piątek, 31 lipca 2015

Galop ’44 - Monika Kowaleczko-Szumowska




A IMIĘ JEGO CZTERDZIEŚCI I CZTERY



Co byś zrobił, gdybyś znalazł się w powstaniu? Walczyłbyś?

Takie pytanie zadaje nastoletni Mikołaj swojemu starszemu o cztery lata bratu, Wojtkowi. Pytanie nie jest bezzasadne. W trakcie rocznicowej wycieczki do Muzeum Powstania Warszawskiego, wchodząc do repliki kanału, odkrywa, że może w ten sposób przenieść się w sam środek walk powstańczych roku 1944. Mikołaj uważa, że by walczył, Wojtek najchętniej by uciekał. Kiedy jednak pewnego dnia trafia za bratem w przeszłość, a potem zmuszony jest powrócić po raz kolejny, by go odnaleźć, po tym, jak chłopiec znika, życie konfrontuje jego poglądy.

Co znajdzie w samym środku powstania? Czy w szaleństwie walk i wszędobylskiej, bezsensownej śmierci, w jałowej ziemi napojonej krwią poległych, może narodzić się miłość i zakwitnąć szczęście?



Moda na powstańcze opowieści to domena ostatnich lat. Można wręcz mówić o przesycie rynku tym tematem, ale pośród zalewu pozycji znaleźć można także takie, które wciąż potrafią się wyróżnić. „Galop ‘44” jest jedną z nich, choć właściwie można zapytać: Dlaczego? Co w nim  jest innego? Mało to książek o wędrówkach w czasie, mało opowieści o dzieciach, które zagubieni w niesprzyjających okolicznościach muszą sobie poradzić, dojrzewając przy tym? Najwyraźniej mało, a na pewno mało takich, które oferowałyby coś o wiele więcej ponad samą rozrywkę. To co zaś stanowi o sile powieści Moniki Kowaleczko-Szumowskiej, to prawda. Fikcyjną fabułę osnuła bowiem na prawdziwych historiach powstańczych, wspomnieniach o prawdziwych ludziach, z których wielu nie zdołało przeżyć pamiętnego zrywu, i uświadomienie sobie tego kluczowego faktu, jest dla czytelnika jak kontakt głowy z obuchem siekiery. Poza tym zamiast skupiać się na relacji historycznej, która jako prezentacja ogółu, mimo całego tragizmu, straciłaby na sile wyrazu, zastosowała świetnie sprawdzający się od dawna motyw koncentracji na wybranych bohaterach, których emocjami żyje czytelnik.



Wyszła z tego wspaniała i mądra książka, pięknie wydana, która wciąga poprzez operowanie atrakcyjnymi dla młodzieży motywami, i która znakomicie sprawdza się jako żywa lekcja historii. Wydana na 70-lecie powstania, warta jest przypomnienia teraz, w sierpniowych dniach, kiedy to w 44 roku toczyły się walki. I warta polecenia, nie tylko jako lektura, ale także i zachęta by wraz z nią przejść się ulicami Warszawy i odnaleźć opisane miejsca, łącząc je z zapamiętanymi ze stronnic wydarzeniama.



Mi zaś, w ramach podsumowania, cisną się na usta słowa naszego wieszcza, spisane pod wpływem nękającej go liczby, od których nie mogłem się uwolnić w trakcie czytania:

Patrz! – ha! – to dziecię uszło – rośnie – to obrońca!
Wskrzesiciel narodu,
Z matki obcej; krew jego dawne bohatery,
A imię jego będzie czterdzieści i cztery.




I pozostaje mi jeszcze złożyć wydawnictwu Egmont serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza „Galopu…” do recenzji.



W recenzji wykorzystano fragment trzeciej części „Dziadów” Adama Mickiewicza.

czwartek, 30 lipca 2015

Kameleon - Rafał Kosik




SCIENCE FICTION KONTRA FANTASY



Po siedmiu latach od premiery trzeciej z dorosłych powieści Kosika, Powergraph oferuje nam jej wznowienie w twardej oprawie. I bardzo dobrze się stało, bowiem to nie tylko najbardziej utytułowana z książek tego autora, ale zarazem jedna z najlepszych rodzimych historii SF.



Noan ma dość. Jest stworzony do innego życia, niż ciągła wiejska harówka od świtu do zmierzchu. Nie obchodzą go prace polowe, wyprawy na targ, nawet wojna, która przybiera na sile nie stanowi dla niego interesującego aspektu. Liczą się tylko gwiazdy, w które wpatruje się co noc i w obronie swoich marzeń jest w stanie dokonać najgorszych nawet czynów. Nagle w jego monotonną egzystencję wdzierają się niezwykłe zdarzenia – dziwna, wędrująca po niebie gwiazda, a wreszcie dziwna kula, która pobiera mu krew. Do czego doprowadzą te zdarzenia?

Tymczasem w przestrzeni kosmicznej USS „Ronald Reagan” przybywa z misją odnalezienia potomstwa załogi statku do terraformowania, który zaginął w okolicach planety Ruthar Larcke 413 lat temu. Wbrew wszelkim prawom tak logiki jak i fizyki, zastają na miejscu liczącą 6 milionów społeczność w zadziwiająco wysokim stopniu rozwoju, a z każdą chwilą przybywa pytań o zastany stan rzeczy i wstrząsających wniosków…



Co tu dużo mówić: „Kameleon” to świetna powieść i to pierwszy wniosek jaki nasuwa się po lekturze. Docenili ją czytelnicy, docenili krytycy. Zajdel 2008, nagroda Żuławskiego, Sfinks 2008 i zwycięstwo w plebiscycie „Fantastyka 2008” mówią same za siebie, a nie zostały przyznane przez przypadek. Kosik przyzwyczaił czytelników do lekkiego stylu i znakomitych pomysłów, a także przyziemności i realności swojego Science Fiction, tym razem na przełamanie schematu znalazł rzecz o tyleż prostą co skuteczną: kontrapunkt w postaci Fantasy. Bo w takim właśnie świecie żyje Noan - świecie bliskim książkom Ursuli Le Guin, ale zarazem bardzo swojskim i bliskim. Świat zaś, czy to ten w realiach quasi historycznych czy futurystycznych, oprócz prezentacji niezwykłej pomysłowości i wyobraźni, służy Kosikowi za pole do snucia pytań o ludzką naturę, wiarę i granice – poznania, technologii, rozumienia. Pytań a zarazem teorii i przemyśleń, jak zawsze trafnych i realnych.



