piątek, 28 listopada 2014

(Nie) mam się w co ubrać - Karolina - Charlize Mystery - Gliniecka




JUŻ MASZ SIĘ W CO UBRAĆ



Kobieta i jej szafa. Która z Pań nie stawała przed nią, otwierała drzwi, zaglądała do środka i... I co teraz na siebie włożyć? Co wybrać? Jak dobrać dodatki? Co.. gdzie.. jak... po co.. czy...



Która z Pań tego nie zna, i który z Panów nie doświadczył tego czekając i czekając i czekając na swoja kobietę.



I w takich sytuacjach z pomocą - choćby i tylko częściową, ale zawsze - przychodzą wszelkie magazyny modzie poświęcone, programy i poradniki. Poradniki takie, jak np książka znanej i docenionej przez prestiżowe firmy polskiej blogerki Karoliny Glinieckiej, kryjącej się pod pseudonimem Charlize Mystery.



Jak jednak wyszedł ten poradnik? Prowadzenie bloga, nawet docenianego nie tylko w rodzimym kraju, to przecież jedno, a napisanie prawdziwej, rasowej książki to rzecz z zupełnie innej bajki. Na szczęście, i mogę to powiedzieć z czystym sumieniem, styl Karoliny jest lekki, szybki w odbiorze i co chyba najważniejsze, wyczerpujący. "Nie mam się w co ubrać" stanowi bowiem kompendium wiedzy o modzie w pigułce. Autorka zebrała tutaj wszystko, co wie w temacie - a wiedzę ma rozległą - i przedstawiła dzieląc na rozdziały poświęcone każdy innej części garderoby czy dodatku. Wszystko okrasiła masą zdjęć prezentując dane ubiory i kombinacje na samej sobie, dołączyła słowniczek terminów, porcję grafik, omówiła rodzaje sylwetek i kształtów, pomagając dobrać należyte do nich kroje, a także dorzuciła kilka słów o historii konkretnych ubiorów, czy anegdoty z nimi związane.



Jak więc widać, dołożyła wszelkich starań, by z książki zrobić jak najbardziej kompleksowy i wyczerpujący, a jednocześnie nie nużący poradnik. By wiedzę podać, bez zbędnego wodolejstwa, zamkniętą w pigułce, choć zarazem na całkiem solidnej ilości (350) stron.



Do tego warto także wspomnieć o wydaniu, które w tym wypadku odgrywa znaczącą rolę. Za niewielką cenę czytelnik (bo nie tylko dla czytelniczek jest to pozycja, choć z wiadomych przyczyn brak tu mody męskiej) otrzymuje bogato ilustrowaną, wydrukowaną na grubym, kredowym papierze książkę zamkniętą w twardej oprawie. Walor estetyczny publikacji, tak ważny dla kobiet, sprawia. że pozycja ta znakomicie prezentuje się na półce domowej biblioteczki.



I cóż więcej można dodać? Chyba tylko polecić wszystkim zainteresowanym tematem, kobietom, chcącym bardziej świadomie się ubierać oraz mężczyznom, pragnącym zrobić swym ukochanym miły, nie koniecznie z konkretnej okazji - choć ta mikołajkowo-gwaizdkowa jest całkiem niczego sobie - prezent. A wydawnictwu SQN składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

czwartek, 27 listopada 2014

Pięć tysięcy kilometrów na sekundę - Manuele Fior




PIĘĆ TYSIĘCY UCZUĆ NA SEKUNDĘ



Pierro i Lucy. Miłość. Wkraczanie w dorosłość. Odpowiedzialność. Starzenie się. Odkrywanie tego co jest ważne, co boli, co zmienia i co daje nadzieję. Szukanie. Ludzie. Rodzina, marzenia. Jednym słowem życie.



Tak po krótce mogę streścić fabułę powieści graficznej Manuele’a Fiora, architekta, którego pierwsze komiksy ukazywały się w tak prestiżowych pismach, jak „The New York Times” czy „Rolling Stones”. „Pięć tysięcy kilometrów na sekundę” przyniosło mu nagrodę dla najlepszego komiksu na cenionym festiwalu w Angoulême i jak się okazuje po lekturze tego albumu, absolutnie zasłużenie.



