czwartek, 25 czerwca 2015

Amelia i Kuba. Kuba i Amelia. Nowa szkoła - Rafał Kosik




NOWE PRZYGODY



Amelia i Kuba, postacie, które zdawały się jednorazową odskocznią Kosika od Felixa, Neta i Niki, powracają w trzecim tomie przygód i wszystko wskazuje na to, że chyba zadomowią się na naszym rynku wydawniczym na dłużej.



Kiedy poznaliśmy tytułowych bohaterów, ich wakacje się kończyły, teraz zaś zaczyna się nowy rok nauki. Nowa szkoła to zawsze miejsce pełne wyzwań i stresu, kiedy jednak jest się Kubą czy Amelią, albo cierpiącym na zespół Aspergera Albertem, tudzież szaloną pierwszoklasistką pełną zapędów, jakich nie spotyka się zazwyczaj u dziewczynek, wszystko nabiera zupełnie nowego wymiaru. Jak poradzą sobie w nieznanym im środowisku, pośród nieznanych im ludzi? I w jakie nowe przygody/kłopoty wpakują się tym razem?



Trzeci tom KiA/AiK to powrót do pełnego humoru i akcji świata czwórki szalonych dzieciaków, który dzieci zdążyły już z pewnością pokochać. Powrót bardzo udany, trzymający znakomity poziom poprzedników, a co ciekawe niepodzielony tym razem na dwie części a stanowiący w pełni zamkniętą opowieść o tytułowej „Nowej szkole”. Nowe przyjaźnie, nowe niechęci… sporo dobrej zabawy wprowadzają nowe postacie, a kontynuacja specyficznych relacji Kuba/Amelia dodaje tylko smaku.



Stylistycznie także powieść utrzymana jest na znanym nam już poziomie lekkiego słowa, uproszczonej narracji a przy tym niebanalnej fabuły pełniej popychających ją zagadek, zwrotów akcji i nauki poprzez zabawę. Jak zwykle nie zabrakło też pewnych mądrości, czego jednak konkretnie zdradzać nie zamierzam. Ważne, że książka nie jest pustą, stricte rozrywkową opowiastką, która nic ze sobą nie niesie, a naprawdę kultywuje tradycje dawnych, zapomnianych już nieco i w pewien sposób tracących z wiekiem na aktualności powieści dla dzieci. Nowe pokolenie wychowane na telewizji cyfrowej, Internecie i technologicznym postępie, który zmienia się na ich oczach z dnia na dzień, sięgając po tych klasyków, dla których czarnobiały telewizor emitujący dwa kanały był szczytem zaawansowanej myśli technicznej, nie poczuje tej bliskości. Wartości się nie zmieniły, ale zmienił się odbiór i zmieniły się także niektóre aspekty społeczne, i rynek co jakiś czas potrzebuje odświeżenia. Te zaś serwują młodsi autorzy, a wśród nich – całkiem słusznie – najpopularniejszy chyba Rafał Kosik.



Dlatego jeśli szukacie wartościowej literatury dla młodszych (nie tylko ograniczonych do okładkowego 7 – 12 lat), „Amelia i Kuba” będzie jak znalazł. Polecam, a wydawnictwu Powergraph składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

środa, 24 czerwca 2015

Wielki Escapo - Paul Pope




WIELKI POPE



Wielki Escapo. Mistrz ucieczek. Człowiek, który nie boi się niczego a śmiertelne pułapki to jego chleb powszedni. Prywatnie jest jednak straceńcem jakich pełno w grupie cyrkowej, w której przyszło mu żyć. Wrażliwy, wręcz kruchy, zakochany bez wzajemności w akrobatce Aerobelli… Jego praca staje się ujściem dla frustracji i samobójczych myśli, ale czy śmierć byłaby dla niego dobrym rozwiązaniem?



Kultowy komiks Paule Pope’a w końcu trafia na nasz rynek i robi to w wielkim stylu. To zresztą dobry rok dla autora – po tylu latach posuchy, kiedy to mogliśmy cieszyć się tylko przeciętnym „Batman: Złamany nos”, otrzymaliśmy nagle „Battling Boya”, „Wielkiego Escapo”… co przyniesie przyszłość? Miejmy nadzieję, że kolejne komiksy PP, nieśmiało liczę na opus magnum Pope’a, „Batman: Year 100” (trzech Esinerów nie dostaje się w końcu przypadkiem), póki co jednak możemy cieszyć się losami mistrza ucieczek, a jest czym.



Scenariusz to znakomita dramatyczna opowieść o niespełnionej miłości, przemijaniu i nieuświadomionemu pragnieniu życia, czy też może tego życia, które się już posiada, bagatelizowaniu. Życie cyrkowej trupy i niesamowite wyczyny to jedynie pretekst dla głębszej, poważniejszej treści. Nuta realizmu magicznego w postaci akcesoriów towarzyszących występom Escapo, czy „robotów” przemykających w tle, ubogaca tylko fabułę, dając upust wyobraźni autora. Natomiast zakończenie całej historii, rwane jak to u Pope’a zazwyczaj bywa, nie stawia kropki nad i, dając tym samym – co w dodatkach potwierdza sam autor – furtkę dla ciągu dalszego.



Strona graficzna albumu to charakterystyczna dla Paula brudna kreska, prosta, ale i dopracowana, kiedy trzeba, i bardzo dynamiczna, co podkreśla iście mangowe kadrowanie (przy mangach zresztą pracował swego czasu) oraz oszczędność tła. Klimatyczna przy tym i ciekawie operująca czernią i światłocieniem, które to autor podpatrzył na filmach niemieckich ekspresjonistów z lat 20 ubiegłego stulecia.



Trzecim elementem składającym się na ten album i jego ocenę staje się także jakość wydania. Jubileuszowa edycja przypomina bowiem filmy wydawane na DVD. 2/3 tomu stanowi jego sedno, czyli komiks. Pozostałe ponad 50 stron zaś to bogate materiały dodatkowe, szkice i kompletne rysunki Pope’a, wraz z komentarzami, projekty postaci, sprzętów i okładki, dalej mamy pin-upy w wykonaniu m.in. Johna Cassadaya, Davida Rubina czy Yuko Shimizu, a w końcu codę, w której autor opowiada o tajnikach swojej pracy nad pierwszym jak i obecnym wydaniem „Escapo”. A wszystko tradycyjnie na świetnym papierze, w twardej oprawie, szyte i klejone, tak że i na półce świetnie się prezentuje i nie rozpada podczas wielokrotnego czytania.



Jednym słowem: Polecam! Jeśli cenicie komiksy – komiksy mądre i niebanalne – powinniście poznać „Wielkiego Escapo”, jak i samego Paula Pope’a, zachęcam, bo są tego warci. A przy okazji dziękuję Wydawnictwu Komiksowemu za udostępnienie mi albumu do recenzji.

