piątek, 27 marca 2015

Felix, Net i Nika oraz Świat Zero - Rafał Kosik




FELIX, NET I NIKA ORAZ ŻYCIA ALTERNATYWNE



To już dziewiąty tom przygód najpopularniejszych chyba nastolatków w Polsce. Powoli więc zbliża się jubileuszowa dziesiątka i fakt ten trzeba było jakoś uczcić. Tym tomem Kosik wprowadza czytelnika w to właśnie wydarzenie i robi to w taki sposób, że „Świat Zero” staje się jednym z najlepszych części cyklu!



Felix, Net i Nika dopiero co zaradzili buntowi maszyn, ale życie nie zamierza dać im wytchnienia. Z okazji imienin Felixa, cała trójka trafia do Instytutu Badań Nadzwyczajnych, gdzie naukowcom udało się odtworzyć pierścień teleportacyjny z bazy w Milo. Wprawdzie nie ma drugiego, więc nie działa, ale to nie znaczy, że nie stanowi zagrożenia. Przekonują się o tym Felix, Net i Nika, kiedy przez niego przechodzą. Niby nie dzieje się nic, ale szybko okazuje się, że w całym otoczeniu nie zgadzają się szczegóły. Drobiazgi, ale jednak. Odkrycie, że trafili do alternatywnej rzeczywistości staje się powodem kolejnego przejścia przez pierścień. Akcja ta miała przywrócić ich do właściwej rzeczywistości. Niestety wszystko komplikuje się jeszcze bardziej, a kolejne przeskoki zdają się oddalać bohaterów od domu…

Czy z tych tarapatów także uda się im wydostać? I czy w nowych światach nie znajdą czasem czegoś, co sprawi, że nie będą chcieli wrócić?



Akcja, miłość, przygoda, dużo humoru, jeszcze więcej fantastyki. Zabawa jaką dostajemy w tym tomie, jest przednia. Kosik pokusił się bowiem o wykorzystanie tematu, który sam w sobie jest niezwykle atrakcyjny, zrobił to jednak w sposób absolutnie znakomity, zabierając stałych czytelników w podróż po alternatywnych wersjach zdarzeń z poprzednich tomów. Zastanawialiście się kiedyś, co by było, gdyby rakieta z „Orbitalnego spisku” nie poleciała w kosmos, a rozbiła niedaleko? Albo jak wyglądałoby życie Niki, gdyby jej sekrety wyszły na jaw? A może kto by był dziewczyną Felixa gdyby ten nie poznał Laury? Teraz możecie poznać odpowiedzi, a zarazem dać się porwać opowieści, której nie będziecie chcieli odłożyć na półkę, dopóki nie doczytacie do końca.



Zabieg ze zderzeniem bohaterów z ich alternatywnymi żywotami daje oprócz nowego spojrzenia, absolutnie multum emocji. Możliwości wynikające z tego tematu są ogromne, a Kosik wykorzystuje je znakomicie, po raz kolejny dając dowód swojego talentu i nieposkromionej wyobraźni, której pozazdrościć może mu cała rzesza konkurencyjnych autorów. A przecież poza pisaniem sam całość ilustruje. Tom dziewiąty, pierwsza część „Świata zero”, to więc kwintesencja całego cyklu. Wszystko co najlepsze zebranie zostało w jednej książce, w dodatku takiej, która zostawia przy tym wielki niedosyt i zaostrza apatyt na kolejne tomy.



Dlatego polecam Wam tą lekturę i to bardzo, w wydawnictwu Powergraph składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

środa, 25 marca 2015

Odłamki - Ismet Prcić




ZŁAMANY



Ismet Prcić był dzieckiem wkraczającym w nastoletniość, kiedy jego rodzimą Bośnię rozdarł konflikt. Ciągła tułaczka, próby odnalezienia się w rzeczywistości, gdzie codziennością są bombardowania i brak perspektyw, próby stworzenia pozorów normalnego dorastania… Ismet chce być aktorem, kocha teatr, chce mieć dziewczynę, chce robić wszystko to, co normalni chłopcy w jego wieku, ale jakie ma na to szanse? Ratunkiem wydaje się ucieczka do Ameryki, nie mniej losy uchodźcy wcale nie są usłane różami, a demony wojny nie odchodzą nigdy, powracając w najmniej oczekiwanych mementach…



Czym jest wojna? Każda próba ubrania w słowa tego pojęcia skazana jest na niepowodzenie. Każde określenia w obliczu prawdy staną się tylko frazesami. Prciciowi udało się jednak zrobić rzecz niemal niemożliwą – nazwał wojnę po imieniu, pokazał ją z całym inwentarzem a na dodatek zrobił to w sposób, który ujmuje, ale który także przeraża. Wojna okiem Prcicia, to nie konflikt, jaki znamy z filmów. Nie ma w niej niczego malowniczego. Epickość wydaje się żartem. Wojna, która go dotknęła i naznaczyła na zawsze, to nie jest także pole do atakowania kontrowersjami. Wojna to wojna. Staje się permanentną codziennością, z której zdaje się nie być wyjścia, a jutro nie istnieć, choć zarazem codzienność i normalność przeplatają się z nią w nierozerwalnym danse macabre.



Apogeum wątek ten osiąga we fragmentach, którymi autor przeplata wspomnienia, prezentując postać Mustafy Nalicia, żołnierza dla którego front to chleb powszedni, muszącego zmierzyć się z najgorszymi okropieństwami wojny. Kim jest Nalić? Co łączy go z Ismetem?



Jednak poza głównym wątkiem tej historii, autor prowadzi nas także w inne sfery swojego życia. Jedną z nich są bolączki dojrzewania połączone z bólem artysty, który szuka spełnienia. Drugą uchodźctwo do Ameryki, kraju jawiącego się rajem, ale z rajem nie wiele mającym wspólnego. Niestety Ismet może i opuszcza kraj, wojna może się i kończy, ale kraj nie opuszcza jego a konflikt trwa w Prciciu nadal. Zespół stresu pourazowego atakuje równie nagle jak ostrzał z moździerza, jak bombardowanie nocą… Spokoju już nie ma. I nie będzie.



„Odłamki” przerażają. Przerażają realizmem, prawdą, szczegółami. Przerażają i przygnębiają. A mimo to nie sposób się od nich oderwać. Mocna to książka, okrutna, ale potrzebna, ważna. Szczególnie w czasach niepokojów, jakie panują w Europie. Prcić nie pokazuje nam przecież Pierwszej ani Drugiej Wojny Światowej. We fragmentarycznej, niechronologicznej narracji mieszającej ze sobą wspomnienia, urywki dziennika i literacką prozę, autor prezentuje nam konflikt współczesny, konflikt bliski nas, konflikt, który nie powinien mieć miejsca, a jednak się wydarzył i to zaledwie ćwierć wieku temu. Prezentuje i ostrzega. A my powinniśmy go posłuchać.



