środa, 30 września 2015

All New X-Men: Wczorajsi X-Men - Brian Michael Bendis, Stuart Immonen




LUDZIE WCZORAJ



Brian Michael Bendis to komiksowa gwiazda i kura znosząca złote jajka dla Marvela. Wolta, jaką zapewnił przenosząc losy Spider-mana nie tylko w nowe czasy, ale także na zupełnie nowy grunt, zapewniła mu miejsce na piedestale. I choć czasem zdarza mu się popadać w manieryzm, nadal pozostaje wierny swoim wizjom i pomysłom, co fabryce snów jest prawdziwą rzadkością. Jak poradził sobie z nowymi przygodami X-Menów, które serwuje nam Egmont?



To nie jest dobry czas dla mutantów. Nie tak dawno temu Cassandra Nova wymordowała kilkanaście milionów współbraci, potem Scarlet Witch pozbawiła mocy 99% mutanckiej populacji, a teraz, choć powrót i pokonanie Phoenixa stało się nadzieją na przyszłość, nienawiść jaką obdarzonych mocą darzą ludzie i przejście Cycklopsa na stronę zła, niosą jedynie obawy. Bo czy stanąć do bratobójczej walki, która wywoła wojnę domową pośród mutantów, czy nie robić nic i doprowadzić do podobnej zagłady? Rozwiązanie znajduje Hank, który wyrusza w przeszłość prosić dawnego Scotta o przemówienie do rozsądku swojej późniejszej wersji. Czy to może się udać?



Sposób BMB na odświeżenie przygód X-Menów jest prosty, acz skuteczny. Wziąć znane motywy, w czym jest dobry, wywrócić je do góry nogami i zmiksować. X-Meni zawsze byli ludźmi jutra, to od nich wszystko zależało – ale to ludzie wczoraj stają się teraz jedyną dla nich nadzieją. Podobnie jest z samym motywem podróży w czasie. Doskonale znany wątek z legendarnego „Days of Future Past”, którego echa odbijają się po dziś dzień (w Stanach w ramach „Secret Wars” trwa właśnie m.in. „Years of Future Past”), także znalazł tu swoje nowe odbicie. Nie ma bowiem sensu próbować naprawiać przeszłości –trzeba spróbować by to przeszłość naprawiła przyszłość. Bo niestety, ale – jak słusznie zauważa jeden z bohaterów albumu – apokalipsa, której tak się bali, wygląda niewinnie w porównaniu z tym, kim sami się stali względem własnych ideałów.



I te ideały konfrontuje Bendis, dorzucając sporo akcji i klasycznych walk, nie przeładowując jednocześnie całości wewnętrznymi monologami, które były zawsze przekleństwem starych X-Menów.



Graficznie Immonen nie zachwyca, ale jest przyjemny dla oka. Nowoczesna kreska na nowe czasy. Kilka scen jednak potrafi urzec (vide zatrzymanie czasu) i nieźle współgra ze scenariuszem.



Kto więc szuka dobrego, nawet bardzo, komiksu superbohaterskiego, śmiało może po „Zupełnie nowych X-Menów’ sięgnąć. Jest po co, a i niezłe wydanie (papier kredowy, galeria okładek itd.), do złudzenia przypominające typowo amerykańskie edycje TPB, z niezłą ceną, przekonują, że warto zainwestować w ten i podobne w serii „Marvel Now!” tytuły.

wtorek, 29 września 2015

Wyklęci - Olga (Katarzyna Misiołek) Haber




GDZIE THRILLER SPOTYKA SIĘ Z HORROREM



Brutalna zbrodnia wstrząsa miastem. Ktoś zamordował skrzypaczkę, a jej zwłoki porzucił w fontannie. Wkrótce dochodzi do kolejnych zabójstw, a także dziwacznych samobójstw, a z każdym z tych zdarzeń, zdaje się mieć coś wspólnego tajemnicza blondynka, która odpowiada za profanację grobu i zwłok pewnego mężczyzny. I która kryje w sobie o wiele więcej, niż mogłoby się wydawać…

Prowadząca śledztwo policja stara się rozwikłać zagadkę, ale tkwią w martwym punkcie. Brak motywu, brak wspólnych cech zbrodni, brak solidnych podejrzanych. Nie wiedzą jednak z czym ostatecznie przyjdzie im się zmierzyć…



