środa, 29 kwietnia 2015

Farben Lehre. Bez pokory - Kamil Wicik, Leszek Gnoiński, Wojciech Wojda




Z PRZEKORY



Farben Lehre to zespół, który jest z nami już od trzydziestu lat. Na koncie mają 13 albumów studyjnych i rzeszę oddanych fanów, pomimo iż funkcjonują poza głównym nurtem. Wierni sobie, wierni temu, co robią od trzech dekad, teraz doczekali się w końcu swojej biografii napisanej przez dziennikarza Radia Gdańsk, Kamila Wicika oraz cenionego dziennikarza muzycznego, Leszka Gnoińskiego a także samego Wojciecha Wojdę. Z trwającej osiem lat pracy zrodziła się książka, która zachwyca szczegółowością, szczerością i  wielką siłą płynącą z jej kart.



Losy Farbenów, wbrew nazwie oznaczającej przecież naukę o kolorach, nie były ani trochę kolorowe. Najpierw szara rzeczywistość PRL-u, potem próby odnalezienia się na scenie w nowych realiach, kiedy to ruch punkowy nie potrafił przebić się do głównego nurtu, popadając w radykalizm, którego Wojda chciał uniknąć. Problemy osobiste, problemy z branżą. Brak kolorów w samym życiu nadrabiali zdecydowanie kolorowym, imprezowym stylem życia. I upartością, która pomimo najczęściej krytykujących ich głosów ludzi z muzyką na stałe związanych, popychała ich do przodu i walki o swoje. Udało się i są z nami, jaką jednak drogę musieli przejść i jaką cenę za to zapłacić, przeczytajcie sami. Jeśli lubicie zespół, nie pożałujecie – książka jest po prostu rewelacyjna!



Drugą stronę „Bez pokory” stanowi możliwość wglądu w realia rynku muzycznego i jego zmian w Polsce od wczesnych lat 80, kulis festiwali, ciekawostek o innych zespołach, których los zetknął na przestrzeni lat z Farbenami, i wiele innych kwestii. Dla fascynatów muzyki w ogóle to nie lada gratka, szczególnie, że biografia napisana została lekko, a przy tym najbardziej wyczerpująco jak się tylko dało. Bez koloryzowania, bez ubarwiania, bez przemilczeń. Autor jak i lider zespołu nie kryją momentów niewygodnych, zaś obszerny zbiór wypowiedzi środowiska muzycznego o Farben Lehre (mamy tu m.in. słowa Kazika, Grabaża, Muńka, ale także i Kuby Wojewódzkiego czy Jerzego Owsiaka) zawiera nie tylko pochwały, ale także i krytykę tego, co w zespole jest nie tak. Całość podparto zaś dyskografią FL, indeksem i mapką płockich lokacji i wydarzeń powiązanych z Farbenami.



Na koniec został jeszcze deser, a mianowicie płytka cd z 5 piosenkami zespołu, która mnie po prostu zachwyciła. Ile razy ją przesłuchałem, trudno orzec, słucham jej nawet teraz, pisząc te słowa. Farbeni towarzyszą mi bowiem od lat, kiedy to jako rozwijający swój gust muzyczny licealista, usłyszałem w nieistniejącym dziś Radiu Bis „Terrorystan”. Później trochę o FL zapomniałem, przypomnieli mi jednak o sobie urzekającym kawałkiem „Anioły i Demony”, a biografia świetnie się w moment ten wpasowała. Biografia wydana naprawdę znakomicie – dla SQN to standard, ale trudno jest go zignorować – i pięknie prezentująca się na półce.



Dlatego też polecam ją całym sercem, a wydawnictwu Sine Qua Non składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

niedziela, 26 kwietnia 2015

Ratować Prośka - John Irving




RATOWAĆ IRVINGA



John Irving to jeden z najlepszych współczesnych pisarzy. Autor niezwykły, pełen nieposkromionej wyobraźni. Kojarzony jest głównie z powieści, ale ten zbiór krótkich form udowadnia, że nie tylko w tym jest rewelacyjny.



Niestety, polskie wydanie rozdrażniło mnie i to bardzo. Ale po kolei.



„Ratować Prośka” to zbiór 7 opowiadań, który otwiera tytułowy tekst, wspomnienie Irvinga z czasów, kiedy był młodym strażakiem. Pewna tragedia sprawiła, że ostatecznie został pisarzem. Jaka to tragedia? Musicie przeczytać sami, ale historia, poza faktem, że porusza do głębi, oferuje także mnóstwo gorzkiej prawdy o ludziach i życiu.



W „Przestrzeni wewnętrznej” autor zabiera nas na spotkanie z pewnym urologiem i jego kłopotami sąsiedzkimi. Opowiadanie to, bardzo mocno osadzone w klasycznie stylistyce Irvinga, nie tylko porywa ale przede wszystkim zachwyca i urzeka prawdą.



Gorzej niestety jest z „Prawie Iowa”, opowieścią o kierowcy i jego miłości do samochodu. Zabrakło tu odrobinę inwencji, nadal jednak nie można powiedzieć, by była to historia nieudana.



Kolejny tekst, znakomite „Królestwo zmęczenia”, choć niezbyt skomplikowany treścią, pokazuje piękno słów Irvinga. Jego kunszt i to, jak rozumie kobiety, snując opowieść o codzienności gospodyni w kolegium dla młodych panien.



„Tyrada Brennbara” daje nam za to ciekawy wykład o tolerancji i ludzkich korelacjach. Wydaje się wprawdzie jakby opowieść ta stanowiła rozdział jakiejś powieści, ale niczego jej to nie ujmuje, a jakość tekstu nie odbiega od reszty.



Na czoło wysuwają się jednak dwa kolejne opowiadania, „Cudze sny”, o człowieku, który snów nie posiadając, zaczął śnić to, co było marzeniami sennymi innych ludzi - wbrew pozorom, poza analizą samego człowieka, Irving serwuje nam tu rozłożenie na czynniki pierwsze zdrady męża; oraz „Pensjonat Grillpartzer”. Ten drugi znamy ze „Świata według Garpa”, nadal jednak robi wielkie wrażenie. Tak wyglądałoby „Lśnienie”, gdyby King był wielkim literatem, a nie wyrobnikiem. I gdyby przesiąkło ono wielką dawką sentymentalizmu, którego Irving na szczęście się nie boi.



Zbiór zamyka zaś „Król powieści”, Irvingowska biografia Dickensa i analiza jego twórczości, pełna trafnych spostrzeżeń odnośnie samej czytelniczej braci i zmian literackiej mody.



Każdy tekst jest świetny, rewelacyjnie napisany i nie stanowi jedynie rozrywki, oferując głębię i drugie dno. Niestety z jakiegoś powodu Prószyński Media wydało ten zbiór niepełny. Oryginał bowiem podzielony jest na trzy sekcje: „Memoirs”, „Fiction” i „Homage”, składające się razem z dwunastu tekstów. Znalazła się tu więc wydana samodzielnie „Wymyślona dziewczyna”, oraz „My Dinner at the Whitehouse”, „An Introduction to A Christmas Carol" i „Gunter Grass: King of the Toy Merchants". Czemu nie wydano ich w Polsce? Nie mam pojęcia, ale wydawca powinien się wstydzić. Cieszyć się można, że wszystkie historie z części „Fiction” znalazły się w „Ratować Prośka”, ale niesmak i tak pozostaje.



Zbiór jednak polecam i to bardzo. Niestety nie mogę zrobić inaczej, jak zmniejszyć ocenę za takie (ocenzurowano) praktyki wydawnicze. I tak oto ratowanie Prośka staje się dla czytelnika próbą ratowania samego Irvinga, niestety skazaną z góry na porażkę, bo innego jak okrojonego wydania niestety nie dostaniemy w naszym rodzimym języku.

sobota, 25 kwietnia 2015

Kłamca. Papież sztuk - Jakub Ćwiek




O BOGOWIE!