Polecam więc „Odłamki” Waszej uwadze - trudna to lektura, to prawda, ale warta przeczytania i to jeszcze jak - a wydawnictwu SQN składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

wtorek, 24 marca 2015

Twórczość

Piszę i od pewnego czasu wygrywam lokalne konkursy literackie. Teraz postanowiłem podzielić się tym nieco z Wami, a okazją ku temu był fakt, że odebrałem dziś nagrodę za opowiadanie "Pokolenie filcowych kapci". Jeśli chcecie, rzućcie okiem, skomentujcie... Znajdziecie je tu.

 

Pozdrawiam

Michał P. Lipka

Śnieżka musi umrzeć - Nele Neuhaus




KRÓLEWNA ŚNIEŻKA I MORDERCA



Tobias Sartorius wychodzi po dziesięciu latach spędzonych w więzieniu za zabójstwo dwóch nastolatek na wolność. Powrót do rodzinnej wsi nie jest łatwy. Znienawidzony za swój czyn, musi na powrót odnaleźć się w dawny miejscu, ale także i poradzić z sytuacją, w jakiej przez niego znalazła się jego rodzina. Ale czy naprawdę jest winny? Nie pamięta przecież tego, co zdarzyło się feralnego dnia. W jego winę wątpi także zbuntowana nastolatka Amelie, która wraz z grupką znajomych Tobiasa staje się jedną z nielicznych przychylnych mu osób.



Tymczasem w zbiorniku na starym lotnisku wojskowym znalezione zostają kości kobiety. Sprawę prowadzą Oliver von Bodenstein i Pia Kirchoff. Ale co ta sprawa może mieć wspólnego z Tobiasem? I do czego doprowadzi śledztwo? Mieszkańcy wsi bowiem skrywają bowiem wiele tajemnic, o jakie nikt by ich nie podejrzewał…



Thriller i kryminał to gatunki, w których wszystko zostało już powiedziane. Od lat ta część literatury wydaje się być wyeksploatowany do cna. Ale zarazem od lat przeżywa renesans dzięki niezwykle klimatycznym dziełom twórców z zimniejszych krajów północnej Europy. Niemcy dotychczas nie dołączyli do tego grona, pomimo podobieństw językowych – a przynajmniej tak było, dopóki na rynku nie wykwitł talent w postaci Nele Neuhaus, autorki, która jest najlepszym dowodem, że nie zawsze świetni pisarze doceniani są przez wydawców. Pierwsze trzy powieści bowiem musiała wydać własnym sumptem, ale upartość pisarki się opłaciła, została zauważona, sprzedała ponad 3,5 miliona swoich powieści w 20 krajach, a my, dzięki wydawnictwu Media Rodzina, możemy w rodzimym języku przekonać się co w tym połączeniu kryminału i thrillera psychologicznego tak spodobało się czytelnikom.



Fabułą „Śnieżki…” to rasowy, mocny kryminał ze zbrodnią, zagadką, zwrotami akcji, mnóstwem zaskoczeń i zapadającymi w pamięć bohaterami. Co jednak wyróżnia go na tle zalewu podobnych pozycji to rewelacyjny klimat, wyrwany żywcem z kryminałów skandynawskich, połączony z lekkością stylu i przekonującą psychologią. Znakomite są także strona socjologiczna powieści i przedstawienie małomiasteczkowej mentalności z jej wewnętrznymi sekretami i swoistym brakiem anonimowości. Hermetyczne wręcz środowisko, w którym każdy o każdym zdaje się wiedzieć wszystko i każdy z każdym się zna, to znakomite miejsce do odkrywania tego, czego świat zewnętrzny nigdy miał nie zobaczyć, a także świetne tło, na którym bohaterowie muszą zmierzyć się z tym, co ich czeka.



Dlatego jeśli lubicie mocne, nastrojowe i naprawdę dobrze napisane powieści po „Śnieżkę…” powinniście sięgnąć koniecznie. Zapewni Wam multum znakomitej rozrywki i wciągnie do intrygującego świata, do którego chętnie się wraca. Polecam, a wydawnictwu Media Rodzina składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

poniedziałek, 23 marca 2015

American Jesus, Volume 1: Chosen - Mark Millar, Peter Gross




AMERYKAŃSKI JEZUS, KSIĘGA PIERWSZA: WYBRANIEC



Jodie jest normlanym dwunastolatkiem., którego poznajemy w chwili wyprawy wraz z kumplami po wyrzucony pornos, o którym słyszeli od kolegów. Gdy mają minąć most, dochodzi do wypadku i na Jodiego spada osiemnastokołowa ciężarówka. Chłopak wychodzi z tego bez szwanku, ale zaczynają się wokół niego dziać dziwne rzeczy. Uzdrowienia, cuda… Z nauczycielami rozmawia jak równy z różnym, niczym Jezus w Świątyni, gdy miał tyle lat, co on. Gdy na jaw wychodzi jego niepokalane poczęcie i fakt, że jest Chrystusem odrodzonym, zaczyna się szał, ale także i przemiana samego Jodiego. Całości sprzeciwia się lokalny ksiądz, który po wielu tragediach stracił wiarę. Ale czy Jodie to naprawdę nowy Mesjasz?



Komiks amerykański i religia to nie nowy temat. Przenoszenie w czasy obecne cudów i postaci Chrystusa nie jest niczym nowym, a w „Kaznodziei” przekroczono wszelkie granice. „American Jesus” na tle wspomnianej serii nie szokuje, ale nie o szok tutaj chodziło, a o prawdę. Millar, autor, który za cel obrał sobie odświeżyć status quo wszelakich bohaterów i pokazać ich w obecnych realiach, wziął tym razem na warsztat kwestię jak wyglądałoby życie Jezusa, gdyby odrodził się w naszych czasach jako zwykłe dziecko. Nie obyło się bez kontrowersji, ale już samo ruszenie tematu takie jest. Millar zaserwował jednak coś, czego zabrakło Ennisowi przy tworzeniu „Kaznodziei” – szacunek i powstrzymanie się od epatowania bezsensownymi kontrowersjami.



Jaki jest Chrystus w wykonaniu MM? Przede wszystkim nastolatkiem jakich wiele. Rozmnażanie snickersów, przemiana wody w wino… Pierwsza reakcja Jodiego na to, że ma moc czynienia cudów jest taka, że stał się mutantem, jednym z X-Menów. Próba zrozumienia Pisma Świętego zaś prowadzi do analogii ze „Star Warsami” (zupełnie, jakby fragment ten zrobił sam Kevin Smith). Przemiana Jodiego także jest powolna, a walka o zachowanie czystości w czasach, gdzie seks atakuje ze wszystkich stron wydaje się niemożliwe, ale on walczy nadal, choć nie brak mu słabości.