Druga powieść Olgi Haber (czy jak chce tego jej prawdziwe nazwisko, Katarzyny Misiołek – aż szkoda, że przy swojej brutalnej treści, nie pozostała przy tak uroczych danych osobowych, uciekając się do  nom de plume) to bardziej thriller z elementami horroru, niż horror w czystej postaci. Jest zbrodnia, jest policyjne śledztwo, są kolejne elementy układanki. Profanacja grobu? Dziwna kobieta krzycząca coś o wiedźmie? Śnieg padający w środku lata? Wszystko to stanowi jakby dodatek do brutalnego dreszczowca, nie mniej zaliczenia w poczet dzieł grozy, nie można „Wyklętym” odmówić.



A jaka jest ta groza właśnie? Trochę tu tej naszej polskiej swojskości, trochę też tej, jaką znamy z amerykańskiego kina. Nie brak też klimatycznych scen związanych ściśle z porami roku, oczywiście krwi również, szczegółowych scen śmierci… Ciekawe, bo brudne, bo realistyczne, są postacie, jakie Olga pakuje w ten swój koszmar. Brutalny maminsynek, policjantka antyklerykalna hetera, niby wierzący policjant, który nie widzi przeszkód w przespaniu się z koleżanką, niewierna kobieta, narzeczony, który ucieka z pieniędzmi, kobieta rozważająca aborcję… na tym tle główna zła wcale nie prezentuje się najgorzej.



I choć czasem styl Haber nie należy do najlżejszych, „Wyklęci” to niezła, mocna rozrywka z niegłupimi przemyśleniami i wciągającą fabułą. Nastrojowa mieszanka dla fanów tak opowieści o seryjnych mordercach, jak i pradawnej grozie, która nawiedza nas tu i teraz. Jeśli lubicie te motywy, sięgnijcie.



A ja dziękuję wydawnictwu Videograf za udostępnienie mi niniejszej pozycji do recenzji.

czwartek, 24 września 2015

Pamiętnik Mal - Tina Mcleef




PAMIĘTNIK POTĘPIONEJ LICEALISTKI



Najnowszy telewizyjny hit Disneya ma duże książkowe wsparcie na naszym rynku. Poza powieściowym prequelem wydarzeń, jaki ukazał się nie tak dawno temu, w ręce fanów wpadają także inne dodatki, a pamiętnik Mal głównej bohaterki „Następców” to właśnie jeden z nich.



Fabuła filmu, a więc i wszystkich powiązanych z nim rzeczy, to opowieść o nowym pokoleniu, dzieciach najważniejszych złych disnejowskich bajek, które wraz z rodzicami zamieszkują na Wyspie Przeklętych, skazani na wieczną banicję, marne warunki bytowania i pozbawienie mocy. Z pewnych przyczyn jednak młodzież z wyspy zostaje zaproszona by uczęszczać do liceum w świecie, w którym żyją wszystkie księżniczki i książęta, królowe i królowie tych samych opowieści. A to wielka szansa, bowiem poza wyspą magiczne moce złych działają…



Niniejsza publikacja to osobiste notatki Mal, która uczęszczając do wspomnianej szkoły, spisuje wydarzenia, przemyślanie, wspomnienia. Oczywiście jak na pamiętnik przystało, nie jest to typowa książka, tylko tomik stylizowany na tego typu brudnopis zamknięty w twardej oprawie, z gumką, która te okładki otacza. Wnętrze też jest brudnopisowe. Różna, stylizowana na ręcznie wykonaną, czcionka, rysuneczki, trochę miejsca dla chcącego coś dopisać czytelnika.



Ładne wydanie to jedno, drugie to oczywiście treść, a dokładniej styl. „Pamiętnik Mal” to nadal przede wszystkim opowieść współgrająca z ekranową opowieścią, streszczająca ją w pewnym sensie, w innym rozbudowująca. Można go także uznać za swoistą kontynuacje wspomnianą już przeze mnie powieść „Wyspa Potępionych”, tak więc komu ta pozycja się podobała, kto wpadł w zainteresowanie filmem, będzie bawił się naprawdę dobrze.