Właśnie mija 10 lat od powstania pierwszego „Kłamcy”, więc nie mogło obejść się bez jubileuszowego tomu jego przygód. Loki, bóg kłamstwa, oprócz czterech książek, zagościł też w innych mediach, oferując komiks o swoich przygodach czy grę karcianą. Teraz natomiast to z mediami właśnie przyjdzie mu się zmierzyć, a dokładniej bogiem popkultury, który panuje nawet nad treścią książki!



Brzmi szalenie? I takie właśnie jest! A to tylko początek szaleństwa, jakie serwuje powieść.



Marcus Lester jest aktorem grającym w niezwykle popularnym serialu traktującym o aniołach i pradawnych bogach. Kiedy fan dopuszcza się zamachu, Marcus zamiast zginąć, staje się bogiem Dezyderiuszem Craine’em. Bóstwem popkultury, które całe swoje działania podporządkowuje powtarzaniu schematów filmowo-książkowych, umacniając swoją boskość. Oczywiście jego poczynania są solą w oku aniołom. Do walki z nim staje nie kto inny, jak sam Loki, nordycki bóg kłamstwa, który – tak się złożyło – jest odpowiedzialny za powstanie Dezyderiusza…



Tyle w kwestii fabuły. Akcja „Papieża…” toczy się pomiędzy opowiadaniami z tomu drugiego, bezpośrednio po tomie 2.5 „Machinomachia” a przed historią, „Słudzy Metatrona”. Nie treść jest jednak w tym wypadku sprawą kluczową, a forma. Może i dziwne jest to podejście, ale sednem całej rozrywki jest w tym wypadku zabawa różnymi formami wyrazu. Przede wszystkim otrzymujemy tutaj powieść, wystarczy przekartkować jednak tom,  by zauważyć ponad dwadzieścia stron komiksu ulokowanego pomiędzy słowem pisanym, a dokładniejsze spojrzenie oferuje kolejne niespodzianki. W pewnym momencie czytelnik dociera bowiem do miejsca, w którym będzie mógł wybrać czy chce bezpośrednio kontynuować lekturę, czy włączyć w tym momencie scenę dodatkową, dalej zaś czeka go wybór drogi, jaką pójdzie dalej czytanie. Na dodatek nawet zwykłe ilustracje, w odróżnieniu od innych publikacji, nie mają na celu stanowić dodatkowej atrakcji, a są integralną częścią fabuły.



Na deser zaś fani otrzymują, moim skromnym zdaniem, najlepszą część książki, czyli historię genezy cyklu i jego powstawania. Te kilkadziesiąt stron pozwala bowiem spojrzeć na proces twórczy, inspiracje i wiele innych aspektów, które naprawdę wciągają i intrygują.



Całość natomiast to czysto rozrywkowa i nic ponad to lektura, lekko napisana, ostra językowo, podlana humorem i przemocą. Jednym słowem: fani cyklu się nie zawiodą.



A ja składam serdeczne podziękowania wydawnictwu SQN za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

piątek, 24 kwietnia 2015

Felix, Net i Nika oraz Teoretycznie Możliwa Katastrofa (2012)




KOMPRESJA



Kiedy czytelnik zagłębia się w cykl powieści, które mu się podobają, naturalną koleją rzeczy jest, że chce zobaczyć ekranizację, jeśli takowa istnieje. Dziwne to zjawisko, bo przecież niczego nowego się nie dowie, a adaptacje prawie zawsze gorsze są od oryginału, ale człowiek to przecież istota wzrokowa i chce na własne oczy zobaczyć to, co dotychczas musiał sobie wyobrażać. Ja kończąc czytać 13-tomowy - póki co - cykl Felix, Net i Nika, po prostu musiałem obejrzeć jego filmową wersję. Nie dość, że oferował możliwość urealnienia fikcyjnych postaci, to jeszcze stanowił dość spore mimo wszystko wydarzenie w polskim kinie. Bo kiedy ostatnio mieliśmy nie dość, że ekranizację książki innej niż doprowadzające do mdłości romanse, komedie, które żenują zamiast śmieszyć i tradycyjne kino historyczno-wojenne, na które już nie mogę patrzeć, to jeszcze powieści SF? Oczekiwania były tak duże, jak spodziewane było rozczarowanie. I choć tragedii nie ma, trudno powiedzieć, by niesmak jaki zostawił przed latu „Wiedźmin” został zmazany.



Fabuła, wierna literze oryginału, prezentuje nam losy trójki tytułowych bohaterów, gimnazjalistów, którzy muszą stawić czoła nazistowskiej zagadce i wielkiej przygodzie, niosącej wiele niebezpieczeństw…



Pomysł niezły i wykonanie także nie przeraża. Efekty specjalne, jak na polskie kino, stoją na nienajgorszym poziomie, zdjęcia nie rażą w oczy… Muzyka, choć ciągle atakuje jedynym motywem, kojarzącym się z „Kometą nad Doliną Muminków” (zresztą początkowe sceny nad morzem są jakby żywcem wyjęte z tego filmu), nie odstrasza. Schody zaczynają się jednak w momencie poznania aktorów. Główna trójka nie umie grać i nijak nie pasuje do Felixa, Neta i Niki. Net jeszcze dialogami ratuje całość, wyglądem niestety nie, a płaczliwy Felix dobija, tak jak drewniana Nika. Dalszy plan, choć warsztatowo lepszy, jest koszmarnie niedobrany. Wystarczy wspomnieć Butlera, który w książce ma dłuższe, tłuste włosy i jest normalnego wzrostu i rozmiaru, w filmie zaś gra go niski, łysy i gruby aktor, a nie jest to jedyny przykład.



Drugim zarzutem jest kompresja. Książka była grubym tomiszczem, więc fabułę musiano ścisnąć, ale czasem ścisk ten uwiera widza. Ze względów budżetowych pozbyto się także kilku scen, które chciałem zobaczyć. A na dodatek, choć film w kinach był prawie 3 lata temu, o dnia dzisiejszego nie doczekał się wydania DVD.



Jak widać polskie kino nadal tkwi gdzieś na poziomie mulistego dna i nieliczne przebłyski nie są w stanie go ocalić. FNiN nie jest wyjątkiem, na szczęście da się go obejrzeć, a w sobie odnaleźć sentyment do czasów , kiedy pasjami oglądało się „WOW”, „Tajemnicę Sagali”, „Gwiezdnego Pirata” czy „Słoneczną włócznię”, bądź „Szatana z siódmej klasy”. Fani cyklu obejrzeć powinni, nie mniej szkoda, że zekranizowano najpierw tom drugi, a nie pierwszy, którego scenariusz został doceniony i nagrodzony.

środa, 22 kwietnia 2015

Felix Net i Nika oraz Sekret Czerwonej Hańczy - Rafał Kosik




FELIX, NET I NIKA ORAZ… JEDEN Z NAJLEPSZYCH TOMÓW SERII



Fakt, że coraz piszę odnośnie kolejnych tomów, że są jednymi z najlepszych w serii, może już nieco nużyć, ale takie są fakty. Coraz bowiem Kosik zaskakuje mnie do tego stopnia, że po prostu muszę to zauważyć. A tym razem przeszedł nawet samego siebie, serwując książkę, która – w tej jak równej poziomem i wysoką jakością serii – wybija się ponad większość części.



Wielkimi krokami zbliża się koniec nauki w drugiej klasie gimnazjum. Z tej okazji bohaterowie w nagrodę wybrać się mają na wycieczką nad jezioro Czerwona Hańcza. Felix, Net i Nika oczywiście nie mogą tak po prostu cieszyć się wyjazdem. Nie byliby sobą, gdyby nie zamienili go w wielką przygodę, a okazja ku temu jest wcale nie mała – o jeziorze krążą bowiem legendy roztaczające wizje skarbu ukrytego na jego dnie. Skarbu, którego strzeże sam Diabeł…



Kiedy Kosik zaczynał serię, nawet on nie mógł spodziewać się takiego jej sukcesu. W planach były mniej więcej trzy tomy, dlatego też pierwsza książka z serii obejmowała niemal cały pierwszy rok gimnazjalnej nauki. Akcja drugiego toczyła się w trakcie wakacji, pozostałe zaś –dziesięć części (jeśli wliczyć zbiór opowiadań, który rozgrywał się w przeciągu najróżniejszych momentów całego cyklu) – opowiadały o czasach drugiego roku nauki. Teraz czas ten dobiega końca, a wraz z nim wiele zmian. Pojawiają się nowe postacie, z niektórymi zaś musimy się pożegnać i to wcale nie z bohaterami z odległego planu!