Komiks o miłości i życiu to komiks niszowy. Czasem zdarzają się rzeczy, które zdobywają rozgłos, uznanie, ale to naprawdę rzadkość. Wystarczy wymienić choćby serię „Strangres in Paradise” (ponad 10o0 zeszytów i nagrodą Eisnera) czy „Ghost World”, które doczekały się więcej, niż niewielkiego grona czytelników. A jakie tytułu poza tym? Każdy potrafi wymienić na pęczki historie o superbohaterach w przyciasnych trykotach, które, jak większość popowych opowiastek, prawie nie wybijają się ponad przeciętność, podczas, gdy zapomniane zostają opowieści naprawdę wielkie i ambitne. A do nich właśnie zalicza się „Pięć tysięcy…”.



O fabule, jak o ludzkim życiu, trudno powiedzieć coś konkretnego, żeby nie popaść w ogólniki, a zarazem nie powiedzieć zbyt wiele. Historia opowiedziana w tym albumie, to po prostu opowieść o ludziach. Dostarcza emocji i wzruszeń, czasem goryczy. Dużo tutaj prawdy, dużo psychologia i szczerości, a zarazem lekkości ich zaserwowania i talentu w pokazaniu zwyczajności w fascynujący sposób.



Strona graficzna jest prosta, ale w tej prostocie skuteczna u urzekająca. Kreska jest stonowana i delikatna, kojarząca się z filmem animowanym „Trio z Belville”, ale także „Persepolis”, pastelowe barwy dobrane idealnie, klimatyczne i wystylizowane. Tam, gdzie tego potrzeba, uderza nas realizm, tam gdzie realizm jest zbędny, zakrada się senna wręcz wizja. A czytelnik, za każdym razem jest zachwycony i chce więcej, nawet – a może w szczególności – wtedy, kiedy przerzucił już ostatnią stronę. Tę ostatnią, pozostawiającą go z pytaniem: jak długo (i jak wiele), przetrwać może miłość?



Do tego dochodzi tradycyjne dla KG świetne wydanie i przystępna cena.



I…



i cóż tu więcej rzec, jeśli nie tylko tyle, że polecam ten album każdemu, kto ceni poważne, ważkie i trudne opowieści, niosące ze sobą coś więcej niż tylko dialogi i ilustracje. Opowieści, które zapadają w pamięć i serce, i do których ciągle się wraca. Natomiast wydawnictwu Kultura Gniewu składam serdeczne podziękowania nie tylko za udostępnienie mu egzemplarza do recenzji, ale przede wszystkim za to, że mają odwagę wydawać niemainstreamowe, naprawdę dojrzałe i ambitne komiksy.

W obcej skórze - Anna Andruchowicz




W OWCZEJ SKÓRZE



Oto historia wilka, którego polowanie z drobnej porażki szybko przeradza się w walkę o przetrwanie. Z pomocą przybywa mu jednak dziwaczna istota…



Ten komiks stanowi pracę dyplomową studentki Akademii Sztuk Pięknych z wydziału grafiki. Pracę zrealizowaną w Pracowni Rysunku Narracyjnego i fakt ten mówi wszystko o tym, jaki rodzaj historii otrzymujemy. Pamiętacie może akcję Nuff Said, jaką ponad dekadę temu zorganizował Marvel? Całość polegała na tym, że najwięksi twórcy prowadzący czołowe serie tego wydawnictwa, mieli zaprezentować nieme zeszyty. Żadnych dialogów, żadnych onomatopei, tylko sporadyczna kwestia, kilka słów rzuconych w finale. Historię, a więc i emocje, opowiadać miały tylko i wyłącznie rysunki. trudna to sztuka, rzadko spotykana, ale tym bardziej ceniona. Na podobny zabieg zdecydowała się właśnie Anna Andruchowicz albumem „W obcej skórze” i nie dość, że zrobiła to wyśmienicie, to jeszcze zaprezentowała historię nie banalną i zawierającą przesłanie. Metaforyczną przypowieść z pogranicza moralitetu, wręcz alegorię, mówiącą bardzo dużo o nas, ludziach, naszym życiu i współczesnym świecie - choć ani jedna scena nie rozgrywa się przecież w sceneriach cywilizacyjnych. – i odrzuceniu, samotności, alienacji, jaka nas spotyka wśród tzw. „swoich”.