Postać duchownego także jest intrygująca. Z nim wiąże się najwięcej kontrowersji, ale zarazem prawd. Jak choćby w scenie, gdzie w kościele pozostali tylko niewierzący, którzy chodzą tam na pokaz, a prawdziwi chrześcijanie podążyli za Jezusem odrodzonym. Bezczelne to nieco piętnowanie naszych wad, ale wartościowe i warte zgłębienia.



Scenariusz scenariuszem, ale pozostaje strona graficzna. Rysunek jest prosty, ale tym bardziej znakomity. Podobnie kolor, bliski tradycyjnemu malowaniu farbami, choć  nie pozbawiony komputerowych, z głową położonych elementów. Kadry, choć minimalistyczne, pełne są także symboliki, której znakiem rozpoznawczym stają się słupy energetyczne wyglądające jak krzyże.



Jak to się skończy? Nie wiadomo, Millar pracuje właśnie nad tomem drugim, ale jak skończy się ta recenzja, nie powinno nikogo dziwić. Album bowiem polecam każdemu, kto lubi rzeczy ważne, ważkie i mocna, a nie boi się odwagi twórców.

piątek, 20 marca 2015

Felix, Net i Nika oraz Bunt Maszyn - Rafał Kosik




FILOZOFIA KONPOPOZA



To, że kolejny tom cyklu Felix, Net i Nika powstanie, wątpliwości nie miał nikt. Tak się jednak złożyło, że na „Bunt maszyn” przyszło czytelnikom czekać dłużej niż dotychczas, bowiem prawie półtora roku. Na szczęście szybko okazało się, że było na co.



Konpopoz jest robotem sprzątającym, niezwykle dla ludzi niemiłym. Całe „życie” wierzył, że jego imię pochodzi od greckiego wojownika, niestety dawno temu Felix, Net i Nika uświadomili mu, że w rzeczywistości jest to skrót od Konserwatora powierzchni poziomych. Teraz jednak to właśnie Konpopoz staje się bohaterem iście filozoficznej afery! Buntuje się bowiem przeciw wgranym protokołom i zaczyna podejmować własne, niezgodne z oprogramowaniem decyzje. A ponieważ to nie pierwsza taka „dysfunkcja” w jego wykonaniu, grozi mu zniszczenie. Jedyna nadzieja w Felixie, Necie i Nice, którzy mają już wprawę w uczeniu sztucznych inteligencji…



Dłuższy czas oczekiwania i fakt, że to już ósmy tom serii mogły stanowić podstawę do niepokoju. Bo czy po tylu powieściach Kosik może jeszcze wymyślić coś oryginalnego? Czy w końcu nie zabraknie mu pomysłów? Na szczęście autor z niego płodny i z wielką wyobraźnią, i jak udowadnia tym tomem, ani na chwilę nie traci werwy. Czytelnicy zaś spodziewać się mogą jeszcze wielu przygód trójki FNiN.



Wracając zaś do samego „Buntu maszyn”, historia, pomimo terminatorowo brzmiącego tytułu, to po prostu typowy, uwielbiany przez fanów FNiN, który zamiast epatowania apokaliptycznymi wizjami, serwuje wszystko, co w serii najlepsze. Czytelnicy otrzymują więc szkolne problemy (Nika traci tym razem stypendium i jest zmuszona podjąć prawdziwą pracę, by móc się uczyć, a jakby tego było mało, zmaga się z najazdem krewnej, Felix w końcu znajduje sobie dziewczynę, a dyrektor szkoły magister inżynier Juliusz Stokrotka wpada na pomysł wymuszenia spontanicznych inicjatyw uczniowskich – a to tylko część zdarzeń, jakie znajdują się na stronach tomu 8), dużo humoru, sporo mądrości, mnóstwo rozrywki i jak zawsze czegoś ponad tylko zabawę. Poza tym wspomnieć należy także o nowych postaciach, powiększeniu się stałego grona o pewną osobę z poprzedniej odsłony przygód, a także poboczne sekrety i ciekawostki (kto był winny katastrofy w Czarnobylu – prawda potrafi zaskoczyć). Po prostu super!



I nie zależnie czy czytaliście tom poprzedni czy też Felixa, Neta ani Niki jeszcze nie znacie, „Bunt Maszyn” to powieść, która warto poznać. Znakomity przykład rozrywki na wysokim poziomie dla każdej grupy wiekowej, która jest młoda, bądź młoda duchem się czuje. Polecam więc, a wydawnictwu Powergraph składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

czwartek, 19 marca 2015

Damą być. Jak ubrać się i zachować w różnych sytuacjach - ZofiaStanecka, Marta Ruszkowska




MAŁA DAMA



Poznajcie Julę i Polę, dwie siostry, który są nierozłączne i każdą rzecz robią razem. Różnią się jednak od siebie diametralnie – Jula jest dziewczynką spokojną i za cel obrała sobie zostanie damą. Pola zaś to jej kompletne przeciwieństwo, psotne, żywe dziecko, które chciałoby zostać… tygrysem! Czy Juli uda się w takim towarzystwie osiągnąć swój cel? I czy Pola czegoś się od niej nauczy? A może będzie na odwrót?



Zofia Stanecka, autorka bestsellerowej serii o przygodach Basi, tym razem prezentuje czytelnikom połączenie tradycyjnej fabuły z poradnikiem savoir vivre’u, oferując przyjemną rozrywkę, która uczy poprzez zabawę. Jula i Pola zabierają czytelników do swojego zabawnego świata i szalonych pomysłów, w niezauważalny sposób prezentując podstawy dobrego wychowania i ich znaczenie w życiu. Książka napisana została lekkim, prostym językiem, w sam raz dla młodych czytelników, podana łatwą w czytaniu czcionką, a tekst uzupełniono o dużą porcję kolorowych ilustracji w wykonaniu Marty Ruszkowskiej. Storna graficzna „Damą być” znakomicie uzupełnia tekst i oferuje dodatkową wiedzę, równie niepostrzeżenie zapadającą w pamięć.



Wszystkie te aspekty sprawiają, że książka stanowi pozycję wartościową i wartą podarowania dziecku (oczywiście córce, choć chłopcy także znaleźliby tu wiele rzeczy ciekawych dla siebie), które chcemy nauczyć podstaw dobrego zachowania i wychowania. Nauczyć dostosowania właściwego ubioru do sytuacji, tego co wypada a co nie robić w konkretnych momentach itd. Edukacyjna rozrywka to bowiem coś, co uczy lepiej niż zdecydowane nakazy i zakazy,  a że czyni to w sposób atrakcyjny i nienachalny.



