sobota, 30 maja 2015

Księga Twardowskiego - Michał P. Lipka

COŚ ODE MNIE

 

Wreszcie mogę się pochwalić. 19 czerwca wydaję moją debiutancką powieść. Jednym słowem - udało się. Premiera w połączeniu ze spotkaniem autorskim w WOK- u, 19 oczywiście, o 19. Chętnych zapraszam!

 

Fabuła?

Mistrz Twardowski. Mag czy hochsztapler? Jaka jest o nim prawda? I jakie tajemnice skrywa? Na trop sekretów, które mogą zmienić świat wpada dwóch przyjaciół, w ręce których trafia przypadkiem księga autorstwa Twardowskiego właśnie. Zawarte w niej wskazówki prowadzą ich w różne miejsca powiatu węgrowskiego, ale czy są gotowi poznać wszystkie odpowiedzi?

 

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/258830/ksiega-twardowskiego

A tu możecie za free przeczytać kilkanaście rozdziałów http://www.gwio.pl/tag/ksiega-twardowskiego-2/

piątek, 29 maja 2015

Dopóki nie zgasną gwiazdy - Piotr Patykiewicz




NIE ZGASŁ PATYKIEWICZ



Proza postapo przeżywa w ostatnich latach prawdziwy rozkwit. Fantastyka zawsze czerpała dużo z tematyki końca świata, trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że obecnie trwa na nią pewna moda. To zaś po części zasługa „Metra 2033” i jakkolwiek nie patrzeć by na najnowsze dokonanie Patykiewicza, nie da się chyba uniknąć porównań. Na szczęście o ile „Metro…” niezłe pomysłem i stylem, treścią już rozczarowywało (z jednej strony naciągane Deus Ex Machina w tomie pierwszym, z drugiej sztampowość pomysłów w kontynuacji), o tyle „Gwiazdom…” udało się uniknąć podobnych błędów, a także infantylności.



Ich bohaterem jest szesnastoletni Kacper, któremu przyszło żyć w świecie po jego końcu. Po Upadku, jak wydarzenie to określają ocaleli. Kacper nie jest jednak spokojną duszą, schronienie w górach to dla niego za mało. Ambicja i pragnienie poznania świata, w połączeniu z poczuciem obowiązku, popycha go do wyruszenia w nieznane. Tam zaś czekają na niego najróżniejsze zagrożenia, ale także… Właśnie, czy w tym wypadku może liczyć na jakieś „ale”?



Twórczość Patykiewicza poznałem wiele lat temu, właściwie przypadkiem, czytając „Umieralnię”. Tekst był prosty, ale w dziwny sposób porywający. Znakomity klimat, świetna akcja i finałowa dynamika sekwencji – wszystko prezentowało klasyczny schemat filmowych horrorów, na których można rzec, się wychowałem. Kolejne teksty i powieści utwierdziły mnie tylko w tych uczuciach, a jak Patykiewicz pokazuje „Gwiazdami”, pisarska (czy może bardziej wydawnicza) przerwa nie zaszkodziła jego utworom.



Jakie „Gwiazdy” są, widać mniej więcej na pierwszy rzut oka. Zimne i nieprzystępne scenerie, swojskie ale bardzo arktyczne, mrok nocy, szczury wielkości psa… Taki klimat atakuje już od pierwszych stron i nie odpuszcza. Światło w ciemności? Lepiej uciekać, już śmierć jest lepszym wyjściem, niż spotkanie ze Świetlikami. Drugim aspektem powieści jest oczywiście ten, wiążący się nieodzownie z opowieścią drogi – dorastanie. Bohater nie tyle wyrusza w poszukiwaniu nieznanego, ile własnej dojrzałości. I choć wprawdzie jest to powieść z gatunku young adult, Patykiewicz nie popadł w infantylności, jakich można by się obawiać, oferując książkę poważną i dojrzałą, i lekką zarazem.



Z pomysłu, który narodził się od idei smażonych osesków, stworzył autor solidną, klimatyczną i bardzo przyjemną powieść, która nie stawia kropki nad i, oferując możliwość ciągu dalszego. I to bardzo realną, skoro ukazało się właśnie opowiadanie „Parch” dziejące się w świecie „Gwiazd”.  Miejmy nadzieję, że tak będzie, póki co zaś, możemy się cieszyć udanymi „Gwiazdami”, które Wam polecam. A wydawnictwu SQN składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

środa, 27 maja 2015

FIGHT CLUB 2 #1 - Chuck Palahniuk, Cameron Stewart




FAJNY CLUB



Narrator, teraz nazywający sam siebie per Sebastian, jest 9 lat po ślubie z Marlą. "Sebastian" wiedzie przykładne życie człowieka, jakim nigdy nie chciał być. Marla nadal uczęszcza do grup wsparcia, a ich syn posiada niebezpieczną wręcz wiedzę o środkach wybuchowych. Wkrótce dawne życie "Sebastiana" daje o sobie znać...



Rewelacja! Palahniuk powraca w formie, w jakiej dawno nie był, sięgając do czasów swojego debiutu i pisząc scenariusz komiksu, który zachwyca. Pierwszy zeszyt to wprawdzie dopiero początek, ale za to jaki. Fabuła znakomita, pomysł świetny, puszczanie oka do czytelników super (genialna jest scena, w której Tyler Durden dzwoni do... Chucka Palahniuka!). Zabawy jest co niemiara, rzut oka na zmiany jakie zaszły w światowym terroryzmie jest tu na równi zestawiony ze zmianami, jakie zaszły w tematyce historii. Nadal jest to ta sama zjadliwa satyra na konsumpcjonizm i portret pokolenia mężczyzn wychowanych bez właściwie silnych wzorców, ale Chuck dodaje do tego także rzut oka na kobiety i ich lęki.



Kreska, choć na kolana nie powala, nie odstrasza także. Przypomina wprawdzie pierwsze numery "Superior Spider-Mana", ale nie jest to zbyt duży zarzut. Owszem, nie płakałbym, gdyby stronę graficzną przygotował Alex Ross, ale i tak nie ma co sarkać.



Chyba, że na to, iż komiks kończy się tak szybko a czekanie na kolejny wlecze jak jasna... Niestety takie już życie nas, konsumpcjonistów skazanych na łaskę i niełaskę (nomen omen) wielkich firm. I twórców.



Podsumowanie? Bierzcie w ciemno! Chyba nic innego nie mogę powiedzieć. I pozostaje mieć tylko nadzieję, że ktoś wyda to dzieło po polsku.

Miasteczko - Łukasz Radecki, Robert Cichowlas




MIAST… SPOKOJU



Marcin Lanowicz to cierpiący na kryzysy twórczy pisarz, który nadzieję na powrót do pełni sił pisarskich upatruje w planowanym wypoczynku na Mazurach. Wieś Morwany wydaje się idealnym pomysłem – ciche, spokojne miejsce z dala od zgiełku i nadmiaru ludzi. Ale jeszcze przed wyjazdem wszystko zaczyna się psuć. Marcina nawiedza duch jego zmarłego brata, który przestrzega przed Morwanami,  dotarcie do celu zaś budzi kolejny niepokój. Wieś, którą wszyscy nazywają Miasteczkiem, jest zupełnie odcięta od świata. Wygląda jakby w jednej chwili wyrosła w środku wiekowego lasu, jej mieszkańców nęka dziwna choroba, a niektórzy z nich wprost przestrzegają przed tym miejscem, zapewniając Marcina i jego żonę, że tak szybko stąd się nie wydostaną…

Co dzieje się w Morwanach?

Kim są tajemnicze białowłose kobiety?

Co z całą sprawą ma wspólnego detektyw szukający zaginionych kobiet?

Bohaterowie powoli odkrywają prawdę…



Mój pierwszy kontakt z prozą Radeckiego miał  miejsce jeszcze na łamach nieistniejącego już „Magazynu Fantastycznego” i już wtedy doszedłem do wniosku, że jeśli o horror chodzi – pomimo pewnych infantylności – można go uznać za jednego z ciekawszych autorów. W tej mojej opinii przez lata nie wiele się zmieniło, a napisane wspólnie z Cichowlasem „Miasteczko” jest tego dobrym przykładem.