A ja dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

wtorek, 22 września 2015

Rok z kocicą Izabelą - Ewa Nowak, Mikołaj Kamler




POZNAĆ I ZROZUMIEĆ KOTA



Kolejna z książeczek Ewy Nowak stanowiących wsparcie w nauce czytania dla dzieci w wieku 5-7 lat, to znów bardzo dobra lektura, którą dzieci z chęcią poznają i ze spotkania tego, wyjdą bogatsi o nową wiedzę i doświadczenie.



Zuzia uwielbia swoją kocicę o imieniu Izabela, jednak pewnego dnia zwierzę zaczyna się dziwnie zachowywać. Zbliża się wiosna i kotka chce mieć małe. Kiedy pewnego dnia znika, dziewczynka pogrąża się w smutku, nie mniej ulubienica wkrótce powraca, spodziewając się potomstwa. Od teraz tak na nią, jak na Zuzię czeka trudne zadanie – poradzenie sobie z małymi, psotnymi kotkami…

Będzie się działo!



Duża czcionka, niewielka ilość tekstu, prosty styl i lekkość oraz – przede wszystkim – nauka poprzez zabawę, to główne zalety tej serii Egmontu. Dzieci, czytając ciekawe przygody bohaterów niedużych rozmiarami książeczek, czerpiąc z tego przyjemność, uczą się, oprócz pogłębienia umiejętności czytania, także pewnych zachowań, odpowiedzialności i faktów – w tym wypadku o życiu kotów. O kociej ciąży i wychowywaniu oraz dorastaniu młodych. W zrozumieniu trudniejszych pojęć z pomocą przychodzi zamieszczony na końcu słowniczek, a miłe dla oka ilustracje, dodają całości uroku.



Dodatkowo w tej książeczce czeka na dzieci także trochę zabawy z pisaniem, zaoferowanej przez strony, każące wypisać co się lubi czy co ciekawego zdarzyło nam się w danym dniu tygodnia. Po wszystkim na dzieci czeka zaś zwyczajowa porcja naklejek i dyplom w nagrodę za lekturę i pozwalającą ją utrwalić ćwiczenia.



Jeśli więc szukacie wartościowej książeczki dla swoich najmłodszych pociech, „Rok z kocicą…”, jak i pozostałe pozycje z serii, będą jak znalazł. Ciekawe, mądre, wartościowe… Polecam, a wydawnictwu Egmont składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Jezioro łabędzie - Ewa Nowak, Ewa Beniak-Haremska




ROZWIŃ SKRZYDŁA



Ewa Nowak powraca z kolejną książką dla najmłodszych czytelników, oferując im mnóstwo świetnej zabawy, rozwijania czytelniczych umiejętności i szansę poznania kulisów i historii najsławniejszego baletu świata.



A jest co poznać, bowiem na początku „Jezioro łabędzie” nie zapowiadało się tak wspaniale. Rozczarowana publika, znudzeni i nie stroniący od złych recenzji krytycy, przybity twórca… Przenosząc nas do dziewiętnastowiecznej Rosji, książeczka ta pokazuje jak powstawało i ewoluowało  przedstawienie, od totalnej klapy, jakim okazało się na początku, po wielki międzynarodowy sukces, jaki stał się jego udziałem.



Książeczka napisana jest prosto i lekko, doskonale skrojona pod dzieci, które swoją przygodę z czytaniem zaczęli raczej niedawno. Wydrukowana dużą czcionką, w ułatwiający czytanie sposób, uroczo zilustrowana, stanowi przyjemną lekturę, ale przy okazji przekazuje wiele faktów historycznych oraz pojęć związanych z baletem. Trudniejsze ze słów znalazły na dodatek swoje wyjaśnienie w zawartym na końcu tomiku słowniku. Co jednak warto zauważyć, i do czego ja musze się przyznać, fakty z „Jeziora łabędziego” nauczyły czegoś także mnie, człowieka dawno już dorosłego przecież.



Kolejnym aspektem nauki poprzez zabawę, jaka płynie z niniejszej publikacji, jest utrwalanie czytania ze zrozumieniem, za co odpowiadają proste, acz skuteczne ćwiczenia, które zarazem pomagają w zapamiętywaniu. W nagrodę za starania, dziecko otrzymuje natomiast dyplom i porcję naklejek.