Warto też wspomnieć o znakomitym wydaniu, które prezentuje się  naprawdę pięknie. Gruby papier, wyraźny druk, kolorowe ilustracje, twarda oprawa… Dziecko wiele przyjemności znajdzie już w samym obcowaniu z książką.



Dlatego rodzicom szukającym mądrej, pouczającej i ciekawej dla ich pociech pozycji, polecam „Damą być”, a wydawnictwu Egmont składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

wtorek, 17 marca 2015

Kochani dlaczego się poddaliście? - Ava Dellaira




LISTY MIŁOSNE DO ZMARŁYCH



Nastoletnia Laurel straciła siostrę i nie może się z tą tragedią pogodzić. May była dla niej wszystkim, wzorem do naśladowania i przykładem. Niedoścignioną wersją jej samej. Teraz siostry nie ma. Laurel zaś zaczyna naukę w liceum, starając się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Znajduje tu przyjaźń i miłość, ale także coś ważniejszego. Zadana przez nauczycielkę praca by napisać list do kogoś zmarłego, daje jej okazję do rozpoczęcia wylewania w listach do zmarłych gwiazd pokroju Kurta Cobaina czy Jima Morrisona problemów codzienności. Powoli przybliża ją to do wyjawienia swojej największej tajemnicy, a zarazem próby wybaczenia i odnalezienia ukojenia…



Debiutancka powieść Avy Dellairy, nominowana do Najlepszej Książki Młodzieżowej Roku 2014 przez Goodreads, sprzedana do osiemnastu krajów, wraz z prawami filmowymi, to książka nietypowa pod wieloma względami. Po pierwsze autorka za cel obrała sobie napisanie tego, czego pisarze zazwyczaj unikają. Strata to trudny temat. Emocje towarzyszące czyjeś śmierci niezwykle ciężko jest oddać na papierze. Niezwykle ciężko jest także je utrzymać i kontrolować, bez popadania w manieryzm i powtórkowość. Ava zaś z tych właśnie emocji uczyniła wątek przewodni i wyszło jej to znakomicie, a sama powieść, nawet i w momentach pogodnych, epatuje smutkiem i przygnębiającą atmosferą, oferując czytelnikowi kolaż emocji.



Drugą nietypową sprawą, jest podejście do samego gatunku, jaki „Kochani…” reprezentuje. Powieść młodzieżowa automatycznie kojarzy się czytelnikowi albo z wakacyjną przygodówką, albo lekką fantastyką, bądź też romansem dla dziewcząt. Nieliczne tylko wybijają się z tej niszy, a do nich śmiało zaliczyć mogę „Kochani…” właśnie. A to ze względu nie tylko na uniknięcie schematów, ale także i odwagę w poruszanych tematach. Autorka bowiem pokazała nastolatków takich, jakimi są. Tu każdy chłopak myśli o jednym, słownictwa także nikt nie ma wysublimowanie łagodnego, jest alkohol, są narkotyki. Laurel także daleko do kryształowego ideału szesnastolatki, jaką wymarzyli sobie rodzice. Wszelkie słabości, z nocnym wymykaniem się z domu, próbowaniem używek i pieszczotami z chłopakiem nie są jej obce. Jednym słowem – życie.



Styl Avy Dellairy jest stylem lekkim, stylem typowym dla tego typu literatury, ale na pewno przyjemnym i szybkim w odbiorze. Nie należy przy tym do tych, które równie szybko wypadają z pamięci. Powieść bowiem nie pozwala o sobie zapomnieć po lekturze, a to wielka jej zaleta. Poza tym autorka odświeżyła skostniały już nieco gatunek powieści epistolarnej, w oryginalny sposób szafując listami do przedwcześnie zmarłych gwiazd, zawierając przy tym wiele ciekawostek z ich życia i biograficznych elementów.



Wszystko to razem składa się na znakomitą, wzruszającą powieść nadającą się dla każdej grupy wiekowej od lat nastu do stunastu. Inteligentną, mądrą i pełną wrażliwości. Odważną, nie bojącą się poruszać tematów homoseksualizmu czy używek, smutną, ale zarazem pogodną i pełną nadziei. Powieść, którą szczerze Wam polecam, a wydawnictwu Amber składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

poniedziałek, 16 marca 2015

Age of Ultron - Brian Michael Bendis i Bryan Hitch




CZAS ULTRONA



Ultron to postać, która przewijała się przez uniwersum Marvela od dawien dawna. Sztuczna inteligencja stworzona przez Hanka Pyma doszła do wniosku, że należy wytępić ludzkość. Avengersi wielokrotnie powstrzymywali go przed najgorszym, ale teraz nadszedł czas na zmiany…



W trakcie rutynowego patrolu Spider-Woman natrafia na zbroję Ultrona. Ta wpada w ręce wrogów. Wkrótce dochodzi do pojedynku, ale… Jakiś czas potem świat jest w ruinie. Miliardy ludzi nie żyją, a ocaleli bohaterowie zmuszeni są do ukrywania się. Odbicie Spidermana z rąk wrogów daje szansę na stawianie oporu. Oto bowiem poplecznicy Ultrona handlują schwytanymi bohaterami, a to można wykorzystać. Do gniazda os wyruszają z samobójczą misją Luke Cage i She Hulk. Hulk ginie, a Cage cudem przeżywszy  przekazuje przed śmiercią wieści, że Ultron kieruje wszystkim z przyszłości. Niedobitki herosów wyruszają tam niemal na pewną śmierć. Ale Wolverine ma inny plan – cofa się w czasie i uśmierca Pyma, nim ten jest w stanie stworzyć Ultrona. Niestety jego działania prowadzą do jeszcze gorszych efektów…



Dziesięciozeszytowy crossover o Ultronie, prawie bez Ultrona. Bendis zdecydował się na ciekawy zabieg uniknięcia pokazywania głównego antagonisty. Poza kilkoma stronami na początku i w finale, Ultorna nie ma w ogóle. Jest za to alternatywna wersja przyszłości, wielka rozwałka, sporo mądrych tematów i masa autentycznych emocji. Poza tym Bendisowi udało się przy okazji uniknąć sztampy i powielania schematów, a finał, jaki zaprezentował – daleki zresztą od tradycyjnych finałów takich pojedynków – nie tylko zachwyca, ale stanowiąc bezpośredni prolog dla następnego eventu („Cataclysm”), po prosty każe od razy za „Kataklizm” złapać i poznać co nas czeka.



Fabuła fabułą, ale pozostaje jeszcze kwestia ilustracji. Hitcha lubię, nie jakoś przesadnie, ale cenię to, jak pieczołowicie oddaje nowojorskie scenerie. Poza tym to jemu zawdzięczamy filmowego Furyego i wiele udanych komiksów. Kreska jest więc udana, choć niestety nie zawsze, często ocierając się o niechlujność – jakby Hitch liczył, że wiele spraw nadrobi komputer.



