wtorek, 23 grudnia 2014

Gry jaskółek scenariusz - Zeina Abirached




MIMO WSZYTSKO, BYĆ MOŻE, MNIEJ WIĘCEJ, JESTEŚMY TU BEZPIECZNI



Bejrut z czasów wojny domowej w Libanie to miasto, w którym nikt nie czuje się bezpieczne. Podzielone na dwie części linią demarkacyjną z cegieł i worków z piaskiem – chrześcijański wschód i muzułmański zachód – stanowi dom dla Zeiny. Kiedy pewnego dnia jej rodzice nie wracają z wyprawy na drugą stronę miasta, dziewczynką i jej bratem zajmują się sąsiedzi, którzy starają się na wszelkie sposoby zapewnić im bezpieczne miejsce, choć na kraj ciągle spadają kolejne bomby…



Genezą tego albumu, można rzec, było zdarzenie z roku 2006, kiedy to autorka – i zarazem jego bohaterka – ZeinaAbirached, natknęła się w sieci na reportaż z 1984 roku. „Wie pan co?” mówiła kobieta na nagraniu komentując sytuację z wojny. „Myślę, że mimo wszystko, być może, mniej więcej, jesteśmy tu bezpieczni”. Zeina była wstrząśnięta, bo ową kobietą była jej babcia. I słowa te (zaczerpnięte przeze mnie ze skrzydełka albumu), doskonale podsumowują ten komiks. Komiks, który nie uniknie porównań z „Persepolis”, ale zarazem z porównań tych wyjdzie obronną ręką.



Historia opowiedziana na niemalże 200 stronach nie opowiada o wojnie wprost. Nie mówi o polityce, kontekście, genezie. Autorka skupia się na opowiedzeniu swojego życia i dzieciństwa spędzonego w przedpokoju, który służył za cały dom. Wojna jest tu obecna w opowieściach sąsiadów i radiu, ale staje się tym bardziej przejmująca i obca. Niezrozumiała swym chorym okrucieństwem i przejmująca  realizmem. Nie trzeba bowiem pokazywać w kadrach rozerwanych eksplozją ciał, czołgów toczących się ulicami, czy żołnierzy plujących ogniem ze swoich karabinów, żeby zaprezentować czym jest prawdziwy konflikt zbrojny.  O to nie front o tym stanowi, nie kolejne bitwy czy polityczne układy, a zwykli ludzie, którzy muszą żyć pomiędzy tym i usiłować życie to zachować.



Szczerość i prawdziwość opowiedzianych tu zdarzeń przeraża, ale nie pozwala się oderwać. Przypomina „Persepolis”, ale zarazem różni się od niego, jak dzień od nocy.



Rysunki także przypominają wspomniane już dzieło MarjaneSatrapi, ale także i ilustracje Charlesa Burnesa. Mroczne, pełne czerni, a zarazem dziecięcej prostoty, idealnie pasują do treści i wzmacniają jej efekt.



„Gry jaskółek” to komiks mocny, dojrzały i trudny. Jego lektura nie należy do łatwych, ale na pewno satysfakcjonujących i każdy, kto po niego sięgnie, jeszcze nie raz powróci do pokazanej w nim historii. Historii, która nigdy nie straci na aktualności i wartości. Dlatego polecam Wam ją całym sobą, a  wydawnictwu „Kultura gniewu” składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Felix, Net i Nika oraz Pałac Snów - Rafał Kosik




KOSZMAR Z ULICY SENNEJ



Felix, Net i Nika powracają stawić czoła kolejnemu zagrożeniu. Tym razem mają jeszcze trudniej bowiem wrogiem są ich sny.