Tyle o scenariuszu i fabule. Nie chcę bowiem sugerować żadnych więcej interpretacji, narzucać własnych wniosków – autorka tego nie czyni, więc nie zamierzam i ja. Interpretacji jest bowiem tyle, ile czytających i ile doświadczeń w nich samych, i zmieniają się wraz z naszym życiem. Teraz zamierzam rzec słowo, czy dwa o rysunkach, skoro to na nich opiera się cały album. Jakie są, jaki jest styl Anny?



Wszystko, co widzimy na 48 stronach, stworzone zostało ołówkiem w odcieniach szarości. Ale za to jak wspaniale. Kreska to znakomity przykład europejskiego hiperrealistycznego rysunku. Rysunku dopracowanego do perfekcji. Każdy kadr, każda plansza nie tylko urzeka realizmem, ale zaskakuje pieczołowitością szczegółów. Pojedyncze włosy futra, piórka w skrzydłach ptaków, gałązki… „po prostu wspaniale. Wspaniałe jest także to, jak Anna operuje dynamiką i perspektywą, którymi wspaniale przekazuje emocje i treść.



Całości dopełnia znakomite wydanie (twarda oprawa, format A4, gruby papier), które stwarza wrażenie obcowania z osobistym szkicownikiem autorki.



Konkluzja tej recenzji będzie więc przewidywalna do bólu. Cenicie medium komiksu i nie podzielacie zdania, że historie obrazkowe są tylko dla dzieci? To komiks ten – historia o dzikości, i przysłowiowej owczej skórze, z odwróceniem ról - w sam raz dla Was. Jak zresztą wszystkie pozycje z wydawnictwa Kultura Gniewu, któremu składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

wtorek, 25 listopada 2014

Przebudzenie - Stephen King


COŚ SIĘ STAŁO... TO SIĘ NIE ODSTANIE



Jamie poznał pastora Jacobsa, kiedy jako dziecko mieszkał w Harlow. Wtedy pastor po stracie bliskich powiedział bluźniercze kazanie, które pozbawiło go posady. Teraz Jamie jest już dorosły i znów spotyka Jacobsa. Teraz były pastor uzdrawia ludzi za pomocą elektryczności. Ale czasem uzdrowienia niosą ze sobą coś więcej. Skutki uboczne. Jak stwierdza Jamie - Coś się stało. Nie ma tylko pojęcia jak wiele...



Najnowsza powieść Kinga to po dość przerywnikowym "Panie Mercedesie" właściwa pozycja w dorobku Króla. Może nie jest to dobre określenie, ale wiemy, że ksiązki Stephena dzielą się na te właściwe i jakby zapychacze - czasem robione na zamówienie, czasem pisane, bo był pomysł ale takie nie do końca idealny. "Przebudzenie" należy do tych pierwszych i trzeba powiedzieć od razu, że jest to naprawdę znakomita powieść.



Na tą znakomitość składa się wiele rzeczy, ale po pierwsze jest to zdecydowanie fabuła. Fabuła, jak w najlepszych utworach psiarza, przede wszystkim obyczajowa. Wprawdzie nie wiem który już raz w karierze Kinga dostajemy historię uzależnionego, który odbija się od dna (i który już raz bohaterem jest muzyk - najpopularniejszy u niego typ bohatera obok pisarza i nauczyciela - jak zresztą Stephen sam mówił: pisz o tym, na czym się znasz, a sam jest przecież także i muzykiem), ale nie psuje to odbioru. Fabuła pełna jest emocji, pięknych scen i czasem wręcz poezji - wiosenne roztopy, że wymienię jedną z takich scen. Jest także groza, ale groza bliższa temu, co znamy. Groza wynikająca z jednej z najniebezpieczniejszych rzeczy znanych człowiekowi - elektryczności. Owszem, nie brak tu także tej klasycznej, horrorowej, ale taki jest już King. Taki był zresztą w najlepszych czasach i taki na powrót stał się ostatnio.



