sobota, 31 stycznia 2015

Diabeł z więzienia dłużników - Antonia Hodgson




DIABEŁ, DŁUGI I FASCYNUJĄCA WYPRAWA DO XVIII-WIECZNEJ ANGLII



Londyn roku 1727. Dwudziestopięcioletni Tom Hawkins to dusza niepokorna. Miał jak jego ojciec zostać duchownym, zamiast tego wiedzie hulaszczy tryb życia. Mając na koncie długi, cudem tylko odgrywa się w grze, by nie trafić do więzienia dla dłużników, Marshalsea. Niestety cud za cudem się nie przydarza. Okradziony z pieniędzy i pobity, traci jedyną szansę na uniknięcie wyroku i trafia za kraty. A Marshalsea to nie miejsce dla ludzi delikatnych jak on. Tu na każdym kroku trzeba walczyć o przeżycie. Szczególnie, że więzieniem wstrząsa seria morderstw a wszystko wskazuje na to, że zabójcą jest dzielący celę z Tomem tajemniczy więzień nazywany Diabłem…



Nigdy nie przepadałem za książkami historycznymi i nie przepadam nadal. Każdy ma swoje ulubione gatunki, ja nie jestem wyjątkiem, ale z drugiej strony należę do ludzi, którzy nie ograniczają się tylko do swoich faworytów i czytają rzeczy nawet spoza kręgu własnych zainteresowań, jeśli wydadzą im się ciekawe. Ciekawy wydał mi się „Diabeł…” – pewnie zawarzyła tu dominacja thrillera –i powiem szczerze, cieszę się, że go przeczytałem, bo okazał się książką naprawdę znakomitą.



Autorka oferuje czytelnikowi wszystko to, czego od thrillera można oczekiwać. Dostajemy więc zagadkę, morderstw, brud, napięcie, intrygujący klimat, ale in plus jest zdecydowanie to, że Antonia nie ograniczyła się tylko do tego. Historyczna strona powieści prezentuje się nie mniej ciekawie, a odwzorowana została nie tylko w wierny i realistyczny sposób, ale także bez oszczędzania czytelnika. Osiemnastowieczny Londyn nie był przyjemnym miejscem. Złodzieje, prostytutki, mordercy, obskurne knajpy, wszędobylski brud… Nikt także nie mówił tam językiem łagodnym i delikatnym. W „Diable…” dostajemy właśnie takie spojrzenie na stolicę Wielkiej Brytanii, do tego otrzymujemy porcję opowieści o duchach i demonach, a całość została nam podana językiem lekkim, przyjemnym, nie stroniącym od koniecznych w tym gatunku archaizmów, ale nie będącym zarazem archaicznym. Językiem szybkim w lekturze i sprawnym, po którym nie czuć wcale, że wyszedł spod pióra debiutantki.



Wszystko to zaowocowało nagrodą CWA Historical Dagger – najważniejszym wyróżnieniem dla kryminału historycznego, nominacją  dla najlepszego debitu roku a także zaliczeniem „Diabła…” przez Publisher Weekly do top 5 najlepszych kryminałów 2014 roku. Takie uznanie o czymś świadczy i nie jest dziełem przypadku.



Dlatego jeśli lubicie kryminały/thrillery i chcecie przeczytać naprawdę znakomitą powieść, nie wahajcie się z sięgnięciem po „Diabła…” Szczególnie teraz, gdy zimowe wieczory zamiast do spacerów, zachęcają bardziej do lektury.



Polecam, a wydawnictwu Amber składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

czwartek, 29 stycznia 2015

Moja twórczość



Piszę. Opowiadania, powieści, teksty pośrednie. Piszę dużo i staram się coś z tym zrobić. Na koncie mam dwa zwycięstwa w lokalnych konkursach literackich, publikację w odcinkach w lokalnej gazecie powieści. W 49 "Grabarzu Polskim" ukazał się mój artykuł krytyczny.  Teraz wysłałem na konkurs opowiadanie o miłości. Przeczytajcie je proszę, może skomentujcie, jeśli zechcecie. Link poniżej

https://www.facebook.com/HarlequinPolska/photos/a.10152663546546699.1073741846.258698886698/10152663547196699/?type=3&theater



I zobaczcie też tekst mojej dziewczyny złożony w tym samym konkursie

https://www.facebook.com/HarlequinPolska/photos/a.10152663516356699.1073741844.258698886698/10152663516396699/?type=3&theater



Z góry dzięki :)



Pozdrawiam wszystkich

Michał P. Lipka

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Lato Muminków Tove Jansson




Muminki powracają w opowieści o pełnym przygód lecie w Dolinie Muminków. Kiedy nadchodzi wielka powódź i zalewa Dolinę, rodzina Muminków zmuszona zostaje ewakuować się na jedyną dostępną im jednostkę pływającą, która okazuje się być teatrem. Oddaleni od lądu, postanawiają wystawić sztukę. A jakby tego było mało, opuszczony teatr nagle okazuje się być zamieszkany...

Kolejny, piąty już tom przygód sympatycznych Trolli wydaje się być historią nieco słabszą od poprzednich trzech tomów (od pierwszego jest oczywiście o niebo lepszy i to nie ulega wątpliwościom). Nie mniej jednak jest to książka warta poznania. I nie tylko przez dziecięcych czytelników.

Styl pani Jansson jest nie tylko lekki i przyjemny, ale przede wszystkim - jak zawsze zresztą - wolny od infantylizmu. Nadaje to powieści niepowtarzalny klimat, dzięki któremu wymyka się ona prostej klasyfikacji wiekowej i potrafi cieszyć czytelników w każdym wieku. Szczególnie tych spragnionych sentymentu za latami dzieciństwa.
Niesamowita jest również wyobraźnia autorki i to stanowi kolejny plus "Lata...". I choć może to wszystko już było, może tego typu motywy znamy już z niezliczonych książek... zapytam: I co z tego? Muminki są tak niesamowite i mają w sobie tyle oryginalności - nawet w motywach zgranych, zdawałoby się do bólu, że nie sposób się nimi nie zachwycać.

Polecam!

Kometa nad Doliną Muminków Tove Jansson




Kiedyś, jako dziecko, uwielbiałem Muminki. Dobranockę, której żadnego z odcinków nigdy nie przegapiłem. Zbierałem też komiksy z ich przygodami, które zresztą do dziś leżą u mnie w regale, i to w jednym z nich pierwszy raz spotkałem się z Kometą... Była to oczywiście wersja komiksowa, ale sugestywnie mroczno narysowana i robiąca niezwykłe wrażenie. Atmosfera zagrożenia i magii była w nim wszechobecna jak w samym serialu i wręcz hipnotyzowała. Wkrótce potem zobaczyłem w kinie plakat z tym samym tytułem i tak Muminki stały się pierwszym filmem obejrzanym przeze mnie na dużym ekranie. Miałem więc do nich wielki sentyment, kiedy po latach sięgnąłem po książki,od których się zaczęło. A pierwszą z nich oczywiście stała się Kometa... i...

To, co muszę powiedzieć, to to, że nawet po latach, nawet w dorosłym życiu bajkowa historia o Muminkach nie tylko nie straciła swej siły rażenia, a wręcz zyskała jeszcze większą moc. Może to kwestia sentymentu, a może wielkiego talentu autorki (skłaniam się do tej drugiej opcji, bo styl jest tu lekki, wspaniały i absolutnie nie infantylny) ale od lektury nie można oderwać się ani na chwilę i czyta się ją z wypiekami na twarzy. I choć zna się już tę opowieść, choćby z kina, czy wierniejszej, komiksowej adaptacji, nie traci ona nic ze swego angażowania uwagi i emocji czytelnika. I nie da się jej podsumować inaczej jak jednym słowem: Genialna.

Polecam gorąco całym sercem. Nie tylko tym, którzy nie chcą ciągle dorosnąć, ale po prostu wszystkim. Może odkryją w sobie zapomniane dawno dziecko?

Dziennik Chuck Palahniuk




Dziennik, opowieść o Misty Kleinman  niespełnionej artystce uzależnionej od środków odurzających, która odkrywa obecność paranormalnego pierwiastka w swoim życiu, to czwarta powieść Palahniuka jaka ukazała się po polsku i czwarta jaką przeczytałem. I choć w zestawieniu z pozycjami w stylu "Fight Club" czy "Udław się" okazała się gorsza, to nadal wspaniała lektura.

Historia jak to u Chucka jest skomplikowanym do granic możliwości prostym pomysłem o sile ludzkiego przeznaczenia i znaczeniu wolnej woli. Obudowanym w kontrowersyjną, sadystyczno - masochistyczną otoczkę jak zawsze zaskakuje wyobraźnią autora. Z drugiej jednak strony jej konstrukcja jest dość prosta, co jednak nie stanowi przeszkody w cieszeniu się lekturą. Palahniuk zawarł w niej mnóstwo typowych dla siebie chwytów (satyrę konsumpcjonizmu, seks, brud tkwiący w człowieku, serię zaskoczeń i motywy "Bawiąc uczy" w wersji dla dorosłych zawierających mnóstwo faktów, których nie nauczą nas żadne szkoły), ale też i postarał się o tradycyjną już u niego oryginalność. Jedną sprawą jest zobowiązujący do czegoś tytuł, tak że kolejne rozdziały dostajemy w formie daty kalendarzowej, a drugą zmiana stylu. Zamiast posługiwać się klasyczną dla siebie pierwszoosobową narracją w czasie teraźniejszym, stosuje czas przeszły trzeciej osoby liczby pojedynczej. I nie jest to tylko zabieg dla sprawdzenia siebie w takiej stylistce, a rzecz bardzo fabularnie ważna.

Tak więc, kto lubi Chucka niech się nie waha. A reszta? kto sięgnie po Dziennik na pewno się nie rozczaruje.

Czarnoksiężnik i kryształ Stephen King Mroczna Wieża (tom 4)




Czwarty tom przygód Ka-Tet dążących do Mrocznej Wieży rozgrywa się głównie na szosie. Widząc w dali pewną budowlę bohaterowie zmierzają w jej stronę. W trakcie jednak zatrzymują się na noc i Roland zaczyna snuć historię swojej miłości do Susan...

Jak widać jest to więc powieść głównie o miłości. Powieść, muszę to przyznać, zaczynająca się intrygująco i ciekawie, ale będąca taką niestety jedynie do czasu. Młodość Rolanda i losy jego miłości z czasem zaczynają nudzić, a King przybiera rozwlekły styl gawędziarstwa, który jest czasem jego najgorszą cechą. Brak też w tym tomie oryginalności. Po świetnych "Ziemiach jałowych" i retardacjach jakie Król zaserwował nam na koniec, nie spełnił pokładanych w tomie nadziei. Niby rozwiązał wątek Baline'a Mono i Gashera, ale nie w sposób ani efektowny, ani tym bardziej satysfakcjonujący. Wmieszał w to jeszcze nawiązania (moim zdaniem zbędne i absolutnie rażące) do "Czarnoksiężnika z Krainy Oz", a całość dodatkowo skonstruował tak by pozostawić dużo niedomówień (akurat tym razem takich, na których rozwiązaniu nie zależy czytelnikowi, bo nie zdołał się w nie zaangażować) i nie posunąć bohaterów w drodze do Wieży ani odrobinę do przodu. Że o zakręceniu akcji do tego stopnia, że zaczyna szwankować logika i kilku błędach już nie wspomnę.

Cóż więc tu dużo mówi. Ci którzy za cel przyjęli przeczytanie wszystkiego co King napisał, albo pokochali sagę MW po tom sięgną niezależnie od tego co napiszę. Pozostali nie mają tu raczej czego szukać i taka jest smutna prawda o "Czarnoksiężniku i krysztale."

Kiedy Dawid stracił głos - Judith Vanistendael




DANSE MACABRE MA GŁOS



Dawida poznajemy w przełomowym momencie jego życia – kiedy dowiaduje się, że ma raka krtani. Dawid dowiaduje się tego w chwili, w której jego córka Miriam rodzi dziecko. Ukrywana z początku choroba, szybko staje się jedną z decydujących kwestii w życiu rodziny. Młodsza córka Dawida, dziecko jeszcze, usiłuje wraz z przyjacielem zrozumieć czym właściwie jest śmierć i co można na nią zaradzić. Żona Dawida, Paula, nie potrafi pogodzić się z sytuacją i wszystkim tym, co niesie przyszłość. A sam Dawid? Dawid natomiast marzy o ostatniej wspaniałej podróży…



Umieranie to zawsze temat trudny, ale można odnieść wrażenie, że współczesna kultura, a już w szczególności medium komiksu, spłyciła go wręcz niemiłosiernie . W amerykańskich mainstreamowych seriach stale ktoś ginie, by prędzej czy później powrócić – jeśli nie za grobu, to choćby jako klon, głos w głowie czy inny jeszcze wymysł scenarzystów. Lekceważenie wagi sprawy przekłada się na to, że społeczeństwo nie traktuje poważnie powieści graficznych, nawet jeśli prezentują one tak poważną tematykę. Na szczęście dzięki takim albumom, jak „Dawid stracił głos”, istnieje bardzo duża szansa, że to się zmieni i ludzie przestaną używać hasła „komiks” we wręcz pejoratywnym kontekście.