Akcja całej powieści przebiega zaś dwuczęściowo i dwutorowo zarazem. Pierwsza jej część pokazuje przygotowania do wycieczki, połączone ze zmaganiami z przyjazdem uczniów z zagranicznej wymiany. Druga zaś przenosi nas nad samą Czerwoną Hańczę. Net zmuszony zostać na dwa dni w mieście nie może towarzyszyć kolegom. Ci zaś szybko odrywają, że w wyniku cięć budżetowych, ich wycieczka daleka jest od tego, co było obiecane. Odcięci od świata, pozbawiony kontaktu z bliskimi starają się rozwikłać zagadkę – wszystko wskazuje bowiem na to, że ich koleżanka z klasy zaginęła. Niczego nieświadomy Net nawiązuje przez ten czas nową znajomość, Felix natomiast, w wyniku kryzysu w związku, zaczyna odczuwać coś więcej do… nie, tego Wam nie zdradzę, to musicie po prostu przeczytać!



Oczywiście to tylko część wątków, które serwuje nam autor, nie brak tu przecież tajemniczego szefa i jego pracownicy, powrotu jednej z najbardziej znienawidzonych bohaterek, a także wielu innych rzeczy, które sprawiają, że od „Czerwonej Hańczy” nie sposób się oderwać! Multum humoru, masa akcji, emocje i uczucia dosłownie wylewają się  kart powieści, czyniąc ją po prostu znakomitą. I choć tom wcale cienki nie jest, 500 stron to niemało przecież, aż szkoda, że kończy się tak szybko.



Ja, mając już za sobą 13 tomów, notes i e-book (tom 13 przeczytałem przy okazji premiery), mogę rzec, że nie żałuję ani chwili spędzonej z Felixem, Netem i Niką. Znakomita to seria, a fakt, że młodsi czytelnicy tak ją pokochali, nastraja optymistycznie, bowiem wtórny analfabetyzm może jednak nam nie grozi. Dlatego polecam ją Waszej uwadze, a wydawnictwu Powergraph dziękuję za udostępnienie książki do recenzji.

Sztukoterapia - Art Déco. 100 antystresowych kolorowanek




POCZUĆ SIĘ MISTRZEM



Poznajcie art Nouveau i art déco, dwa style, które należały do najważniejszych w wieku XX. Art nouveau zwany inaczej Secesją starał się dążyć do jedności najróżniejszych dziedzin sztuki, art déco, wywodząc się bezpośrednio z niej właśnie, stanowiąc niejako odpowiedź na jej założenia i bunt przeciw jej zasadom, hołdował dekoracjom. Dwa przeciwne bieguny czy może dwa uzupełniające się składniki? Dzięki nowej modzie na naszym rynku – modzie antystresowych kolorowanek przeznaczonych dla dorosłych – która do Polski przybyła wprost z kraju sztuk wszelakich, Francji, teraz każdy może poznać te style, a przede wszystkim odprężyć się w inteligentny sposób. I poczuć jak mistrz.



Czym jednak różnią się te kolorowanki od tych, które w dzieciństwie każdy z nas z pasją zapełniał pociągnięciami kredek bądź flamastrów? Przede wszystkim precyzją i stopniem skomplikowania. Szczegółowe, piękne ilustracje, które czytelnik ma oblec w paletę barw, wymagają prawdziwego zaangażowania. Od dzieł witrażowych i motywów, przez kafelki i posadzki, po dzieła wielkich mistrzów, jak Alfons Mucha czy Paul Klimt. Książka zabiera czytelnika/kolorystę w podróż przez sto ilustracji a zarazem przez olbrzymią paletę przykładów zastosowania obu nurtów w praktyce.



Poza wartością relaksacyjną, publikacja niesie także ze sobą niezaprzeczalną wartość poznawczą, utrwalając zasady rządzące poszczególnymi stylami bardziej, niż wszelkie podręczniki, a przy tym nie epatując przecież żadnymi pisanymi formułkami. Sztuka przede wszystkim trafiać ma do serca, nie do umysłu obcującego z nią – czas na refleksje przychodzi potem, a tych i w tym wypadku nie zabraknie.



Oczywiście omawiając „Sztukoterapię…” nie można nie wspomnieć o jakości wydania. Gruby papier doskonale spełnia swoje zadanie, twarda oprawa zaś chroni nasze artystyczne osiągnięcia. Wystarczy tylko wziąć do ręki kredki, otworzyć kolorowankę i dać się ponieść wyobraźni. Ale uwaga! Rzecz wciąga, a każdy rysunek to zabawa na długie godziny.



Dlatego, jeśli interesuje Was sztuka i chcecie zapewnić sobie rozrywkę na wiele dni, zapoznajcie się z tą nową modą. Polecam, a wydawnictwu Egmont składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.



Poniżej przykłady dwóch ilustracji z książki, zaczerpnięte ze strony wydawcy:



wtorek, 21 kwietnia 2015

Jupiter's Circle # 1 - Mark Millar, Wilfredo Torres




KRĄG JOWISZA



„Oto cmentarz dla największych ziemskich bohaterów. A oto ich przygody”.



Takimi oto słowami Millar zaczyna nową serię komiksową, prequel dla rewelacyjnego „Jupiter’s Legacy”. Serię, której tagline brzmi – „Nawet wasi rodzice kiedyś byli młodzi”. Cel – pokazać zgorzkniałych teraz herosów w czasach, kiedy byli młodzi i pełni ideałów. Metoda – tradycyjne kontrowersje. Jakie? Czytajcie dalej!



Rok 1959. Blue Bolt to superbohater, jeden z wielu, którym Wyspa nadała moc. Jego codzienność to walki z tymi złymi, jak choćby kosmiczne zagrożenie – które tylko pozornie zagrożeniem jest (skąd w końcu mamy wiedzieć, skoro obcej cywilizacji nie rozumiemy? Choć w tym wypadku słowo „cywilizacja” to duża nadinterpretacja) – ale także trudne życie w czasach braku tolerancji. Blue Bolt jest w końcu gejem, pozostającym w stałym związku z innym herosem…



Każdy kolejny komiks Millara wydaje się być dużym wydarzeniem. Autor robi bowiem tylko to, co naprawdę czuje. Jeśli sięga do serii mainstreamowych, co rzadko mu się zdarza, to jedynie na kilka zeszytów. Serii autorskich także nie rozwleka w nieskończoność, pomimo popularności. Zachowuje przy tym podejście, że nie chce tylko serwować rozrywki, a głębszą treść, i tej głębi nie brak także tutaj. I stałego odbrązawiania bohaterów. W „Circle…” bohaterowie znów unurzani są w brudzie. Homoseksualne zabawy w parku, ucieczki przed aresztującymi gejów policjantami, ciągłe imprezy… Polityka także daje o sobie znać, podległość rządowi i podatki nie ominą nawet nadludzi. Intrygująco komponuje się to z autentycznymi postaciami wplecionymi w akcję.



Myliłby się jednak ten, że komiks pomimo poruszanych tematów jest progejowski. Millar nie ocenia, nie potępia ani nie popiera. Pokazuje, a homoseksualizm herosów jest tu cechą istotną dla akcji.



Scenariusz nie zawodzi więc, choć do rewelacji mu daleko, niestety. Gorzej jest za to ze stroną graficzną. Miał być oldschool, wyszła nieudana kreskówka. Cartoon  dla dzieci, nie do końca pasujący do treści.