Jakim horrorem jest ta powieść? Opis sugeruje Kinga – pisarz leczący kryzys twórczy nad jeziorem w środku lasów, nękany przez duchy, to wypisz wymaluj „Worek kości” tego autora. Na szczęście podobieństwa pomiędzy oboma pomysłami szybko okazują się tylko powierzchowne, „Miasteczku” zaś, od otwierającej powieść sceny erotycznej, przez szybki atak duchami, po wiele innych aspektów, bliżej do Mastertona (zresztą jego pochlebna wypowiedź znalazła się na okładce książki) niż mistrza z Maine. Czy to dobrze, czy źle, zależy od preferencji. Ja taki rodzaj horroru lubię, zresztą w ogóle groza  to mój gatunek i chętnie po nią sięgam, nie zależnie od tego, czy epatuje skrajną przemocą czy skupia się na byciu klasycznym straszakiem, bądź też w 90% stanowi powieść obyczajową. W powieści Cichowlasa/Radeckiego znalazło się wszystkiego po trochu, a co najważniejsze mocno osadzone w słowiańskich, swojskich klimatach. Takie połącznie popkulturowych, klasycznych lęków z tymi swojskimi, czyta się miło i szybko. Powieść zaś (nie ocenia się książki po okładce, ale w tym momencie muszę wspomnieć o świetnej ilustracji Darka Kocurka, twórcy najlepszych polskich okładek książek Kinga) znakomicie nadaje się na wiosenne wieczory, czy jako lektura na zbliżające się wakacje. Szczególnie jeśli planujecie wyjazd.



Dlatego też polecam fanom horrorów, wydawnictwu Videograf zaś składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

wtorek, 26 maja 2015

Fight Club FREE COMIC BOOK DAY - Chuck Palahniuk, Eric Powell, DavidLapham, Cameron Stewart, Mike Huddleston




WORST THAN CANCER



Skończyły się czasy zarówno sprzed istnienia Tylera, jak i z jego rządów. Narrator wiedzie swój prosty żywot, ale czegoś mu brak, a wolne chwile spędza stojąc w dziurze wieżowca, jaka pozostała z jego mieszkania. I wtedy Marla donosi mu najnowsze wieści. To, co wyczuła w piersiach, to nie rak. To coś gorszego. Jest w ciąży!



W dniu premiery najnowszej książki Palahaniuka i na dzień przed rozpoczęciem komiksowego Fight Clubu 2 wreszcie w moje ręce trafił wydany w ramach Free Comic Book Day (czemu w Polsce nikt nie daje komiksów z free? Czemy?) prolog do tej właśnie serii. Komiks świetny, pobudzający apetyt, nie genialny, jak powieść, ale na pewno bijący na głowę większość tego, co wypuszcza się na amerykański rynek. Fajnie narysowany, nienajgorszy kolorem. Super!



Dwa pozostałe (Goon – walka z wampirami i Strain – nazista i potwory) to tylko dodatki. O ile jeszcze „Goon” ma świetny klimat strony graficznej (bo nie scenariusz), o tyle „Strain” to nuda. Nic dziwnego, że na okładce jest FC a nie żadna z tych serii.



Abstrahując od nich, jednym słowem: Polecam!!! To, obok serii „Z archiwum X”, najważniejsze wydarzenie łączące komiks i inne media artystyczne ostatnich lat!

Running. Autobiografia mistrza snookera - Ronnie O'Sullivan, SimonHattenstone




RONNING



Trudno sobie wyobrazić by istniał ktoś oglądający rozgrywki snookera, kto mógłby nie kojarzyć – choćby z widzenia, czy słyszenia – Ronniego O’Sullivana, niekwestionowanego mistrza tej dyscypliny. Nawet ja pamiętam go doskonale, choć od czasów, kiedy oglądałem wbijanie bil, minęło już kilka ładnych lat. Kojarzyć kogoś nie oznacza jednak przecież znać. Bo czego możemy się dowiedzieć tylko po tym, w jaki sposób posługuje się kijem? Jak reaguje na zwycięstwo i porażkę? Jak się zachowuje podczas turnieju? Co o nim powiemy – że jest precyzyjny, skupiony… A kim jest na co dzień? Chcecie wiedzieć? Sięgnijcie po autobiografię. Obawiacie się mocno koloryzowanej, wygładzonej i ułagodzonej opowiastki o mistrzu, który – jak to każdy nieskazitelny bohater – wiedzie żywot prosty i piękny? Przygotujcie się na zaskoczenie.



Zresztą, nawet ci, którzy orientują się w ekscesach i burzliwym życiu snookerzysty, nie raz dadzą się zaskoczyć!



Życie Ronniego to bieganie. Na równi ze snookerem czy bardziej nawet od niego. Bieganie to jego mechanizm radzenia sobie ze światem, emocjami i życiem – które jakże dalekie jest od ideału. Przygniatająca sława bez trudu zniszczyła Ronniego-introwertyka. Alkohol i narkotyki, ciągłe imprezowanie, szybko stały się dla niego sposobem na spędzanie dni. Bieganie zaś sprawiło, że wyrwał się z nałogów i podjął walkę o własny los.



Początkiem biegania był dla niego ojciec, tak jak dla mnie tata był początkiem przygody ze snookerem. Ojciec Ronniego wymusił na nim ćwiczenia, mój, cierpiąc na raka, spędzał dnie w łóżku, oglądał tv, często snookera właśnie. Ronnie zbuntował się przeciw bieganiu, kiedy ojciec został skazany za morderstwo, ja przestałem oglądać snookera po śmierci mojego ojca. Ale choć dawno już nie śledziłem tego sportu, ważna jest to dla mnie pozycja, i trącająca sentymentalną nutę. Jej wartość dla fanów zaś z pewnością będzie jeszcze wyższa. Poznają, poza życiem O’Sullivana, także wszelkie, często niewygodne, kulisy snookera – celowe przegrane czy zawodnicy mający zezwolenie na spożywanie w trakcie gry piwa, bo bez alkoholu za  bardzo trzęsą im się ręce, to tylko niektóre z brudów, jakie wyciąga Ronnie. Brudów, które mocno dotyczą także jego samego.



Wszystko to podaje natomiast z lekkością stylu – nie językiem profesjonalisty, ale (co zauważa we wstępie Przemek Kruk) kumpla snującego opowieść właśnie Tobie. Kumpla, który wie, że możesz nie znać wszelkiej terminologii. Rzuci czasem Ronnie mięsem, czasem puści oko… Pokaże kilka zdjęć.



Słowem podsumowania: świetna książka dla fanów O’Sullivana i w snookera w ogóle. Polecam, a wydawnictwu SQN składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

sobota, 23 maja 2015

Trzy cienie - Cyril Pedrosa




PRZEPIĘKNA BAŚŃ DLA DOROSŁYCH



Louise i Lise, wraz z synkiem Joachimem, wiodą sielankowy żywot w spokojnym domostwie usytuowanym z dala od cywilizacji. Nie nękają ich troski, natura i praca własnych rąk zapewnia wszystko czego potrzebują. I nagle pewnego dnia w ich życie wkrada się dysonans. W pobliżu ich chaty pojawiają się tytułowe trzy cienie – jeźdźcy na koniach. Kim są? Czego chcą? Początkowe lekceważenie przybyszów szybko przeradza się w strach. Ich milcząca, powracająca z kolejnymi dniami obecność niepokoi coraz bardziej. Przyczyny ich przybycia zaś zmusza rodzinę do ucieczki. Co czeka ich dalej?



Pedrosa pracował niegdyś jako animator dla Disneya. Spod jego ręki wyszły „Herkules” czy „Dzwonnik z Notre Dame”. Teraz zaś zajął się komiksem, a jego „Trzy cienie” – absolutnie wspaniała baśń dla dorosłych – wieszczą mu wspaniałą przyszłość w tym medium. Nie jest to pierwszy komiks Pedrosy, autor na swoim koncie ma już przecież dwie serie stworzone we współpracy z Davidem Chauvelem i samodzielny album „Les Coeurs Solitaires”, nie mniej to właśnie „Cienie…” są jego, póki co, największym osiągnieciem. Co o tym zadecydowało? Nie da się wymienić jednej rzeczy. Wszystkie składniki albumu bowiem współgrają ze sobą idealnie.



Sam scenariusz to propozycja dla dorosłych czytelników by wybrali się wraz z bohaterami w podróż rodem z baśni i literatury dziecięcej. Motywy znane z klasyki tak fantasy jak i disnejowskich obrazów przeplatają się tutaj z awanturniczymi sekwencjami, realizmem magicznym i tym, bez czego bajki nie mogą się obejść – prawdziwą grozą. Dla nutki erotyzmu także nie zabrakło miejsca. Akcja, niebezpieczeństwo, humor, poruszające czytelnika emocje… Wir zdarzeń porywa dzięki znakomitej narracji i klimatowi. O klimacie zaś nie da się mówić w oderwaniu od rysunków. A zatem…



Strona graficzna „Trzech cieni” to wysmakowana ilustratorsko, przypominająca hity Disneya, niby niechlujna, a zarazem świetnie wyważona kreska. Mieszenie technik stylistycznych urzeka i wprowadza namacalne napięcie. Sceny wędrówki czy sekwencje w lesie, a także nocne momenty po prostu zachwycają. Podobnie jest z panoramą miasteczka, a już sceny, gdzie wieje wiatr, dosłownie pozwalają poczuć go na własnej skórze.