Cuda i Dziwy Mistrza Haxerlina – Jacek Wróbel


W wozie Mistrza Haxerlina można znaleźć najbardziej kurioz… wszechstronne artefakty, takie jak stos rogów ostatniego jednorożca, oryginalne kopie mieczy z najgłębszych czeluści piekieł czy bezdenne dzbany na wino. Godziwe zarabianie na życie sprzedawaniem tych dziwów wiąże się jednak z niebezpieczeństwami czyhającymi na dzielnego przedsiębiorcę: demonami, bandytami, krwiożerczymi kapitalistami, seksaferami, reklamacjami i dawnymi kolegami ze studiów.

Czy Mistrz Haxerlin poradzi sobie ze wszystkimi kłodami rzucanymi mu pod nogi przez los? Czy, o zgrozo, odkryje w sobie altruistę? Kto wie, jakie niespodzianki przyniesie życie właściciela obwoźnego magicznego kramiku…

„Życie wędrownego maga i alchemika powinno być usłane różami. Zazwyczaj tak bywa. Haxerlin właściciel wędrownego kramu „Cuda i Dziwy” ma podwójnego pecha. Nie jest ani prawdziwym magiem ani prawdziwym alchemikiem. Dlatego oprócz wciskania ludziom kitu musi sobie dorabiać. Na przykład przemytem. Niestety życie wędrownego oszusta i kombinatora pełne jest trudów i niebezpieczeństw. W dodatku orżnięci klienci potrafią całe lata chować urazę…” – Andrzej Pilipiuk, jeden z najpoczytniejszych polskich pisarzy fantastycznych, „ojciec” Jakuba Wędrowycza

 

http://geniuscreations.pl/

wtorek, 23 czerwca 2015

Kuba i Amelia. Godzina duchów - Rafał Kosik




KUBA I AMELIA– KILKA WSPANIAŁYCH GODZIN CZYTANIA



Kuba i Amelia to dwoje dzieci, którym przyszło mieszkać w apartamentowcu Oak Residence na obrzeżasz Warszawy. Poznają się akurat w dniu, w którym Kuba przeprowadza się tutaj wraz z rodzicami, ale to pierwsze spotkanie nie należy do udanych. W efekcie oboje dochodzą do całkiem mylnego wniosku, że nie lubią się nawzajem. Na szczęście los splata ich drogi na każdym kroku, kiedy apartamentowiec, wyglądem przypominający zamek, zaczynają nawiedzać duchy…



Trudno powiedzieć by była to druga część przygód bohaterów znanych z „Amelii i Kuby”, bowiem obie książki to tak naprawdę jedna i ta sama powieść zaprezentowana tylko z innej perspektywy. Trudno także powiedzieć przy tym by czytelnicy dostali jeszcze raz to samo. Jeśli już, otrzymali drugie pudełko puzzli, które dopiero po zapoznaniu się z nim da im pełen obrazek i odpowie na wszelkie pytania - często takie, których nie uświadamiali sobie w trakcie lektury „AiK”. Jeśli jednak ktoś mimo wszystko przeczytałby tylko ten tom, nic z akcji czy lektury nie straci – po przeczytaniu zaś, bez dwóch zdań sięgnąć będzie chciał po drugą z książek i znów będzie się bawił znakomicie. Kosik w końcu pisze w taki sposób, że niezależnie od wieku, czytelnik chętnie zatapia się w jego powieściach. Lekki styl, lżejszy w tych dziecięcych powieściach, ale nadal charakterystyczny, dużo akcji, pomysłowe zagadki i rozwiązania fabularne. Co znaczące, w książkach dla młodszych nie traktuje autor grupy docelowej infantylizmami, serwując naprawdę ciekawie skrojone fabuły.



Świetne i niebanalne są też postacie, wśród tych zaś królują drugoplanowe, jak cierpiący na zespół Aspergera brat Amelii – chłopiec genialny, ale nieprzystosowany społecznie, czy siostra Kuby, Mi – dziewczynka w wieku lat sześciu, marząca o karierze patologa, hodująca zwierzątka, na widok których uciekają ludzie. Sami Kuba i Amelia także nie są gorsi, a ich relacje – szczególnie teraz, z perspektywy obu części – budzą wiele emocji. Podobnie Klementyna, której obraz zmienia się zależnie od perspektywy, z której o niej czytamy, a która śmiało mogłaby stanowić dobry materiał wyjściowy do, jeśli już nie powieści to chociaż opowiadania, prezentującego jej punkt widzenia.



Jak więc widać dylogię (która obecnie jest już trylogią) „AiK/KiA” warto jest przeczytać – jak każdą zresztą książkę Kosika. Szczególnie jeśli znacie najsłynniejsze dzieło autora, „”Felixa, Neta i Nikę” bowiem znajdziecie tu kilka oczek puszczonych do Was przez Rafała. Świetnie napisana, znakomicie wydana… Ta seria to coś, co warto polecić młodszym czytelnikom na wakacje, co niniejszym czynię, seria, która tak jak i wspomniane „FNiN” sprawia, że wychowana na telewizji i grach komputerowych młodzież odkrywa przyjemność jaka płynie z takiego zabytku (przeżytku?) jak zadrukowane literami kartki. A ja ze swej strony dziękuję wydawnictwu Powergraph za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

sobota, 20 czerwca 2015

Amelia i Kuba. Godzina Duchów - Rafał Kosik




AMELIA I KUBA – KILKA WSPANIAŁYCH GODZIN CZYTANIA



Amelia i Kuba to dwoje dzieci, którym przyszło mieszkać w apartamentowcu Oak Residence na obrzeżasz Warszawy. Poznają się akurat w dniu, w którym Kuba przeprowadza się tutaj wraz z rodzicami, ale to pierwsze spotkanie nie należy do udanych. W efekcie oboje dochodzą do całkiem mylnego wniosku, że nie lubią się nawzajem. Na szczęście los splata ich drogi na każdym kroku, kiedy apartamentowiec, wyglądem przypominający zamek, zaczynają nawiedzać duchy…



Kosikowi najwyraźniej bardzo spodobało się pisanie dla dzieci, skoro w przerwach tworzenia kolejnych tomów swojego sztandarowego cyklu „Felix, Net i Nika” popełnił nową serię. Tym razem nie dla nastolatków a młodszego grona czytelników, nie mniej nadal w znakomity sposób, przekonując fanów jego pisarstwa, że nie zależnie od tego, czy dzieło jest dla 7 – 12, 15 latków czy zupełnie już dorosłych, warte jest poświęcenia mu czasu i uwagi. „Amelia i Kuba”, pierwsza cześć nietypowej baśni osadzonej we współczesności, czerpiącej dużo ze współczesnych lęków jak i technologii, to połączenie „FNiN” z „Wakacjami z duchami”, oferująca mnóstwo akcji, humoru i przygody, a także nuty grozy. Nie przypadkowo wspominam także o „Felixie…” bowiem stali czytelnicy „FNiN” odnajdą tu wiele znajomych rzeczy, jak choćby Łebosławowo czy Instytut Badań Nadzwyczajnych. Dlatego też „AiK” śmiało można określić spin-offem tej właśnie serii.