Znakomita jest także konstrukcja postaci na czele z Noanem, który łączy w sobie cechy skrajnie różne. Z jednej strony wrażliwiec, dla którego liczy się tylko niebo, z drugiej okrutnik gotowy zabić. Tradycyjnie świetnie wyszło także mieszanie gatunków, w których obok oczywistej fantastyki, pobrzmiewają echa thrillera, powieści przygodowej, historii drogi i mystery.



Słowem podsumowania Kosik znów nie zawiódł, serwując powieść godną polecenia każdemu, kto nie wzbrania się od fantastycznego tła dla głębszej, a zarazem bardzo dynamicznej, opowieści. A ja składam serdeczne podziękowania wydawnictwu Powergraph za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

środa, 29 lipca 2015

Tuwim Café na każdą okazję - Julian Tuwim




NA KAWĘ Z TUWIMEM



Wyobraźcie sobie niewielką, spokojną kafejkę, utrzymaną w stonowanej tonacji ciepłych pasteli. Może to kafejka z obrazu Van Gogha, ze stolikami na dworze, światłem bijającym z okien, położona w spokojnej, cichej okolicy, a może jakieś Wasze ulubione miejsce. Wchodzicie, siadacie, jesteście tam sami. Miła obsługa, znacie się dobrze, więc rozmawiacie jak przyjaciele, kelner czy kelnerka podaje Wam kawę taką, jaką lubicie. Aromatyczna, czarna, z nutą słodyczy.

I nagle przysiada się do Was gość. Kojarzycie go, ale nie potraficie sobie przypomnieć, a wtedy się przedstawia:

- Jestem Julian Tuwim, z pewnością pan/i o mnie słyszał/a. Nie mam żadnego zajęcia: Jestem tylko łowcą słów. Czujny i zasłuchany Wyszedłem w świat na łów. Może reflektował(a)by pan/i na kilka wierszy? Można je rozdać, podzielić się, więc jak?

I zaczyna snuć swą poezję.



I taki właśnie jest ten niewielki zbiorek złożonych z wierszy wydrukowanych tak, by można je było oderwać wzdłuż perforacji i podarować komuś. Znajomemu, bliskiemu, kochanemu. A może po prostu sobie, jako formę wytchnienia po nużącym dniu. Wytchnienia bardzo aktywnego dla mózgu i pełnego zachwytu nad kunsztem autora. Nad jego zabawami słownymi i wielkością. Czasem trudnymi, czasem łatwo przyswajalnymi, zawsze natomiast mądrymi, bogatymi.



Cudownymi.



Kto więc ceni poezję, nie powinien się wahać. Powinien dać się urzec autorowi i wsłuchać w jego słowa:

- Człowieku dźwigający, Usiądź ze mną. Pomilczmy, popatrzmy W tę noc ciemną.

Warto. Polecam całym sercem, a wydawnictwu Egmont składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.



Wszystkie zamieszczone powyżej fragmenty twórczości Juliana Tuwima pochodzą z „Tuwim Café na każdą okazję”, wyd. Egmont Polska, Warszawa 2015.

Projekt "Rosie" - Graeme Simsion




 ROSIE RZĄDZI



Ta powieść przyciągała mnie wielokrotnie i za każdym razem nie potrafiłem się na nią zdecydować. Bałem się nieco powtórki z „Dziennika Bridget Jones”, której nie znoszę, trochę hasła „komedia romantyczna”. Coś jednak było w tej pozycji, co nie pozwoliło mi przejść obok niej obojętnie, i teraz jestem szczęśliwy, że jednak po nią sięgnąłem. Takiego bowiem zastrzyku pozytywnych emocji i dobrego humoru nie dostałem dawno od żadnej książki.



Bohaterem i narratorem „Projektu…” jest nie najmłodszy już, cierpiący na zespół aspergera, którego nie jest nawet świadom, profesor genetyki, Don Tillman, który dochodzi do wniosku, że trzeba się ożenić. Jego poukładane w najdrobniejszych szczegółach życie nie zniesie jednak zwyczajowej kandydatki – przyszła małżonka musi spełniać ściśle określone wymagania. Dlatego Don przygotowuje obszerny kwestionariusz osobowy, który ma stanowić swoisty filtr. Wtedy jednak w jego życie wkracza ona, Rosie Jarman, która nie spełnia żadnych wymogów kwestionariusza. Pije, pali, zamiast dobrego zawodu spełnia się jako barmanka, i gdzieś ma jakiekolwiek zasady. Szuka także swojego biologicznego ojca, w czym Don jest niezwykle użyteczny. Z miejsca zaczyna rządzić się w życiu Tillmana, ale nasz profesor ze zdziwieniem odkrywa, że nie tylko mu to nie przeszkadza, ale podoba się. Tak jak i sama Rosie…



Rosie urzeka jednak nie tylko Dona, ale także i czytelników. Dokładnie tak samo jest z Donem, który z miejsca zdobył moją sympatię, swoistą nieporadnością i urokiem  á la Forrest Gump. Jego drobiazgowość, powtarzalność i maniakalność, oraz nieprzystosowanie, w zestawieniu z niepoukładaną dziewczyną, która kryje bardzo wiele sekretów, stanowi przyczynę mnóstwa komicznych sytuacji, te zaś wnoszą wiele ciepła i humoru do uroczej lektury.



A jakże niewiele brakowało, by powieść wcale nie powstała. Jej autor, uczestnicząc na kurs scenopisarstwa, stworzył najpierw scenariusz, który zyskał uznanie, a wraz z nim prestiżową nagrodę Australian Writers Guild/Inception Award. Potem na szczęście, dla czytelników, pojawiła się myśl, by zrobić z tego powieść. I idea ta okazała się kolejnym sukcesem, bo jeszcze przed wydaniem, „Rosie” zdobyła nagrodę dla najlepszego nieopublikowanego maszynopisu. Teraz zaś na podstawie powieści powstaje… film.



