czwartek, 31 grudnia 2015

Phoenix Unpacked: Part One – Suddenly, Last Christmas - Chuck Palahniuk




FENIKS ODPAKOWANY: CZ I - NAGLE W ZESZŁE ŚWIĘTA



Pierwszy z trzech esejów Palahniuka wyjaśniających genezę pomysłów i tworzenia noweli "Phoenix", która najpierw ukazała się jako e-book na Kindle'a by wreszcie zagościć na łamach "Make Something Up".



Mamy tu wszystko to, co powinno znaleźć się w podobnym tekście. Na dodatek podane z charakterystycznym dla Chucka poczuciem humory, typowym stylem i ciekawą analizą, która pokazuje w czym tekst jest podobny do "Titanica" czy "Obywatela Kaine'a" i w czym oba te filmy przypominają szekspirowskie prologi.



Ci, którzy czytali "Phoenix" powinni koniecznie zapoznać się z tym i pozostałymi tekstami. Szczególnie, że są one dostępne na stronie autora za darmo, ten konkretny zaś znajdziecie tu:



http://chuckpalahniuk.net/content/phoenix-unpacked-part-one-%E2%80%93-suddenly-last-christmas



Polecam, zachęcam, namawiam...

Amazing Spider-Man Vol 2

Mój nowy artykuł na marvelcomics.pl właśnie się ukazał, pora się więc pochwalić :) Zachęcam do rzucenia okiem ;)

http://marvelcomics.pl/publicism/index/id/1361/Spider-Man-Volume-2---Micha%C5%82-P.-Lipka

Live Like You're Dying - Chuck Palahniuk




ŻYJ, JAKBYŚ UMIERAŁ – CZYLI MOJA RANDKA W CIEMNO ZE ŚMIERCIĄ



Zanim przeczytacie te słowa, zastanówcie się dwa razy. Jeszcze więcej razy zastanówcie się zanim zachęceni klikniecie na link poniżej i przejdziecie do strony „Men’s Health” by przeczytać całość udostępnionego tam za darmo tekstu. Bo tu nie chodzi tylko o specyficzny styl Palahniuka ani o kontrowersje, których nie zabraknie. Jeśli macie myśli samobójcze, jeśli Wasze życie jest ciężkie i czasem macie ochotę odejść z tego świata, ten felieton może na równi pomóc Wam poradzić z tym sobie, co i dosłownie popchnąć Was w ramiona mateczki śmierci.

Czytacie więc na własną odpowiedzialność. Na własne ryzyko. Podjęliście już decyzje? Przemyślcie to jeszcze… W porządku, ci którzy zostali, proszę za mną. Gotowi?



„Samoeutanazja to bardzo popularny trend”, pisze Chuck Palahniuk. „Co roku w Stanach życie odbiera sobie 26 tysięcy ludzi, a wśród nich mądrzejsi, odważniejsi jak wy czy ja.” Trend grup, które niby grupy wsparcia wybierają się w tą ostatnią podróż, to coś, w czego sam środek trafił Chuck poproszony o zostanie osobą towarzyszącą przez pewną kobietę, ale śmierć to towarzyszka, która trzyma się go od lat.



Poza grupami samobójczymi, niby osobliwymi Klubami Walki, swoistym Podziemnym Kręgiem działającym na legalnych zasadach, wspomina tu Palahniuk o swojej przeszłości i to staje się głównym aspektem, który popchnie fanów jego twórczości do sięgnięcia po ten artykuł. Chuck opowiada bowiem jak pracując jeszcze jako dziennikarz odwiedzał miejsca śmierci ludzi, którzy zatruli się tlenkiem węgla. Widział ich spokój, czystość śmierci, rodziców i dzieci jakby śpiących w łózkach i to było coś wspaniałego. Zgon, o jakim marzył od dziecka. I zgon, który planuje raz na kilka lat.



Ba! Zgon, jaki zdawałoby się, poleca czytelnikom. „Lecz jeśli chcecie się przekonać”, pisze. „musicie obiecać mi, że zrobicie jedną rzecz”. Metoda Palahniuka na samobójstwo, którego od lat nie popełni, to tydzień przygotowań do niego, tydzień rozliczeń i… Nie, nie myślcie, że zdradzę Wam wszystko. Chcecie poznać receptę Chucka na to jak żyć ze swoim samobójstwem? Chcecie przekonać się jakie dziesięć rzeczy wymienia autor, dla których warto jest żyć? Nic nie stoi na przeszkodzie. Chyba, że bariera językowa, skoro tekst jest po angielsku. Warto go poznać, oj warto. Warto dać się mu uwieść i zaplanować własny zgon, by przekonać się o rzeczach, dla których warto jest męczyć się na tym świecie – jeśli nie zdajemy sobie sprawy z ich istnienia. Polecam!



A poniżej link do tekstu na stronie magazynu:

http://www.menshealth.com/guy-wisdom/make-life-worth-living

poniedziałek, 28 grudnia 2015

PRZYBIJ 5 KOMIKSOWI

Do zabawy przybij piątkę komiksowi nominowałem wymagane 5 osób, poniżej lista stworzona przez jedną z nich: Beremisa.

 

Zostałem wezwany do kręgu w zabawie „Przybij piątkę komiksowi” - DLA DZIECI.

A wezwany zostałem stąd:

http://ksiazkarnia.blog.pl/2015/12/12/przybij-piatke-komiksowi-dla-dzieci-2015/

 

Mała konsternacja. To komiks dla dzieci jeszcze w Polsce się ukazuje? Po salonikach prasowych cały czas są wznowienia zarówno „Kajka i Kokosza”, „Tytusa...”, „Asteriksa...”, „Kaczor Donald” chyba się jeszcze ukazuje – tak ukazuje. Czy coś się zmieniło od czasów mojej młodości? Te klasyki zawsze i wszędzie można polecić. Ale nowe pozycje, które ukazały się w kończącym się właśnie roku? Jako osoba choć trochę interesująca się komiksem mam kłopot z sypaniem przykładami z rękawa, co ma powiedzieć laik, mama co słyszy „ja chcę komiks” odpowiada „nie kupię ci głupot!”. Bo sam mam wrażenie, że pomiędzy książeczkami dla dzieci, duża ilustracja, trochę tekstu dużymi literami, a komiksem dla nastolatków o superbohaterach jest dziura. Bo ciężko na tym samym poziomie stawiać gazetkę z takim Ben10, która ma plastikowy gadżet, jakąś kiepskawą historyjkę w formie komiksu, kilka rebusów, plakat i zero artyzmu, tylko komercyjną papkę, choćby z historyjkami Papcia Chmiela.

 

Na szczęście nie jest tak źle. Bez problemu znajdzie się kilka pozycji i to dość różnych tematycznie, stylistycznie. Jest w czym wybierać. Niestety nie w pierwszym lepszym saloniku prasowym, bo na ten przykład w empiku w moim mieście oprócz Tytusa i Asteriksa nie było nic innego dla dzieci. Inna sprawa, że dla starszych też kiepski wybór, ale zamawiając przez neta, wybór jest. No chyba, że były wrzucone między książeczki dla dzieci, albo gazetki i weź tu szukaj.

 

Jakiś czas temu, na półkach rzuciła mi się w oczy książeczka, tak się przyzwyczaiłem do opowieści i filmu, że nawet nie pomyślałem o komiksie, a tu małe zaskoczenie, tym milsze, że nie wodą po kisielu a oryginalną twórczością: „Pippi się wprowadza i inne komiksy”.

 

http://www.zakamarki.pl/index.php/pippi-sie-wprowadza-i-inne-komiksy.html

 

Już pięćdziesiąt lat temu były spory o „chorą” fantazję bohaterki, grafomaństwo autorki. Bo jak to? Bajka bez morału? Ano bez. I bez granic dla fantazji.

Kolorystyka nie każdemu może przypaść do gustu, pewnikiem oryginalnie w gazecie wyglądało to trochę inaczej. Mnie nie przypadła, bo nie lubię żółtego. Dość proste grafiki, bez zbędnych elementów scenografii, dobrze wyważone, z dość dużymi i czytelnymi literami – drukowanymi. Warto.

 

Od ponad dziesięciu lat Egmont wydaje zbiorcze albumy „Calvin i Hobbes”, raz na parę miesięcy, albo i raz na rok wychodzi nowy, jakoś tak niedługo powinien być 9, wcześniejsze są też dostępne:

 

https://sklep.egmont.pl/komiksy/humor/p,dni-sa-po-prostu-za-krotkie-tom-8,10760.html

 

Młody bohater i jego Wyimaginowany bohater – przyznam, nie wszystkie historyjki przypadną do gusty każdemu dzieciakowi, są często komentarzem do świata dorosłych. Tylko, że mam słabość do tego Autora i jego Calvina. Przede wszystkim dlatego, że w przeciwieństwie do takich Fistaszków i Garfielda „nie sprzedał się” i skomercjalizował. I daleko mu do takich słodkich potworków jak nowy Kubuś Puchatek.

 

A z polskiego poletka? Mamy łatwiej dzięki pewnej inicjatywie wydawnictwa  Egmontu: Konkurs im. Janusza Christy. Mamy już za sobą dwie edycje (i oby było więcej), kilka komiksów wyszło, więc nie trzeba kombinować, wystarczy zerknąć na ściągę w postaci laureatów, tego co zostało wydane i cieszyć się pierwszorzędnym komiksem.

http://www.januszchrista.pl/ - strona konkursu, a dla czytelnika ważniejsza ta, czyli już z wydanymi albumami:

 

https://sklep.egmont.pl/f/konkurs-im-janusza-christy:2465,e,13/

 

Dla młodszego czytelnika warto sięgnąć po „Malutki Lisek i Wielki Dzik”, dla ciut starszego po „Lil i Put”. Niestety osobiście ich nie dorwałem w swoje łapki i nawet pobieżnie nie udało mi się ich przejrzeć. Sugeruje się pojedynczymi planszami i kilkoma innymi opiniami.

 

https://sklep.egmont.pl/komiksy/humor/p,malutki-lisek-i-wielki-dzik-tom-1-tam,11273.html

https://sklep.egmont.pl/komiksy/humor/p,lil-i-put-jak-przelac-kota-do-kieliszka-tom-1,10686.html

 

Jeszcze chciałem zwrócić uwagę na jedną pozycję, w sumie całą serię. Jej też nie miałem w rękach, bazuje na swoim dość ciepłym odbiorze innych pozycji, jak choćby gry „Kolejka”. IPN, oprócz pozycji typowo naukowych ma całe serie popularyzujące polską historię, nie tylko w formie książek, ale i gier, i też komiksów. Wcześniej pokazywały się serie dla młodzieży lub wręcz dorosłych, jak seria w „W imieniu Polski Walczącej” ukazujące akcje bojowe Armii Krajowej, a w tym roku wydali 4 zeszyty komiksu adresowanego do młodego czytelnika: „Wojenna Odyseja Antka Srebrnego”. Dodatkowym atutem tego komiksu mogą być dodatki, które można nabyć, to jest grę planszową, puzzle, naklejki „naszywki” na ubrania.

Jak ktoś chce coś bardziej edukacyjnego niech sięgnie po Antka. Tak dla równowagi do Pippi ;-)

http://ipn.gov.pl/publikacje/komiksy

PS. Obiło mi się o uszy, że jest konkurs na imię dla bohatera kolejnej serii komiksów, kolegi Antka.

sobota, 26 grudnia 2015

Przeklęci - Chuck Palahniuk




27 grudnia, godzina 07:24 czasu środkowoeuropejskiego

CTRL + ALT + DOOMSDAY

post zamieszczony przez mil18@onet.eu



Szanowny Tweeterze,

Jak głosi staroegipska przepowiednia, apokalipsa rozpocznie się w Los Angeles, gdzie widziana będzie młoda dziewczyna w podrabianych Monolo Blanhnkach, której spotkanie z Szatanem zainicjuje… No właśnie, cóż takiego? I cóż z tym wszystkim wspólnego mieć będzie nasza droga, martwa Madison? Nasza prawie że, niemalże ale nie o końca nastolatka. Dziewczynka na zawsze uwięziona w przedkwietniowej formie, teraz uwięziona także na Ziemi jako bezcielesna zjawa zmuszona błąkać się przez rok pośród żywych. Właśnie ona nie potrafi pogodzić się z tym, że jest wytworem umysłu Szatana zaledwie. Odnaleziona przez łowcę duchów i zabrana przez niego na spotkanie z rodzicami, snuć będzie nasza droga Maddy wspomnienia morderstwa jakiego się dopuściła, a jakie stało się prawdziwą przyczyną jej trafienia do Piekła. I odkryje także, że jej telefon do rodziców dał początek Chamizmowi, nowej religii opierającej się na złym zachowaniu i jeszcze gorszym słownictwie. Religii, która wreszcie dała ludziom równość i wolność…



Kochani, ostatnie lata nie były najlepsze dla Chucka. Nawet kiedy pisał dobre książki („Snuff”) wydawało się, że brakuje mu pomysłów, poza tym rozczarowywał fanów kiepskimi, jak na jego możliwości powieściami w stylu „Powiedz wszystko” czy „Pigmej”. Na szczęście chyba ta zła passa w końcu minęła, bowiem, tak jak pisane w międzyczasie opowiadania („Romance”), czy nieco dłuższe formy („Phoenix”), również „Przeklęci” (wraz z rewelacyjną częścią pierwszą) prezentują naprawdę znakomity poziom.