Drugą rzeczą, dzięki której powieść jest tak udana, jest styl. Lekki, przyjemny, szybki, pozbawiony dłużyzn, podany w narracji pierwszoosobowej, w której Król gustuje ostatnimi czasy.



Trzecią, nawiązania. Nie dość, że pełno tu odniesień do życia Stephena i jego matki, to dawno nie było takiego multum nawiązań do jego powieści. Najbardziej w oczy rzucają się łączniki z "Joylannd", "Miasteczkiem Salem", Castle Rock czy "Mroczną Wieżą", ale fani znajdą tu o wiele więcej, a ja nie zamierzam psuć im zabawy w odnajdywaniu ich.



Pozostaje jednak pytani co z finałem. Wiemy jaką Król ma tendencję do niszczenia finału, wiemy jakie tandetne pomysły potrafią nawiedzać jego powieści (i głowę przede wszystkim). Więc jak jest w przypadku „Przebudzenia”? Cóż… dobrze, choć nie idealnie. 90% książki to historia obyczajowa, więc trochę przesadzone (na szczęście tylko trochę) wizje tego, co za drzwiami (czytelnicy wiedzą o co chodzi) trąci kiczem. Wiem, że to po części hołd Lovecraftowi (a także i Frankensteinowi), ale Lovecraft był bardziej przekonujący – nie istotne, że pewnie dlatego, iż rzeczy, które opisywał widział na co dzień przez chorobę psychiczną i narkotyki. Nie mniej nie psuje ono całości a powieść okazuje się najlepszą w ostatnich kilku latach. Zdecydowanie lepszą od „Pana Mercedesa” i godną polecenia każdemu. Szczególnie tym, którzy pokochali starego Kinga. Bo „Przebudzenie” to właśnie taki stary King, jeśli chodzi o treść (szaleńcy religijni, nowa groza pomieszana z tradycyjną, dużo obyczajowości i psychologii…) i nowy, jeśli chodzi o pisarstwo.



Poza tym Stephen to jeden z tych autorów, których książki można kupować w ciemno,  a powyższa powieść jest dowodem na to, że w ciemno kupować warto.

piątek, 14 listopada 2014

Sons of Anarchy: Tom 1. Synowie Anarchii - Christopher Golden, DamianCouceiro



SONS OF A B******

Córka Hermana Kozika znalazła się w tarapatach bez wyjścia. Jedyne co jej pozostaje to szukać ratunku wśród dawnych druhów ojca, Synów Anarchii Samcro. Narwany Tig postanawia zapewnić jej bezpieczeństwo wszelkim kosztem, nawet jeśli będzie to oznaczało wojnę...



Adaptacje czy kontynuacje komiksowe, nawet spin offy, znanych seriali czy filmów są praktyką dość powszechną. Jeśli coś się przyjmie w jednym medium, wszystkie inne starają się to od razu zaadaptować na swój grunt. Wystarczy spojrzeć na kultowe "Gwiezdne Wojny" czy "Aliens" żeby zobaczyć jak można eksploatować hit. Zazwyczaj są to dzieła przeciętne, szczególnie adaptacje seriali (wystarczy nadmienić komiksy z serii "24"), czasem jednak trafiają się w tym błocie perełki i jedną z nich jest właśnie licząca 14 zeszytów seria "Synowie Anarchii".



Serialowy pierwowzór jest dużym hitem (w Stanach trwa właśnie 7 seria), którego oglądalność utrzymuje się na poziomie ok 5 mln widzów. Musiały więc się pojawić jakieś dodatki i oto na rynek trafił cykl komiksów. Odpowiedzialni za nie zostali Christopher Golden (spec od podobnych rzeczy, autor powieści o Buffy - postrachu wampirów) i Damian Couceiro (odpowiedzialny choćby za komiksy z cyklu "Planeta Małp"), ludzie którzy znają się na tego typu robocie, wynikiem czego powstał komiks, który zachwyci fanów serialu - serwując im nowe wątki spomiędzy sezonów 4 i 5 a zarazem akcję toczącą się równolegle do serii 5 - a osobom go nie znającym, pokaże dlaczego został tak doceniony.