A w oczekiwaniu na niego warto po „Rosie” sięgnąć i dać się jej porządzić we własnym życiu, wprowadzić nieco dobrego samopoczucia i emocji, i pochłonąć ją z pasją. Polecam i to gorąco! A wydawnictwu Media Rodzina składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

czwartek, 23 lipca 2015

Mars - Rafał Kosik




MARSOWE KŁOPOTY



Udana, debiutancka powieść Rafała Kosika, stanowiąca zapowiedź jego najlepszych pomysłów.



Rok 2040. Pierwsi ludzie przybywają na Marsa rozpocząć terraformowanie, by przystosować czerwoną planetę na potrzeby przyszłych pokoleń z Ziemi, które będę tu żyć. Wśród nich jest pewna kobieta, która zaraz po przylocie widzi coś, czego w ogóle nie powinno być na Marsie…

Rok 2305. Na Marsie, gdzie obecnie żyją ponad 3 miliardy ludzi, przecinają się losy dwójki bohaterów. Allen Ryan przybywa właśnie z przeludnionej Ziemi i szukając pracy w tutejszym odpowiedniku urzędu zatrudnienia, poznaje Doris Westwood, która pracę w urzędzie właśnie kończy. Wzajemne zainteresowanie może się rozwijać, kiedy ich nowe zajęcia zbiegają się z postacią pewnego senatora i jego niebezpiecznym projektem ratowania Marsa. Terraformowanie nie przebiegło jak należy, ludziom za kilka pokoleń grozi zagłada, senator zaś zamierza przyspieszyć proces formowania planety, rozbijając na biegunie kometę. Skutki tych zabiegów odmieniają wszystko na zawsze i to w sposób, jakiego nikt się nie spodziewał…



Lekko napisana, oryginalnie pomyślana powieść Kosika to przykład na to, jak bez zagłębiania się w quasi (pseudo?) naukowy bełkot, można zaprezentować udaną opowieść SF, nie stroniącą przy tym od naukowej strony całej historii. Jego teorie nie tylko przekonują, ale są najzwyczajniej w świecie prawdziwe i realne,  świat przedstawiony nie wygląda na tylko wymyślony, a jego mechanika została mocno umotywowana. I właśnie ta motywacja wydaje się najistotniejsza w konstrukcji „Marsa”. Powieść bowiem, pomimo tego, iż toczy się w przyszłości, na obcej planecie, pozostaje bardzo przyziemna, a to już wartość sama w sobie, szczególnie w czasach, kiedy Science Fiction jest do bólu odrealnione i na siłę wizjonerskie. Kosik idzie w inną stronę, chce pokazać co myśli, a przy tym zderza ludzką naturę z postępem. Bardziej zaawansowana technologia? Cyfryzacja? Nowy grunt? I co z tego, skoro wielka polityka pozostaje taka sama, a społeczne interakcje nie wyrastają ponad doskonale znane  nam uwarunkowania?



Warto zauważyć także znakomite zaplecze naukowe. Zebrane materiały, teorie, wiedza na temat Marsa i odmiennych nieco praw fizyki, robią wrażenie. I choć nie zawsze zgadzam się z niektórymi przekonaniami autora (religijnymi), nadal uważam go za jednego z moich ulubionych pisarzy, a tak udany jak ten debiut, pokazuje że nie przypadkiem ta sympatia się pojawiła.



Lubicie dobrą fantastykę z szybką akcją, zagadkami, nutą romansu i ciekawymi rozwiązaniami fabularnymi, mądrą przy tym a zarazem rozrywkową, sięgnijcie śmiało. Polecam i dziękuję wydawnictwu Powergraph za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

poniedziałek, 20 lipca 2015

Kompleks Boga - Piotr Rozmus




BEZ KOMPLEKSÓW



Chciał tylko odpokutować swoje grzechy i pokonać nie dające mu żyć demony. Chciał przy tym ukarać grzeszników. Przekroczył wszelkie granice.

Szczecin. Krystian Głowacki jest biznesmenem, który niejedno ma na sumieniu. Przystojniak o statusie wiecznego podrywacza, słynnie z zasady, że nigdy nie umawia się więcej niż dwa razy z tą samą dziewczyną. Nim jednak może zacząć świętować kolejny sukces, zostaje ogłuszony. Kiedy się budzi, siedzi zamknięty w klatce, w zimnej, ciemnej piwnicy. W mroku dostrzega stół pełen przerażających narzędzi i hak wiszący z sufitu, oraz kolejne klatki. Ktoś, kto go załapał, zna wszystkie jego grzechy i żąda spowiedzi zanim będzie mógł przejść do kolejnego etapu… A schwytanych grzeszników przybywa…

Tymczasem komisarz Aleksander Pieńkowski zostaje przydzielony do szukania zaginionych. Jakiś czas temu zniknęły cztery studentki, motyw zbrodni seksualnej wydawał się oczywisty. Co jednak stało się z nimi naprawdę? I jaki mają związek z obecną sytuacją?



Wbrew pozorom najnowszy thriller Piotra Rozmusa, autora nominowanej do Złotej Kości „Bestii”, nie jest wcale Polską „Piłą”. Podobieństwo wątków szybko znika, pozostaje natomiast pełna napięcia akcja, w której nic nie jest takie, jakie na pozór się wydaje, a sam dreszczowiec przeradza się momentami w czysty horror!



Rozmus, podobnie jak ojciec thrillera psychologicznego, Thomas Harris, nie czyni z tożsamości mordercy żadnej zagadki. To, jak ten wygląda jest pierwszą rzeczą, jakiej dowiadujemy się z powieści – jego prawdziwą tożsamość poznajemy niedługo potem. Motyw też wydaje się rzeczą oczywistą, czego autor także nie kryje. Na jaki więc zabieg musiał się zdecydować, żeby przykuć uwagę czytelnika? Narzędzia, hak…? Błąd! Rozmus zamiast uciekać się do taniego szokowania przemocą, torturami i gore w czystej postaci, postawił na napięcie, emocje, a ponad wszystko układankę, której poszczególne elementy z każdym kolejnym rozdziałem wskakują na swoje miejsca, łącząc się w znakomitą całość.