Całość jednak dobrze ze sobą współgra, a komiks jest tak znakomity, że nie pozostaje mi nic innego, jak zachęcić Was do lektury!

piątek, 13 marca 2015

The Walking Dead. Droga do Woodbury (wyd. 2) - Robert Kirkman, JayBonansinga




DROGA DO KOSZMARU


Żywe Trupy powracają we wznowieniu drugiego tomu książkowego uzupełnienia komiksu i serialu i robią to w bardzo dobrym stylu.


Woodbury to miejsce, które jawić się może jako raj. A przynajmniej bezpieczna przystań pośród wzburzonego morza chodzących trupów, które stanowią zagrożenie dla każdego. Trafia tutaj Lilly Caul, która wraz z przyjaciółmi szuka ratunku. Niestety, prawda jaką tu zastaje, a przede wszystkim sadystyczny Gubernator, który rządzi Woodbury, przerasta jej wyobraźnię i prowadzi do buntu…


Seria komiksowa „The Walking Dead” to hit ostatnich lat i zdecydowanie najbardziej utytułowana pozycja wydawnictwa Image. To również dowód na to, że nawet prosto rysowane, czarno-białe komiksy mogą stać się hitami. Jej pozycję ugruntowało powstanie serialu telewizyjnego, który stał się nawet większym jeszcze przebojem, co pociągnęło za sobą powstanie m.in. gry komputerowej i serii powieści właśnie. Każdy z dodatków podzielił sukces pierwowzoru i można się domyślać, że długo jeszcze Żywe trupy gościć będą na listach przebojów czy we wszelkich rankingach. W końcu zarówno seria komiksowa jak i telewizyjna nadal dalekie są od zakończenia.


Co stanowi o sukcesie Trupów? Skąd takie zainteresowanie, skoro temat zdawał się wyeksploatowany  od blisko pół wieku? Przede wszystkim odmienne podejście. Gdy wszyscy inni widzieli w Zombie raczej pastisz, pomysłodawca całej fabuły Robert Kirkman potraktował temat absolutnie poważnie, skupiając się na przemianach i psychice bohaterów, zadowalając przy tym także i hardcorowych fanów gore. Skoro nad książkami także trzymał pieczę, można się było spodziewać, że elementy te trafią na ich łamy i tak rzeczywiście się stało.


Tak też jest i w przypadku „Drogi do Woodbury”. Trupy są zarówno tłem, przyczynkiem do prawdziwej opowieści, a zarazem główną osią. Nie brak tu scen typowo krwawych i brutalnych, nie brak także napięcia, ani czystej akcji. Jednym słowem to udany, rasowy horror o Zombie. Dodatkowo uzupełnia fabułę serialu i komiksu (z nastawieniem głównie na ten drugi), oferując spojrzenie na doskonale znane fanom wydarzenia oczami opozycyjnego obozu, rozwijając jedną z najciekawszych postaci tego uniwersum, Gubernatora. I czyni to w sposób nie będący odcinaniem kuponików od całości.


Dlatego „Drogę…” polecam fanom serialu, nie wyobrażając sobie by mogli jej nie poznać, ale także i fanom horroru w ogóle. Powieść bowiem śmiało funkcjonować może jako dzieło autonomiczne i nieznajomość pierwowzoru w niczym tu nie przeszkadza.


A wydawnictwu SQN składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Zimowe dzieci - Jennifer McMahon




ZZA GROBU


W roku 1908 dochodzi do tragedii. Małżeństwo, które cudem doczekało się jednego jedynego dziecka traci je. Mała Gertie została znaleziona martwa w studni. Wcześniej jednak jej ojciec w miejscu, w którym uprzednio powiesił skórę lisa znalazł przyczepiony pęk włosów córeczki…

W czasach obecnych zbuntowana nastolatka, Ruthie, która mieszka tam, gdzie zginęła Gertie, wiedzie rozrywkowy tryb życia. Wszystko zmienia się w chwili, w której znika jej matka. Podobnych zaginięć w okolicy jest więcej, a prawdziwy koszmar zaczyna się kiedy odkrywa mroczne tajemnice z przeszłości...

Co jednak ma z tym wszystkim wspólnego kobieta, która odkrywa, że jej mąż zginął wracając z miasta, w którym w ogóle nie powinno go być?

Jakie tajemnice skrywa dziennik Sary, matki Gertie?

I kim są zimowe dzieci?

Oto pierwsza powieść Jennifer McMahon, jaka ukazuje się w naszym kraju. Autorka w sowim dorobku ma już kilka dzieł, w tym książkę, którą można zaliczyć do dzieł raczej kontrowersyjnych, „My Tiki Girl” z gatunku lesbijskiej powieści młodzieżowej. Ale zdecydowanie największym jej hitem, a zarazem najnowszą publikacją są właśnie „Zimowe dzieci” – historia z pogranicza horroru, thrillera psychologicznego i dramatu obyczajowego. Powieść lekka stylistycznie, bogata fabularnie i mocno intrygująca tajemnicami wylewającymi się z każdej kolejnej strony, a zarazem przekonująca psychologicznie i naprawdę wciągająca.

Klimat, jaki oferują „Dzieci…” to połączenie pomysłowości Kinga z Lois Duncan, podlanych legendami, także i tymi miejskimi, amerykańskimi wierzeniami i popkulturowymi lękami, splecionymi z tradycyjnymi motywami. Intrygująca jest także główna bohaterka współczesnej części książki, Ruthie, której daleko do krystalicznie czystych postaci, jakie zazwyczaj spotyka się w podobnej literaturze. Rutkie pije, nie stroni od narkotyków, a za chłopaka ma wiecznie upalonego trawką fanatycznego wyznawcę UFO, który nie w życiu zbyt wielu ambicji. Czy zdarzenia, które stają się ich udziałem zdołają zmienić coś w obojgu, czy wszelkie tego typu próby są skazane na porażkę?

