piątek, 28 sierpnia 2015

Czas Żniw (The Bone Season, #1) - Samantha Shannon




KOŚCI ZOSTAŁY RZUCONE



Zawsze sceptycznie podchodzę do każdego tzw. międzynarodowego hitu literackiego. Zazwyczaj zresztą opierają się one na zasadzie „czytelnik-lubi-to-co-już-było”, nie starając się nawet wnosić niczego oryginalnego. Coś jednak sprawiło, że nie mogłem się oprzeć sięgnięciu po „The Bone Sesaon”, więc sięgnąłem, zacząłem czytać i… Wpadłem, a wszelki sceptycyzm rozwiał się, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.



Rok 2059, Sajon Londyn. Paige Mahoney, dziewiętnastoletnia dziewczyna, nie jest wzorem cnót. Na życie zarabia w kryminalnym półświatku wykorzystując swoją moc sięgania do zaświatów, by włamywać się do ludzkich umysłów. Ale już samo posiadanie podobnych talentów to wyrok śmierci. W społeczeństwie pełnym zakazów, tego typu zdolności stanowią cel polowań. I oto pewnego dnia dochodzi do katastrofy – Paige, starając się nie zostać złapana, zabija jednego z funkcjonariuszy. W efekcie trafia do kolonii karnej, która od dwustu lat trzymana jest w ścisłej tajemnicy. Rządzą nią bowiem istoty nie z tego świata, a na każdego z więźniów czeka tu szkolenie i - najczęściej - śmierć…



Londyn w wykonaniu młodziutkiej debiutantki (powieść ukazała się, kiedy Samantha Shannon miała zaledwie 22 lata), to Londyn przyszłości, ale także zarazem Londyn alternatywny. Londyn, który w XIX wieku przeżył inwazję z zaświatów, teraz stanowiący futurystyczną antyutopię, ale Londyn jakże bliski nam. I przeszłości. I to nie tylko językowo, choć autorka w bogaty sposób czepie z dawnych określeń – w jej wizji pobrzmiewają najróżniejsze echa, od polityczno-monarchistycznych, przez wojenne (Irlandia), po bardziej współczesne, jak choćby lista video nasty. Abstrahując jednak od wszystkich tych zależności, „The Bone Season” to po prostu bardzo dobra książka, którą czyta się jednym tchem.



Shannon, obdarowana talentem niesamowicie lekkiego pióra, wrzuciła do worka wszystko, co lubiła w fantastyce. Dystopijne Science Fiction zderzyła tu z równie pesymistycznymi klimatami Fantasy, mieszając znane motywy w intrygującą całość. „Incepcja” spotyka się tu z „Harrym Potterem”, a całość podlana zostaje paranoją i buntowniczymi nastrojami. Paige nie jest biernym dziewczęciem, które godzi się na swój los. Walczy, zmaga się, jej niesubordynacja grozić może śmiercią, ale czasem śmierć nie jest najgorszym wyjściem. A i w każdym tunelu znaleźć można światełko, które nie będzie wcale należało do pociągu.



To dopiero pierwszy tom, autorka zapowiada siedem, drugi wyszedł niedawno, ale już teraz śmiało można rzec, że jest na co czekać. Ja zaś dziękuję wydawnictwu SQN za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji i od razy chwytam za drugą część losów Paige, a Was zachęcam do lektury, jeśli lubicie dobrą fantastykę!

środa, 26 sierpnia 2015

FIGHT CLUB 2 #4 - Chuck Palahniuk, Cameron Stewart




PIERWSZA ZASADA KLUBU PALAHNIUKA TO NIE MA JEDNEGO KLUBU PALAHNIUKA



Idea Fight Clubu przenosi się na nowe medium. Kiedy do domu zamiast „Sebastiana” wraca nie kto inny, jak Tyler, Marla, wraz z jednym z dzieci-starców przybywa na spotkanie z Chuckiem Palahniukiem…



Pamiętacie „Mroczną Wieżę”? To, jak King uczynił się nie tylko bohaterem własnego opus magnum, ale także kimś na kształt bóstwa? Identycznie czyni Palahniuk w najnowszym zeszycie „FC”, z tym że, o ile Kingowi się to niezbyt udało (zbyt wiele wkradło się nielogiczności, choć wyszukiwanie smaczków z nim związanych niosło olbrzymią przyjemność), o tyle Palahniuk robi to z wielkim wyczuciem. i pomysłowością. Owszem, można mu zarzucić powtórkowość (kto czytał dylogię „Potępieni/Przeklęci” zrozumie o czym mowa, choć wierzę, że Chuck zaskoczy czytelników i to bardzo – za wcześnie wyciągnął karty, by nie trzymać asa w rękawie), ale nie brak pomysłów.



Scenariuszowo zresztą to chyba najlepszy zeszyt „FC” z dotychczasowych. Bardzo sentymentalny, pełen nostalgicznych scen i świetnych sekwencji. Podróże Marli, jej wykorzystywanie umierających dzieci, „Sebastian” i jego powrót do Klubów Walki, powracają także postacie, których dawno nie widzieliśmy. I dostajemy odpowiedź na pytanie, co by było, gdyby „Sebastian” przez te dziesięć lat nadal był uzależniony od walk.



To plus świetne rysunki… Efekt? Rewelacyjna historia, która stanowi godną kontynuację powieści-manifestu, powieści-obiektu-kultu. Mojej ukochanej powieści. Polecam! Gorąco! Mocno! Z całych sił! Rize or Die! A raczej Read or Die!

Miasto cieni - Ransom Riggs




OSOBLIWA MENAŻERIA



„Obiecacie, że spróbujecie nie wysadzić w powietrze tego przeklętego świata?”, prosi przyjaciół jeden z bohaterów książki, ale niestety, takiej obietnicy nie może złożyć mu nikt. Kiedy bowiem Riggs dociska pedał gazu do podłogi, a na horyzoncie pojawiają się m.in. kury aramgedońskie, niczego już nie można być pewnym. Poza tym, że czytelnika czeka świetna zabawa, lepsza nawet niż w tomie poprzednim!



Od dramatycznych wydarzeń, jakie rozegrały się w finale „Domu pani Peregrine” minęły dosłownie chwile. Bohaterowie, uwięzieni w roku 1940, z wychowawczynią niezdolną powrócić do ludzkiej postaci, dwoma łódkami starają się dotrzeć do najbliższego lądu. Ale niebezpieczeństw jest mnóstwo, a odnalezienie kolejnej Pętli nie oferuje pomocy, na jaką liczą. Osobliwa menażeria, jaka tam na nich czeka, chętna jest im jej udzielić, ale nie ma możliwości. Tylko prawdziwa ymbrynka może uratować panią Peregrine, a by do takiej dotrzeć, muszą udać się do Londynu. Proste? Nie, kiedy trwa wojna, czasu jest niewiele, bo zaledwie dwa dni, a sam Londyn jest przepełniony Upiorami…



Tu nie ma już miejsca na powolne wprowadzenia, budowanie emocji czy zwyczajną codzienność Jacoba. Riggs już wprowadził nas w niezwykły świat, zaprezentował jego mechanikę i cuda, teraz skupia się na snuciu dynamicznej, pełnej zwrotów akcji opowieści, która wciąga i przykuwa uwagę czytelnika od pierwszej, do ostatniej strony.



Siłą poprzedniej części stanowiło kilka rzeczy – osobliwe postacie, osobliwe zdjęcia jakimi zilustrowano całość i rzecz, której nie wspomniałem przy omawianiu „Osobliwego domu…”, nie chcąc spoilerować, czyli miłość Emmy i Jacoba. Miłość? Znak zapytania jest tu uzasadniony, a napięcie między tą dwójką, a zarazem ta charakterystyczna niepewność, wywołuje wiele niezapomnianych emocji. Wątek ten jest rozwijany, na Jacoba czeka poważna decyzja, ale i pozostałe wątki nie są zaniedbywane. Osobliwców przybywa. Menażeria z Pętli to zbiór najdziwniejszych zwierząt, ale nic nie przebije przesympatycznego gadającego psa-arystokraty z fajką, noszącego okulary i przywołującego do porządku człowieka, który biega wokoło z wywalonym językiem. Przybywa także zdjęć – kilkadziesiąt zupełnie nowych, choć starych już wiekie fotografii, to przyjemność dla oka, a to, jak Riggs wplótł je w fabułę, stanowi kolejny smaczek. Smaczne też jest piękne wydanie, a pyszny deser stanowi dodatek w postaci pocztówki z reprodukcją jednego ze zdjęć, z okładką powieści w miejscu znaczka.



Sumą tego wszystkiego jest powieść, którą z czystym sercem polecam każdemu, kto lubi skrzyżowanie fantastyki, horroru i przygody, ze świetnymi postaciami i lekkością pióra, jaką prezentuje autor. Zabawa płynąca z lektury jest przednia, a fakt, że już za miesiąc w oryginale premierę będzie miał tom trzeci przygód osobliwej gromadki, optymistycznie nastraja na przyszłość. A ja dziękuję jeszcze wydawnictwu Media Rodzina za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Imperium robotów. Bunt człowieka - Mark Stay




LUDZIE KONTRA MASZYNY



Kiedy sięgałem po tę pozycję, zachęcony tytułem i sentymentem do „Terminatora”, obawiałem się kiczu. Byłem niemal pewien, że to właśnie dostanę. Zacząłem czytać i co? I przyjemne rozczarowanie – otrzymałem bowiem książkę naprawdę przyjemną, szybką i miłą w lekturze.



W niedalekiej przyszłości na Ziemię przybywają roboty. Ludzkie siły zbrojne, nie mając z nimi najmniejszych szans, szybko zostają rozgromione, mieszkańcy zaś podbici. Ale maszyny, jak twierdzą, nie maja złych zamiarów – śmierć czeka tylko tych nieposłusznych. Ich celem jest zbadanie gatunku ludzkiego, za siedem lat odejdą stąd, zostawiając wszystkich w spokoju. Przez ten czas trzeba jednak przestrzegać dwóch zasad: nie wychodzić z domu i słuchać poleceń. Trzy lata późnej grupka przyjaciół, Sean, Alex, Nathan i Connor przypadkiem odkrywają jak unieszkodliwić implanty, jakie wszczepili im Roboty. Wreszcie mogą wyjść. Wreszcie mogą zdobyć to, o czym marzą, przekonać się jaka prawda kryje się za rzekomymi masowymi zniknięciami mieszkańców, odnaleźć zaginionego ojca Seana i… Właśnie, czy mają szansę poznać cele badań maszyn i przeciwstawić się najeźdźcom?



„Imperium Robotów” to książka stricte rozrywkowa. Prosto i lekko napisane przygodowe Science Fiction dla grupy wiekowej young adult, ale pomimo tematu, który jest już zgrany do bólu, udało się autorowi nie zrobić banału. Owszem, nie jest to pozycja ambitna, nie mniej jako rozrywka sprawdza się naprawdę dobrze, a na to przecież każdy, kto po „Imperium…” sięgnie, liczy. Trochę wziął autor z „Wojny światów”, trochę z „Transformers”, sporo z „Terminatora”, nic jednak nie nachalnie, z miłym czasem puszczeniem oka do znających temat.