Komiks czyta się przyjemnie, a treść zmusza do refleksji, jednak jest to jeden ze słabszych komiksów Millara w ostatnich latach. Warto go poznać, ale nie jest to konieczne, choć na tle zalewu tandety, na pewno się wyróżnia.

niedziela, 19 kwietnia 2015

Wanted - Mark Millar, J.G. Jones




ŚCIGANI



Co byś zrobił, gdybyś mógł bezkarnie zabić, zgwałcić czy zniszczyć kogokolwiek by ci się tylko zachciało? Brzmi jak slogan wzięty ze „100 Naboi”? Być może, ale Millar serwuje nam komiks, który brudem, okrucieństwem i prawdziwością bije na głowę dzieło spółki Azarello/Risso.



Wesley Gibson wydaje się najnudniejszym facetem na świecie. Za sobą ma już ćwierć wieku życia, ale nie osiągnął nic. Nudna praca go tłamsi, a dziewczyna, która przestała o siebie dbać zdradza z kim popadnie – Wesley zaś, choć dobrze o tym wie, nawet związku nie potrafi zerwać. Nie ma matki, ojciec opuścił rodzinę, kiedy był mały, sam jest leniwym hipochondrykiem i maminsynkiem. Co może jeszcze dać mu życie? Wszystko zmienia się w dniu, w którym jego ojciec – płatny morderca – ginie. Wesley dziedziczy po nim pieniądze i miejsce w bractwie morderców, ale także i jego kochankę, Fox, którą w skrócie można nazwać psychopatką. I nimfomanką. Relacja z nią jest dla Wesleya jak spotkanie z Czarną Wdową. I powoli staje się taki, jaki skrycie chciał być…



Gibson to kolejny antybohater Millara, którego nie sposób nie lubić. Millar, człowiek swoją drogą naprawdę sympatyczny – udało mi się wymienić z nim ledwie kilka słów, ale to po prostu czuć – fascynuje się ciemną stroną naszej natury. Wesley nie jest więc miły i przyjemny. Wyglądający jak Eminem z nutą afro na głowie (swoją droga wygląd Fox to kopia Halle Berry z „Catwoman”, z mocą odniesień do filmu), gwałci, morduje i posuwa się do coraz gorszych czynów. Pranie mózgu, które poznajemy na stronach komiksu, tak naprawdę daje mu jedynie pretekst, a nie jest czynnikiem decydującym. Natury nie da się oszukać, ale można oszukiwać siebie.



Świat „Wanted” to także świat daleki od tego, co widzimy na co dzień w komiksach. Herosi wymordowani przez Bractwo? Pewnie! Kolejne alter światy wyniszczane przez naszych bohaterów? Jak najbardziej. Ale ponad to wszystko wybij się pytanie kto zabił ojca Gibsona i dlaczego. Czy jego przeszłość mordercy to jedyny powód?



Strona graficzna współgra ze scenariuszem, choć mogłaby być lepsza. Rysunki na szczęście dalekie są od fajerwerków, jakimi raczą nas komputery, i choćby dlatego warto je docenić.



Komiks doczekał się ekranizacji, ale film z Jolie i całą resztą to jakaś pomyłka. Ani klimatu, ani akcji, ani wszystkiego tego, co zachwyca w komiksie. „Ścigani” to graphic novel pełna głębi i prawdziwości, ukrytych pod płaszczem krwawej akcji i fantastyki, pomieszanych z odniesieniami do najważniejszych historii komiksowych wszechczasów. Ostra jak brzytwa, cięta językowo, dosadna w przemocy, brutalna, ale przez to oddziaływująca silniej na czytelnika.



Polecam!

piątek, 17 kwietnia 2015

Felix, Net i Nika oraz Koszmarna Podróż - Rafał Kosik




FELIX, NET I NIKA



Wszyscy wyjechali już na szkolną wycieczkę nad Czerwoną Hańczę, tylko nie Net. Wszystko przez znienawidzonego profesora Eftepa „speca” od informatyki, u którego musi poprawić test. Gdy sytuacja się wreszcie rozwiązuje, Net wyrusza w podróż by dołączyć do przyjaciół. Niestety, w jego wykonaniu nawet jazda pociągiem pełna jest nieoczekiwanych problemów...



Felix, Net i Nika ale bez Felixa i Niki. Kosik powraca do swoich (i nie tylko) ulubionych bohaterów e-bookiem stanowiącym wstęp do dwunastej książki cyklu „Sekret Czerwonej Hańczy”. I znów prezentuje nam tradycyjnie wysoki poziom, serwując znakomite pomysły, przygodę i humor. Sam brak dwóch trzecich głównych bohaterów nie przeszkadza bowiem w najmniejszym stopniu, a Net z energią udowadnia czytelnikom, że nawet z jedną trzecią superpaczki nie warto jest zadzierać.



Poza tym całość bardzo przyjemnie nastraja do tomu 12, „Sekretu Czerwonej Hańczy”, pobudzając apetyt niczym dobra przystawka, smakowite amuse-bouche zaserwowane przed daniem głównym. Kulinarne porównania nie bez przyczyny znajdują się w tej recenzji, w końcu Net to żarłok jakich mało i wymyślne dania, poza tym, że mu się marzą, wpędzają go także w kłopoty. Jak sobie poradzi, przeczytajcie sami.



Na deser Kosik serwuje nam jeszcze dwa fragmenty kolejnych książek, Amelia i Kuba, Kuba i Amelia.



Całość natomiast smakuje wyśmienicie i nie mogę zrobić nic innego, jak polecić Wam ten e-book i całą serię oczywiście.

czwartek, 16 kwietnia 2015

Felix, Net i Nika oraz Nadprogramowe Historie - Rafał Kosik




MŁODZIEŻOWE Z ARCHIWUM X



Kosik poza serią Felix, Net i Nika, najbardziej znany jest ze swoich opowiadań, które publikowały najważniejsze magazyny dotyczące fantastyki w Polsce. Krótkich form nie mogło więc zabraknąć także we FNiN. Opowiadania stanowiące pomosty pomiędzy poszczególnymi tomami czy dopełniające ich akcję, ukazywały się już od samego początku istnienia cyklu a to jako darmowe e-booki, a to znowu w „Fantastyce”. Wreszcie zaś zostały zebrane - i uzupełnione o zupełnie nowe - w tomie „Nadprogramowe Historie”. Tomie, który stanowi naprawdę ciekawa podróż do świata trójki niezwykłych gimnazjalistów – świata, można go chyba tak nazwać, „Z archiwum X” dla młodszych czytelników. Chcecie ją odbyć? A więc zapraszam.



Pierwszym przystankiem na tej trasie jest tekst, którego akcja dzieje się bezpośrednio po „Gangu Niewidzialnych Ludzi” – „Tajemnica Kredokrada”. Felix, Net i Nika zmierzyć się w nim muszą z serią podpaleń śmietników w szkolnych klasach oraz masową kradzieżą kredy… Opowiadanko, choć przewidywalne odnośnie „tożsamości” kredokrada, czyta się bardzo przyjemnie i z dużym zaciekawieniem, a tekst utrzymany jest mocno w klimacie tomu pierwszego.



Drugie opowiadanie, „Metoda Sześciopalczastego”, serwuje za to czytelnikom rasowy horror – i to jeden z najlepszych w całym cyklu. Oto trójka bohaterów wracając z wakacji, jakie przeżyli w tomie „Teoretycznie możliwa katastrofa” trafia do wsi Wlony. Dziwna jest to miejscowość, odkryta dopiero niedawno, gdzie ludzie żyli od wieków nie mając pojęcia o świecie zewnętrznym. Kiedy jednym z turystów ginie kot, a ulewa odcina wieś od świata, Felix, Net i Nika odkryć muszą co takiego dzieje się we Wlonach…

Świetny klimat, świetna zagadka i mnóstwo dobrej zabawy z solidną porcją humoru. Czyta się rewelacyjnie, a strony same się przewracają!