Czy po tym wszystkim, co napisałem powyżej, może kogoś dziwić fakt, że ta powieść graficzna przyniosła autorowi nagrody Prix Essentiel i dla najlepszego komiksu francuskojęzycznego: polski wybór, na prestiżowym festiwalu w Angoulême? Natomiast fakt, że pierwsze wydanie tego komiksu rozeszło się w naszym kraju w niezwykle krótkim czasie, świadczy bardzo dobrze o rodzimej braci komiksowej, która jak widać docenia to, co naprawdę dobre i wie po co sięgnąć.



Słowem podsumowania: polecam. I to bardzo. A wydawnictwu Kultura Gniewu składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Niesłychane losy Ivana Kotowicza - Kajetan Kusina, Michał Ambrzykowski




STUART MALUTKI I WIERD FICTION



Oto drugi (obok znakomitego „Toshiro”) w najświeższej ofercie Kultury Gniewu komiks z popularnego w Stanach gatunku Wierd Fiction. Gatunku, który splata ze sobą historię, zjawiska nadprzyrodzone, teorie spiskowe, technologiczne i naukowe wątki i dziwne stworzenia.  Tym razem jest to komiks stricte naszych rodaków udowadniając, że Polacy znakomicie czują się i w tych klimatach i potrafią opowiedzieć świetną historię.



Rok 1924. Ivan Kotowicz, syn Siergieja i Kariny, wiedzie spokojne życie u boku rodziców w malutkiej i cichej rybackiej wsi na granicy Rosji i Azerbejdżanu. Nie zaznał wielkiego świata, a jedynym niezwykłym wydarzeniem jakiego był świadkiem, stały się odwiedziny przyjaciela ojca, który przywiózł ze sobą tajemniczą substancję. Wkrótce jednak przychodzi mu wyruszyć w świat, bo oto kraj potrzebuje zarówno jego samego jak i Siergieja. Tak zaczyna się wielka i niebezpieczna przygoda, ale ani ojciec ani syn nie są świadomi, że ktoś chce wykorzystać wiarę w komunizm do własnych celów…



Historia drogi, bo do takiej także można zaliczyć „Ivana Kotowicza” to niemal zawsze historia dorastania i wewnętrznej przemiany. Opowieść o odkrywaniu samego siebie i tego, co w życiu ważne. Nie inaczej jest w tym przypadku. Ivan, ze strachliwego kotka, przeradza się powoli w prawdziwego charyzmatycznego wojownika, czego zapowiedź dostajemy już na pierwszych stronach albumu. Jego przemiana odbywa się na tle dwudziestowiecznej Rosji, ale Rosji pełnej dziwacznych wynalazków, nie mniej dziwnej broni i istot jakby rodem z Lovecrafta (swoją drogą najsłynniejszego chyba przedstawiciela Wierd Fiction). A wszystko to uatrakcyjnione o zabieg animalizacji, nie w pełnym jednak wymiarze, a bliżeszj choćby takiemu „Stuartowi Malutkiemu”. Matka Ivana to kotka, poruszająca się w pozycji wyprostowanej, mówiąca etc., ale kotka. Ojciec zaś to zwyczajny człowiek.



Storna graficzna albumu w pewnym stopniu, jak wspomniany już „Toshiro”, przypomina „Hellboya”  – podobne operowanie czernią, podobna skuteczna i przyjemna dla oka prostota. Ale tak jak i w „Toshiro”, tak i tutaj, kreska jest oryginalna i niezaprzeczalnie autorska. Świetna jest tu mimika bohaterów, a przesympatyczny Anton Świnojew za każdym razem budził uśmiech na moich ustach. Podobnie znakomicie prezentują się także aspekty techniczne, w szczególności pojazdy.



To wszystko, plus staranne wydanie, wzbogacone o szkice i alternatywne okładki, daje razem kolejny znakomity polski komiks, który nie ustępuje standardom szerokiego świata. Dlatego jeśli cenicie sztukę historii graficznych, polecam go Waszej uwadze, szczególnie, że to dopiero początek opowieści o Ivanie, a wydawnictwu Kultura Gniewu składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

piątek, 22 maja 2015

Toshiro - Janusz "Clarence Weatherspoon" Pawlak, Jai Nitz




POLSKI HELLBOY



Poznajcie Toshiro, mechanicznego człowieka, który napędzany jest parowym silnikiem! Stworzony przez Japończyków, wyznający samurajski kodeks, w XIX wiecznej Anglii staje do nierównej walki z istotą z obcego wymiaru, która przemienia ludzi w zombie, kradnąc ich dusze. U jego boku staje nieco porywczy, zdecydowanie mniej honorowy, skrywający mroczną tajemnicę Bob Żywe Srebro. Zaczyna się walka o życie, ale czy mechaniczny człowiek może odczuwać lęk przed śmiercią? Szczególnie kiedy jest nieśmiertelny?



Kiedy ponad dekadę temu Janusz Pawlak zaczynał swoją komiksową karierę w magazynie „Produkt”, przybierając pseudonim Clarence Weatherspoon, o jego kresce pomyślałem, że przypomina Mike’a Mignolę połączonego ze Śledziem. Tak była amerykańska i swojska zarazem. Zdania nie zmieniłem, ale nie można mu też odmówić pewnego własnego stylu, który odróżnia go od autora „Hellboya”. Nie dziwi więc fakt, że wraz z kilkoma innymi autorami z naszej nadwiślańskiej krainy (Piotr Kowalski ilustrował przecież „Hulka”, Szymon Kudrański zaś dostał pod swoją opiekę m.in. dodatkowe historie w „Batmanie” New 52 czy „Spawna” – i to nie jakieś poboczne rzeczy, a główne wydania, w tym jubileuszowe 200 i 250), został doceniony i ciepło przyjęty w amerykańskim świecie komiksowym. Fakt ten cieszy i to bardzo, tak samo jak to, że przyjęto prostą, akwarelową kolorystykę, która znakomicie uzupełnia tworzony przez rysunki nastrój, chociaż autorzy ze Stanów tak bardzo prześcigają się w komputerowych fajerwerkach.



O kwestie graficzne albumu byłem spokojny, ale pamiętałem zarazem, że scenariusze Clarence’a z czasów „Produktu” choć ciekawe, były zazwyczaj nieociosane. I tu na scenę wkracza Jai Nitz, amerykański scenarzysta znany ze swych prac dla „Spider-Mana”, „X-Menów” czy oneshotów powiązanych z Batmanem, który nadał odpowiedniego szlifu „Toshiro”. Nie wątpię, że w kwestii pisania Janusz zrobił wielki postęp, bowiem fabuła to głównie jego zasługa, nie mniej doświadczenie Nitza pomogło całości.



Z ich współpracy wyszedł steampunkowy komiks treścią i klimatem przypominający połączenie „Hellboya” z dziełami Lovecrafta, filmami samurajskimi i westernami, z nutą filmów George’a Romero i analogiami do gatunków Wierd Fiction i Alternate History. Czyta się go i ogląda natomiast z wielką przyjemnością i ciekawością. Na deser czytelnicy otrzymują galerię szkiców stron niewykorzystanych i kilka słów od twórców, a wszystko to jak zawsze znakomicie wydane.



Czy będą kolejne części? Miejmy nadzieję. Komiks wart jest kontynuacji i trzeba wierzyć, że jego „klątwa” („Produkt” upadł po pierwszej historii z Toshiro, tak samo było z kolejnymi magazynami i wydawcami) nie dosięgnie aktualnych wydawnictw. Dlatego też polecam album, a Kulturze Gniewu składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

czwartek, 21 maja 2015

Powrót rzęsorka - Tomasz Samojlik




POWRÓT PRZYJACIÓŁ Z RYJÓWKOWEGO LASU



Ryjówki powracają w trzecim tomie swoich przygód i znów zmierzyć muszą się z wielkim niebezpieczeństwem, które zagraża życiu wszystkich mieszkańców lasu. Czy pokonają podziały i niechęć dla wspólnego dobra?



Wszystko zaczyna się od człowieka. Bezmyślny ludź podejmuje się wypalania traw, niezbyt przejmując się pilnowanie ognia. Płomienie zaś rozprzestrzeniają się, sięgając powoli domu naszych bohaterów.