Nie można jednak zapomnieć o istotnym fakcie, że książka stanowi nic innego, jak adaptację filmu, którego autor jest współscenarzystą. Na tym zaś polu radzi sobie naprawdę znakomicie. W życiu czytałem nie jeden film przeniesiony na powieściowe karty, najczęściej były to jednak prawie streszczenia uzupełnione tylko o dialogi. Bez rozpisywania się, bez nawet prób stworzenia konkretnej prozy. Stay nie zadowolił się takim podejściem i stworzył powieść z prawdziwego zdarzenia, do tego nie tylko odwzorowującą poszczególne sceny, ale uzupełniającą film o zupełnie nowe sekwencje.



Kto więc lubi lekkie, przyjemne SF, z niezłym klimatem i trafionymi zwrotami akcji, śmiało może sięgnąć po „Imperium robotów”, nie zawiedzie się. A ja dziękuję wydawnictwu Amber za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Program. Plaga samobójców - zapowiedź! Premiera 23 września 2015

Plaga samobójców
Program. Część I
Suzanne Young
Wydawnictwo Feeria Young
PREMIERA: 23.09.2015
Nastolatki masowo popełniają samobójstwa. W niektórych szkołach władze wprowadzają
więc pilotażowy program przeciwdziałania tej epidemii. Wszelkie objawy depresji są
skrupulatnie notowane, a ci, którzy się załamują, są poddawani leczeniu w odizolowanych
klinikach. Leczenie wydaje się skuteczne, ale każdy, kto brał udział w programie, wraca do
zwykłego życia kompletnie pozbawiony wspomnień.
Rodzice Sloane stracili już jedno dziecko i są gotowi na wszystko, by tylko ją uratować.
Dziewczyna tłumi więc swoje prawdziwe uczucia. Jedyną osobą, przy której czuje się
swobodnie, jest James, jej chłopak. Obiecał jej, że ich dwojgu nic się nie stanie, a Sloane jest
pewna, że ich miłość przetrwa wszystko. Lecz z tygodnia na tydzień oboje stają się coraz
słabsi. Coraz trudniej im zachowywać twarz, bo dopada ich depresja. A później Program.
Mroczna, dystopijna powieść z romansem w tle.


Przedsprzedaż.


A poniżej fragmenty powieści:


Fragmenty powieści „Program. Plaga samobójców”
„Masowe samobójstwa wśród nastolatków zaczęły się nagle, niespełna cztery lata temu,
i wkrótce uznano je za epidemię. W tamtym czasie jeden nastolatek na trzech odbierał sobie
życie. Jasne, samo zjawisko istniało już wcześniej, ale w pewnym momencie, z dnia na dzień,
moi rówieśnicy niemal zespołowo zaczęli skakać z okien albo podcinać sobie żyły. W większości
przypadków nie dało się ustalić żadnej sensownej przyczyny stojącej za tymi aktami. Jakby
tego było mało, wskaźnik samobójstw wśród dorosłych się nie zmienił.”

„Czy w ciągu ostatniego dnia czułaś się samotna albo przytłoczona?
Spoglądałam na białą kartkę, taką samą jak każdego ranka. Miałam wielką ochotę zgnieść ją
w kulkę, rzucić w kogoś i nawrzeszczeć na uczniów, zmusić ich, by jakoś zareagowali na to, co
przed chwilą spotkało Kendrę. Zamiast tego wzięłam tylko głęboki oddech i zaznaczyłam
odpowiedź w formularzu.
NIE.
Było to kłamstwo. Wszyscy czuliśmy się samotni i przytłoczeni. Czasami zapominałam, że
w ogóle można doświadczać innych uczuć. Wiedziałam jednak, co trzeba robić i czym grozi
podanie nieprawidłowej odpowiedzi. Skupiłam się na następnym pytaniu.
Zaznaczyłam odpowiedzi pod kolejnymi punktami, aż wreszcie doszłam do ostatniego.
Zawahałam się przy nim, zdarzało mi się to codziennie.
Czy ktoś ci bliski popełnił kiedyś samobójstwo?
TAK.
Przyznawanie się do tego dzień za dniem było ponad moje siły, jednak w tym jednym
przypadku musiałam udzielić odpowiedzi zgodnie z prawdą, ponieważ oni i tak wiedzieli, co się
stało.”

„Widywałam świeżaki od dwóch lat. Były to co prawda tylko przygodne spotkania, na przykład
grzecznościowa wymiana zdań w kolejce w centrum handlowym, jednak byłam pewna, że
nadal byli ludźmi. Tyle że… radośniejszymi, jakby wszystko było wspaniale. Zrobiono im pranie
mózgu albo coś podobnego. Ale mimo to nie byli w środku puści. Nie mogli być. ”

„I wtedy nagle James wymierzył mi siarczysty policzek. Uderzył naprawdę mocno. Tak mocno,
że natychmiast zapiekła mnie skóra. Sapnęłam z wrażenia, po czym zachłysnęłam się
powietrzem. Ale cios osiągnął zamierzony efekt – wytrącił mnie z histerii. W innej sytuacji
James spróbowałby ze mną porozmawiać i przytulić. Jego oczy były czerwone od płaczu
i podpuchnięte, a cała twarz wilgotna od łez. Nigdy wcześniej nie widziałam go w takim stanie.
Zdumiona, uniosłam dłoń i dotknęłam nią piekącego policzka. ”

sobota, 22 sierpnia 2015

Proces - Franz Kafka




GDYBY LYNCH PISAŁ KSIĄŻKI



Różnie nazywa się Franza Kafkę, ale nigdy nie uwierzę ani w jego profetyzm, ani w wyprzedzenia wizją swoich czasów. Wielkim był pisarzem, ale nie oszukujmy się - to, co wmawiają nam nauczyciele, wykładowcy czy cała reszta krytycznych mądrych głów, "Proces", największe, a przynajmniej najbardziej znane z jego dzieł, nie jest przepowiednią. To nie ostrzeżenie przed Holocaustem, Drugą Wojną Światową, prześladowania rasowe i etniczne, etc. To nawet nie literatura socjologiczna. Losy Józefa K. to nic innego, jak surrealistyczny, psychodeliczny horror, utrzymany w ekspresjonistycznej bardzo konwencji. Co w najmniejszym stopniu nie ujmuje jego wielkości.



Józef K. jest oskarżony. Pytanie brzmi o co? Odpowiedź - najwyraźniej nie jest upoważniony do uzyskania tej wiedzy. Nie jest także aresztowany, więc stara się dociec prawdy, ale czy to bezpieczne?



Wielu mój wstęp mógł oburzyć, bo horror w naszym - i nie tylko - kraju, jest gatunkiem niedocenianym. Poniżanym. A przecież tak jak wśród literatury, która trafią na wyższą półkę, pełno jest gniotów, jakie ciężko jest czytać, tak w horrorze zdarzają się arcydzieła, które przechodzą do historii. Nikt jednak nie poniża takich gatunków, jak dramat czy powieść socjologiczna, bądź psychologiczna, nawet kiedy jej przedstawiciele sięgają dna.





Dlatego uparcie będę zaliczał "Proces" do horroru, bo czymże innym jest, niż koszmarem sennym, który zdarza się na jawie? Jak bohater "Głowy do wycierania" Lyncha, Józef musi zmierzyć się z bezsensowną grozą, która wdziera się do jego życia, a której nic nie uzasadnia. Wciśnięty w tryby machiny, który mieli go powoli, przeistacza się w desperata gotowego na wszystko. I jest w tym niewątpliwa wielkość, jest siła, jakiej niewiele w literaturze się zdarza, jest obezwładniająca prawda i przekonująca strona społeczna. Ale jest też wszystko to, co mieści się w ramach gatunku nazywanego "Horrorem" czy "Grozą", czasem thrillerem, jako że bark tu stricte paranormalnych zdarzeń. Nie jest to może oryginalne podejście, bo spory, jakie toczą się wokół interpretacji powieści objęły już chyba wszystko, co możliwe, ale jest to podejście moje, takie, jakie czuję ja i przy jakim będę uparcie obstawał.



Niezależnie jednak jak nazwiemy "Proces", jest to literackie arcydzieło i przeczytać je trzeba. Przeczytać, poznać, zachwycić się - jest bowiem czym. Szkoda jedynie, że powieść nie jest powieścią ukończoną, że Kafka kazał spalić multum fragmentów, i że sam nie skończył pisać jej nigdy. Z drugiej strony, finał - rwany i symboliczny, oniryczny wręcz, to finał, który pasuje doskonale i nie pozostawia wrażenia braku. Dlatego kto jeszcze nie czytał, niech jak najszybciej nadrobi ten błąd!

Osiedle Swoboda (wyd. drugie, zmienione) - Michał Śledziński




OSIEDLE, KTÓRE WYRWAŁO SIĘ NA SWOBODĘ



Smutny, Wiraż, Niedźwiedź, Szopa i Kundzio - to piątka przyjaciół wiodących typowy żywot młodych ludzi (pełen alkoholu, imprez i narkotyków) w tytułowym blokowisku w bliżej nieokreślonym mieście. Osiedle zamieszkuje masa różnych indywiduów z  Ciachciarchciachem (telepatą) i Bossem Drwalem (szefem półświatka Osiedla) na czele. I cóż więcej można powiedzieć? Chłopaki po prostu żyją. Czasem zwymiotują w kościele, czasem zmierzą się z dilerami, czasem spotkają duchy… A wszędzie kręci się czarny kot imieniem Pazur…



Normalka.



OS to wielkie dzieło polskiego komiksu i co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości. Wielkie i kultowe. Dzieło, któremu zawdzięczamy, że magazyn Produkt nie zakończył się ukazywać na pierwszym numerze i dzieło, do którego do lat, raz za razem, powracam, wczytując się w nie na nowo. Tworząc je Śledziu zdecydował się, z nuta innych gatunków, ale tylko nutą, zaprezentować prawdę. Prawdę, gorzką, smutną i szarą o młodzieży przełomu wieków. Młodzieży wychowanych na styku komuny i wolnej Polski. Pokolenia młodych ludzi, którzy głównie stoją i gadają, ale – jakby ewidentnie czerpał z filmów Kevina Smitha – nie gadają o niczym. Ich rozmowy to soczysta prawda, trafne komentarze i tematy, jakie ocierają się o ważkie, filozoficzne nieraz dysputy, podane z lekkością i humorem.



Scenariusze więc to zawsze kawał świetnej roboty, z rewelacyjnymi dialogami i dowodem na to, że przekleństwa potrafią służyć do przekazania czegoś więcej niż tylko negatywnych emocji. Konstrukcja bohaterów jest realistyczna, czasem do bólu, i absolutnie nie papierowa. To postacie, które żyją i które czują. Które możemy spotkać na co dzień w dowolnym miejscu kraju. Postacie kochające, nienawidzące, czujące… W końcu mnóstwo rzeczy oparł Śledziński na faktach.



Świetne są też rysunki Śledzia. Niby proste a znakomite i stanowiące zarazem przekrój przez całą karierę tego jednego z najważniejszych i najlepszych rodzimych komiksiarzy. I wiem, że wielu pierwszy komiks, otwierający OS, nazwie wręcz eksperymentalnym, to proszę zwróćcie uwagę na scenę ze Smutnym i Wirażem pod sklepem nocnym – oświetlenie tam użyte to dla mnie absolutna perełka, a to nie jedyny taki smaczek.  Dalej natomiast jest już tylko lepiej i bliżej tego, co znamy z rąk obecnego Śledzia.