Scenariusz to kawał solidnej roboty z gatunku sensacji, nawet rzekłbym, że noir. Akcja jest tu szybka, brudna, gorzka, a ponad to - a może przede wszystkim - brutalna i krwawa. Poprowadzona w dynamiczny sposób zaskakuje zwrotami akcji i świetnym klimatem. Klimt dodatkowo budują znakomite rysunki, ale zanim powiem o nich coś więcej, chcę dodać jeszcze słowo o treści. W przypadkach spin offów czy uzupełnień innego medium zawsze rodzi się pytanie, co z czytelnikami, którzy nie znają pierwowzoru? W przypadku "Sons..." (prawdziwych, twardych sons of a b****** chciałoby się rzec) nie stanowi to problemu. Owszem, odwołań jest wiele, ale akcja nie wymaga znajomości serialu, a wszystkie istotne dla fabuły rzeczy wyjaśniają się w jej trakcie. Dlatego album ten polecam również tym, którzy nie znają pierwowzoru, a cenią sobie dobre, męskie, mocne komiksy narysowane w naprawdę dobr6ym stylu.



Kreska w "Synach..." to dość typowa amerykańska robota, z tym że, zarazem godna uwagi. W ostatnich czasach bowiem w Stanach popularne są eksperymenty na tym polu, często dość ekstrawaganckie (spójrzcie chociaż na czołowych przedstawicieli Marvela z minionego roku), tutaj natomiast zaserwowana nam zostaje klasyczna, solidna kreska, która ma momenty iście rewelacyjne (sceny leśne rządzą!) a charakterystykę amerykańskich miast oddaje wręcz idealnie. A wszystko to doprawione wyśmienitym kolorem - komputerowym, ale nałożonym z głową i pomysłem.



Na koniec muszę jeszcze wspomnieć o perfekcyjnym wydaniu. Świetne tłumaczenie, twarda oprawa, gruby, kredowy papier i prawie 30 stron dodatków, na które składają się alternatywne okładki, czy ewolucja przykładowych stron od szkicu po skończoną planszę, a na deser plakat z bohaterami serialu. A wszystko to za naprawdę świetną cenę.



Dlatego jeśli lubicie podobne klimaty, polecam Wam ten komiks (składa się na niego pierwsze 6 zeszytów, więc przed nami jeszcze sporo przygód chłopaków z Samcro) - fanom nie muszę, dla nich poznanie go to konieczność - a wydawnictwu SQN składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi "Synów Anarchii" do recenzji.

piątek, 7 listopada 2014

Zapiski nosorożca. Moja podróż po drogach, bezdrożach i legendachAfryki - Łukasz Orbitowski



BLUESOWA KSIĄŻKA

Afryka. Czarny ląd. Kraj upalny, niegościnny. Wimy jaki jest, znamy go z telewizji, z książek... Każdy coś słyszał, każdy coś kojarzy. Ale jaki jest, kiedy spojrzy się na niego okiem turysty spędzającego tam wolny czas? Turysty, który jest jednocześnie poczytnym autorem powieści z zakresu szeroko pojmowanej fantastyki?



Przyznam się szczerze, że nie czytuję książek podróżniczych. Literatura tego typu - choć programy, i owszem, oglądam - nie przemawia do mnie do końca. Poza tym za samym Orbitowskim także nie przepadam. Wiem, że narażam się tym stwierdzeniem wielu ludziom, ale cóż na to poradzę? "Zapiski nosorożca" winny być więc dla mnie czymś niestrawnym - a jednak! Jak pamiętamy z matematyki minus i minus daje plus i w tym wypadku tak właśnie się stało, a książka nie dość, że mnie urzekła, zachwyciła i zaskoczyła ciekawostkami i szczerym spojrzeniem na RPA, to jeszcze pochłonąłem ją dosłownie jednym tchem!