Nie jest to Chuck idealny, czasy „Fight Clubu” czy „Udław się” w pewnym stopniu minęły już bezpowrotnie, jednak tą dylogią – swoją drogą, historyczną dla tego pisarza, bo pierwszą, stanowiącą coś innego niż autonomiczne dzieło (pierwszą, ale nie ostatnią, jak pokazuje teraz kontynuacja „Podziemnego kręgu”) – przywraca wiarę w swoje umiejętności. „Skazani” zaskakują, emocjonują, fascynują, ciekawią i powalają klimatem. Klimatem, jakiego nie czułem u Chucka już dawno. Nastrój w niej panujący ma w sobie coś z „Rozbitka”, coś z „Dziennika”, nawet coś, i to duże, z „Kołysanki” i fakt kilku powtórek w niczym tym razem nie przeszkadza.

Chuck w znakomity sposób, tak jak w pierwszej części, odświeża schemat powieści epistolograficznej, tym razem nie posługując się listami Madison do Szatana, a jej tweetami. Jej i Leonarda, który wtrąca co kilkadziesiąt stron fragmenty starożytnych przepowiedni odnośnie Idola, odnośnie Dzieciszcza.

A wszystko to jak zwykle splata się w odważnej i przemyślanej satyrze. Ostrej satyrze na wiarę, religie i popkulturę. Satyrze, tradycyjnie już, naszego konsumpcjonizmu i uzależnieniu od popkultury. Naszych nawyków, złych cech i głupoty. Naszego pragnienie uwierzenia w coś, a zarazem postępowania absolutnie wbrew temu, w co wierzymy i co wyznajemy. Wbrew naszym przekonaniom i często też chęciom.

Fabuła jest tu mniej achronologiczna niż zawsze, jednak nadal pozostaje misternie skonstruowana i zaskakująco poprowadzona. Nie brak jej błędów, ale wciąż można je wytłumaczyć sobie bez większych zgrzytów. Szczególnie, że wiele jest także absolutnych perełek, jak choćby upiększanie zwłok.

Inne minusy? Książka na chwilę traci impet, kiedy Madison wraca do mieszkania. Wtedy też pojawia się kilka mniej udanych wątków (podróż siecią elektryczną, łowca duchów), które potem, po połowie powieści ocierają się o absurd, ale na szczęście nie przeszkadza to zbytnio. A celowo nierealnych postaci, nijak nie można zaliczyć in minus, skoro na nich właśnie opiera się satyra Chucka. Na bohaterach, którzy zachowują się, jakby nie myśleli, jakby byli sterowni.

Na koniec zostawiam sobie kwestię zakończenia. Kiedy czytając pierwszą część przygód Madison, zobaczyłem na koniec tekstu słowa Ciąg Dalszy Nastąpi, nie za bardzo chciało mi się w nie wierzyć. Chuck zakończył powieść tak, że nie potrzeba jej było kontynuacji. Rozwiązał, co rozwiązać powinien, zaskoczył pointą, doprowadził wątki do finału... Uznałem to za palahniukowy żart. Potem jednak przeczytałem z nim wywiad, a w wywiadzie owym szczegóły kontynuacji i musiałem zrewidować swoje poglądy. I czekać na to, co stworzy autor, a co nie wydawało się zbyt możliwym do stworzenia – i co, jednocześnie, stworzyć mu się udało, pokazując sens zabiegu napisania tej powieści i zakończenia poprzedniej, tak, jak to zrobił.

Tym razem powieść kończy się nieco bardziej definitywnie, słowami „The End?”. Co to oznacza w praktyce? Zdecydowanie zakończenie mniej rozstrzygające i bardziej zapowiadające ewentualną kontynuację niż to było w przypadku części pierwszej. Zakończenie na szczęście tak pesymistyczne, jak tylko może być optymistyczny finał i tak optymistyczne, jak pesymistyczny finał być może. Typowe dla Chucka, tego dawniejszego, choć... Hmmm, to już zobaczcie sami.

I cóż zostaje mi dodać na koniec? Na pewno, że to całkiem udana powieść Chucka. Momentami bliżej jej do typowych retardacji à la Dan Brown, czasami ociera się o wspomniany już absurd, kilka pomysłów nie wyszło idealnie, a i drobne błędy zagościły na jej stronach (nie ma się jednak co dziwić, skoro Palahniuk pisze bez konkretnego planu historii, starając się zaskoczyć siebie, a potem to wszystko połączyć), ale na pewno tak samo dobra jak jedynka, choć zupełnie inna zarazem, niemal samodzielna (coś jak Kill Bill 2 na tle części pierwszej), i warta poznania. A dla fanów Palahniuka po prostu konieczna. Szczególnie, iż jak zwykle Palahniuk uczy nas czegoś, a zarazem pokazuje bolesna prawdę o nas samych – potępienie nie tylko sami na siebie sprowadzimy, ale będziemy też szli na nie z radosną chęcią. Zanim to jednak nastąpi, polecam pójść najpierw z Palahniukiem na wyprawę w głąb nas samych, naszego materializmu i duchowego głosu. I… wsiąść z nim do lincolna town cara… ?

P.S. Osoby pruderyjne niech się jednak trzymają z daleka. Podobnie urażeni mogą się poczuć wyznawcy właściwie wszelkich religii, ale Chuck nigdy nie był łagodny, a poza tym pamiętajcie, że to przecież satyra.



P.P.S. Zwróćcie przy okazji uwagę na to jaka data stała się u Palahniuka datą końca świata. Coś Wam to mówi?

środa, 23 grudnia 2015

Fight Club 2 #8 - Chuck Palahniuk, Cameron Stewart




POŻYJEMY DOŚĆ DŁUGO BY SKOPAĆ CI DUPĘ



„W osiemnaście minut i jedenaście sekund restartujemy cywilizację”. I tak można podsumować ten zeszyt. Palahniuk bowiem, wbrew moim obawom o staczanie się po równi pochyłej, wybija się z dna i serwuje znakomity zeszyt, który porusza, dostarcza emocji i co najważniejsze – znakomicie wpasowuje się w to, co było do tej pory.



Dom Chucka Palahniuka. Sam autor na spotkaniu Klupu Pisacza przyznaje, że nie ma pojęcia jak rozwiązać kwestię Tylera-mentalnego wirusa. To tak jakby próbować usunąć z kultury Świętego Mikołaja. Do tego łamie go kwestia, że Chloe próbuje się do niego dodzwonić, a on nie jest w stanie powiedzieć jej, powiedzieć im, że są skazani na zagładę. Tymczasem dzieci cierpiące na progerię przypuszczają atak na zamek Tylera. Misja to jednak samobójcza. „Sebastian” zaś poznaje szczegóły planu i wizji Tylera na przyszłość świata…



Zabawa z tym zeszytem jest przednia. Palahniuk bohaterem sprawdza się znakomicie. Świetnie jest też od strony graficznej. Czyli standard. Nie mniej w porównaniu z ostatnimi gorszymi nieco zeszytami, mamy progres. Jest lepiej, a widoki na finał prezentują się całkiem nie najgorzej.



Jednym słowem: Polecam! I oczywiście czekam na więcej.

PRZYŁĄCZMY SIĘ DO AKCJI

Zajrzyjcie, przyłączcie się:

 

http://www.deon.pl/czytelnia/ksiazki/art,870,anna-dymna-swoja-twarz-wykorzystuje-bezczelnie.html

Dark Knight III - The Master Race #2 - Frank Miller, Brian Azzarello,Eduardo Risso, Andy Kubert, Klaus Janson




BRUCE WAYNE NIE ŻYJE



Te słowa raz za razem powtarza schwytana Caroline, która udawała Batmana. Bruce Wayne umarł. W jaki sposób? Przesłuchującej ją Yindel udaje się wydobyć opowieść o tym, jak trzy lata temu, po walce, która skończyła „Kontratak Mrocznego Rycerza” Bruce nigdy nie powrócił do zdrowia. Odniesione rany rzuciły go na łóżko, zmarł w towarzystwie Caroline. Co się stało z ciałem? „Zjadłam je”, odpowiada z bliskim Jokerowi uśmiechem dziewczyna.

Tymczasem córka Supermana z pomocą Raya Palmera i Baala stara się pomóc Kandoryczkom…



Bardzo fajny komiks. Udany początek, niezłe pociągnięcie akcji i… oczywisty finał tego zeszytu. Zepsuta też została część z Kandorem, której brak inwencji i pomysłowości. Z drugiej strony dobrze się dzieje, że zeszyt kończy się tak, jak się kończy – dzięki temu wreszcie można przejść do tego, co powinno nastąpić. Choć zarazem szkoda, że zamiast zrobić coś nieoczywistego, coś wieloznacznego i wstrząsającego, uderzono jednak w sztampę.



Rysunkowo jest świetnie. Kubert z Jahnsonem powielają znakomicie kreskę Millera z lat 80, łącząc ją z nowoczesnością. Niezły kolor, udana także strona graficzna w dodatku o Wonder Woman, za którą wziął się Risso bardzo do kreski Millera od zawsze ciążący. Oprawa więc podwyższa ostateczną ocenę. A czy całość będzie miało sens czy jednak pogrąży się jak „DK2”, jak zwykle, czas pokaże.

Tomb Raider - Legenda




LEGENDA WIECZNIE ŻYWA



Dawni już grałem w tę grę, nie mniej sięganie do innych części TR sprawiło, że postanowiłem podsumować tę już nie najmłodszą pozycję. To był w końcu pierwszy Tomb którego w pełni przeszedłem (choć pierwszym w jakiego grałem była 3), warto więc powrócić do tych odczuć.



Fabuła to jak zwykle pretekst do wędrówki po świecie i szukania ruin i skarbów, których nie odnalazł wcześniej nikt. Tym razem zawiedzie to Larę nawet w miejsce katastrofy samolotu, którą przeżyła w dzieciństwie…



Nowe studio Crystal Dynamics, które przejęło serię po Core Design i po marnej zdaniem niemal wszystkich części 6, zupełnie odmieniło cykl. Właściwie nie tyle kontynuując go, ile tworząc własną, odmienną nieco od oryginału, trylogię. Świetna grafika, fajne pomysły, więcej podróżowania i rozwiązywania tajemnic niż walk z wrogami. Dynamiczna. Świetne sterowanie i znakomite nowości. Zarzuty? Krótka. Ale wolę już spędzić dziesięć niespełna godzin i chcieć więcej, niż grać pięćdziesiąt i tylko czekać, aż się skończy.



Fanom polecać nie muszę, pozostałym, którzy lubią grać, mimo lat, jakie upłynęły od premiery i zestarzenia się gry, oczywiście polecam. Bo to Lara, bo udana i ponieważ nadal gra się w to znakomicie i jeśli warto od czegoś zacząć to zdecydowanie od trylogii Crystal, jeśli chce się klasyki, a nie archaicznych pikseli.

wtorek, 22 grudnia 2015

LEGO Harry Potter Lata 1-4




HARRY? POTTEM, TERAZ GRAM!



Długo zbierałem się z napisaniem tej recenzji, ale w końcu jest. Już jakiś czas minął odkąd skończyłem tę gierkę, ba, zdążyłem w tym czasie ukończyć kolejną i drugą przejść do połowy, choć gram raczej sporadycznie, bez zaangażowania. Nie poświęcając na to więcej, niż godzinę na raz, a o te 60 minut to rzadkość. Mogłem więc dać sobie spokój z opiniowaniem, ale jednak coś mnie ciągnęło. Dlaczego?



Fabuły streszczać nie ma sensu. Każdy wie jakie są przygody Harry’ego Pottera, gra zaś opowiada to samo co cztery pierwsze książki. A właściwie ich filmowe adaptacje, bo wiele jest tu skrótów i scen żywcem z filmów wyjętych. Gramy małym czarodziejem, zbieramy monety, szukamy znajdziek, które odblokowują herby, kolejne grywalne postacie i złote i czerwone klocki… I kiedy kończymy, za nami ledwie połowa zabawy.