Co się dzieje, nie wie nikt. Gdy trójka bohaterów rozpoczyna drugi rok nauki w swoim nietypowym gimnazjum, miasto ogarnia plaga koszmarów, przez które nie wysypiają się chyba wszyscy. Każdy ze śniących w swych wizjach uprowadzany jest przez tajemniczy czarny pojazd. Dla jednych jest nim karoca, dla innych czarny samochód. Zdarza się i pociąg. Niezależne od pojazdu jednak, miejscem docelowym wydaje się tajemnicze miasto wznoszące nad Warszawą. Felix, Net i Nika starają się rozwiązać zagadkę, kiedy oprócz snów trafiają na tajemniczego mężczyznę szpiegującego Nikę, a także na ulicę Senną, która zdaje się w ogóle nie istnieć…



Główny wątek, oś całej akcji, to kolejny popis wyobraźni Kosika. Autor wciąga czytelnika w senny świat pełen absurdów, dziwacznych zdarzeń i niezwykłych postaci, wśród których zdecydowanie rządzi pewien pluszowy miś. Sama akcja natomiast wciąga, pędzi do przodu, bawi, intryguje i naprawdę nie pozwala czytelnikowi zasnąć – niezależnie od jego wieku.



Drugim wątkiem, prezentowanym w „Pałacu snów” jest życie uczniowskie. Jakby w ramach swoistego rozprężenia, wytchnienia od głównej akcji, dostajemy wielką politykę w niewielkim gimnazjum, kiedy dochodzi do wyborów szkolnych, w które wbrew swej woli wplątany zostaje Felix. Walka postaci o władzę staje się przyczyną wielu zabawnych sytuacji i pretekstem, który pozwala autorowi po raz kolejny przekazać swoją niechęć do polityki – wyraźniej jednak niż dotychczas.



Poza tym wyraźniejsze są także inne rzeczy a mianowicie puszczanie oka do starszych, obeznanych z popkulturą czytelników. Kosik serwuje nam tu masę nawiązań, nie tylko do Harry’ego Pottera, ale także np. do „Autostopem przez galaktykę”, czy „Blade Runnera”. Z lubością odtwarza i wzbogaca motywy, na których się wychował, czy które go fascynują, dając tym samym czytelnikowi niewątpliwą przyjemność z ich odkrywania. Jednym słowem, jest to książka marzeń dla dużych dzieci – a w szczególności chłopców. Marzeń o podróżach, przygodach, niezwykłych zdarzeniach i przyjaźni na śmierć i życie. Nie bez przyczyny Kosik umieścił siebie w roli jednego z głównych bohaterów – Neta.



Dla młodszych czytelników mamy natomiast intrygująco wkomponowane typowe ucząc-bawi. Szczególnie w kategoriach fizyki i informatyki, ale nie tylko. Dlatego trudno nie docenić wartości tej serii i nie polecić jej każdemu, kto lubi dobrą, familijną rozrywkę bogato podlaną sosem z elementów fantastyki. A wydawnictwu Powergraph składam serdeczne podziękowania za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Mroczny trop - Alex Kava




PROSTY TROP



Creed Ryder jest znanym treserem psów, który współpracuje z różnymi służbami. Obecnie zyskuje sławę poszukiwaniem narkotyków. Jego kłopoty zaczynają się, gdy najpierw znajduje przemycane statkiem dzieci, a potem pod jego opiekę trafia nastoletnia Amanda, wykorzystywana przez kartel do przemytu narkotyków.



Tymczasem Maggie O’Dell prowadzi śledztwo w sprawie brutalnego mordu na mężczyźnie, którego zwłoki wyłowiono z rzeki. Wszystko wskazuje na powiązania z narkotykowym kartelem i wkrótce drogi jej i Creeda przecinają się…



Ta książka (początek cyklu o Creedzie, choć to nie pierwsza powieść z nim i nasta już część serii o Maggie) jako jedyna tej autorki w Polsce doczekała się premiery równo ze światową. Czemu? Nie rozumiem. Ani Kava nie jest bestselerową autorką w naszym kraju, ani wielką pisarką, ani… ani właściwie nic. Ale jej książki sprzedają się dobrze i dobrze sprzeda się także ta część. Tylko czy jest tego warta?



Od lat krąży przekonanie, że gatunek thrillera się skończył. Nie da się już powiedzieć w nim niczego oryginalnego, niczym zaskoczyć. Czasem zdarzają się wyjątki, ale niestety Kava do nich nie należy. Jej książki, także tą najnowszą, czyta się lekko i szybko, ale niestety niewiele z tego wynika. Jak powiedział kiedyś Chuck Palahniuk, powieści, które czyta się zbyt łatwo, łatwo także zapomina. Jest to prawda, którą znam z autopsji, a poprzednich książek Kavy prawie w ogóle już nie pamiętam. Ba! Wiele treści wypadało mi z pamięci już w trakcie.