Wracając jednak do samego „Dawida...”, poważna – by nie rzec ponura – treść została zaprezentowana czytelnikom z najróżniejszych punktów widzenia, od samego zainteresowanego, przez inne dorosłe, dojrzale postacie, po dzieci nawet. Daje to ciekawy efekt, czasem makabryczny, czasem zabawny, najczęściej jednak ocierający się o tzw. realizm magiczny. Na kartach spotykamy bowiem duchy czy syreny, myliłby się jednak ktoś, kto uznałby, że z powodu tych zabiegów rozmywa się ważkość poruszanego tematu czy powaga nastroju. Każda strona przesycona jest bowiem zapowiedzią nieuniknionego, tym swoistym tańcem ze śmiercią zbliżającym bohatera każdym kolejnym krokiem ku końcowi, tak znakomicie zobrazowanym na pełnych czerni planszach rozdziału o Miriam. Śmierć przeplata się tu jednak z życiem,  a kadry obrazujące nastrój, jego nagłe zmiany, kiedy z grozy przechodzi autorka do miłości, z tego, co przeraża, do tego, co daje nadzieję, to prawdziwe perełki.



Strona graficzna albumu, choć bardzo prosta, właśnie tą prostotą uderza i to bardzo. Konfrontacja ilustracji niczym wyjętych z książek dla dzieci, z taką tematyką, daje naprawdę niesamowity efekt. Kolorystyka lekka, ale wyważona, buduje odpowiedni nastrój, a niektóre sceny czy splash page ‘e urzekają i zachwycają. Stronę graficzną znakomicie wspiera świetne wydanie na grubym papierze kredowym, zamknięte w twardej oprawie – wydanie świetne, które pięknie wygląda na półce i przetrwa naprawdę wiele lat.



W roku 2014 „Dawid…” dostał trzy nominacje do nagrody Eisnera, najważniejszego komiksowego wyróżnienia na świecie: dla najlepszego amerykańskiego wydania komiksu zagranicznego, najlepszego scenarzysty/artysty, a także najlepszego kolorysty/artysty multimedialnego. I to chyba stanowi najlepsze podsumowanie tego, co w owym albumie znajdzie czytelnik. Ja znalazłem piękną i mądrą, ważką historię o prawdziwym życiu i jego znaczeniu i byłem nią urzeczony. Dlatego dziękuję Wydawnictwu komiksowemu za udostępnienie egzemplarza do recenzji, a Wam polecam „Dawida…” z czystym sumieniem.

Colorado Kid Stephen King




Na małej wyspie zjawia się młoda dziennikarka na praktykę. Jej przełożeni, dwaj starzy wyjadacze chleba, zasiadają z nią pewnego wieczoru i zaczynają snuć opowieść o tytułowym Colorado Kidzie, człowieku, którego pewnego dnia znaleziono na plaży martwego. Opowieść fascynującą i zadziwiającą bowiem fakty zebrane w śledztwie w tej sprawie zdają się wykluczać siebie nawzajem...

Co o "Colorado Kidzie" można powiedzieć to przede wszystkim to, że jak na Kinga to raczej nowelka niż powieść. Nie dziwi to w zestawieniu z faktem, że rzecz powstała poniekąd jakby na zamówienie dla wydawnictwa specjalizującego się w kryminałach. Nie znaczy to jednak, że powieści czegokolwiek brakuje. Styl jest świetny, atmosfera niemalże jak z Miasteczka Twin Peaks, a fabuła wciąga i zaskakuje. Świetny jest też zabieg Kinga z zapowiedzią już na początku, że sprawa nie znajdzie swego rozwiązania. Nie tylko nie rozczarowuje czytelnika, ale w dziwny sposób dodatkowo wciąga.

Nie jest może to książka genialna, ale sprawdza się lepiej niż świetnie jako rozrywka na miłe popołudnie. I szkoda tylko, że w polskim wydaniu zabrakło ciekawego posłowia, w którym King wyjaśnia inspiracje związane z "Colorado Kidem" i ich losy, co już samo w sobie jest ciekawą opowieścią ujawniającą pewien pisarski zwyczaj Kinga i czego nie lubi w swej pracy.

Polecam, choć teraz rzecz to niemal nie do zdobycia.

Batman - The Long Halloween Jeph Loeb, Tim Sale, Gregory Wright




DŁUGIE HALLOWEEN

Rzymianin. Tak wszyscy nazywają największego bossa przestępczego półświatka Gotham. Mówi się, że jest nietykalny, brak na niego jakichkolwiek dowodów, ale Batman, Gordon i Harvey Dent starają się go przymknąć. Na ich współpracę cień rzuca seria mordów na rodzinie Rzymianina. Seryjny zabójca, atakując tylko w święta, pozbawia życia kolejnych członków rodziny gangstera. Podejrzanym może być każdy, nawet Bruce i Harvey Dent...

I oto kolejny komiks z listy 100 komiksów wszechczasów, który trafił w moje ręce. Kolejna propozycja kultowa i dla wielu najlepsze dzieło spółki Loeb/Sale, jakie stworzyli dla Batmana. I cóż mogę rzecz, jeśli nie to, że wszystkie komplementy, jakie dostaje od tylu lat ten komiks, są w zupełności zasłużone. Tak jak i nagroda Eisnera, którą zdobył.

Pierwsze co zwraca uwagę przy przekartkowaniu tego albumu to niesamowite, klimatyczne ilustracje. Światło, cień, strzeliste budowle, gotyckie scenerie, plenery jakby żywcem wyjęte z filmów Burtona i niemieckiego ekspresjonizmu kina lat 20. Nie brak w nich też młodego Franka Millera.

I taki też jest scenariusz. Loeb sięga do tradycji Batmana, tradycji detektywistycznej, i snuje opowieść w najlepszym stylu gangsterskich filmów złotej ery Hollywood. Do tego tajemnica, znakomicie poprowadzony wątek mordercy, nawiązania do licznych dzieł, w tym "Milczenia owiec", unikanie łatwych odpowiedzi...

Całość urzeka od pierwszej strony i nie zmienia się to do końca. W dwunastym rozdziale czytelnik zaczyna czuć obawę o rozwiązanie zagadki, ale wtedy twórcy serwują nam jedną woltę z drugą sprawiając, że wszelkie wątpliwości rozwiewają się, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. A sam finał zachwyca. Po prostu zachwyca i sprawia, że chce się od razu złapać za kontynuację "Long Halloween", "Dark Victory".

Poza tym zachwycają też dodatki. Szkice i scenariusze scen wyciętych, komentarze twórców... Jakbym miał przed sobą wydanie DVD.

Tak więc, każdy kto ceni sobie medium komiksu, niebanalne i znakomicie opowiedziane fabuły, które klimatem biją nie jedną powieść czy film, w których nie brak prawdy, psychologicznego realizmu i wyższych wartości, "Long Halloween" powinien przeczytać. I niech ni odstrasza go fakt, że album ma prawie 400 stron, bo kiedy już weźmie się go w swoje dłonie, nie chce się odłożyć go przed przeczytaniem ostatniej strony.

Polecam gorąco! Szczególnie tym, którzy uważają, że komiks nie jest rozrywką dla inteligentnych dorosłych - chętnie zobaczyłbym ich miny towarzyszące lekturze.

Zmierzch Stephenie Meyer




Nastoletnia Bella Swan przeprowadza się do swojego ojca, do deszczowego miasteczka Forks.Szare życie zmienia poznanie przystojnego Edwarda Cullena, który kryje w sobie jednak szokującą tajemnicę.


Moja przygoda ze "Zmierzchem" zaczęła się od całkiem niezłego filmu na podstawie powieści i kiedy już zamierzałem zapoznać się z pierwowzorem, dorwałem w swoje ręce filmy numer 2 i 3 i... rozczarowany fabułą zrezygnowałem. Ale potem trafiła się okazja, promocja, i nabyłem cykl. Zabrałem się do lektury i...

Fabuła "Zmierzchu" jest prosta i wręcz sztampowa. Historia miłości nastolatki do wampira wydaje się być ograną kliszą i taka niestety jest, ale nie do końca. "Zmierzch" ma pewien urok i nutki oryginalności, czasem świeży powiew pomysłowości, ale nikły. Piękna i bestia w realiach liceum może dla nastolatek jest rewelacyjną przygodą, ale całej reszty nie powali na kolana.

Dużo psuje też styl autorki, która popełnia więcej błędów niż przeciętny debiutant, a do tego swoje trzy grosze dokłada jeszcze pani tłumacz (no kto znający choć trochę angielski przetłumaczy guinea pig w kontekście doświadczeń, jako świnkę morską? Czyżby słownik, z którym ewidentnie tłumaczka siedziała nad tekstem nie zawierał hasła "królik doświadczalny"?).

Poza tym autorka, w tak prostej fabule, popełnia sporo błędów (choćby samym zakończeniem, które będzie na szczęście rozwijała w dalszych tomach). A Bella zdaje się być niekonsekwentnie wymyślona i poprowadzona (reszty już się nie czepiam, bo szkoda i czasu i sił).

Nie mniej nie jest to powieść tak zła jak twierdzą jej przeciwnicy. I choć nie jest też tak dobra jak przekonują jej fani, czyta się ją szybko i bez bólu. Może gdybym był spragniona miłości nastolatką dałbym większą ocenę, ale jestem kim jestem (lubię romantyczne historie i stąd z pewnością ta szósta gwiazdka).

niedziela, 25 stycznia 2015

Obywatel, który się zawiesił - Rafał Kosik




Wyobraźcie sobie następującą sytuację. Jest noc, zebraliście się w kilkoro osób i wybraliście na łąkę. Jest lato, noc ciepła i pogodna, gwiazdy lśnią nad Wami niemal na wyciągnięcie ręki. Niedaleko szumi las, dalej jakaś rzeka. Znajdujecie ustronne miejsce, nagą ziemię, na której rozpalacie ognisko. Przyciągacie skądś grube gałęzie, w sam raz do siedzenia, ogień do tego czasu strzela już iskrami, a drewno płonie z trzaskiem. Zasiadacie przy nim i czujecie klimat miejsca. I wtedy jedno z Was zaczyna snuć opowieści. Ktoś zaginął, ktoś trafił do nawiedzonego domu, ktoś inny urządził masakrę. Spotkało to znajomego znajomego, znacie to, ale emocje i tak są silne. Cały świat skondensował się na tej jednej jedynej chwili i miejscu, a którym się znajdujecie i teraz liczy się tylko to.



Poczuliście ten klimat? Mało Wam? Więc sięgnijcie po ten zbiór opowiadań Rafała Kosika a gwarantuję, że przeniesie Was na takie właśnie ognisko, gdzie miejskie legendy wkradną się do Waszej duszy i umysłu, nie pozwalając się oderwać, ani tak szybko o sobie zapomnieć.



Na „Obywatela…” składa się 10 opowiadań znanych czytelnikom z łam różnych pism, takich jak „Fantastyka” czy „SFFiH”, opowiadań najróżniejszych treścią (od sensacji, przez science fiction po horror), za to bez wyjątku świetnie napisanych. Opowiadań wciągających, emocjonujących, zaciekawiających, a przede wszystkim zaskakujących puentą i stanowiących coś więcej, niż tylko zwykłą rozrywkę. Opowiadań, które pokazują jasno i wyraźnie, że Kosik jest jednym z najciekawszych i najlepszych autorów fantastyki w naszym kraju, a jego talent snucia opowieści porównać mogę chyba tylko z Kingiem. Zresztą do Kinga podobny jest także w treści i rozwiązaniach, na szczęście nie kopiuje autora z Maine, a prezentuje własne, znakomite pisarstwo, które – wbrew modzie – nie wstydzi się polskości i wśród naszym realiów wyszukuje fascynujące rzeczy. I wprowadza ten dysonans w zwyczajne życie, dając czytelnikowi do myślenia i sprawiając, że jego pomysły czy spostrzeżenia – trafne niezwykle – powracają jeszcze długo po lekturze. Zresztą Kinga przypomina jeszcze w jednym – bierze z pozoru zwyczajną rzecz, taką jazdę pociągiem, wyjazd nad morze czy wyprawę do rezerwatu, albo też pracę w agencji reklamowej, i zaczyna obudowywać to w grozę czy fantastykę, w które naprawdę nie trudno w jego wykonaniu jest uwierzyć.



Zresztą wspomniane pomysły Kosik rozwija w swej późniejszej twórczości, choćby w serii Felix, Net i Nika i każdy, kto z FNiN miał do czynienia, a chce zobaczyć dorosłego, poważniejszego autora, będzie się świetnie bawił wyłapując tego typu smaczki.



Trudno mi powiedzieć o całości coś więcej, bez zagłębiania się w treść opowiadań – a tego nie chcę czynić, bowiem odkrywanie ich od podstaw, bez jakiejkolwiek świadomości, do którego należą gatunku czy o czym opowiadają, to prawdziwa przyjemność – ale z drugiej strony, czy muszę mówić coś więcej? Po prostu sięgnijcie po tę książkę i pozwólcie by wszystko powiedział Wam sam autor. A naprawdę warto go wysłuchać i dać się wciągnąć w ten wspaniały świat. Usiąść z nim przy ognisku, czy może – odnosząc się do treści jednego z opowiadań – w wagonie kolejowym, i chłonąć, co ma nam do przekazania, dając uwieść wykreowanym przez niego połączeniom słów. Ja się dałem i nie żałuję, ani chwili spędzonej w tym towarzystwie, za dziękuję wydawnictwu Powergraph, które udostępniło mi egzemplarz do recenzji.

sobota, 24 stycznia 2015

Talizman Stephen King, Peter Straub




Jack Sawyer na 12 lat i konającą na raka matkę. Wyjeżdża z nią do opuszczonego domu w New Hampshire, gdzie w okolicznym wesołym miasteczku poznaje starego Murzyna. Od niego dowiaduje się o isteniu alternatywnej rzeczywistości zwanej Terytoriami a także o Dwójniczce matki, którą jeśli zdoła ocalić, ocali również i własną rodzicielkę. Jack wyrusza więc do alternatywnego świata, w którym panują średniowieczne realia i zaczyna walkę o ocalenie dwóch kobiet. Ale nie tylko na tym świecie są przeciwnicy, którzy będą chcieli mu w tym przeszkodzić...