Drugą silną stroną książki jest jej aspekt psychologiczno-socjologiczny. Przekonujące postacie, wśród których nie znajdzie się nikt czysty czy niewinny, brudny ale przerażająco prawdziwy świat pełen ciemnych interesów i niesprawiedliwości, przejmujące wydarzenia, które stają się udziałem bohaterów jeszcze przed trafieniem do klatek… A wszystko to podane stylem, który przykuwa uwagę, lekko się czyta i – co ważne – mimo lekkości nie wymyka zapamiętaniu. Gdyby jakiś czas temu ktoś powiedział mi, że tak znakomicie będę bawił się przy lekturze thrillera, w dodatku polskiego, roześmiałbym się, a jednak! Piotr Rozmus zafundował mi wiele godzin solidnej, wciągającej rozrywki i udowodnił, że wart jest śledzenia jego kariery i nie musi mieć kompleksów odnośnie zagranicznych kolegów po fachu.



Czyli? Polecam! A wydawnictwu Videograf składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

piątek, 17 lipca 2015

Ani śladu Elizabeth - Emma Healey




GDZIE JESTEŚ, ELIZABETH?



Maud nie pamięta i jest to chyba najważniejsza rzecz w jej życiu. Rzecz, która wpływa na wszystko i wszystko zmienia. Zwykłe zakupy przeradzają się w nierozpoznawanie potrzebnych produktów, co przekłada się na ciągłe kupowanie hurtowych niemalże ilości brzoskwiń w puszkach. Pragnienie doskwiera, ale Maud nie ma pojęcia o zostawionym szeregu nietkniętych nawet szklanek z herbatą. Domowy lekarz natomiast ma już jej dość – znów go wezwała, jak niemal co dzień, i znów nie pamięta po co.

I nagle Maud przypomina się jedna rzecz: od dawna nie miała kontaktu ze swoją przyjaciółką, Elizabeth. Czy aby na pewno? Karteczki, które zostawiła dla samej siebie na to właśnie wskazują. Pusty dom Elizabeth tylko potwierdza jej obawy. Ale co może zrobić staruszka, której nikt nie wierzy? Tak oto Maud zaczyna własne śledztwo, starając się zapamiętać własne ustalenia, cała sytuacja zaś przywołuje analogiczną historię z jej młodości, najgorszą rzecz, jaka zdarzyła się w całym jej życiu…



Debiut powieściowy odświeżający schematy gatunku zdarza się niezwykle rzadko. Szczególnie, kiedy gatunek jest tak wyeksploatowany jak thriller/kryminał właśnie. Emmie Healey się to jednak udało a nade wszystko zrobiła to z wyczuciem i niezaprzeczalnym talentem. Z jednej strony lekka, z drugiej nie pusta przecież, mądra treść, zagadka angażująca czytelnika i bohaterka, która do akcji włącza mnóstwo emocji. Maud to nie jedna z postaci z kryminałów Agathy Christie, już bliżej jej uroczo niezdarnym zwierzęcym postaciom znanym z dzieł Leoni Swann, a co za tym idzie, wywołuje wiele wzruszeń, które równoważy oczyszczającym śmiechem. Śmiech to jednak więznący w gardle, gdy uświadamiamy sobie siłę prawdy przelaną na papier.



Genezą powstania książki stała się śmierć babci autorki, do której doszło w roku 2008. Kiedy wkrótce zaczął się pogarszać stan także drugiej babci, Emma zdecydowała się zgłębić temat demencji. W efekcie powstała „Elizabeth…” podana czytelnikom w narracji pierwszoosobowej, pozwalającej wejść w umysł i codzienność Maud. To nie opis świadka, który widział wszystko – to relacja z pierwszej ręki, relacja kogoś, kto żyje z chorobą na co dzień, a dla kogo miniona chwila, teraźniejszość, to coś ulotnego i kruchego, wspomnienia z dawnych lat zaś stanowią prawdziwy fundament życia.



Sentymentalna to powieść, ciekawa przy tym i wywołująca wiele refleksji. Znakomita na długie wakacyjne dni, znakomita by zasiąść z nią jesienną porą, zimą, wiosną… Po prostu godna polecenia. Dlatego też dziękuję wydawnictwu Media Rodzina za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

czwartek, 16 lipca 2015

Herosi - Jakub Ćwiek, Rafał Dębski, Robert M. Wegner, Paweł Paliński,Rafał Kosik, Robert J. Szmidt, Łukasz Orbitowski, Aleksandra Janusz,Jakub Małecki, Michał Cetnarowski, Joanna Skalska




BOHATEROWIE



„Herosi” wbrew pozorom to nie zbór opowiadań Fantasy, a szeroko pojętej fantastyki w ogóle. Wprawdzie horror nie zagrzał w nim miejsca, a gatunek pełen rycerzy, barbarzyńców, smoków, pięknych kobiet i zamków wiedzie jednak prym, choćby tylko inspiratorski, nie zabrakło także SF, a i na teksty, które dzieją się tu, teraz i bez pierwiastka niezwykłości, znalazło się całkiem sporo stron. Na pierwszy rzut oka spełnia się tutaj powiedzenie: „Nie oceniaj książki po okładce” – świetnej zresztą – ale bliższe spojrzenie na teksty odmienia nieco ten stan rzeczy. Okładka bowiem doskonale oddaje zawartość, a zbieżność wyglądu bohatera na niej zaprezentowanego z Batmanem, staje się jasna, kiedy w jednym z opowiadań spotykamy samego Supermana, tak jak Człowiek Nietoperz, zrodzonego pod szyldem DC. Na tym odniesienia komiksowe się jednak nie kończą, ale po kolei.



Zacznijmy może od tekstów Fantasy, te zaś znakomicie otwiera Orbitowski, oferując „Myszy i ludzi” w realiach mieczy i smoków, z poszanowaniem dla pierwowzoru i pomysłem na tekst.

Fantasy w formie humorystycznej oferują nam następnie dwa dobrze znane nazwiska, Dębski i Szmidt. I choć o ile ten pierwszy nie wybija się zbyt wysoko swoją interpretacją historii Troi, o tyle Szmidt urzeka Barbarzyńcą, który rzucając co i rusz teksty z „Psów”, „Świata według Kiepskich” czy „Samych swoich”, oferuje zemstę w realiach zabawy popkulturowymi motywami i sejmowymi nazwiskami.