Powieść czyta się szybko, sprawnie i z dużą przyjemnością. Pytań z każdą kolejną odpowiedzią przybywa, retardacji także… Nie brak więc emocji i napięcia, a także udanych zwrotów akcji. Docenić należy także znakomite polskie tłumaczenie i wydanie. Dlatego jeśli lubicie powieści z szeroko rozumianego gatunku mystery polecam „Dzieci…” Waszej uwadze, a wydawnictwu Media Rodzina składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Felix, Net i Nika oraz Trzecia Kuzynka - Rafał Kosik




FELIX, NET I NIKA ORAZ PRZERAŻAJĄCE KUZYNKI



Felix, Net i Nika choć wielokrotnie przysięgali sobie, że będą trzymać się z dala od kłopotów, nigdy nie zdołali tego dokonać. Teraz za wszelką ceną starają się dotrzymać tej nieformalnej obietnicy, ale kłopoty najwyraźniej się tym nie przejmują. Wystarczy, że trójka przyjaciół zjawia się w pensjonacie Trzy Kuzynki, a już zaczynają się problemy. Autobus zostaje unieruchomiony, uczniów wita wrzask dobiegający z domu, nocą ktoś kroczy po schodach i włamuje się do pokoju dziewczyn, ktoś sabotuje próby wyciągnięcia środka transportu, odnalezienie tajemniczej wsi każe zrewidować bohaterom prawa fizyki, a nad tym wszystkim wisi cień tajemnicy trzeciej kuzynki…



Jakie sekrety skrywa pensjonat? Kogo pokocha wreszcie Felix? I jacy będą nowo poznani uczniowie z innych klas, w tym konkurencyjna super-paczka?



Siódmy tom FNiN to historia, podobnie jak tom drugi, wolna od szkolnej codzienności, choć nie oznacza to bynajmniej, że zniknęła część klimatu, za jaki czytelnicy kochają serię. Wręcz przeciwnie, wszystkie dotychczasowe elementy zostały zachowane, a na dokładkę Kosik zaserwował fanom tym razem nie szczyptę, a całą masę rasowego horroru.



Tajemnic też jest jakby więcej. Więcej jest także interakcji między bohaterami, napięć i emocji. Duża w tym zasługa nowych postaci z tajemniczą, obdarzoną niezwykłą wyobraźnia Laurą i gotką Reginą na czele. A jeśli dodać do tego opozycyjną super-paczkę, kilka charakternych postaci (tu prym wiedzie niezwykle nietypowy jak na książkę dla młodszych niejaki „Półprzewodnik”, którego pojawienie się stanowi swoiste puszczenie oka do dorosłych czytelników, a tych z pewnością nie brak), oraz znakomitą, wielowątkową intrygę, wychodzi z tego naprawdę bardzo dobra, trzymająca wysoki poziom lektura. Książka, która doskonale kontynuuje tradycję powieści młodzieżowych pełnych zabawy poprzez naukę z nowoczesnością i popkulturą. Nie brak także przesłania, przemyśleń i trafnych spostrzeżeń z tradycyjnie świetnymi pomysłami na rozwiązania fabularne.



Jak niemal każdą część cyklu, tak i „Trzecią kuzynkę”, można śmiało czytać bez znajomości wcześniejszych tomów, nie mniej to właśnie fani poczują się tu jak w domu. Jakby spotkali dawno niewidzianych znajomych, bądź też odwiedzili miejsce, za którym zdążyli się stęsknić. Szczególnie, że tym razem autor postanowił poruszyć temat dlaczego to tytułowym przyjaciołom zdarzają się ciągle tak niesamowite rzeczy. Czy wyjaśnił wszystko, nie zdradzę, to po prostu trzeba przeczytać samemu, dlatego (i dlatego, że to po prostu świetna rozrywka) polecam Wam ten tom FNiN, a wydawnictwu Powergraph składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

poniedziałek, 9 marca 2015

Nowość!!!

Od dziś do grona wydawnictw, z którymi współpracuję dołącza "Media Rodzina". A ja zabieram się za książkę z MR "Zimowe dzieci."

Gigantyczna broda, która była złem - Stephen Collins




CZŁOWIEK LUBI TO, CO JUŻ ZNA



Wyspa Tutaj to miejsce idealne. Utopia, w której nie ma miejsca na nic, co nie pasowałoby do ogólnie przyjętego schematu. Wszystko musi być schludne, doskonałe, idealne… takie same. Taki jest także Dave. Łysy mężczyzna z jednym tylko włoskiem pod nosem. Zrostu zresztą na Tutaj nie posiada nikt. Dave nie wyróżnia się niczym, pracuje w firmie nie widząc nawet czym ta się zajmuje, ciągle rysuje widok z okna na ulice, ciągle słucha jednej piosenki. Zmiana nadchodzi wraz z brodą. Zarost pojawia się nagle i niespodziewanie i nic nie da się z nim zrobić. Dave zmuszony zostaje zaakceptować tą przemianę, ale nie ludzie. Ich zburzony spokój wywołuje negatywne emocje, protesty, próby zniszczenia brody… ale wraz z tym wszystkim zjawia się coś jeszcze… Nadzieja?



Jak to jest, że choć to Amerykanie (tudzież Japończycy, choć manga jest jednak dość specyficznym rodzajem graficznych opowieści) przodują w ilości wydawanych komiksów, to właśnie Brytyjczycy pokazują jak robić naprawdę wielkie opowieści? Odpowiedzi może być wiele, ale jaka jest ta właściwa?  Czy to połączenie mentalności Starego Kontynenty z kulturą, która przecież dała początek Ameryce? Czy może stoi za tym coś więcej? Coś innego, jakaś kolebka talentów i umiejętności? Faktem jest jednak, że poczet wielkich twórców (nie tylko komiksowych) pochodzących z terenów UK wygląda  imponująco. Teraz do niego śmiało można dodać kolejne nazwisko – Stephena Collinsa. Jego „Gigantyczna broda, która była złem” to bowiem komiks, rewelacyjny, komiks jakiego nie powstydziłby się sam Orwell z jego satyrycznym spojrzeniem na utopię. Komiks stanowiący połączenie filozoficznej przypowieści z mocnym obrazem społecznym i… filmami Tima Burtona.



W „Brodzie…” w codzienność bohaterów wkracza dysonans żywcem wyjęty z horroru. Niby nic takiego, niby coś, co winno być naturalne. W uporządkowanym jednak świecie nie ma miejsca na odstępstwa od normy. Liczy się tylko to, co Tutaj, to, co już znamy, to co Tam rodzi lęk, strach, niezrozumienie, agresję… Tolerancja stoczyć musi bój z konwenansami. Pytanie co wygra? I co jest tym właściwym?



Odpowiedzi oczekuje każdy, ale zarazem odpowiedzi jest tyle, ilu nas samych. Podobnie jest z wnioskami i interpretacjami, jakim można poddać ten album. Echa komunizmu, echa totalitaryzmu, echa polityki Wielkiej Brytanii… Każdy odnajdzie tu własne przesłane, autor bowiem nie ogranicza się tylko do prywatnego przekazu, pozostawiając czytającemu wolną rękę. I każdy zarazem odnajdzie tu także coś, dalece pond uogólnienia.