Powieść spółki King/Straub, kiedy po nią sięgałem, wydawała mi się zachęcającą i fascynującą lekturą. Bardzo osobista (Król rozlicza się tu ze śmiercią matki - nie po raz pierwszy zresztą) i napisana do spółki z jednym z najbardziej cenionych autorów horroru nie mogła mnie rozczarować. A jednak.

Styl jest tu rozwleczony i nudny. Męczący oczy i duszę czytelnika. Fabuła tez nie zachwyca. Z pomysłu na średniej długości książkę zrobiono jakby na siłę opasły tom w realiach nawet nie do końca fantasy. Dłużyzny więc pojawiają się na każdym zakręcie a zwroty akcji ani nie zaskakują ani nie ciekawią już nawet. Po przeczytaniu 1/3 powieści chcemy już tylko jak najszybciej dotrzeć do końca i mieć to z głowy.

Nie pomagają tez plusy w postaci nawiązań do innych dzieł Kinga ("Lśnienia", "Stukostrachy" itp) ani kilka ciekawych postaci (wilkołaki rządzą!). Dostajemy po prostu kolejną książkę, jakich wiele na rynku. I kolejny dowód na to, że jedyne fantasy jakie wyszło Stephenowi to "Mroczna wieża" (przynajmniej tomy 1-3), bo "Talizman" to książka pokroju słabych "Oczu smoka" i tylko purystom Kinga (albo MW, bo poprzez swą kontynuację "Czarny Dom" "Talizman" jest książką znaczącą dla świata pośredniego). Cała reszta może sobie darować.

Sklepik z marzeniami Stephen King




"Sklepik z marzeniami" to kolejna w dorobku Kinga opowieść o miasteczku Castle Rock, w którym rozgrywały się np. Martwa Strefa, Cujo, Ciało, To czy Mroczna połowa. Tym razem zło powraca w postaci starca Lelanda oferującego mieszkańcom spełnienie ich marzeń. Cena wydaje się nie wielka, zwykły psikus wyrządzony innemu mieszkańcowi. Coś zdawałoby się niewinnego, co w rzeczywistości rozpoczyna istną reakcję łańcuchową samoistnego wyniszczania się obywateli Castle Rock. Sprawę bada szeryf Alan Pangborn (postać znana stałym czytelnikom książek Króla, ale czy oprze się on urokowi Lelanda, skoro pragnie poznać okoliczności śmierci swej rodziny, których w żaden racjonalny sposób wyjaśnić się nie da?

Fabuła oczywiście brzmi jak typowy King i typowa jest tu ilość stron (672). Król jak zawsze bawi się tu znanymi z innych swych dzieł motywami (co jednak nie przeszkadza w odbiorze "Sklepiku..." osobom innych prac autora nieznającym), charakterami bohaterów (a tych jest naprawdę masa) i popkulturą. Wszystko to opisuje lekkim, wciągającym stylem, który angażuje czytelnika od pierwszych stron, ale... Właśnie. Czegoś przesz całą powieść jakby brakuje. Czegoś ulotnego i trudnego do określenia. A potem następuje finał, który niestety psuje w znacznym stopniu całość. Finał przesadzony, nieprzekonujący i pomimo starań autora niemal pozbawiony emocji, choć plastyczny w formie opisów i w tej akurat warstwie ciekawy.

Fanom Kinga polecać nie muszę, co do reszty mogę powiedzieć tylko tyle: jeśli chcecie się rozerwać, poświęcić kilka wieczorów na niezobowiązującą lekturę, i nie boicie się schematycznych czasem rozwiązań, będziecie bawić się całkiem nieźle.

Mroczna połowa Stephen King




Thad Beaumont to słaby pisarz. Ale kiedy tworzy pod pseudonimem George Stark, jego krwawe powieści stają się bestsellerami. Postanawia jednak pozbyć się pseudonimu i z tej okazji wyprawia mu symboliczny pogrzeb. Geroge Stark powstaje jednak z grobu i zaczyna mordować...

Książka ta nie za bardzo podobała mi się już na samym początku. Znudziło mnie pierwsze kilkanaście stron i długo przeleżała na półce zanim ponownie po nią sięgnąłem. Dalsze strony okazały się lepsze, ale niestety - mówię to ze smutkiem - po 1/3 powieść znów zaczęła nużyć i tylko co jakiś czas trafiały się ciekawe momenty, dzięki którym dotrwałem do jej finału.

Styl tez nie zdołał mnie zachwycić. King, owszem, starał się pisać raz jak King, raz jak Bachman (w końcu pierwotnie miała to być powieść Bachmana), ale zabrakło w tym i prawdziwego Kinga i czystego Bachamana, a powstał misz masz torochę ciężkostrawny i dobijający się czkawką.

Czy jest jednak aż tak źle? Może dla innych czytelników nie, może ja po prostu znów zbyt wiele po Kingu oczekiwałem, ale nie potrafię dać "Mrocznej połowie" wyższej oceny. Komu mogę ją polecić? Zagorzałym fanom Stephena, bo powiązań z innymi książkami jest w niej masa, a i jest to jedna z części cyklu o Castle Rock więc co nieco znajdą dla siebie. Poza tym to też i rozliczenie Kinga ze sobą i własnym pseudonimem literackim, Richardem Bachmanem (czemu tylko King został wymieniony jako autor, nie rozumiem, bo to na równi powieść jego alter ego). Ale jeśli nie jesteście fanami Króla, fanami, znającymi doskonale jego biografię, powieść odradzam. No chyba, że dla świetnie opisanych zachowań niemowląt-bliźniaków -  bo to prawdziwa perełka!

Komórka Stephen King




Do tej powieści Kinga podchodziłem niepewnie. Nie dość, ze  w ostatnich latach jego twórczość nie była najlepsza, to jeszcze temat "Komórki" od razu zniechęcał. Zabójczy telefon, choć przerobili to już Japończycy, mógł być ciekawy, ale Zombie? No proszę... Już Romero (wspomniany zresztą w dedykacji tej powieści) wypalił się w  tym temacie w latach 70 po zaledwie 2 filmach, więc czy to mogło się udać?
No właśnie. A jednak King zdołał zrobić z tego pomysłu powieść, którą czyta się lekko i przyjemnie i nawet z pewnymi emocjami. Akcja pędzi, brak jest dłużyzn, a i kilka zaskoczeń też się znalazło (szczególnie pewien wątek z Alice w połowie książki). Niestety to wszystko już było. Apokalipsa, tajemnicze sny i wielki exodus King jakby żywcem wyjął z "Bastionu" a wątek z Alice, o którym wspomniałem, przypomina pewien zwrot akcji  z "Worka kości" (tam bardzo udany , tu powtórkowy, ale nadal emocjonujący). Do tego wiele pomysłów (lewitujący Zombie-telepaci, czy pewne nawiązania do "Matrixa") jest zupełnie nietrafionych. A poza tym książce brak też jest pretensji do czegoś większego, a to też nie jest in plus. Zakończenie Królowi również niezbyt się udało.
Tak więc "Komórka" to kolejna powieść, po którą sięgnąć powinni raczej tylko fani autora (ewentualnie horrorów o Zombie) i tylko oni. A gdy już się w nią wczytają, uśmiechną się, gdy King puści do nich oko nawiązując do "Mrocznej Wieży". Ja się uśmiechnąłem.

HOBBIT TRYLOGIA – FILMOWY SKOK NA KASĘ



Kiedy poszedłem na pierwszego Hobbita do kina, a było to dwa lata temu, zrobiłem to bez większego przekonania. Tolkiena lubiłem, ale daleko było mi do uwielbienia – czytałem go jako nastolatek i rozpasane opisy przyrody wynudziły mnie niemiłosiernie,  do tego jeszcze tan patos; teraz, po latach, doceniłem go bardziej, ale to inna sprawa. Poza tym już wtedy czułem, że to nie może być nic dobrego. Dzielić krótką książkę, której na jeden film ledwie by starczyło, na trzy ekranizacje? Jawny skok na kasę fanów i widzów przerażał. Nic to jednak, nie raz dawałem z siebie wyciągnąć pieniądze i nie raz jeszcze dam, toteż wkrótce byłem w kinie. Cóż z tego wynikło? Film mnie znudził, 3D było tak płaskie, że szkoda gadać, a z całości zrobiono debilną historyjkę. Owszem, książkowy pierwowzór do wielkich nie należy, ale zapisał się na stałe w historii literatury, film okazał się porażką nie wartą oglądania. Marna gra aktorska, źle dobrane postacie, zmiany charakterów czołowych bohaterów, jak Legolasa, na siłę wciśnięcie wątków, których w książce nie było – z tymi wątkami można się oszukiwać, że chodziło o zaprezentowanie jak najwięcej z tego, co Tolkien opisał w dodatkach do Władcy czy Historiach niedokończonych, ale prawda jest taka, że czymś trzeba było zapchać te trzy filmy, i nawet do tego nie przyłożył się nikt – żenujące przedstawienie Radagasta jest jednym z wielu, ale szkoda mi czasu na wymienianie wszystkiego.



Tak jak i szkoda marnować go na robienie trzech oddzielnych recenzji dlatego całość zmieszczę tu.



Na drugą część Hobbita do kina już nie poszedłem. Obejrzałem go ma DVD, choć obejrzałem to za dużo powiedziane – przez cztery dni po fragmentach męczyłem film, żeby go skończyć. Z napisami; na dubbing nie miałem sił. Wcześniej na TVN-ie próbowałem obejrzeć po raz drugi jedynkę, ale odpadłem po nastu minutach. Z „Pustkowiem Smauga” natomiast problem okazał się taki, że zrobiono z tego kiepski żart. Tauriel, postać zupełnie nowa, psuła wszystko, romans z krasnoludem był żenadą, niezłe, jak dotychczas, były efekty, ale jeśli miałbym dla efektów tylko oglądać film, to jest masa lepszych pod tym względem dzieł. Pozostał więc tylko niesmak.



Ale na trzecią część jednak się wybrałem do kina. Powodów było wiele. Moja dziewczyna szła i tak, ja ostatnio, na powrót czytając Tolkiena, przekonałem się do jego twórczości bardziej… I oglądając śmiałem się co chwila. Śmiało się zresztą całe kino, a i incydenty z przysypianiem także się zdarzały. Fabuła nie istniała, była jak wyrugowana intelektualnie i fabularnie gra komputerowa. Niezłe było 3D tym razem, i efekty, ale całość nużyła jak jasna cholera. Żarty na ekranie wzbudzały politowanie, patos śmieszył, że trudno było nie rechotać, dubbing krępował i żenował, pomyłek było multum (ciągle coś brało się znikąd) a Tauriel żaląca się „czemu miłość tak boli” była najgorszym frazesem jaki w kinie widziałem od wielu, wielu lat – i ma zdecydowanie szansę na uznanie za najgorszą kwestię w historii kina.



Po całej trylogii pozostał tylko żal ile ludzi straciło na to pieniądze i złość na złodziei z wytwórni, którzy nawet nie starali się zrobić nic wartościowego. Nawet nie udawali. Wstyd, po prostu wstyd, dlatego kto jeszcze nie oglądał, niech sobie daruje. Szkoda tylko jego czasu i pieniędzy.

czwartek, 22 stycznia 2015

Rezydent wieży. Księga I - Andrzej Tuchorski



REZYDENT WIERZY

Magowie to pożyteczni ludzie. Odczytają niewidzialną mapę, zdejmą niezdejmowalny hełm, dla smoka także coś zrobią. Taki przynajmniej jest czarodziej z wieży Irrum, bohater tej historii, który różne potrafi miewać przygody. Szczególnie, gdy da się na tym coś zarobić.

Fantasy to nie mój gatunek, ale jak w przypadku każdego „nie mojego” gatunku, jeśli książka jest dobra, chętnie ją poznam. Tą poznałem, bo dołączona była do jednego z numerów „Fantastyki” – inaczej na pewno bym jej nie kupił. Bo co to za okładka? Abelard Giza z kabarety Limo udający Araba? Litości! I co z tego, że na tle zamku? Nie ocenia się jednak książek po okładce, a przecież wiele razy bywałem zaskoczony bardzo pozytywnie przypadkowo wziętymi w ręce książkami, po które, gdyby nie ów przypadek, nigdy bym nie sięgnął. Niestety, tym razem dostałem pozycję tak przeciętną, że z trudem przyszło mi dać 5 gwiazdek na 10 możliwych. Przekonała mnie ostatnia z historii – bowiem „Rezydent…” to zbiór luźno połączonych ze sobą opowiadań – „Bogini miłości.”