W „Mrocznym tropie” (zresztą kto tak przekłada tytuł? Owszem, oryginalnej gry słów przełożyć dosłownie się nie da, ale coś takiego???) dostajemy właśnie tyle. Szybką, prostą i pustą rozrywkę, która wypada z pamięci po odłożeniu książki na półkę. Nie ma tu głębi, nie ma przesłania, jest tylko akcja, ale i tej brak polotu. Bo na czym powinien opierać się thriller psychologiczny? Na budowaniu napięcia? Wywoływaniu dreszczy? Kava nie potrafi tego robi. W pierwszych dwóch, trzech powieściach jakoś jej się udawało, teraz nie pozostało z tego nic. Niby są zwroty akcji, niby ciągle coś się dzieje, ale emocji nie ma prawie w ogóle. Całość jest przewidywalna, a na dodatek czytelnika i tak nie obchodzi co się za chwile stanie. Zawodzi też psychologia – druga najważniejsza składowa tego gatunku – przez co postacie są płaskie i stereotypowe. Nudne wręcz. Zginą? Przeżyją? Jakie to ma znaczenie?



Poza tym Kava od lat popełnia te same błędy. Skoro Maggie jest profilerką, czemu działa jak agent terenowy? Ten brak konsekwencji drażnił i drażni. Tak jak i ciągłe przypominanie przeszłych wydarzeń. Z drugiej strony, skoro te wypadły już z pamięci czytelnika, przydaje się takie streszczenie – tylko, co to świadczy o jakości tej literatury?



Nie mniej powieści nie brak plusów. Jest lepsza od poprzedniej, i od dennych „Kolekcjonera”, „Czarnego piątku”, „Fałszywego kroku” czy „Trucizny” tej autorki. Tożsamość mordercy też nie stanowi oczywistości, choć oczywistość stanowi już to jakiej on jest profesji. Najlepsza z całości wydaje się okładka, ale to za mało.



Dlaczego więc czytam Kavę? Kiedyś trafiłem na nią przypadkiem, kupiłem okazyjnie 4 powieści, potem kolejne a później jakoś szkoda było rezygnować, skoro posiadałem już tyle. Niestety nie różni się ona od masy innych podobnych autorów – chociaż część z nich, kobiecych, bije stylistycznie – i jest takim literackim odpowiednikiem fast foodu.

Mimo jednak całego tego mojego sarkania, książkę można przeczytać bez bólu i bawić się nieźle –szczególnie jeśli wielbi się psy. Na dodatek stali czytelnicy odnajdą tu przebłyski dawnej świetności Kavy. Ale ja wolę innych autorów, którzy mają do powiedzenia coś więcej, niż tylko samą fabułę, choć i tego typu literatura jest potrzebna.



Fanom polecać nie muszę, przeciwników odstręczać także. A całą resztę? To już Wasza decyzja. Ja daję książce ocenę Dobra i wierzę, że Kava wyciśnie z siebie coś jeszcze, tak jak w dawnych czasach.

piątek, 12 grudnia 2014

Felix, Net i Nika oraz Teoretycznie Możliwa Katastrofa - Rafał Kosik




PRAKTYCZNIE BARDZO DOBRA KSIĄŻKA



TMK. Teoretycznie Możliwa Katastrofa. Coś czego można by było uniknąć, gdyby wcześniej ruswzyć głową. Felix, Net i Nika wpadają w kolejne takie tarapaty. Ledwie co pokonali Gang Niewidzialnych Ludzi, rok szkolny powoli dobiega końca, ale oto w wyniku dziwnych zdarzeń, czeka ich wydalenie ze szkoły. A pomóc może tylko złamanie wszelkich przepisów. Ale to nie koniec problemów. Kiedy bowiem zaczynają się wreszcie wakacje, odwiedziny w tajemniczej podziemnej niemieckiej bazie, stają się wstępem do największej przygody życia trójki nastolatków. Ale czym jest tajemnicze urządzenie znalezione w bazie i czemu dziwne świetliste istoty zdają się śledzić naszą trójkę?