To wydanie zawiera także jeden dodatkowy smaczek, którego lektura była dla mnie, niczym spotkanie dawno niewiedzianego przyjaciela. Dodatek ów, ledwie 10 stron zebranych pod tytułem „Centrum”, przenosi nas do tego właśnie miejsca, poznanego w serii zeszytowej „OS”, gdzie najwyraźniej osiedlił się właśnie Kundzio. Nowi ludzie, nowe tematy, ale ten sam stary, niepowtarzalny klimat – aż coś chwyta za serce. Spin-off  i epilog w jednym.



I cóż więcej mogę dodać? Że kiedy czytam OS po latach, w oku kręci mi się łezka wzruszenia? Że ten komiks zmienił moje życie? Że jest to, jak dla mnie, obok dzieł Christy, Chmiela i Baranowskiego, największe dokonanie rodzimej sceny komiksowej? Że to cudo, które chce się czytać raz po raz? Że nawet słabsze historie (patrz: nieco chaotyczne Z pamiętnika Wiraża) zachwycają bez dwóch zadań?



Polecam i tyle. Całym sercem. „OS” jest tego warte i jak widać po jego nie słabnącej popularności (niedawno mieliśmy trzecie wydanie zbiorcze a to z pewnością nie koniec) fani komiksów tę wartość odnaleźli i zachwycili się nią.

wtorek, 18 sierpnia 2015

Osobliwy dom pani Peregrine - Ransom Riggs




MUZEUM OSOBLIWOŚCI



Bohaterem „Domu pani Peregrine” jest nastoletni Jacob, który wiedzie nudne życie. Z jednym tylko przyjacielem u boku, z marną pracą, której nawet nie może stracić, bo sieć sklepów należy do jego rodziny, wydaje się być chłopakiem, jakich wielu. Wszystko wywraca się do góry nogami, w dniu, w którym jego dziadek umiera. Dostrzeżone w lesie stworzenie jak z koszmarów, każe mu na nowo przemyśleć w wiarę w dziwne opowieści, poparte równie dziwnymi zdjęciami, które dziadek snuł (i pokazywał mu) w dzieciństwie. Szansą na odkrycie prawdy o młodości zmarłego, a zarazem tajemnicy jego śmierci, staje się wyprawa na niemal odciętą od świata wyspę, gdzie w sierocińcu spędził swoje dzieciństwo. To tam, jak twierdził, spotkał wszelkie osobliwości, o jakich opowiadał. I to tam Jacob odkrywa rzeczy, o jakich mu się nawet nie śniło…



Co zachęciło mnie do sięgnięcia po tą powieść? W pewnym stopniu opis, w dużej mierze jednak nazwisko Toma Burtona. Ten jakże osobliwy reżyser, jeden z moich ulubionych zresztą, podjął się zadania przeniesienia na taśmę filmową „Osobliwego domu…”, i fakt ten przesądził o zatopieniu się w lekturze. I nie żałuje, bowiem otrzymałem naprawdę przyjemną, rozrywkową literaturę grozy dla grupy wiekowej young adult (ale nie tylko!), której najmocniejszą stroną jest zdecydowanie niesamowity klimat. Za ten zaś odpowiadają przemyślane i dynamiczne zwroty akcji, a także – przede wszystkim, rzekłbym – fascynujące zdjęcia. Zdjęcia te, wyglądające jak stopklatka wyrwana ze snów Davida Lyncha czy Tima Burtona właśnie, prezentują najróżniejsze dziwy. Dziewczynka stojąca na skraju wody na cmentarzu, podczas gdy woda prezentuje odbicie dwójki dzieci, ubranie bez ciała, usta z tyłu głowy… A wszystko to blednie w zestawieniu z Balerinami, których trzeba po prostu zobaczyć na własne oczy!



Książka pełna jest takich właśnie zdjęć, których znajdziecie tu łącznie kilkadziesiąt – podkreślam ZDJĘĆ, nie grafik. A wraz z nimi czekają na Was listy bohaterów i podobne atrakcje, które dodają całości posmaku realizmu. To prowadź zaś do kwestii wydania, które w takim wypadku staje się jednym z kluczowych aspektów książki. A to oczywiście jest takie, jak być powinno; tonacja sepii, strony, wyglądające jak stare listy, które naruszył już ząb czasu, kolejne jak stronnice zabytkowego albumu fotograficznego, twarda oprawa… Pięknie to wygląda i równie pięknie prezentuje się na półce. I już sama okładka posiada ten klimat, który zachęca do sięgnięcia po „Dom…” i zajrzenia co w sobie kryje.



Wróćmy jednak do tekstu, bo to przecież kwestia kluczowa. Jak pisze Riggs? Prosto, lekko, przyjemnie i skutecznie. Umie wprowadzić dobry zwrot akcji, potrafi celnie sypnąć porcją sarkazmu, ale także i zbudować własny, niezależny od zdjęć klimat.



Wniosek? Warto po „Osobliwy dom…” sięgnąć i dać się uwieść jego subtelnemu nastrojowi grozy i fantastyki. Jego lektura przypomina lekturę pamiętnika kogoś, kto – czy to naprawdę, czy może tylko we własnym umyśle, ale jednak – doświadczał czegoś nie z tej ziemi. I pozostawia niedosyt, a ten mają szansę zaspokoić kolejne części. Polecam więc, a wydawnictwu Media Rodzina składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Yorgi # 4 - Sąd ostateczny - Jerzy Ozga, Dariusz Rzontkowski




YORGI – ALBUM NIEOSTATECZNY



Czwarty album Yorgiego kontynuuje bezpośrednio wątki z „Komiksu, którego nie było”. W odróżnieniu do poprzednika nie jest jednak historią sensacyjną z nutką paranormalności, a historią Science Fiction z odrobiną sensacji. Bez zmian pozostało jedno – to nadal tak samo dobry, a może nawet i jeszcze lepszy, komiks jak dotychczas.



Cieślik, na którego życie czyha wiele osób, uniknął największego niebezpieczeństwa, ale jego życie wciąż jest zagrożone. Szansą staje się zbratanie z półświatkiem na zasadzie ochrona za informacje, które warte są fortunę. Trzeba jednak powstrzymać największe zagrożenie, jakie zaplanował dla nas Kraj Rad – jakkolwiek śmiesznie to brzmi, Rosjanie wraz z kosmitami chcą zniszczyć nasz świat. Zaczyna się wyścig, którego stawką są losy ludzkości. Jaką rolę w całej tej przygodzie odegrają znany pisarz SF, Stanisław Lem, dziewczynka, która wygrała konkurs co czeka nas w przyszłości i posiadający niezwykłe moce chłopiec?



Przygotujcie się na szybką akcję, dużo zabawy oldschoolowymi motywami i ponad wszystko pastisz na najważniejsze dzieła literatury Science Fiction w historii!



Rzontkowski zdecydował się na ryzykowny i szalony krok, ale ryzyko to opłaciło się. Zmienić proporcje, sięgnąć do czegoś, co mogłoby stać się banałem, podlać to koktajlem powstałym z wymieszania „Wojny Światów” i „Z archiwum X” i docisnąć pedał gazu.  Zaprzęgnąć przy tym tajemnice, spiski, świetny klimat, strzelaniny… A wszystko to ponownie wcisnąć w ramy ciągłego puszczania oka do czytelnika obeznanego z fantastyką i trafnych spostrzeżeń. Wyszła z tego wybuchowa mieszanka, narracyjnie przywołująca komiksy z czasów PRL-u, w której nie brak niespodzianek. Te zaś, gdy wreszcie na nie trafimy, tylko podsycają apetyt. Taką niespodzianką  w poprzedniej części była niezapomniana scena Lem-Dick, tu sekwencja z pralkami – aż chciałbym powiedzieć coś więcej, ale to po prostu trzeba zobaczyć.



A patrzyć także jest na co. Znakomite rysunki Ozgi, przemyślane kadrowanie, dynamika i realizm to największa siła strony graficznej. Te twarze, te budynki… Bez trudu można rozpoznać autentyczne postacie za nimi się kryjące, i wczuć się w klimat lat 80, tak różny od naszego.



Świetne są też wycinki prasowe na wewnętrznych stronach okładek, które dodają całości, jak i w tomie poprzednim, realizmu i dodatkowej zabawy.



I choć podtytuł tego tomu brzmi dość ostatecznie, komiks ten nie kończy przygód Yorgiego, a kolejna część zapowiadana jest już fragmentem na końcu albumu. Tak więc jest co czytać teraz, jest też na co czekać w przyszłości. Lubicie dobre rodzime komiksy? Przeczytajcie! Polecam i dziękuję wydawnictwu Kultura Gniewu za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Yorgi # 3: Komiks, którego nie było - Jerzy Ozga, Dariusz Rzontkowski




YORGI – KOMIKS, KTÓRY NA SZCZĘŚCIE JEST



Trzy lata fani Yorgiego czekali na nowy tom przygód ostatniego ze Świetlnych, ale było warto. Nie dość, że otrzymali kawał dobrego rodzimego komiksu fantastycznego, to jeszcze twórcy (i wydawca) zaserwowali na raz dwa tomy!



Rok 1980. Porucznik Cieślik stara się poznać prawdę o losie swojej żony. Dziesięć lat temu Hannah, mając dość życia u jego boku, kiedy ciągle musiała ustępować przed pracą i obowiązkami, zniknęła. Teraz prawda o jej losie powoli wychodzi na jaw, kiedy w ręce Cieślika trafia jej zegarek. Skąd się wziął? Wszystko przez schwytaną hienę cmentarną, która okradła grób. Znaleziona na cmentarzu czaszka okazuje się należeć do Hannah, ale czemu ta młoda kobieta zginęła? Buntując się przeciw rozkazom, a także przeciw TOP, Cieślik wyrusza odkryć prawdę. Jaki jest jednak związek całej sprawy z niedającym od dziesięciu lat znaku życia Yorgim?



„Yorgi” to komiks, jakie już się na rynku nie zdarzają. Połączenie oldschoolowej fantastyki i klimatu oraz stylu narracji historii obrazkowych ze szczytowego PRL-u, z hiperrealistycznymi, choć „brudnymi” zarazem ilustracjami. Efekt? Jakby zderzyć „Kapitana Żbika”, „Yansa” i Trylogię Nikopola. Jednym słowem – super!



Rzontkowski w swoim scenariuszu zmieszał wszystko, co tylko się dało. Oprócz śledztwa, które stanowi główną oś fabuły „Komiksu, którego nie było”, oraz PRL-u, będącego nie tyle tłem, co bohaterem budującym większą część niesamowitego klimatu, otrzymujemy całą masę pomniejszych rzeczy. UFO, Tajny Ośrodek Pozazmysłowy, metafizykę, alternatywną rzeczywistość… Do tego nie mniej jest puszczania oka do fanów i scen, które dla obeznanych z fantastyką staną się czymś więcej, niż tylko hołdem. Werbalno-twórczy pojedynek Stanisława Lema z Philipem K. Dickiem, to absolutna perełka, a to tylko jeden z wielu momentów, które urzekają, a których zdradzać nie zamierzam.