Tymczasem w lesie swoje rządy zaprowadza król Odylec, który wraz z matką dba właściwie tylko o samego siebie. W wyniku jego działań część bohaterów zostaje wygnana. Dobrzyk zaś odkrywa, że las płonie i wszystkich ich czeka śmierć jeśli czegoś nie zrobią, ale  co mogą, kiedy rzeka wyschła z powody tamy bobrów? Wszystko wskazuje na to, że zgodnie z przepowiednią, Dobrzyk będzie musiał się poświęcić dla dobra ogółu…



Ten uroczy komiks dla dzieci w pierwszej chwili skojarzył mi się z serialem, który oglądałem jako dziecko – „Przyjaciele z Zielonego Lasu” – i skojarzenie to nie minęło, choć „Powrót Rzęsorka” nie jest wcale kopią tamtej fabuły. To, co łączy oba tytuły, to przede wszystkim zwierzęce spojrzenie na świat i ludzi a także klimat. Przygody, humor, nienachalny dydaktyzm, nauka poprzez zabawę… Klasyka łączy się tu z nowoczesnością, nie brak też przesłania i ciekawostek z życia tych mniejszych mieszkańców lasu.



Strona graficzna to prosta, ale przyjemna dla oka kreska i taki sam kolor. Rysunki w sam raz nadają się dla dzieci i z pewnością dadzą im sporo frajdy. Podobnie jak tradycyjnie dla Kultury znakomite wydanie oferujące plakat z domem bohaterów.



Jednym słowem jest to dobry komiks dla dzieci – i dobry także dla początków przygody z tym medium – dlatego polecam go Waszej uwadze, a wydawnictwu Kultura Gniewu składam serdeczne podziękowania za udostępnienie i egzemplarza do recenzji.

R.I.P - The Best of 1984-2005 - Thomas Ott




PUNKOWA SOLÓWKA



Szwajcar Thomas Ott to zdecydowanie jeden z najbardziej utalentowanych grafików (hasło „rysownik” nie do końca odpowiada jego profesji) komiksowych w Europie. To także jeden z najbardziej nietypowych i oryginalnych autorów, który nigdy nie idzie na łatwiznę. Jego ilustracje bowiem to pieczołowicie wyskrobywane skalpelem w grubej warstwie czarnej farby kreski, które łączą się w mroczne, makabryczne wizje. Witajcie w chorym świecie T.OTTa!



„R.I.P.” to zbiór blisko dwudziestu krótkich historii z dwudziestu lat pracy twórczej autora. Makabra i czarny (najczarniejszy) humor, wylewają się z plansz, które po prostu porażają szczegółowością i klimatem. Ott całe historie zasadza na ilustracjach, uparcie odmawiając dodawania tekstów, ale braku dialogów czy komentarzy wcale się nie odczuwa. Morderstwa, samobójstwa, dziwaczne zdarzenia. Klown, Ku-Klux-Klan… Czy to kosmos czy ziemski motel, czy sprawcą zdarzeń jest walizka pieniędzy, czy też pojawienie się Anioła, każda z wizji Otta jest tak samo świetna i przekonująca. A co najważniejsze, wszystkie historie trzymają równy poziom, choć z pewnością dwie muszę tu wyróżnić, jako że urzekły mnie w szczególności.



Pierwsza z nich to „Załamanie” klimatem przypominająca znaną mangę „Gyo”. Oto astronauta wychodzi w przestrzeń kosmiczną naprawić poszycie kadłuba po uderzeniu meteorytu. I wtedy nagle widzi dryfującą w pustce… rybę! A to dopiero początek dziwnych zdarzeń.



Drugą opowieścią, która wgniotła mnie w fotel jest „Narzeczona królika”, która klimatem przypomina filmy Lyncha (swoją drogą Ott wymienia reżysera w inspiracjach). Jej bohaterkę, dziewczynkę, porywa z łóżka w środku nocy królik. Samochodem zabiera ją do swojego pełnego grozy, chorego świata. Komiks ten zresztą świetnie nadaje się na podsumowanie podróży jaką oferuje nam autor tym zbiorkiem. Zbiorkiem, o którym nie łatwo zapomnieć, a który podsumować można jako punkowy horror w hołdzie pulpowym dziełom. Ott, mocno związany z muzyką rockową, przeniósł coś z gitarowych riffów na strony albumu i choć wprawdzie jest to taka solówka bez tekstu, komu jednak potrzebne są zwrotki i refreny, kiedy urzeka samo instrumentarium?



Dlatego polecam ten przepięknie zaprezentowany i tak samo wydany album, a wydawnictwu Kultura Gniewu składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

środa, 20 maja 2015

Z Archiwum X. Żywiciele - Joe Harris, Elena Casagrande, Greg Scott,Chris Carter, Michael Walsh, Silvia Califano, Tony Moy, Menton J.Matthews III



I STILL WANT TO BELIVE


Mulder i Scully powracają w drugiej części sezonu 10, tym razem serwując czytelnikom odcinki typu monster-of-the-week. Oczywiście epizodów mitologicznych również nie brakuje.


Żywiciele cz. I i II – Gdy na wyspie Martha’s Vineyard dochodzi do serii zaginięć młodych ludzi przypominających dawną sprawę Muldera i Scully, dwójka agentów z nowo otwartego Archiwum X wyrusza zbadać sprawę…


Specjalnie dla Pana X – W roku 1987 Pan X badał sprawę masakry w szkole dokonanej przez uczennicę. W czasach obecnych Mulder dostaje dziwne wiadomości, które wskazują na to, że jego dawny informator może nadal żyć…


Szczebiot – Mulder i Scully badają sprawę seryjnego mordercy. Fox wątpi w winę schwytanego mężczyzny, za to nikt nie zwraca uwagi na robactwo, które towarzyszy całej tej sprawie…


Przemyślenia Palacza – Kolejna porcja przeszłości najbardziej enigmatycznego bohatera Archiwum, który towarzyszy postaciom od samego początku. Od walk w Zatoce Świń, przez jego życie prywatne i niespełnione marzenia, po… Właśnie, jakie tajemnice jeszcze skrywa Palacz? I czy w końcu dostaniemy na nie odpowiedzi?


Graficzne Archiwum kontynuujące serial to bez dwóch zdań jedno z najważniejszych wydarzeń komiksowych na naszym (i nie tylko) rynku. Nowe odpowiedzi, nowe pytania, nieśmiertelny klimat, zabawy z mitologią. Ten serial jak widać jest wiecznie żywy, a przeniesienie go na nowe medium, a zarazem w nowe czasy, niczego nie zmienia. To wciąż ci sami, starzy, dobrzy Mulder i Scully i zagadki, oraz wielkie spiski, z którymi muszą się mierzyć. Poza tym ten album aż kipi od sentymentalnych scen. Przebłyski pierwszego spotkania dwójki agentów, Mulder wieszający swój nieśmiertelny plakat z nieco zmienionym (I still want to belive) napisem, niezapomniane biuro Archiwum. Jednym słowem – fani poczują się jak w domu. I będą chcieli więcej i więcej.


Strona graficzna, w odróżnieniu od poprzedniego tomu, to mieszanka różnych, ale doskonale dobranych rysowników, którzy potrafią zbudować napięcie czy zaatakować odbiorcę brutalną sekwencją. Tradycyjnie świetne jest także wydanie (papier, oprawa, dodatki w postaci ilustracji, reprodukcje okładek poszczególnych zeszytów) i jakość przekładu.


I choć „Żywicieli” polecać nie muszę, bo nie wyobrażam sobie, by fani serialu ominęli taką gratkę, to i tak to zrobię, bo komiks jest tego wart. A wydawnictwu SQN składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Tajne archiwa archeologii - Luc Bürgin




ZAPOMNIANA ARCHEOLOGIA



Jaka jest oficjalna historia naszego świata, w większym bądź mniejszym stopniu wie każdy z nas. Od pierwszych człekokształtnych, przez ogół ludów potocznie określanych jaskiniowcami, po prawdziwego Homo Sapiens. Wciąż jednak nasza wiedza stanowi ułamek tylko przeszłości, fragment milionów lat pełnych tajemnic i ciemnych plam. W ciągu tak rozległego okresu czasu wydarzyło się zbyt wiele, by ogarnąć wszelkie aspekty. Nauka częstokroć odrzuca kontrowersyjne odkrycia archeologiczne – najczęściej słusznie. Co jednak z tymi, które zostały zapomniane i odrzucone, choć naprawdę wiele wnosiły? Autor tej książki próbuje odpowiedzieć na to pytanie i przedstawić najmniej znane odkrycia, które z tej czy innej przyczyny okrył kurz historii, skazując niemal na zapomnienie.



Wyobraźcie sobie, że praczłowiek potrafił wytworzyć o wiele bardziej zaawansowane narzędzia niż sądzimy.

Wyobraźcie sobie liczne kultury, których jeszcze nie znamy.

Wynalazki, których nie powinni znać nasi przodkowie.