Popkultura trwa, choć zdecydowanie bardziej niepozornie, w kobiecej części książki. Aleksandra Janusz prezentuje bowiem czytelnikom tekst jakby żywcem wzięty z pism paranormalnych – epistolarnie zaprezentowaną relację z wyprawy w poszukiwaniu mitycznej krainy, którą do druku daje w czasach obecnych magazyn poświęcony historii. Obrywa się przy tym domorosłym krytykom, a także środowisku „znawców i ekspertów” w dziedzinach wszelakich. Joanna Skalska zaś oferuje nam urban fantasy połączone z thrillerem, dziejące się zarówno w zamierzchłych czasach, jak i tu i teraz.



Kolejne teksty, „Drzypapa” Małeckiego i „Dłużnicy” Ćwieka, przenoszą nas w komiksowy świat. W pierwszym stołeczny obijmorda, tytułowy Drzypapa, staje oko w oko ze swoim antagonistą, w klimatach, jakie fanom komiksu znane są choćby z „Osiedla Swobody” czy mocno komiksowego filmu „Niezniszczalny”, w drugim, zaskakująco świetnym, aktor przygotowując się do roli w ekranizacji komiksu decyduje się na wczucie w postać poprzez zamknięcie w samotni upozorowanej na rzeźnie seryjnego mordercy. W klimaty te doskonale wpasowuje się finalny tekst o Supermanie, który ma pójść do pracy. Nim jednak do niego dochodzimy, mamy po drodze średnie postapo Palińskiego, przyjemny tekst Kosika, który schematy Fantasy przeniósł na swój ulubiony grunt czystego SF, wreszcie zaś najlepsze chyba, nagrodzone Zajdlem, opowiadanie zbioru autorstwa Wegnera. Tym razem, jakby w opozycji do całości, Wegner, znany z cyklu Meekhańskiego, jeden z najlepszych autorów czystego Fantasy na rynku, serwuje czytelnikom militarne SF – równie jednak jak jego opus magnum udane i wciągające, a co najważniejsze, sprawiające wrażenie jakoby była to przyszłość wykwitła na meekhańskim gruncie.



I na tym kończy się zbiór, a zarazem moja jego recenzja. Zbiór bardzo dobry, przypominający mi magazyny fantastyczne, od których zaczynałem moją przygodę z mniej przyziemną literaturą, a do których ma wielki sentyment, różnorodny, nieoczywisty… Słowem podsumowania, wart polecenia fanom fantastyki, co też czynię, a wydawnictwu Powergraph składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

wtorek, 14 lipca 2015

Kukiełki doktora Mengele. Niezwykłe losy żydowskiej rodziny karłówocalałej z holocaustu - Yehuda Koren, Eilat Negev




DOKTOR MENGELE I JEGO TRUP(A)



To nie może nas dotyczyć. To nam się nie przytrafi. Tak myślała rodzina Ovitzów, węgierskich żydów, kiedy w Europie wrzała druga wojna światowa. I tak mieli już ciężkie życie. Siedmioro z nich było bowiem karłami, mimo pozornego nakazu tolerancji, jaki wprowadzała ich wiara, zepchniętymi na margines. Ograniczenia zdrowotne, ograniczenia społeczne… Żeby żyć, stworzyli trupę artystyczną, grając i śpiewając na weselach i innych uroczystościach, ale antysemityzm upomniał się także o nich. Zesłani do Auschwitz na pewną śmierć, zostali „ocaleni” przez samego doktora Mengele. Uratowani od gazu, stali się jednak obiektami chorych badań tego „Anioła Śmierci”…



Spisać tę historię zdecydowała się dwójka dziennikarzy prestiżowego izraelskiego dziennika „Yedioth Ahronoth”, którzy zbierając archiwalne materiały i spędzając czas na rozmowach z ostatnią żyjącą z rodziny Ovitzów, Perlą, stworzyli przejmującą, mocną, momentami wstrząsającą książkę. Z ich wspólnej pracy nie powstała pełna patosu opowiastka o niezłomnych bohaterach, jak można by się było spodziewać, tylko gorzka relacja z tego, jak wyglądało obozowe życie. Wyobraźcie sobie, że macie niespełna pół metra miejsca na łóżku, głód przyprawia Was o obłęd, dym z kominów widoczny, gdy tylko wyjrzycie na dwór przypomina co czeka na Was już niedługo, a do tego praca ponad Wasze siły, albo eksperymenty medyczne (a raczej pseudo-medyczne) od których tracicie przytomność, a które trwają i trwają bez dnia przerwy.



Gdzie w takich warunkach znaleźć hart ducha? Siłę? Jak chcieć żyć nadal?



„Kukiełki…” to książka dosadnie, ale też i w przystępny sposób, pokazująca do jakiego okrucieństwa zdolny jest człowiek, czym je motywuje, a także, jak z nim się mierzy. Jak poradzić sobie z wydarzeniami, które przekraczają nasze pojmowanie. Niepewność co do dnia kolejnego, najgorsze obawy odnośnie bliskich, brak wieści o ludziach znanych nam, kochanych. Szczera do bólu relacja przejmuje czytelnika i nie pozostawia obojętnym nikogo. Wywiera wielki wpływ, nie pozwalając o sobie zapomnieć, wciąga i angażuje emocjonalnie. Na dodatek opisuje ze szczegółami mechanizm zagłady żydów, oferując mnóstwo nieznanych dotąd faktów, a także porcję zdjęć z życia Ovitzów przed, w trakcie i po Auschwitz.



Chcecie poznać świat, gdzie utalentowanych, zdrowych i pięknych zabija się bez mrugnięcia okiem, za to każde odbiegnięcie od normy zostawia się ku rozrywce, bądź umęczeniu? Chcecie zobaczyć koszmar, prawdziwą grozę i szaleństwo, i to takie, które wydarzyło się naprawdę i wcale nie tak dawno temu? Przeczytajcie koniecznie. Warto. Wydawnictwu Vidograf zaś składam podziękowania za udostępnienie mi książki do recenzji.

poniedziałek, 13 lipca 2015

Dzieci gniewu - Paul Grossman




DZIECIOŻERCA



Mocny thriller psychologiczny i zarazem powrót do Berlina z okresu międzywojnia – Paul Grossman wkracza na polski rynek w znakomitym stylu.