Podobieństwa znaleźć można także pomiędzy postaciami, szczególnie jeśli zestawić brata Amelii, Alberta z Netem i Felixem. Albert to wynalazca i dziecko, które w każdej wyrzuconej rzeczy odnajduje użyteczność. Dziecko na wskroś racjonalne, cierpiące na zespół Aspergera, nieprzystosowane społecznie… Razem z siostrą Kuby, Mi, stanowią najciekawszych bohaterów całej książki. Szczególnie, że Mi daleko jest do grzecznej dziewczynki bawiącej się lalkami w przyjęcie.



Styl Kosika, choć oczywiście ułagodzony skoro powieść przeznaczona jest dla czytelników z przedziału wiekowego 7 – 11 lat, to wciąż charakterystyczne, lekkie i przyjemne pisarstwo, dzięki któremu kartki dosłownie same się przekręcają. Dzieci wciąga w świat niezwykły, ale jakże przy tym bliski, dorosłym zaś oferuje – po raz kolejny zresztą – sentymentalny powrót  do dawnych lat, które tak szybko im (nam!) umknęły. Ciekawy jest też zabieg rozdzielenia historii na dwa tomy. Każdy wprawdzie opowiada tę samą treść, ale z innego punktu widzenia, dopowiadając wiele rzeczy, przy czym czytelnik, który mimo wszystko przeczytałby tylko jeden z nich, nie straci nic z fabuły.



Konkluzja będzie więc przewidywalna, ale cóż na to poradzić. Kosik popełnił kolejne świetne dzieło, dlatego po prostu polecam je Waszej uwadze – dzieciaki będą zachwycone, a przy tym lektura czegoś ich nauczy bez nachalnego dydaktyzmu – a wydawnictwu Powergraph składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Przygody Tintina 20 - Tintin w Tybecie - Hergé




TINTIN ZNÓW W TARAPATACH



Dwudziesty album z przygodami Tintina nie stanowi wprawdzie wielkiego jubileuszu, jednak byłby w błędzie każdy, kto chciałby mierzyć go tą miarą. „Tintin w Tybecie” to bowiem świetny komiks, część serii i samodzielny album zarazem, a czytanie go stanowi wielką przyjemność.



Spokojny górski wypoczynek przerywa Tintinowi list od przyjaciela imieniem Czang, który wybierając się w podróż do Europy, postanawia odwiedzić reportera. Dziwny to zbieg okoliczności, bowiem Tintin właśnie miał koszmarny sen, w którym Czang, ranny, leżący w śniegu, błagał go o pomoc. Sen okazuje się proroczy – samolot, którym leciał Czang rozbił się w  Nealu, wypadku zaś nie przeżył nikt. Reporter jest jednak przekonany, iż jego przyjaciel ocalał. W takiej sytuacji wybiera się w podróż…



„Tintin w Tybecie” to zdecydowanie jeden z najlepszych albumów o przygodach dzielnego reportera i jego przyjaciela, fajtłapowatego, porywczego kapitana Baryłki. Obaj rzuceni w wysokogórską scenerię, zmierzyć się muszą z kolejnymi niezwykłymi zdarzeniami, a także legendami – jakże bowiem można by było poruszyć temat Tybetu, nie wspominając choćby Yeti? Piękne krajobrazy, dramatyczna akcja, tradycyjny już humor sytuacyjny i słowny oraz intrygujące pomysły sprawiają, że ten album, jak cała seria zresztą, oferuje czytelnikom mnóstwo rozrywki.



Znakomity scenariusz jak zwykle uzupełniają świetne ilustracje. Prostsze nieco tym razem, za to nie mniej przyjemne dla oka niż dotychczas. Nie zabrakło także charakterystycznego Tintnowego klimatu, któremu cykl zawdzięcza swoją kultowość i niesłabnącą popularność. Niektóre sceny zaś (nie chcę mówić które, bowiem zbyt wiele bym zdradził) przywołają uśmiech na twarzach tych, którzy czytali przygody Kajtka i Koka – tak bliskie są im stylistycznie, a zauważyć trzeba, że Tintin jest przecież starszym cyklem niż komiksy Christy.



Lubicie komiksy? Lubicie ten nieśmiertelny styl i klimat, na jakich wychowało się już niejedno pokolenie i niejedno także jeszcze wychowa? Nie czekajcie i sięgnijcie po „Przygody Tintina”. Ta seria to absolutne musisz-to-znać, a że dostępna jest w świetnym wydaniu, świetnym przekładzie i dobrej cenie, powinniście zwrócić na nią swoją uwagę. Dlatego też polecam, a wydawnictwu Egmont składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

MÓJ DEBIUT LITERACKI

19 czerwca w Węgrowskim Ośrodku Kultury odbył się mój debiut literacki połączony ze spotkaniem autorskim. Poniżej trochę zdjęć :)

 









piątek, 19 czerwca 2015

Przygody Tintina 19 - Koks w ładowni - Hergé




ŚWIETNA ZABAWA DLA MAŁYCH I DUŻYCH



Dziewiętnasty album przygód Tintina to – co tu dużo mówić – kolejna porcja wszystkiego tego, za co czytelnicy kochają serię. Humor, przygody, zagadki i mnóstwo dynamicznej akcji. Jednym słowem – Będzie się działo!



Przypadkowe spotkanie dawnego znajomego, generała Alcazara, staje się dla Tintina i kapitana Baryłki wstępem do kolejnej wyprawy. Alcazar bowiem znika, gubiąc portfel, w nim zaś bohaterowie odnajdują wskazówki, które zdają się nic nie wnosić do sprawy. Odwiedziny Tajnika i Jawniaka dolewają tylko oliwy do ognia, a jakby tego było mało pod opiekę Baryłki trafia Abdallah, syn emira Bena Kalisha Andrutha. W ojczyźnie chłopca bowiem dochodzi do przewrotu. Oba wydarzenia sprawiają, że Tintin i kapitan wyruszają w kolejną podróż pełną przygód…



Ten album to album pełen powrotów. Powracają postacie z poprzednich tomów, powracają znane stałym czytelnikom wątki. Nie oznacza to na szczęście, iż znajomość poprzednich części jest konieczna. Każdy, kto zechce zacząć przygodę z Tintinem od tego właśnie albumu wcale nie będzie czuł się zagubiony i naprawdę nie straci ani grama przyjemności płynącej z lektury. A przyjemność jest duża i utrzymana na niezmiennym, znakomitym pozimie.