To, co jest siłą tej gry, obok genialnego humoru, który rozbraja co chwila, to fakt iż ukończenie gry rozpoczyna dopiero zabawę. Prawda jest taka, że żeby wypełnić 100% gry trzeba mieć odblokowane złe postacie i czary, które zdobywamy dopiero pod koniec. Ale wysiłek się opłaca. Dodatkowy poziom bowiem, który dostajemy (a wraz z nim odblokowaną postać Voldemorta), choć krótki, zabiera nas w czasie do roku 1981 i nocy, kiedy zginęła rodzina Harry’ego. Gramy zaś Voldemortem i niszczymy skryty w półmroku Londyn, czekając na cynk od Glizdogona.



Zabawa jaką niosą pierwsze 4 lata jest przednia. Fajna jest także oprawa graficzna, udane sterowanie. Bugi? Nie brak ich, ale zarazem nie przeszkadzają w rozgrywce. I choć to niezobowiązująca tylko zabawa, to naprawdę rewelacyjna i polecić ją mogę z czystym sumieniem każdemu, kto lubi cyfrową rozrywkę. I Harry’ego oczywiście.

S.Q.U.A.T. - Konrad Kuśmirak



CAŁKIEM S.Q.U.A.T.N.A FANTASTYKA



Lubię postapo. Jeśli chodzi o SF wolę go od większości innych podgatunków, których mnogość wykwitła wśród fantastyki naukowej. Powodów jest wiele, bo bliższy, bo bardziej ostateczny, prawdziwszy. I często bardziej przejmujący. A „S.Q.U.A.T” całkiem nieźle w te moje postrzeganie się wpasowuje.



Stało się. Ludzkość rzeczywiście nie zdążyła zniszczyć świata przed jego końcem. Nikt nie wcisnął guzika, nikt nie zrzucił bomb, supermocarstwa nie prześcignęły się w wyścigu zbrojeń i nikt nie zdetonował z lęku przed tą drugą stroną całego arsenału. Zaczęło się w zwykły dzień, przyczyna była naturalna. Teraz świat jaki był przestał istnieć. Zostały niedobitki ludzkości, zmutowane ścierwa i wszędobylskie zagrożenia. Zostały też podziały i nielegalne sprawki jakie były udziałem ludzi sprzed końca. Główny bohater żyje z przemykania się przez Bufor, dobrze strzeżoną granicę z Białorusią. Poznajemy go akurat wtedy, kiedy dostaje kolejne zlecenie – przewieźć matkę i córkę. Obie szukają lepszego życia, obie równie dobrze mogą skończyć jako prostytutki. Albo razem z nim zginąć na dzikich drogach. Ale nie tylko wśród post apokaliptycznych ostępów czają niebezpieczeństwa…



Czym jest tytułowy S.Q.U.A.T. zdradzać nie będę. Sam autor nie szybko przechodzi do jego tematu, dlaczego więc ja miałbym wpuszczać Was za kurtynę tego wątku? Najlepiej będzie, jak przeczytacie sami i przekonacie się osobiście. A że lektura powieści Kuśmiraka to solidna porcja lekkiej, przyjemnej i rasowej fantastyki skrzyżowanej z sensacją, warto poświecić na nią czas.



Gdybym miała z czymś porównać „S.Q.U.A.T.” byłyby to zdecydowanie „Madmaxowe” klimaty. Najbardziej czuć je w pierwszych rozdziałach. Nastrojowe sceny na skrytej w mrokach nocy szosie, gdzie każde światło to zwiastun śmierci, a okalające je lasy wyglądają jak po katastrofie tunguskiej to jeden z najlepszych momentów w całej powieści. do tego dużo konkretnej akcji, fajne pomysły i lekki styl. Dodatkowo miesza w tę opowieść autor zjawiska autentyczne. Czy może bardziej adekwatnie byłoby rzec: „autentyczne”. Wystarczy rzucić okiem na sam początek by dostrzec dwa słońca jako zwiastun zagłady, a fenomen dwóch słoń w ostatnim czasie obserwowany był często za naszą wschodnią granicą.



Miłe dla oka jest także samo wydanie ze szczyptą współgrających z treścią ilustracji.



Podsumowując „S.Q.U.A.T.” to udana polska powieść postapo, w sam raz dla fanów tego gatunku. Spełniająca wszystkie założenia gatunku, przyjemna w odbiorze i szybka w czytaniu. Jeśli lubicie te klimaty – polecam.



A wydawnictwu Poznańskiemu składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Zbrodnia i kara - Fiodor Dostojewski



ZBRODNIA IKARA



Parafrazując słowa znanej piosenki: Zabić, jak to łatwo powiedzieć. Zabić dla zysku, zabić dla korzyści, zabić dla spokoju… Zabić, bo wolno, bo są jednostki, które zabić mogą i są też jednostki, które zabijać można. Zabić, bo chce się być wolnym jak ten Ikar. Wzlecieć ku słońcu. Tylko kto pamięta w takich sytuacjach, że gorączka poczucia winy stopić może wosk i pozbawiając nas skrzydeł, cisnąć o ziemię, gruchocząc o wiele więcej, niż tylko kości i ciało.



W takiej sytuacji znalazł się młody były student prawa, Raskolnikow, którego sytuacja życiowa, miłość i poglądy popychają do zbrodni. Jej ofiarą pada stara lichwiarka, skutkiem są wreszcie wyrzuty sumienia. Problemy finansowe i przekonanie o własnej wielkości przestają mieć znaczenie w obliczu tego, co zaczyna dziać się z nim samym. A przecież zbrodnia była jakże w jego mniemaniu usprawiedliwiona. Była czynem zdawałoby się koniecznym. Jak w takiej sytuacji znaleźć upragnione ukojenie?



Siła wymowy tej powieści jest wielka. Jej głębia i prawdziwość porażają. Trudno się nią nie zachwycić, trudno także nie docenić jej mocy. Dlatego tym bardziej nie rozumiem umieszczeniem jej na liście lektur licealistów. Z jednej strony dobrze się stało, bo mają uczniowie możliwość poznania Dostojewskiego, z drugiej jednak – tak z doświadczenia jak i obserwacji – wiem, że nie są oni w stanie w pełni docenić wielkości „Zbrodni i kary”. Nawet jeśli się zachwycą, nawet jeśli nimi wstrząśnie i przemówi… Do poruszanych tu kwestii, do splatających się w przejmującą całość rozważań trzeba dorosnąć. Dojrzeć. I mam wrażenie, że dojrzewać raz po raz, jak do każdej innej książki Dostojewskiego.



Siłą „Zbrodni i kary” jest nie fabuła, ciekawa przecież i intrygująca, nie jakże bogaty i piękny styl, a psychologia. Cała otoczka zabiegów stylistycznych i treści to jedynie środek do osiągnięcia celu jakim jest zgłębienie psychologii morderstwa. Odebrania komuś życia, jakiekolwiek by ono nie wydawało się nam pozbawione znaczenia. Psychologia zbrodni, ale też i sumienia. Dostojewski, który w przeszłości przebywał na katordze, na wskroś poznał myśli współwięźniów, także tych skazanych za zabicie kogoś. I po mistrzowsku odkrycia te i wyciągnięte wnioski przelał na papier. A to, co udało mu się z tematu wydobyć, znów, po raz kolejny w jego powieściach, nigdy nie straci na aktualności. Bo zmienić może się wszystko, ale nie ludzka natura.



I cóż więcej mogę tu dodać? Po prostu gorąco polecam sięgnąć po „Zbrodnię i karę”. Prawdziwego prekursora popularnych od dziesięcioleci thrillerów psychologicznych, ale o niebo od nich większego, głębszego i ujmującego realizmem. Naprawdę warto. Ba! Nie znać tej powieści po prostu nie wypada.



I dziękuję przy okazji wydawnictwu MG za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Lobo Vol 2 #50 - Dead Heroes Don't - Alan Grant, Carl Critchlow




MARTWI BOHATEROWIE NIE – CZYLI TU ZDECHŁO UNIWERSUM DC



Po świątecznych opowieściach o Lobo nadszedł czas na zeszyt niezwykły, bo 50. Jubileuszowy. Zeszyt, w którym Lobo wyżyna wszystkich (a przynajmniej większość – Batmana nie zauważyłem np. a i setki innych nie zmieściło się na stronach) superbohaterów DC!



Ot dzień jak co dzień. Stoi sobie Lobo i pomstuje bohaterów przyzywając ich by ocalili porwanego przez niego geeka. Zjawia się Flash, ofiara, jak chce tego sama nazwa, ofiarą śmiertelną się staje, a Flash, z hakiem Lobo wbitym w czaszkę, oczywiście kona. Zanim jednak Lobo łaskawie go dobija, pada pytanie – dlaczego? A dlatego, że tajemniczy ktoś wynajął Rzeźnika, Ważniaka i jak go tam jeszcze nazwiecie, by zamordował każdego herosa DC płacąc milion kredytek od głowy… Kto, dlaczego, po  co i kogo to w ogóle obchodzi, skoro jest jatka? Na te i inne pytania, odpowiada, albo i nie poniższy zeszyt…



Nieźle jest. Bez rewelacji, z przesadnym łagodzeniem dialogów i rzezi, ale nieźle. Tu nawet Superman w swej energetycznej postaci ginie, choć nie posiada ciała. Scenariusz jest jak na Granta bardzo udany, finał… Cóż, finał… Pierwsza połowa (tożsamość zleceniodawcy) świetna. Druga, czyli swoisty epilog- psuje wszystko. Ale nie mogło być inaczej, DC nie dałoby zielonego światła na to, na co Marvel dał Ennisowi, kiedy Punisher wykończył jego uniwersum. Tak to już bywa, a szkoda.



Rysunkowo jak nie lubię Carla, tak jest całkiem znośnie, a sceny z hakiem w głowie Flasha udane. Brak tu jednak czegoś ponad, tak jak w scenariuszu zabrakło większej porcji satyry.



Ogólnie jednak polecam i mam ochotę na więcej.

Czarny Wygon: Starzyzna - Stefan Darda



STARZY BOHATEROWI NA STARZYŹNIE



Drugi tom tetralogii Dardy o przeklętej wiosce, która skrywa wiele tajemnic, to znakomity powrót do bohaterów, miejsc i tematów, które stały się znakiem rozpoznawczym tego autora.



Sporo już czasu minęło odkąd Witold zniknął. Jego przyjaciel, Nawrot, nie może pogodzić się z losem przyjaciela. Zapiski jakie mu pozostawił, zgodnie z jego wolą, zostały opublikowane, ale co takiego spotkało Witolda? Gdzie jest teraz i co robi? Kolejna wyprawa w okolice Czarnego Wygonu kończy się podrzucenie do jego samochodu kolejnych zapisków, które w końcu rzucą nieco światła na sprawę Witolda.

Wraz z Nawrotem, w znanej już ze „Słonecznej doliny” konstrukcji książka w książce w książce, przekonujemy się jak to się stało, że Witold, mimo absolutnego braku takiego zamiaru, trafił jednak do Starzyzny. A zarazem dzięki czytanym przez niego dalszym wspomnieniom Rafała, zanurzamy się w świat sekretów przeklętej wioski. Pytanie jednak czy wreszcie dostaniemy upragnione odpowiedzi musicie wyjaśnić sobie sami, sięgając po tę powieść.



A sięgnąć, jak zawsze w przypadku książek Dardy, powieści to czy opowiadań, jest naprawdę warto. Może zabrzmi to paradoksalnie w przypadku horroru, ale w utworach tego pisarza jest coś na wskroś sympatycznego. Jakaś taka swojska prostota przemawiająca z bliskiej każdemu codzienności życia jego bohaterów. I zwyczajna bliskość. Bardziej jakby historię snuł Wam nie znany autor, a ktoś, kogo doskonale znacie i w towarzystwie kogo czujecie się naprawdę znakomicie.



Tym razem pozornie zmienił Darda nieco układ powieści. Mniej jest tu miejsca na budowanie tej charakterystycznej powolnej codzienności à la King, gdzie to, co nieznane zakrada się powoli, a cała siła emocji i zaciekawieni tkwi w normalności. Niezwykłe zjawiska, duchy, morderca, przeklęta wioska… To wszystko już jest, a my wraz z bohaterami tkwimy w środku zdarzeń. Ale dzień powszedni Starzyzny szybko wkracza na scenę sprawiając, że wszystkie elementy układanki, jakich oczekujemy, trafiają na swoje miejsca. Jest więc i napięcie i emocje, i humor jest także – a nawet więcej go niż dotychczas. Przy tym mamy też znakomite, lekkie i przyjemne pióro, jakim operuje Stefan. I wreszcie uczucie niedosytu, które pobudza apetyt na dwa pozostałe tomy serii.