Treść w „Rezydencie…” jest sztampowa i oczywista. Owszem, autor ma zadatki satyryczne i mógłby zrobić z tego znakomitą rzecz a la „Achaja”, ale postawił na powielenie najgorszych schematów i rzucenie czasem durnego dowcipu. Styl też jest tak nijaki, tak beznamiętny, tak pozbawiony czegokolwiek charakterystycznego, że trudno go chwalić choćby za jakiś ułamek talentu. Choć nie można odmówić, że pisać autor umie. Całość, co jest na plus, czyta się szybko. Nie mniej jeszcze szybciej zapomina, dlatego też odradzam tę pozycję, chyba, że nie macie już czego czytać.

Podsumowując Rezydent wierzy – a magię, ja natomiast nie wierzę w wartość tej książki.

wtorek, 20 stycznia 2015

Buick 8 Stephen King




"Buick 8" wpadł w mojej ręce przypadkiem, lata temu, na wyprzedaży za 12,50 i dość długo leżał na półce zanim po niego sięgnąłem. Kiedy jednak otworzyłem go w końcu i przeczytałem pierwszą stronę opowieści o tajemniczym samochodzie trzymanym przez policję w jednym z garaży, wiedziałem już, że czeka mnie świetna lektura. Lęk, że dostanę jedynie kopię genialnej Christine, prysł, a ja dałem się porwać lekturze.

Cóż więc mogę o powieści powiedzieć? Wymienić, że jest wspaniale napisana i pozbawiona dłużyzn? Że emocjonuje i nie daje się łatwo odłożyć na półkę, choć chce się już spać, że ledwie unosi się powieki? Wszystko to prawda, ale jest w tej książce też coś, co naprawdę rzadko w dziełach Kinga się zdarza - swoista prawdziwa groza.

Wiem, że mnóstwo czytelników było ową powieścią zawiedzionych. Że przyznawali jej słabe oceny i wytykali błędy. I rozumiem, że nie jest to książka dla wszystkich. Ale jeśli jesteście koneserami Kinga, jeśli Mroczna Wieża nie jest Wam obca, a losy Bobbiego Garfilda (z "Serc Atlantydów") urzekły Was swego czasu, to nie tylko będziecie się świetnie bawić, ale i odkryjecie, że otwarte (i to bardzo) zakończenia, na które tak wielu narzekało, ma swoje pełne rozwiązanie i dopowiada kilka ciekawych zdań do świata wykreowanego w MW.

Bohun Jacek Komuda




Bohun, wódz kozacki umiera w wyniku odniesionych ran akurat kiedy niejaki Taras, ocalony z zasadzki przez Matkę Boską, przybywa z wieściami o planowanej intrydze politycznej. W owej intrydze główną rolę odgrywa obłożony infamią Francuz, Dantez, który ma dokonać serii zamachów. Zdarzenia te doprowadzą do jednej z największych klęsk w historii Reczypospolitej - Bitwy pod Batohem, zwanej staropolskim Katyniem...

Nigdy nie przepadałem za panem Komudą i nigdy pewnie po jego powieść bym nie sięgnął, gdybym nie dostał jej w prezencie. Jednak trafiła w moje ręce, zaciekawiła mnie opisem i oto została przeze mnie przeczytana. I choć nie spełniła pokładanych w nich nadziei do końca, stanowiła naprawdę dobrą lekturę.

Co koniecznie muszę pochwalić to styl Komudy - lekki, archaiczny, lecz wierny historii (w odróżnieniu od masy innych dzieł Polaków, którzy na siłę próbują przekonać nas, że język, którym posługują się na kartach to prawdziwa staropolszczyzna). Warto też ocenić wierność historyczną i to, że autor potrafi przyznać się do tego, co zmyślił. Fabuła też jest na plus, nie mniej jednak tu pojawiają się problemy.

Treść zachwyca na samym początku, potem staje się po prostu dobra, nie mniej w scenach walk i wielkim finale, Komuda nadmiarem powtórzeń i jakby brakiem kontroli, zabija napięcie i ciekawość. Momenty akcji dłużą się i nużą, a wielka kulminacja następuje zbyt szybko i nie niesie niczego, na co liczyliśmy przez prawie 300 stron lektury. Drugim minusem jest natomiast niekonsekwencja w prowadzeniu bohaterów. Ich zmiany charakterów nie przekonują i irytują. Tak samo jak - i to trzecia rzecz in minus - wątki fantastyczne, których na szczęście jest mało (tylko po co wątek z muzyką?).

Ostatecznie wszystko to składa się na powieść wartą przeczytania. Nie wielką, ale też i nie niskich lotów. Ciekawą, opowiadającą prawdę, brudną i nieprzyjemną, której nie uczą w szkołach. Kto więc lubi te klimaty, niech pozna Bohuna i wyruszy z jego ludźmi na ukraińskie stepy.

Wyspa doktora Moreau Herbert George Wells




Rozbitek Prendick trafia na wyspę, na której niejaki dr Moreau prowadzi nieludzkie eksperymenty na zwierzętach...

"Wyspa dr Moreau" to powieść kultowa i legendarna. Powieść niedoceniona swego czasu, po latach uznana za wielką przypowieść o nas i o świecie. I, owszem, jest alegorią i to bardzo wymowną, dziełem z przesłaniem mającym dotrzeć do ludzi, których zaślepiła nauka, ale skłamałbym, gdybym powiedział, że jest to historia wybitna. Cel jest szczytny, to prawda, jednak środki zastosowane przez autora do jego osiągnięcia psują całość.

Nie mówię tu o stylu, który, choć może nie zachwyca, przypominając aż za bardzo dokonania Verne'a, jest lekki i przyjemny. Buduje przy tym ciekawy nastrój, który trwa niestety tylko przez pierwsze kilka rozdziałów. Cała reszta, w 90% przewidywalna nawet dla tych, którzy z historią szalonego naukowca nigdy się jakimś cudem nie zetknęli, to próba pochwalenie się swą pomysłowością i kreatywnością. Z pochwały wyszły jednak przechwałki, które niszczą powagę alegoryczności i przemieniają przypowieść w przygodówkę z elementami fantastyki. I nie jest to wina fakt, że powieść ta liczy sobie 117 lat. Bowiem już w czasach jej premiery zarzucano autorowi przesadną fantazję i niepowagę, nad czym ten ubolewał.

Gdyby nie to, powieść mogłaby być wielkim dziełem, a tak - poza swą kultowością  - jest tylko kolejną książką z gatunku powstającej wówczas fantastyki naukowej, w której więcej jest fiction niż science.

Nie mniej jednak "Wyspa..." była jednym z prekursorów gatunku i za to należy ją docenić. Tak samo jak jej wymowę i przesłanie, które, choć może zbyt łopatologiczne i naiwne, nadal nie traci na aktualności. Sprawia to, że powieść warto jest przeczytać, choć bez większych rewelacji.

W wysokiej trawie Stephen King, Joe Hill




Becky i Carl DeMuth to rodzeństwo. Jadać samochodem zatrzymują się słysząc wołanie dziecka o pomoc. Wołanie dobiega z nienaturalnie wysokiej trawy. Ruszają go odnaleźć i odkrywają, że spomiędzy trawy nie ma wyjścia, a do tego ciężarna Becky zaczyna się źle czuć...

Po przeczytaniu "Twarzy w tłumie", poprzedniego ebooka Kinga, napisanego zaledwie miesiąc przed trawą, byłem pełen nadziei i dobrych myśli sięgając po "Trawę...". Szczególnie, że opowiadanie "Gac do dechy" Kinga i jego syna Joe Hilla sprzed kilku lat było naprawdę znakomitym doświadczeniem. I co? Rozczarowałem się, choć mogło być gorzej.

Styl jest lekki i przyjemny, ale widać w nim, że to nie King rządził przy pisaniu. Podział był raczej sprawiedliwy i stylistycznie nowela prezentuje się inaczej od "Twarzy..." ale wcale nie źle. Nie mniej fabularnie już tak dobrze nie jest. Ojciec i syn, zamiast postawić na to, co zachwycało w początkowych akapitach, czyli wątek obyczajowy i psychologiczny - niezmiernie największa domena Kinga - szybko przeszli do przewidywalnego horroru, w którym czasem szwankuje logika, a który opiera się na ogranym (choćby i przez samego Kinga w "Dzieciach kukurydzy" i masy innych opowiadań) wątku. Zaskoczeń też nie ma. Niby znakomite wydaje się przedstawienie szaleństwa w końcowych stronach, ale i w nim czegoś brakuje. A finał staje się oczywisty i niesatysfakcjonujący już po kilkunastu zdaniach, przez co znika gdzieś całe napięcie i zastanawianie się, co będzie dalej.

Nie mniej jest to nadal King i nadal potrafi wykrzesać z siebie emocje. Z drugiej jednak strony dodaje też to, co w Kingu najgorsze - potrafi przynudzić i zmieścić kilka dłużyzn w krótkim opowiadaniu - a to na pewno nie jest powód do zachwytu. Mimo wszystko jednak opowiadanko mogę polecić bez większego zgrzytania zębami. Głownie fanom, ale i miłośnicy horroru nie będą zawiedzeni. Cała reszta może sobie darować.

Wielki Marsz Richard Bachman




Pierwszy raz z powieścią tą zapoznałem się w wersji oryginalnej i ma to spore znaczenie dla ostatecznej jej opinii. była to też pierwsza książka Kinga, którą przeczytałem po angielsku. Potem zapoznałem się z wersją polską i byłem nieco zirytowany tłumaczeniem. Od razu uprzedzam, ze nie jest ono złe, aczkolwiek pan Paweł Korombel przełożył pewne rzeczy w sposób w jaki mu odpowiadały. W jego własny stylu wyrażania się. Sporo jest tego, ale najbardziej irytują mnie "giry", które w oryginale brzmiały po prostu "feet".
Ale dość już z tym narzekaniem. Ja po prostu czepliwy jestem, jeśli chodzi o moje ulubione dzieła. A "Marsz" bez dwóch zdań do nich należy. Jest to bowiem książka wspaniała i przerażająca. Świetnie, oszczędnie i porywająco napisana, niebanalna i... po prostu super.
Jeśli ktoś jeszcze nie czytał, niech nadrobi ten błąd jak najszybciej. Bo choć powieść jest krótka, co w połączeniu z ceną może zniechęcać, to jest to historia tak świetna, że nie da się żałować żadnego z wydanych na nią groszy.

Historia Lisey Stephen King




Mąż Lisey, znany pisarz, nie żyje. Załamana Lisey podejmuje się zrobienia porządku w jego rzeczach, ale nie jest to łatwe zadanie. Towarzyszący jej ból i ciągłe wspomnienia ranią do głębi. Wspomnienia i powolne odkrywanie mrocznej strony męża.

King to wyznawca zasady, że najlepiej jest pisać o tym, co się zna. Dlatego tak często bohaterami jego książek są alkoholicy czy (jak w tym przypadku) pisarze. Zazwyczaj opowieści o ludziach żyjących z pisania ("Lśnienie" czy rewelacyjny "Worek kości") wychodzą mu znakomicie, ale nie tym razem. Może to moja wina, bo czytając "Historię Lisey" zmagałem się z chorobą i umieraniem mojego ojca, ale sądzę, że nawet jeśli, to nie tylko. Styl Króla jest tu bowiem rozwlekły a fabuła pełna marnych, naciąganych pomysłów. Bohaterowie są wprawdzie skonstruowani świetnie jak zawsze (znakomita - znów - psychologia kobiety, przez co aż chce się powiedzieć, że "Historia..." to czwarta część kingowej trylogii kobiecej), ale i oni nie mogą uratować tej powieści. A szkoda. Niestety twórczość Kinga po wypadku, w którym prawie stracił życie taka właśnie jest. Pełna autobiograficznych wstawek, które powtarzane po raz kolejny nużą, i patosu nieznośnie momentami ciężkiego.

Nie mniej nie jest to książka, którą zdecydowanie bym odradzał. Jest w niej sporo emocji (szczególnie gdy Scott umiera w szpitalu), dla których warto przebić się przez warstwę nudy.

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Granice szaleństwa Granice szaleństwa Granice szaleństwa






Przyjaciółka Maggie znika w tajemniczych okolicznościach podróżując samochodem. Co mogło jej się stać? Czyżby ktoś ją porwał? Maggie zaczyna się obawiać najgorszego, gdy w kamieniołomach niedaleko miejsca zaginięcia znajomej znalezione zostają beczki pełne fragmentów ludzkich ciał...

Czwarta powieść Kavy o przygodach Maggie O'Dell to niestety kolejny spadek formy. Stylistycznie książka nie wiele różni się od poprzedniczki, ale czegoś w niej brakuje. I nie tylko stron, choć jest cieńsza o prawie 200 od wcześniejszych. Nie wiem do końca co jest tego winą, ale gdzieś ulotnił się klimat, który zachwycał w "Dotyku zła" i umykał coraz bardziej z kolejnymi powieściami. Może to wina braku oryginalności, pomysłów wykrzesanych momentami jakby na siłę, ale taka jest smutna prawda.

Na szczęście "Granice..." (do tłumaczenia tytułu nie będę się już czepiał, ale chciałbym, chciałbym...) to nadal dobra powieść, nie pozbawiona emocji czy zaskoczeń. Nie najlepsza jako samoistny thriller, ale jako część serii naprawdę udana. Szczególnie jeśli patrzeć przez pryzmat późniejszych, słabszych jeszcze dzieł.