Ile z tego jest prawdą, a ile oszustwem? Autor – co należy zaliczyć mu in plus – nie ogranicza się tylko do jednego spojrzenia na temat. Czasem przemawiają przez niego własne poglądy (tam, gdzie ja nie widzę niczego poza ptakiem, on dostrzegł tajemniczy obiekt latający), ważne jednak jest to, że postanowił przybliżyć czytelnikom sporne zagadnienia, które albo przepadły przez lata, albo oscylują poza oficjalnymi zainteresowaniami nauki. Osadził to wyraźnie w historii, przytoczył związane fakty i ciekawostki, a całość zilustrował 150 fotografiami, tak czarno-białymi, jak i kolorowymi, które dotychczas nie ujrzały jeszcze światła dziennego.



Poza tym jego styl to nie uniwersytecki bełkot, który zrozumieliby nieliczni, a lekkie, proste pióro przystępne dla każdej grupy odbiorców. A przy okazji wywołuje dyskusję, jak każdy temat ocierający się o kontrowersje.



Interesują Was tajemnice świata, pytania, na które odpowiedzi każdy znaleźć musi sam według własnych standardów i przekonań, zapomniane odkrycia i nieprawdopodobne znaleziska? To książka dla Was. A ja dziękuję wydawnictwu Amber za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

wtorek, 19 maja 2015

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód - Zachód - Robert M. Wegner




KSIĄŻKA O OŚMIU OPOWIADANIACH



Wegner powraca z drugim zbiorem „Opowieści z meekhanskiego pogranicza” i robi to naprawdę w świetnym stylu!



Zanim przystąpiłem do lektury tego tomu, sięgnąłem po jego recenzję w jednym ze starszych numerów „Nowej Fantastyki”. Jej autor, zachęcając czytelników do sięgnięcia po książkę, zaznaczał jednak, że jest dziełem słabszym od poprzednika. Nie miał racji – „Wschód – Zachód” nie tylko nie ustępuje pola „Północy – Południu”, ale przede wszystkim jest jeszcze lepsze. I tak, jak w przypadku części I stwierdzałem, że jest to jedna z ciekawszych rodzimych opowieści fantasy, tak tutaj mogę z czystym sumieniem rzec, że jest to także jedna z najlepszych Polskich historii tego gatunku.



Ten tom to kolejne osiem opowiadań toczących się na ziemiach meekahńskich, podzielonych na dwie części. Mniej wyraźny jednak jest podział kulturowy. Mieszkańcy tak wschodu jak i zachodu tej krainy to wybuchowa mieszanka charakterów najróżniejszych nacji, a odkrywanie tych niuansów staje się dla czytelnika dodatkową przyjemnością.



Na wschodzie poznajemy ludzi generała Laskolnyka, a w szczególności jedną z nich – Kailean. Kobietę silną i waleczną, a nade wszystko intrygującą. Jak każdy bowiem przynależny Laskolynkowi, posiada swoje niepowtarzalne zdolności i tajemnice. Cztery opowiadania o Kailean i jej towarzyszach to chyba najlepsze meekhańskie teksty jakie znalazły się w obu zbiorach. Kulturowo osadzone we wschodnich także dla nas klimatach, z akcją toczącą się na stepach, podlane odrobiną cyganerii i nutą jakby afrykańskich wierzeń. Za drugą historię z tego tomu Wegner otrzymał nominację do Zajdla i nagrodę Sfinksa (za cały tom zaś Fantastykę 2010 dla najlepszej polskiej książki) – i są to wyróżnienia w pełni zasłużone.



Bohaterem czterech kolejnych, zachodnich, tekstów – dla odmiany po tylu znakomitych kobiecych charakterach – zostaje honorowy złodziej, Altsin, który miesza się w coraz to większe afery. Zdradzać treści nie zamierzam, w obu częściach – tak jak i w „Północy-Południu” – opowiadania z poszczególnych stron świata łączą się w jedną historię. Powiedzieć mogę jednak, że kultura zachodu to zlepek wierzeń i kultur germańskich, brytyjskich (już nie anglosaskich) i staro kontynentalnych, z silnymi akcentami nadmorskimi i wyspiarskimi.



Niezależnie jednak od różnic kulturowych, całość napisana jest tym samym, klasycznym stylem ciężkiego fantasy, bogatym w szczegóły, czasem poetyckim, czasem brutalnym. Wegner zadbał także o poszerzenie samej historii Meekhanu i wierzeń, oraz o odpowiednie retardacje, które pozostawiają uczucie niedosytu i chęci sięgnięcia po kolejny tom.



Dlatego też jeżeli lubicie dobre, solidne fantasy, sięgnijcie śmiało, zachęcam a wydawnictwu Powergraph składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Smerfy Hazardziści - Luc Parthones, Thierry Culliford, Ludo Borecki iNine Culliford




SMERFASTYCZNY POWRÓT



Smerfy po długiej nieobecności powracają na polski rynek z kolejnymi komiksami. Peyo, ich twórca, nie żyje już wprawdzie od 23 lat, jednak jego miejsce zajął jego własny syn, Thierry i zrobił to w naprawdę znakomitym stylu.



W trakcie wyprawy do miasta ludzi, Smerfy natrafiają na pojedynek dwóch rycerzy. W ten sposób poznają hazard, który wkrótce przeszczepiają na grunt swojej wioski. Zabawa szybko przeradza się w uzależnienie, a to prowadzi do prywatnych tragedii. Papa Smerf postanawia coś z tym zrobić, ale to nie koniec kłopotów. Okoliczny hrabia zarządził wyręb lasu , drwale już pracują i jeśli Smerfy nic na to nie zaradzą, ich wioska zostanie odkryta. Cała nadzieja w połączeniu sił z… Gargamelem!



Och jak tęskniłem za Smerfami. Może nie do końca zdawałem sobie z tego sprawę, ale ten album wywołał we mnie silną nostalgię. Nostalgię i wspomnienie lat, kiedy jako dziecko oglądałem wieczorynkę z małymi niebieskimi ludkami, wypożyczałem z biblioteki stare komiksy i sam te komiksy, poczynając od „Kosmosmerfa” kupowałem. Nie o sobie jednak powinienem pisać, a o „Smerfach hazardzistach”, więc przejdę do meritum.



Braku Peya się nie odczuwa – to pierwsze, co przychodzi mi na myśl. Scenariusz jego syna (napisany z Luciem Parthoensem) jest naprawdę znakomity i trzyma poziom. Podobnie rzecz ma się z rysunkami Ludo Boreckiego, który pokazał, że potrafi doskonale oddać tamten stary, dobry styl. A całość znakomicie uzupełniają kolory Nine Culliford  - barwy i ich zastosowanie nie dąży ku nowoczesności, oferując tą samą paletę i ten sam cudowny klimat co oryginał.



Nie brak jest także wartości dydaktycznych. Na nich, podanych w sposób nienachalny i ciekawy, zasadza się cała fabuła. Do tego dużo humoru, sporo akcji i mnóstwo dobrej zabawy. Zarówno dla tych najmłodszych czytelników, jak i tych, którzy na Smerfach się wychowali. Ci pierwsi poznają wspaniały świat pełen równie wspaniałych bohaterów, drudzy natomiast choć na chwilę powrócą do beztroskich lat, kiedy wszystko było prostsze a magia jeszcze istniała.



Polecam Waszej uwadze całym sercem, a wydawnictwu Egmont składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

poniedziałek, 18 maja 2015

Hobbit - Niezwykła podróż. Kronika 2. Sztuka tworzenia postaci - Daniel Falconer



SAME FILMY NIE WYSTARCZĄ

 

Oto kolejny dodatek do filmowego „Hobbita” i kolejna znakomita książka, która udowadnia, że tego typu publikacje wcale nie muszą być odcinaniem kuponów od znanej marki.

 

Tolkiena i jego Śródziemie zna chyba każdy. Ich obecność w popkulturze trwa już od blisko osiemdziesięciu lat, rozbudzając wyobraźnię milionów czytelników. Sam autor za życia wydał jedynie cztery powieści, po śmierci wyszły jeszcze kolejne, w opracowaniu jego syna, ale tym niewielkim przecież dorobkiem, odmienił świat literatury. Filmowa adaptacja „Hobbita”, nakręcona dekadę po „Władcy pierścieni”, nie tyle przypomniała o autorze i jego dziełach – Tolkien w końcu nigdy nie zniknął ze świadomości i zainteresowania kolejnych pokoleń – ile pozwoliła na pojawienie się wielu tzw. tie-inów, w tym „Kroniki” właśnie.

 

Jaka jest to pozycja? Szczególnie na tle innych, podobnych, jak na przykład rewelacyjne „Przewodniki” po „Niezwykłej podróży” i „Pustkowiu Smauga”? Przecież i tam nie brakowało ciekawostek o postaciach, ich tworzeniu etc. i były to źródła zdecydowanie wyczerpujące. To prawda, ale jak się okazuje mnóstwo rzeczy pozostało jeszcze do opowiedzenia, a „Kronika 2” w niczym nie ustępuje obu w/w pozycjom.