"Zapiski..." to książka subiektywna, prosta, skuteczna i porywająca. Książka szczera i przypominająca mi publicystyczne dokonania Orbitowskiego, które zawsze sobie ceniłem. Nie najdziemy tu klasycznego omówienia RPA, przedstawienia historii regiony, polityki czy flory i fauny. Owszem, wszystko to po części znalazło się na stronicach książki, ale Łukasz przede wszystkim skupił się na własnych odczuciach, fascynacjach i przemyśleniach. Skupił się na widokach, ale w równym stopniu skoncentrował także na ludziach. Tych zwykłych, nie modelowych, ale zwyczajnych osobach, jakie napotyka się na drodze. Chwilowych znajomych, z którymi się porozmawia szczerze i otwarcie, bo już więcej się ich nie spotka.



Czarny Ląd, jaki maluje w "Zapiskach nosorożca" to kraina jak każda inna - czasem nieprzyjazna, czasem rozczulająco swojska, innym znowu razem typowo afrykańska. Orbitowski nie upiększa, nie stara się zrobić reklamy dla Afryki - po prostu pokazuje co tam widział, czuł i jak to na niego wpłynęło.



I do mnie takie podejście do tematu przemawia dużo bardziej, niż klasyczne przewodniki czy literatura podróżnicza. Fani podróży jednak także bez trudu odnajdą się w tej książce i odkryją jak oryginalnie można opowiadać o innych krajach bez popadania w manieryzm.



Do tego Orbitowski podsypał całość olbrzymią porcją afrykańskich legend i opowieści we własnej, naprawdę świetnej literacko i treściowo interpretacji, dorzucił szczyptę zdjęć (mamy także tradycyjną w takich przypadkach kolorową wkładkę) i zmiksował to w rewelacyjną książkę godną polecenia każdemu. Książkę nostalgiczną i - rzekłbym - bluesową (takie skojarzenia z okładką). Książkę piękną, wesołą, gorzką... po prostu życiową.



Książkę, którą polecam raz jeszcze, a wydawnictwu SQN składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Jasper Jones - Craig Silvey



Charlie Bucktin ma 13 lat i jest inteligentnym nastolatkiem. Wiedzie nudne życie, dopóki pewnej nocy nie odwiedza go miejscowy rozrabiaka, Jasper Jones, który zawsze mu imponował. Jasper prosi go by poszedł z nim do buszu. Na miejscu znajdują zwłoki dziewczyny Jaspera, która ktoś pobił i powiesił. Jones prosi Charliego o pomoc w ukryciu ciał - boi się, że zostanie posądzony o zbrodnię. Razem zamierzają także odkryć kto zamordował nastolatkę. Ale sytuacja jest nie tylko tragiczna, ale także i skomplikowana, bo Charlie kocha się w siostrze zabitej...



Gatunek thrillera, ileż razy to już w moich recenzjach pisałem, że cokolwiek w nim ni powstaje to powielenie doskonale znanej nam kliszy. Że nic nowego, poza pastiszem, na nas już w dreszczowcach nie czeka. Tymczasem australijski i mało znany autor pokazał, jak można zrobić rewelacyjny thriller wymykający się schematom, który - pomimo pewnej przewidywalności - zachwyca i nie pozwala powiedzieć o nim nic złego.



Fabuła wydawałaby się prosta. Ot skrzyżowanie Twaina z "Zabić drozda" i "Buszującym w zbożu" - jak informuje się czytelników na okładce. Pomyślałem, czytając te porównania, że nie są niczym więcej, jak kampanią reklamową, sloganem, który ma przyciągnąć czytelników. I jakież było moje zaskoczenie - i szczęście zarazem - kiedy okazało się, że wcale nie są przesadzone.



Sama fabuła, choć prosta, poprowadzona została skutecznie i zamiast skupiać się na samej zbrodni, opisuje przede wszystkim życie i codzienność australijskich nastolatków czasów wojny w Wietnamie. Ich myśli, obawy, problemy, miłości. Właściwie "Jasper Jones" to jedna wielka, tragiczna, ale słodka zarazem love story właśnie. Świetnie napisana, rewelacyjnie poprowadzona i urzekająca każdą kolejną stroną. Styl Silveya jest prosty, jak sama książka - zdania są krótkie, szybkie, dynamiczne wręcz. Ale takie właśnie być powinny.