Bardzo fajny scenariusz świetnie ilustruje prosta w prezentacji postaci, szczegółowa, kiedy przechodzi do sprzętów, plenerów, budynków czy maszyn, kreska. Klimatu dodaje – szczególnie w nocnych kadrach – pasujący do całości kolor. Europejskie kadrowanie i przedstawienie świata sprawdza się tutaj lepiej niż dobrze.



Warto też wspomnieć w tym momencie o jakości wydania. Ten tom, jak i poprzednie, wydrukowano na dobrej jakości papierze kredowym, starannie, tłumaczenie zaś (tradycyjnie już) przedstawia się naprawdę znakomicie.



Dlatego polecam Tintina Waszej uwadze. Kultowa to seria, taka, którą znać po prostu wypada, jeśli ceni się komiks, znakomita dla każdej grupy wiekowej i autentycznie intrygująca. Polecam, a wydawnictwu Egmont składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Przygody Tintina 18 - Afera Lakmusa - Hergé




KLASYKA I KLASA SAMA W SOBIE



Seria o przygodach Tintina ukazywała się w latach 1930 – 1986. Doczekała się 24 zeszytów, ekranizacji i uwielbienia czytelników na całym świecie. W Polsce Tintin pojawił się po raz pierwszy w latach 90 XX wieku, teraz Egmont wznawia jego historie i zaprasza czytelników do wspaniałego świata zagadek i przygód.



W Księżymłynie źle się dzieje. Pewnej burzowej nocy, kiedy tylko kapitan Baryłka wraz z Tintinem powraca do swojej willi, okazuje się, że z niewyjaśnionych przyczyn pękają wszelkie szkła. Szyby w oknach, szklanki, lustra… Sytuacja staje się jeszcze dziwniejsza, kiedy padają strzały, a ich celem wydaje się być profesor Lakmus. Znaleziony w ogrodzie tajemniczy ranny mężczyzna nie ułatwia niczego, a czas przynosi kolejne zagadkowe zdarzenia…



Ta seria to klasyka i klasa sama w sobie. Całkiem słusznie doczekała się statusu kultowości i przekładów na wiele języków. Reporter Tintin, który pakuje się co i rusz w kolejne tarapaty i tajemnice to postać, której nie sposób nie lubić. Podobnie jak innych bohaterów, jakich spotykamy na łamach. Komiczny Lakmus czy sfrustrowany Baryłka wnoszą do treści wiele humoru a pomysłowo poprowadzone zagadki popychają czytelnika do wędrówki przez kolejne strony, aż po finał, kiedy wszystkie elementy znajdują swoje miejsce.



Graficznie przygody Tintina to klasyczna „czysta linia” – charakterystyczna kreska, jaką znamy doskonale z innych podobnych dzieł, od „Asterixa” przez „Smerfy” po nasze polskie komiksy Janusza Christy. Prosta a przy tym dopracowana, przyjemna dla oka, nie stroniąca od detali, doprawiona miłym kolorem.



Czytanie Tintina zaś to nie tylko podróż po świecie, odwiedzanie wraz z bohaterem kolejnych państw, ale także i swoista podróż w czasie do lat 50. Oldschoolowe pojazdy, oldschoolowe maszyny, taki sam ubiór, a zarazem i klimat. Z tym, że tego typu klimat chyba nigdy się nie znudzi, a jego ponadczasowość jeszcze przez wiele lat będzie dostarczała znakomitej zabawy tym małym, jak i tym dużym czytelnikom. Dlatego polecam, a wydawnictwu Egmont składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Trzeci najazd Marsjan - Marek Oramus




NIKT JUŻ TAK NIE PISZE JAK ORAMUS



Oramus to jeden z najważniejszych w naszym kraju pisarzy SF, właściwie jeden z filarów tego gatunku w Polsce. Twórca kultowy, obecny na rynku wydawniczym od prawie 45 lat. „Trzeci najazd Marsjan” to wprawdzie dopiero szósta powieść na jego koncie, ale pokazująca, że po książki autora warto sięgnąć.



Nikt się nie spodziewał, że tak to będzie wyglądało. Jest rok 2032 i Marsjanie przybywają na naszą planetę balonami. Ich wizycie towarzyszą zakłócenia fal radiowych, ale to jedyna niedogodność z ich strony. Olbrzymie kuliste balony przemierzają niebo cicho i spokojnie, nawet na ataki sił powietrznych nie odpowiadają agresją. Co się kryje za ich pojawieniem zdumiewa ludzi nie mniej niż sam najazd. Marsjanie nic od nas nie chcą, wręcz przeciwnie. oferują nam spełnienie marzeń, bezpłatne konsumpcyjne rozpasanie. Każdy może złożyć zamówienie i otrzymać to, czego zapragnie. Cena? Żadna, trzeba tylko do specjalnego lampionu, który pomknie z zamówieniem do balonów, włożyć albo krople krwi albo fragment paznokcia…

Pomiędzy ludźmi szybko rodzą się podziały na zwolenników całej sytuacji a wrogów lampionów. Co zwycięży? I do czego doprowadzi najazd?



Nic tak nie komentuje naszych lęków socjologiczno-, popkulturowo – politycznych, jak fantastyka, a w szczególności SF. I nikt nie pisze już tak jak Oramus, którego niesamowicie oldschoolowy styl po prostu urzeka. Co jednak równie ważne, jego SF to nie modne ostatnio eksplorowanie obcych światów, terraformowanie i dławiący niemal pseudo techniczny żargon, a fantastyka bardzo przyziemna. Rok 2032 przynosi kilka zmian terytorialnych czy politycznych, ale nie w mentalności społeczeństw ani w technice. Ludzie nadal prowadzą czarne interesy, handel żywym towarem, nadal zajmują się gangsterką, nadal interakcje pomiędzy nimi są takie, jakie widzimy dziś. Nadal jeżdżą zwykłymi samochodami, oglądają kablówkę, płacą za Internet… Najazd Marsjan nie zmienia wiele. Właściwie tylko ceny paliwa lecą w górę, a z tv znikają mądre gadające głowy, nie posiadając rozwiązania dla całej sytuacji. Szczególnie rozbroiła mnie scena, w której bohaterowie nie wsiadają po alkoholu za kółko bo „kosmici kosmitami, a policja nadal łapie po dawnemu”. I to właśnie największa siła powieści Oramusa, społeczno-polityczna prawda i realizm. Bliskość i swojskość jakiej próżno szukać gdzie indziej, połączona z satyrą na konsumpcjonizm, utopie i dystopie.