Podobnie jest w „Bardzo sennej rybie”, dziejącej się w trakcie „Pałacu snów”. Bohaterowie trafiają tu do snu rządzonego przez złotą rybkę, która… żąda od nich spełnienia trzech życzeń! Zabawa przednia a humor do łez! Szczególnie w części o śnie Cabana, psa Felixa (karma z niepasteryzowanych kotów mnie rozbroiła!).



Humorystyczna zabawa trwa w „Ściemie Smoczysława”, której akcja toczy się podczas tomu 4, tuż po konkursie. Pomimo przegranej klasa druga a udaje się na wycieczkę do muzeum gazownictwa, ale w trakcie dochodzi do katastrofy… Jak zwykle Kosik łącząc dramatyczne zdarzenia z nieokiełznanym humorem, oferuje nam historię, od której nie można się oderwać. I przestać śmiać.



Po „Ściemie…” następuje tekst wcześniej nieznany, mini powieść rozgrywająca się podczas pierwszego tomu „Świata zero”. Tu bohaterowie trafiają do świata, gdzie czas, zdaje się, zatrzymał w średniowieczu. Uznani za obiecanych wysłanników, którzy mają obalić tyrana, wplątują się w kolejne kłopoty.

„Romantyczny Interdyscyplinarny Projekt”, kolejny nieznany wcześniej tekst, prezentuje nam natomiast zgoła odmienne klimaty. Oto dyrektor Stokrotka, kontynuując zmiany zapoczątkowane w tomie „Bunt maszyn”, wpada na kolejny pomysł: chce by jeden dzień nauki był ciągiem jednego tematu. A że jest luty i bliskość walentynek, klasa druga a ma zająć się czymś romantycznym. Jak jednak połączyć miłość z fizyką albo WF-em prowadzonym przez prawdziwego despotę? Jednym słowem: dużo dobrej zabawy gwarantowane!



„Priorytet zero” natomiast, dla odmiany nie skupia się na Felixie, Necie i Nice tylko na postaci agenta Mamrota. Teraz czytelnicy poznać mogą dzień z życia tajemniczego mężczyzny, kiedy ten przygotowuje się do przesłuchania naszych bohaterów, gdy ci odkryli trzecią bazę z Wunrungiem, jego żonę, dzieci i… paradoksy podróży w czasie.

Świetny tekst rozbudowujący książkowy świat i zapewniający nowe, świeże spojrzenie na postacie.



Ostatnim przystankiem na naszej drodze stanowi opowiadanie znane czytelnikom z nr 1/2012 „Nowej Fantastyki”, nie przez przypadek zostawione na koniec zbioru. W „Wędrujących samogłoskach” bowiem przenosimy się w przyszłość znaną nam z „Teoretycznie możliwej katastrofy”, gdzie obserwujemy dążenia bohaterów do czegoś, co nastąpić ma za 6 godzin. Historia to dla nieco starszych czytelników, ale w końcu seria też dorasta, nadal jednak trzymając poziom i zaskakując, oferując mnóstwo zabawy i świetnych pomysłów.



Podsumowując, FNiN, pomimo faktu, że to już 11 tom i od zapoczątkowania serii minęło 9 lat, nie zwalnia tempa i niezmiennie oferuje czytelnikom znakomitą rozrywkę pełną nauki poprzez zabawę i niesamowitych wizji. Trzyma przy tym wysoki poziom i ani trochę nie nuży. Dlatego po prostu znów polecam ją Waszej uwadze – niezależnie od Waszego wieku – a wydawnictwu Powergraph składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.



Tu zaś okładki wersji e-book pierwszych czterech opowiadań:

niedziela, 12 kwietnia 2015

The Catcher in the Rye - Chuck Palahniuk


DOCHODZENIE



Pamiętacie film Woodyego Alena, „Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o seksie, ale boicie się zapytać”? Była tam tak scena, w której Woody, przebrany za wielkiego plemnika, snuje rozważania o losie spermy, bowiem plotki o lateksowych murach, o które głowy rozbili jego towarzysze jest chyba czymś więcej niż tylko plotką. Czemu wspominam o tym teraz? Bowiem ten tekst Palahniuka – trudny do zaklasyfikowania felieton to czy opowiadanie – zabiera nas na wykład o losie spermy i ludzkim orgazmie właśnie. i robi to w sposób , jakiego się można po nim spodziewać. Gorzki, odważny, szokujący, ale przede wszystkim mocno prawdziwy i dosadny – nie przypadkiem tytuł nawiązuje do „Buszującego w zbożu”.



Bohaterem-narratorem „Catchera…” jest pisarz nie-gej (w domyśle sam Palahniuk), którego poznajemy w momencie wykonywania fellatio na poznanym mężczyźnie. „Nie mogę pozbyć się z ust smaku jego spermy” – mówi bohater i słowa te determinują cały tekst. Dokonując oralnego aktu bohater snuje własne rozważania co do losów plemników. Prezerwatywy, wytryski w niewłaściwe otwory, dochodzenie na ubranie, w chusteczkę… Nawet dotarcie do komórki jajowej nie gwarantuje sukcesu – aborcja w końcu dostępna jest na wyciągnięcie ręki.



Druga część tekstu to natomiast rozważania na temat samego orgazmu. Orgazmu jako magii i czegoś najpiękniejszego, co tylko zdarzyć się może. Czegoś tak pierwotnego, że pozwala ujrzeć człowieka takiego, jakim jest – bez otoczki konwenansów i całego brzemienia świata.



Orgazm jako prawda – i jako raj. Koncepcja nie nowa, ale koncepcja zawsze wykorzystywana – że tak to ujmę – propagandowo. Palahniuk natomiast zdecydował się użyć jej do tego, co wychodzi mu najlepiej: satyry. Satyry na konsumpcjonizm, ale także hedonizm. Na społeczeństwo ludzi, dla których asceza polega na odrzuceniu czystości, a skromny ubiór oznacza tyle, co jak najmniej ubrania na sobie. Gorzki to tekst, trudny do sklasyfikowania, ale ważny i wart przeczytania. Rewelacyjnie przy tym napisany, mistrzowsko operujący tym, co w stylistyce Palahniuka jest najważniejsze. A co istotne, dostępny za darmo na stronie autora (http://chuckpalahniuk.net/discuss/the-catcher-in-the-rye-by-chuck-palahniuk-in-2015) .



Jeśli więc znacie angielski, nie wahajcie się. Ja jestem usatysfakcjonowany, a także – jak to bywało po lekturze najlepszych dzieł autora – czuję się rozłożony na czynniki pierwsze i zanalizowany, a posmaku tekstu nie mogę pozbyć się tak samo, jak pozbyć smaku spermy nie mógł się bohater.



Polecam!

piątek, 10 kwietnia 2015

Hobbit. Pustkowie Smauga. Oficjalny przewodnik po filmie - Brian Sibley





HOBBIT – ZNAKOMITEJ PODRÓŻY CIĄG DALSZY



Bilbo i krasnoludy wydostali się wraz z Gandalfem ze śmiertelnego niebezpieczeństwa, ale przed nimi wciąż daleka droga Samotnej Góry. Zanim zaś osiągną cel, muszą jeszcze przeżyć spotkanie z  Beronem i odwiedzić owianą złą sławą Mroczą Puszczę – a Gandalf nie zawsze może im towarzyszyć, zajęty swoimi, jakże tajemniczymi sprawami. Kontynuują więc epicką podróż, a my, wraz z autorem przewodnika, możemy wyruszyć wraz z nimi i dalej odkrywać rzeczy, których nie widzieliśmy na ekranie.