Ten tom, w odróżnieniu od poprzedniego, to już rasowa, długa powieść przygodowa dla czytelników w każdym wieku. Nie przypomina już zbioru opowiadań przerobionego na jedną historię, a właśnie tą jedną historią jest. Historią, która nie ustrzeże się porównań do Harry’ego Pottera, książek Tove Janson  i poleskiej literatury dziecięcej szczytowego PRL-u, ale z wszystkich tych porównań wyjdzie zdecydowanie obronną ręką. Głównie dzięki nowoczesności i swojskości, nadających jej charakterystyczny styl i klimat. Kosik pisze lekko, ciekawie, a pomysłowością zaskakuje na każdym kroku. Na dodatek nie traktuje czytelnika infantylnie, treść nadaje się dla każdego przedziału wiekowego i każdy znajdzie tu coś dla siebie. Dlatego, choć mogła to być teoretycznie możliwa katastrofa, w praktyce wyszła z tego bardzo dobra książka.



FNiN to taka historia marzeń każdego małego chłopca (nawet zamkniętego w ciele dojrzałego już mężczyzny), który wychował się na kultowych już teraz książkach, które dawały radość kolejnym pokoleniom, filmach dla dzieci i tzw. Kinie Nowej Przygody. Nie chcę tu za wiele zdradzać, a porównania, które cisną mi się na usta (czy bardziej adekwatnie rzec, klawiaturę), stanowiłyby spoiler w chwili, w której wymieniłbym tytuły konkretnych filmów, ale jestem fanem przygodowego i fantastycznego kina lat 80 i mnóstwo z niego właśnie odnalazłem w tym tomie.



Akcja, humor, przygody… Wszystko to przyjemnie narasta i kumuluje się, ujście znajdując w finale – udanym i zaskakującym zresztą. Wprawdzie Kosikowi wkradło się kilka błędów, ale na szczęście takich, na które nikt nie zwróci większej uwagi, a nawet jeśli, zignoruje je zachwycając się całą resztą.



Tom, jak wszystkie inne, czytać można bez znajomości poprzedniego, ale dla fanów autor przygotował wiele smaczków. Nie będę ich wymieniał, ale powiem, że każdy, kto ciekaw był, co stało się z rodzicami Niki, teraz będzie miał okazję dowiedzieć się szczegółów. Czy wszystkich? To już oceńcie sami, czytając powieść. Zachęcam Was naprawdę gorąco, a wydawnictwu Powergraph składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

sobota, 6 grudnia 2014

Hobbit w malarstwie i grafice J.R.R. Tolkiena - John Ronald ReuelTolkien, Wayne G. Hammond, Christina Scull






CO BY BYŁO GDYBY… TOLKIEN BYŁ RYSOWNIKIEM?



„Hobbit” to klasyka literatury nie tylko dziecięcej i nie ma chyba człowieka, który nie kojarzyłby chociaż ze słyszenia przedstawicieli tytułowej rasy. Dzieło Tolkiena, które dało początek całej mitologii Śródziemia, a zarazem zapoczątkowało literaturę fantasy po dziś dzień jest nieprzerwanie wznawiane, przypominane kolejnym pokoleniom i na nowo odkrywane. Edycji jest wiele, wersji ilustracji całe mnóstwo. Rzadko jednak trafiają się wydania z grafikami samego autora. Teraz jednak każdy może obejrzeć komplet ilustracji J.R.R. Tolkiena stworzonych an potrzeby „Hobbita”, a na dodatek przeczytać historię ich powstawania, a także historię powstawania kolejnych wersji samej książki.



Album został wydany pięknie. Gruby kredowy papier, świetna jakość reprodukcji, twarda oprawa i twarde, ekskluzywne pudełko zamykające w sobie to wszystko, ozdobione niesamowitą ilustracją Tolkiena. Już samo to wystarczy, by zachwycić się niniejsza publikacją, ale przecież przed czytelnikami jeszcze cała reszta – zawartość, która urzeknie nie tylko fanów przygód Bilbo Bagginsa.