Jesień roku 1939, Berlin. Willi Kraus jest funkcjonariuszem Kripo żydowskiego pochodzenia. Z tej też przyczyny, w świecie, w którym żarty o Żydach nigdy się nie nudzą, a nazizm powoli wychodzi na powierzchnię, nie ma łatwo. Wezwany na miejsce znalezienia jutowego worka pełnego ułożonych w swoisty wzór kości – wygotowanych kości dzieci, związanych włóknem zrobionym z mięśni ofiar – oraz Biblii z zakreślonym cytatem, nie może uwolnić się od myśli o sprawie. Zostaje jednak odsunięty od śledztwa na rzecz charyzmatycznego, rządnego sławy kolegi. Mimo tego Willi nie zamierza zostawić sprawy Dzieciożercy i kontynuuje ją na własną rękę, szczególnie iż policji zależy nie na znalezieniu prawdziwego zbrodniarza, a jak najszybszym schwytaniu „winnego”, żeby uspokoić opinię publiczną…



Lekko napisany, ciekawie przedstawiony – taki thriller serwuje nam Grossman, oferując wciągającą historię z ciekawymi zagadkami. Zagadkami, w liczbie mnogiej, bowiem Dzieciożarca nie jest jedynym problemem z jakim zmierzyć musi się bohater. Odsunięty od śledztwa Willi dostaje bowiem zadanie wyjaśnienia kto zatruwa kiełbaski, od spożycia których zmarło już wiele osób, a kolejne z każdą chwilą trafiają do szpitali. Co jednak równie ważne jak sama treść, to znakomicie zaprezentowane tło międzywojnia. Berlin przełomu lat 20 i 30 ubiegłego stulecia, to Berlin, który, jakby w kontrapunkcie dla pogrążonej w kryzysie Ameryki, zdaje się lśnić kolorami sztuk wszelakich – często najzwyczajniej w świecie nieprzyzwoitych. Barwne przyjęcia, przepych – jakby ekonomiczny upadek wcale nie nadchodził, ekstrawagancja, samochody na ulicach, zeppeliny na niebie… A pośród tego zwyrodniały zbrodniarz. I to zbrodniarz realny, taki, który naprawdę mógł istnieć, o czym przekonują nas autentyczne postacie historyczne i prawdziwe zdarzenia, które stają się ramą spajającą fikcję z historią.



Serią wydawniczą „Świadek zbrodni” udowodniło SQN kilka miesięcy temu, że są jeszcze wartościowe tytuły w tym gatunku, które spodobają się człowiekowi znudzonemu konwencją czy powtarzalnością. Świetny „Wzorzec zbrodni”, znakomite „Dzieci gniewu”…Oby tak dalej! Polecam, a wydawnictwu Sine Qua Non dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

środa, 8 lipca 2015

Nominacja do Liebster Blog Award


Wyróżnienie Liebster Blog Award otrzymywane jest od innego blogera w ramach uznania za dobrze wykonaną robotę.Jest przyznawane dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów. Osoba z wyróżnionego bloga odpowiada na dziesięć pytań zadanych przez osobę, która blog wyróżniła, Następnie również wyróżnia dziesięć osób, informuje je o tym wyróżnieniu i zadaje dziesięć pytań. Nie można nominować bloga, z którego otrzymało się wyróżnienie.


 

Wyróżnienie to w moje ręce wpadło za uprzejmością Ciacha z bloga http://swiat-bibliofila.blogspot.com/ . Dzięki wielkie! Poniżej odpowiadam na jego pytania:

 


1. Najlepszy współczesny pisarz to...


 

Trudno bym w osobistych pytaniach zachował jakąkolwiek obiektywność i próbował analizować pisarzy współczesnych, dlatego subiektywnie i z pełnym moim dla owego autora uwielbieniem – co już zapewne wyszło nie raz w moich recenzjach – odpowiem, że Chuck Palahniuk. Wielki satyryk, autor kultury szoku, od tekstów którego ludzie mdleją, kiedy prowadzi odczyty. Człowiek, który prawdę o nas pisze tak, że nie chcemy jej znać, a o naszej fizjonomii w sposób, od którego robi się niedobrze. Jego „Fight Club” to dla mnie manifest pewnego uniwersalnego pokolenia. Jego „Rant” to geniusz retardacji i zwrotów akcji. Jego życie to materiał na chorą powieść (dziadek morderca, ojciec przez mordercę zabity i spalony…). Poznajcie, jeśli jeszcze nie wpadł w Wasze ręce.


2. Co byś zrobił/zrobiła, gdybyś nagle znalazł/znalazła się w Mordorze, w siedzibie Saurona? 


 

Pewnie miałbym wtedy pierścionek, ale raczej bym się nie oświadczał. Co bym zrobił? Podziwiał widoki, bo kocham mroczne scenerie, które bawią się światłocieniem. Ogień, ciemność, skały i napięcie jak z horrorów. A na horrorach można rzec się wychowałem :)


3. Kawa czy herbata?


 

Herbata. W najróżniejszych konfiguracjach. Czarna, zielona, czerwona, biała, rooibos, ulong… Mógłbym długo wymieniać i dużo, dużo pić. Szkoda tylko, że w chwili obecnej jest tak gorąco, że jedyna jaką piję, to mrożona.


4. Najlepsza ekranizacja książki to...


 

„Szklana pułapka”. Wspaniały film i dość przeciętna powieść, którą przeczytałem z racji fascynacji serią. To także jeden z nielicznych przykładów filmu lepszego od książki. Do tego warto wspomnieć, że część drugą oparto na powieści zupełnie innego pisarza, nie związanej z „Die Hardem”, trzeci na scenariuszu filmu, który nie powstał, czwarty zaś na artykule… I za każdym razem filmy były lepsze od pierwowzorów, więc coś w tym jest.
5. Miejsce, sceneria w jakiej najbardziej lubisz czytać?

