piątek, 27 lutego 2015

Opowieści z Narnii. Lew, czarownica i stara szafa - C.S. Lewis



Druga Wojna Światowa. Czwórka rodzeństwa, Piotr, Edmund, Zuzanna i Łucja, uciekając przed wojenną zawieruchą, zamieszkują na wsi. W tajemniczym domu znajdują jednak dziwną szafę, przez którą trafiają do owładniętej zimą krainy Narnii, gdzie przyjdzie im się zmierzyć ze złą królową...

Dzieło życia Lewisa, którego Tolkien, przyjaciel CS, nie potrafił docenić, to zdecydowania książka warta poznania. Na równi z Hobbitem Tolkiena, któremu miałem więcej do zarzucenia niż jej.

Oczywiście jet to dość typowa baśń, która zarazem wymyka się ścisłym ramom tego gatunku, trwając w nich jednocześnie. Napisana lekki, prostym językiem, nie posiada dłużyzn, za to intryguje pomysłowością. Wiele kwestii zostaje wciąż otwartych po lekturze dzieła i nastraja optymistycznie w stosunku do następnych sześciu tomów.

Nie znaczy to jednak, że obyło się bez minusów, choć te jednak wynikają z naleciałości kulturowych i konwenansów, jakie na gatunek baśni nałożył ciężar spuścizny jej twórców. Chodzi tu mianowicie o czasem zbyt infantylne podejście do wielu kwestii (czego i w Hobbicie nie brakowało), a także unikanie kwestii trudniejszych (jak wojna). Na szczęście Lewis nie bagatelizuje wcale wojny i to, że nie pisze o niej wprost, nie znaczy, że tematyki tej nie porusza w subtelniejszy sposób, zawierając też swoje przesłanie i spostrzeżenia.

Wszystko to składa się na wspaniałą powieść nie tylko dla dzieci. Każdy odnajdzie w niej coś dla siebie, a lektura będzie dla jego duszy tym, czym dla zmarzniętej zimą ziemi jest wiosna, i mam nadzieję, że pozwoli na nowo odnaleźć dawno zagubione dziecko.

sobota, 21 lutego 2015

Pajączek na rowerze - Ewa Nowak




PAJĄCZEK, ROWER, KŁOPOTY I… MIŁOŚĆ



Ola nie cierpi szkoły. Najchętniej zapomniałaby o jej istnieniu, wymazała z pamięci i dalej jeździła sobie na rowerze. Nienawidzi także pająków, a jak się szybko okazuje, na tej liście niechęci znajduje się także Łukasz, nowo poznany chłopak, który ma z nią chodzić do klasy.

Łukasz natomiast to jej przeciwieństwo; cichy, spokojny, świetny uczeń, fan pajęczaków i nieszczególny pasjonat jazdy rowerowej – wszystko przez fakt, że jednośladem jeździć nie potrafi. Zmuszeni do wspólnego przebywania, szczerze i jednomyślnie się nie znoszą. Miłość pojawia się sama, równie niespodziewanie jak wiele innych spraw. Ale czy ma szansę wytrwać?



Literatura dziecięca i młodzieżowa temat miłości porusza dość często, rzadziej jednak czyni z niego wątek przewodni. Dlaczego, trudno jest orzec. Na szczęście są takie powieści, jak „Pajączek…”, które nie tylko zapełniają tę lukę, ale robią to w sposób brawurowy i iście rewelacyjny.



Dwójka głównych bohaterów „Pajączka…” urzeka już od samego początku. Uroczo różni, uroczo nieporadni… Śmieszą, dostarczają wzruszeń, angażują emocje czytelnika. Nie są postaciami papierowymi, naprawdę czuć, że żyją i nie trudno jest uwierzyć w ich istnienie. Obrazu tego dopełnia multum życiowych kłopotów, które ich dotykają. Problemy z rodzicami, kwestie rozpadu rodziny, konflikty międzypokoleniowe, brak zrozumienia. Na tym tle powoli rodzi się miłość dwojga dzieci, prawie nastolatków, którzy w swej skrajnej różności są przecież tak bardzo do siebie podobni.



Styl Ewy Nowak to styl lekki i przyjemny, ale bynajmniej nie pusty. Autorka dostała w 2009 roku nagrodę głównej polskiej sekcji IBBY, jednego z najważniejszych wyróżnień dla literatury dziecięcej, i każdy, kto zapozna się z jej twórczością, zrozumie dlaczego. Jej pisarstwo przykuwa bowiem uwagę  niezależnie od wieku czytelnika, a powieść „Pajączek…” - swoją drogą mój pierwszy kontakt z dziełami pani Ewy, ale na pewno nie ostatni - śmiało można postawić obok takich klasyków, jak „Most do Terabithii” czy najlepszych powieści Edmunda Niziurskiego. Do tego książka przekazuje wiele mądrości i prawd, unikając zarazem nachalnego dydaktyzmu i łopatologicznej prostoty. Jak tego dokonuje? Najlepszym z możliwych sposobów – emocjami. Tych bowiem jest tutaj mnóstwo, a absolutnie rewelacyjny finał sprawia nagle, że bardzo dobra dotychczas powieść staje się dziełem wielkim, zapadającym w pamięć i – co najważniejsze – w serce.



Znakomite jest także wydanie, uzupełnione o sporą ilość naprawdę trafionych ilustracji, które ładnie wygląda na półce i które z przyjemnością (także pod względem technicznym – czcionka, papier, etc.) się czyta.