Grafika, jakże realistyczna a przy tym prosta przecież, odtwarza na czarnobiałych stronach świat, jakiego już nie ma. Świat, pojazdy, a także i ludzi, których rozpoznajemy bez trudu, choć nie do końca są przecież tymi postaciami historycznymi, które znamy z przeszłości.



Konkluzja? Chcecie naprawdę dobrego, polskiego komiksu, jaki sentymentalnie odwołuje się do epoki popularności „Świata Młodych”, nie powinniście się wahać. I najlepiej nabyć od razy tom 4, bo zapowiada się pysznie.



Polecam, a wydawnictwu Kultura Gniewy składam podziękowanie za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

niedziela, 16 sierpnia 2015

Dracula - Bram Stoker




KLASYKA, KTÓRA PRĘDZEJ CZAS RUSZY ZĘBEM, NIŻ NA ODWRÓT



Czy jest ktoś kto nie słyszał o Bramie Stokerze i jego „Draculi”? Czy znajdzie się ktoś, komu obcy jest najsłynniejszy wampir świata? W dobie sławy miernych historii pokroju „Zmierzchu” i jeszcze gorszych jego naśladownictw, warto przypomnieć sobie klasykę, która stanowi podwalinę całego gatunku.



Jest wiek XIX. Młody prawnik Jonathan Harker przybywa do Transylwanii na zaproszenie hrabiego Draculi. Spotyka się jednak z dziwnym zachowaniem miejscowej ludności, która na jego widok i cel podróży, albo stara się nie dopuścić do spotkania albo czyni gesty, które mają odegnać zło. Harker szybko odkrywa prawdę o Draculi i jego morderczych skłonnościach, i trafia w sam środek koszmaru, jakiego nigdy się nie spodziewał…



Kiedy człowiek staje przed wyzwaniem napisania kilku słów na temat klasyki, którą zna każdy, odkrywa, że określenie „wyzwanie” nie jest w tym wypadku wcale przesadzone. Z nowością, z aktualnym bestselerem, sprawa jest dość prosta – praktycznie wszystko już zostało wymyślone, jeśli o literaturę chodzi, więc można porównać z poprzednikami, odnieść się do znanych już tytułów. A w przypadku klasyki absolutnej? Właśnie, nie napisze przecież – „Dracula” to powieść bogato czerpiąca z tradycji filmów grozy, szczególnie obrazów powstałych w latach 20 ubiegłego wieku, pełna odniesień do choćby legendarnego już „Nosferatu” czy dzieł studia Hammer, oraz dokonań niemieckich ekspresjonistów. W końcu „Dracula” był pierwszy. Prekursor. Może nie jako opowieść o wampirach, te już bowiem, kiedy wychodził 118 lat temu, od dawien dawna krążyły wśród czytelników, ale jako historia, która wyzwoliła cały potencjał tematu. Nie przypadkiem przeszedł do historii on właśnie, a nie choćby „Narzeczona z Koryntu” samego Goethego. Nie przypadkiem też do dziś znajduje się we wszystkich najważniejszych zestawieniach, tak horrorów jak i powieści w ogóle.



O genezie (nękającym autora śnie), o znaczeniu, o seksualności etc., nie będę się rozwodził, bo przez ponad wiek uczynili to lepsi ode mnie i w sposób bardziej wyczerpujący. Skupię się na własnych wrażeniach płynących z lektury, a te są niezapomniane. „Dracula” czytany nawet teraz, w czasach, kiedy jego język stał się już w pewnym stopniu archaiczny (in plus jest więc fakt nowego przekładu), urzeka wizją i opisami. Zachwyca gęstym klimatem i siłą wyrazu. Jest w nim coś, co nie zestarzeje się nigdy i kiedy minie kolejne 100 lat, czytelnicy wraz będą sięgać po niego i z zachwytem zatapiać się w lekturze. Bo hrabia to nie metroseksualny nastolatek, który błyszczy w słońcu przez kilka chwil, by zniknąć za jakiś czas bez śladu. Dracula to fundament gatunku. Coś, co nie przemija i nawet znane na pamięć, dalej wciąga w swój świat. Zasysa, rzekłbym. Książki takiej jak ta, nie naruszy ząb czasu, złamie się prędzej, albo – co bardziej prawdopodobne – to powieść swym zębem, który nie stracił ostrości przez te lata, naruszy sam czas.



I choćbym nawet chciał, nie mam się czego „przyczepić”. „Dracula” jest częścią naszej kultury i popkultury, i nie znać go to wstyd. Dlatego nie zachęcam, a wręcz namawiam Was w sposób otwarty, do zapoznania się z tą powieścią. Szczególnie, że jej wydanie (nastrojowe ilustracje, analiza) robi wrażenie. Wydawnictwu Vesper zaś składam podziękowania za udostępnienie mi tej pozycji do recenzji.

Pierwsze koty - Ewa Nowak




PIERWSZY KONIEC ŚWIATA



Książki Ewy Nowak coś w sobie mają. Świetne pomysły, ciekawy styl, ale także to nieuchwytne coś właśnie, co mnie do nich przyciąga. Jakąś magię. I dużą dozę życiowej prawdy. I tak też jest z „Pierwszymi kotami”.



Ada ma szesnaście lat i uważa, że nic jej w życiu nie wychodzi, a już najbardziej bycie z chłopakiem. Ma talent do rysowania, ale nie potrafi się z tego cieszyć. Konradowi, z których chodzi, wydaje się już być obojętna, ojciec, wojskowy o naturze sknery, człowiek bardziej pragmatyczny, niż samo hasło pragmatyzm, kłócący się z byle powodu i starający zaprowadzić w domu swoistą musztrę, oraz brak kolegów, nie nastrajają jej optymistycznie do życia. Całe oparcie znajduje w siostrze i przyjaciółce, która chodzi już do liceum. Ale wszystko zmienia się pewnego dnia, kiedy z polecenia nauczycielki, Ada zostaje wynajęta do pilnowania dziecka pewnego małżeństwa. Perspektywa zarobków, i to całkiem dużych, jest niezwykle kusząca, nie mniej jednak Hela to dziecko, jakie potrafi każdego zniechęcić do posiadania potomstwa. Wkrótce wszystko komplikuje się jeszcze bardziej, kiedy Ada się zakochuje …



Pierwszy koniec świata. Tym dla małej Heli są narodziny siostry i tym dla Ady zdaje się być każda nowa sytuacja, w którą się angażuje. Czy to konkurs, który wygrywa, choć zwycięstwo to niczym nie różni się od porażki, bo każdy uczestnik i tak dostaje identyczną nagrodę, czy cokolwiek innego, niesie ze sobą coraz więcej goryczy. Happy End? Na to być może przyjdzie czas, ale tylko być może, bo u Ewy Nowak nigdy nie można być do końca pewnym co się stanie, co się zdarzy, a każdy jej happy end i tak podbarwiony będzie choćby nutą tylko czerni. A zarazem każda tragedia będzie posiadała swoje jasne strony. I to właśnie urzekło mnie w jej twórczości i urzeka nadal. To wykrzesanie jakże wielu iskier pomysłowość ze zdawałoby się banału. To, plus fakt w jaki sposób operuje emocjami i jak wyzwala je w czytelniku, i to do tego stopnia, że mnóstwo scen pozostaje żywych w jego pamięci na bardzo długo.



„Pierwsze koty”, bardziej dziewczęca pozycja niż jej ostatnie dokonania, znakomicie kontynuuje to, co w książkach autorki najlepsze. Jakby skrzyżować Musierowicz z Hornbym, tylko w bardziej poważnym tonie, czerpiąc dużo z klasyki powieści młodzieżowej naszych rodzimych pisarzy, uaktualniając przy tym problemy. Efekt? Atrakcyjna dla współczesnych czytelników forma i formuła, a zarazem coś mądrego i wartościowego.



Przekonani by sięgnąć? Mam nadzieję, bo nie przypadkiem tak polubiłem Ewę Nowak, a nie wątpię, że młodzież (czy przy innych pozycjach pisarki – dzieci) polubią jeszcze bardziej, a kiedy za kilka lat, robiąc porządki na półce z książkami, natrafią na jakąś powieść z jej dorobku, zatrzymają się z sentymentem, sięgną i wracając do pożółkłych już wówczas stronic, powrócą jednocześnie do młodych lat i tamtejszych uczuć.



Polecam, a wydawnictwu Egmont składam podziękowania za udostępnienie mi pozycji do recenzji.

czwartek, 13 sierpnia 2015

Make Something Up Stories You Can't Unread - Chuck Palahniuk




ZMYŚL COŚ – HISTORIE, KTÓRYCH NIE MOŻESZ NIE PRZECZYTAĆ



Od lat Palahniuk rozsiewa tu i tam krótsze formy swojego autorstwa, a to podczas odczytów, a to wydając e-booki, to znów publikując w pismach czy antologiach, bądź za darmo przez Internet. Wcześniej, „Opętanymi”, pokazał oryginalną formę dla zebrania opowiadań, teraz zaś oferuje swoim czytelnikom jak najbardziej klasyczny zbiór. I chociaż nie łączy go tym razem w żadną większą całość posiadającą wątek przewodni, zabawa jest przednia. I refleksyjna.



„Make…” otwiera tekst, „Knock Knock” (Puk Puk), znany z łam „Playboya” – niezła, choć niestety nie do końca spełniona, przesycona czarnym humorem opowieść o synu speca od dowcipów, który musi zmierzyć się z wyniszczającą ojca chorobą. Jest tu wprawdzie i satyra i emocje, i wzruszeń nie brak także, nie mniej całość nie porywa ani tym bardziej nie zaskakuje.



Nie powala także całkiem niezła „Eleanor”. Tekst traktuje o Randym, który nie znosi Oregonu, bo nie znosi drzew. Kupuje więc dom idealny, a to za sprawą agentki nieruchomości, z którą zaczynają go łączyć bliższe relacje. I jest też oczywiście pies, tytułowa suka Eleanor, którą Randy uczy aportować bardzo nietypowe przedmioty, co w efekcie prowadzi do tragedii.

Tym razem Palahniuk, choć ciekawy to tekst, serwuje nam opowiadanie niespójne. Jakby do końca nad nim nie panował. Wiele elementów nie znajduje tu należytego umotywowania, a finał, choć przewrotny, nie zaskakuje szczególnie.



Zdecydowanie lepiej się dzieje przy okazji przypowieści „Jak Małpa wzięła ślub, kupiła dom i znalazła szczęście w Orlando” – historii, w której nie ma ani ślubu, ani kupna domu ani szczęścia nie za wiele tam znajdziecie. Czeka Was za to dużo satysfakcji, kiedy czytać będzieci zmagania Małpy, która sprawdziwszy się jako sprzedawca dostaje do sprzedania ser, do którego nikt nie chce się nawet zbliżyć, a co mówić wziąć do ust.



Dalej pojawiają się doskonale nam już znane „Zombies” – historia mody, jaką zapoczątkował uczeń, cofając się w rozwoju za pomocą defibrylatora, oraz „Loser” (Przegrany) – opowieść o biorącym udział w debilnym teleturnieju chłopaku. Oba teksty podobnie niezłe i podobnie nie do końca spełnione, choć bardzo przyjemne i jak zawsze u autora, mądre.