Pierwszy przewodnik okazał się zachwycającą książką godną polecenia każdemu fanowi Tolkiena, ale także kina. Każdemu, kto chciałby poznać tajniki powstawania superprodukcji i zakulisowe ciekawostki – niezależnie od tego, czy zna Hobbita czy też nie. Drugi utrzymał ten ton i stylistykę i zabrał czytelników na przepiękną wędrówkę bardzo bogato ilustrowaną zdjęciami z filmu i planu, szkicami poszczególnych lokacji i obrazami autorstwa ludzi, którzy zasłynęli najlepszymi ilustracjami książek Tolkiena. Wydano to wszystko oczywiście bardzo pięknie, na świetnym papierze i w znakomitej jakości druku, tak że samo patrzenie na tom sprawia przyjemność.



Co się zaś tyczy treści, oferuje ona wszystko to, na co apetyt zaostrzyła pierwsza część przewodnika. Czytelnik fan Tolkiena znajdzie tutaj dogłębną relację z powstawania filmu, pozna aktorów i postacie, otrzyma mnóstwo ciekawostek, których próżno szukać gdzie indziej, zapozna się z wywiadami z poszczególnymi członkami ekipy, odkryje tajemnice stojące za efektami specjalnymi… Trudno wymienić wszystkie aspekty, jakie mieści w sobie „Przewodnik”. Mogło to się przełożyć na chaos panujący w treści, na szczęście autor tak obeznany ze swoim rzemiosłem, jak Brian Sibley, który niewątpliwie należy do najlepszych twórców publikacji zza filmowych kulis, prowadził sobie znakomicie z ogarnięciem mnóstwa faktów.



Znakomicie kontynuuje także to, co  stanowiło wielką siłę przewodnika po pierwszej części „Hobbita”, a mianowicie jego swoistą uniwersalność. Album bowiem znów znakomicie nadaje się nawet dla ludzi, którzy Tolkiena nie znają, bądź też nie znoszą, ale interesuje ich kino i strona techniczna powstawania filmu, prezentując im wszystkie chyba aspekty towarzyszące epickiej produkcji.



Jednym słowem – super. Aż żal, że po polsku częściej nie ukazują się podobne publikacje.



Ja czytając oba „Przewodniki” znów czułem się jak dzieciak, który przed laty odkrywał Śródziemie i zapragnąłem tam powrócić. I choć filmowe „Hobbity” nie przypadły mi do gustu, książkami o nich byłem zachwycony. Dlatego polecam je Waszej uwadze, a wydawnictwu Amber składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Zrozumieć komiks - Scott McCloud




NEGATYWNA KONOTACJA



Wyobraźcie sobie formę sztuki starszej nawet niż słowo pisane, która z jakiegoś powodu jest nie tylko ignorowana, ale także – a może przede wszystkim – poniżana. Komiks, bo o nim mowa, w najstarszych swych formach, które za komiksowe można uznać, istniał już na długo przed naszą erą, nie mniej, zamiast należytego szacunku i prestiżowego miejsca w panteonie sztuki, doczekał się zepchnięcia na margines, a jego nazwa stała się synonimem braku głębi, prostoty i wielu, wielu innych inwektyw. Dlaczego? Skąd takie traktowanie obrazkowej formy wyrażania artyzmu, kiedy przecież obrazy czy nawet graffiti, zyskują uznanie?



Pytanie równie trudne, jak to brzmiące: czym w ogóle jest komiks?



A czym komiks jest? To stara się wyjaśnić autor tego dzieła, można by rzec, paradoksalnego, bowiem komiksu właśnie. Komiksu o historii, znaczeniu i w ogóle szeroko pojętej sztuce tego medium. Scott McCloud, nie tylko twórca, ale także bohater/narrator tego albumu, zaprasza nas na wykład po teorii, znaczeniu, genezie, wartości, rodzajach i masie innych składowych komiksu. Oczywiście nie robi tego w sposób akademicki, a wręcz przeciwnie. Monolog, na którym opiera się „Zrozumieć komiks” jest nie tylko profesjonalny, wyczerpujący i pięknie podany, ale nade wszystko zabawny, szczery i ujmujący. Bo czyż narysowany przecież bohater, który pyta czytelników czy go słyszą a potem zauważa, że przecież nie mogą, bo słowa są tylko farbą na papierze, albo sugerujący, że nikt nie zapyta gdzie kupił to śmieszne ubranie, które ma na sobie, nie jest kimś, do kogo z miejsca czujemy sympatię i chcemy słuchać, jak przyjaciela? Szczególnie, że to co ma do powiedzenia, nie tylko fanom i teoretykom powieści graficznych wyda się fascynujące. W końcu  McCloud nie ogranicza się tylko do komiksów amerykańskich, oferując nam spojrzenie także na bliższe nam europejskie, mangę, a nawet malarstwo i inne przejawy sztyki szeroko akceptowanej, jako coś wyższego.



Druga strona tego albumu to oczywiście strona graficzna. Strona, która sprawia, że zwyczajna treść zaprezentowana za pomocą słów, staje się komiksem. Ta zaś w tym albumie jest prosta, ale szczegółowa. Celowo cartoonowa, żeby umożliwić czytelnikowi identyfikację z narratorem, a zarazem kiedy tego trzeba, perfekcyjnie realistyczna. McCloud oferuje nam pełen wachlarz swoich umiejętności – od różnych własnych stylów (tak czarnobiałych, jak i kolorowych) po reprodukcje rysunków innych autorów, tak doskonałe, że trudno byłoby je odróżnić od pierwowzorów. Całość natomiast jest tak wysmakowana i doskonale dobrana do treści, że nie sposób znaleźć żadnego zmarnowanego kadru!



„Zrozumieć komiks” w Stanach ukazał się w roku 1993, ale przez te 22 lata nie powstało dzieło równie dogłębne, wyczerpujące i wielkie. Wielkie właśnie, genialne. Lepszych słów na nie nie znajduję.  Tak dobrego komiksu nie czytałem od wielu, wielu lat – aż chciałem się nim delektować w trakcie lektury i przedłużać jej trwanie. Poza tym to jeden z najlepszych albumów graficznych, jakie w ogóle trafiły w moje ręce, a przewinęło się ich setki; album, który na półce mogę z dumą postawić obok „Strażników” Alana Moore’a uznawanych powszechnie za najlepszy amerykański komiks w historii. Po przeczytaniu zostają natomiast refleksje i niedosyt. Ponad 200 stron a jednak niedosyt. Pozostaje więc mieć nadzieję, że w naszym kraju ukażą się dwie kontynuacje tego (nagrodzonego Hugo za rok ’94 dla Najlepszej Książki Faktu, Eisnerem i dwoma nagrodami Harvey) komiksu: „Reinventing Comics” i „Making Comics” - i że dzieła takie jak to, zmienią w końcu postrzeganie komiksu. Że termin ten przestanie wreszcie mieć negatywną konotację i zdobędzie należyte uznanie.



A wydawnictwu „Kultura Gniewu” składam serdeczne podziękowania za wydanie go po polsku (swoją drogą w rewelacyjnym przekładzie, ukłon dla tłumacza!) i udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

czwartek, 9 kwietnia 2015

Battling Boy - Paul Pope, Hilary Sycamore




WALECZNY CHŁOPIEC



Paul Pope to jeden z najlepszych i najbardziej oryginalnych autorów amerykańskich, niestety w Polsce, poza drobnymi wyjątkami (choćby w Batmanie) prawie nieznany. Teraz może się to zmienić. Kultura Gniewu wydała właśnie jeden z jego najnowszych przebojów, „Battling Boy” i jest szansa, że ten scenarzysta i rysownik w jednym, na dłużej zagości w naszym kraju.