Konkluzja tej recenzji będzie więc prosta i oczywista – polecam „Pajączka…” Waszej uwadze i to bardzo. Młodym czytelnikom, bo naprawdę warto, bo mogą się czegoś nauczyć, dowiedzieć, zrozumieć, poczuć (tym samym zwracam się też do rodziców, którzy chcieliby dać swej pociesze coś wartościowego, ale nie wiedzą co – chyba nie muszę dodawać nic więcej?), ale także starszym. Wszystkim, którzy cenią emocje i szczerość. Dla mnie była to piękna przygoda, ale także i piękny powrót do dzieciństwa, przypominający rzeczy, przeze mnie już zapomniane – za co bardzo dziękuję wydawnictwu Egmont, które udostępniło mi egzemplarz do recenzji.

czwartek, 19 lutego 2015

Felix, Net i Nika oraz Orbitalny Spisek 2. Mała Armia - Rafał Kosik




FELIX, NET I NIKA ORAZ WIELKA WALKA Z CZASEM



Felix, Net i Nika starają się za wszelką cenę nie dopuścić do upadku rakiety na Warszawę. Czasu jest coraz mniej, a rozwiązania problemu nie widać. Podobnie ojcowie Neta i Felixa próbują coś zaradzić w Instytucie. Pozostaje jednak kwestia co dalej. Samo zapobieżenie wypadowi nie odpowie bowiem na pytania kto i dlaczego dopuścił się tego Orbitalnego Spisku. A im bliżej odpowiedzi są bohaterowie, tym dziwniejsze fakty wychodzą na jaw…



Ten tom, bezpośrednia kontynuacja poprzedniego, zamyka historię orbitalnego spisku, a zarazem wiele otwartych dotychczas wątków. Czy wszystkie? Odpowiedzieć nie mogę, to należy do autora, a jeśli odpowiedzi poznać chcecie, sięgnijcie koniecznie po ten tom – zaręczam, naprawdę warto.



Kosik tradycyjnie serwuje czytelnikom mnóstwo akcji, emocji, humoru i znakomitej zabawy podpartej doskonałymi pomysłami i rozwiązaniami fabularnymi. Tym razem mniej tu humoru absurdalnego, co nie znaczy, że go zabrakło, więcej za to znalazło się sensacji i mocno z nią związanych zwrotów akcji. Retardacje także pojawiły się we „FNiNoOS2MA”, sprawiając, że kartki dosłownie przewracają się same.



Poza główną treścią, czytelnicy otrzymują także znakomite wątki poboczne. Walka bohaterów ze szkołą trwa, wkraczając w decydującą fazę. Czy jednak uda się im pokonać system i starania dyrektora o certyfikat, żeby odzyskać wolność i zapewnić Nice możliwość dalszej nauki, przekonajcie się sami. Wiek nie jest tu ważny, dzieckiem był każdy z nas i z pewnością chętnie powróci do tamtych lat. Do czasów, kiedy życie było prostsze, problemów mniej a świat pełen magii. Seria FNiN, jeśli spojrzeć na nią przez pryzmat dorosłego czytelnika, to także powrót do tego, co sami oglądaliśmy czy czytaliśmy w okresie dzieciństwa. Powrót doskonale wpasowujący się w długoletnią tradycję powieści młodzieżowej. Młodzi czytelnicy natomiast otrzymają porcję naprawdę znakomitej, świetnie napisanej literatury, znakomicie wkomponowanej we współczesna realia i oczekiwania.



Jednym słowem, polecam, bowiem cała seria, jak i każdy tom z osobna (a większość z tomów można śmiało czytać bez znajomości pozostałych – co także należy zaliczyć in plus) to to po prostu świetna rozrywka, która do samej rozrywki się nie ogranicza i poznać ją naprawdę warto.



A wydawnictwu Powergraph składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Fight Club 2 # - Chuck Palahniuk, Cameron Stewart



Narrator, teraz nazywający sam siebie per Sebastian, jest 9 lat po ślubie z Marlą. "Sebastian" wiedzie przykładne życie człowieka, jakim nigdy nie chciał być. Marla nadal uczęszcza do grup wsparcia, a ich syn posiada niebezpieczną wręcz wiedzę o środkach wybuchowych. Wkrótce dawne życie "Sebastiana" daje o sobie znać...

Do premiery komiksu pozostało jeszcze kilka miesięcy (do księgarń pierwszy zeszyt trafi w maju), ale Playboy ujawnił już 6 pierwszych stron (http://www.playboy.com/articles/fight-club-2-exclusive-6-page-preview-chuck-palahniuk). Ja jako fan, nie mogłem sobie odmówić zapoznania się z dziełem. I oto jestem po. I choć dotychczas byłem do całego projektu sceptycznie nastawiony, te kilka stron rozwiało wątpliwości.

Żeby nie było tak dobrze, powiem, że fabuła jest nieco odgrzewana, ale co z tego? Tak znakomitego Chucka dawno nie czytałem, komiks ma jego charakterystyczny styl, a strona graficzna zrobiona przez Camerona (zdobywcę nagrody Eisnera), nieźle z tym współgra. Idealnie nie jest, postacie mogłoby być bardziej podobne do filmowych, ale...

Cóż..

Na razie wstrzymam się z pełnią oceny do premiery, nie mniej warto jest czekać na to dzieło, oj warto!

środa, 18 lutego 2015

Nowości

Od dziś do grona wydawnictw, z którymi współpracuję, dołącza Egmont. Na pierwszy ogień książka "Pajączek na rowerze".

 

Zabieram się do czytania.

niedziela, 15 lutego 2015

Enigma - Klucz do tajemnic 12/01 2015




MARSKOŚĆ MAGAZYNU



Za każdym razem, kiedy piszę o „Enigmie”, jak nie starałbym się znaleźć pozytywów, kończy się na tym, że dochodzę do wniosku, iż żal mi czytelników, którzy sięgają po nią na poważnie. Czytelników, którzy liczą, że dostaną opis czegoś realnego, naukowe spojrzenie na zagadnienia paranormalne. Niestety, naukowego spojrzenia nie ma. Magazyn bazuje na taniej sensacji, nie starając się zbytnio (czasem jakiś przebłysk rzetelności ma miejsce, ale gaśnie szybko, stłamszony bzdurami), sam często przekłamując fakty. Znów bowiem na jego łamach znalazł się cytat z Ewangelii Gnostyckich, że Jezus całował Marię Magdalenę w usta, cytat, czy raczej „cytat” ten, pogrubiono nawet, i nikt nie pokusił się, żeby sprostować, że w Ewangeliach tych brak jest fragmentu, gdzie całował. W rękę? W nogę? Jak widać prawda w Enigmie nikogo nie interesuje.