Nie brak tu także nawiązań do wielkich poprzedników marsjańskich najazdów, od Wellsa po Strugackich, ale Oramus sam staje się ich godnym kontynuatorem, oferując to, co wyparła z fantastyki moda. Jest w tym pewna ponadczasowość i uniwersalność, jest też ciężkie SF, a nade wszystko refleksja. Kto więc ceni niebanalną rozrywkę, „Trzeci najazd Marsjan” przeczytać powinien – na pewno się nie rozczaruje. A ja ze swej strony dziękuję wydawnictwu Media Rodzina za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Władca piorunów. Nikola Tesla i jego genialne wynalazki - PrzemysławSłowiński, Krzysztof K. Słowiński




NAJSŁYNNIEJSZY ZA ZAPOMNIANYCH



Dotychczas, jeśli chodzi o książki z oferty Videografu, do czynienia miałem jedynie z publikacjami stricte beletrystycznymi. Biografia Tesli stanowi więc pierwszą pozycję non fiction z oferty tego wydawnictwa, ale śmiało powiedzieć mogę, że ten pierwszy raz okazał się wprost rewelacyjny.



Kim był Tesla? Geniuszem czy szaleńcem? Największym wynalazcą w historii ludzkości czy powszechnie przecenianym twórcą, którego o włos ubiegali inni? Od pełnego niezwykłości dzieciństwa, przez wiek rozkwitu tak życiowego jak i twórczego, po ekscentryczną starość. Od narodzin w chwili niespotykanie silnej burzy po wynoszenie jego dobytku tak przez krewnych jak i agentów FBI tuż po  śmierci. Taką drogą wędrują dwaj twórcy tej książki, a wraz z nimi my, czytelnicy, kawałek po kawałku odkrywając codzienność i sekrety Nikoli Tesli…



O Nikoli po raz pierwszy przeczytałem jako nastolatek w artykule w jednym z paranormalnych pism. Nie przyłożyłem do niego zbyt wielkiej wagi, rewelacje jakie wyciągnął autor tamtego tekstu nie znajdowały bowiem żadnego logicznego umotywowania. Z czasem jednak poznałem też drugą, tę historyczną stronę Tesli i sądziłem, że wiem o nim dość dużo. Jakie więc było moje zaskoczenie, kiedy w samym prologu, który nawet nie przeszedł do omawiania szczegółów, dowiedziałem się więcej rzeczy niż z dotychczasowych artykułów? Rzeczy, które pokazały mi Teslę w zupełnie nowym świetle, zafascynowały i wciągnęły w prywatny świat największego wynalazcy wszechczasów.



Kim był Tesla, to pytanie nad którym zastanawiać można się godzinami. Jedni uważają go za kosmitę, inni za wariata, sam zainteresowany wielokrotnie dolewał oliwy do ognia, podsycając (świadomie czy nie) własny wizerunek. Autorzy jego biografii nie próbują odpowiadać, popychać nas w którąś stronę. Relacjonują tylko fakty, najbardziej drobiazgowo jak się tylko dało, ale nie przedstawiając ich w suchej, akademickiej formie, a zachowując stylistykę powieści. Nie skupili się zresztą jedynie na nich, oferując rzut oka na historię Chorwacji, sytuację na Bałkanach a nawet dodali do tego ciekawostki kulinarne! Na sam koniec zaś, obok indeksu, ulokowali kompletny spis patentów Tesli, a pomiędzy kolejnymi stronami tekstu zamieścili wiele zdjęć samego Nikoli jak i jego rodzinnych stron, wynalazków i ludzi związanych z jego życiem.



Najważniejsze jednak, że całość czyta się rewelacyjnie, nawet jeśli ktoś nie zna tematu, a na dodatek z każdą kolejną stroną narasta fascynacja Teslą i jego wynalazkami. Pikanterii zaś dodaje fakt, że nadal tak wiele pozostaje o tym geniuszu niewiadomych, które na długo jeszcze po odłożeniu książki na półkę będą rozpalać wyobraźnię czytelnika.



Dlatego też polecam gorąco, wydawnictwu Videograf zaś składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

czwartek, 11 czerwca 2015

Amazing Spider-Man: Renew Your Vows #1 - Why We Can't Have Nice Things- Dan Slott, Adam Kubert




ODNOWA PRZYSIĘGI, CZ I: CZEMU NIE MOŻE BYĆ NAM DOBRZE



Ten zeszyt Spider-mana to ważny komiks z kilku przyczyn. Po pierwsze, jeśli liczyć "Superior Spider-Mana", to 750 zeszyt serii. Po drugie, stanowi część największego wydarzenia w historii Marvela. Po trzecie to chyba pierwszy zeszyt typu What If puszczony w ramach głównego nurtu serii. Co jednak najważniejsze, to najlepszy od dawna Spider na rynku.



Tajne wojny trwają. Multiverse nie istnieje, jedyną ostają jest Battleworld sklejony z fragmentów różnych wszechświatów, który pozostaje pod władzą Dooma. Wydarzenia te nie mają większego znaczenia dla "Renew...", ale to właśnie w tym świcie żyje Peter z czasów sprzed "Brand New Day", a może nawet sprzed czasów finału pierwszego Volume'u. Jest więc z MJ, ich córeczka ma już kilka lat. Niestety źle się dzieje. Wezwany do siedziby Avengers Spiderman dowiaduje się, że Punisher i Moonknight (między innymi) zginęli. W ogóle ktoś morduje bohaterów, którzy nie mają mocy, tych z mocami zaś porywa. Zniknęli X-Meni, a niedobitki są tu, stawić czoło zagrożeniu. Kiedy jednak słyszy, że z Ryker's Island uciekli wszyscy, musi stawić czoło Venomowi, który za cel obrał MJ i córeczkę Parkerów...



Świetna fabuła, jakby Slott dostał prawdziwego przebłysku inwencji, świetna także kreska Kuberta, którego Venom przed laty zachwycił polskich czytelników komiksów TM-Semic, a który teraz znów kreuje tego wroga Petera.



"Renew..." to więc wielki powrót do tradycji, ale tej dobrej, i aż szkoda, że niedługo twórcy odwrócą ten stan rzeczy.



Polecam.

wtorek, 9 czerwca 2015

Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza - RobertM. Wegner




POZA IMPERIUM I JESZCZE DALEJ



Wegnerowi strony świata skończyły się już po tomie drugim, jednak dopiero teraz akcja jego powieści wykracza poza granice Imperium przenosząc czytelników na Dalekie Południe czy wyspę Amonerię. Oczywiście nie ogranicza się tylko do tych dwóch lokacji, czytelnicy zaś dostaną to, na co tak długo czekali – kolejną, znakomitą powieść hard fantasy, realistyczną, brutalną, a przy tym magiczną i pełną  nieaktualnych zdawałoby się wartości.