Co się zaś tyczy samego „Battling Boya” jest to historia dwunastoletniego półboga, który zostaje wysłany na Wyprawę do alternatywnego dla nas świat – bogowie mają już dość dosłownie przepełniania naszej Ziemi wszelkiej maści herosami, dlatego przyda się taka odmiana – i trafia do Arcopolis. Arcopolis to miejsce nadzwyczaj dziwaczne. Potwory niczym z koszmarnych snów to codzienność tutejszych mieszkańców, którzy drżą o los swoich dzieci, tak często przez potwory porywanych. Niegdyś chronił ich Haggard West, superbohater w dawnym stylu, zginął jednak. Teraz cała nadzieja w Battling Boyu, który uzbrojony jest w walizkę pełną… koszulek. Nie są to jednak zwykłe koszulki, każda  bowiem wyposaża go w odmienną supermoc…



Jak widać, w „BB” Pope postanowił nie tylko odświeżyć nieco wizerunek superbohaterstwa, ale połączył także iście europejską stylistykę z typowo amerykańską akcją. Najważniejsza jest tu jednak nie fabuła, a – przynajmniej takie jest moje wrażenie – klimat całości. Klimat zaś przypomina mi dzieła Burtona ale także kino nowej przygody. Ten realizm magiczny filmów z lat 80 i jakby echa „Niekończącej się opowieści”, z mieszanką mitologii i komiksów złotej ery Marvela w tle. Coś na kształt połączenia oldschoolu z nową szkołą – choć na początku albumu przecież następuje symboliczna zmiana warty herosów.



Strona graficzna „BB” to Pope charakterystyczny, ale także i zarazem bardziej poprawny niż choćby w „Year 100”. Pamiętam, że kiedy pierwszy raz przed laty czytałem „Złamany nos” tego autora miałem mieszane uczucia, tutaj do stylu rysowania takich uczuć już nie mam. Plansze urzekają, postacie wyglądają świetnie, skromne tło zaś daje możliwości koloryście, a ten (ta?) wykorzystuje je znakomicie, oferując prostą, ale o ile piękniejszą, niż obecne fajerwerki, których w komiksach głównonurtowych jest aż za dużo, paletę barw.



Świetne jest także polskie wydanie, staranne, znakomite jakościowo. Pole Pope znakomicie debiutuje pełnoalbumowo (że tak się wyrażę) na naszym rynku i mam tylko nadzieję, że to dopiero początek. W końcu w Stanach wyszedł niedawno prequel „Battling Boya”, „The Rise of Aurora West”, a przecież sam „BB” nie jest utworem w pełni zamkniętym, a największe dzieło autora, „Batman: Year 100”, za które zdobył trzy nagrody Willa Eisnera – najważniejsze wyróżnienia w świecie komiksowym – także nie doczekało się polskojęzycznego wydania. Pole do popisu jest duże – co przyniesie przyszłość, zobaczymy. A póki co pozostaje nam się cieszyć znakomitym „BB”, do którego Was zachęcam, a wydawnictwu Kultura Gniewu składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Strange Years: Jesień cz. 1 - Artur Kurasiński, Michał „Śledziu”Śledziński



 DZIWNE LATA POSTAPO



11 września 2001 roku przeszedł do historii świata. Wielka tragedia, która wstrząsnęła nie tylko Stanami Zjednoczonymi, ale całą ludzkością. Co jednak gdyby zamachy na World Trade Center były jedynie zasłoną dymną przed czymś o wiele większym?

Przekonują się o tym bohaterowie, którzy żyć muszą w świecie konsekwencji po tym wydarzeniu. W świecie spustoszonym, świecie który stał się ziemią jałową. Tu zagrożenia – znane i zupełnie nie do przewidzenia – są codziennością. Ale pobrzmiewają także pytania o przeszłość – wiele kwestii ataków wciąż pozostaje w końcu bez odpowiedzi…



Kiedy patrzę na ten album – dzieło jednego z najlepszych polskich komiksiarzy – pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to stwierdzenie, że w końcu doganiamy Europę. „Strange Years” wygląda bowiem jak rasowy komiks europejski – z silnymi wpływami zachodnimi –przeznaczony dla szerokiego grona czytelniczego. Od wydania, przez rysunki po scenariusz. I bardzo dobrze, bo daje to nadzieję zainteresowania komiksem rynków zagranicznych, a album ten znakomicie nadaje się by reprezentować nas na tym forum.



Fabuła to post apokaliptyczna opowieść z pogranicza alternate history i akcji z nutą grozy i sensacji, podlanych humorem i SF. Przyjemna, wartka, ciekawa, wciągająca. Czyta się ją szybko i miło. To w końcu komiks Śledzia, a autor chyba jeszcze nigdy nie zawiódł swoich czytelników. Pomysłodawcą cyklu był wprawdzie Artur Kurasiński i jego wpływy także są widoczne, ale „Strange Years” to przede wszystkim komiks Śledzińskiego właśnie i fani znajdą tu wszystko to, czego mogą oczekiwać.



A skoro o znajdowaniu mowa, warto, a nawet trzeba, nadmienić w tym miejscu o odniesieniach, jakie czytelnik obeznany przede wszystkim z kinem, wyłapie na planszach „SY”. Już sam tytuł stanowi przecież odwołanie do cyberpunkowego hitu kinowego z 1995 roku „ Dziwne Dni - Strange Days”, fabuła zaś przypomina nam o wielu innych z nieśmiertelnym „Mad Maxem” na czele.



Strona graficzna albumu przyjemnie wpasowuje się w ten klimat, udowadniając, że Śledziu to naprawdę jeden z bardziej utalentowanych grafików w naszym kraju. Także pod względem z głową używanego komputerowego koloru.



Z połączenia wszystkich tych składowych wychodzi bardzo dobry album, stanowiący wstęp do serii, która może odnieść nie mały sukces. Czego twórcom życzę z całego serca, a wydawnictwu „Kultura Gniewu” składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

wtorek, 7 kwietnia 2015

Hobbit: Niezwykła Podróż. Oficjalny Przewodnik Po Filmie - Brian Sibley





HOBBIT: NIEZWYKŁY PRZEWODNIK



Że książka najczęściej jest lepsza od filmu, to prawda ogólnie znana. Filmowcy nie potrafią oddać tego, co w trakcie lektury czuje czytelnik. Istnieją wyjątki od tej reguły, ale są one naprawdę nieliczne. Równie nieliczne są przypadki, żeby to przewodnik po filmie był lepszy od samego filmu. A jednak! Brain Sibley stworzył album, który zachwyca bardziej niż ekranizacja debiutanckiej powieści Tolkiena, a na dodatek stanowi dzieło przeznaczone nie tylko dla fanów Śródziemia.



O ekranizacji „Hobbita” mówiono już w trakcie szaleństwa, jakie wywołało przeniesienie na kinowy ekran trylogii „Władca Pierścieni”. Każdy oczekiwał, że i to dzieło także trafi w ręce filmowców, niestety oczekiwanie dłużyło się i dłużyło, mijały lata, a filmowego „Hobbita” jak nie było, tak nie było. W końcu pojawiał się w kinach w 2012 roku, ściągając przed ekrany rzesze fanów twórczości Tolkiena, a zarazem zapełniając półki sklepowe wszelkiej maści gadżetami. W tym także i książkami. A dzięki tej fascynacji filmem na księgarskich półkach mogły się znaleźć pozycje naprawdę wartościowe, do których bez dwóch zdań zalicza się ten przewodnik.



Przewodniki po filmach nie należą na naszym rynku do pozycji często widzianych i już choćby dlatego warto docenić „Hobbita”. Ale to oczywiście byłoby za mało. Co więc sprawia, że publikacja ta, tak mnie urzekła? Piękna strona graficzna to pierwsze, co rzuca się w oczy i co wymienić trzeba – mnóstwo zdjęć, często pełnoformatowych (zarówno z samego filmu, jak i z planu), sporo grafik koncepcyjnych i wizualizacyjnych, zdjęcia aktorów – ale nie tylko na niej przecież opiera się ta publikacji. Owszem, pięknie się na to wszystko patrzy, a poszczególne fotografie pozwalają zwrócić uwagę na szczegóły, które umknęły nawet tym najbardziej uważnym widzom, ale jak jest z samą lekturą? Przewodnik to w końcu także książka, tekstu jest tu odpowiednio dużo, proporcjonalnie do grafik. Na szczęście z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że i ta strona prezentuje znakomity poziom. Zaskakująco dobry, którego nie da się omówić inaczej, jak z dwóch perspektyw – fana Tolkiena i fana kina.