Ciekawie wypada za to kolejne opowiadanie, „Syn Czerwonego Sułtana”. Baśń z tysiąca i jednej nocy? U Palahniuka? Jasne… Choć mogłoby się wydawać tak pięknie i familijnie. Oto bowiem 13-letnia dziewczynka, której rodzice są po rozwodzie, traci swojego konia. Razem z ojcem zakupuje drugiego, araba czystej krwi, Syna Czerwonego Sułtana. Tylko czemu cena jest tak niska? I dlaczego właściwie zdechł poprzedni koń?



Siódmym tekstem jest rewelacyjny „Romans”, kolejna dobrze znana, nawet sfilmowana, opowieść autora. Historia nieudacznika z nadwagą, którego kobieta umarła. Mężczyzna ów wyrusza na festiwal by zabić i zapić smutki, i w pociągu poznaje Brit, kobietę ideał, która na dodatek chce jego! Gdzie myk? No właśnie, przeczytajcie, a się przekonacie.



Jeszcze lepszy jest „Cannibal”, dziwny formą (tekst stylistycznie opiera się na ciągłym powtarzaniu „ponieważ…” czy może bardziej adekwatnie byłoby przełożyć to jako „albowiem…”) za to rewelacyjny treścią. Oto tytułowy bohater, licealista, jest nienawidzony przez rówieśników. Upośledzony psychicznie, nieodróżniający seksu od religii, staje się seks zabawką dla koleżanek, aż pewnego razu w trakcie pieszczot oralnych zasysa zbyt mocno i…

To opowiadanie tego samego sortu, co legendarne już „Flaki”. Mocne, atakujące zmysły, dla niektórych wstrząsające… Ale spokojnie, jeszcze mocniejsze wrażenia czekają nas dalej w tym zbiorze!



„Dlaczego kojot nigdy nie ma kasy na parkowanie” nie jest jednak tym „mocniejszym wrażeniem”, ale choć słabszy od poprzedników, prezentuje bardzo udaną przypowieść o Kojocie, który odkrył sposób na usypianie syna poprzez jazdę samochodem. Ale dzielnica jest nieciekawa, a prostytutka Flaming, bardzo kusząca, szczególnie, że może stać się jedyną osobą zdolną ocalić małżeństwo Kojota. Tekst świetny, przewrotny, prawdziwy.



Po nim następuje wydana niegdyś jako e-book na Kindle’a nowela, „Feniks”, opowiadająca o Rachel, która wyjechała w podróż służbową i co noc dzwoni z motelowego pokoju chcąc porozmawiać z córką, która obraziła się na ten jej wyjazd. Ale czy aby na pewno? Może coś się stało, w Internecie wyczytała przecież o pogryzionym w okolicy przez psa dziecku, a mąż ukrywa prawdę? Jak to sprawdzić? Posunąć się do ostateczności – zmusić męża choćby i do skrzywdzenia córeczki, byle tylko odezwała się do słuchawki. Jednocześnie akcję noweli przeplatają retrospekcje opowiadające o czarnym domu, w którym mieszkali, a który spłonął, a także o kocie męża Rachel, Belindzie Carlisle, którego Rachel chciała się pozbyć…

Świetna, mocna rzecz, trochę mniej charakterystyczna dla Chucka, trochę przy tym przewidywalna. A jednak. Konstrukcją przypominająca „Snuff”, świetnie pomyślana, nie pozwala się od siebie oderwać, nawet jeśli już się ją czytało.



Z życia wzięte”, krótkie opowiadanie, które dostajemy jako następne, choć dość proste, taka zabawna anegdota, jaką można opowiedzieć w towarzystwie, jeśli daleko mu do pruderii, swoisty żarcik literacki, ideał dla genialnego skeczu kabaretowego, urzeka prawdą. Oto ojciec uświadamia syna o seksualności rodziców i opowiada jak z matką uprawiał seks w kinie samochodowym. I jak doszło w wyniku tego spółkowania do katastrofy… Świetny to tekst, doskonale pokazujący kobiety i prawdę o nich, prawdę o facetach, prawdę o seksie. A ponad wszystko zadziwiająco konserwatywny, w całym tym rozpasaniu i hedonizmie.





Super jest także kolejne opowiadanie, „Cold Calling” (polskie „Obdzwanianie” nie do końca oddaje znaczenie tego terminu, ale pasuje najlepiej, przynajmniej odnośnie treści tego tekstu), opowiada o telemarketerze. Zwykły amerykański nastolatek dorabia w ten oto sposób, ale każda rozmowa kończy się posądzeniem, że jest arabem odbierającym chleb amerykańskim pracownikom, tudzież arabskim terrorystą, aż poznaje dziewczynę, która mówi, że jest adoptowaną hinduską i nawiązuje się między nimi nić porozumienia… Happy End? Przekonajcie się, bo opowiadanie jest kolejnym, które wciąga i choć może nie zachwyca, na pewno urzeka i to jak!



Czternastym tekstem, i pierwszym po który sięgnąłem z tego zbiorku – wiem, wiem, ale legenda tego opowiadania, a także fakt, że znałem już wcześniej wiele historii, sprawiły że nieco dowolnie potraktowałem kolejność – jest „Książę Ropuch”. Baśń? W pewnym sensie. I to taka, od której ludzie znów, jak to było w przypadku (nie?)sławnych „Flaków”, tracili przytomność.

Jej bohaterem jest chłopak, który stał się ogniwem pomiędzy obecną rasa ludzką a tą, która ewolucyjnie przyjdzie po nas. Jak tego dokonał? W chwili, w której go poznajemy, jest w trakcie randki, która powoli zmierza do łóżka. Nim jednak dochodzi do zbliżenia, bohater ostrzega kochankę – jej poprzedniczki albo uciekły z krzykiem albo dzwoniły pod 911, kiedy tylko zdejmował spodnie. Winna jest metoda, jaką odkrył na dowolną personalizację penisa. Metodę, która odmieni ludzkość.

Świetny początek psuje Palahniuk uderzeniem w realia horroru, tworząc coś na granicy satyry i tentacle hentai, fantastyką właśnie niszcząc cały finał. Duży to zarzut, szczególnie że tekst robi wielkie, mdlące niemal wrażenie, ale z drugiej strony jeśli nie przeszkadzała Wam tendencja do przesadzania znana z „Baeutiful You”, będziecie zachwyceni.



Następujący zaraz potem „Smoke” – Dym, trudno nazwać opowiadaniem, bowiem short ten, daleki jest od typowych dla literatury środków wyrazu, dążąc bardziej do formy fabularyzowanej dygresji z nutą fantastyki. Opowiada zaś o tym, czym jest właściwie mowa i czym tak naprawdę są ludzkie ciała. Niestety bez rewelacji.



Super za to okazuje się „Torcher” („Tortura”), historia podstarzałego faceta, który wbrew woli żony pojechał na hipisowski festiwal dzikiej orgii i ćpania w trupa. I z tym trupem to nie przesada. Problem jednak jest taki, że zwłoki, które on i kilku innych naturystów-hedonistów znajdują pewnego poranka, nie zmarły z przyczyn naturalnych. Kto zabił? Jak znaleźć trop na pustyni, gdzie coraz przechodzą piaskowe burze? I co zrobić z trupem, bowiem zawiadomienie władz równa się straceniem szansy na dalsze podobne festiwale?

Świetna nowela serwująca dużo znakomitej zabawy i znakomitych pomysłów, a także niesamowity klimat, choć zaczęła się niepozornie i bałem się, przyznam to szczerze, nudy. Dodajcie do tego puszczanie oka w postaci „Fight Clubu” w plecaku zabitego i macie przy okazji niezły wstęp do tekstu:



„Why Aardvark Never Landed On The Moon”. Zanim jednak będziecie mogli go przeczytać, czeka na Was krótka „Liturgia” – ciekawy, choć słabszy już, niewielki i to bardzo, tekst o bliżej nieokreślonej ludzkiej tkance, którą rozwlekły po kilku miejscach zwierzęta.



Wracając jednak do Aardvarka (Dlaczego Mrównik nigdy nie wylądował na księżycu), wbrew pozorom nie jest to opowiadanie SF,  a kolejna przypowieść o zwierzęcych bohaterach. Jakby Palahniuk zasmakował w tym temacie. Szkoda jednak, że przy okazji nie znalazły się tu „bajki”, jaki napisał przy premierze „Pigmeja”, które doskonale wpasowałyby się w ten trend. Wracając jednak Mrównika, to jest to opowieść o trzech piątoklasistach, którzy mając dość gnębienia przez kolegę, wpadają na szatański plan poradzenia sobie z całą sytuacją… Niestety, pomimo sprawnej fabuły, całość stanowi powtórkę z „Zombies”, a nawiązania w stylu „The First Rule of Flunk Klub is you don’t talk about Flunk Klub” czy do pewnego z opowiadań tego zbioru, choć miłe, nie wystarczą. Chciałbym natomiast zobaczyć ekranizację takiego opowiadanka, z ludźmi noszącymi maski zwierząt jak w „Inland Empire”.



Oryginalniejszy okazuje się świetny „Aport”, opowieść o człowieku, który rzucając na cmentarzu piłkę psu, odkrywa, że piłka jest nawiedzona i prowadzi go w pewne miejsce, bo muszą komuś pomóc. Zderza tu Palahniuk tradycyjną grozę z nowa formą, jak młody King, gdyby skrzyżować go z Amy Hempel albo Kurtem Voneghutem. Rewelacji oczywiście nie ma, ale całość emanuje odpowiednim klimatem i dozą odpowiedniej satyry na konsumpcjonizm. W efekcie czytelnik dostaje ciekawe, intrygujące opowiadanie, które jak zwykle komentuje kondycję nas wszystkich.



Ważniejsze jednak staje się następne opowiadanie, „Wyprawa”. Co wyróżnia go na tle innych? Co stanowi o jego niezwykłości? Spokojnie, najpierw fabuła. Bohaterem tego tekstu jest Felix M----, człowiek, który pisze niezwykłą książkę. Jeździ po świecie do pomijanych przez przewodniki spelun i spisuje historie ludzi. Skoro liczby mogą opisać świat, słowa mogą opisać to, co niematerialne. Bramą do tego są opowieści ludzi, opowieści snute nocą, w tajemnicy. Opowieści uchylające kurtyny tego, co widzialne…

Doświadczyć strachu tak potężnego, że już nigdy nie będziesz niczego się bał – kusząca wizja. Nie musieć bać się o szkołę, pracę, dzieci, ukochaną osobę. Nie musieć martwić codziennością, życiem. Ale co może wywołać takie przerażenie? „Pierwsza zasada odnośnie potwora, to nie gadajże o potworze”, mówi bohaterowi z dawnym zaśpiewem tajemniczy mężczyzna, który oferuje mu pokazanie bestii. Jak jednak wiadomo od dawna to opowiadanie – jeżeli nie chcecie wiedzieć, przestańcie czytać w tym momencie i przejdźcie do recenzji kolejnego tekstu – to zapowiadana kontynuacja „Fight Clubu”. Nie jest jednak ani powiązana z komiksowym „FC 2”, ani też nie stanowi stricte kontynuacji debiutu Palahniuka. Bliżej już mu do powiązania tylko, chociaż… No właśnie, i tak już za dużo powiedziałem.