Tolkien nie wierzył w siebie jako ilustratora. Nie wiem czemu, ale tak było. Wystarczy jednak rzucić okiem na jego ilustracje, by przekonać się, że w tym przypadku absolutnie nie miał racji. Autorzy tego albumu zadali sobie wiele trudu by wygrzebać nie tylko komplet opublikowanych grafik – tych kolorowych i tych czarno-białych także, a nawet pierwsze ich wersje czy szkice. Dzięki temu dostajemy wgląd w to, jak ewoluowały, jak wyglądały w wersji jednobarwnej, a jak w kolorze nałożonym kredkami czy akwarelami.  Poza tym na stronach tego albumu zebrano także inne ilustracje Tolkiena z „Silmarilionu” czy „Łazikantego „, które stały się podstawą późniejszych do „Hobbita” a także pierwsze wersje okładek.



Ale nie tylko ilustracje w tej publikacji są rewelacyjne. Także sama treść stanowi nie lada perełkę. Dowiadujemy się z niej bowiem dlaczego dana ilustracja wyglądała tak, a nie inaczej, poznajemy proces jej tworzenia, dostajemy fragmenty listów autora odnośnie rysunków, jego przemyślenia i komentarze…



Trudno wymienić tutaj wszystko, co znajduje się na stornach „Hobbit w malarstwie i grafice J.R.R. Tolkiena” – to po prostu trzeba zobaczyć i przeczytać samemu. Nawet jeśli nie jest się fanem autora. Grafiki są bowiem tak znakomite, że każdego mogą zachęcić do sięgnięcia po legendarną powieść, dla której powstały. Co się zaś tyczy samych fanów, nie wyobrażam sobie, by obok takiej pozycji mogli przejść obojętnie.



A ze swej strony składam serdeczne podziękowania dla wydawnictwa Amber za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

piątek, 5 grudnia 2014

Marek Piekarczyk. Zwierzenia kontestatora - Leszek Gnoiński, MarekPiekarczyk




ZWIERZENIA ROCKMANA



Marek Piekarczyk. Któż nas go nie zna, albo chociaż nie kojarzy? Wokalista kultowego już TSA, juror z „The Vioce of Poland”. Znamy jego teksty, znamy jego wygląd, ale czy znamy jego samego? Jego jako człowieka? Kim jest, jakie wiódł życie, co kocha, czego nienawidzi… „Zwierzenia kontestatora” pomogą nam odkryć to wszystko i poznać prawdziwego Marka Piekarczyka.



Wywiad rzeka to zdaniem wielu najłatwiejszy sposób pisania (auto)biografii. Wystarczy usiąść, zadawać pytania, przepisywać odpowiedzi i książka gotowa. Materiał tworzy się sam, trzeba dorzucić tylko trochę zdjęć, jakoś to wszystko poskładać. I gotowe. Nie wielu jednak zdaje sobie sprawę, że naprawdę dobry wywiad to także wielka sztuka i nie umniejsza to wcale jego wartości literackiej, a takim dobrym wywiadem jest właśnie omawiana przeze mnie pozycja.



O stylu ciężko powiedzieć tu coś konkretnego, bowiem ten w ścisłym słownikowym znaczeniu tego pojęcia, nie występuje w przypadku wywiadów. Jeśli zaś spojrzeć na treść „Zwierzeń…” spojrzeć pod kątem lekkości i przystępności, śmiało można powiedzieć, że jest to lektura łatwa i przyjemna, choć zdecydowanie nie pusta. Przecież ludzkie życie samo w sobie nie jest puste, zawsze coś z niego wynika i pozwala na wyciąganie własnych wniosków, a tych na pewno uda się wyciągnąć wiele ze słów Marka Piekarczyka. Znany wokalista i tekściarza, poeta, krok po kroku prowadzi nas przez swoje życie od wczesnego dzieciństwa, przez młodość w latach szczytowej komuny i tułacze losy, jako hipisa, przez początki kariery i jej rozwój, po czasy obecne.



Jakim człowiekiem jest Piekarczyk? Jaki portret wyłania się ze stron autobiografii? Nie mi to oceniać. Jedni pokochają go jeszcze bardziej, inni znienawidzą – pewne jest jedno, nie przejdą obok tej książki obojętnie, a to już jest duży sukces. Piekarczyk zebrał się na szczerość, czasem bolesną, nie ukrywa swoich ciemniejszych storn i rzeczy, które zrobił. Relacjonuje to co przeżył, co widział i co go zmieniło, i choć można się z nim nie zgadzać, nie można jednak odmówić mu wyrazistości.



