukiem, ale nie da się mu odmówić własnego charakterystycznego sznytu, a także lekkości.  Również więc i pod tym względem przykuwa uwagę czytelnika i panuje nad jego emocjami.

Udały mu się i to bardzo także postacie, a na szczególną uwagę zasługują w tym wypadku Bat i Scarly. Ta dwójka po prostu – kolokwialnie mówiąc – mnie rozwaliła. Ich humor, ich charaktery, zachowanie… Wszystkie te cechy sprawiły, że czytanie o nich był prawdziwą przyjemnością.

Jak zresztą lektura całej książki.

Kto więc lubi podobne klimaty, powinien koniecznie przeczytać „Wzorzec zbrodni”. Rzadko bowiem zdarza się – szczególnie w ostatnich czasach – w tym gatunku historia na takim poziomie, historia, której nie chce się odłożyć na półkę przed skończeniem. Historia po prostu niemal wzorcowa. Kiedyś czytałem dużo thrillerów, potem przestałem, nie odnajdując w nich niczego, co przekonałoby mnie do dalszych tytułów, Warren Ellis sprawił jednak, że zmieniłem zdanie i odzyskałem wiarę w dreszczowce. Dlatego ze swej strony polecam go Wam z czystym sumieniem, a wydawnictwu Sine Qua Non składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

wtorek, 7 października 2014

Jedwabnik - Robert (J.K. Rowling) Galbright



Cormoran Strike powraca z nową sprawą. Rok po rozwiązaniu zagadki śmierci Luli Landry prywatny detektyw dostaje zlecenie od żony mało znanego pisarza, który zaginął. Kiedy okazuje się, że mężczyzna został zamordowany tak, jak w niewydanej jeszcze książce, którą obrażał mnóstwo osób ze swego grona, a główną podejrzaną staje się jego małżonka, Strike postanawia udowodnić, że to nie ona jest morderczynią...

Jestem mile zaskoczony. Po słabej poprzedniej części, która zamiast pokazać mi - jak pisał jeden z oceniających ją mężczyzn na okładce - za co kocham kryminały, pokazała mi raczej za co przestałem je czytać. Miałka, przewidywalna, nie odpowiednia stylistycznie, prosta, pusta, z postaciami tak sztampowymi, że chciało się śmiać z politowaniem... Kto więc mógł się spodziewać, że jej kontynuacja okaże się tak przyjemną lekturą.

Już sam początek jest udany, ale potem akcja traci impet, a całość zaczyna nieco nużyć. Na szczęście po połowie, do której wcale nie jest ciężko dotrwać dzięki lekkiej (choć niezbyt pasującej do kryminału) stylistyce, fabuła znów nabiera tempa a całość wciąga.

Nie brak jednak minusów. A tu największym są sami bohaterowie. Strike jest nadal sztampowy, bohater jakich setki w tego typu literaturze. Psychologia także kuleje, przez co wszyscy bohaterowie wydają się albo podobni albo na siłę rozróżniani. Sprawia to, że nie obchodzą nas ich losy, co się stanie, kto zginie... Podobnie jest ze zwrotami akcji, które nijak nie zaskakują.

Na szczęście zaskakuje tożsamość mordercy, a Rowling udowadnia, że nie straciła talentu w budowaniu zagadek opartych na konstrukcji puzzli. Może to i niewiele ale jako rozrywka sprawdza się znakomicie. I choć Rowling nie pobije już raczej tego co zrobiła w Harrym
Potterze tak umiejętnie łącząc thriller, horror, urban fantasy i baśń, to nadal warto z jej książkami się zapoznawać.