I cóż mogę więcej dodać? Skoro mi się podobało i to bardzo, skoro podobało się mojej dziewczynie, dzieci będą urzeczone. I z pewnością będą chciały więcej, a dzięki temu pogłębią swoją wiedzę i rozwiną skrzydła. Dlatego polecam dla Waszych pociech, a wydawnictw Egmont składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Plaga samobójców - Suzanne Young




SAMOBÓJSTWO YOUNG ADULT



Chuck Palahniuk napisał kiedyś, że najlepszą metodą na zbudowanie napięcia, jest kazać bohaterowi tonąć. Wrzucić go do wody, nie dać możliwości złapania oddechu, kazać zmagać z uciekającym czasem. Metoda niezawodna. Jest jednak drugi rodzaj metody, która sprawdza się niemal zawsze w budowaniu napięcia – umieścić bohaterów w stanie permanentnego zagrożenia, kiedy nie mogą ufać nikomu i wielu z nich, z tych, których z miejsca zaczynamy lubić, zginie. Tą drogą poszła Suzanne Young i spod jej ręki wyszła naprawdę udana powieść.



Sloane ma siedemnaście lat i jest zwyczajną dziewczyną, niezwyczajny jest jednak świat, w którym przyszło jej żyć. Z jakiegoś powodu od pewnego czasu nastolatki masowo popełniają samobójstwa, jakby nieokreślona zakaźna choroba popychała ich daleko poza skraj wytrzymałości. Rząd nie potrafiąc poradzić sobie z tym problemem, wdraża Projekt – wszyscy, których dopada depresja, poddawani zostają praniu mózgu, które czyni szczęśliwymi, bo szczęśliwymi, ale zupełnie nowymi osobami. Giną ich wspomnienia, ginie charakter i uczucia… Sloane robi wszystko, by tam nie trafić, nie pozwala sobie na emocje w obecności rodziców, kłamie w szkolnej ankiecie szacującej jej stan psychiczny, udaje zadowoloną-obojętność. Kiedy jednak jej przyjaciel, tak jak niegdyś także jej własny brat, odbiera sobie życie, a ukochany chłopak zaczyna myśleć o śmierci, dziewczyna niebezpiecznie zbliża się do granicy. A co ja czeka, jeśli trafi w objęcia projektu?



Lubię ten typ literatury, który ja osobiście, na własny użytek nazywam „paranoicznym”. Lubię, kiedy bohaterowie zmuszeni do życia w antyutopii, nie mogą zaznać ani chwili spokoju. Pierwszy tom „Programu” ciekawie wpasowuje się w tradycję, jaką zostawili po sobie liczni poprzednicy, od niedoścignionego „Wielkiego Marszu”, przez „Battle Royale” po popularne ostatnio „Igrzyska śmierci”. Wprawdzie to nie śmiertelna wyliczanka czeka na bohaterów „Plagi…”, a przynajmniej nie taka, która żyć pozwoli tylko jednemu z nich, nie mniej wszystkie to książki łączy właśnie swoista paranoja. Ten brak zaufania do kogokolwiek i brak ucieczki zarazem.



Young pisze lekko i przyjemnie, ma też świetne pomysły i bohaterów, którzy, choć to literatura young adult i do pewnych szablonów przystają, nie są grzecznymi dziećmi. Co najciekawsze, znakomicie wypada sam wątek główny i pytania, co stanowi przyczynę zbiorowych samobójstw i co tak naprawdę dzieje się za murami ośrodków Projektu. Czy dostaniemy na nie odpowiedzi czy nie, zdradzać nie zamierzam. Przeczytajcie, przekonajcie się i pamiętajcie, że już niedługo na naszym rynku zawita tom drugi. Wydawnictwu Feeria Young zaś dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.



Książka w sprzedaży od jutra, 23 września 2015 roku.



http://www.empik.com/plaga-samobojcow-young-suzanne,p1110406564,ksiazka-p

poniedziałek, 21 września 2015

Superior Spider-Man: Ostatnie życzenie - Dan Slott, Humberto Ramos,Richard Elson




WIELKI FINAŁ SPIDER-MANA



To, co w Stanach wyszło, jako wielki i – jak twierdzono swego czasu (co z tego wyszło, wiadomo) – ostateczny i nieodwracalny finał losów Petera Parkera jako Spider-Mana, w Polsce pojawia się jako początek nowych przygód tego bohatera. Ale wydawanie tej serii w naszym kraju zawsze było dziwne. Zaczęliśmy od zeszytów powyżej numeru 200, dostając numery nie po kolei, urwane w samym środku sagi klonów. Potem Spider powrócił z nowymi przygodami, pomijając blisko setkę zeszytów (30 regularnych i kilkadziesiąt z nimi powiązanych), a wreszcie urwał się po kilku i teraz przybywa znowu, w historii dziejącej się pond 250 zeszytów później. Wiele wydarzyło się przez ten czas, więc w ramach wstępu, zanim omówię sam komiks, wprowadzę Was nieco w treść, którą pominięto wydawniczo w Polsce.