Poza tym jest jednak coś, co wynosi tę powieść niemal na wyżyny. I tych rzeczy jest kilka. Na podstawowym poziomie jest to fabuła, która, jak się szybko okazuje, unika prostych rozwiązań i oczywistości. Jest więc pod tym względem życiowa i najzwyczajniej w świecie prawdziwa - aż do bólu. Druga sprawa to głębia i przesłanie całości. Mogę się nie zgadzać z poglądami autora - jestem osobą wierzącą - ale nie mogę mun odmówić głębszych warstw i wyższych wartości a to cenię całym sobą.



I dlatego "Jaspera Jonesa" polecam każdemu, kto ceni rewelacyjne powieści, do których się wraca i które nie wyparują ot tak z pamięci. Powieści mocnych, aktualnych, nie stroniących od ważkich kwestii. I co z tego, że sama zbrodnia jest przewidywalna w swym rozwiązaniu?



Polecam gorąco!

poniedziałek, 3 listopada 2014

The Walking Dead. Upadek Gubernatora Część 2 - Robert Kirkman, JayBonansinga



ABSOLUTNE MUSISZ-TO-PRZECZYTAĆ DLA FANÓW SERIALU

Gubernator jest w stanie krytycznym i nikt nie wie, czy wyjdzie z tego, co zrobiła mu Michonne. Z braku lekarza zajmuje się nim Bob, a na czas nieobecności Blake'a w życiu publicznym, tymczasowe przywództwo obejmuje Lily. Gdy po tygodniu Gubernator odzyskuje wreszcie przytomność, zaczyna planować zemstę. Mieszkańcy więzienia nie mogą się już dłużej czuć bezpieczni...



Druga część "Upadku Gubernatora" rozpoczyna się w chwili, w której skończyła pierwsza. Tak naprawdę oba tomy stanowią jedną, długą powieść opowiadającą o końcu psychotycznego Gubernatora, jego upadku z piedestału i... Ale to już musicie przeczytać sami.



Jaka jest ta powieść? Na jakim poziomie utrzymana? Każdy kto czytał część pierwszą wie czego może się spodziewać. Styl Bonansingi jest lekki, szybki w lekturze i typowy dla horroru. Dużo tu scen gore, dużo akcji, fabuła pędzi do przodu, czasem stonowana przez wolniejsze momenty, Zombie wyskakują co chwila zza rogu strony... Jest tu więc wszystko, bez czego horror o Żywych trupach nie może się obejść i zarazem wszystko, czego po takim horrorze spodziewa się czytelnik.



Czytelnicy dostają dokładnie to, czego oczekiwali i to w stylu, który - jak już wspominałem przy okazji recenzowania poprzedniego tomu - oddala zarzuty, jakoby twórcy serią książkową odcinali kuponiki od znanego produktu. Od marki, która stała się nośnym znakiem marketingowym. Autorzy bowiem starają się zrobić z tego rasową, klasyczną historię grozy pokazującą nie to, co już dobrze znamy z serii komiksowej i telewizyjnej, ale jej uzupełnienie. Ale nie tylko. Historia przedstawiona na kartach "Upadku Gubernatora" to także opowieść nieco alternatywna do tego, co widzieliśmy na ekranach telewizorów przy okazji sezonu III i IV. Dzięki takiemu zabiegowi mogą sięgnąć po nią zarówno Ci, którzy pierwowzorów wcale nie znają, jak i zagorzali fani, którzy dostaną jednocześnie obok tego, co pokochali, porcję zaskoczeń.,



Dlatego każdy, kto kocha horrory o Zombie (i nie tylko) powinien się z powieściami z cyklu "The Walking Dead" zapoznać. Dostanie w zamian porcję solidnej, krwawej rozrywki, nie znudzi się, a ponad wszystko zechce więcej i da się wciągnąć w jedno z najbardziej cenionych uniwersum ostatnich lat.



A wydawnictwu Sine Qua Non składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza "Upadku Gubernatora, cz II" do recenzji. Szczególnie, że otrzymałem go w Halloween :)