Po przeżyciu wyprawy, czeka na nas już „Pan Elegant”, tekst od lat dostępny w sieci. Historia striptizera, który zyskał sławę. Nie swoim talentem tanecznym, nie ponad przeciętną urodą. Jego sława to sława ludzi, z których śmiejemy się na youtubie, to sława spektakularnych wypadków, jakie chętnie oglądamy. Nie zataja się bowiem w wywiadzie medycznym niektórych chorób… Mr. Elegant” to stary, dobry Chuck, który spotyka się z samym sobą na skrzyżowaniu „Niewidzialnych potworów”, „Snuffa” i „Udław się”. Cyniczny, satyryczny, wulgarny, ale też i uczący. Serwujący ciekawostkę  za ciekawostką, walczący całym swoim talentem z poprawnością polityczną. Jednym słowem super opowiadanie dla fanów mocnych wrażeń i tradycyjna satyra na okładkowe piękno.



„Tunel miłości”, do jakiego wjeżdżamy zaraz potem, daleki jest od romantycznych opowieści. Jego bohaterem jest masażysta, który niesie ulgę klientom. Niepełnosprawnym, konającym. Ulgę ostateczną. Jego obecną klientką jest przykuta do wózka kobieta, która przedawkowała właśnie leki i w trakcie masażu snuje opowieść o swoich małżeństwach… Mocny, fajny tekst, do którego jedynym moim zarzutem jest fakt niezbyt dużej objętości. Niestety, wiele tekstów w „Make…” kończy się zbyt szybko, zbyt nagle, w zbyt urwany sposób – dla jednych wada, dla innych zaleta; dla mnie w zależności od stopnia „urwania”.



Dwudziestym, przedostatnim w tym zbiorze opowiadaniem, a właściwie nie opowiadaniem tylko nowelą, i to wreszcie z prawdziwego zdarzenia, są „Skłonności”, historia nastoletniego Kevina, który postanowił udawać zboczeńca. Geja dewianta z zoofilskimi skłonnościami. Dlaczego? Powody są dwa: korzyści jakie można uzyskać od rodziców gotowych na wszystko, byle wyleczy dziecko, i trafienie do ośrodka zapewniającego reorientację. Leczenie tam polega bowiem na podnoszeniu ciężarów, zastrzykach z testosteronu, oglądaniu porno i sesji z dziwkami. Rzeczywistość okazuje się w pewnych aspektach dość odmienna… Efekt pracy Chucka z tym pomysłem okazał się znakomity i wciągający, klimatyczny, nastrojowy. Po prostu godny polecenia. Klasyczna treść w nieklasycznej formie, z nieklasycznymi rozwiązaniami – czyli cały Palahniuk.



Na finał zostaje opowiadanie, którego swego czasu nosiło podtytuł: Nowa opowieść wigilijna, czyli „Jak Żydówka ocaliła Święta.” Tę opowieść lubią snuć szefowie sklepów. Opowiadać ją swoim pracownikom. Zdarzyła się kilka lat temu, a jej bohaterką była Miley Burke, pracownica jednego ze sklepów. Tradycją wśród zatrudnionych było coroczne losowanie osoby do obdarowania. Czasem trafiało się na kolegę, którego trzeba było obdarować, czasem na samego siebie, co kończyło się obsypaniem wymarzonymi prezentami. Wszystko anonimowo, wszystko w sekrecie. Ale tego właśnie roku Mailey trafiła na kogoś nietypowego, bowiem w przegródce znalazła prezenty przechodzące wszelkie granice przyzwoitości. Jakby ktoś chciał wcisnąć jej najgorszą tandetę, jaką tylko mógł wymyślić? Kto się za tym kryje? Jakie ma motywy? Miley wraz z kolegą z pracy zaczyna śledztwo…

A z tego śledztwa wynika mnóstwo emocji i nie przeszkadza wcale, że opowiadanie jest przewidywalne. Od śmiechu po łzy, paleta odczuć jakie wyzwala przypomina najlepsze utwory Johna Irvinga. Cyniczne, ostre, ale też pokrzepiające. Taki happy end na koniec zbioru. Nadzieja kryjąca się za brzydotą. Policzek dla tych, którzy nie potrafią docenić tego, co daje im życie i pocieszenie, że są tacy, którzy potrafią to naprawić.



I to już koniec, ale na pewno nie koniec twórczości autora. Kolejne opowiadania pewnie już powstają, powstały nawet, np. „Catcher in the Rye”, które możecie znaleźć na jego stronie, a są też przecież takie (ze zbioru „Modern Stories”), które nie weszły do „Make…”. Co się zaś tyczy samego „Make…” warto jest je przeczytać. I to bardzo – do czego, mam nadzieję, Was przekonałem. Dla fanów Palahniuka to rzecz absolutnie konieczna, wnosząca trochę zmian (Palahniuk, który nigdy nie bawił się w wymyślne tytuły, doskonale mówiące co czeka nas w środku, tym zbiorem pokazał, że nie obce mu zabawy z czytelnikiem, a to tylko jedna ze „świeżości”), dla reszty natomiast, jeśli ceni wyższą literaturę, mądrą, głęboką i odważną, jeśli nie boi się ostrych tematów i ostrego języka, dosadności i scen, które wywracają tak umysł jak i żołądek, coś, co powinni poznać. Jest czym się zachwycić, jest także czym się dobrze bawić, i choć daleko jednak temu zbiorowi do najlepszych prac autora, nadal nie zawiedzie nikogo, kto szuka dobrej książki.



Polecam, zachęcam, sięgnijcie – warto. Szczególnie, że pewnie niedługo doczekamy się jego premiery w naszym rodzimym języku.

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Wyspa potępionych - Melissa de la Cruz




NIEDALEKO PADA ZATRUTE JABŁKO OD JABŁONI



Dawno, dawno temu, za górami za lasami… Właściwie to nie tak dawno temu, bo 20 lat wcześniej, wszyscy złoczyńcy Disneya zostali wypędzeni wcale nie tak za góry i lasy, tylko na Wyspę Potępionych. Teraz nadszedł czas młodego pokolenia złych! Zanim jednak film o ich losach trafi na srebrny ekran, Egmont oferuje polskim czytelnikom wstęp do niego w postaci powieści.



Mal, córka Diaboliny, najbardziej nie znosi przyjęć i księżniczek. Wszystko przez fakt, że jako jedyna swego czasu nie została zaproszona na przyjęcie urodzinowe księżniczki właśnie. Tak się jednak składa, że oto owa księżniczka, Evie, córka złej królowej, trafia do jednej szkoły razem z Mal. Szansa na zemstę? Oczywiście, ale szybko wspólna niechęć musi ustąpić ważniejszym rzeczom. Wraz ze złodziejaszkiem Jayem, potomkiem Dżafara, oraz synem Cruelli de Mon, wiecznie przez wszystkich poniewieranym Carlosem, wyruszają na poszukiwania Smoczego Oka, które pozwoli na wymarzone przez wszystkich opuszczenie wyspy…



Akcja, przygoda i dużo, dużo humoru. Autorka „Błękitnokrwistych” zebrała wszystkich najważniejszych bohaterów baśni Disneya, od „Kopciuszka”, przez „Piękną i Bestię” i „Małą syrenkę” po „101 Dalmatyńczyków”, skupiła się na ich przeciwnikach, najgorszych z najgorszych i najbardziej złych spośród złych, i do akcji wysłała ich potomstwo. Potomstwo wychowane na nikczemne persony, które jednak zadziwiająco wiele mają w sobie pozytywnych cech i nawet i złe czyny, wcale tak do końca złe nie są.



Styl, jakim Mellissa De La Cruz operuje w powieści, to styl bardzo prosty i lekki, w sam raz dla nastolatków, którzy stanowią grupę docelową „Wsypy…”. Klimatem książka przypomina typowe telewizyjne produkcje Disneya, oferując ciekawe i rozbrajające wtrącenia, stanowiące przyczynę większości humory wypływającego z kartek. I choć może nie dorównuje „Shrekowi Trzeciemu”, którego ze względu na pewne podobieństwa, trzeba tu przywołać, nadal oferuje młodym czytelnikom dużo dobrej zabawy, ciekawej przygody i puszczanie oka wzmiankami o postaciach czy zdarzeniach znanych z legendarnych już filmów animowanych. A co za tym idzie stanowi także ciekawy wstęp do zbliżającej się premiery filmowej, a także kolejnych książek z nią związanych.



Lubicie takie klimaty? To książka w sam raz dla Was. Sięgnijcie, przeczytajcie, potem zobaczcie film i bawcie się dobrze. A ja dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie mi jej do recenzji.

Jądro ciemności - Joseph Conrad




PODRÓŻ DO SERCA MROKU



Marlow od zawsze chciał pływać na statku i do wykonywania tego zajęcia dążył z uporem. Wreszcie mu się to udało i wkrótce na pokładzie niewielkiego parostatku wyruszył w podróż w głąb czarnego lądu. W pierwotnej ziemi, otoczony pełną czyhających na podróżników niebezpieczeństw dżunglę, pośród nieprzyjaznej natury, dowiaduje się o istnieniu niejakiego Kurtza. Agenta kolonii, który zyskał niemałą sławę wydobyciem kości słoniowej, a postać którego otoczona jest swoistym kultem. Zafascynowany mężczyzną Marlow wędruje w głąb dziczy, poznając prawdziwą naturę bezkresnych lasów i zamieszkujących je ludzi,  przeżywając wiele niebezpieczeństw i przygód. Czym jednak skończy się spotkanie z konającym Kurtzem?



Niezwykłym psiarzem był Joseph Conrad. I to niezwykłym z wielu powodów. Syn pisarza także, sam jednak nie skończył nawet gimnazjum, szybko został zwykłym marynarzem, a dopiero po zamieszkaniu w Anglii wziął się do pisania i wtedy nagle odniósł sukces, jaki stał się udziałem niewielu. Jego pisarstwo przeszło do historii światowej, hołd twórcy składają mu do dziś, co najlepiej widoczne jest w filmach, nie tylko opartych na jego twórczości (choćby luźno inspirowany „Jądrem…” „Czas Apokalipsy”), ale też do niej się odnoszących – wystarczy rzucić okiem na słynnego „Obcego”, w którym nazwa statku „Nostromo” zaczerpnięta została z powieści Conrada o takim właśnie tytule. Co jednak istotna dla nas, Polaków, to fakt, że Joseph urodził się w naszym kraju i żył tutaj przez siedemnaście lat, nim los rzucił go w objęcia obcych krain.



Wracając jednak do samego „Jądra ciemności”, jednej z najwybitniejszych historii w jego dorobku – i jednej z najwybitniejszych w historii literatury w ogóle – to jest to opowieść absolutnie wspaniała. Gęsta od opisów Afrykańskiej dżungli rozrastającej się wokół rzeki, przepełniona zwyczajnym życiem marynarzy – w obu przypadkach stanowiąca, można rzec, relację Conrada z pierwszej ręki – w rzeczywistości posługuje się jedynie powyższymi sceneriami i zdarzeniami tylko po to, by opowiedzieć o przemianie jaka zachodzi w psychice człowieka, który skonfrontować się musi z obłędem, jaki czeka na niego w tytułowym jądrze. Każda scena, każdy moment stanowi dla autora pretekst, by zderzyć marzycielski umysł Marlowa z prawdą, złem i silnymi autorytetami, i przeprowadzić analizę tego, co z wypadku takiego wynika.