Natomiast abstrahując już od postaci samego Marka, od tego kim jest i co dokonał, książka prezentuje także inne wartości. Oprócz naprawdę fascynującego portretu szczytowej komuny, jaki otrzymujemy na początku, dostajemy także szczegółową relację z tego, jak wyglądała polska scena muzyczna na przełomie ostatnich czterdziestu lat, znane festiwale, czy wytwórnie. Ze stron wylewają się ciekawostki i anegdoty związane z branżą, obok ciekawostek masa zdjęć, a na dokładkę wiersze/niepublikowane teksty pisenek Piekarczyka i kolorowe wkładki, oraz kalendarium i pełną dyskografię.



Dlatego też, jeśli lubicie nie tylko TSA czy Piekarczyka (dla fanów to pozycja absolutnie konieczna!), ale muzykę w ogóle, powinniście zapoznać się z tą publikacją, publikacją ciekawą, wyczerpującą, intrygującą i naprawdę przyjemną w lekturze. A ja ze swej strony składam wydawnictwu SQN podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

wtorek, 2 grudnia 2014

Felix, Net i Nika oraz klątwa domu McKillianów - Rafał Kosik




HARRY P0TTER I SHERLOCK HOLMES



Felix, Net i Nika przybywają do Londynu na zaproszenie Angusa i William. Na miejscu szybko okazuje się, że coś jest nie tak, kiedy na lotnisku nikt na nich nie czeka. Na własną rękę docierają do szkockiej posiadłości Beastlycrag, nad jeziorem Loch Argor, gdzie mieszkają przyjaciele, ale nie dość, że ci wyjechali, to jeszcze bohaterów nękają dziwne sny (?) zdające się zwracać ich uwagę na zagadkę sprzed wieków…



Seria Felix, Net i Nika powstała na fali popularności Harry’ego Pottera, ale szybko zyskała własny, swojski sznyt i charakter. Kosik wrzucił do jednego wora trójkę bohaterów i najróżniejsze rzeczy, jakie przychodziły mu do głowy, a że jest płodnym i pomysłowym twórcą, wyszło z tego póki co 13 tomów (plus opowiadanie, wydane jako e-book) i nie zanosi się by był to koniec.



W najnowszym, trzynastym właśnie, trójka tytułowych bohaterów zjawia się w Wielkiej Brytanii spędzić wakacje. Skojarzenia z Harrym Potterem są więc jak najbardziej na miejscu, ale szybko znikają, kiedy na horyzoncie pojawia się ponure szkockie zamczysko pełne tajemnic, a wizje bohaterów przenoszą nas wraz z nimi do wiktoriańskiego, utrzymanego w steam punkowych realiach Londynu (i nie tylko). Do tego dochodzą niedźwiedziołaki, dziwne istoty, prawie-potwór z Loch Ness żyjący w okolicznym jeziorze i zagadka, z której rozwiązaniem na poradził sobie nawet słynny Sherlock Holmes.



Fabuła wciąga więc, zaciekawia i – co najistotniejsze – skutecznie zaskakuje. Ale czytelnik poza wszytkim  tym czego oczekiwał, dostaje także wiele ciekawych i często gorzkich rzeczy i prawd, skrytych pod płaszczykiem humoru – a humoru jest tu przecież naprawdę dużo.



Całość przypomina więc połączenie Harry’ego Pottera z Sherlockiem Holmesem i… „Wakacjami z duchami” i pokazuje, że Kosik, który całą serią bawiąc uczy i zapewnia masę niegłupiej rozrywki, doskonale nadaje się na kontynuatora spuścizny takich autorów, jak Bahdaj, Niziurski, Nienacki czy sam Makuszyński nawet. I zarazem jest bardziej od nich strawny dla współczesnych, przyzwyczajonych do szybkiego tempa i technologicznych nowinek czytelników.



Dlatego polecam Waszej uwadze cały cykl, niezależnie od wieku – tego typu literatura nie ma ograniczeń wiekowych i założę się, że wielu dorosłych będzie się bawiło lepiej niż dobrze na przygodach trójki sympatycznych bohaterów, a wydawnictwu Powergraph składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.