Strona graficzna albumu to perełka prostych ilustracji wykonanych ołówkiem. Szczegółowych, kiedy trzeba, minimalistycznych, kiedy to konieczne. Idealnych do tego albumu. I zarazem takich, które jako dzieła samodzielne stanowią wielką wartość samą w sobie.



Do tego dochodzi znakomite wydanie w świetnej cenie i tłumaczenie stojące na najwyższym poziomie.



Dlatego album ten polecam Waszej uwadze i to bardzo, a Wydawnictwu Komiksowemu składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Strefa skażenia - Richard Preston




I nie ma żE BOLI



Był to przełom lat 70 i 80, kiedy a Afryce po raz pierwszy pojawiły się ogniska wirusa ebola i najgroźniejszego z zabójców ludzkości. Ofiary wykrwawiające się na śmierć, ich wnętrzności przemienione w galaretę… Śmierć w wyniku różnych odmian tego wirusa była nieopisanym cierpieniem. I dotykała większości zakażonych. 90% zakażonych. Pomimo wielu lat badań i prób nie zdołano jednak wynaleźć na nią lekarstwa…



„Strefa skażenia” Richarda Prestona, znanego dziennikarza i pisarza literatury faktu, to książka, która w Stanach Zjednoczonych ukazała się ponad dwie dekady temu, bo w roku 1994, pokazując blisko 20 lat zmagań z wirusem i jego kolejnymi atakami. Teraz zapoznać się z nią mogą polscy czytelnicy, a jest z czym. Szczególnie obecnie, kiedy ebola znów daje o sobie znać i istnieje ryzyko, że Europa może stać się miejscem kolejnego jej podboju…



Abstrahując jednak od aktualności tematu, zostaje pytanie jaka jest to pozycja literacko? Czy spełnia oczekiwania jakie rodzą hasło „połączenie thrillera medycznego z literaturą non fiction”, czy słowa Stephena Kinga, że to najbardziej przerażająca rzecz jaką czytał?



Przede wszystkim pierwsze, co rzuca się w oczy to skrupulatna rzetelność z jaką Preston podszedł do tematu. Rzetelność i praca włożona w zdobycie materiału budzą prawdziwy podziw. Udało się przy tym autorowi nie popaść w podręcznikowy ton akademickiego wykładu – zamiast tego naprawdę zrealizował formułę thrillera medycznego. Czytelnik otrzymuje więc i napięcie, i autentyczne fakty, i drobiazgową analizę naukową i dużo, dużo więcej. Preston nie oszczędza szczegółów, które czasem potrafią wręcz fizycznie zaboleć, skupiając się na przekazaniu wszystkiego, co o tym najgroźniejszym z wirusów wiadomo. Nie na długo by się jednak taka formuła sprawdziła, gdyby nie postacie, do których czytający szybko poczuje sympatię i zacznie się autentycznie przejmować ich losami. Emocji dodaje jeszcze fakt, że przecież każdy z bohaterów, jacy pojawiają się na ponad trzystu stronach książki, każde ze zdarzeń i miejsc, są przecież w stu procentach autentyczne.



Dodatkowo tekst został uzupełniony o porcję zdjęć, dodających całości autentyzmu i reporterskiego charakteru i sznytu, a co za tym idzie, także i większego oddziaływania.



Dlatego więc, jeśli cenicie literaturę faktu, bądź jeśli lubicie po prostu medyczne dreszczowce, które niosą coś więcej niż tylko czystą rozrywkę, powinniście zapoznać się z tą pozycją.



A ja składam podziękowania wydawnictwu SQN za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

czwartek, 5 marca 2015

LOST VIA DOMUS




„Lost” był serialem, który pokochały miliony ludzi, nadając mu status fenomenu i serialu kultowego. Od jego premiery minęło już ponad 10 lat, kilka lat temu doczekał się ostatecznego finału, ale są ludzie, dla których jest on wiecznie żywy. „Lost” doczekał się także wielu dodatków, od książek zaczynając, przez gadżety, na grach kończąc. Gier było trzy – dwie były połączeniem szukania w sieci wskazówek i filmów, z akcjami promocyjnymi w realu, jedna stricte komputerowa. Właśnie ta ostatnia wpadła mi w ręce niedawno, a że swego czasu fanem „Losta” byłem dość sporym, kupiłem, zagrałem i teraz dzielę się wrażeniami. Trochę późno, jako że premiera gry była 8 lat temu, ale lepiej późno niż wcale.



Fabuła gry prezentuje nam losy nowego bohatera, Reportera, który stracił pamięć w wyniku katastrofy lotniczej. Ktoś z rozbitków chce go zabić, pozostali mu nie ufają… Żeby odkryć swą przeszłość, musi przemierzyć Wyspę, na której się znaleźli, a ta pełna jest sekretów i niebezpieczeństw…



Gra „Lost” to typowa przygodówka z elementami logicznej zręcznościówki. Świetna dla fanów, jednak dla całej reszty co najwyżej niezła. Fabuła jest prosta, powiązana z serialem, ale w luźny sposób, grafika niezła, ale bez rewelacji. Sterowanie prezentuje się gorzej, bowiem niepraktyczne WSAD psuje nieco rozrywkę. Podobnie jest z grywalnością. Tu otrzymujemy bowiem strasznie niewielki wybór, który praktycznie każe bohaterowi podążać tylko we właściwą stronę. Poza tym całość, choć podzielona na 7 odcinków (swoją drogą drażniących, bo zawsze zaczynających się przypomnieniem poprzedniego, którego nie da się pominąć), jest szybka, krótka i prosta. Więcej nakombinować się trzeba by odblokować dodatki, ale i w tym nie jest zbyt trudno, a na dokładkę owymi dodatkami okazują się zdjęcia do obejrzenia. Za mała to nagroda, ale zawsze jakaś.



Z drugiej strony te minusy dla wielu mogą być zaletami – gra trwa krótko, nie męczy i nieźle nawet bawi. W pudełku dołączono instrukcję i w miarę szczegółowy poradnik, a całość przygotowano w niezłej polskiej wersji (napisy).



Jednym słowem rzecz dla fanów, choć właściwie nieznający tematu też mogą się trochę zabawić.

środa, 4 marca 2015

Nowi ludzie - Rafał Kosik




NOWE IDZIE



„Nowi ludzie”, drugi zbiór krótkich form Kosika, jednego z najlepszych polskich fantastów, to potwierdzenie jego znakomitej formy. Tym razem czytelnicy otrzymują 10 tekstów, od kilkustronicowych, do niemalże mini powieści. A wszystko to podane z lekkością stylu, wprawą i wielką pomysłowością. Pierwszy zbiór był pełen opowiadań, które w większości przypadków można śmiało zaliczyć do urban legend czy horroru. W drugim natomiast Kosik serwuje nam przede wszystkim teksty science fiction, które można podsumować hasłem „Nowe idzie”, choć wspomnianych wyżej klimatów także nie zabrakło.