Deana nie ma lekko. Utraciła brata, po tym jak ten zabił córkę swego pracodawcy, musiała pokonać owładniętą nienawiścią sąsiadkę… Teraz wszystko to powraca do niej, kiedy decyzją starszyzny staje przed wyborem bez wyjścia. Ratunkiem staje się dla niej pielgrzymka, co zmusza ją do opuszczenia rodzinnych stron i wyruszenia w głąb pustynnych krain.



Tymczasem były złodziej, który obecnie nosi w sobie ducha Boga Wojny, Altsin, wędrując w poszukiwaniu sposobu na niechcianego rezydenta własnego ciała, dociera na wyspę Amonerię.



Co czeka bohaterów w podróży? Jak przetną się ich losy i do czego to doprowadzi? Szczególnie, że sam Yatech, brat Deany, służąc nowej pani, także pojawia się na horyzoncie…



Czwarty Meekhan trzyma świetny poziom, jaki wyznaczyli jego poprzednicy, powracając do bohaterów (Deana, Yatech), którzy obok Czerwonych Szóstek są ulubieńcami czytelników, podzielonych na frakcje ich wyznawców. Już samo to dobrze świadczy o prozie Wegnera. Wielu mogłoby pozazdrościć mu wywoływania takich emocji, podobnie jak świetnej konstrukcji bohaterów i dobrze opracowanej mechaniki świata. A przecież to nie jedyne zalety cyklu. Przykuwający uwagę styl także nie jest bez znaczenia, a świetne pomysły, mocno osadzone w klasyce, ale i nowatorskie zarazem, wciągają, oferując rozrywkę na wiele długich godzin.



Równie ważnym co treść aspektem staje się natomiast coś mniej widoczne na pierwszy rzut oka, za to nie mniej istotne dla fanów. Cóż to takiego? Niuanse. W pierwszych dwóch tomach olbrzymią przyjemność znajdowałem w odkrywaniu odniesień kulturowych. Potem autor dodał do tego swoiste puzzle, z których czytelnik mógł wyłuskiwać elementy prawdziwej historii Meekhanu, jakże różnej od oficjalnie uznawanej. Teraz splata to wszystko, bardziej jeszcze niż w poprzednich tomach, bo oferując historię nowych regionów, konfrontując z nimi doskonale nam już znanych bohaterów.



Dlatego fani fantasy, jeśli jeszcze nie znacie Meekhanu, szczerze polecam go Waszej uwadze. To nie pastiszowa zabawa schematami, jaką zazwyczaj oferują polscy autorzy, a która szybko wypada z pamięci, tylko autentycznie intrygująca, przemyślana, na serio przedstawiona opowieść warta przeczytania. Mam więc nadzieję, że Was przekonałem, wydawnictwu Powergraph zaś składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Czarny Wygon: Słoneczna Dolina - Stefan Darda




STEFANA WARTA PRZECZYTANIA POWIEŚĆ



Jeszcze całkiem nie tak dawno temu, sam pamiętam te czasy, polska literatura grozy była niemal nieobecna na rynku. Potem pojawiło się kilku młodych niepokornych, którzy zmienili ten trend zarezerwowany wcześniej dla opowiadań, a wreszcie na rynku wykwitł Stefan Darda i udowodnił, że nie musi mieć kompleksów odnośnie zachodnich autorów tego gatunku. Za jego opus magnum można chyba zaś uznać cykl „Czarny Wygon”.



Jej bohaterem jest dziennikarz w wieku średnim, specjalista od artykułów paranormalnych pisanych dla brukowców, Witold Uchmann. W chwili, kiedy go poznajemy, a właściwie nie poznajemy, policja wie już o jego zaginięciu. Co się stało? Szansą na wyjaśnienie tej zagadki stają się zapiski przyniesione przez tajemniczego mężczyznę wraz z listem od Witolda do jego przyjaciela. Tak oto czytelnik wkracza na drogę sekretów, poznając codzienne życie Witka. Nielubiany w pracy ze względu na dawne związki z SB, przez szefa traktowany jak coś gorszego, pewnego dnia otrzymał maila a zarazem szansę na oddech. Jego autor donosił o dziwnych zdarzeniach na Roztoczu. Napisanie artykułu stało się dla Witolda pretekstem do wyjazdu z dala od ludzi i pracy. Ale sielska kraina okazała się inna, niż mógł przypuszczać. Dziwne zachowanie autora maila, tajemniczy ludzie, sekret wsi, która zniknęła i wreszcie brulion podarowany przez wspomnianego już człowieka, który skontaktował się z Witkiem zatytułowany „Słoneczna dolina”, przynoszą prawdziwy koszmar…



Książka w książce, w książce. Taką konstrukcję przyjął Darda tworząc pierwszy tom „Czarnego Wygonu” i choć to zabieg, który nie zawsze się udaje, tym razem wypalił. Przyjaciel Witolda czyta jego zapiski, w których Witold czyta podarowaną mu historię zapisaną w brulionie. Pastisz? Nic bardziej mylnego. „CW” to klasyczny horror pełną gębą, że się tak kolokwialnie wyrażę, mroczny, klimatyczny, pełen napięcia. Do tego świetnie napisany, swobodnie i lekko, z pasją i wyczuciem. Leszek Bugajski na czwartej stronie okładki porównuje go z Kingiem i ja po części się pod tym podpisuję – choćby jeśli chodzi o warstwę obyczajową. Ale Darda nie jest kopią Króla, pomimo zbieżności imion, jego „Wygon…” oferuje bardzo swojskie klimaty, unika dłużyzn i skupia się na nastroju, tajemnicy i szeregu powiązań pomiędzy zdarzeniami. Co ciekawe nie popada w śmieszność, o jaką łatwo, kiedy porusza się tematy grozy, ani nieporadność tak dobrze znaną z podobnych utworów.



Co z tego wynika? A to, że czytelnicy otrzymali moim zdaniem jeden z najlepszych horrorów, jakie stworzyli nasi rodacy. Do tego świetnie wydany (okładka Darka Kocurka, wyróżnienie stron z tekstem „Słonecznej doliny”), wznawiany w różnych edycjach, w tym zbiorczych. Cóż, nie trudno się domyślić konkluzji tej recenzji, brzmiącej po prostu: Polecam! Bo warto, bo po skończeniu chce się jeszcze, bo… przymiotniki można by mnożyć, ale po co? Każdy, kto ceni horrory, niech sięgnie i sam się przekona. A ja składam podziękowania wydawnictwu Videograf za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

niedziela, 7 czerwca 2015

Nie do pary - Ewa Nowak




W MIŁOŚCI JAK NA WOJNIE



Ewy Nowak nie znałem dopóki nie przeczytałem rewelacyjnego „Pajączka na rowerze”. Sięgając po „Nie do pary” siła rzeczy zastanawiałem się czy autorka zdoła sięgnąć poprzeczki postawionej tak wysoko. Ale wystarczyło parę stron bym poczuł się spokojny i wciągnął w powieść bez reszty.