Podobne przekłamanie tyczy klątwy Tutenchamona. Klątwy? Już dawno przedstawiono naukowe wyjaśnienie całości, ale w magazynie nadal przedstawiają to jako niewyjaśnione działanie klątwy, a artykuł, przy okazji którego to robią, jest jedną wielką żenadą. Artykuł ów traktuje o znalezionym w lodzie człowieku sprzed 5000 lat i tajemniczej śmierci ludzi z odkryciem go powiązanych. Dlaczego ginęli? Klątwa! Grzmi autor. A mi ciśnie się na usta pytanie, czy człowiek ten czytał to, co sam napisał. Większość członków badających tę sprawę była tak czy inaczej chora. Inni zajmowali się wyprawami wysokogórskimi. Jeden zginął w wypadku. Nie umarli zresztą wszyscy. I może dziwne by było, gdyby śmierć ponieśli w jednej chwili, bądź w jakiejś innej koincydencji, ale nie. Umierali na przestrzeni lat, datami z niczym nie powiązanymi, a ktoś wmawia mi, że to klątwa… Polecam człowiekowi temu zapoznać się nieco ze statystyką i rachunkiem prawdopodobieństwa, zanim napisze coś takiego. I teraz właśnie obrońcy paranauk powiedzą, że autor tylko relacjonował, tylko przekazywał, co było tylko… tylko… i jeszcze coś tam. Tylko? Czemu więc całość sformułował jak najbardziej sensacyjnie, za wszelką cenę unikając naukowych odpowiedzi, a wręcz je dyskryminując.



Idiotyzmów jest oczywiście więcej, wymieniać je szkoda mi czasu, ale o dostrzeżonej na zdjęciach z Marsa śwince morskiej nie mogę nie wspomnieć. Świnka Morska, a może raczej Marska… Ech… Szkoda słów. Chyba tylko ktoś kto ma marską wątrobę, od czynnika, który marskość tą wywołał, mógł dostrzec w kamieniu zwierzę… Ale taki jest ten magazyn. Marski. Zniekształcony.



Ten numer czytałem dwa miesiące, większość artykułów pominąłem po kilku zdaniach. Ale nie znalazłem w nim nic, czego nie dałoby się wyjaśnić w prosty, naukowy sposób. Nic.



Oczywiście prezentacja tego typu zagadnień byłaby ciekawa i wartościowa, gdyby tylko autorzy posiadali dystans i sięgnęli trochę po naukowe wyjaśnienia. Gdyby chcieli zrobić to rzetelnie. Tego jednak brak, a mi żal jest ludzi, którzy w dobie nauki, gdzie na wszystkie te rzeczy istnieje wyjaśnienie – z tym, że poważni naukowcy nie poświęcają im wiele czasu, bo nie jest to konieczne. Są ważniejsze kwestie, niż obalanie spraw, w które miałoby problem uwierzyć dziecko, które wyrosło z wiary w Mikołaja – nadal wierzą w coś, co mam wrażenie nawet autorzy nie brali na poważnie.



Szkoda.



Jednym słowem, dla rozrywki magazyn można przeczytać, jeśli chce się oczywiście przekonać jakie idiotyzmy można jeszcze znaleźć, czy wymyślić, ale kto na poważnie chciałby przyjrzeć się zjawiskom niewyjaśnionym, spojrzeć na nie przez pryzmat nauki, niech lepiej daruje sobie „Enigmę” i sam wysnuje wnioski.

czwartek, 12 lutego 2015

Wszystko jest względne. 14 mrocznych opowieści Stephen King




"Wszytko jest względne" to po kultowej "Nocnej zmianie", wspaniałej "Szkieletowej załodze" i nieudanych "Marzeniach i koszmarach" czwarty zbiór opowiadań Kinga i trzeba od razu to powiedzieć: NAJLEPSZY. Na 14 zawartych w nim opowiadań 5 to dzieła niemal genialne ("Wywiozą ci wszystko, co kochasz", "Teoria zwierząt domowych L.T", "Obiad w Gotham Cafe", "To wrażenie można nazwać tylko po francusku" i "Szczęśliwa Moneta"), 5 bardzo dobrych ("Prosektorium numer cztery", "Człowiek w czarnym garniturze", "Śmierć Jacka Hamiltona", "W sali egzekucyjnej" i "Jazda na kuli"), 2 średnie ("Siostrzyczki z Elurii" i "1408") i tylko jedn9o naprawdę schrzanione ("Drogowy wirus zmierza na północ"). Składa się to na zbiór wspaniały, różnorodny i mocny. Groza wyszła w nim średnio,a le opowiadania obyczajowe to prawdziwe perełki i jedne z najlepszych krótkich form w dorobku Kinga, pełne prawd o związkach, miłości i seksie, które przeczytać po prostu trzeba.
Osobną sprawą jest kwestia nawiązań do twórczości Króla, bo tych jest po prostu cała masa i stali czytelnicy będą zachwyceni. A dla fanów "Mrocznej Wieży" King przygotował dwie bardzo udane wycieczki do tego świata.
Po prostu przepyszna uczta. Mniam.

P.S. Sporym rozczarowaniem było dla mnie opowiadanie "1408", bo chyba po raz pierwszy zdarzyło mi się w twórczości Kinga, żeby film był lepszy od opowiadania. Szkoda.

Wiatr przez dziurkę od klucza Stephen King Mroczna Wieża (tom 4.1)




"Wiatr przez dziurkę od klucza", 8 tom "Mrocznej Wieży" (czy raczej 4,5 jak chce tego chronologia wydarzeń) to powieść nieoczekiwana i zaskakująca. King bowiem zakończył cykl prawie dekadę temu i praktycznie rozwiązał wszystkie wątki. Może kilka kwestii pozostało niejasnych, ale nie na tyle by samemu nie odkryć ich znaczenia. a teraz Król powraca z nowym tomem i... właśnie, czy to może być udana książka?

Akcja rozpoczyna się tuż po tomie "Czarnoksiężnik i kryształ" i Roland ze swoim ka-tet wędruje nadal ścieżką promienia. Zmuszony schronić się przed morderczą burzą tzw Lododmuchem, zaczyna snuć opowieść ze swego życia o jednej ze swych pierwszych misji i chłopcu, któremu opowiadał historię czytaną  mu w dzieciństwie przez matkę czyli tytułowy " "Wiatr przez dziurkę od klucza"...

Przyznam, że donośnie "Wiatru..." miałem mieszane uczucia. Z jednej strony "MW" tomy 4-7 były ciężkie stylistycznie, nudnawe i przeładowane złymi pomysłami i nawiązaniami do popkultury, a z drugiej ostatnie dzieła Kinga nie tylko były świetne i wspaniale napisane, ale i, jak w przypadku "Dallas 63", stanowiły arcydzieła. Fragmenty dostępne w sieci (http://www.stephenking.com/other/book_previews/wind_through_the_keyhole_sample.pdf) nie nastrajały zbyt optymistycznie, ale zabrałem się do lektury i mogę powiedzieć jedno: było warto!