Tak więc kto lubi Kavę, "Granice..." powinien przeczytać i to koniecznie. A Ci, którzy nie znają, niech sobie darują. Nie ma sensu zaczynać cyklu od czwartej powieści i jeśli chcą poznać twórczość pani Kavy niech zaczną od początku.

4 po północy Stephen King




Po wspaniałym poprzednim zbiorze nowel Kinga "Cztery pory roku", po "4 po północy" sięgałem z drżącymi rękami. Spodziewałem się dzieła naprawdę dobrego, może nie tak wielkiego jak wspomniany zbiór, skoro tym razem King zebrał tylko horrory, ale jednak czegoś na poziomie. Niestety czekało mnie spore rozczarowanie...

Otwierająca tom nowela "Langoliery" nie zwiastowała jednak takiego zawodu. Świetnie napisana, wciągająca i intrygująca historia chwyciła mnie za gardło i nie chciała puścić. I nawet kiedy wreszcie otrzymałem rozwiązanie całości - dość... hmm... mało poważne, jeśli mam być szczery - okazało się ono po prostu pasujące, a to u Króla niestety rzadkość. Usatysfakcjonowało mnie, choć bałem się klapy, i dlatego ocena 8 za tę nowelę nie będzie przesadą.

Po "Langloierach" nadszedł czas na "Tajemnicze okno, tajemniczy ogród", opowieść, którą fani Stephena uważają za najlepszą nowelę w jego karierze. Przed lekturą jej celowo unikałem obejrzenia filmu na jej podstawie, żeby nie psuć sobie niczego i... Nowela ta okazała się największym rozczarowaniem z tego zbioru. Zakończenie jej, a tym samym wszystkie zwroty akcji, przewidziałem już po pierwszej stronie, i męczyłem się z czytaniem ponad dwa tygodnie. Wciąż miałem jeszcze nadzieję, że Król czymś mnie zaskoczy, ale niestety. I tylko wątki z publikacją pierwszego opowiadania głównego bohatera były odrobinę zaskakujące i naprawdę wciągające. Ocena więc to marne 5,5.

Trzecia nowela "Policjant biblioteczny", zaczęła się ciekawie, wciągająco i po kilkudziesięciu stronach jakby oklapła. Coraz krzesała z siebie jakieś tam iskry, ale niestety, w ogólnym rozrachunku, poległa, szczególnie zatraceniem treści głównego, ciekawego wątku (czyli policjanta bibliotecznego) i po prostu głupich rozwiązań z wampirami na czele. Ech... Ocena 5.

I wreszcie ostania nowela, "Polaroidowy pies", przez wielu recenzentów uznawana za najgorszą. Zabrałem się więc do niej bez większych oczekiwań i rozczarowałem się bardzo miło. Lekka, przyjemna, pewnymi wątkami kojarząca się z pochodzącą z tego samego roku powieścią Kojiego Suzuki "Krąg", intrygująca i wciągająca. A więcej akurat nie wymagałem. Do tego powrót do Castle Rock (znanego z "Martwej strefy", "Cujo" i paru innych powieści) i do znanych bohaterów umiliły jeszcze lekturę. Niestety zakończenie kuleje nieco, ale nie na tyle bym opowieści tej nie dał 7.

Wnioski końcowe będą więc proste. Dla dwóch nowel książkę tą kupić jest warto. Nie wątpię, ze innym "Tajemnicze..." spodoba się bardziej niż mnie, bo historia jest naprawdę przyjemnie napisana (jak cały zbiór zresztą), ale jeśli miałbym komuś polecić jakiś zbiór nowel Kinga to  nie byłby nią "4 po północy" a wspomniane już "Cztery pory roku."

Łowca dusz Alex Kava Maggie O'Dell (tom 3)




Kolejny seryjny morderca pojawia się w życiu Maggie, a wszystkie tropy zdają się prowadzić do charyzmatycznego kaznodziei, Everetta. Ale czy to on jest prawdziwym mordercą, czy tylko ktoś chce go wrobić? Maggie podejmuje się śledztwa, które znów bardzo wpływa na jej życie, bowiem jej matka należy do społeczności Everetta...

Trzecia część przygód Maggie O'Dell to znów kawał dobrej lektury, choć zarazem nieco słabszej od poprzednich tomów. Stylistycznie Kava zaczyna odrobinę odbiegać od swoich dokonań z wcześniejszych lat, ale na szczęście nie znacznie. Nie brak więc akcji, emocji, ciekawostek z zakresu medycyny sądowej (choć w tym wypadku lepiej sprawdzają się tacy autorzy jak Harris (Thomas oczywiście), MacFadyen czy Chattam) i zaskakujących zwrotów akcji. nie jest to może powieść idealna (rozczarowuje zwłaszcza zakończenie, które wydaje sie jakby wysilone), ale na tyle dobra i na tyle wartościowa, bym polecił ją wszystkim, którzy chcą rozerwać się niezobowiązująco w długie wieczory kiepskiej pogody.

Fani Kavy natomiast będą usatysfakcjonowani i z utęsknieniem czekać będą na dalszy ciąg przygód dzielnej specjalistki od portretów psychologicznych.

Czarny piątek Alex Kava Maggie O'Dell (tom 7)




Czarny Piątek to dzień wyprzedaży po Święcie Dziękczynienia. To najbardziej dochodowy dzień w roku i zarazem dzień, w którym w sklepach jest rekordowo dużo klientów. Dzień, który terroryści obierają za idealny do ataków bombowych na centra handlowe. Maggie zajmuje się śledztwem. Wciąż przybita po wydarzeniach z wirusem nie może się do końca pozbierać, a fakt, że jej brat jest jednym z podejrzanych w sprawi zamachów nie poprawia jej samopoczucia...

Kolejna część serii o Maggie O'Dell była przeze mnie bardzo wyczekiwana. Po znakomitym "Zabójczym wirusie" liczyłem na świetną powieść, a co otrzymałem w zamian? Jedną z najsłabszych w karierze pisarki, i zdecydowanie najsłabszą z dotychczasowych powieści o Maggie. Brak tu pomysłów, polotu, napięcia... Styl też jest jakiś miałki i nieprzekonujący. Książkę ratuje nieco zakończenie, ale i ono nie jest dość dobre by się nim zachwycić.

To, co dostajemy, to przeciętna powieść jakich na pęczki leży w księgarniach. Ciekawa dla fanów serii, bowiem rozwija ciągnące się z tomu na tom wątki, ale jako samodzielna lektura nie przekonuje zupełnie. Sporo czerpie z "Czarnej niedzieli", ale "Niedziela..." była wielką powieścią, przejmującym studium terroryzmu i psychiki morderców, a "Piątek..." to jedynie lekka, pozbawiona ambicji schematyczna rozrywka dla wyznawców Kavy i nic poza tym. Szkoda, bo potencjał był duży.

sobota, 17 stycznia 2015

Inferno - Dan Brown



DANTEJSKIE SCENY

Robert Langdon powraca na stary kontynent. Tym razem budzi się we włoskim szpitalu, postrzelony w głowę, pozbawiony pamięci, za to posiadający tajemnicze urządzenie ukryte w jego marynarce. W szpitalu pojawia się jednak morderczyni i Langdon musi uciekać wraz z dr Sienną Brooks. By odkryć to, co zapomniał zmuszony jest poznać kod ukryty w dziełach związanych z "Boską komedią". Odkryć utracone wspomnienia i ocalić świat przed apokalipsą. I znów ma na to tylko dobę...

Długo wyczekiwana kontynuacja "Zaginionego symbolu" wreszcie po polsku! Indiana Jones naszych czasów powraca w pełnej napięcia, tajemnic i historycznych ciekawostek fabule, która prowadzi do zaskakującego finału! Jak jednak prezentuje się na tle pozostałych powieści Dana Browna?

O stylu nie ma co pisać, bowiem jest to styl typowo brownowy. Lekki, prosty, nie szczególnie rewelacyjny, ale sprawny i pasujący. Fabuła to znów zagmatwana zagadka pełna akcji i emocji. Nie mniej jednak, choć autor stara się być oryginalny względem siebie (nie względem gatunku, bo to niemożliwe) wrzucając nas w sam środek pokręconej intrygi, całość staje się pewnym schematem, który znamy z 5 wcześniejszych powieści.

Tak czy tak, jest to schemat jak najbardziej udany. Dostarcza rozrywki, zajmuje uwagę czytelnika, wciąga, intryguje... Owszem, jest w wielu momentach przewidywalny, czasem autor popełni błąd, czasem... Ale nadal świetnie się przy tym bawiłem, w ostatecznym rachunku dając się oszukać i zaskoczyć. I choć może Brown przekombinował zapętlenie fabuły, to jednak działa to i na korzyść zaskoczenia nią czytelnika.

Tak więc, komu podobały się poprzednie części, powinien Inferno poznać jak najszybciej. Może nie pobiło "Symbolu..." ani "Aniołów i demonów", ale utrzymała wysoki poziom. Reszta czytelników też może śmiało zapoznać się z lekturą. Nie dość, że jest świetna, to jeszcze nie ma żądnych nawiązań (poza jednym malutkim, co mnie, jako stałego czytelnika Browna nieco zawiodło) do reszty przygód Roberta, dzięki czemu sięgnąć może po nią każdy, bez obaw, że czegoś nie zrozumie.

I choć to komercja i schemat, to jednak daleko Inferno do kliszy i trzeba się z tego cieszyć i docenić na równi z ogromem pracy, jaką włożył weń autor.

P.S. Mam jednak pewne zastrzeżenie do tłumacza. Nie żeby przekład był zły (choć zdarzają mu się perełki w stylu Grzechy śmiertelne, jakby nie wiedział, że Deadly Sins należało przełożyć jako Grzechy główne), ale drażni mnie tłumaczenie pewnego wątku pisanego w pierwszej osobie: wolałbym, żeby autor zmienił w nim czas wypowiedzi (na teraźniejszy) niż płeć wypowiadającego - dałoby się to zrobić bez problemu i bez straty dla czytelnika, za to z większą wiernością zamysłu autora. Ale jest jak jest.

czwartek, 15 stycznia 2015

Bezsenność Stephen King




"Bezsenność" Stephena Kinga to powieść, która długo wymykała mi się z rąk. Gdy tylko już miałem ja kupić, zawsze trafiało się coś pilniejszego. W końcu jednak (pod wpływem Mrocznej Wieży) sięgnąłem po tę opowieść o starcu cierpiącym na bezsenność, która sprowadza na niego zdolność postrzegania ludzkiej aury i dziwnych istot zamieszkujących nasz świat, i niestety przeżyłem spore rozczarowanie.

Pierwsza połowa lat 90 nie była najlepszym okresem w dorobku Kinga. Jego twórczość stawała się tu powoli coraz bardziej powtórkowa, pełna dłużyzn i nietrafionych pomysłów i taka właśnie jest tez "Bezsenność". Styl Król przybrał tu ciężki i przeładowany patosem, a rozwiązania fabularne nie tylko nużą, ale im bliżej finału wręcz śmieszą. I gdyby była to powieść czysto samodzielna, napisałbym tu DNO, ale na szczęście King znów bawi się nią ze stałymi czytelnikami i robi to jak zawsze świetnie.
Po pierwsze akcja toczy się w Derry, a więc odniesień do "To" nie brakuje. Nie brak też nawiązań do innych utworów Króla, ale to, co wyróżnia ją od innych, to siła nawiązań do sagi Mrocznej Wieży. To tu bowiem po raz pierwszy poznajemy Patricka, Karmazynowego Króla i wątki rozwijane potem przede wszystkim w tomie siódmym wspomnianej wyżej sagi. A wszystko to sprawia, że to nie powieść dla każdego, a dla koneserów MW.

Niestety, tak czy tak, książka nie jest zbyt udana. Czasem nuży, czasem niezamierzenie śmieszy i zwyczajnie nie angażuje emocji czytelnika. Fani Kinga powinni po nią sięgnąć, ale reszta śmiało może sobie darować.

Ostateczny cel Alex Kava Maggie O'Dell (tom 11)




Maggie tropi kolejnego psychopatę, który obrał ją na ofiarę swej chorej gry. Seryjny morderca zabija podróżujących autostradami. Są łatwym celem. Na niekończących się drogach międzystanowych biegnących przez setki kilometrów niezamieszkanych terenów łatwo jest kogoś zabić. Jak Maggie poradzi sobie z tym zadaniem?

Za tę powieść, 11 z serii o Maggie O'Dell (13 jeśli doliczyć "Żywioły" i "Cienie nocy" i 16 tekst, jeśli pod uwagę brać opowiadania ze zbiorów "Thriller", "First Thrill" i polskiego wydania "Kolekcjonera"), Kava otrzymała nagrodę Florida Book Aword 2013, ale jeśli mam być szczery, absolutnie nie zasłużenie.

Powieść zaczyna się nieźle, klimatycznie, ale bez rewelacji. Kava od kilku powieści kroczy w kierunku dośc ascetycznego stylu, nie koniecznie w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Jednak po pierwszym z Maggie rozdziale czytelnik zaczyna mieć jedynie nadzieję, że mordercą jest ktoś inny niż tak oczywista postać. I tą nadzieją żyje przez kolejne 300 stron, by okazało się, że jednak nie ma co liczyć na zaskoczenie. Że Kava znów postąpiła w najbardziej sztampowy z możliwych sposobów.