Całość otwiera post apokaliptyczne opowiadanie „Trzy cyfry, tysiąc kombinacji” traktując o globalnym rozpadzie państw. W zrujnowanej Warszawie żyje sobie w miarę spokojnie główny bohater, ale pewnego dnia zjawiają się u niego ludzie, którzy zamierzają na nowo zjednoczyć rozbitą Polskę. Trzeba tylko dostarczyć pewną walizkę o tajemniczej zawartości do Krakowa…



Następnym tekstem Kosik zabiera czytelników do Londynu, serwując prywatną wariację na temat Kuby Rozpruwacza. Wszystko to osadzone we współczesności, doprawione dawnymi legendami i mrocznym klimatem, zapewnia kawał solidnej i mocnej rozrywki, nie stroniącej od brutalności czy erotyki.



W trzecim opowiadaniu, „Zastępnikach”, autor atakuje czytających wizją przyszłości, w której by uniknąć bólu przy zabiegach medycznych, można przenieść swoją jaźń do ciała tytułowego „zastępnika”, który za nas (i opłatę) zniesie niedogodności. Czym to jednak może grozić? Właśnie.



Dalej poznajemy  Vansa Rudigera, człowieka, któremu ktoś morduje bliskich, gdy on bierze prysznic; naszych stwórców, którzy przybyli objawić nam swoje plany odnośnie naszej dalszej egzystencji; czy w tytułowych „Nowych ludziach” świat przyszłości, w którym role się odwróciły i teraz o wartości człowieka decyduje ilość jego wad wrodzonych, stopień zniszczenia zdrowia czy przynależność do jakiejś mniejszości.



Potem czytelnik dostaje najlepszy tekst w zbiorze i jeden z najlepszych w dorobku autor, „Przeskok”, traktujący o młodym architekcie, Piotrze, którego życiem wstrząsa śmierć pewnej kobiety. A raczej kilkudziesięciu identycznych kobiet, które giną zawsze w miejscach ściśle z nim powiązanych… Tekst dynamiczny, pełen napięcia i aż kipiący od emocji czyta się po prostu genialnie, ale zaznaczyć trzeba, że pozostałe są na równie wysokim poziomie.



Dalsze opowiadania Kosika przynoszą nam kolejną wizję przyszłości (wszyscy wybyli na zakupy i nigdy nie wrócili i tylko bohater tkwi w barze analizując sytuację) i Kosikową wersję „Armagedonu”  a na sam koniec wizję apokalipsy, w której cała nasza rzeczywistość zaczyna się rozpadać krok po kroku…



Każdy z tekstów to nie tylko rozrywka na wysokim poziomie, rozrywka porównywalna do dzieł Kinga, Koontza czy Mathesona, pełna zaskoczeń i nieszablonowych rozwiązań połączonych z klasycznymi motywami, ale także i analiza społeczna, satyra na politykę i popkulturę, a także głębsze przesłanie. Jednym słowem, dla każdego coś miłego. Dlatego, jeśli lubicie fantastykę, bądź po prostu znakomitą literaturę rozrywkową wykraczającą poza schematy i uogólnienia, oferującą emocje i świetną zabawę, przeczytajcie koniecznie.



A ja składam podziękowania dla wydawnictwa Powergraph za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

poniedziałek, 2 marca 2015

Anatomia kłamstwa - Philip Houston, Don Tennant, Susan Carnicero,Michael Floyd




ANTOLOGIA KŁAMANIA



Kłamie każdy, średnio 10 razy na dobę. Każdy także pragnie rozpoznać kiedy jest okłamywany. Czy zdradza go żona, czy dziecko mówi prawdę, że odrobiło lekcje, czy przyjaciel jest z nami szczery. A może, na wyższym szczeblu, czy wierzyć politykowi składającemu oświadczenie, czy przesłuchiwany terrorysta naprawdę nie wie, jak ocalić niewinnych…



Przykładów można by mnożyć, ale nadal pozostaje pytanie, czy w ogóle możliwe jest odkrycie nawet tej głęboko skrywanej prawdy? Albo wyselekcjonowanie z półprawd tego, na czym nam zależy? Jak zapewniają autorzy książki – nie. Nikt nie potrafi być wykrywaczem kłamstw, a i sam wariograf nie daje pewności. Ale… Właśnie, zawsze jest jakieś „ale”. W tym wypadku są nim konkretne metody, które pomogą nawet zwykłemu człowiekowi nauczyć się odkrywać kłamstwa na poziomie równym, bądź nawet lepszym niż wariograf. Cała sztuka w zrozumieniu procesu kłamania. W nauczeniu się pewnych zachowań, a także zadawaniu właściwych pytań. Składowych jest w tym wypadku multum, ale wszystkie z nich – a przynajmniej te, których nie broniła zapewne tajemnica służbowa – zebrane zostały w tej książce. Zebrane, pogrupowane, przedstawione w naukowy sposób, ale zarazem z przystępnością umożliwiającą zrozumienie wszystkiego absolutnemu laikowi, poparte konkretnymi przykładami, które pomagają w pełni zrozumieć teorię.



Czy jest to źródło kompetentne? Owszem. Jego autorami są  bowiem ludzie, którzy od lat pracowali dla CIA i podobnych agencji nad rozpracowywaniem przesłuchiwanych. Wydobywali prawdę nawet z tych kłamców, którzy przez dekady uznawani byli za prawdomównych. A wszystko to bez metod inwazyjnych. Bez robienia komukolwiek krzywdy.



Poza tym jest to źródło naprawdę wyczerpujące. Na trzystu stronach znalazły się najróżniejsze przykłady kłamstw, ich wiwisekcja pokazująca czemu tak, a nie inaczej zareagował kłamiący, co w jego zachowaniu powinno zwrócić uwagę i jak dalej poprowadzić rozmowę, by wydobyć szczegóły bez doprowadzenia do zamknięcia się w sobie oszusta.



Na dokładkę czytelnicy otrzymali szczegółowe informacje, jak samodzielnie odkryć prawdę w różnych sytuacjach i jakie pytania w konkretnych przypadkach zadawać.



Dlatego jest to pozycja oprócz tego, że ciekawa, także bardzo użyteczna nawet w najprostszych codziennych przypadkach. Wystarczy chcieć przyswoić sobie zasady i metody i samemu można stać się wykrywaczem kłamstw. Albo, uwaga!, nauczyć się kłamać niemal doskonale – wiedza działa bowiem w obie strony. Jeśli więc ciekawi Was ten temat, polecam „Anatomię…” Waszej uwadze, nie pożałujecie. A ze swej strony składam podziękowania dla wydawnictwa SQN za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.