Wiele słyszałem o kiepskiej fabule, że King zrobiłby lepiej tworząc zamiast powieści zbiór nowel, że to nic innego jak tylko dodatek podobny do opowiadania "Siostrzyczki z Elurii" (ze zbiory "Wszystko jest względne") i nie wnosi nic ważnego, ale to nieprawda. Całość jest sensowna, logiczna i dobrze przemyślana, wszystkie 3 historie przeplatają się ze sobą na wielu poziomach (wspólne mając ze sobą przede wszystkim ukrywanie się bohaterów w każdej z nich przed burzą), a styl z jakim zostały napisane jest lekki i przyjemny, jak w najlepszych utworach Króla. I nie brak też emocji. W cz I książki ("Lododmuchu") jest i napięcie i klimat zagrożenia i wiele odniesień do całej serii i nie psuje tego fakt, że z poprzednich tomów wiemy co czeka nas dalej. CZ II "Skóroczłek" o młodości Rolanda jest wciągająca, szybka i czytając ją czułem się jakbym oglądał odcinek "Shapes" Z Archiwum X - tajemnicze zbrodnie, śledztwo i mroczny krwawy nastrój. A cz III, tytułowa, to historia niejakiego Timiego, chłopca, którego losy nie tylko przeplatają się z losami pewnych bohaterów znanych z poprzednich części, ale i przypominają "Talizman" duetu King/Straub - ciekawsze jednak i lepiej od Talizmanu napisane. Zakończenie też jest satysfakcjonujące i dużo wnoszące do sagi, a jednocześnie niekolidujące z tym, co było wcześniej. Poza tym kilka kwestii pozostaje otwartych i można mieć nadzieję, jeśli nie na kolejny tom sygnowany "Mroczna Wieża", to przynajmniej na powieść o dalszych losach Timiego. Oby tak się stało.

Tak więc "Wiatr..." polecam i to bardzo gorąco. Może nie jest to szczyt możliwości Kinga (a tłumaczenie tytułu jest trochę idiotyczne - po co wycinać słowo "wiejący" i odbierać sens brzmieniu całości?), ale na pewno jest to świetna powieść przygodowa i tylko szkoda, że taka krótka.

P.S. Nie rozumiem też zabiegu z olbrzymią czcionką - wolałbym żeby książka była cieńsza o te 100 stron niż raziła w oczy wielkimi literami, ale to tylko taka uwaga na marginesie.

Thorgal: Zdradzona czarodziejka Grzegorz Rosiński, Jean Van Hamme




Wielki początek najpopularniejszej serii w Europie.

Thorgal, dziwny wiking, kocha Aaricię, córkę Gandalfa Szalonego, który w pełni zasłużył na ten pseudonim. Pozostawiony przez niego na pewną śmierć, zawiera pakt z czarodziejką, która na Gandalfie też szuka zemsty…

W drugim komiksie składającym się na ten album, Thorgal trafia do podziemnego świata, gdzie czas płynie zupełnie inaczej niż na zewnątrz. Ale czy na pewno?

Pierwszy komiks to znakomite dzieło przygodowe. Lekkie, przyjemne, drażni płaska psychologicznie Aaricia, ale poza tym fabułę czyta się z zaciekawieniem i przyjemnością.
Druga historia, nie pasująca chronologicznie w żaden sposób, to rzecz średnia i przewidywalna w każdym aspekcie. Nie mniej znakomicie narysowana, choć pod tym względem z całej serii jest to najsłabszy album.

Zachwycają za to dodatki i  wydanie. Papier kredowy, twarda oprawa, zmienione nieco (w kilku momentach na gorsze) tłumaczenie, uzupełniono to plakatem z reprodukcją okładki albumu Barbarzyńca i kolekcjonerską grafiką Rosińskiego. Poza tym w dodatkach znalazły się biografia Rosińskiego, kulisy powstawania albumu, archiwalne prace, ciekawostki, streszczenia…

Warto, naprawdę warto, choć cena dalszych tomów kolekcji to wielka przesada i wątpię, by znalazły na siebie nabywców.

Szkieletowa załoga Stephen King




Drugi zbiór w karierze Kinga i przez wielu uznawany za najlepszy to zbiór 21 opowiadań i jednej noweli, które zawdzięczamy okładkę tego wydania, czyli mgły. I choć może nie jest to zbiór idealny i do kilku rzeczy mógłbym się przyczepić, to jest to jednak świetna lektura godna polecenia każdemu fanowi horrorów i Króla.

Otwierająca książkę nowela Mgła to całkiem niezła, ale nie powalająca na kolana opowieść o ludziach uwięzionych w supermarkecie, bo we mgle czającej się na zewnątrz kryją się potwory. Dostajemy tu sporo analiz zachowań ludzi w ekstremalnych sytuacjach i krwawych momentów ale nic, co zachwyciłoby tak naprawdę. Może dlatego, ze przed lekturą widziałem film i już wszystko wiedziałem? Tak czy tak, w odniesieniu do filmu, znajdują się tu plusy takie jak jedynie sugestie wyjaśnienia a nie odpowiedzi ale i minusy - zakończenie, które pierwotnie miało być jak w filmie, ale King się rozmyślił. Szkoda.

Opowiadania, które czekają nas potem to całkiem miła zabawa z kilkoma perełkami (Skrót pani Todd, Jaunting, Tratwa, Ciężarówka wuja Otto czy Ballada o celnym strzale), do których chce się jeszcze wracać. Reszta to też niezłe historie, choć przewidywalne - ot na krótkie brzydkie popołudnie.

Ale jako całość zbiór godny jest polecenia, a fanom Kinga w szczególności bowiem w opowiadaniach odwiedzą znane im już miejsca z Castle Rock na czele.

Warto i tylko szkoda, że polskiego wydania nie oparto na edycji specjalnej, w której skład wchodził bonus w postaci opowiadania Revelations of Becka Poulson (opowiadania, które po przeróbkach stało się rozdziałem Stukostrachów).