A to wielka szkoda i strata, kiedy opiera się thriller na tajemnicy. Czy nie lepiej byłoby pójść drogą Thomasa Harrisa i po paru rozdziałach rzucić czytelnikowi w twarz dane mordercy, a skupić się na klimacie i psychologii? Oczywiście, że tak, nie mniej do tego potrzeba większego talentu i wybicia się ponad psychologiczne frazesy, którymi bezustannie raczy nas Kava.

Tak więc lektura po 300 stronie robi się nudna, mdła, katorżnicza wręcz, bo na ostatnich 60 stronach nie ma praktycznie nic, co warte byłoby uwagi. Tylko fani autorki znajdą tu coś dla siebie, jednak i oni będą zawiedzeni.

Oczywiście należy też pamiętać, że kilka scen jest naprawdę niezłych a i zanalzły się ciekawostki warte poznania, także Kava postarała się z zebraniem materiałów, jednakże patrząc na "Ostateczny cel" a debiutancki "Dotyk zła", obie powieści dzieli przepaść, na korzyść debiutu oczywiście.

Możecie się więc domyślić, iż konkluzja będzie taka, że nie warto wydać 37 zł na tę powieść. Powieść na 5,5 gwiazdki oceny. Chyba, że kochacie Kavę i nie przeszkadza Wam sztampa, brak polotu i ciągłe raczenie tym samym. Ja już czuję się zmęczony.

Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika Stephen King




Kinga autobiografia i nieco poradnika dla pisarzy - tak najkrócej streścić można zawartość tej książki. Książki bardzo ważnej dla fanów Króla, ale nie szczególnie dla tych, którzy sięgną po nią, by nauczyć się pisarskiego rzemiosła.

Styl jest tu lekki i przyjemny i nie ma nawet co rozwodzić się nad nim, jako że styl Kinga znają wszyscy, którzy choć raz mieli z nim kontakt. Treść jest tu przedstawiona skrótowo, autobiografia obejmuje głownie okres alkoholizmu i narkomanii Kinga, który skończył się mniej więcej po Misery, choć dostajemy też dodatek w postaci szczegółowego opisu wypadku Kinga, który zmienił całą jego twórczość. Poradnik tez nie jest tu rozwleczony, ani tym bardziej wyczerpujący. King podaje kolejne przykłady jak usprawnić swą prozę bardziej w formie wspominek tego, co sam robił, niż w formie realnie podręcznikowej. Tworzy to złudzenie lekkości, ale zarazem uczy czegoś, choć niestety nie jest tego wiele. Na pisanie metod jest wiele i każdy powinien wypracować sobie własną, a nie czytać tego typu poradniki. Ktoś kt5o chce pisać, bowiem, może poczuć się zobowiązany do powielania schematów Kinga skoro ten tak każe, przez co zamiast zyskać coś, co może mu się przydać, najpewniej wiele straci. Sam King zresztą zauważa o szkodliwości chociażby kursów pisarstwa, a sam zarazem stara się taki kurs przeprowadzić.

Nie mniej kilka pożytecznych rzeczy można tu znaleźć, nie mniej jednak do porad Króla radze podchodzić z dystansem. Nikt bowiem nie nauczy Was pisania, a wszelkie porady mają dwie strony i pomagając szkodzą zarazem.

Wielu czytelników narzekało tez na część o zasadach pisowni i to, że nudziła opowiadając o języku angielskim, nam zupełnie nie potrzebnym. Mnie bynajmniej nie nudziła, może dlatego, że z angielskim jestem obeznany, ale wątpię by dla kogokolwiek poza malkontentami była to część nudna czy nieprzydatna. Naprawdę.

I cóż pozostaje mi dodać na koniec. Koniec to dobre słowo w tym miejscu, bowiem tą właśnie książkę zakończyłem czytanie tego, co ukazało się po polsku (jeśli nie liczyć wydania ilustrowanego Salem czy Kinga na dużym ekranie) i mogę odetchnąć z ulgą. Ale nie o tym miałem pisać, tylko o tym komu polecić Jak pisać. Pisarzom? Niekoniecznie (choć King w tym co pisze ma jednak, mimo mych narzekań, wiele racji) ale fanom Kinga jak najbardziej i to liczy się przede wszystkim, skoro to oni głównie sięgną po tę książkę.

Rose Madder Stephen King




Po dwóch świetnych książkach: "Gra Geralda" i "Dolores Claiborne", nadszedł czas na powieść zamykającą tzw. "kobiecą trylogię" Stephena Kinga. "Rose Madder", bo o niej mowa, stała się najgorzej sprzedającą się pozycją w dorobku tego autora, choć sam King uważa ją za najlepiej napisaną ze wszystkich swoich prac. Czy słusznie?

Pewnego dnia Rosie Daniels decyduje się porzucić swojego męża, przed którym odczuwa paniczny strach, i pod przybranym nazwiskiem rozpocząć nowe życie. Ucieka do innego miasta, gdzie wkrótce zdobywa ciekawą pracę, nawiązuje znajomości i przyjaźnie. W sklepie ze starociami kupuje niezwykły obraz zatytułowany Rose Madder, który jak się okazuje pozwala przeniknąć do innego świata. Tymczasem tropem kobiety podąża jej mąż Norman, policjant psychopata, gotowy zabić każdego, kto mu się sprzeciwi. Jest już coraz bliżej, śledzi jej przyjaciół, zdobywa jej adres. Tylko ucieczka w świat Rose Madder może ocalić życie Rosie...

Do stylu tej książki przyczepić się nie można, choć Kingowi i tu wkradło się sporo dłużyzn, ale ma ona jeden podstawowy minus: przewidywalność. Temat maltretowanych kobiet został już wyeksploatowany do granic i king nie zrobił w tej materii nic oryginalnego. Choć trzeba mu oddać sprawiedliwość, ze się starał.
Plusem natomiast, tym największym, są emocje. Sceny jak np. starcie Gert vs. Norman to prawdziwe perełki. I do elementów fantastyki tym razem też nie mogę się przyczepić, a to u Króla spory plus.

Tak więc polecić ją mogę raczej wszystkim, którzy lubią proste acz skuteczne historie obyczajowe. Nie zawiodą się.

P.S. Książka, choć jest częścią "Trylogii kobiecej"  z dwoma pozostałymi częściami nie ma jednak wspólnego. Na szczęście steli czytelnicy Kinga znajdą w niej masę odniesień, choćby do "Bezsenności" czy "Mrocznej Wieży" i właśnie dlatego powinni sięgnąć po tę pozycję.

Wielki Gatsby Francis Scott Fitzgerald




WIELKI FITZGERALD

Głównym bohaterem tej legendarnej już powieści i zarazem narratorem jest młody Nick Carraway, który po pierwszej wojnie światowej nie potrafi znaleźć sobie miejsca. W roku 1922 osiedla się w West Egg na Long Island, w domu obok posiadłości tajemniczego Gatsbyego. O Gatsbym krążą najprzeróżniejsze legendy i opowieści, które intrygują Nicka. Pewnego dnia zostaje zaproszony przez znajomego z Yale, też mieszkającego w okolicy, Toma Buchanana. Tak zostaje wplątany w trudną sytuację państwa Buchananów i poznaje niejaką Jordan Baker. Kiedy wkrótce zostaje zaproszony także na jedno z ciągle organizowanych przyjęć samego Gatsbyego, sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, a na jaw wychodzą zaskakujące fakty…

Powieść legenda filmowana już wielokrotnie. Wielkie dzieło literatury amerykańskiej. Rewelacyjnie napisana historia opowiadająca o latach 20 ubiegłego wieku. Podobnych określeń „Wielki Gatsby” otrzymał wiele, chwalono go, zachwycano się nim, uwielbiano. Spośród wielu książek Fitzgeralda, to właśnie przeszła do historii. Jaka jednak jest w rzeczywistości?

Nie przepadam za literaturą opisującą życie wyższych sfer, tak samo nie interesuje mnie tzw. Era Jazzu przypadająca na lata 20 XX wieku. Po powieść sięgnąłem jednak ze względu na jej kultowość i opis filmu, na jaki natrafiłem w pewnej gazecie. Opis zdradzał jednak zbyt wiele, ale na szczęście zainteresował mnie i mogę być tylko wdzięczny, że tak się właśnie stało. „Gatsby” bowiem urzekł mnie stylem i samą opowieścią i choć nie jest to powieść idealna i kilka mankamentów – choćby w prezentacji postaci – się w niej znalazło, śmiało mogę powiedzieć o niej, że jest wielka.

Emocje, wspaniałe opisy – może momentami zbyt kwieciste – znakomita historia, dużo prawdy… Komplementować można wiele aspektów „WG”, niestety nie mogę się zgodzić z jednym – jakoby był wybitnym kronikarzem tamtych czasów. Niestety, a raczej na szczęście, nie czuć w powieści reporterskiej nuty, co nadaje jej dodatkowej, stylistycznej także, uniwersalności. Poza tym oferuje też głębię i przesłanie, pozbawione nachalnego dydaktyzmu i łopatologicznej ich prezentacji, co też należy poczytać mu in plus.

Więcej rozpisywać się nie ma sensu. „Gatsby” naprawdę jest wielki i wart polecenia każdemu kto szuka wyższych wartości literackich. Poza tym to lektura ponad czasowa i za sto lat będzie tak samo aktualna ja teraz, bo pieniądze i miłość zawsze będą mieszać w naszym życiu.

środa, 14 stycznia 2015

Czarny Dom Stephen King, Peter Straub




Do książki tej długo nie mogłem się zabrać. Kupiłem ją razem z "Talizmanem" (pierwszą częścią przygód Jacka) a że "Talizman" nie spodobał mi się absolutnie, powieść wylądowała na półce na ponad rok. Miło się jednak rozczarowałem sięgając po nią w końcu i choć nie jest to wielka książka, warto było ją przeczytać.

Oczywiście pierwsze sto stron nie zachwyciło mnie. Nudziły mnie trochę, zbyt rozwlekłe i miałkie z powodu nadmiernie rozbuchanych opisów, ale potem dałem się wciągnąć i nie żałuję. Intrygująca tajemnica, ciekawe poprowadzenie akcji (pierwsza połowa powieści przypomina serial "Twin Peaks")i znajomi bohaterowie łącznie z masą nawiązań do twórczości Kinga tworzą przyjemną mieszankę. Problem jest tylko jeden, ale za to duży: za wiele jest w tym "Mrocznej Wieży". nie żebym cyklu nie lubił, bo wprost go uwielbiam (przynajmniej pierwsze 3 tomy), ale tu otrzymałem po prostu wszystko to co wiedziałem już z 5 tomu "MW". Zepsuło mi to rozwiązanie zagadki, które staje się jasne po około 350 stronach, a szkoda, bo mogło być naprawdę pięknie.
Zaważyło to na mojej opinii i jeśli ktoś nie czytał "MW" może dodać sobie jedną gwiazdkę do ostatecznej oceny.
Mimo tego jest w "Czarnym Domie" coś, co nadrabia wszystkie te minusy: zachwycająca romantyzmem scena spotkani Jack i Sophie, która dosłownie mnie urzekła.

I to by było chyba na tyle. Fanom horroru książkę polecam. Fanom Króla nie muszę, bo i tak po nią sięgną. A reszcie? Cóż, jeśli jest w was trochę romantyzmu, też znajdziecie w niej coś dla siebie.

Płomienie śmierci Alex Kava Maggie O'Dell (tom 10)




W lipcu tego roku minęło dokładnie 10 lat od chwili, w której po raz pierwszy poznałem twórczość pani Kavy, sięgając wówczas po jej debiutancki "Dotyk zła". Przez wszystkie te lata regularnie czytałem kolejne powieści autorki czasem z zachwytem, czasem z żalem, jak można zrobić coś tak słabego. Teraz, równo dekadę, po Dotyku zła sięgnąłem po jubileuszowy 10 tom przygód Maggie O'Dell (i 12 powieść Kavy, a dla ścisłości, 14 książkę z jej nazwiskiem, którą mam na półce) i choć bałem się co z tego będzie, muszę przyznać, że zabawa była naprawdę dobra.

Minęły 4 miesiące od wydarzeń znanych ze "Śmiertelnego napięcia". Maggie zmaga się z silnymi bólami głowy wywołanymi postrzałem. Zaangażowana w nowe śledztwo w sprawie seryjnego podpalacza, zmuszona zostaje skonfrontować się ze swoimi największymi lękami. Jaj ojciec zginął bowiem w ogniu, gdy była dzieckiem, a bart obecenie jest strażakiem. A tymczasem morderca obiera ją sobie na prywatny cel obsesji...

Kiedy zaczynałem lekturę "Płomieni..." prześladowało mnie wrażenie, że Kava chce jakby na siłę poplątać prywatne życie Maggie i najnowszą sprawę. Dla uczczenia 10 powieści. Dla gorszego psychicznego dobicia swojej bohaterki. Dla... Dla... Nie  były to zarzuty bezpodstawne i nadal tak uważam, ale muszę pochwalić Kavę za fakt, że fabułę (i emocje) skonstruowała tak, że wszystko to traci na znaczeniu. Akcja pędzi, emocje rosną, zwroty zaskakują i jedyne do czego fabularnie mogę się przyczepić to wyjaśnienie kto jest podpalaczem. Skoro domyśliłem się po ok 30 stronach (choć cały czas trzymałem się nadziei na zaskoczenie), nie najlepiej świadczy to o konstrukcji tajemnicy.