Lubicie naprawdę udane powieści grozy? Chcecie czegoś w sam raz na kilka przyjemnych wieczorów w przeklętej wiosce? Sięgnijcie bez wahania. Darda to najlepszy rodzimy autor horrorów i każdy fan tego gatunku powinien poznać go koniecznie. Polecam.



A wydawnictwu Videograf składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

The Authority/Lobo: Spring Break Massacre - Keith Giffen, Simon Bisley,Alan Grant




MASAKRA W FERIE WIOSENNE



Kontynuacja kontynuacji „Paramilitarnych Świąt Specjalnych”, jednego z najlepszych one shotów o Lobo, znów zabiera nas w świąteczny czas. Tym razem jednak to nie Boże Narodzenie a Wielkanoc (a dokładniej ferie wiosenne) staje się pretekstem do nieludzkiej kaźni i setek trupów porozrzucanych tu i tam w najróżniejszym stanie zmasakrowania. Tytuł do czegoś w końcu zobowiązuje!



Modnighter cierpi na paranoiczne (choć ciężko powiedzieć, że nieuzasadnione) lęki związane z Lobo. Obawia się, że jego zapowiedź powrotu po Jenny celem wykorzystania potencjału jej mocy do własnych, chorych celów, może się ziścić. Dziewczynka przypomina sobie fakty, które mogą pomóc odnaleźć Szalonego Rzeźnika – Zając Wielkanocny wisi mu okrągłą sumkę za skasowanie (nie tak bardzo)Świętego Mikołaja. I rzeczywiście, Lobo bawi się w konkretną masakrę szukając zleceniodawcy, który przecież nie istnieje…



„Nigdy nie pozwalaj by ofiary rysowały mapę swoją krwią na pieprzonej skórze, z której ich odarłeś”, takie słowa padają z ust Lobo i zdanie to chyba niedoskonalej opisuje to, co czeka czytelników w środku. Ten album to istne skrzyżowanie animacji „Oggy i karaluchy” z „Happy Tree Friends”. Krew i flaki tryskają wokoło, zdekapitowane, zdefenestrowane, zdewszystkowane ciała ofiar zalegają kadry, z których dosłownie wycieka czarny (najczarniejszy) humor. Humor dzięki któremu wkrada się w „Lobo” satyra i staje on w opozycji do wszystkich tych ugrzecznionych opowiastek dla harcerzyków. Na zasadzie kontrapunktu piętnując przywary komiksowych herosów i tej branży.



Ale jest też w tym albumie jedno zasadnicze „ale”. A mianowicie szwankuje trochę logika. Czemu Lobo szuka tu zająca, nie mam pojęcia, skoro poprzednio okazało się, że – jak sam powiedział – „Paramilitarne Święta…” były tylko fiksacją? Podobnych wpadek jest kilka. Pomysły też nie zawsze się sprawdzają. A jednak to, jak całość narysował Bisley, z jakim brudem, jakim ciskaniem rysunków od niechcenia i jaką maestrią braku realizmu zarazem, czyni „Spring Break…” jednym z najlepiej narysowanych komiksów o Rzeźniku. I cóż, że brak w tym spójności, że całość nie powala na kolana, a żarty są wtórne? Zabawa i tak jest znakomita, więc jeśli cenicie Lobo, sięgnijcie. Jest po co. A do wydawców polskich apel: Nie można by tak wydać „Jingle Hell”/”Spring Break…”? Postać ta ma w naszym kraju tylu fanów ilu fanów swej kreski ma Simon Bisley. Warto by było zainwestować w te dwa ostatnie komiksy o Lobo, do których przyłożył rękę – sprzedałyby się na pewno.

sobota, 19 grudnia 2015

The Authority/Lobo - Paramilitary X-Mas II: Jingle Hell - Keith Giffen,Simon Bisley, Alan Grant




PARAMILITARNE ŚWIĘTA SPECJALNE 2: WYRŻNIĘTYCH ŚWIĄT



Ten album miał wyjść po polsku razem z jego kontynuacją. Wydać go miało Manzoku, ale jak to z zapowiedziami Manzoku było, pomimo tego, co znaleźć można na Gildii, nigdy się nie ukazał. A szkoda, bo nie dość, że pewnie szybko doczekałby się statusu kultowości, to jeszcze jest to jeden z lepszych komiksów o naszym Szalonym Rzeźniku.



Gdyby tylko Apollo nie czytał małej, trzyletniej Jenny, świątecznej bajki na dobranoc, jakiej rzezi można by uniknąć? Właściwie skoro mowa o Lobo to pewnie kaźń i tak miałaby swoje miejsce, nie mniej kto zabroni mi zwalić winę na odrodzoną potężną wojowniczkę? Ponieważ ubieranie choinki połączone z czytaniem bajki skończyło się dość dwuznacznie dla Apollo i Midnightera, Jenny wyrusza szukać rozrywki na statku Authority. Ale statek ten to prawdziwa Sodoma i Gomora. Seks w najróżniejszych konfiguracjach niezależnie od płci, rasy, czy gatunku w kosmicznym bestiariuszu. I masa rzeczy, które sprowadzić mogą katastrofę. Wśród tego kosmicznego burdelu znajduje nasza trzyletnia reinkarnacja mocy jednej z największych wojowniczek komiks „Lobo: Paramilitarne Święta specjalne” i… Zaraz, zaraz, jak to Lobo zarżnął Świętego i wymordował prezentami-bombami mieszkańców Ziemi? Tak być nie może. Jenny rozkazuje z dziecięcym uporem by Authority zemścili się na ostatnim Czarnianinie.

Tymczasem Lobo dostaje zlecenie od kosmicznej rasy zemścić się na niejakich Authority za zamordowanie ich boga…

Jednym słowem: będzie rzeź!



I rzeź jest. A że szyld „Authority” pozwala na więcej ostrości, twórcy nie ograniczają się tylko do cenzuralnego braku cenzury, jak dotychczas. Poprawność polityczna się nie liczy, słowo „Fuck” pada nieraz, a kontrowersje atakują z każdych stron. „Authority” było kontrowersyjne, bo pokazywało m.in. związek gejowski. Ten album jest kontrowersyjny, bo z tego związku robi sobie żarty. Tak scenariuszowo jak i rysunkowo. Bo co tu dużo mówić, Apollo i Midnighter są, jak Robin i Nightwing w „Batman/Lobo” – miękcy, ciepli... Geje, z jakich naśmiewają się masowo nastolatki.



Jest też i makabra i konkretna fabuła z niezłymi zaskoczeniami. Czasem twórcy przesadzają, czasem mogli by przesadzić bardziej, na szczęście całość stanowi przykład znakomitej satyry na nowe, poprawnie polityczne w swej kontrowersyjności komiksy i to medium w ogóle. Graficznie też jest znakomicie, niechlujnie, jakby od niechcenia, a zarazem bardzo miło dla oka.



Podsumowując: warto. Szczególnie w okresie Świąt, jako odtrutka na ten cały komercjalizm i wiecznego Kevina. Polecam i życzę wszystkim Wyrżniętych Świąt i Rzeźnickiego Nowego Roku! I już niedługo sięgam po drugą część :)

Dynastia wojowników. Wojny Szwecji 1611-1721 - Henrik O. Lunde



WOJOWNICY SZWEDZKICH WOJEN



Temat wojen szwedzkich z przełomu siedemnastego i osiemnastego wieku nie jest, może poza samą Wojną Trzydziestoletnią, zbyt obszernie omówiony. A przecież waga tych wydarzeń nie jest wcale mała. Teraz lukę tą wypełnia Henrik O. Lunde oferując ciekawe opracowanie ponad stu lat militarnych konfliktów Szwedów.



Jak to się stało, że kraj, który do szesnastego wieku nie miał w Europie zbyt wielkiego znaczenia, zdołał wybić się i osiągnąć status, z którym liczyły się północ i wschód starego kontynentu? Jeśli chcecie poznać odpowiedzi i przekonać się jak toczyły się bitwy o wpływy i terytoria, wybierzcie się wraz z autorem w podróż w czasie. Cofnijcie o blisko pięćset lat i przekonajcie się, jak zmiana władzy i wyznania odmieniła lud i jak potem Gustaw Arnold swoim niezwykłym talentem wojskowym sprawił, że z Wojny Trzydziestoletniej wyszła Szwecja z tarczą, a nie na tarczy. I wędrujcie przez dekady obserwując rozkwit, a wreszcie upadek potęgi tego państwa.



Zamysł napisania tej książki zrodził się w umyśle autora z przyczyn braku należytych opracowań tematu w języku angielskim. Nie umniejsza to jednak znacznie „Dynastii Wojowników” w krajach, w których ta kwestia jest zbadana i znana dość dobrze. Zazwyczaj bowiem podobne naukowe publikacje są zbyt suche. Zbyt skupione na wyliczaniu faktów, dat i nazwisk, zamiast na opisaniu wszystkich ważnych dla zainteresowanych tematem aspektów. Lundemu udaje się zaś kompleksowo podejść do wzmiankowanych spraw. I dostatecznie obszernie, by zadowolić głodnych historii z tego okresu czytelników.



Słowem podsumowania: polecam każdemu, kto celuje w tej tematyce. Dostanie bowiem wszystko to, czego oczekuje, a na dodatek w bardzo ładnym wydaniu.



Wydawnictwu Poznańskiemu zaś składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

wtorek, 15 grudnia 2015

Republika Piratów - Colin Woodard



RZECZPOSPOLITA PIRACKA



Filmowi „Piraci z Karaibów” przywrócili modę, a przynajmniej zainteresowanie filmami spod znaku awanturniczych morskich przygód. Colin Woodard poszedł nieco inną drogą, pokazując całą prawdę o piratach i złotej erze ich panowania.



Szum morskich fal, na których unosi się olbrzymi statek pod czarną banderą. Kołyszące się liście palmowe, brzęk butelek rumu niesie się na melodiach szant wyśpiewywanych z groźną mocą przez dziesiątki gardeł. Śpiewający, niektórzy z opaskami na oczach, niektórzy z gadającymi papugami na ramionach, to znów z drewnianą protezą zamiast nogi, w migotliwym blasku ogni stoją na pokładzie, strzelając z dział we wrogie im jednostki, z kładki strącając do wody jeńców, wprost w paszcze krążących rekinów. A lśniące złoto wylewa się z ich kies grubymi, wielkimi monetami…



…tego tu nie ma. To tylko filmowo-literacka wizja, jaką zapamiętały pokolenia z dziecięcych lat, kiedy czytały Stevensona i oglądały rozliczne filmy. Woodard zaś zbiera fakty historyczne, analizując niezliczone archiwa materiałów o piratach, i z pieczołowitością godną najlepszych kronikarzy przywraca do życia rozbójniczą brać taką, jaka była w rzeczywistości. Obala przy okazji kilka mitów, a nade wszystko spisuje całość w sposób, dzięki któremu „Republikę…” czyta się nie jak opracowanie historyczne, a rasową, przepełnioną akcją i przygodą powieść.



Wątkiem przewodnim całości stają się wydarzenia, do jakich doszło na początku osiemnastego wieku. Legendarny Czarnobrody wraz z grupą najważniejszych pirackich kapitanów stworzył coś, o czym obie Ameryki mogły tylko marzyć. Prawdziwą demokrację opartą na równości, którą otrzymywali nawet czarnoskórzy niewolnicy. Republikę, która starała się żyć w zgodzie z własnymi ideałami i która buntowała się przeciw narzucanym z góry zasadom. Jej „obywatele” byli najróżniejsi, jedni aktów piractwa dokonywali pokojowo, inni słynęli z okrucieństwa. W końcu przyszedł na nich kres, to co jednak przeżyli zanim ten moment nastąpił, pozostaje żywe po dziś dzień.



Świetna to książka, kompleksowo opracowana, z pomysłem i pasją napisana i znakomicie przy tym wydana. Każdy fan Stevensona, każdy, kto dał się uwieść „Piratom z Karaibów” czy jakiejkolwiek innej opowieści o piratach, powinien sięgnąć po nią koniecznie i poznać prawdę, która zdecydowanie niejednokrotnie barwniejsza jest od fikcji. Po lekturze „Republiki…” zdecydowanie innym okiem spojrzy na te dzieła a wychwytywanie w nich smaczków historycznych nada nowej przyjemności odbioru.