Felix, Net i Nika oraz Orbitalny Spisek - Rafał Kosik




FELIX, NET I NIKA ORAZ FRANCUSKA KOMEDIA



Felix, Net i Nika poprzysięgli sobie, że nie popadną już więcej w kłopoty. Mieli ich ostatnio za dużo i niewiele brakowało, by z nich nie wyszli. Niestety, mija ledwie tydzień, u Gilberta trwa impreza sylwestrowa, a kłopoty czekają za rogiem. Dosłownie. Chcąc tylko podkręcić temperaturę, przypadkiem uruchamiają rakietę ojca Gilberta, która dociera na orbitę. Szybko okazuje się, że rakieta jest niestabilna i stanowi zagrożenie – spadnie bowiem gdzieś w Polsce z mocą bomby burzącej. I najwyraźniej nic nie da się zrobić! Wkrótce trojka przyjaciół odkrywa, że nic nie jest tym, czym się wydaje: wcale nie są bowiem odpowiedzialni za start rakiety, a tajemnicze kolcoboty i mikroboty nieznanej technologii mają z całą aferą nierozerwalny związek. Zaczyna się wyścig z czasem i walka o przyjaźń…



To już piąty tom FNiN i jak na razie nie widać ani końca serii, ani tym bardziej znudzenia autora tą materią. Przygody mają taką samą werwę, pomysłowość tradycyjnie już zaskakuje i intryguje, a zagadka… Cóż, tym razem, jako że to tom pierwszy „Orbitalnego spisku” i akcja urywa się w połowie, na rozwiązania i odpowiedzi czytelnik będzie musiał nieco poczekać. Nie mniej sama zagadka jak zwykle zaciekawia i wciąga, a oczekiwanie na finał tylko dodaje całości pikanterii.



Poza samą akcją i tajemnicami, Kosik serwuje czytelnikom porcję dodatkowych atrakcji. Najważniejszą z nich są szkolne problemy, podzielone na trzy części. W pierwszej, okazuje się, że Gimnazjum stara się o certyfikat jakości. Zabawna para inspektorów przeprowadza więc badania, testy etc., doprowadzając dyrektora do karkołomnych wręcz czynów, żeby tylko cel został osiągnięty. Oczywiście nie wszyscy się z posiadaniem certyfikatu zgadzają, toteż wśród uczniów zawiązuje się ruch oporu przeciwko całej akcji.



Drugim aspektem szkolnym są kłopoty Niki, której grozi utrata stypendium. Bez niego nie będzie mogła się tu uczyć, a co wtedy zrobi? Jakby tego było mało, zbieg okoliczności doprowadza do oskarżenia ją o picie alkoholu, a w efekcie w szkole musi zjawić się jej nieżyjący ojciec! By rozwiązać tą część problemów, bohaterowie będą musieli nie lada się wysilić. W wyniku czego czytelnik otrzymuje najbardziej absurdalną i zabawną akcję z książek autora, kojarzącą się  - przynajmniej mi osobiście – z francuskimi komediami, którą chciałoby się zobaczyć z genialną mimiką Luisa de Funesa, komentującą całość.



Trzecią i ostatnią, ale nie najmniej ważną częścią szkolną, jest miłość. Związek Neta i Niki kwitnie, Zosia decyduje się na radykalne kroki, by zdobyć Felixa, a całość tych działań doprowadza do kłótni pomiędzy trójką przyjaciół i rozdzieleniem superpaczki.



Oczywiście nie zabrakło także nawiązań do wielu dzieł literatury SF (z czego najbardziej w oczy rzuca się „Ciekawy przypadek Benjamina Buttona” z tym, że Kosik zrobił to wprost rewelacyjnie), co dla bardziej wyrobionego czytelnika fantastyki stanowi atrakcję samą w sobie.



Tradycyjnie więc polecam FNiN Waszej uwadze, bo seria jest tego warta, a wydawnictwu Powergraph składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

sobota, 7 lutego 2015

Fetch - Chuck Palahniuk



APORT

Chuck Palahniuk znów prezentuje czytelnikom opowiadanie z gatunku grozy. Tym razem pokazując konfrontację człowieka z nawiedzoną… piłeczką tenisową!

Narrator tej opowieści wraz z Hankiem i Jenny bawi się na cmentarzu z psem piłką. W trakcie zabawy dochodzi jednak do dziwnego zdarzenia. Rzucona piłka trafia pomiędzy groby, a kiedy bohater ją znajduje, okazuje się, że nekropolia opustoszała. Na dodatek pies zamiast aportować zaczyna bać się narratora i kompulsywnie oddaje na niego mocz. Dziwniejsze jest jednak to, jak zachowuje się sama piłeczka tenisowa. Rzucona, toczy się pod górę i za wszelką cenę stara nakłonić narratora by podążał za nią. W końcu, zabrudzona, wypisuje na ziemi wiadomość: „Proszę, pomóż mi! Musimy ją ocalić”. Bohater rusza tropem piłeczki…

Pomysł na fabułę zdawałoby się absurdalny, ale jak to u Palahniuka bywa, tradycyjnie zrealizowany z wielkim talentem i pomysłowością. Opowiadanie powstało na zamówienie do zbioru grozy „Dark Delicacies” i w pewnym sensie odrobinę da się to odczuć. Z drugiej jednak strony Chuck nie pisze nigdy rzeczy, których nie czuje, więc nie musicie się obawiać, że będzie to tekst wysilony. Mniej tu wprawdzie typowego Palahniuka, bliżej „Fetchowi” do niektórych dzieł Kinga, rzec jednak trzeba, że tekst jest bardzo dobry, znakomity wręcz i godny polecenia każdemu, kto ceni literaturę wysoką. Bo wbrew pozorom tekst do takiej właśnie należy, a zatem oferuje coś więcej, głębię i przesłanie, a także stanowi analizę kondycji obecnego pop-społeczeństwa. Wprawdzie w obliczu realnego happy endu satyra na konsumpcjonizm (ulubiony element dzieł Chucka) traci na sile, a i samo zakończenie dalekie jest od typowych dla autora niejednoznaczności, to i tak trudno nie uznać jakości tego opowiadania.