Ten pierwszy przypadek czytelnika, a zarazem najważniejszy, bo stanowiący grupę docelową, w przewodniku odnajdzie to, czego oczekiwał (kulisy pracy Jacksona, ciekawostki z planu, gagi, wywiady z aktorami i twórcami etc.). Ale Sibley, i trzeba to docenić, nie skupił się tylko na zrelacjonowaniu tego, co działo się po drugiej stronie kamery. Na 168 stronach zmieścił poza oczywistymi rzeczami, fakty, które zachwycą fanów Tolkiena, wzbogacając jego mitologię o przeszłość poszczególnych krasnoludów, której nie mieliśmy w powieści. Całość doprawił jeszcze genezą powstania książkowego „Hobbita” i fascynacji Jacksona Śródziemiem, zabawnymi faktami (możecie dowiedzieć się ile ekipa zużywała… papieru toaletowego) i wieloma innymi składnikami, które pysznie komponują się w jedną, znakomitą całość.



Drugi pryzmat, przez jaki patrzę na ten przewodnik, to pryzmat fascynata kina. Filmy to moja druga pasja, dzieląca z literaturą ex aequo pierwsze miejsce, dlatego nie mogłem nie zwrócić uwagi na wartość jaką pozycja ta prezentuje dla ludzi, dla których ruchome obrazy to znacząca część życia. Rzadko bowiem na naszym rynku zdarza się okazja, by ktoś tak skrupulatnie (a zarazem przystępnie) zaprezentował kulisy pracy nad kinowym hitem, tajniki speców od każdej dziedziny - od reżyserii, przez efekty specjalne i scenografie po przygotowywanie peruk czy naukę poruszania się – a to naprawdę coś.



Trudno jest mi ogarnąć słowami ogół tej publikacji – chyba najlepiej byłoby oddać jej klimat samym tytułem Niezwykła podróż – dlatego jeśli lubicie Tolkiena, albo kino jest dla Was czymś więcej niż tylko – jak to się czasem określa – rozrywką dla analfabetów, po prostu sięgnijcie po „Przewodnik”. Jest tego naprawdę wart. A wydawnictwu Amber składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

piątek, 3 kwietnia 2015

Wesołych Świąt!!!

Felix, Net i Nika oraz Świat Zero 2. Alternauci - Rafał Kosik




FELIX, NET I NIKA ORAZ ŻYCIA ALTERNATYWNE 2



Felix, Net i Nika znajdują się właśnie w świecie, który stanowi alternatywną wersję Polski, pokazującą co by było, gdyby Druga Wojna Światowa trwała miesiąc, Hitler został uznany za zdrajcę przez własnych ludzi, a Polska podzielona między Niemcy a ZSRR. Dziwna rzeczywistość wydaje się kusząca, szczególnie, że tu rodzice Niki żyją! Ale Felix i Net nie zamierzają tu zostać, a pozwolenie przyjaciółce na życie w tej rzeczywistości może wywołać nie lada paradoks. Szczególnie, kiedy na jaw wychodzą pewne fakty…

Czy uda im się wrócić do swojego świata?

Czy ich przyjaźń przetrwa?

I kim jest tajemniczy złoty jeż?



Jubileuszowy, dziesiąty tom serii FNiN, to bezpośrednia kontynuacja rewelacyjnej historii o podróży przez światy alternatywne. Historii ukazującej czytelnikom nie tylko jak potoczyłby się losy przyjaciół, gdyby do pewnych zdarzeń nie doszło, ale także, a może przede wszystkim, prezentująca losy naszego kraju, w którym na przykład nie dochodzi do upadku komuny. Tym razem Kosik serwuje nam jeszcze więcej alternatywnej historii (Polska granicząca z Chinami? Czemu nie!), jeszcze więcej szalonych pomysłów i wszystko to, czego tylko może oczekiwać stały czytelnik.



Warto jednak bliżej przyjrzeć się faktowi przynależności książki do gatunku alternate history, bowiem tomy 9 i 10 to chyba jedyny na naszym rynku przykład tego typu literatury dla młodzieży. Druga sprawa zaś jest taka, że choć alternate history w ostatnich latach stało się niezwykle popularne, większość powieści spod tego szyldu zdaje się jedynie żerować na takiej etykietce, prezentując rzeczy niemające z tematem nic wspólnego. Kosik natomiast doskonale wypełnił warunki przynależności do tego konkretnego gatunku, nie tracąc przy tym charakterystycznych dla siebie stylistyki, wątków czy rozwiązań fabularnych, które wymykają się przewidywaniom czytelnika. Poza tym czytelnicy jego dojrzalszych utworów ze zbioru „Obywatel, który się zawiesił”, odnajdą tutaj pomysły znajome ze „Skrytogrzeszników” czy „Szczeliny”.



Najważniejszy jest jednak klimat i problemy zdawałoby się bez wyjścia, z jakimi mierzyć się muszą Kosikowi bohaterzy. Niezależnie od otoczki, niezależnie od czasów, najważniejszym ratunkiem jest tutaj przyjaźń. Przyjaźń ponad wszystko, pomimo wad i niedoskonałości nas wszystkich. Przyjaźń bohaterów, o których autentycznie się martwimy. Budowana z wyczuciem i smakiem atmosfera ciągłego zagrożenia, niepewności i braku nadziei na wyjście z sytuacji, tylko potęguje nasze odczucia względem tego, co dzieje się na kartach powieści.



Wniosek płynący z tego wszystkiego jest prosty – „Felix, Net i Nika oraz Świat Zero 2: Alternauci” to znakomite podsumowanie okrągłej dziesiątki tomów, trzymające tradycyjny, bardzo wysoki poziom i godne polecenia każdemu, kto ceni świetną zabawę, z inteligentnymi przemyśleniami, dużą dawką fantastyki i humoru. Dla mnie to smakowita mieszanka i nie żałuję ani chwili spędzonej na lekturze. A wydawnictwu Powergraph składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

czwartek, 2 kwietnia 2015

Felix, Net i Nika oraz teoretycznie możliwy notes - Rafał Kosik




PRAKTYCZNIE FAJNY NOTES



FNiN to najpopularniejsza w Polsce seria łącząca fantastykę i przygodę z literaturą młodzieżową. Kosik, człowiek płodny literacko i niezwykle pomysłowy, serwuje w niej cały wachlarz najróżniejszych motywów i tematów, od sensacyjnych napadów, przez UFO, podróże w czasie i dziwaczne eksperymenty, po światy alternatywne. Wymienić wszystkiego nie sposób, to po prostu trzeba przeczytać, bo seria naprawdę znakomicie sprawdza się w przypadku tak 7-latków jak i 107-latków, ale wspomnieć należy o dodatku do niej. I nie mówię tu o opowiadaniach, które coraz ukazywały się jako e-booki, a o miłej ciekawostce, jaką jest "Notes".



Jakie daje wrażenia?



Przede wszystkim, jak to było w przypadku "Notesu Wędrowycza", trudno jest tu mówić o stricte notesie. Owszem, miejsca do pisania jest dużo, tak w kratkę jak i w linie, całość została przyjemnie wystylizowana na zniszczone, stare papierzysko, ale na tych "czystych" stronach wiele jest fragmentów zaczerpniętych z serii, rysunków z poszczególnych tomów, streszczeń samych tomów, jak i ilustracji zupełnie nowych. Ilustracji z prywatnego archiwum autora, pokazujących maszyny rodem z klasyki SF oraz krótkie humorystyczne komiksy.



W "Notesie" znalazło się także miejsce na coś, czego nigdy nie brak w książkowej serii, a mianowicie nauki. Wiadomości z bliskich Kosikowi dziedzin wiedzy - czyli matematyki, fizyki i chemii nadają się w sam raz dla nastolatków, znajdując praktyczne zastosowanie w szkole.



Dlatego fanom serii polecam tą publikację, bo moim zdaniem warto ją posiadać na półce, postawioną obok tomów przygód Felixa, Neta i Niki.