Polecam gorąco.



A wydawnictwu SQN składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Merlin 2: Merlin kontra Święty Mikołaj - Joann Sfar, José-Louis Munuera



KANAPKA Z SZYNKĄ, MERLINEM I MIKOŁAJEM



Drugi tom udanej humorystycznej serii komiksowej. W sam raz na zimę dla starszych raczej dzieci.



Taka trójka bohaterów nie zwiastuje niczego dobrego. Wyrwani wprost z arturiańskich mitów stanowią przeciwieństwo tego, co o nich wiemy. Merlin to dziecko, którego uczyć trzeba czarów, uczy go zaś świnia. A właściwie knur Szynka. A jeszcze dokładniej – czarodziej w ciele wieprzka, który stracił wiele ze swej pamięci. I jest jeszcze trzeci ich towarzysz, ogr Kanapka, którego imię wzięło się z zamiłowania do przekąsek z mięskiem dzieci. Teraz ogr od najmłodszych stroni, lęk budzi jednak nadal. I ta trójka bohaterów upolowuje pewnego dnia Mikołaja. Złapany w sidła Święty mdleje, ocucić ma go zupa, ale efekty przerastają oczekiwania przyjaciół. Mikołaj zmienia się w swoje przeciwieństwo, czyli ogra, porywa okoliczne dzieci i ucieka. Od teraz Merlin i jego ferajna wyruszają na zlot ogrów by odnaleźć Mikołaja i uratować sytuację…



Scenarzysta „Kota Rabina” oferuje nam najlepszy z tomów serii o Merlinie. Nagrodzony zresztą album, w którym nie brak satyry czy filozofii nawet. Scenariuszowo efekt jest całkiem udany, bardzo przyjemny i lekki w odbiorze. Wprawdzie nie wszystkie rozważania bohaterów są tym, czemu bym hołdował, szczególnie w przypadku ogra po jego zmądrzeniu, nie mniej doceniam fakt, iż twórcy nie poszli w stronę łatwej, lekkiej i pustej opowiastki.



Graficznie album to typowo europejskie dzieło – tak pod względem kreski, jak i kadrowania. Pomimo hiszpańskich korzeni rysownika, rzekłby że bardzo francuskie w swej stylistyce. Podobnie jest z kolorem, prostym, lekkim, o sporej pastelowej palecie, ale nastrojowym. Szczególne w stricte świątecznych scenach. I rozbrajającej mimice.



To wszystko plus fajne wydanie i można komiks śmiało polecić starszym dzieciom.



A ja dziękuję wydawnictwu Znakomite za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

sobota, 12 grudnia 2015

Przybij piątkę komiksowi (dla dzieci) #2015

PRZYBIJ PIĄTKĘ KOMIKSOM PIĘCIU DLA DZIECI

 

Akcja „Przybij piątkę komiksowi” zrodziła się z inicjatywy „Alei Komiksu”. Moja nominacja do tej zabawy z uprzejmości „Są komiksy dla dzieci”. Lista poniżej – z ciężkich zmagań sam ze sobą o to, co zasługuje na wpisanie do niej. Bo nie podam ex aequo nastu tytułów na każde miejsce, a zresztą miejsce… Jakie miejsce? Rozstrzygać cokolwiek jest ciężko, co lepsze, co ważniejsze, co bardziej wartościowe.

 

Zanim jednak przejdę do tych komiksów, słów kilka o samej akcji.

 

„Przybij piątkę komiksowi” ma proste reguły. Każdy uczestnik wybiera pięć komiksów, które ukazały się w minionych dwunastu miesiącach, a które poleciłby ludziom komiksów nieczytających. Następnie nominuje pięć kolejnych osób, które zrobią to samo i zabawa trwa dalej. Na blogach, stronach i portalach graficzna forma sztuki znajduje więcej miejsca i rodzi się szansa, że trafi na podatny grunt. Taką mam nadzieję. Mam nadzieję, że przybędzie dzięki niej choć jeden więcej czytelnik. A kolejne lata przyniosą następnych. I następnych. I następnych…

 

A teraz moje (ułożone wspólnie z moją dziewczyną i towarzyszką w lekturach, Agnieszką) top 5 komiksów z ostatniego roku, alfabetycznie, nie „miejscowo”:

 



 

„Jan Karski”, scenariusz: Marco Rizzo, rysunki : Lelio Bonaccorso, Wydawnictwo Alter 2015.

Ważna pozycja dla młodych czytelników (choć nie do końca dzieci). Udana włoska próba opowiedzenia o polskim bohaterze, który odkrył dla świata Holokaust, i samym Holokauście także.

 



 

„Klejnoty Bianki Castafiore”, scenariusz i rysunki: Hergé, Klub Świata Komiksu, Egmont 2015.

Spośród ponad 20 albumów ten wyróżnia się lekkością, humorem i mądrością przesłania. A poza tym to klasyka, którą warto poznać.

 



 

„My Little Pony, Przyjaźń to magia, tom 3”, scenariusz: Katie Cook, rysunki: Andy Price, Egmont 2015.

Najlepszy, bo najbardziej satyryczny i nadający się dla największej grupy wiekowej odbiorców album o Kucykach. Słodycz, humor i świetna zabawa dla dużych i małych.

 



 

„Powrót Rzęsorka”, scenariusz i rysunki: Tomasz Samojlik, Kultura Gniewu 2015.

Nauka poprzez zabawę w nowoczesnej formie. I dużo, bardzo dużo świetnego humoru.

 



 

„Trzy cienie”, scenariusz i rysunki: Cyril Pedrosa, Kultura Gniewu 2015.

Disnejowska, acz dojrzalsza baśń dla każdego. Do tego wysmakowana graficznie.

 

A teraz nominacje osób, które kontynuować będą (jeśli zechcą) tę zabawę: Robert Wożniak z krtókoacztreśćiwie, Maciej Zawadzki, Beremis, Nigrum i Modli. Wybierzcie pięć najlepszych Waszym zdaniem komiksów dla dzieci ostatniego roku, krótko, w dwóch zdaniach, uzasadnijcie wybór, zamieście na stronach, FB, TT etc., otagujcie jako #przybij5komiksowi i wyznaczcie kolejną piątkę :)

piątek, 11 grudnia 2015

Kosogłos - Suzanne Collins



FINAŁ IGRZYSK



„Igrzyska śmierci” są z czytelnikami już siedem lat, ich ostatni tom ukazał się równo pięć lat temu, ale teraz, za sprawą drugiej części jego filmowej adaptacji, Media Rodzina wznawia „Kosogłosa” w nowej oprawie. I dobrze się dzieje, bo dzięki temu mamy znów świetną okazję poznać naprawdę udaną trylogię, która stała się światowym fenomenem.



Dystrykt Dwunasty, rodzinne strony Katniss Everdeen, został zniszczony. Zginęli niemal wszyscy, którzy tam mieszkali, na szczęście jej najbliżsi i grupa ocalałych są z nią teraz w Trzynastce, którą uważano za dawno już zrównaną z ziemią. Finałem swoich pierwszych igrzysk Katniss rozpaliła iskrę, finałem Ćwierćwiecza Poskromienia przemieniła ją w prawdziwy ogień. Kraj wszczął bunt przeciw władzy, Kapitol stara się zdławić dążenia ludzi do wolności jak najszybciej. Dystrykt Trzynasty, który trzyma go w szachu, przygotowuje się do wojny i obalenia dyktatury, a Katniss ma stanowić Kosogłosa – symbol ich walki. Ale w dziewczynie zbyt wiele jest wątpliwości by chciała stanąć na czele buntu, szczególnie gdy w rękach wroga jest Peeta…



Trylogia „Igrzysk śmierci” stała się prawdziwym fenomenem i przywróciła czytelnicze zainteresowanie antyutopiami i paranoicznymi, totalitarnymi wizjami świata przeszłości. W odróżnieniu jednak od większości bestsellerowych serii dla młodzieży, którym drogę utarł „Harry Potter”, okazała się naprawdę udaną opowieścią. Chyba jedyną tak dobrą od czasów przygód Młodego Czarodzieja. Opowieścią ciekawą i wartościową przy tym, do tego stopnia, że pierwszy jej tom stał się nawet lekturą w amerykańskich szkołach.



Fabularnie opowieść jest prosta, bogato czerpiąca z tradycji poprzedników, choćby Kinga czy Takamiego. Ale zarazem w pomyśle, który mógł być przecież infantylny, udało się autorce zawrzeć coś, co sprawiło, że trafiła do serc czytelników. Czym jest owo „coś”, odpowiedzi będzie tyle, ilu jest czytelników. Bo przecież są tu realne postacie, tak nam bliskie i ludzkie, jest też zagrożenie, który powoduje bezsensowną śmierć kolejnych postaci, z którymi przyszło nam się zżyć. Są też ciekawe rozwiązania fabularne. Mi najbardziej do gustu przypadła ciemność kryjąca się na stronach. Klimat duszny, przygnębiający. I naprawdę przyjemny styl autorki. Czy są tu oczywistości? Akcję da się przewidzieć? Często i owszem, ale zarazem są to oczywistości, które nie przeszkadzają, a wręcz satysfakcjonują czytelnika oczekującego, by tak właśnie potoczyła się fabuła. A że przy tym udaje się Suzanne zaskoczyć mnie nie raz, a i wywołać sporo emocji, tym lepiej to o niej świadczy.



Dlatego polecam sięgnąć po całą trylogię i dać się wciągnąć w niebezpieczny świat, gdzie pozna bohaterów o których warto jest walczyć.



I dziękuję wydawnictwu Media Rodzina za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

środa, 9 grudnia 2015

Kwintesencja - Grzegorz Janusz, Krzysztof Gawronkiewicz



KWINTESENCJA MOLA KSIĄŻKOWEGO



Artystyczny eksperyment – to pierwsze co ciśnie mi się na usta, kiedy myślę o tym komiksie. Ba!, tu nawet określenie „komiks” nie wydaje mi się do końca właściwe. Powieść graficzna? Album? Prędzej już dysputa rysunkowa. Polemika ze sztuką. Ale po kolei.



Treścią „Kwintesencji” jest zaprzedanie duszy. Bohater… Wróć. Treścią „Kwintesencji” jest zabawa: książka w książce w książce w scenariuszu zamknięta w komiksie. Czytelnik i autor, twórca, pisarza, odbiorca… Wróć. Też nie. Treścią „Kwintesencji” są dwa mole książkowe. Dosłownie. Dwa robaczki, które wędrują przez strony maszynopisu dzieła o takim właśnie tytule, spisanego przez Eryka Olimpa. Arcydzieła, które jest wszystkim, największym osiągnieciem literackim, po którym nie warto już nawet książek pisać. Kontrowersyjnym, mocnym… Kwintesencją wszystkiego. I tak zapoznając się z lekturą, snują obaj dysputy o sensie życia, książkach i wszystkim, co tak naprawdę liczy się w życiu…



Dziwne jest to dzieło. Dziwne, ale w tej dziwności znakomite. Twórcy „Przebiegłych dochodzeń Ottona i Watsona” tworzą album będący swoistą zabawą na kilku poziomach. Jest tu w końcu, sama treść, zabawą z czytelnikiem. Jest też zabawa komiksem, bo prostota całości mogłaby być pójściem na łatwiznę, ale tym pójściem nie jest. W końcu jest także zabawa edytorska – bo pozornie komiks wydrukowany jest co druga strona, bo obwoluta to pozornie tylko okładka na okładkę, choć tworzy zarazem plakat…



Treść to przede wszystkim rozmowy. Mól książkowy erudyta i jego towarzysz pełen lęków. Zagłębiają się w treść „Kwintesencji”, komentują, porównują – literaturę, ale też i żywot człeka na tle żywota robaczka małego przecież.



Rysunkowo dominuje prostota. Stylizacja małych stworzonek na tle maszynopisu. A właściwie na tle dołu strony, w towarzystwie jej numeru i wszechobecnej bieli, którą znaczą szare plamy dymków z tekstami. Czasem trafi się odcisk palca, czasem popiół z papierosa…



Eksperyment. Udany, choć pozostawiający pewien niedosyt. Ciekawy i wart poznania, bo i mądry i nieszablonowy. Coś dla tych, którzy szukają bardziej wymagających komiksów dalekich od mainstreamu.



Polecam.