Alek M. nie ma łatwego życia. Toksyczna matka, która wbrew braku predyspozycji syna, postanowiła, że jej dziecko będzie geniuszem. Ojciec, którego równie dobrze mogłoby nie być, zabijający się na raty. Małe miasteczko L., w którym przyszło mu żyć niczego nie poprawia. Przeżywając czas buntu, za cel swego istnienia obiera sprawienie jak największych kłopotów i wstydu rodzicielce. Dowartościowania zaś szuka u płci przeciwnej, angażując się w kilka związków jednocześnie. Niestety, nie przynosi mu to upragnionej stabilizacji ani nie podnosi poczucia własnej wartości. Wywołuje tylko kolejne kłopoty, z których coraz ciężej znaleźć jest wyjście. Ale jak ma sobie poradzić, skoro sposobem na owe kłopoty są dla niego kolejne związki?



Pamiętam jak dziś szkolną lekcję z okresu, kiedy chodziłem do gimnazjum, na którą nauczycielka zaprosiła szkolną pedagog. Nie działo się wtedy nic nadzwyczajnego, ale pamiętam jak owa pedagog powiedziała, że każdy z nas chłopaków marzy o miłości. Nikt się do tego nie przyznał, ja także – choć marzyłem i, jak każdy romantyk wychowany na nieistniejących męskich wzorcach facetów z kwadratowymi szczękami rzucających bez emocji slogany pokroju „Bo to zła kobieta była”, fakt ten głęboko ukrywałem – ale coś to we mnie poruszyło. Podobną, bardzo prawdziwą nutę porusza w człowieku także najnowsza powieść Ewy Nowak, która udowadnia, że jest bodajże najlepszą autorką obyczajowych książek young adult w naszym kraju. Książek pełnych emocji, poruszających ważne tematy, unikających sztampy a przy tym podanych stylem lekkim i przyjemnym. Książek o miłości (uczuciach), ale nie harelquinowo prostych. Książek godnych polecenia każdej grupie wiekowej, bowiem od dłuższego czasu odnoszę wrażenie, że głównonurtowa literatura stricte dla dorosłych, epatując a to seksem, a to przemocą, zapomina o jakimkolwiek przesłaniu czy głębi, młodzieżowa zaś, oferuje więcej, niż powszechnie się uważa.

Poza tym „Nie do pary” śmiało mogę zestawić z takimi dziełami jak „Dziewczyna i chłopak”, młodzieżowymi utworami Nicka Hornbyego czy książkami Matthew Quicka, a także Nicolasa Sparksa.



Sama powieść zaś, pomimo niepozornej okładki , to wciągający pożeracz czasu, od którego trudno się oderwać. Świetny zarówno dla dziewcząt jak i chłopaków – obie płcie dowiedzą się sporo o sobie nawzajem, choć w ogólnym podsumowani to my, faceci, wypadamy gorzej. Skąd autorka tak dobrze wie, co siedzi nam w głowach, kiedy buzują hormony? Skąd tak dobrze zna naszą psychikę? Wolę nie pytać, a po prostu cieszyć się, że nie popadła w infantylność i znakomicie oddała aspekt psychologiczny dzieła, oferując także nastolatkom zarówno pożywkę dla marzeń, jak i otrząśnięcie z nich.



Jednym słowem: Super. Cóż więcej mogę powiedzieć? Dlatego zachęcam Was do lektury, a wydawnictwu Egmont składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

wtorek, 2 czerwca 2015

ZAPRASZAM



Szczegóły - https://www.facebook.com/events/1615144102106239/

Superman –- Czerwony syn - Mark Millar, Dave Johnson, Kilian Plunkett



















Супер человек



Mark Miller przeprowadza kolejną rewolucję i przetasowanie w świecie herosów. Na warsztat bierze tym razem ikonę Ameryki, Supermana, zmieniając status quo bohaterów bardziej, niż wszelkie epickie wydarzenia, równające z ziemią całe galaktyki.



Co takiego robi? Wyobraźcie sobie, że oto Superman rozbija się nie w Smallvile a w niewielkiej wsi w Związku Radzieckim. Tu dorasta, tu staje się bohaterem narodowym, a wreszcie staje na czele Państwa, tworząc utopię. Ameryka chce jego śmierci, więc na czele jej wysiłków staje geniusz, Lex Luthor. Ale i w ojczyźnie Superman nie ma pełnego poparcia. Założyciel Ruchu Oporu, Batman, szykuje własny plan zmian władzy…



Mocno polityczny i mocno prawdziwy – taki jest właśnie „Czerwony Syn”. Satyra na utopię czy politycznie niepoprawny żart z komunizmu? Odwrócenie schematów czy hołdowanie tradycji? Jakkolwiek by nie odbierać tego albumu, trudno jest nie dostrzec jego głębi i siły wymowy. Świetne dialogi, świetne pomysły, znakomite rozwiązania fabularne dalekie od sztampy, a wreszcie finał, który – choć oczywisty i prosty – nie pozwala o sobie zapomnieć. Wprawdzie nie zabrakło też kilku błędów czy zbytnich uproszczeń (uogólnień?) oraz banałów, nazewnictwo też przydałoby się inne – wyobraźcie sobie Super Cieławieka i Cieławieka Lietuczaja Mysz!, ale…



Gorzej jest z kreską, bo tak wielkie historie (przy „Synu” „All Stars Superman” wypada naprawdę blado i zachowawczo) powinny być genialnie zilustrowane. Alex Ross czy nawet Tim Sale zrobiliby to rewelacyjnie, nie mniej strona graficzna nie jest zła, nie straszy ani nie razi, choć i nie zachwyca przy tym. Kolor też pewien poziom trzyma, ale pokazy sztucznych ogni á la „Ultimate X-Men” wyglądają kiepsko…



Mimo drobnego sarkania – im większy album tym trudniej mu przebaczyć błędy – „Czerwony syn” to jeden z tych komiksów, które poznać trzeba bardziej niż koniecznie. Album, który przejdzie do historii i nie zostanie zapomniany.



Polecam!