I tu na scenę wkracza zakończenie, które... musicie je przeczytać, ja Wam tego nie zdradzę. Jest to bowiem zakończenie (jedno z lepszych w twórczości Kavy), które daje czytelnikowi po głowie i powinno zakończyć się skrótem C.D.N. Zakończenie, za które podniosłem książce notę do 7 gwiazdek (tak byłoby 6).

Co poza tym? Jest to powieść jubileuszowa, więc i odniesień do reszty serii znalazło się więcej niż dotychczas. Powracają niemal wszyscy znani nam bohaterowie, Maggie wspomina Stuckiego na przykład, zagłębiamy się bardziej w jej psychikę, a jakby tego było mało, na scenę wkracza matka Maggie, a Racine zmaga się z problemami z ojcem. I tylko żal, że nie pojawia się Nick (nawet nie jest wspomniany), ani choćby wzmianka o ks. Kellerze, o którą aż się prosi. Nie mniej miłe są to akcenty i przywołują na mej twarzy uśmiech.

Minusów jednak też nie brakuje. Tu przede wszystkim należą się tłumaczce (czy tylko ja mam wrażenie jakby się spieszyła i nie dopracowała przekładu?) i wydawcy (jak można tak zmieniać tytuły, i to prawie w każdej powieści?). Szkoda też, że Kava pominęła swe dokonania w stylu Cieni Nocy, przez co fabuła jakby rozdwaja się na alternatywne ścieżki (choć to plus dla tych, którzy czytają tylko powieści autorki, bowiem nic nie tracą nie znając jej pobocznych dzieł).

Nie mniej "Płomienie..." polecam w miarę gorąco fanom autorki. Może nie jest to ta sama czarna kava jak przy Dotyku zła, ale na pewno nie jest to cappucino jakie dostaliśmy przy Kolekcjonerze czy Czarnym piątku. "Płomienie..." to całkiem niezła Kava ze sporą porcją kofeiny i potrafi momentami podnieść ciśnienie.

A tym, którzy tak jak ja czują niedosyt i znają angielski polecam link http://www.amazon.com/dp/0385535546/ref=rdr_ext_tmb#reader_0385535546 Pierwsze dwa rozdziały kolejnej powieści Kavy plus posłowie za darmo do przeczytania.

Desperacja Stephen King




"Desperacja" to po pierwsze książka nie do końca samodzielna i to trzeba zaznaczyć już na początku. Można ją czytać jako oddzielna całość, ale tworzy ona jedno z wydanymi tego samego dnia "Regulatorami". Obie mają bowiem tych samych bohaterów i obie mówią o miasteczku Desperacja (choć w "Regulatorach" zmieniono jego nazwę w polskim przekładzie). O grupie ludzi starających się przetrwać irracjonalne zło, które wkracza do ich życia. Niestety o ile "Regulatorzy" to świetna powieść "Desperację" trudno nazwać nawet przeciętną.

Fabuła jest tu nudna i naciągana. Styl Kinga ciężki i rozwlekły. A zwroty akcji budzą co najwyżej politowanie a nie emocje. Do tego nieudana rozważania religijne a la "Bastion", tajemnica, która nie ciekawi i dłużyzny sprawiające, że do dalszej lektury trzeba się zmuszać.

Tak więc werdykt jest jeden: nie warto. Nawet dla fanów Kinga.

Cmętarz zwieżąt Stephen King





Czasem odnoszę wrażenie, że o niektórych książkach nie wypada mówić źle. Utrwaliło się bowiem, że dzieło to jest dobre i tak już ma być. W przypadku Kinga takich tytułów jest kilka; "miasteczko Salem", "Lśnienie", "Bastion" i niestety omawiany tu przeze mnie "Cmętarz zwieżąt".

Na świecie istnieją dobre i złe miejsca. Nowy dom rodziny Creedów w Ludlow był niewątpliwie dobrym miejscem - przytulną, przyjazną wiejską przystanią po zgiełku i chaosie Chicago. Cudowne otoczenie Nowej Anglii, łąki, las; idealna siedziba dla młodego lekarza, jego żony, dwójki dzieci i kota. Wspaniała praca, mili sąsiedzi - i droga, po której nieustannie przetaczają się ciężarówki. Droga i miejsce za domem, w lesie, pełne wzniesionych dziecięcymi rękami nagrobków, z napisem na bramie: CMĘTARZ ZWIEŻĄT (cóż, nie wszystkie dzieci znają dobrze ortografię...).
Ci, którzy nie znają przeszłości, zwykle ją powtarzają... i nie chcą słuchać ostrzeżeń.
Stephen King napisał tę powieść podczas pobytu w wynajętym domku w Orrington, w stanie Maine. Fakt ten nic by nie znaczył, gdyby nie cmentarz zwierząt, który znajdował się za domkiem... Powieść zekranizowano w 1989 roku, scenariusz napisał sam autor książki (film znany w Polsce pod tytułem „Smętarz dla zwierzaków”). King wystąpił w filmie w roli księdza odprawiającego mszę podczas pogrzebu.

Pomysł na książkę jest niezły, szczególnie, że 3/4 całości to historia obyczajowa, nie przesadzony... ale jednak czegoś w tym wszystkim brakuje. Powieść ma momenty świetne - próby ratowania pewnego ucznia czy wędrówki po lesie (szczególnie finalne - ale akcja ciągnie się nadzwyczaj powoli, zupełnie jakby King chciał na siłę zrobić coś więcej niż nowelę. Czy to jednak znaczy, że "Cmętarz..." jest nudny? Nie, ale wydaje mi się nieco pusty. Nawet uwielbiane przez mnie wątki obyczajowe nie mają tej siły co choćby w "Ciele" czy "Carrie". I choć groza autorowi nawet się udała (co w jego przypadku nie znaczy, ze straszy, a po prostu chociaż nie śmieszy), wo i tak w ogólnym rozrachunku wypada blado.
To jednak tylko moje zdanie, ale jeśli ktoś chciałby zacząć przygodę ze Stevem, nie radziłbym "Cmętarza...".

P.S.  Co się jednak tyczy zagorzałych fanów Kinga, "Cmętarz..." przeczytać powinni koniecznie. nie dość, ze mamy w nim odniesienia do "Miasteczka Salem", czy "Cujo", to w przyszłości (m.in w "To", "Stukostrachach", "Mrocznej Połowie" czy "Bezsenności") natkniemy się na poznane tu wątki czy miejsca a to zawsze w książkach Króla miły i ważny akcent.

Trouble - Mark Millar




KŁOPOTY



Z czym się Wam kojarzy komiks Marvela? Z gośćmi w trykotach biegającymi po mieście, prawda? Spider-man rzuca kiepskie żarciki, ciśnie czasem inwektywę pokroju son-of-a-biscuit. X-meni snują długie filozoficzne dywagacje o humanizmie. Kapitan Ameryka wstawia pełne patosu patriotyczne gadki. Trochę odstaje Punisher, który z nikim się nie cacka i strzela w łeb, jeśli mu coś nie pasuje. A razem walczą z kolejnymi wrogimi badassami i to właściwie tyle. Prawda? Nie. Przynajmniej nie do końca i nie w przypadku scenarzysty tego dzieła, Marka Millara.



Z czym w takim razie kojarzy się Wam Millar? Mi z rewolucyjnymi i skrajnie brutalnymi historiami. „Wojną domową” pokazał polityczne konsekwencje bycia superbohaterem, w „Kick Assie” zmierzył się z pytaniem co by było gdyby jakiś dzieciak naprawdę chciał wdziać trykot i walczyć ze złem, w „1985” zaprezentował co by było gdyby uniwersum Marvela pojawiło się w USA w tytułowym roku, jemu także zawdzięczamy „Ultimates” i „Ultimate X-Men”, które stały się podstawą filmowych hitów, a nawet mocne dzieło „Staruszek Logan” pokazujące Stany przyszłości, w których wygrali ci źli, a Wolvie zarzucił wszelką przemoc. Ba! Superman w wykonaniu Millara był komunistą, który z kosmosu przybył nie do stanów a do ZSRR. Każdy z tych komiksów był zarówno przełomowy jak i po prostu rewelacyjnie pokazany. Do bólu brudny, brutalny, ostry…



„Trouble” natomiast to historia, która ani nie psuje do powyższej charakterystyki Marvela, ani do typowo millarowych dzieł. O czym więc jest ten komiks?



Głównych bohaterów jest czwórka. Ben i Richard to dwaj nastolatkowie u progu dorosłości, którzy wybierają się do kurortu Hamptons znaleźć letnią pracę. Ich priorytetami są jednak seks i dobra zabawa. Podobne priorytety posiadają dwie dziewczyny, Mary i May. Kiedy cała czwórka spotyka się na miejscu, zaczyna iskrzyć, ale właściciele kurortu za wszelką cenę starają się nie dopuścić do jakichkolwiek aktów rozpusty. Jak się łatwo można domyślić, bezskutecznie. Zauroczenia, seks, w końcu zdrady. Wszystko to przeplata się z koszmarną pracą i koszmarnymi ludźmi. Ale prawdziwe kłopoty dopiero nadejdą…



„Trouble” uznano za jeden z najbardziej kontrowersyjnych komiksów, jakie wydal Marvel. Absolutnie niesłusznie, ale na pewno jest to dzieło kontrowersyjne względem typowych oczekiwań odnośnie komiksów Marvela. Historia jest prosta, do bólu szczera i prawdziwa, a co najważniejsze, z przesłaniem i głębią. Poza tym pełno tutaj nawiązań – głównie do Spider-mana; imiona bohaterów mówią same za siebie, kobiece postacie to ruda May i blondynka Mary. Słynna kwestia „Spójrz prawdzie w oczy, tygrysie, właśnie rozbiłeś bank” pada z ust May tak jak w Spiderze padła z ust MJ. Podobnych rzeczy jest więcej, ale nie zamierzam zdradzać – wyłapywanie ich to czysta przyjemność (tak jak rysunek przedstawiający Marka Millara na bilbordzie – te slipy ;) ) i nie zamierzam Was je pozbawiać.



Dlaczego więc zdarzają się tak słabe oceny tego dzieła (choćby i tu na LC)? Powodów jest kilka. Najoczywistszy jest jednak taki, że czytelnik przyzwyczajony do klasycznego, popularnego komiksu Marvela, nie potrafi docenić głębszej i mądrzejszej, dojrzalszej a zatem i wymagającej historii. Druga sprawa to oczywista inspiracja „Strangers in Paradise”. Wprawdzie Millar zrobił to naprawdę po swojemu, nie mniej SIP było wcześniej i lepiej się prezentowało. Poza tym strona graficzna nie powala. Rysunki a la Amanda Corner sugerują dzieło dla nastolatków, tak samo okładki oryginalnej serii zeszytowej – zdjęcia zbliżenia twarzy nastolatek czy od pasa wzwyż nie zachęcają do kupna – jakby krzyczały, że na stronie z pocztą będą listy od czytelniczek pokroju „mam jakiś guz pod kolanem, a spałam wcześniej z chłopakiem – czy to może być ciąża pozamaciczna?” albo „czy folia aluminiowa może sprawdzić się jako prezerwatywa?” a zaraz potem kącik z modą.



Mimo tych mankamentów dzieło naprawdę jest bardzo dobre. Nie jest to szczyt Millara, ale na pewno na tle większości mainstreamowych komiksów wielkich wydawców wypada znakomicie. Dlatego polecam go Waszej uwadze jako odtrutkę na cały ten główny nurt.

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Mały Książę Antoine de Saint-Exupéry




Pilot musi awaryjnie lądować na pustyni. Męcząc się z naprawą samolotu poznaje małego chłopca, tytułowego Małego Księcia, który przybył z innej planety i teraz relacjonuje swoje wrażenia z pobytu na Ziemi i kilku innych podobnych miejsc...

Książka legenda. Szkolna lektura. Wielki pean na cześć przyjaźni i dzieciństwa. Pochwała wyobraźni, niewinności, czystości i nieskrępowanej myśli. Smutna satyra na nas samych, na świat dorosłych i paradoksu życia.

Zamiary autora były wielkie. Tak wielkie, jak jego ambicje. Może nie wszystkie udało mu się zrealizować, ale na pewno wyszła z tego nowelka godna poznania i to bardzo. Nowelka napisana lekko ale czy przyjemnie? Na pewno przygnębiająco. Szczególnie w zestawieniu z losami autora.

Polecam, bo naprawdę warto!

Lśnienie Stephen King




Wiele spodziewałem się po tej legendarnej powieści i do jej lektury zasiadłem wręcz z wypiekami na twarzy. Znałem już film i to aż za dobrze. Czy mi się podobał? Nie tak bardzo jak liczyłem. Spodziewałem się, że książka okaże się dużo lepsza, a... Cóż...
Pierwsze co mnie trochę rozczarowało to zbyt duża liczba stosowanych prze Kinga porównań, czego w żadnej innej książce Króla nie uświadczyłem. Drugie to oczywiście zjawiska paranormalne jak np. "tygrys", które czasem po prost śmieszą.
Coś jeszcze na minus? Nie. Powieść czyta się jednym tchem. Styl jest lekki i przyjemny i nie brak w niej prawdziwie emocjonujących momentów a sceny z zamiecią śnieżną to prawdziwe perełki. I żeby tylko grozy było więcej (ale nie czepiam się, bo groza u Kinga rzadko wychodzi tak jak powinna).
Tak więc tradycyjnie polecam wszystkim, którzy lubią Kinga, jak i tym uwielbiającym szaleństwo i klimat izolacji.