 

To co w niej dostajemy to przekrój przez wszystkie znaczące postacie. O ile w „Przewodniku” były to głownie krasnoludy, tu na czytelników czeka parada wszystkich ras. Haobbici. Elfy. Krasnoludy. Orki. Czarodzieje. Gobliny. Ba! Mamy nawet Kamienne Olbrzymy i zwierzęta występujące w pierwszym filmie! Treść książki stanowią zaś wypowiedzi aktorów i wszystkich możliwych członków ekipy z Weta, ujawniających nawet najdrobniejsze szczegóły kreowania bohaterów. Strona graficzna natomiast to pełna paleta przepięknych zdjęć z filmu i planu,  a nawet… gadżetów z Hobbitem związanych.

 

Osobny akapit muszę poświęcić też jakości wydania. Tak piękny album musiał otrzymać właściwą oprawę i zdecydowanie tak się właśnie stało. Świetny papier, znakomita jakość druku, twarda, tłoczona, przyjemna w dotyku oprawa. W środku czeka nawet rozkładówka pozwalająca porównać wzrost poszczególnych postaci. Jednym słowem: super!

 

I choć może moje zachwyty stają się już nudne, nic nie mogę na to poradzić. Nie będę na siłę szukał negatywnych aspektów. Szczególnie, że dzięki „Poradnikom” i „Kronice” odkryłem tak wiele rzeczy, że filmy, które dotychczas były dla mnie niestrawne, zaczęły mi się podobać. Dlatego zachęcam Was do sięgnięcia po te pozycje, a wydawnictwu Amber składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Fantomas. Zakochany książę - PIERRE SOUVESTRE, Marcel Allain




ZAKOCHAĆ SIĘ W KSIĘCIU



Każdy rodzaj sztuki, a już literatura i film w szczególności, to swoisty wehikuł czasu zabierający odbiorcę do epok dawno minionych, prezentujący miejsca, których już nie ma i ludzką mentalność przeszłych lat. Nieważny jest gatunek ni zamierzenia autora – rzeczy te wynikają same z siebie. Dla mnie takim osobistym wehikułem czasu są najczęściej legendarne filmu pokroju „Samych swoich” czy komedii z Luisem De Funèsem. Tego ostatniego wspominam nie przypadkiem, bowiem chyba każdy kojarzy filmowego „Fantomasa” z tym niezapomnianym aktorem. „Fantomasa” opartego właśnie na liczących już ponad sto lat powieściach duetu Allain/Souvestre. Chcecie przenieść się w czasie do okresu Belle Epoquei poznać przestępcę doskonałego? A więc zapraszam.



Fantomas to Geniusz Zła, przestępca idealny, nie do złapania. Przechytrzy każdego, nikt nie może się z nim równać. Ale jak każdy antagonista, posiada też swoich protagonistów w postaci komisarza Juve’a i dziennikarza Faandora. Tych zaś czytelnik poznaje w samym środku śledztwa, kiedy to za sprawą Fantomasa pociąg, który to wjechał do tunelu, zniknął nie mając gdzie wyjechać! Sprawa pociągu, jakże niebywała, dla Fandora stanowi jedynie tło, bowiem ważniejsze jest Hélène, „córka” przestępcy, a zarazem obiekt uczuć dziennikarza.

Tymczasem to nie jedyna historia miłosna, jaka rozgrywa się na kartach powieści. Młoda szwaczka Firmaine rozdarta jest pomiędzy mężczyznę, którego kocha, a bogatego kochanka, który choć ma żonę, gotów jest łożyć na jej właśnie zachcianki, choć przy tym małżonki zostawić nie zamierza. Jaką rolę odegra to dziewczę dla całej historii? I czy także Fantomasa dosięgnie strzała Amora?



To już musicie przeczytać sami – a zaręczam, warto! Powieść bowiem, pomimo upływu wieku nie straciła nic ze swojej rozrywkowej wartości. Czasem uroczono naiwna, zawsze bogata stylistycznie, zabiera czytelnika w sentymentalną podróż do czasów, kiedy aeroplany budziły wielkie poruszenie, a urodzenie miało ogromne znaczenie w miłości. „Fantomas” przypomina połącznie przygód Sherlocka Holmesa z awanturniczą nutą i elegancją Arsèna Lupena, odrobiną humoru i niezapomnianym klimatem. Myliłby się ten, kto oczekiwałby tego samego, co oferował film z Luisem, nie mniej nie stanowi to w żadnym stopniu rozczarowania.



I cóż więcej mogę tu dodać? Chyba tylko polecić pozycję Waszej uwadze, bo w końcu na naszym rynku pojawił się ten niezapominany bohater, a wydawnictwu Studio Emka podziękować za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

niedziela, 17 maja 2015

Secret Wars 1 - The End Times - Esad Ribic, Jonathan Hickman




TAJNE WOJNY - KONIEC ŚWIATA



"Wielu wierzy, że światło, które widzimy umierając to (...) obumieranie synaps. To nieprawda. Ten oślepiający blask to sam Bóg... I był on z nami przez cały czas (...) Multiwszechświat umiera. Pozostały tylko dwie Ziemie. Dziś obie zderzą się ze sobą."



Tak zaczyna się wydarzenie zapowiadane jako największe w historii Marvela. Wielki upadek całego uniwersum i oczyszczenie. "Time Runs Out" dobiegło końca, czasu już nie ma - została tylko kolejna Tajna Wojna.



Gdy na krawędzi Multiwszechświata Doom staje przed Beyondersami, na Ziemi-1610, Ziemi uniwersum Ultimate, Fury żeby ocalić jej mieszkańców, przypuszcza szturm na naszą Ziemię. Przetrwać może tylko jedna z nich. Bohaterowie stają więc do pojedynku...



Marvel robi właśnie dokładnie to, co 30 lat wcześniej zrobiło DC w "Crisis on the Infinite Earths" - niszczy większość światów, żeby oczyścić uniwersum i zrestartować serię, dając twórcom więcej swobody. Zbyt dużo wątków, zbyt dużo postaci... Trupów jest multum, w tym pierwszym zeszycie, zmian także. Czy to plagiat "Kryzysu..."? Na dwoje babka wróżyła - może Marvel, młodszy w końcu od DC te 30 lat, dorósł wreszcie do takiego zabiegu? A może oddaje krypto-hołd? Okładkę zrobił w końcu ten sam człowiek, który odpowiada za jedną z najpiękniejszych opraw komiksowych w historii - do wspomnianego "Kryzysu..." własnie - Alex Ross. Środek też się różni, tam bohaterowie łączyli siły by znaleźć rozwiązanie - tu starają się przeżyć kosztem drugich. To rozwiązanie zresztą bardziej mi odpowiada, jako że nie znoszę nieskazitelnych herosów w trykotach.



Początek, choć zalany patosem, jest niezły, środek z ciągłą akcją a la modne ostatnio za sprawą nadchodzącego nowego filmu, Star Wars, nieco nuży i jest zbyt chaotyczny - źle rozłożono akcenty, a może po prostu zbyt mała liczba stron (choć podwojona przecież) nie wystarcza na tyle treści - a wreszcie koniec, który nadrabia te minusy. Ostateczne zakończenie FF zapowiadano od dawna, teraz zrobiono coś w tym kierunku. Czy wierzę w rezygnację z Reeda i spółki przez prezesów Marvela - nie. Ale sam pomysł jest niezły i nieźle poprowadzony.



Rysunki także są fajne, szkice z komputerowym kolorem. Trochę za dużo tu fajerwerków, ale taka maniera.



Finał Marvela wygląda dobrze, trochę chaotycznie, ale dobrze. Dlatego finał tej recenzji to moje zachęcanie Was byście poznali to wydarzenie, bo warto.

piątek, 15 maja 2015

Epoka hipokryzji - Kamil Janicki



EPOKA SEKSU



Wydaje się, że gdziekolwiek nie odwrócilibyśmy głowy, atakuje nas seks. Seks wylewa się już nie tylko z ekranów telewizji czy Internetu (który zawdzięcza mu swoje komercyjne istnienie), ale nawet bilbordy ociekają model(k)ami udającymi orgazm, zwykłe, niewinne zdawałoby się magazyny i gazety atakują wzrok ogłoszeniami seks telefonów czy towarzyskimi rubrykami. Wystarczy wyjść na ulice, by ujrzeć za chwil kilka ubrania, które zwolennicy określiliby mianem skromnych, przeciwnicy zaś – brakiem ubioru. Wprawdzie daleko nam jeszcze do Ameryki, gdzie starsze dzieci raczy się literaturą pro-homoseksualną, albo Japonii, w której co i rusz natknąć się można na automaty z używaną bielizną dziewcząt – o Holandii z jej legendarnym Amsterdamem nawet nie wspomnę, nie mniej gonimy zarówno zachód jak i wschód. Może to zasługa dość późnej przecież rewolucji seksualnej, a może mody. Każdy jednak na pierwszy rzut oka widzi już jak wygląda seksualność w Polsce.