 

Na świeżym powietrzu. Krzesło, cień, wiatr… Pamiętam jak w ten sposób czytałem „Miasteczko Salem”. Niebo było ciemne, białe chmury na tle szarych, na tle granatowych, na tle czarnych, wiatr sypał mi w twarz liśćmi z pobliskiego drzewa, już grzmiało, już świat miał tą żółtawą barwę tuż sprzed ulewy i nawałnicy, powietrze pachniało wilgocią, wichura szarpała książką i ubraniami… Tak, to moje klimaty J


6. Po jakiego autora/autorkę nigdy nie sięgniesz i dlaczego?


 

Chyba nie ma nikogo takiego. Czytałem np. Fielding, której nie trawię ani trochę, podobnie mam z Candence Bushnell, ale nie wykluczam, że mógłbym kiedyś coś z ich dorobku poznać jeszcze, choćby dla prekonania.


7. Władca Pierścieni czy Harry Potter? 


 

Moja dziewczyna mnie zastrzeli, ale co tam – Harry Potter. Może dlatego, że czytałem go przed „Władcą…” i przez to mam większy sentyment, ale w tej książce jest jakaś magia. Dawne baśnie w nowej formie, w estetyce rodem z kryminałów i horrorów. Lekkie, przyjemne, intrygujące, z błędami, ale kto nie popełnia błędów?


8. Jakim bohaterem książki chciałbyś/chciałabyś być?


 

Busterem „Rantem” Caseyem. Wściekłym psem Caseyem. Całuśnym Killerem. Bo jak Chuck mam uraz do wypadków komunikacyjnych, bo jego życie mnie zafascynowało, bo coś nas łączy, bo też pod całą fascynacją kontrowersjami jestem romantykiem…


9. Ulubiony gatunek literacki i krótkie uzasadnienie.


 

Satyra. Bo cenię wytykanie błędów, głębię i przesłanie. Jej dyskusję z czytelnikiem i bezkompromisowość.


10. Wolisz czytać krótsze książki czy cegły?


 

Jeśli książka jest dobra, nie ma to znaczenia. Wprawdzie, kiedy jest dobra, żal, że jest przy tym krótka, ale lepiej skończyć szybko i satysfakcjonująco, niż mozolić się i klnąć.

 

A tu porcja pytań ode mnie dla tych, którzy z nominowanych przez moją osobę zechcą wziąć udział w zabawie:

 

  1. 1.       Ulubiony film opowiadający o pisarzu/twórcy komiksów.

  2. 2.       Jakie wątki przyciągają Cię do książek…

  3. 3.       … a jakie odstręczają?

  4. 4.       Co sądzisz o komiksie?

  5. 5.       Najpiękniejsze książkowe wspomnienie to…

  6. 6.       E-book kontra audio book – co wolisz?

  7. 7.       Najlepsza książka jaka trafiła w Twoje dłonie?

  8. 8.       Co czytanie zmieniło w Twoim życiu?

  9. 9.       Pod jaką książką możesz się podpisać jako pod manifestem własnych przekonań?

  10. 10.   Co byś powiedział/a żeby nieczytającego przekonać do lektury?

  11. 11.   Co wolisz – gorszą jakość wydania za niską cenę, czy może pozycję droższą a pięknie zaprezentowaną?


Nominowani przeze mnie zaś to: Jeżeli zechcecie wziąć udział w zabawie, odpowiedzcie na poniższe pytania, nominujcie na zasadzie łańcuszka 11 blogów, wymyślcie swoje pytania i… go ahead!

http://swiatmiedzystronami.blogspot.com/

krotkoacztresciwie.blogspot.com

pastela.piszecomysle.pl

http://elilaya.blogspot.com/

https://dybuk.wordpress.com/

niebianskie-pioro.blogspot.com

danwaybooks.blogspot.com

http://iluminacja-zmyslow.blogspot.com/

ksiazkowa-fantazja.blogspot.com

amica-libri.blogspot.com

pisanyinaczej.blogspot.com

piątek, 3 lipca 2015

Wyprawa Shackletona - William Grill




WYPRAWA NA BIEGUN



Nieodkryte lądy zawsze fascynowały ludzi. Tajemnice skrywane przez niedostępne krainy przyciągały odkrywców i powodowały liczne wyprawy. O jednej z nich, ostatniej z tzw. Bohaterskich Wypraw Antarktycznych opowiada właśnie to dzieło, przybliżając młodszym czytelnikom losy Ernesta Shackletona, który wraz z załogą wyruszył w roku 1914 na wyprawę do Antarktydy.



„Wyprawę Shackletona” trudno jest scharakteryzować. Czy to jeszcze graphic novel czy już książka ilustrowana. Pozbawiony kadrów, pozbawiony chmurek, ale nie w stylu, w jakim tworzył swoje pracy choćby Will Eisner, tom raz przypomina komiks, raz dawne baśnie. Jakkolwiek by go nie nazwać – ja osobiście preferuję określenie relacja ilustrowana – dzieło rąk Wiliama Grilla trzeba docenić. Zrobili to już krytycy przyznając nagrodę AOI dla najlepszego debiutu w kategorii ilustracje oraz „New York Times” nazywając „Wyprawę…” najlepszą książką ilustrowaną, teraz mają do tego okazję polscy czytelnicy.



Strona tekstowa „Wyprawy…” przypomina artykuł, szczegółowy, bo oferujący wgląd i w przeszłość bohatera i w aspekty techniczne statku, ale i przystępny, prezentujący łatwo przyswajalne fakty z masą intrygujących ciekawostek. Dialogów jako takich tutaj bark, czasem tylko w tekście pojawia się jakiś cytat ze wspomnień załogi.



Strona graficzna to w równym stopniu pełnoformatowe rozkładówki i splash page’e co pomniejszone, często przedstawiające sprzęt, czy upływ czasu bądź zachodzące zmiany, obrazki. Wszystkie jednak, czy mamy do czynienia z prezentacją postaci czy mapami, wykonane zostały z prostotą acz i precyzją przy użyciu kredek. Nadaje im to ciekawego, baśniowego klimatu, który w starszych czytelnikach trąca pewną sentymentalną nutę.