Nie jest to opowieść łatwa w odbiorze, ale niezaprzeczalnie wielka, tak pod względem stylu, jak i głębi przemyśleń i przekazu. Ambitna, przeznaczona dla wymagających, do smakowania bardziej, niż zwykłego pochłaniania, znakomicie przełożona na polski język przez kuzynkę Conrada i świetnie wydana. Jedna z tych pozycji, które poznać trzeba koniecznie, dlatego zachęcam Was do sięgnięcia po nią i zanurzenie się w bogatą frazę, a wydawnictwu MG składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

sobota, 8 sierpnia 2015

Podziemne miasto - Łukasz Henel




PORZUĆCIE NADZIEJĘ, KTÓRZY TU WCHODZICIE



„Niech nikt pod żadnym pozorem nie posuwa się dalej”. Takie ostrzeżenie czeka na tych, którzy wejdą do poniemieckich bunkrów w okolicy Międzyrzecza. Byli jednak tacy, którzy go nie posłuchali. Nikt także nie słucha teraz, kiedy były polski żołnierz, Staszewski, chce zwrócić władzom uwagę, że ludzie znów mogą zacząć tam ginąć. A przynajmniej nikt nie słucha oficjalnie, bowiem nagle ktoś wykrada staruszkowi wszystkie dokumenty potwierdzające jego słowa. Byłemu wojskowemu pozostaje więc tylko jedno. Zaprzęgnąć pamięć i spisać, co działo się w roku 1957, kiedy to oddział NKWD wysadził w bunkrach ścianę oznaczoną wspomnianym już ostrzeżeniem, znajdując za nią, poza przedwieczną budowlą, także żądne krwi zło…



Henelowi tą powieścią udała się sztuka, która udaje się jakże niewielu. Wziął motywy, które zdawałoby się literatura, filmy czy komiksy nawet, ograły do cna, zmieszał je z klasycznymi motywami znanymi każdemu czytelnikowi/widzowi horroru, i w efekcie stworzył znakomitą powieść. Powieść, która wciąga, urzeka klimatem i intryguje przez cały czas trwania jej akcji. Ale także powieść, która stanowi komentarz do historii najnowszej, a zarazem z tej historii mocno korzysta. Trudno wprawdzie w takiej jak ta książce odciąć się od  tego, co działo się rzeczywiście, miło jednak, że Henel zdecydował się sięgnąć do takich rzeczy, jak temat przesiedleń na ziemie odzyskane i opowieści (czy ktoś może zaprzeczyć ich realności?) jakie snuli wśród siebie przesiedleńcy. Ludzie siłą wyrwani z rodzinnych stron, rzuceni na tereny na drugim końcu kraju, obszary, które należały dotychczas do znienawidzonych Niemców, ulokowani w ich domach, w których nie czuli się pewnie, w okolicy mając lasy pełne pomordowanych być może całych niemieckich rodzin, które znikały bez śladu w trakcie wyjazdów, bunkry… Wszystko wokół obce, nieznane, budzące grozę, a może i prawdziwą grozę kryjące.



Taka jest sceneria Kęszycy Leśnej, w której dzieje się akcja powieści, ale drugim, nie mniej istotnym aspektem odpowiadającym za budowanie klimatu, jest samo zło. Równorzędny bohater tej książki, tkwiący zarówno w odkrytych ruinach, jak  i – przede wszystkim – w naszych sercach. Zło popychające nas do nieludzkich czynów, ale także zło, z którym potrafimy i powinniśmy walczyć. I walczymy.



Na zmaganiach tych wyrosła fajna fabuła, klimatyczna i nastrojowa, taka, którą pochłania się za jednym zamachem i trudno się od niej oderwać. Przyjemna stylistycznie, ciekawie pomyślana i poprowadzona, taka jest właśnie powieść „Podziemne miasto” dlatego jeśli lubicie naprawdę dobre horrory, nie powinniście się wahać czy warto po nią sięgnąć, bo warto. Polecam, a wydawnictwu Videograf składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

piątek, 7 sierpnia 2015

Kopciuszek -Charles Perrault, Roberto Innocenti




NOWE SZATY KOPCIUSZKA



Chyba nie ma na świecie osoby, która nie kojarzyłaby wszystkich tych klasycznych baśni, na których wychowały się dziesiątki pokoleń, a które doczekały się niezliczonej ilości naśladownictw i hołdów. Teraz wydawnictwo Media Rodzina wznawia jedną z nich, „Kopciuszka”, w rewelacyjnie ilustrowanym, przepięknym wydaniu.



Treść „Kopciuszka” znamy wszyscy doskonale. Oto mieszkająca z siostrami i macochą niezwykle piękna, dobra i uczciwa dziewczyna, stanowi cel szykan ze strony bliskich. Wiecznie poniżana, zmuszana do wykonywania wszelkich możliwych prac, a raczej pełnego usługiwania siostrom i macosze, szasnę na odmianę losu znajduje w zorganizowanym przez księcia balu…



„Kopciuszek” to piękna, ponadczasowa opowieść o miłości i dobru, które zawsze zwyciężają, pomimo rozlicznych trudności, pokazująca, że prawdziwe piękno nie zawsze zostaje dostrzeżone na pierwszy rzut oka, a cierpliwość przynosi z czasem należyte korzyści. Te wartości nie zestarzeją się nigdy i przypominanie ich stanowi wartość samą w sobie. Przypominanie zaś w sposób, w jaki zrobiono to w tym przypadku, przenosi uniwersalną treść w zupełnie nowy wymiar.



Roberto Innocenti, włoski artysta, postanowił zapomnieć o bajkowej otoczce i ubrać Kopciuszka w całkiem nowe szaty. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki matki chrzestnej, Kopciuszek ląduje w scenerii lat 20 ubiegłego wieku, w samym środku angielskiej prowincji. Stroje z międzywojnia, samochody, charakterystyczne kapelusze, nie mniej rozpoznawalne sukienki, elegancja… Wszystko to robi wielkie wrażenie. Bardziej jeszcze urzekają przepiękne krajobrazy, domostwa, w których oddzielnie pokolorowano każdą cegłę i niesamowita szczegółowość, sprawiające, że każda plansza to oddzielne dzieło sztuki.

Innocenti nie ogranicza się jednak tylko do zilustrowania całości, ale posuwa się także nieco dalej, oferując kilka „słów” od siebie; od swoistej metamorfozy, jaką mamy możliwość zobaczyć na okładce, po dodatkową ilustrację na końcu, stanowiącą epilog dla całej opowieści w jego interpretacji.



Słowem podsumowania: wspaniała książka, stanowiąca zderzenie klasycznego tekstu z nowoczesną skądinąd grafiką. Przepięknie wydana, w twardej oprawie, na świetnym papierze…

Po tych wszystkich zachwytach pozostaje mi już jedynie zachęcić Was do zapoznania się z tą edycją, i podziękować wydawnictwu Media Rodzina za udostępnienie mi „Kopciuszka” do recenzji.

Kres królów - Philip Gooden




SEKRETY SZEKSPIRA



Philip Gooden powraca do postaci aktora teatru Globe i fascynata zagadek kryminalnych, rzucając go w wir tajemniczych i przełomowych dla Anglii zdarzeń.



Rok 1601. Nick Revill zostaje wplątany w aferę polityczną, która ma wielkie znaczenie dla całego kraju. Schwytany na ulicy, trafia przed oblicze jednego z wysoko postawionych mężczyzn, który ma dla niego wielkiej wagi zadanie. Nick jako aktor nadaje się idealnie do powstrzymania wystawienia przez teatr starej już sztuki, „Ryszard II”, która może stać się przyczynkiem do rewolucji. Sztuka ta bowiem aż nazbyt dobrze oddaje niepokoje ludzi, w kraju rządzonym przez starzejącą się Elżbietę I, która nie posiada następców tronu. Prośba wydaje się abstrakcyjna, do momentu, w którym jeden z wrogów publicznych rzeczywiście wynajmuje trupę do odegrania wzmiankowanej sztuki. Nickowi zaczyna grozić coraz większe niebezpieczeństwo…



Szekspir to postać na wskroś fascynująca, człowiek pełen tajemnic, autor wielkich sztuk, o którym sądzi się, że mógł nawet w ogóle nie istnieć. Jego biografia kryje w sobie wiele ciekawostek i równie wiele luk, te zaś postanowił wykorzystać Philip Gooden, tworząc trylogię „Kod Szekspira”. W pierwszym tomie kazał bohaterowi zmierzyć się z mordercą, który najwyraźniej inspirował się dziełami wielkiego dramatopisarza, w drugim rzuca go w wir dworskich spisków, wielkiej polityki, a także i pomniejszych, lecz nie mniej przy tym intrygujących, spraw. Czy dzieła Szekspira zawierają z politycznego punktu widzenia zdecydowanie więcej, niż widać to na pierwszy rzut oka? Czy sam Szekspir mógł w pewnym momencie swojej kariery dopuścić się plagiatu? Jakie są granice sztuki? A wszystko to rozgrywa się na wiernie oddanym tle historycznym, pośród autentycznych postaci i zdarzeń, podane stylem lekkim w odbiorze, choć nie stroniącym przy tym od niezbędnych archaizmów. Zresztą wspomniany historyczny aspekt książki stanowi chyba jej największą siłę, prezentując zarówno blaski jak i cienie prawdziwego życia Londynu wieku XVII, gdzie na ulicach można było spotkać wielkie sławy, ale zarazem niebezpiecznych osobników, a skręcenie w niewłaściwą uliczkę, wiodło nieopacznego spacerowicza ku podejrzanym przybytkom i jeszcze bardziej podejrzanym interesom, zawieranym w ich czterech ścianach.



Co warto jednak zauważyć, „Kres królów” nie wymaga znajomości pierwszej części losów Nicka, stanowiąc dzieło autonomiczne i pozwalając czytelnikom na zapoznanie się z nią bez konieczności sięgania po „Śmiertelny sen”. A że stanowi przy tym powieść przyjemną w odbiorze, a zarazem nie skupioną tylko i wyłącznie na czystej rozrywce, śmiało mogę polecić ją fanom tego typu literatury. Wydawnictwu Harper Collins zaś składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

czwartek, 6 sierpnia 2015

My Little Pony - Przyjaźń to magia, tom 2 - Amy Mebberson, HeatherNufher




NIEBEZPIECZNE SNY



Twilight Sparkle, Rainbow Dash, Rarity, Fluttershy, Pinkie Pie i Applejack powracają w drugim albumie z kolejną zabawną acz nie pozbawioną niebezpieczeństw przygodą.