Dlatego polecam Waszej uwadze w oczekiwaniu na zapowiadany na ten rok zbiór opowiadań Palahniuka, w którym tekst najprawdopodobniej się znajdzie.

wtorek, 3 lutego 2015

Felix, Net i Nika oraz Pułapka Nieśmiertelności - Rafał Kosik




Felix, Net i Nika i szalone RPG



Trójka warszawskich gimnazjalistów, Felix, Net i Nika, nigdy nie miała łatwo. Walczyli już z tajemniczymi gangami, podróżowali w czasie, odkrywali nazistowskie tajemnice, zwiedzili pałac snów… Teraz jednak sytuacja jest gorsza, niż kiedykolwiek. Oto w trakcie szkolnej halloweenowej zabawy tajemniczy Ponury Żniwiarz wciąga bohaterów w grę wyglądającą jakby uczestniczyli w realnym RPG. Zamieszani w sprawę serii wypadków drogowych i tajemnicę nagłego pojawienia się w podziemiach miasta Bazyliszka, próbują jednocześnie poradzić sobie z chorobą babci Felixa, szkolnym konkursem i zagrożeniem ze strony policji, która bliska jest odkrycia sekretu Niki…



Czwarty tom bestsellerowej polskiej serii dla młodzieży przenosi czytelników w sam środek wspaniałej fantastyczno-przygodowej opowieści z elementami horroru i komedii. Dużo akcji, dużo zabawy, mnóstwo intrygujących pomysłów – jednym słowem fani dostają wszystko to, czego oczekiwali. Na dodatek otrzymują jeden z najdłuższych tomów serii, a więc przyjemność z lektury nie kończy się tak szybko.



Fabuła, tradycyjnie już, prezentuje intrygującą zagadkę, która ze strony na stronę staje się coraz bardziej zawiła i ciekawa. Wątków pobocznych, splatających się w tej układance, także jest wiele. Felix wreszcie zaczyna szukać sobie dziewczyny, poznaje przy tym tajemniczą Paulę, a także bliźniaczki, z których jedna jest nim zainteresowana, a druga szczerze nienawidzi. Poza tym choroba babci powoduje najazd krewnych, dybiących na spadek emerytki. A jakby tego było mało, mamę Felixa nękają poważne problemy w pracy. Pomóc może tylko odnalezienie legendarnego skarbu Złotej Kaczki, ale wszelkie próby tylko pogarszają sytuację.



Można by pomyśleć, że tego typu misz masz będzie niejadalny, na szczęście Kosik jest autorem pomysłowym i utalentowanym. Autorem, który doskonale zna się na swojej pracy i wie, jak wybrnąć z podobnej plątaniny nie tylko z twarzą, ale przede wszystkim z uznaniem ze strony czytelnika. Jego lekki styl natomiast nie pozwala rozstać się z książką, sprawiając że chce się czytać więcej i więcej. Niezależnie od wieku.



Wiem, że pisałem już nie raz o podobieństwach do twórczości Makuszyńskiego czy Niziurskiego, bądź też  filmów Maleszki, ale sądzę, że nie zaszkodzi tego powtórzyć. Kosik bowiem jest ich godnym następcą, który literaturę rozrywkową, połączoną z przesłaniem, mądrościami i klasycznym „bawiąc-uczy”, przeniósł na dwudziestopierwszowieczny grunt technologicznego boomu, bliższy współczesnym czytelnikom, niż wspomniane wyżej książki-legendy.



Co zaś się tyczy jeszcze samej „Pułapki nieśmiertelności”, książka otrzymała nagrodę Małego Donga Dziecięcy Bestseller 2007 i to chyba najlepsze podsumowanie wartości tej powieści, i mojej opinii. Dlatego też zachęcam Was do zapoznania się z tym, jak i każdym innym tomem serii FNiN, a wydawnictwu Powergraph składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Z Archiwum X. Wyznawcy



I WANT TO BE BELIVER


HRABSTWO SPOTSYLVANIA, WIRGINIA.

Mulder i Scully żyją pod przybranym nazwiskiem w spokojnej mieścinie. Ich sielankę przerywa przybycie Skinnera, dawnego szefa, który ostrzega oboje, że ktoś włamał się do akt FBI, w których były również dane z Archiwum X. Czy są powody do niepokoju, nie wiadomo. Scully jednak zaczyna obawiać się o Williama. Wkrótce tajemniczy ludzie atakują i prawie zabijają Skinnera, postrzeliwują i uprowadzają Scully, a Doggett znika w wybuchu, do którego dochodzi w trakcie śledztwa.  Mulder podejmuje się zbadania sprawy, a na jego drodze staje sam Palacz, który posiada informację o wrogu…


WĘGRÓW, WOJEWÓDZTWO MAZOWIECKIE.

Czy jest na świecie ktoś, kto nie kojarzy serialu „Z archiwum X”? Serialu kultowego, dla wielu najlepszego w historii telewizji? Serialu fenomenu XX wieku, jak go nazywano? Pilotażowy odcinek został wyemitowany 10 września 1993 roku (w Polsce serial zaczęto wyświetlać 20 marca 1996r i z miejsca stał się takim hitem, że jednym ciągiem widzowie otrzymali – z drobnymi odstępstwami – 4 serie, nim nastąpiła kilkumiesięczna przerwa), ostatni, a właściwie dwuodcinkowy finał 9 serii, która miała zakończyć „Archiwum” ostatecznie, 19 maja 2002 roku. Polscy widzowie na finałową serię musieli czekać jeszcze dłużej, bowiem dostali ją dopiero w maju 2013 roku, dziewięć lat po skończeniu w naszym kraju emisji serii 8. Pewne jednak było, że tak się to nie skończy. Zbyt wiele wątków pozostało bez odpowiedzi, zbyt wiele pytań nękało widzów. Nadzieje pokładano w drugim filmie kinowym, ale i on nie przyniósł upragnionych wyjaśnień. Potem pojawiły się plotki o trzecim filmie, po nich mówiono o kontynuacji serialu. W końcu powstał sezon 10, ale w formie komiksu, a wydawnictwo SQN postanowiło zaprezentować nam go po polsku. Premiera już 4 lutego. Jak przedstawia się ten komiks?

Na początek warto zauważyć, że współscenarzystą pierwszych pięciu zeszytów, zebranych w ten właśnie album, jest sam Chris Carter, twórca serialu i autor większości mitologicznych odcinków. Można więc było oczekiwać, że będzie kontynuował znane z serialu wątki i tak jest w istocie. Scenariusz to po prostu dalszy ciąg opowieści, poprowadzony z tą samą werwą i podobnym klimatem, co pierwowzór. Nie brak więc akcji, grozy, napięcia i tajemnic.