Christine Stephen King




Arnie ma siedemnaście lat i w szkole służy za chłopca do bicia. Do czasu. Pewnego dnia kupuje stary samochód, Christine, i zaczyna go remontować. Zdarzenie to zmienia jego życie i charakter. Arnie zdobywa najpiękniejszą dziewczynę w szkole, pewność siebie i... obsesję na punkcie samochodu. Samochodu, który zabije każdego, kto zechce odciągnąć od niego Arniego...

King jest autorem, który uwielbia łamać schematy w owych schematach się poruszając. Najlepszym tego przykładem jest historia samochodu Christine, który zabija ludzi. Z jednej strony mamy w końcu typową opowiastkę o nawiedzeniu, a z drugiej nietypowość w postaci obiektu nawiedzenia: samochodu. I o ile sam pomysł może wydawać się dziwny, a nawet idiotyczny (szczególnie jeśli pamięta się opowiadanie Kinga, w którym opętany magiel gonił bohaterów po ulicach miasta), to wykonanie oraz umotywowania jakie prezentuje nam tu autor, rozwiewają wszelkie wątpliwości i czynią z "Christine" jedną z najlepszych książek w bogatym dorobku Króla.

I myliłby się ktoś, kto uznałby ją za opowieść o samochodzie, albo za horror. Jak każda wielka książka Kinga i ta opowiada również przede wszystkim o życiu. Tym razem (znów) są to nastolatkowie i znów są oni świetnie przedstawieni. Przekonująco psychologicznie i wiernie życiu. Czasem niestety, czasem na szczęście. A wraz z malowaniem ich portretu King snuje wspaniałą historię o miłości i obsesji. Miłości i obsesji, które są tak bardzo życiowe, że aż przerażające. I w tym tkwi największa siła powieści.

Świetny jest też styl Kinga, który pisze raz w pierwszej raz w trzeciej osobie i nie dość, że robi to wprawnie, to jeszcze ma to swój konkretny cel. Brawa!

Tak więc ocena może być tylko jedna: kto jeszcze nie czytał, a w literaturze szuka niebanalnej rozrywki na wysokim poziomie po Christine niech sięga śmiało.

Księżyc w nowiu Stephenie Meyer




OCH BELLO OCH EDWARDZIE, TOM 2

Bella i Edward są ze sobą. Przez chwilę. Ed rzuca Bells i wyjeżdża z rodziną. Bells pogrąża się w rozpaczy. Zaprzyjaźnia z Jackobem i zaczyna narażać życie, bo odkrywa, że w przypływie adrenaliny miewa wizje z Edwardem...

Stephenie Myers nie umie pisać. To fakt, który trzeba zauważyć już na początku. To, że zrobiła sukces, to wielka zasługa speców od marketingu, którzy na siłę uczynili z niej zastępstwo na puste miejsce pozostawione w literaturze po skończeniu Harry'ego Pottera. Niestety do Harry'ego Sadze Zmierzch jest nie tyle daleko, co skrajnie nie osiągalnie. Poza tym sama fabuła nie ma w sobie nic oryginalnego, zaskakującego czy intrygującego. Autorka nie dość, że z dwójki głównych bohaterów zrobią nierealne w najmniejszym stopniu postacie, o skrajnie głupich zachowaniach i absolutnym braku logiki w tym, co robią (Edward ma już 110 lat, a wydaje się głupszy niż kilkuletnie dziecko - czyżby wampiryzm pozbawiał mózgu? Niestety nie. Bowiem i Bella i Jackob i wiele wiele innych postaci jest tak samo idiotycznych, papierowych i sztampowych, że fakt ten, aż boli). A jakby tego było mało, nie kontroluje fabuły, gubiąc się w niej (nie tylko w błędach wytkniętych jej w przypisach przez tłumaczkę) i tworząc coraz to nowe nielogiczności, choć ta treść akurat jest tu prosta jak drut - widać Stephenie to przypadek kobiety, która jadąc prostą pusta drogą, rozbiłaby się na jedynym rosnącym na przestrzeni setek kilometrów drzewie.

Nie mniej, pomimo tych całych moich narzekań, nie jest to wcale aż taka zła książka. Bardzo zła jest tylko w zestawieniu z tym, na jaką ją kreowano. Czyta się ją nieźle. Nie bez bólu, ale znośnie. I w miarę szybko. Są momenty udane - te bardziej obyczajowe, ale nie jest ich wiele. Idiotyzmów jest tu mnóstwo, główny wątek, czyli miłość, jest tak mdły, nieprawdziwy, żenujący i pozbawiony... właściwie wszystkiego, co mogłoby uczynić z niego zachwycającą historię... da się przeczytać, ale nic więcej.

Kto więc jest odporny na skrajną głupotę i naiwny, może pokochać tę książkę, ale Ci, którzy cenią sobie wartości literackie, niech nawet nie próbują sięgać po "Księżyc...". Chyba, że dla przekonania. Tak jak ja.
Czy sięgnę po trzeci tom? Pewnie, kupiłem całą sagę i zamierzam ja doczytać do końca, ale na razie muszę odpocząć. Pomimo mojej sympatii do Bells (której nijak tu nie okazałem, choć naprawdę ja czuję).

Harry Potter i Kamień Filozoficzny Joanne Kathleen Rowling




Harryego Pottera poznajemy, gdy jako niemowlę trafia do domu swoich krewnych, Dursleyów. Już okoliczności tego zdarzenia są bardzo dziwne. Niespotykane nigdy wcześniej w okolicy sowy krążą nad miasteczkiem i to w dzień, a na ulicach pełno jest dziwacznie ubranych ludzi, którzy świętują coś związanego z postacią Harry'ego właśnie. Chłopca, na czole którego znajduje się pewna tajemnicza blizna w kształcie błyskawicy...

Harry dorasta. Wokół niego dzieje się coraz więcej dziwacznych rzeczy, aż do dnia jego urodzin, kiedy wreszcie zaczyna odkrywać o sobie prawdę. Prawdę, że jest czarodziejem. Szybko trafia też do szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie i tu będzie musiał stawić czoła przerażającej tajemnicy...

"Kamień filozoficzny", trzeba to powiedzieć od razu, to najsłabszy z tomów Harry'ego  Pottera, ale i tak co to jest za książka... Lekki styl, wspaniała konstrukcja świata (do tego logiczna i konsekwentna), zachwycająca intryga (zepsuta nieco tytułem), zagadki, magia i możliwość powrotu do czasów dzieciństwa. Jak nie ulec takiemu urokowi? Do tego jeszcze wydanie polskie, świetnie przełożone przez pana Andrzeja Polkowskiego, ilustratorsko oparte na edycji amerykańskiej, cieszy świetną jakością i niską ceną.

Konieczne wspomnieć też trzeba o kwestii kontrowersji, jakoby powieść wypaczała w czytelnikach wiarę w Boga i dobre wartości. Dużo się o tym mówiło, ale niestety nie było w tym ani grama prawdy. No chyba, że ktoś walkę ze złem, pochwałę przyjaźni i poświęcanie się dla innych nazywa satanizmem i złem w czystej postaci.

A minusy?

W stosunku do dalszych tomów można zaliczyć do nich pewną infantylizację historii i niespójność z charakterem Dumbledore'a, ale kogo to obchodzi?

sobota, 10 stycznia 2015

Wołanie kukułki Robert Galbraith Cormoran Strike (tom 1)




LADY DI WIECZNIE ŻYWA

Cormoran Strike to detektyw, który na wojnie stracił nogę, a obecnie wiedzie samotne i pozbawione grosza przy duszy życie. Tymczasowo zatrudnia do pracy Robin i nagle dostaje też od brata dawnego przyjaciela zlecenie poznania prawdy o samobójstwie jego przybranej siostry, a znanej modelki Luly. Uważa, że ktoś ją zabił...

J.K. Rwoling zaczęła swą pisarską karierę w wielki sposób tworząc cykl o przygodach Harry'ego Pottera i przywracając wiarę w czytanie. Przez ponad dekadę stworzyła 7 tomów sagi plus dodatki i zyskała sobie wielką sławę. Ale chciała się odciąć od Harry'ego i po latach napisała średni udany "Trafny wybór" a teraz kolejną książkę, tym razem pod pseudonimem. Do tego kryminał.

Jak wyszła jej ta próba?

Miałem duże obawy sięgając po książkę i choć czytało się ją naprawdę bardzo dobrze, nie minęły nawet po skończonej lekturze.

Właściwie na plus jest tu tylko styl Rowling. Lekki, szybki, przyjemny. Nieco na siłę zrobiony na dorosło, nie mniej znakomity w czytaniu. Cała reszta to niestety porażka.

Zacznijmy od tego, co w kryminale jest najważniejsze, czyli fabuły. Ja wiem, że nie da się stworzyć w tym gatunku nic oryginalnego, nie uderzając w pastisz i satyrę, ale Rowling zrobiła historię sztampową do bólu. Przewidywalną (niestety czytelnik nie chce uwierzyć, by zakończenie dało się tak łatwo przewidzieć), często mało logiczną i pozbawioną zaskoczeń. Postaci też są sztampowe i żenujące: główny bohater to typowa postać pobita przez los; Robin to klasyczny "uprzyjemniacz". Nie dość, że brak im oryginalności to i wyrazistością nie grzeszą. Poza tym reszta bohaterów została skonstruowana tak, że nic nie obchodzi czytelnika. Czemu zginęła Lula? Kto mógł ją zabić? Jakie tajemnice kryją sąsiedzi? Czyta się to lekko, przyjemnie i bez zaangażowania. Bez chęci poznania odpowiedzi i bez zainteresowania ich losami.

Podobnych rzeczy można by wymieniać i wymieniać, ale po co? Liczyłem na odrobinę satyry, ale ta okazała się tak łopatologiczna, że szkoda ją wspominać. Popkulturowe nawiązania ograniczają się do księżnej Diany - tematy tak ogranego, że już nudnego i niestrawnego. A finał w niczym nie zaskakuje i nie niesie emocji.

Tak właśnie wyglądały kiedyś popularne, ale niecenione przez nikogo pulpowe książeczki i tak na pewno nie powinna wyglądać ta powieść. Szczególnie, że ma być to początek serii. Serii, którą pewnie kupię, ale pieniędzy wydanych na nią i tak będę żałował.

Przeczytajcie jeśli chcecie, ale nie polecam. Chyba, że dla stylu. Przeciwnicy kryminałów dostaną dowód, że to kiepski gatunek, fascynaci, że gatunek umarł i nie ocali go niezła stylistyka pełna płaskich papierowych postaci i wątków jakby wyrwanych żywcem z innych powieści i wklejonych na chybił trafił. Szkoda.

Sprawiedliwość owiec. Filozoficzna powieść kryminalna Leonie Swann




Do "Sprawiedliwości owiec" zabierałem się z wielkimi oczekiwaniami. Kampania reklamowa i recenzje w gazetach zrobiły swoje i może to był błąd. Spodziewałem się bowiem wielkiej literatury na miarę "Folwarku zwierzęcego" a dostałem coś, na co nie byłem przygotowany. Lekką, przyjemną książkę, z nieco głębszą treścią i ciekawym wątkiem kryminalnym.

Teraz, kiedy patrzę na to po latach jakie minęły od lektury: moje rozczarowanie było nie na miejscu i wynikało tylko z błędnego podejścia do "Sprawiedliwości..."

Powieść opowiada perypetie grupy owiec, które pewnego dnia znajdują swojego pasterza martwego. Ich zdaniem śmierć nie byłą naturalna - na taki trop kieruje ich szpadel sterczący z piersi ich pana. Zdenerwowane opcja braku pożywienia, bo kto teraz będzie im je dostarczał, a także załamane, bo lubiły swego pasterza, postanawiają wytropić mordercę.

I jak tu nie docenić takiego pomysłu? Szczególnie, że autorka nie poszła na łatwiznę i za cel obrała sobie opowiedzenie historii owiec z Glennkill narzucając sobie dość duże ograniczenia w postaci uroczej dedukcji kudłatych zwierzaków i nie możności zrozumienia przez nie strzępków informacji jakie słyszą od przypadkowych ludzi. Całość, poplątana na dodatek z wątkiem pewnego dziwnego osobnika, robi naprawdę wrażenie. Szczególnie w zestawieniu z lekkim i uroczym po prostu stylem pełnym naiwnej logiki i szczerych emocji.

Nie jest to może powieść genialna, ale daje na tyle satysfakcji i przyjemności z lektury, zwłaszcza, że zakończenie autentycznie zaskakuje a pani Swann, choć manewruje swoistą naiwnością nie zbliża się na szczęście do infantylizmu, że nie sposób na nią narzekać. Polecam więc, szczególnie ludziom kochającym zwierzęta i naturę, ale i fanom nietypowych kryminałów, sądzących, że nic już ich w tej materii nie zaskoczy. Świetna lektura na długie zimowe wieczory.