A Wydawnictwu Komiksowemu składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

The Superior Spider-Man: Mój własny najgorszy wróg - Dan Slott, RyanStegman, Giuseppe Camuncoli




PO MOIM TRUPIE



Egmont postanowił w ramach Marvel Now sięgnąć po cieszącego się największą sławą tak w Stanach, jak i u nas bohatera i robi to sukcesywnie. Szkoda, że nie podjął się kontynuacji runu Straczynskiego, z drugiej jednak strony sięgnął nie tylko po dość nową rzecz, to jeszcze na dodatek po rzecz naprawdę udaną – liczącą ponad 30 zeszytów serię „Superoior Spider-Man”, która kontynuowała bezpośrednio wątki z finalnego, 700 zeszytu.



Peter nie żyje, w jego ciele zaś znajduje się Dok Ock, który jako Superior Spider-Man, opętany poniekąd przez wspomnienia Parkera, walczy ze złem. Ale walczy na swój sposób. Vulturzy, nowa Złowieszcza Szóstka itd. nie mają szans. Pająk się zmienił. Jest brutalny, a przed zabijaniem powstrzymuje go tylko duch Petera, którego podszepty nawołują do dobrego. Do tego unowocześnia walkę ze złem, poprzez armię robotów pilnujących bezpieczeństwa, a także poprawia swój medialny wizerunek i relacje z władzami. I na ostro zaczyna starać się o MJ. Ale jest też problem: Carlie zaczyna podejrzewać, że słowa Petera o zamianie ciał z wrogiem mogą kryć w sobie prawdę…



Jest słabiej, niż w poprzednim, rewolucyjnym przecież tomie, ale zarazem wciąż bardzo dobrze. Scenariusz jest dowcipny i czasem satyryczny, nie brak mu brutalności i prawdy. Slott to wyrobnik, do Straczynskiego, Bendisa i innych, którzy pisali przygody Spidyego, jest mu daleko, ale swój urok ma. I to dostateczny, by od kilku lat uwodzić czytelników i nie dopuszczać innych scenarzystów do głównego wydania Spider-Mana.



Gorzej tym razem z rysunkami. O ile Stegman sobie radzi, podobny nieco do Śledzia designem postaci i do Camrona Stewarta pod względem ogółu kreski, Camncoli do mnie nie przemawia. A niestety tworzył będzie jeszcze wiele zeszytów. Na szczęście wkrótce do serii wróci Ramos, nadając jej swojego charakteru. Póki co jest jednak to, co jest. I jest nieźle, pomimo mojego sarkania.



Poza tym ten album wzbogacono o miłe dodatki. Okładki są? Są. Wprawdzie tej do trzeciego Superiora nie wymienili nawet (dali ją na stronę tytułową, tak jak pierwsza dali na okładkę), ale przecież jest. a poza tym alternate covers mamy, mamy też coś, co w oryginale znalazło się w zeszycie 700, czyli komplet miniatur wszystkich 700 zeszytów Amazing Spider-Mana. Starannie przy tym wydane, w niezłej cenie (choć WKKM za identyczną daje i więcej stron i twardą oprawę i jeszcze trochę)… Nic tylko brać, jeśli lubi się komiksy i Spidera. Warto. A że najlepsze jeszcze przed nami, bo i walka z Venomem w wersji Superior i starcie z Goblinami, tym bardziej sięgnięcie po tę serię wydaje się dobrym krokiem.

Fight Club 2 #5 Autorzy: Chuck Palahniuk, Cameron Stewart




KILL LIES ALL



Sztuka zniszczenia czy niszczenie sztuki?



Tyler przejmuje kontrolę nad ciałem „Sebastiana” i masakruje Anioła. Wkrótce „Sebastian” zaczyna przechodzić kolejne testy na Paper Streer. Tymczasem Marla w strefie konfliktu znajduje się w coraz większym niebezpieczeństwie ze strony damskiego oddziału Operacji Masakra…



To ostatni póki co tak dobry zeszyt FC 2. Mówię to po lekturze numerów 6 – 7. Tu jeszcze „Figh Club” jest rewelacyjny, sekrety dodają pikanterii, tajemnice i zaskoczenia spełniają swoją rolę. Akcja jest konkretna, a czytanie finałowych scen aż boli, choć jestem przyzwyczajony do makabry, choć oglądam bez skrzywienia filmy gore czy torture porn.



Scenariusz to wielka siła tej serii. Rysunki choć przecież proste, nie usiłujące być super-ekstra-realistyczne, mają swój urok i klimat. Miła dla oka kreska, miłe kolory, wartości w treści, mądrość i przesłanie. Nuta kontrowersji prostym zabiegiem sprawia, że całość bardziej zapada w pamięć i serce.



Polecam gorąco, choć żywię obawy czy Chuck zdoła w ostatecznym rozrachunku wybrnąć z tego z twarzą i ocalić znakomitą opowieść – a zatem i nie zawieść jakże rozbudzonych oczekiwań czytelniczych.

wtorek, 8 grudnia 2015

Star Wars Komiks 2/2015 - Darth Vader - Salvador Larroca, Kieron Gillen




ŚREDNIE WOJNY       



Pierwszy tom Marvelowego SW okazał się zadziwiająco dobry. W drugim pokładałem więc spore nadzieje. To co jednak otrzymałem, okazało się mocno przeciętne, ciekawe dopiero pod koniec, a i to ciekawe jedynie dla fanów „Gwiezdnych wojen”.



Fabuła jest tu praktycznie żadna. Vader walczy z Rebelią, ale też i stara się uszczknąć coś dla siebie z ciemnej strony…



2/3 to średnia bardzo opowiastka. Właściwie pretekst dla walk i pokazywania efekciarskich widoków. Potem pojawia się kilka faktów, świetny droid od tortur, odniesienia do przyszłości, którą może zobaczymy w filmach, a może nie. Na plus zaliczam też to, jak pewne wątki przeplatają się z tym, co było w „Skywalker atakuje”., a większość wątków nie wykorzystano jak należy. Nie mniej nadal to przeciętniactwo komiksowe, a większość wątków nie wykorzystano jak należy.



Moja ocena to jednak 6/10 (a właściwie 5,5/10). Dlaczego? Za te drobiazgi dla fanów i za świetną stronę graficzną. Larroca to dobry autor, kiedyś nieco rażący ciążeniem ku mandze, teraz realistyczny, choć niecharakterystyczny. Sprawny wyrobnik. Za wiele może korzysta ze zdjęć, z drugiej jednak strony trzeba się podeprzeć wizerunkami aktorów, których przenosimy do kadrów.



Fanom SW więc polecam, ale reszcie… Cóż, dołóżcie kilkanaście złotówek i kupcie coś, do czego chętnie wrócicie i nie zapomnicie po odłożeniu na półkę.

Sześć światów Hain - Ursula K. Le Guin



SZEŚĆ WIELKICH POWIEŚCI SF



Seria o rasie Hain to nie tylko jedno z największych dokonań autorki „Ziemiomorza”, ale też i jedna z ciekawszych i ważniejszych serii SF, jakie powstały. Teraz za sprawą Prószyńskiego ukazuje się a naszym rynku zebrana w jednym, opasłym tomie, który powinien znaleźć się na półce każdego fana fantastyki.



Sześć powieści. Sześć światów. Sześć spojrzeń na ludzkość i jej problemy. Był czas, kiedy starożytna rasa Hain skolonizowała mnóstwo planet, zaludniając je swoim potomstwem. Wszystko jednak ulega zmianom i wraz z kolejnymi latami i pokoleniami mieszkańcy ci utracili kontakt ze sobą i zapomnieli o własnym pochodzeniu. Aż do teraz. Haińczycy powracają by przypomnieć potomstwu o wszystkim i zjednoczyć ich w Ekumenę – zbiór światów stanowiących realizację o utopijnych marzeniach…



To, co Ursula K. Le Guin zrobiła w tej serii, doskonale obrazuje wielkość jej pisarstwa. Fantastyka, poza nielicznymi przykładami, które tylko tę regułę potwierdzają, jest gatunkiem traktowanym dość podrzędnie, z pobłażaniem bym rzekł. „Sześć światów Hain” udowadnia zaś, że podobne osądy są absolutnie niesłuszne. Trzeba tylko autora, który wie co robi. I który ma coś do przekazania, a nie za cel obrał tylko zapewnienie chwili bezrefleksyjnej rozrywki. A taką autorką okazała się właśnie Le Guin.



W „Sześciu światach…” utopia stała się faktem, zaistniała. Ursula zaś bierze na warsztat temat może nie mniej wyeksploatowany, ale kryjacy w sobie niezwykły potencjał. Koncept Dänikena o kosmicznym pochodzeniu życia na Ziemi, przekuwa w pretekst do snucia rozważań nad wieloma problemami, które wciąż pozostają aktualne. Ewolucja ludzka postępująca w odmiennych uwarunkowaniach staje się dla Le Guin kanwą do prezentacji najróżniejszych przemian i konsekwencji. I stawiania pytań o tolerancję.



A przecież „Sześć światów Hain”, nawet w oderwaniu od tych ważkich kwestii, pozostaje wspaniałą fantastyką ukazującą naszą przyszłość i alternatywy. Świetnie napisaną, przepełnioną bogactwem wyobraźni i siłą wizji, pomysłową i niebanalną. Zawarte tu powieści zostały docenione nie tylko przez czytelników, ale także i krytyków, którzy przyznali im najważniejsze nagrody branży, że wspomnę Locusa, Nebulę czy Hugo.



Dlatego polecam gorąco, jeśli jeszcze nie znacie. Znać bowiem warto, trzeba nawet. A zbiorcze wydanie to doskonała ku temu okazja.



A ja dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Profesor Wilczur - Tadeusz Dołęga-Mostowicz



POWRÓT PROFESORA WILCZURA



„Znachor” to jedna z najlepszych rodzimych książek, jakie miałem w rękach. Sięgnięcie po kontynuację było więc dla mnie równie kuszące, co i rodzące obawy o to, czy aby na pewno spełni pokładane w niej oczekiwania. Spełniła? Spełniła i okazała się jakże godnym kontynuatorem poprzedniczki.



Doktor Wilczur odzyskał już to, czego zdawał się pozbawić go wypadek. Wróciła więc pamięć, wróciło dawne życie i praca lekarza wróciła także. A jednak coś jest nie tak, coś nie pasuje. Ludzka natura, ciągłe intrygi… Coraz bardziej ciągnie Wilczura z powrotem na wieś. Tam wszystko, choć pozornie trudniejsze, jest prostsze, a ludzie naprawdę go potrzebują. Ucieka, a wraz z nim rusza doktor Łucja Pańska.



Dołęga-Mostowicz naprawdę posiadał wielki talent pisarski. I równie wielką pomysłowość w konstruowaniu prostych przecież, a zarazem jakże barwnych fabuł. Jest więc w „Wilczurze” wszystko to, co uwiodło czytelników w „Znachorze”. Jest portret wsi i miasta i kontrast pomiędzy nimi. Jest przegląd ludzkich charakterów i czynów. Jest wreszcie swoista tęsknota za rzeczami najróżniejszymi. I oczywiście miłość. Bo miłość u Dołęgi-Mostowicza być po prostu musiała.



W przyjemnym nawet dla współczesnego odbiorcy pisarstwie autora takich legend, jak choćby „Kariera Nikodema Dyzmy”, kryją się, oprócz samej treści, głębia i prawda. Odwieczne i zawsze aktualne problemy życia, kłopoty z ludźmi i szukanie sensu. Uczucia, których nie zmienił przecież upływ czasu czy zmiany kulturowe. Wszystko to znajduje u Dołęgi-Mostowicza swoje miejsce i miejsce to odnajduje także dziś, choć minęło przecież ponad siedemdziesiąt pięć lat od chwili ukazania się „Profesora Wilczura”.



Takich powieści już się nie pisze, takich książek już praktycznie nie ma. W obecnym, zabieganym świecie, świecie, w którym ludzie wybierają tanią pop-rozrywkę, szybką i miałką, klasyka stanowi ratunek. Warto się przy niej, a więc i przy „Znachorze”/”Doktorze Wilczurze” zatrzymać, pochylić, spędzić niespiesznie kilka dni. I przekonać o wartościach tego typu pozycji.



Dlatego polecam gorąco.



A wydawnictwu MG składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

sobota, 5 grudnia 2015

Zapomniane narody Europy - Jerzy Strzelczyk



O TYCH, KTÓRYCH JUŻ NIE MA



Wiele było narodów, które zniknęły z powierzchni ziemi, a to ginąc w wyniku chorób, a to wytępieni przez inne nacje, to znowu rozcieńczając się wśród innych ludów. Część z nich pamiętamy, część stanowi znaczący aspekt kultury i tradycji współczesnych ludzi, ale jest też część, o której zapomnieliśmy i o której praktycznie się nie mówi. Jerzy Strzelczyk postanowił przypomnieć nam o nich, a przynajmniej o tych, którzy należeli do europejskiej braci. I jak zwykle zrobił to w znakomity sposób.