Pierwsze ważne zdarzenie dla komiksu to czteroczęściowy „One More Day”. Wydarzenia znane z „Wojny Domowej” sprawiają, że Peter jest na celowniku Kingpina. Ranna zostaje ciotka May, a by ratować jej życie, Peter zawiera pakt z Mefisto – w zamian oddaje małżeństwo z MJ. W wyniku tego zaczyna się etap zwany Brand New Day, gdzie Peter szuka kolejnej miłości, a jedną z nich zostaje, w pewnym sensie, pojawiająca się tu Carlie. Oczywiście związek nie wytrzymuje próby czasu, a Petera i MJ coraz bardziej ciągnie do siebie.

Drugą istotną rzeczą jest choroba Doc Ocka. Otto w wyniku niezliczonych urazów, zaczyna cierpieć na śmiertelną chorobę. To dzieje się w 600 zeszycie, kiedy May bierze ślub z ojcem JJJ. Jego starania zniszczenia ceremonii udaremnia Spider, ale wkrótce potem Otto chce zaoferować ludziom utopię. Plan jednak zakłada też nieco mniej szlachetne cele, Peter go powstrzymuje i teraz, aż do początku tego albumu, Doc Ock tkwi w więzieniu Raft.



Wróćmy jednak do „Ostatniego życzenia”. Choć tytuł całości to „Superior Spider-Man” w rzeczywistości jest to nic innego, jak wstęp do Superiora, a nie sama ta seria. Album zbiera zeszyty 698 – 700, zakończenie pierwszego volumu Spider-Mana i fakt ten niezmiernie cieszy, bo – nie oszukujmy się – to najjaśniejszy punkt serii od czasów kiedy stery nad nią posiadał J.M. Straczynski, który na zawsze odmienił Petera. Fabuła jest prosta, oto Otto przejął ciało Parkera, jego duszę umieszczając we własnej, konającej powłoce cielesnej. Gdy wróg zaczyna rządzić się w jego życiu, Peter za wszelka cenę stara się przeżyć i odzyskać ciało…



Świetny to komiks. Kontrowersyjny dla fanów, ale świetny, rewelacyjny wręcz. Choć oczywiście kilka pomysłów jest kulą w płot. Finał fanom znany był na długo przed ukazaniem się zeszyty 700 w USA, ale nie jest ważne, czy zna się go czy nie, nadal jest rzeczą mocną i wartą przeczytania. Zresztą, kiedy ten właśnie komiks wyszedł po raz pierwszy w oryginale, fani Pająka grozili scenarzyście śmiercią. Wiem, że w Ameryce to nie nowość, ale zawsze coś oznacza.



Scenariusz jest więc świetny, to ustaliliśmy, ale co z graficzną stroną albumu? Jest podobni udana, szczególnie, że większość narysował jeden z moich ulubieńców, jacy w ostatnich latach zajmowali się Spider-Manem, czyli Humberto Ramos. Ramos burzy proporcje, jego kreska jest dość gruba i ciążąca ku mandze, jeśli spojrzeć na oczy, ale na pewno znakomicie oddająca klimat całości i wpasowująca się w treść. Z kolorem jest tak samo, a więc rozczarowania nie ma.