Ale jak wyglądała kiedyś?



Coś się Wam kojarzy, prawda? Sprośności Fredry, erotyki Morsztyna, Boy-Żeleński raczył czytelników choćby taką „Nowoczesną sztuką chędożenia”. W porównaniu z nowoczesnością sama przedwojenna Polska wydaje się skromna i purytańska, ale nic bardziej mylnego. Czasy sprzed słynnej rewolucji seksualnej, tożsamej z upadkiem komunizmu w Polsce, wcale nie były zaludniane przez grzecznych dżentelmenów i niewinne panny, które oblewały się pąsem na sam widok źle dopiętego guzika sukni, tudzież koszuli. Seks, pornografia, antykoncepcja, aborcja, homoseksualizm… Wszystko to, czego nie uczą nas w szkołach. Witajcie w epoce hipokryzji!



Znany i ceniony portal ciekawostkihistoryczne.pl wchodzi na rynek wydawniczy w znakomitym stylu. Znakomicie napisana rewelacyjna książka udowadnia, że o historii można mówić bez nudzenia, bez sypania datami, za to z pasją i wielką mocą przykuwania czytelnika. Już temat sam w sobie, to fascynujący samograj, niestety zazwyczaj traktowany przez historyków po macoszemu. A dlaczego, skoro więcej mówi o nas samych, niż cała rzesza opracowań socjologicznych? Wstyd? Zażenowanie? A może kultywowanie tradycji, że kiedyś było inaczej? Lepiej? To tylko moje wnioski i przemyślenia, ale warto wysnuć własne, a by to zrobić, trzeba zgłębić temat. „Epoka hipokryzji” zaś pozwala na to znakomicie, ubarwiając temat rysunkami i zdjęciami, a ogromu pracy jaką włożył w nią autor, trudno jest nie docenić.



Dlatego też książkę polecam Waszej uwadze, a wydawnictwu ciekawostkihistoryczne.pl składam podziękowania za udostępnienie mi książki do recenzji.


czwartek, 14 maja 2015

Django/Zorro # 1 - Quentin Tarantino, Matt Wagner, Esteve Polls




LESS THAN MEETS THE EYE

Ostatnia moda na komiksowe kontynuacje, spin-offy itd czego tylko się da nie jest nowością, wystarczy cofnąć się kilkadziesiąt lat wstecz do czasów Alienów, Predatrów czy nawet Tarzana. Nie mniej czasem trafia się coś ciekawego. Najbardziej czekam oczywiście na Fight Club 2, ale kiedy zobaczyłem, że Tarantino popełnił coś o nazwie "Django/Zorro", nie mogłem odmówić sobie tej przyjemności.

Fabuła komiksu jest prosta. Django po wydarzeniach z filmu wędruje przez dziki zachód aż natrafia na powóz Diego i razem jadą dalej, aż zostają napadnięci przez bandytów...

Scenariusz, choć pomagał przy nim Quentin to niestety przeciętne wyrobnictwo Wagnera. Bez polotu, bez zaskoczeń, bez tych charakterystycznych dla Tarantino niedłużących się, pełnych napięcia dłużyzn. Film był rewelacyjną zabawa z kinem i schematami, komiks jest po prostu kolejnych westernem.

Znakomita jest za to strona graficzna. Urzekają nie wytarte czasami szkice, pewien brud, mrok. Niestety, choć u Tarantino obraz był czymś więcej niż tylko zdjęciami - i wbrew temu, co w komiksie mówi sam Django: Seems like there's more to you than meets the eye as well! - komiks to zdecydowanie coś mniej niż widzi oko.

Szkoda, ale że to dopiero początek - całkiem niezły zresztą - mam nadzieję, że będę bawił się dobrze.

poniedziałek, 11 maja 2015

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ - Południe - Robert M.Wegner




TWARDE FANTASY W KLASYCZNYM STYLU



Odnośnie Meekhańskiego Pogranicza słyszałem wiele różnych opinii. Polska „Gra o tron”, opozycja i odtrutka na to, co z gatunkiem fantasy zrobił „Wiedźmin”… Przymiotniki można by mnożyć i mnożyć, pozostaje jednak pytanie, co to wszystko oznacza w rzeczywistości. Odnieść się do wyżej wspomnianych dzieł nie mogę, jako że „Gry…” nie czytałem, a „Wiedźmin” zniechęcił mnie do siebie filmową adaptacją i koszmarnym komiksem, ale jedno powiedzieć mogę na pewno – Wegner stworzył jedną z ciekawszych rodzimych opowieści fantasy.



Pierwszy tom cyklu, podzielony na dwie części – Północną i Południową – to zbiór ośmiu opowiadań, który zabiera czytelników w dwie zupełnie od siebie odległe – tak geograficznie jak i kulturowo – miejsce meekahńskiej krainy. Pierwsza połowa, rozgrywająca się pośród zimnych gór, opowiada o czterech przygodach Górskiej Straży. Nieprzystępne środowisko, twardzi ludzi, jeszcze     twardsi miejscowi górale wyznający dość osobliwy kodeks. Wszystko to stanowi tło dla widowiskowych, soczystych w swym opisie walk, a także dziwnych zdarzeń, jakie stają się udziałem bohaterów. Wegner oferuje tutaj paletę kilku świetnych pomysłów (wyrywane z wierzchowców dusze, czy tajemnica pewnego jeziora), parę intrygujących postaci (wśród tych prym wiedzie hrabina) i solidną porcję wszystkiego tego, czego od gatunku można oczekiwać. Początkowo jeszcze mocno inspiruje się „Władcą Pierścieni” (sceny z magiem od razu kojarzą się z Gandalfem i Barlogiem), na szczęście potem meekhański świat w pełni zaludnia już tylko i wyłącznie wyobraźnia autora, mocno podbarwiona anglosaskimi klimatami.



Kontrapunktem dla północy staje się część poświęconej dolnej stronie mapy, i to nie tylko dlatego, że mroźne szczyty zostają tu zastąpione przez skrajnie upalne pustynie, a nastrój rodem z wysp, iście bliskowschodnią mieszanką kultur. Góry zaludniali twardzi mężczyźni, pustynne równiny zaś obfitują w silne kobiece charaktery, które stanowią równowagę dla tego nadmiaru testosteronu. Oczywiście mężczyźni nadal się pojawiają i wcale nie zostają zepchnięci na margines, ale to przedstawicielki płci pięknej wyróżniają się spośród tłumu. Charakterystyczne są tutaj także kodeks honorowy i tradycje kulturowe mocno osadzone w ich arabskich odpowiednikach. Najbardziej w oczy rzuca się oczywiście zakrywanie twarzy, jednak pomniejszych odniesień także nie zabrakło.



Jako zbiór opowiadań, „Meekhańskie pogranicze” trzyma wyjątkowo równy poziom. Zarówno pod względem samej fabuły, jak i stylu. Styl zaś jest klasyczny, typowy dla twardego fantasy (lepszego określenia na ten (pod?) gatunek nie znajduję), pozbawiony pastiszu, który stał się nie tyle atrakcją, co przekleństwem większości podobnych publikacji, a nade wszystko konsekwentny. Autor nie bawi się tutaj w quasi-archaizmy językowe, nie próbuje także odkrywać na nowo Ameryki. Serwuje natomiast solidną porcję dobrej fantastyki, bardzo mocno osadzonej w rzeczywistości, silną pod względem realizmu magicznego, skonstruowaną w przemyślany sposób i skutecznie podaną. Nic dziwnego, że Wegner zdobył za ten tom nagrodę dla najlepszej polskiej książki w plebiscycie „Fantastyka 2009”, oraz nagrodę im. Janusza A. Zajdla za opowiadanie „Wszyscy jesteśmy Meekhańczykami”. Dlatego też, jeżeli cenicie tego typu klimaty i dobra polską fantastykę, sięgnijcie śmiało po „Północ-południe” i dajcie się poprowadzić Wegnerowi do twardej, niegościnnej krainy, gdzie przygoda czeka na każdym kroku.



Polecam, a wydawnictwu Powergraph składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

piątek, 8 maja 2015

Naznaczeni na zawsze - Emelie Schepp




NAZNACZONA UDANYM DEBIUTEM



Szwedzkie kryminały szturmem zdobyły światowe rynki dekadę temu i choć wielu ich sukces miało za chwilową modę, nadal niewiele się zmieniło. Autorzy z tego kraju wciąż triumfują pod względem sprzedaży, a krytycy nie szczędzą im pochwał – wszystko to zasługa specyficznego, niezwykłego klimatu, jaki oferują swoim czytelnikom. Teraz polscy fani mogą poznać kolejną pisarkę ze Szwecji, debiutantkę, Emelie Schepp, której „Naznaczeni na zawsze” to kawał dobrej powieści z pogranicza kryminału i thrillera.