Strona graficzna prezentuje się prosto, ale mile dla oka i klimatycznie. Postacie są rozpoznawalne od razu, tła i cała reszta dobrze zgrana z pierwszym planem. Efekt finalny przypomina nieco „American Vampire” albo (zdecydowanie bardziej) ilustracje Ramona Pereza znane choćby z „Amazing Spider-Man  - Learning to Crawl”. Kolor także jest oszczędny, ale nastrojowy. Swoją drogą jego autor, Jordie Bellaire, dostał w roku 2014 najważniejsza nagrodę komiksową , Eisner Award, za kolor m.in. do „Z archiwum X”. A skoro o nagrodach mowa, sama seria był nominowana do Diamond Gem Awards: 2013 za najlepszą nową serię, a także 2013 Licensed Comic of the Year za pierwszy zeszyt.


Podsumowując, komiksowa kontynuacja „Archiwum…” warta jest poznania, a dla fanów stanowi absolutne musisz-to-mieć. Oferuje bowiem wszystko to, co w serii najlepsze, a także trąca sentymentalną nutę w sercu czytelników (mi przypomniało się ja oglądałem pierwsze odcinki jako dziecko jeszcze, przez palce rąk, którymi zasłaniałem oczy). Poza tym polskie wydanie wygląda naprawdę znakomicie, na grubym kredowym papierze, w twardej oprawie, z porcją dodatków, wśród których znalazły się ilustracje (zachwyca szczególnie ta stylizowana na lata 20 ubiegłego wieku), a także reprodukcja plakatu „I Want To Believe”, który miał w swym gabinecie Mulder.


Zachęcam Was do poznania tego albumu, bo jest tego wart, i mam nadzieję, że wydawnictwo SQN (któremu w tym miejscu składam szczere podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji), wyda kolejne części. W Ameryce bowiem seria doczekała się 21 zeszytów (ostatni z nich, zaatutowany „Elders, Part 1” każe przypuszczać, że ciąg dalszy nastąpi), a także miniserii „The X-Files: Year Zero”. Dlatego też napiszę tu po prostu

To Be Continued

i zanucę pod nosem kultowy motyw z serialu.

poniedziałek, 2 lutego 2015

Agent J-23 Andrzej Zbych, Mieczysław Wiśniewski




Rok 1939. Trwa Druga Wojna Światowa. Z obozu ucieka Staszek Moczulski i trafia do Rosjan. Ci wykorzystując jego niezwykłe podobieństwo do schwytanego właśnie niemieckiego kapitan, Hansa Klossa, a także znajomość języka wroga, wysyłają go jako Hansa, by dla nich szpiegował…

Kultowy komiks na podstawie kultowego serialu. Swoją drogą książka z opowiadaniami o Klossie także powstała. I choć twórcom wypominano aż nazbyt oczywistą inspirację pewnym radzieckim dziełem, na przygodach Klossa wychowało się kilka pokoleń. Komiks powstał w roku 1971 i… No właśnie, jakie jest to kultowe dzieło?

Gdyby był to serial telewizyjny, powiedziałbym, że story jest na wysokim poziomie, ale teleplay już szwankuje. Pomysł bowiem jest naprawdę świetny, zwroty akcji zaskakują, klimat buduje ciekawe emocje. Ale ze względu na ograniczoną ilość stron, zostało to skondensowane do maksimum, psując nieco efekt. Z drugiej strony, twórcy zrobili co mogli, by jakoś to poskładać, więc nie należy zbytnio sarkać na całość. Szczególnie, że dodano tutaj nieco satyry względem pierwowzoru.

Rysunki też są niezłe. Kloss wygląda jak odgrywający go, zmarły niedawno, Stanisław Mikulski, całość – szczególnie maszyny i plenery – jest dopracowana. Trochę zabrakło dobrego koloru i szczegółów w tle, więcej czerni także by nie zaszkodziło, ale jak na czasy, w których całość powstała, i tak jest znakomicie.

Dlatego komiksowego Klossa warto jest poznać, bo to dzieło kultowe. I nawet propagandowe treści nie straszą w nim aż tak bardzo.

Spider-Man / Black Cat: The Evil That Men Do Terry Dodson, Kevin Smith




ZŁO, KTÓRE CZYNIĄ MĘŻCZYŹNI

Black Cat poszukuje zaginionej przyjaciółki. Spiderman prowadzi śledztwo w sprawie przedawkowania przez jednego z uczniów narkotyków. Ich drogi przecinają się i oboje podejmują się nie tylko wspólnego dochodzenia, ale także swoistej gry miłosnej...

Black Cat biseksualistką po przejściach? Gejowski gwałt? Narkotyki? Kazirodztwo?... Co do cholery, zapytacie. Oto Spider wg Kevina Smitha, reżysera i scenarzysty takich filmów jak "Sprzedawcy", "W pogoni za Amy" czy "Dogma", oraz komiksów pokroju "Diabeł stróż". I choć fani uznali go za nie wart przeczytania, jest to jednak jeden z ciekawszych albumów.

Akcja oczywiście nieco kuleje, mowa tu o głównym wątku, ale przecież nie o to chodzi. Kevin zabiera czytelników w podróż po psychice zgwałconej kobiety, której miłość się sypie, serwując nam zarazem genezę Black Cat i to na Kocicy a nie Pająku się skupiając.

Strona graficzna jest prosta, może nieco zbyt prosta, ale do przeżycia.

Całość jednak składa się na komiks trudny, wart poznania, wciągający i ciekawy. I cóż z tego, że nie spodobał się mainstreamowemu czytelnikowi? Czy tylko popowe historie muszą być dobre?

Polecam!

Roland Stephen King Mroczna Wieża (tom 1)




MROCZNY POCZĄTEK

Samotny rewolwerowiec przemierza pustynię tajemniczego świata ścigając Człowieka w Czerni, który zna odpowiedź na dręczące go pytania odnośnie tajemniczej Mrocznej Wieży. Czym jest ta budowla, do której z taką zaciętością zmierza rewolwerowiec? I kim jest sam tytułowy bohater?

Saga "Mroczna Wieża" to dzieło życia Stephena Kinga, jednego z najbardziej płodnych autorów naszych czasów, a zarazem niekoronowanego króla horroru. Dzieło, nad którym pracował 34 lata i w którym zbiegły się wszystkie stworzone przez niego książki. I, co trzeba przyznać już na początku, dzieło warte poznania, choć pierwszy tom, "Roland" (swoją drogą czemu zmieniono oryginalny tytuł "Rewolwerowiec", nie potrafię zrozumieć) wielu może odstraszyć. Nawet w tej nowej, poprawionej wersji.