Jaki lud nieżydowskiego pochodzenia jako jedyny przyjął judaizm? Cóż za naród dał Wenecji swoją nazwę? Albo dlaczego tak wielki lud, jak Słowianie, praktycznie pojawił się znikąd, bez wcześniejszych wzmianek historycznych? Wraz z autorem przemierzamy świat faktów i domysłów, opowieści, legend i prawd historycznych dotyczących dziesięciu nacji, których już nie ma. Wenetowie, Swebowie, Alanowie, Piktowie, Longobardowie, Wiślanie, Chazarowie, Obodrzyci, Jaćwięgowie i Drzewianie Połabscy. To ich poznajemy na łamach tej publikacji, zanurzamy w ich sekrety i odkrywamy, jak to się stało, że nie ma ich już pośród nas…



A odkrywać jest co. Fascynujący i wciąż pełen sekretów, których już być może nigdy nie rozwikłamy, dział historii poznaje się niczym intrygującą powieść, w której fikcja splata się z rzeczywistością. Gdzie kończą się fakty, a gdzie zaczyna legenda trudno w tym konkretnym przypadku jednoznacznie ustalić. Wiele źródeł nie przetrwało w całości, inne nie zgadzają się ze sobą, jeszcze kolejne opierają na domysłach. Strzelczyk zbiera to wszystko by przedstawić nam jak najpełniejszy obraz tematu. I udaje mu się to znakomicie.



Zresztą świetnie też przedstawia sam temat. Strona stylistyczna i językowa jest lekka i łatwo przyswajalna, nie nuży, nie męczy zbędną akademickością, nie popada w monotonny ton wykładu. Strzelczyk z pasją człowieka, który tematem żyje, wprowadza nas pomiędzy niepamiętanych już przodków i przypomina co znaczyli. Warto udać się z nim w tę podróż, warto dowiedzieć się co ma do przekazania, i warto także przekonać się jak fascynująca może być historia.



Polecam gorąco.



A wydawnictwu Poznańskiemu składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

piątek, 4 grudnia 2015

Znachor - Tadeusz Dołęga-Mostowicz



ZNAŁ CHORYCH, JAK NIKT INNY



Tadeusz Dołęga-Mostowicz to autor, z umysłu którego zrodziło się wiele wspaniałych i kultowych już książek. Prawdziwej klasyki polskiej literatury. „Znachor”, najsłynniejsze chyba obok „Kariery Nikodem Dyzmy” dzieło tego pisarza, z całą mocą pokazuje siłę talentu Dołęgi Mostowicza i klasę literatury, którą uprawiał.



Profesor Wilczur jest chirurgiem, którego sława i umiejętności przyćmiewają innych, podobnych mu lekarzy na całym świecie. On jeden podejmuje się zabiegów, których nie podjąłby się nikt inny i wychodzi z nich z jak największym pożytkiem dla pacjentów, których bez jego pomocy czekałaby niechybna śmierć. Kiedy odchodzi jego ukochana żona, załamany Wilczur włócząc się po mieście, ulega wypadkowi. Pozbawiony w wyniku tego zdarzenia pamięci, nie mając nawet pojęcia kim jest, wędruje poprzez wsie, robi co akurat jest do zrobienia aż pewnego dnia jego talent sprawia, że staje się znachorem. Jako Antoni Kosiba z niezwykłym skutkiem leczy kolejnych ludzi, zyskując sławę, ale także i wpadając z tego powodu w kłopoty…



To, co w „Znachorze” najważniejsze, to realizm. Mamy tu lekkość pióra, mamy także styl, który mimo upływu blisko osiemdziesięciu lat nie jest ani archaiczny ani trudny w odbiorze, a jednak to realizm wybija się ponad inne zalety tej powieści. Dołęga-Mostowicz maluje piórem międzywojenne pejzaże, konfrontując ze sobą miejski blichtr, ukazany poprzez życie sławnego lekarza, i wiejskie realia, gdzie odnajduje się „Kosiba”. Pokazuje także ludzką mentalność tego okresu naszej historii. Ale udaje mu się także w przejmujący sposób uchwycić na karatach powieści medyczne aspekty codzienności bohatera. Już otwierająca powieść scena, duszna sala operacyjna, otwarta jama – ciało pacjenta, ostre narzędzia i próby ratowania życia operowanego, ukazuje kunszt i paletę emocji, jakimi raczyć nas będzie pisarz.



Poza tym jest też miłość – jeden z istotniejszych aspektów twórczości Dołęgi-Mostowicza. Miłość trudna, podszyta bólem, ocierająca się odrobinę o mezalians. Ale miłość właśnie, z blaskami i cieniami.



Nie czytaliście jeszcze „Znachora”? Czas ten błąd nadrobić jak najszybciej. To zdecydowanie jedna z najlepszych polskich powieści, dzieło warte każdej sekundy na nie poświęconej i na dodatek pełna prawd i mądrości powieść, która nie zestarzała się ani odrobinę. Polecam bardzo gorąco.



A wydawnictwu MG składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Za młodzi? - autor nieznany





CZY WYPIJESZ TEGO SHOTA JEDNYM HAUSTEM?



Dziś pozycja nietypowa, prawdziwy biały kruk, który nie krąży w obiegu sklepowym. Coś, co z pewnością byłoby omawiane w Kąciku Białego Kruka, gdyby magazyn komiksowy „Produkt” wciąż jeszcze istniał. Zaledwie dwudziestostronicowy komiks (jeśli doliczyć okładki), który wpadł w moje ręce wprost z bibliotecznego regału „Lektury z makulatury – weź jeśli chcesz”. I szyld tego regału doskonale obrazuje jakość „Za młodych?”. Bo to w końcu komiksowa propozycja z najniższej półki.



Fabuła tu nie istnieje. Ot szczęść osób i denne opowiastki o ich nałogu zakończone słowami w stylu „niemożliwe bym był alkoholikiem”. Idiotka ze szkolonego chóru, Beata, dzieciak z Harlemu nazwany w polskim przekładzie per Piotrek, Tomasz, który chyba ma górą z osiem lat, jeśli sugerować się rysunkami, Joanna, która najwyraźniej nie zhańbiła się myślą, podobnego ilorazu inteligencji Marcin i latynoski amant w prochowcu – Robert. Wszyscy piją, chlają na umór i jak wynika z większości opowiastek, chyba im mimo wszystko z tym dobrze.



Oto wymiar terapeutyczny komiksu. Miało być cynicznie, a raczej cynicznie mogło być, wyszło – jedno wielkie G… Sam jestem abstynentem, ale gdyby było inaczej, ten komiks nie tylko nie przekonałby mnie do zmiany zdania, a wręcz skłonił do wyśmiania AA jako instytucji pomocowej. Bo w czym może pomóc komiks, który wywołuje śmiech politowania dla autorów?



Co najgorsze ten denny obrazkowy gniot został naprawdę fajnie narysowany. Zachowawczo - to prawda, sztampowo – i owszem, a jednak realistycznie, lekko i z talentem. Wielka szkoda kreski dla czegoś takiego.



Są jeszcze dodatki. Test „Sprawdź swoje picie”, wyjaśnienie czym AA jest i 12 kroków na drodze u trzeźwości. Niestety, przekaz i wszelka wartość giną w tandecie.



Zdecydowanie odradzam, chyba, że dla komiksowych geeków jako ciekawostkę, której nie chce się nawet na raz przeczytać, pomimo niewielkiej ilości stron. Pozostałym mówię: szkoda oczu i zachęcam do naprawdę wartościowych pozycji.

GORZKA CZEKOLADA 50% TANIEJ!

Wydawnictwo Media Rodzina zaprasza na promocję!

 

Jak pisze na swojej stronie:

W Mikołajkowy weekend 5-6 grudnia zapraszamy Czytelników do naszej internetowej księgarni, gdzie beletrystyczną serię Gorzka Czekolada będzie można nabyć z rabatem 50%. Dodatkowo, by uprzyjemnić Czytelnikom zakupy, umieszczenie książki z serii w koszyku skutkować będzie bezpłatną przesyłką!

Pełna oferta książek serii Gorzka Czekolada dostępna tutaj. Polecamy! :)

wtorek, 1 grudnia 2015

Małe wielkie odkrycia - Steven Johnson



EFEKT KOLIBRA



Te wynalazki znamy wszyscy. Korzystamy z nich na co dzień. Są tak powszechne, że nawet przestaliśmy je zauważać. Szkło, zegarki, okulary, żarówki… Zdarza się, że wiemy, jak któreś z nich zostały odkryte, niewielu jednak jest świadomych, jakie są długofalowe skutki niektórych odkryć. A te zdumiewają o wiele bardziej, niż często same wynalazki. W skrócie: Witajcie w świecie Efektu Kolibra!



Czym jest ów efekt? Nawet jeśli nie interesujecie się matematyką wyższą i hasło „Teoria Chaosu” nic Wam nie mówi, z pewnością słyszeliście o Efekcie Motyla, kiedy to ruch skrzydeł motyla powodując niewielkie zmiany w zawirowaniach powietrza, na wzór lawiny powoduje kolejne, do tego stopnia, że na drugim końcu świata powstaje huragan. Efekt Kolibra to jego odpowiednik w Teorii Ewolucji, obrazujący jak niewielka zmiana w jednym aspekcie życia (tu pojawienie się pyłku w kwiatach) wywołuje znaczącą zmianę w innym, zdawałoby się niepowiązanym (budowie skrzydeł kolibra, który musiał się dostosować, by móc zwisnąć przed kwiatem i żywić się jego dobrami). I tak właśnie jest z odkryciami. Długofalowe skutki pojawienia się czegoś nowego, przerastały wyobrażenia odkrywców. Bo kto mógł przewidzieć, że wynalezienie druku spowoduje w konsekwencji możliwość poznania, iż człowiek składa się z komórek? Albo że dzięki chęci oczyszczenia miast z fekaliów doczekaliśmy się mikrochipów? A odkrycie jak roztapiać piasek pozwala nam korzystać z Internetu?



Tego typu rzeczy zebrał i przeanalizował Steve Johnson, tworząc w efekcie książkę, która fascynuje i wciąga w niezwykły świat codzienności, którego nie dostrzegamy. Bogactwo szczegółów i ciekawostek oraz lekkość stylu połączona ze świadomością, że nie pisze autor do specjalistów a zwykłych ludzi, sprawiły, że „Małe wielkie odkrycia” stały się światowym bestsellerem. I całkiem słusznie. Znakomita to bowiem książka, w świetny sposób propagująca naukę i trafiająca do umysłu czytelnika, pobudzająca do myślenia i intrygująca.



Świetne jest także wydanie, przepełnione kolorowymi i czarno-białymi ilustracjami, przyjemne dla oka… po prostu świetne, jak i jego treść.



I cóż mogę więcej powiedzieć, jak nie tylko: Gorąco polecam. Czytając bawiłem się świetnie, a wraz z zabawą tą pogłębiłem swoją wiedzę, dowiedziałem się rzeczy, których naprawdę warto się dowiedzieć i odkryłem kolejną książkę, do której chętnie nie raz jeszcze wrócę. Dlatego zachęcam Was do zapoznania się z nią.


A wydawnictwu SQN składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

W samym sercu morza. Katastrofa statku wielorybniczego Essex -Nathaniel Philbrick



CO MOŻE CZŁOWIEK



Do czego zdolny jest człowiek w obliczu śmierci? Do jakich czynów może się posunąć by tylko przeżyć? Losy grupki autentycznych rozbitków wrzuconych nagle w sam środek skrajnie ekstremalnej sytuacji odpowiadają na te pytania aż za dobrze, pokazując jak szybko umierają normy społeczne i… człowieczeństwo.