Hans Juhlén, szef urzędu imigracyjnego, zostaje zamordowany. Śledztwo w sprawie tej głośnej zbrodni prowadzi młoda, lecz ceniona prokurator Jana Berzelius, do pomocy mając komisarza Henrika Levina, oraz aspirant Mię Bolander, która – łagodnie mówiąc – nie znosi Jany. Sama sprawa od początku wydaje się dziwna, bowiem na miejscu zabójstwa znalezione zostają odciski palców dziecka, choć zabity nie posiadał potomstwa, a sam zabójca strzelał z niskiego położenia, jakby rzeczywiście był dzieckiem! Czy to w ogóle możliwe? Kolejne pytania wywołuje znalezienie następnych zwłok. Ale także sama Jana skrywa w sobie wielką tajemnicę, którą wreszcie ma szansę rozwiązać…



„Naznaczeni…” to kolejny dowód tego, jak trudno nawet tym dobrym pisarzom, przebić się na rynku, a także jak nowa moda selfpublishingu pozwala spełnić marzenia. Schepp swój literacki debiut wydała bowiem sama i nagle – i z pewnością niespodziewanie – zdobyła sławę, a powieść zaczynająca planowany cykl o Janie Berzelius, stała się wielkim hitem i przyciągnęła uwagę wydawców nawet z innych państw. Duże to osiągnięcie w kraju, w którym pisarzy zajmujących się kryminałem i thrillerem pojawia się jak grzybów po deszczu. Ale i sama powieść jest naprawdę udana, a na dodatek stanowi pewien powiew świeżości. Schepp bowiem zdołała połączyć typowy szwedzki nastrój z amerykańską stylistyką. „Naznaczonym…” blisko jest do Alex Kavy, ale takiej, jaką czytelnicy poznali na początku, a nie obecnej, serwującej odświeżane pomysły i niską wartość literacką, a także typowych powieści z rodzimego kraju pisarki.



Autorka operuje stylem debiutanckim, ale lekkim i przyjemnym, takim, który czyta się bez chwili znudzenia, a zarazem nie przemyka jedynie po nim wzrokiem. Udało jej się także stworzyć solidną, rzetelną i ciekawą fabułę, kilkukrotnie zaskoczyć i oczywiście zaciekawić, wciągając w świat zbrodni i tajemnic. Być może jest to zasługa klimatu krajów północy, ale wywodzące się stamtąd czy to książki czy też filmy, póki co nigdy mnie nie rozczarowały. Tak też jest i w tym przypadku, sama Schepp zaś warta jest poznania i śledzenia jej kariery.



Lubicie thrillery? Kryminały? Polecam „Naznaczonych…” Waszej uwadze, a wydawnictwu Media Rodzina składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

poniedziałek, 4 maja 2015

Władca Pierścieni (Trylogia w 1 tomie) - John Ronald Reuel Tolkien(ilustracje Alan Lee)




TAK JAK CHCIAŁ TOLKIEN



Arcydzieło fantasy w nowym, genialnym wydaniu!



Zbliża się dzień 111 urodzin Bilbo Bagginsa, z tej też przyczyny Hobbici oczekują niezwykłego przyjęcia. Pojawia się na nim oczywiście także i czarodziej Gandalf oraz wiele innych gości. Bilbo nie zamierza jednak świętować w oczywisty sposób – znika za pomocą swojego magicznego pierścienia, który w spadku przekazuje swemu krewnemu, Frodo. Pierścień zwraca uwagę Gandalfa, a ten po latach odkrywa, że jest on legendarnym Pierścieniem Władzy. Przed wiekami wykuto wiele podobnych, rozdzielając między różne rasy żyjące w Śródziemiu. Ten jeden zaś mógł władać nimi wszystkimi, dając posiadaczowi olbrzymią potęgę. Nosił go Sauron, Czarny Władca, który uczynił nieskończenie wiele zła; jeszcze więcej zaś może uczynić w przyszłości. Pierścień trzeba zniszczyć, by jednak tego dokonać, trzeba wrzucić go w ogień Góry Przeznaczenia, gdzie został wykuty. Z tą zdawałoby się niemożliwą misją wyrusza Frodo, powoli zdobywając coraz to nowych towarzyszy i odmieniając losy całego Śródziemia…



Minęło właśnie ponad pół wieku od pierwszego wydania „Władcy Pierścieni” (20 października minie dokładnie 60 lat od publikacji „Powrotu Króla”), a mimo to powieść nie tylko cieszy się niesłabnącą popularnością, ale także nic nie straciła ze swej magicznej siły! I cóż z tego, że przez ten czas tysiące naśladowców atakowały czytelników mniej lub bardziej udanymi  powieściami fantasy, mającymi przenieść gatunek w nowe czasy. Żaden z nich nie zbliżył się nawet do „Władcy…”, który rzec można cały ten gatunek stworzył, i nigdy nie zbliży.



Co jest tak niezwykłego w opus magnum Tolkiena? Czemu dzieło to urzekło tyle pokoleń? Przede wszystkim rzec trzeba, że sama fabuła. Historia wyrosła z mitów, legend i baśni, przenosi czytelnika w cudowny świat pełen honoru, przyjaźni, braterstwa, miłości i niezwykłości. Świat, w którym dobro zwycięża, a ideały mają znaczenie większe niż życie. Uniknął przy tym Tolkien infantylności, prezentując świat tak realny, jakby był rzeczywistą częścią naszej własnej historii. Wszystko to zaś podał stylem pełnym pobudzających wyobraźnię szczegółowych opisów, zachwytu nad naturą i najprawdziwszej w świecie magii.



Nieudało mu się jednak pierwotnie wydać powieści tak, jak zamierzał. Wydawca podzielił ją na trzy tomy, na szczęście wydawnictwo Amber oferuje nam możliwość sięgnięcia po jednotomową, wspaniale wydaną edycję, którą wzbogacono o 50 kolorowych ilustracji Alana Lee. Ilustracji, które stały się inspiracją dla filmowców w trakcie przenoszenia „Władcy Pierścieni” na taśmę filmową. Piękne to wydanie, oj piękne i równie pięknie prezentujące się na półce.



Sama powieść zaś to cudowna historia, którą znać powinien każdy. Jedna z najważniejszych i najpiękniejszych książek, jakie kiedykolwiek powstały. Dlatego jeśli jej jeszcze nie znacie, przeczytajcie koniecznie! W obecnych czasach, które zatraciły tak wiele ideałów, możliwość przeniesienia się do świata rodem z dzieciństwa to coś co należy cenić. Podobnie jak fakt, że z każdą kolejną lekturą czytelnik zachwyca się „Władcą…” coraz bardziej. Dlatego też powieść polecam całym sercem, a wydawnictwu Amber składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

sobota, 2 maja 2015

Batman: przysięga zza grobu




PULP FICTION



„Przysięga zza grobu” to legendarny już w naszym kraju zbiór krótkich historii o Batmanie. Niestety – to przy okazji jeden chyba najbardziej przeceniany komiks jaki miałem w swoich rękach.



Batman wyjaśniający sprawę mordu na planie filmu. Batman wyjaśniający sprawę mordu na balu przebierańców. Batman wyjaśniający tajemnicę domu, który wydaje się jak z koszmaru. Batman wyjaśniający mord wśród ludzi rodem z Freak Show. I w końcu Batman ścigający zabójcę matki chłopca, co przypomina mu jego własną stratę.



Ten zbiór czarnobiałych historii, jeden z największych białych kruków w mojej komiksowej kolekcji, kupiłem jako 3-letnie dziecko by traktować jako kolorowankę. Szkoda, ale nie aż taka duża. Komiks przypomina bowiem tanie pulpowe publikacje, z płaskimi, nierozróżnialnymi łotrami i fabuła tak patetyczną, że aż boli. Nieźle to narysowano, a i lista twórców tego albumu jest przyjemna dla oka, ale niestety nic poza tym. Miała to być opozycja dla DKR, powrót do korzeni, ale czy warto wracać do rzeczy bez polotu?



Urok oldschoolu ratuje trochę całość, a trudno też nie wspomnieć o świetnym wydaniu – biały papier i to nie cienki, kancik, twardsza, lakierowana okładka. Jak na rok 1991, kiedy TM-Semic raziło offsetem jak z gazety, to po prostu rewelacja.



Polecam, ale bardziej jako ciekawostkę, niż coś naprawdę wartościowego.