Tym razem Twilight Sparkle nękają koszmarne sny. Ten stan rzeczy utrzymuje się od tygodnia i męczy niemiłosiernie. Kiedy jednak okazuje się, że pozostałe kucyki także zmagają się z przerażającymi snami, sytuacja zaczyna wyglądać podejrzanie. Pinkie Pie przygotowuje senną imprezę, ale jej skutek jest tragiczny – po kolejnym koszmarze Twilight znika. Dzielne kucyki muszą odkryć co się właściwie dzieje i ocalić przyjaciółkę…



I znów z ich działań wynika, poza samą akcją, mnóstwo humoru i wiele słodyczy. Nie brak też, jak zwykle w tego typu komiksach, nauki znaczenia przyjaźni i pewnych postaw, które zapamiętuje dziecko, a także wciągającej akcji. Na stołku scenarzystki Katie Cooke zastąpiła w tym albumie Heather Nuhfer, która wprowadziła nieco zmian na rzecz większej dynamiki.



Zmiany nastąpiły także po stronie graficznej. Amy Mebberson zaoferowała kontynuację charakterystycznego stylu serii, ciekawie kontrastując główne, pozbawione tym razem cieniowania, postacie, z plamami czerni tła w mrocznych fragmentach. Mrok ten, umowny zresztą,  nie zmienia jednak kategorii wiekowej i tak „My Little Pony” cieszyć się mogą czytelnicy w każdym wieku. A zdecydowanie jest czym.



Wniosek? Po komiks warto sięgnąć. Dzieci spędzą z nim wiele miłych chwil, a po skończeniu lektury z pewnością zechcą więcej. „MLP” stanowi więc dobre wprowadzenie najmłodszych w świat obrazkowych historii, fajnie wyglądające i fajnie wydane. Polecam.



A wydawnictwu Egmont składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

My Little Pony - Przyjaźń to magia, tom 1 - Katie Cook, Andy Price





PONY COMICS



Słynne serialowe kucyki przybywają w komiksowej formie, z charakterystycznym dla siebie humorem i wdziękiem stawiając czoło złu!



Sweetie Belle, Aple Bloom i Scootalu marzą o zdobyciu znaczków, które określiłyby ich moce. Nocna pomoc w zoo może się okazać taką szansą, ale napotykają nieprzewidziane trudności. Wróg zakaża ich a na ulicach Ponyville pojawiają się podmieńce. Reszta kucyków, pozbawiona wsparcia ze strony księżniczki, staje do boju z Królową Chrysalis, która właśnie powróciła…



Jak skończy się ta przygoda? Teraz mogą się o tym przekonać także polscy czytelnicy. A fani komiksu wziąć do rąk album, który stał się swoistym fenomenem, odnosząc wręcz oszałamiający sukces. Kto interesuje się tym medium wie, że w rocznych zestawieniach ilości sprzedanych egzemplarzy, w pierwszej setce nie ma raczej szans znaleźć się coś spoza głównego nurtu - dwóch gigantów, Marvela i DC. Podobnie było też w roku 2012, ale na liście znalazły się dwa wyjątki, jeden z nich zaś nosił tytuł: „My Little Pony: Przyjaźń to magia, cz. I.” Spektakularny wyczyn, prawda?



Abstrahując od tego, jaki jest jednak sam komiks? Uroczo słodki i zabawny, to pierwsze co ciśnie mi się na usta. Prosty, acz skuteczny scenariusz, charakterystyczne postacie i fabuła, jakiej oczekują fani, to kolejne składowe gwarantujące zawsze dobrze sprawdzającą się rozrywkę. Rozrywkę głównie dla młodszych, ale i dorosłym dostarczającą wiele zabawy, jeśli nadal pamiętają jak to jest być dzieckiem. A tych na pewno nie brak, nawet jeśli nic chcą się do tego zbytnio przyznać.



Rysunki, temat osobny, ale równie co treść ważny, w tym wypadku są naprawdę przyjemne dla oka. Kreska prosta, acz skuteczna, urzeka w momentach, kiedy autor operuje światłocieniem albo w sekwencjach wtrąceń. Uzupełniona o fajną paletę barw (która znakomicie prezentuje się szczególnie we wspomnianych już wtrąceniach, gdzie wygląda jak ręcznie malowana) i świetną okładkę Amandy Conner, podparta znakomitym wydaniem…



Jednym słowem warto kupić dzieciom, młodszemu rodzeństwu itp. i zajrzeć przy tym samemu. Polecam więc, a wydawnictwu Egmont składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

środa, 5 sierpnia 2015

Kod Himmlera - Przemysław Piotrowski




JAK HOLLYWOODZKI HIT



Rok 1943. Nazistowskie bunkry Olbrzyma w Górach Sowich stają się scenerią śmierci niemieckich żołnierzy. Cztery lata później spośród komandosów wysłanych na Ziemię Królowej Maud na Antarktydzie, żywy wychodzi tylko jeden z brytyjskich Marines.

Rok 2016. Gdy na Antarktydzie badacze w trakcie odwiertów odnajdują zwłoki brytyjskiego żołnierza z oderwaną przez „coś” ręką, w Polsce dziennikarz sportowy, Tomasz Turczyński, wpada na trop nazistowskich tajemnic. Właśnie zmarł jego dziadek, który w czasie wojny został zabrany przez Niemców do bunkrów Olbrzyma i od tamtej pory cierpiał na obsesję rozwiązania ich tajemnic. Jak się szybko okazuje, staruszek umarł po przeczytaniu znalezionych tam właśnie dokumentów, które trafiają w ręce Tomasza. Dziennikarz decyduje się odczytać ich treść i kontynuować spuściznę dziadka. Nie wie jednak, jak wiele osób chce poznać te serety, do czego zdolny jest posunąć się wywiad rosyjski i jak bardzo odpowiedzi mogą odmienić historię świata…



Debiutancka powieść Przemysława Piotrowskiego to historia dziejąca się na styku fantastyki z nutą horroru, thrillera i sensacji w stylu Ludluma. Bardzo hollywoodzka w dynamizmie, a zarazem bardzo polska. Widać to szczególnie w momentach, w których autor rozwodzi się nad odniesionym wreszcie sukcesami piłkarskiej polskiej reprezentacji narodowej – z lubością oddając się fantazji. Tej fantazji nie zabrakło także przy konstrukcji postaci. To typowa powieść dla prawdziwych facetów, więc jej bohaterem jest prawdziwy samiec alfa, mężczyzna silny, umięśniony, nad wyraz przystojny, na widok (i zapach) którego kobiety szaleją. Jest też nieziemsko piękna, zniewalająca i bardzo chętna bliższym z nim kontaktom, a zatem i wmieszaniu się w pełną niebezpieczeństw akcję, kobieta. Jest także konkretna zagadka, która powoli odsłania swój pełen obraz i bardzo dużo akcji, w której wykazać może się główny bohater. I choć czasem autor za bardzo popuszcza wodzę fantazji, opisując Tomasza jako prawdziwego Adonisa, oraz jego działanie na kobiety, dynamiczna fabuła i ciekawe tajemnice nie pozwalają się znudzić.



„Kod Himmlera” (już sam tytuł brzmi hollywoodzko i taka też jest znakomita jak zawsze okładka autorstwa Darka Kocurka – mojego ulubionego polskiego ilustratora opraw książek), oferuje też drugą, ciekawą stroną całej opowieści – a mianowicie fakty historyczne. Fakty, ciekawostki, legendy. Naziści i ich eksperymenty, wierzenia i dążenia to temat samograj i tym razem także nie zawiódł. A że połączono go z aktualnymi tematami i atrakcyjnymi ramami spajającymi całość, czytelnik lubiący takie klimaty nie poczuje się zawiedziony.



Dlatego też, jeśli macie ochotę na dynamiczną powieść akcji, śmiało możecie sięgnąć po „Kod…” i spędzić z nim kilka wieczorów. A ja dziękuję wydawnictwu Videograf za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

wtorek, 4 sierpnia 2015

Silver. Powrót na Wyspę Skarbów - Andrew Motion




DORÓWNAĆ OJCU



Czterdzieści lat temu Jim Hawkins wybrał się w niezwykłą podróż na Wyspę Skarbów, która odmieniła jego życie. Teraz wiedzie spokojny, jakże odmienny od awanturniczego, żywot, prowadząc własną gospodę, Hispaniolę. Jego syn, Jim, jest jednak mniej spokojną duszą, marzycielem, dla którego zwykła codzienność daleka jest od atrakcji. I oto pewnego dnia wszystko się zmienia. Zwiastunem tego staje się przybycie uroczej, acz nie do końca typowej dziewczyny. Natty, bo tak ma na imię dziewczę, które przypływa nocą, to córka samego Długiego Johna Silvera, towarzysza Hawkinsa w wyprawie na Wyspę Skarbów. Jej wizyta nie jest przypadkowa – jej konający ojciec proponuje młodemu pokoleniu podróż na wspomnianą już wyspę, po resztę sztabek srebra, jakie tam zostały. Silver przygotował zarówno statek, jak i załogę, potrzebna jest jednak mapa, która znajduje się w posiadaniu starego Hawkinsa. Zafascynowany perspektywą przygody u boku uroczej Natty, młody Jim decyduje się wziąć udział w całym przedsięwzięciu.



Wydana w 1882 roku powieść „Wyspa skarbów” to jedno z arcydzieł literatury, które się chyba nigdy nie zestarzeje. Od dawna też rozbudzała wyobraźnię nie tylko czytelników, ale także pisarzy, którzy na swój sposób nie tylko powielali jej motywy, ale także uzupełniali losy Hawkinsa i Silvera. W roku 1924 na rynku pojawiła się powieść poprzedzająca „Wyspę…”, „Złoto z Porto Bello”, a 32 lata później Ronald Frederick Delderfield zaprezentował czytelnikom "Przygody Bena Gunna", dopełniające akcję pierwowzoru. Teraz pojawiła się kolejna książka nawiązująca do działa Stevensona, „Silver” właśnie i co mogę rzec to to, że prezentuje się naprawdę znakomicie.



„Powrót na Wyspę Skarbów” zawiera w sobie wszystko, co w gatunku najważniejsze i najlepsze. Awanturnicze przygody, swoistą niewinność/naiwność bohaterów, których los zmusza do dojrzewania i konfrontacji z własnym charakterem i słabościami, i bogactwo opisów wspaniałych scenerii. Na równi jednak z opowieścią o dzieciach mierzących się z legendą ojców i ich opowieściami, którymi przecież żyli, opowiada „Silver”  o czytelniku/pisarzu, który mierzy się z legendą poprzednika. Legendą niedoścignioną. Nieśmiertelną. I choć jego walka zdaje się być z góry skazana na porażkę, o dziwo wychodzi z niej obronna ręką, oferując czytelnikom sentymentalną i emocjonującą rozrywkę. Podaną do tego piękną frazą (poetyckie zamiłowania Motiona, który na tym polu odniósł wiele sukcesów, mają na ten aspekt powieści znaczący wpływ), bogatym słowem i stylem, który pozostając podobnym do stylu Stevensona, jest przy tym bardziej niż jego przyswajalny i odmienny.



W efekcie, z ambitnego pomysłu rzucenia się na naprawdę wielką wodę, wyszła wspaniała powieść, która urzeka, trąca nostalgiczną nutę w sercu czytającego i wciąga na wiele długich godzin. Polecam więc całym sercem, a wydawnictwu SQN składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.