Był rok 1820, kiedy statek wielorybnicy „Essex” został zatopiony przez kaszalota. Rybacy z myśliwych stali się ofiarami. Dwudziestu ocalałych w trzech szalupach postanawia dotrzeć do Ameryki Północnej, chociaż dzieli ich cztery i pół tysiąca mil bezkresnego oceanu. Fal, wiatrów, zmian pogody, braku żywności… Trzy miesiące później zostają odnalezieni przez statek „Dauphin”, także wielorybniczą jednostkę. A dokładnie odnalezionych zostaje ośmiu z nich. Ośmiu chorych, wyniszczonych mężczyzn pokrytych solą i krwią, ściskających w dłoniach kości swoich martwych towarzyszy, z których wysysają resztki szpiku…



Nathaniel Philbrick rzucił się na głęboką wodę i postanowił krok po kroku zrelacjonować przyczyny i przebieg tej jednej z największych katastrof morskich i znaleźć odpowiedzi na mnóstwo pytań, jakie cisnęły się w związku z nią na usta. Z jednej strony miał do dyspozycji wspomnienia najmłodszego członka załogi, nastoletniego wówczas  Nickersona i kilka podobnych publikacji, z drugiej jednak materiały te były zdecydowanie niewystarczające by zgłębić wszystkie interesujące autora aspekty. Bo dlaczego właściwie wieloryb zaatakował? Jak działa fizjologia i psychologia głodu? Co kryje się w kanibalizmie? A co w pracy wielorybników? Z jego badań wyłonił się przerażający i do bólu przejmujący prawdą obraz ludzi, którzy ocaleli by trafić w sam środek koszmaru większego chyba niż śmierć, a zarazem o życie choćby i w tym koszmarze, gotowych walczyć za wszelką cenę.



Równie ważną kwestią, jak wszystkie powyższe, staje się pytanie: jak po czymś takim wrócić do normalnego życia? Czy to w ogóle jest możliwe? Jakie zmiany zachodzą w ludzkiej psychice i zachowaniu i jakie są tego konsekwencje?



„W samym sercu morza” w satysfakcjonujący sposób porusza wszystkie te tematy i mocno angażuje uwagę i emocje czytelnika. Warto więc sięgnąć po nią i przekonać się, co się kryje w zakamarkach naszych umysłów. Polecam.



A wydawnictwu Harper Collins składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Beowulf. Przekład i komentarz oraz Sellic Spell pod redakcjąChristophera Tolkiena - J.R.R. Tolkien



LEGENDARNY POEMAT W NIEZWYKŁEJ ODSŁONIE



„Beowulf” jedno z najstarszych dzieł literatury angielskiej jest z nami od ósmego wieku. Doczekał się wielu przekładów, wielu wydań i równie wielkiej liczby dzieł, dla których stał się inspiracją. Jednak nigdy wcześniej nie pojawiło się wydanie takie, jak to, które zachwyci fascynatów staroangielskiej literatury a dla fanów Tolkiena stanie się dziełem koniecznym do poznania.



Podstawową rzeczą wydaje się tu poemat traktujący o tytułowym bohaterze, który przybywa na duński dwór zmagać się z potworem. Kiedy jednak przyjrzycie się bliżej choćby spisowi treści, szybko przekonacie się, że tak naprawdę, choć książka liczy niemalże 500 stron, dzieje Beowulfa zajmują ich nieco ponad 160. A na dodatek sam poemat w polskiej wersji to zaledwie połowa z nich, na drugą składa się z prezentacji tekstu w wersji angielskiej. Co zatem z całą resztą? Oczywiście składają się na nią komentarze Tolkiena, wykłady, jakie wygłosił swego czasu studentom, ale nie jedynie one.



Tolkien, autor, który przeszedł do historii literatury opowieściami o Hobbitach i Władcy Pierścieni, poza byciem pisarzem był także wykładowcą i tłumaczem z języka staroangielskiego. W tej wersji „Beowulfa” dostajemy wgląd w tę część jego kariery. Widzimy, jak ewoluował tolkienowski przekład poematu, jakie J.R.R. miał trudności, wątpliwości etc. A wraz z zagłębianiem się w te aspekty wędrujemy w głąb samej opowieści, z której Tolkien jakże mocno czerpał pisząc swojego debiutanckiego „Hobbita”.



Obok tego wykładu i wszystkich detali, znalazło się w niniejszej publikacji miejsce na „Sellic Spell”, czyli własną próbę odtworzenia „Beowulfa” przez autora „Władcy Pierścieni”. Także i w tym wypadku wersja nie jest jedyna, ani ostateczna, a dokładniej jest ich trzy, z czego ostatnia jest przekładem dokonanym przez Tolkiena na staroangielski.



Kompleksowość „Beowulfa” w tym wydaniu zdumiewa. Sam poemat zaś zdecydowanie wart jest poznania, nawet bez całej tej otoczki. Z nią natomiast nabiera zupełnie nowej jakości i pozwala zgłębić się, jak chyba nigdy wcześniej. Dlatego też polecam gorąco.



I dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

poniedziałek, 30 listopada 2015

Kot Bob i jego podarunek - James Bowen



ŚWIĘTA Z KOTEM… POD PSEM



Kot Bob stał się fenomenem i wcale się temu nie dziwie. Autobiograficzna historia człowieka, który odbił się od dna głównie dlatego, że w jego życiu pojawił się pewien wymagający opieki kot uliczny, trafiła do serca czytelników i tam już pozostała. Teraz do ich rąk trafia trzeci już pełnoprawny tom losów Boba i Jamesa, oferując wszystkim chętnym spędzenie w ich towarzystwie Świąt Bożego Narodzenia.



Grudzień roku 2013 to dobry czas dla Jamesa. Książka przyniosła mu sławę, pieniądze i wyniesienie do kręgów, o jakich nawet nie śmiał niedawno śnić. Ale świąteczna atmosfera staje się pretekstem do wspomnień. Powrotem pamięcią do grudnia 2010, kiedy to sytuacja wciąż była ciężka. Spisaniem historii jego i Boba wydawnictwo było już zainteresowane, ale do prawdziwej odmiany losu brakowało naprawdę wiele. Te święta z kotem zapowiadały się jak pogoda - pod psem. James nie miał pieniędzy, a odcięty gaz i prąd zmusiły go do prób zdobycia dostatecznej kwoty, żeby przetrwać do nowego roku. Jak to jednak osiągnąć, kiedy ludzie biegają za prezentami i nie zauważają otoczenia, a zbierających datki pojawiło się jak grzybów po deszczu? I co takiego może się zdarzyć, że przywróci wiarę tak w Święta, jak i w ludzi?



Choć to trzeci tom, ja z Bobem i jego człowiekiem Jamesem (tak najlepiej określić ten układ) spotykam się po raz pierwszy. Ale spotkanie to jest bardzo udane. Nigdy nie należałem do fascynatów literatury o zwierzęcych bohaterach, nie mniej historia człowieka, który upadł na dno, uzależnionego od narkotyków i balansującego na granicy życia i śmierci, okazała się mieć w sobie to coś. Prawdę? Owszem. Szczerość? Także. Ale też pewne naturalne ciepło i nadzieję, które dla świątecznego tomu były jak znalazł. Poza tym autor nie tworzy powieści tylko dla fanów czy znających treść poprzednich dwóch książek o Bobie czytelników. „Podarek…” staje się opowieścią autonomiczną, wyjaśniającą wszystko to, co czytający wiedzieć o losach Jamesa i Boba powinien, i wciągającą w ten świat trudnych przeżyć.



Stylistycznie powieść ta jest bardzo lekka, prosta wręcz, ale przyjemna. Szybka w odbiorze, wywołująca emocje i nie wypadająca z pamięci zaraz po przeczytaniu. Książka, do której chętnie będzie się wracać przy okazji kolejnych Świąt Bożego Narodzenia i książka nadająca się świetnie w sam raz na Gwiazdkowy czy Mikołajkowy prezent. Polecam więc każdemu, kto lubi świąteczną atmosferę w dobrym stylu i z dobrymi wartościami.



A wydawnictwu Nasza Księgarnia dziękuję serdecznie za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.



Zajrzyjcie też na stronę Kota Boba po więcej informacji o książkach i autorze: http://kotbob.nk.com.pl/

sobota, 28 listopada 2015

Tajemny ogród dla wtajemniczonych - Johanna Basford



W OGRODZIE PEŁNYM TAJEMNIC

 

Widzicie drzwi. Stare, drewniane, dąb pewnie ścięto do ich wykonania, okute żelaznymi zdobieniami. Osadzone są w cegłach, a może w roślinach, zieleń jest wszędzie, choć jeszcze nie ma koloru, plątanina liści, gęsto wyciągająca swoje ramiona w stronę wejścia. Wchodzicie dopiero, czy może już weszliście? Kto to wie. Jedno jest pewne: znajdujecie się dopiero u stóp Tajemnego Ogrodu.

 

Wraz z opisaną wyżej ilustracją, zaczyna się niniejsza książka. Artystyczna kolorowanka dla każdego, niezależnie od wieku, kto chciałby własną dłonią nadać barw przesyconym detalami i skomplikowanymi kształtami ilustracjom. Z każdą kolejną stroną zagłębiamy się krok po kroku w roślinność i sekrety tego miejsca. Widzimy kwiaty, widzimy bogactwo owadów. Starą studnię. Domek na drzewie. Co jeszcze kryje się tam dalej? Za zakrętem i za kolejnym parawanem zieleni?

 

Nagrodzona Elle Decoration Design Award i Channel 4 Talent Award artystka zaprasza nas do krainy, gdzie zabawa z kredkami, flamastrami czy farbami nawet, trwać będzie całymi godzinami. W odróżnieniu od większości podobnych publikacji, kolekcjonerska edycja „Tajemnego ogrodu” oferuje znakomitą jakość. Tekturowa podkładka, grube, wielkoformatowe plansze, świetny papier… Kartki nie ulegną wilgoci, nie pofałdują się, kolor niezależnie od używanych narzędzi nie przebije przez strony. Kolorowanie więc staje się zabawą, jaką być powinno, bez konieczności uważania na papier.

 

Poza tym same rysunki są znakomite. Odpowiednio skomplikowane, odpowiednio wzorzyste. Nawet sama okładka aż kusi by ją pokolorować.

 

Kto więc lubi tego typu aktywne spędzanie czasu, powinien z „Ogrodem…” się zapoznać. Kolorowanie stało się ostatni modne, ale w zalewie tytułów ten właśnie zdecydowanie wart jest polecenia.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Nasza Księgarnia za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

piątek, 27 listopada 2015

Coś mojego - Marci Lyn Curtis



TO, CZEGO NIE WIDAĆ



„Jak ktoś jest niewidomy, widzi ludzi takimi, jakimi są naprawdę.” Tak uważa nastoletnia bohaterka tej wzruszającej powieści. Co jeszcze może dostrzec osoba, która straciła wzrok? I najważniejsze pytanie - dlaczego?



Siedemnastoletnia Maggie nie ma lekko. Wraz ze wzrokiem straciła wszystko, dlaczego warto było żyć – przyjaciół, sport, z którym wiązała swoje marzenia i wiele, wiele innych radości. Jej świat jest już tylko pustką, nie widzi szarości, nie widzi czerni nawet, nie widzi nic. Aż do dnia, w którym tak po prostu dostrzega chłopca. Benjamin ma dziesięć lat i też daleki jest od bycia zdrowym dzieckiem. Jest także jedyną rzeczą, jaką Maggie widzi od pół roku. I kimś, kto wraz ze starszym bratem, do którego Maggie zaczyna coś  czuć, zaczyna uczyć ją żyć na nowo i na nowo odnaleźć Coś tylko jej. Coś co da radość i będzie miało prawdziwe znaczenie w jej życiu. Ale zostaje jedno pytanie, na które niewidoma dziewczyna chciałaby poznać odpowiedź: dlaczego zobaczyła właśnie jego?



Pomysł na powieść Marci Lyn Curtis miała prosty, ale znakomity. Tak to bywa z pomysłami. I z autorami, których nawiedzi jakaś myśl i nie daje spokoju, dopóki nie zostanie przelana na papier i nabierze właściwych kształtów i wagi. Często efekt końcowy jest daleki od oczekiwań czytelniczych. Na pytanie, które intryguje osobę zagłębiającą się w lekturę, trudno jest znaleźć satysfakcjonującą odpowiedź, a im bardziej niezwykłe jest to pytanie, tym większe są oczekiwania. A jednak Curtis się to w znacznym stopniu udało, a jej „Coś mojego” okazało się naprawdę znakomitą książką. Z kategorii young adult? Prawda, ale jak każda dobra książka, znakomitą dla każdego przedziału wiekowego.



Lekkim i przyjemnym stylem podaje autorka pełną emocji i wzruszeń opowieść. Wprawdzie wyjaśnienie całości łatwo da się przewidzieć, jednak sama historia nadal wciąga i dostarcza tego, czego dostarczyć powinna. Przy okazji w ciekawy i przejmujący sposób ukazuje życie osoby skazanej na ciemność i wiążące się z tym problemy.



Kto lubi udane, ciekawe powieści dla młodzieży, z nutą fantastyki, śmiało może sięgnąć po „Coś mojego”. Czeka go  bowiem wiele godzin świetnej zabawy w gronie ciekawych bohaterów.



Ja zaś dziękuję wydawnictwu Amber za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.