Do tego świetne wydanie i takie samo tłumaczenie. Jednym słowem: warto. Warto kupić dziecku, warto też przy tym przeczytać samemu. Dlatego też dziękuje wydawnictwu Kultura Gniewu za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Vreckless Vrestlers - Łukasz Kowalczuk




PULP FICTION



To gra komputerowa? To komiks o superbohaterach? To film kina akcji klasy C czy może chińskie figurki z Toxogumy? Nie, to Vreckless Vrestlers! Wszystko to i jeszcze więcej w jednym!



Excelsior City, Excelsior, 3067. Tu niejaki The Manager organizuje 59 już mistrzostwa międzywamiarowej ligi wrestlingu. Zasada jest jedna – żadnych zasad. Do walki na takich arenach, jak Cramp Nou czy Madison Kill Garden w szranki stają ze sobą Crimean Crab, The Eye, Vegan Cat, Flatwoods Monster, Hippie Killer, Barbarica, Sergeant Reptilion i Spike Lee. Zwycięzca natomiast dostąpi zaszczytu pojedynku z niepokonanym mistrzem Bull Godem! Czy ktokolwiek, włącznie z czytelnikiem, ma szanse na przetrwanie?



To zdecydowanie jeden z najbardziej szalonych komiksów jakie czytałem w ostatnich czasach. Szalony, a przy tym po prostu znakomity. Podobnie jak autor i ja należę do pokolenia wychowanego na pegazusowych grach, kiepskich filmach akcji i podobnej jakości komiksach. Ileż to godzin grało się z kumplami w „Contrę”, w „Double Dragon” czy „Street Fightera”, ile spędziło się na oglądaniu, jak Stalone czy Schwarzenegger niszczy zastępy wrogów, albo Son Goku w „Dragon Ballu” przez 30 odcinków (tudzież pięć dwustu stronnicowych tomów) toczy śmiertelny bój! Ileż wrestlingu widziały moje oczy i ileż komiksów o nieskrępowanej masakrze (czyt. „Lobo”)! „VV” to – można chyba tak rzecz ująć – pulpowy komiks dla takiego właśnie pokolenia. Sentymentalne Pulp Fiction oferujące niczym nieuzasadnioną przemoc, walkę i rzeź, podane w zabawnej, prostej formie. Bez dialogów, bo vrestlerzy walczą, nie gadają, za to z masą przerywników pokroju wykreślanki czy labiryntu!



Wbrew pozorom jednak komiks wcale nie jest głupi, a jego niezaprzeczalny urok wciąga już od pierwszych stron i nie wypuszcza.



Fantastyczne jest też wydanie, świetny papier, poręczny format, dodatki takie jak reprodukcje okładek, zdjęcia figurek (z toxogumy oczywiście!) czy maska Bull Goda do wycięcia…



Zabawa jest przednia, a po lekturze pozostaje niedosyt i marzenie, by tak móc zagrać w grę z tymi bohaterami. Grę koniecznie o kiepskiej grafice pamiętanej z pegazusa czy gameboya, bez fabuły za to z dużą ilością pojedynków. Fajne marzenie… Póki co wystarczyć musi komiks, który polecam i za udostępnienie którego do recenzji dziękuję wydawnictwu Kultura Gniewu.

Trylogia kosmiczna - Clive Staples Lewis




OPOWIEŚCI Z KOSMOSU



Nikt chyba nie zaprzeczy temu, że najsłynniejszym dziełem C.S. Lewisa są "Opowieści z Narnii" i gdy kogoś zapytać o inne jego utwory, będzie miał problemy z wymienieniem czegokolwiek. A przecież nie jest on autorem tylko jednego dzieła, a choćby taką "Trylogią Kosmiczną" udowadnia, że jego inne powieści w niczym nie ustępują - tak literacko jak i pod względem przebogatej wyobraźni - Narnijskim przygodom.



Bohaterem "Trylogii..." jest doktor Elwin Ransom, angielski lingwista, który podróżując poprzez kraj trafia w końcu w okolicę, gdzie nie może znaleźć noclegu. Jedyną szansą wydaje się pewien budynek, pretekstem zaś by wejść na jego teren – prośba napotkanej kobiety. Ransom dostaje się w gościnę, ale szybko traci przytomność, kiedy zaś się budzi, leci już statkiem kosmicznym. Tak trafia na planetę Malakandrę, gdzie poznaje niezwykłe plenery tego miejsca a także nie mniej niezwykłych mieszkańców…



I niezwykła jest również sama książka, a właściwie trzy powieści zebrane w jednym, grubym tomie („Z milczącej planety”, „Perelandra” i „Ta straszna siła”). Klasyczna w najlepszym tego słowa znaczeniu, przypominająca po trosze dzieła Verne’a i Wellsa, po trosze zaś „Władcę pierścieni”, przesycona dziewiczym spojrzeniem na to, co niezbadane i anglosaskimi klimatami, wciąga, absorbuje i urzeka prezentacją światów. Również techniczne aspekty powieści, choć zdawałoby się już dawno nieaktualne, intrygują pomysłowością i realizmem (w szczególności rozwiązanie kwestii przyciągania na statku kosmicznym), tak że czasami aż trudno uwierzyć, iż pierwsza powieść powstała w roku 1938!



Druga strona powieści, głębsza warstwa mocno korzystająca z tradycji baśni – bo przecież baśnią dla dorosłych jest „Trylogia…” właśnie – to zawsze aktualne przesłanie o prawdziwej naturze człowieka, a także rzut oka na utopię, oraz ponad wszystko mocno osadzona w całości dyskusja religijna. Lewis, który wówczas powrócił do chrześcijaństwa, przesycił „Trylogię…” odwołaniami do Biblii, szczególnie w „Perelandrze”, gdzie ukazuje kuszenie pary mieszkańców Wenus. Dzięki temu powieści te oferuje dużo więcej niż tylko i wyłącznie rozrywkę.



Lubicie fantastykę i szukacie ciekawej lektury na długie wakacyjne wieczory? „Trylogia Kosmiczna” to coś w sam raz dla Was. Dzieło, które po prostu trzeba poznać, klasyka i klasa sama w sobie. Dlatego polecam, wydawnictwu Media Rodzina zaś składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.