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza - Robert M. Wegner




WIELKIE SPISKI MEEKHANU



Po dwóch tomach opowiadań Wegner powraca z Meekhaskim pograniczem w formie powieści, rozwijając wątki znane z dwóch poprzednich tomów. I choć jako pisarz opowiadań dał się pokazać czytelnikom ze świetnej strony, to dopiero jako autor powieści z prawdziwego zdarzenia, udowodnił ile potrafi i stworzył najlepszą rodzimą historię fantasy, jaką miałem przyjemność czytać.



Wielkie wydarzenia dzieją się w Meekhanie. Górska straż pod wodzą Kennetha-lyw-Darawyta nie ma lekko. Sprawa tajemniczych morderstw, po sprawcach których nie pozostaje najmniejszy ślad, to nie jedyne zmartwienie jakie spada na ich głowę. Wozacy wyruszają bowiem odzyskać swoje dawne tereny, szykują się do wielkiej wojny o honor i tradycję, a Straż ma przeprawić ich nieznaną drogą na miejsce. Pech chce, że do ludzi Kennetha dołączają nowi – grupa najgorszych wyrzutków, jakich posiada armia.



Tymczasem posiadająca wozackich krewnych Kailean, wraz z przyjaciółką, z którą służy w czardanie generała Laskolnyka, podejmują się niebezpiecznej misji powiązanej z tajemniczymi morderstwami. Udając księżniczkę i jej służkę, przybywają do zamku hrabiego, gdzie zdają się zbiegać jedyne ślady zabójstw. Nic nie idzie jednak tak, jak to sobie zaplanowały…



Nagroda Zajdla za rok 2012, nagroda Sfinksa, najlepsza książka w plebiscycie Fantastyka 2012, nominacja do nagrody Żuławskiego… Wegner wytacza najcięższe działa, sięgając po najlepsze postacie poprzednich tomów i splatając je w krwawej zawierusze wojennej, domykającej wątki, które intrygowały fanów. A wszystko to w świetnym stylu, lepszym nawet niż dotychczas. Nie jest to fantasy pełne smoków i baśniowych istot, autor, o wiele bardziej przyziemny, snuje realistyczną, brutalną, ale honorową historię, w której magia, i owszem, pojawia się, ale wydaje się równie prawdziwa, jak broń, którą posługują się żołnierze.



Akcja  jest tu szybka i dynamiczna, wojna, która stanowi jeden z najistotniejszych aspektów powieści, prawdziwa do bólu – nie przedstawiona frazesami, ale uderzającym realizmem właśnie. Zagadka zbrodni zaś naprawdę intryguje, ciekawi i wciąga. Jednym słowem, Wegner dopracował należycie wszystkie elementy, łącząc je ze sobą z głową i talentem. I optymistycznie nastrajając na przyszłość.



Lubicie fantasy? Sięgnijcie koniecznie, bo „Meekhan” udowadnia, że Polacy potrafią stworzyć poważną historię w tym gatunku na najwyższym poziomie. Historię w sam raz na ekranizację – miejmy jednak nadzieję, że jeśli do takiego projektu dojdzie, powstanie z niego coś lepszego, niż choćby „Wiedźmin”. Póki co zaś, pozostaje świetna seria książkowa, godna polecenia fanom gatunku. A ja dziękuję wydawnictwu Poergraph za udostępnienie mi powieści do recenzji.

Listy niezapomniane. Korespondencja godna szerszego grona odbiorców -praca zbiorowa, Shaun Usher




DO WSZYSTKICH ZAINTERESOWANYCH



Drodzy czytelnicy, witajcie.



Listy zdają się być reliktem przeszłości, sztuką zapomnianą i najzwyczajniej w świecie przeżytkiem. W dobie cyfryzacji, kiedy możemy wystukać SMS-a czy e-maila, a jego odbiorca otrzyma go nie po kilku dniach, a już, teraz, niemal natychmiast, fakt ten nie ma co dziwić. A jednak SQN zdecydowało się wydać na naszym rynku pozycję zbierającą listy właśnie. Te tradycyjnie, ręcznie czy też maszynowo pisane i słane za pomocą równie tradycyjnej poczty. Odważny to krok, nie mniej Sine Qua Non przekonało nas już, że nie boi się wyzwań, a dodając „Listy niezapomniane” na listę pozycji wydawczyniach, udowodniło po raz kolejny, że wie co jest dobre.



Jakie są to listy, moi drodzy? Nietypowe, to na pewno. Nie musicie się obawiać, że znajdziecie tu przedruk czegoś w stylu – Podróż służbowa nudna. Wracam za tydzień. Wręcz przeciwnie. Wiadomości, które zostały zebrane na ponad 400 stronach, to wiadomości aż kipiące emocjami i emocje te wzbudzające. Spróbujcie przejść obojętnie wobec ostatniego listu 24 letniego żołnierza, który został rozstrzelany za dezercję, nawet jej nieświadom. Albo spróbujcie nie uśmiechnąć czytając odręcznie napisany i zilustrowany list Pete’a Doctera, reżysera Pixara, wysłany w odpowiedzi fanowi. To tylko dwa przykłady spośród 126, a pozostałe w niczym im nie ustępują. Właściwie każdy znajdzie tu coś dla siebie. Fani literatury dostaną m.in. list Kurta Voneghuta do dyrektora szkoły, gdzie palono jego powieść. Fani kina doszukają się choćby wiadomości Jamesa Camerona do prawnika H.R. Gigera w związku z „Obcym: Decydujące starcie”. Pasjonaci muzyki? Dla nich jest na przykład Nick Cave. Miłośnicy historii? Tu nawet za długo by wymieniać. A pośród tego ludzie, którzy celebrytami nie byli, a jednak ich historia wymagała unieśmiertelnienia.



A skoro o historii mowa... Każdy list, oprócz tego, że doczekał się także jego reprodukcji i przedruków, opatrzony został przez autora notką nadającą kontekst historyczny całości i wyjaśniającą wiele aspektów z nim związanych. Do tego czytelnik otrzymuje zdjęcia samych autorów, jeśli takowe się zachowały (cóż, Kuba Rozpruwacz swojego nie dołączył, ale jego korespondencja jest tutaj obecna). Smakowity kąsek, prawda? Szczególnie, że polskie wydanie jest naprawdę znakomite.



I cóż mogę więcej dodać, moi drodzy. „Listy…” to pozycja wzruszająca, poruszająca, emocjonująca, zaskakująca i po prostu zachwycająca. Taki przekrój przez ludzkie życia i kulturę w ogóle. Trudno nie ulec jej urokowi, a fakt, że w przygotowaniu jest kolejna część, najzwyczajniej w świecie cieszy. Dlatego nie pozostaje mi nic innego, jak polecić ją Waszej uwadze, a wydawnictwu SQN złożyć serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.



Miłej lektury

Michał P. Lipka