Styl jest tu lekki i przyjemny - spora tu zasługa zmian wprowadzonych przez Kinga - a fabuła odpowiednio tajemnicza, pobudzająca wyobraźnię i wciągająca. Gorzej rzecz ma się z postaciami. Roland wydaje się bezdusznym psychopatą, a pozostali, choć niczego im nie brakuje i psychologicznie są przekonujący, daleko mają do największych dokonań Króla na polu prawdziwości wykreowanych przez niego bohaterów.

Nie znaczy to jednak, że psują oni powieść. Bynajmniej. Po prostu wielu czytelników przyzwyczajonych do kingowych dzieł, może poczuć się zawiedziona. Kiedy jednak zaakceptują taki stan rzeczy, cała reszta będzie już zachwycać ich coraz bardziej.

Wspominałem jednak, że jest to wersja poprawiona, co rodzi pytanie: co w niej poprawiono i co oznacza to dla tych, którzy znają pierwszą wersję. Odpowiedź jest taka, że zmieniono niewiele. King dodał kilka nowych scen (w tym z najważniejszą liczbą dla serii czyli 19) i przedmowę, upłynnił styl i poprawił kilka błędów, ale poza tym nie dokonał żadnej dużej ingerencji w treść, więc znający "Rolanda" bez poprawek, śmiało mogą sobie darować lekturę.

I cóż pozostaje mi dodać? Chyba tylko: przeczytajcie, bo naprawdę warto. I pamiętajcie, to dopiero początek!

Oczy smoka Stephen King




Stephen King zabiera się za połączenie fantasy i baśni w opowieści o właściwym dziedzicu tronu po zmarłym królu Rolandzie, który więziony przez złego maga Randalla podejmuje się próby ucieczki...

Cóż o tej powieści Króla można by rzec? Typowe aż do bólu fantasy w wykonaniu Kinga? Już samo to brzmi dziwnie, ale King to w końcu płodny autor, bardzo wręcz płodny i wszelkich ima się gatunków. Fantasy, choć postmodernistyczne, też nie jest mu obce, czego najlepszym przykładem jest cykl Mroczna Wieża - dzieło jego życia.

Niestety o ile saga MW jest odkrywcza, intrygująca a w pierwszych trzech tomach po prostu zachwycająca, o "Oczach smoka" powiedzieć się tego nie da. Nawet styl jet tu ciężki, a o powtórkowych, naiwnych i absolutnie nietrafionych pomysłach nawet nie chce się wspominać.

Są za to nawiązania (do MW, Bastionu i wielu innych książek) i one stanowią największy plus powieści, ale nie na tyle duży, bym mógł polecić ja każdemu. Ba, nawet fanom Kinga nie za bardzo chciałbym zasugerować ją jako lekturę, bowiem nie wnosi ona ani nic szczególnego do twórczości Mistrza, ani w sadze MW (poza fragmentem, zie główni bohaterowie "Oczy..." ścigają Randalla, tory stanowi jakby epilog tej opowieści) nie znajduje wielkiego dobicia.

Ot kolejna niezbyt udana powieść fantasy.

Łowca snów Stephen King




Ameryka to dziwny kraj. Z jednej strony cywilizowany, z drugiej to właśnie tam (i w Japonii, innej podobnie wysoko rozwiniętej kulturze) pełne jest lęków, zabobonów i miejskich legend. To właśnie w Stanach wciąż widuje się zmarłe gwiazdy a kosmici pojawiają się nałogowo. King, jako autor grozy zasadzającej się właśnie na owych strachach rodaków, nie przerwanie czerpie z bogatej mitologii owych zdarzeń. Sięgał już po martwe gwiazdy w stylu wiecznie żywego Elvisa (w zbiorku "Marzenia i koszmary") i po UFO (choćby w średnio udanych "Stukostrachach") a teraz powraca z tematem kosmitów. Czy udanie?

"Łowca snów" (czy jak chce tego oryginał "Łapacz snów", bo taka jest prawidłowa nazwa tego indiańskiego artefaktu) to opowieść o czwórce mężczyzn, przyjaciół, którzy z powodu inwazji obcych zostają odcięci od świata w lasach stanu Maine i zmuszeni do walki o przetrwanie.

Książka zaczyna się świetnie. Tajemnicze zdarzenia, mroźny i mroczny nastrój wiekowego lasu zasypanego gęstym śniegiem i mnóstwo wątków obyczajowych tworzą mieszankę rodem z "Z archiwum X". Jednak im bardziej King skupia się na akcji, wyjaśnieniach i niedorzecznych rozwiązaniach fabularnych (człowiek i obcy dzielący jedno ciało, telepatia, byrum itp) powieść traci na jakości. Czasem zdarzają się przebłyski geniuszu (wątek retrospekcyjny z Dudittsem to mistrzostwo - może sama scena znęcania się nad dzieckiem chorym na Downa nie ma w sobie emocji, to już napis na pudełku śniadaniowym tego dziecka prawie doprowadził mnie do łez, a ja niemal w ogóle nie wzruszam się w trakcie lektury), ale im więcej mija stron, tym coraz rzadziej. A całości dopełnia jeszcze zepsute zakończenie przeładowane zbyt szybką akcją i chaotycznymi tłumaczeniami, które każą czytelnikowi zastanowić się po co właściwie było pisać powieść tak długą. Lepiej King zrobił by tworząc nowelkę o czwórce nastolatków i ich upośledzonym przyjacielu. Bez "grozy", fantastyki i strzelanin byłaby to rzecz absolutnie genialna. A tak jest, co jest.

I na koniec słówko o tłumaczeniu, które samo w sobie nie jest złe, ale ma spory minus w postaci nieprzełożonego skrótu SSDD. Polski czytelnik, niezaznajomiony z oryginałem nie zrozumie co ów skrót oznacza (a jest to wyrażenie bohaterów "Codziennie to samo gówno"), a jest to wątek ważny dla fabuły.

Nie mniej książkę polecam, choćby tylko dla genialnych retrospekcji. Można ją teraz kupić w wydaniu kieszonkowym za niewiele ponad 15 zł więc nie jest to zbyt wielki wydatek, a można momentami poobcować z literaturą naprawdę wysokich lotów. W odróżnieniu od filmu bowiem, nawet wątki z kosmitami są udane, a zakończenie nie jest tak głupi jak w obrazie z Morganem Freemanem.