Fajne jest wydanie. Wprawdzie za tą cenę WKKM oferuje komiksy dwa razy grubsze, z porcją dodatków i twardą oprawą, nie mniej 40 zł to niewiele, jak za takie dzieło. Szkoda trochę, że nie dorzucono okładek oryginalnych wydań, a okładkę zeszytu 700 wciśnięto w trakcie akcji tegoż zeszytu właśnie, a nie przed nim, ale cieszy to, że po raz pierwszy w Polskim Spiderze nie pominięto jubileuszowych dodatków. W tym wypadku są to dwa krótkie i niezbyt wyrafinowane komiksy, ale oba zyskają na znaczeniu, kiedy nadejdzie trzeci volume Spidera. A część nadejdzie na pewno, bowiem w ostatnim tomie Superiora, jaki wydać chce Egmont, znajdą się zeszyty otwierające w regularnym Amazingu „Spider Verse”, a to kolejne wielkie i udane wydarzenie, jakie zawitało na łamy tej serii. Mam tylko nadzieję, że wydawca nie zatrzyma się na tym i w tak samo atrakcyjniej cenie i wydaniu, zaoferuje trzeci Vol Spider-Mana a potem, kto wie. Mi marzyłoby się wydanie u nas w pełni runu Straczynskiego i „Grim Hunta”.



Póki co, mamy jednak „Superiora”, komiks rewelacyjny i przełomowy, więc zachęcam do jego poznania i odkrycia na nowo serii, która tak w Stanach jak i w Polsce od zawsze była najpopularniejszą wśród mainstreamowych komiksów.

Sałatka ze Smerfów - Luc Parthoens, Thierry Culliford i Ludo Borecki




WARZYWNE KŁOPOTY



Smerfy mają duży problem. Oto pewnego dnia Smerf Kucharz zaczyna serwować im niejadalne dania, co spotyka się z niezbyt ciepłym przyjęciem ze strony mieszkańców wioski. Szybko okazuje się, że wina leży nie w talencie kucharza, a w warzywach, które dopadł jakiś grzyb. By ratować grządki Smerfa Farmera, Papa Smerf daje mu specyfik, który ma dawkować po kilka kropel przy podlewaniu. Sam musi opuścić na pewien czas wioskę, więc nie może wszystkiego dopilnować. Jak to jednak bywa, kiedy braknie nadzoru, niecierpliwe Smerfy wymuszają dodanie więcej środka, by szybciej zadziała. Efekt zaskakuje je same i sprowadza na małe niebieskie stworki mnóstwo problemów…



Kolejny świetny album Smerfów stworzony przez następców ich ojca, Peyo, trafia na nasz rynek. I znów ci młodsi czytelnicy, jak i ci starsi, całkiem dorośli zresztą także, bo z tego typu komiksów nigdy tak naprawdę się nie wyrasta, będą bawić się znakomicie. Humor, przygody, tradycyjne kłopoty, nuta dydaktyzmu i klasyczne rysunki, których nie sposób odróżnić od pierwowzoru – wszystko to sprawia, że każdy, kto małych niebieskich ludzików jeszcze nie poznał, na pewno je polubi, kto zaś poznał już wcześniej, poczuje się jak w domu.



Smerfy to zresztą klasyka, ale i klasa sama w sobie, a nowe ich przygody doskonale tę tradycję podtrzymują. Mniej tu może typowych dla Peya absurdów, nadal jednak to ci sami, starzy, dobrzy bohaterowie, które urzekły już niejedno pokolenie czytelników i – serialową adaptacją – widzów.



Dlatego nie pozostaje mi nic innego, jak tylko polecić Waszej uwadze „Sałatkę ze Smerfów” i zachęcić do jej poznania, a wydawnictwu Egmont dziękuję serdecznie za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Ostatnie dni Królika - Anna McPartlin




UCIEKAJ, KRÓLIKU!



Piękna i poruszająca opowieść o śmierci i o tym, co w naszym życiu jest najważniejsze.



Mia Hayes, przez najbliższych nazywana Królikiem, trafia do hospicjum. Zaledwie czterdziestoletnia kobieta jest w terminalnym stadium raka, który dał przerzuty do kości i jedynym, co pozostało jej w życiu, to uśmierzanie bólu. Jest świadoma, co ją czeka, ale chciałaby jeszcze żyć dla córki, która wciąż naiwnie wierzy, że mama wróci do domu. Jej rodzina także nie ma większych złudzeń, ale zarazem nikt nie potrafi pogodzić się z nadciągającą nieuchronnie stratą. Rodzice wierzą w cud, mają nadzieję, że znajdzie się jakaś terapia, nie ważne jak droga, która da szansę ukochanemu dziecku. Siostra Królika bliższa jest akceptacji, nie mniej nadal stara się podtrzymywać siostrzenicę w przekonaniu, że Mii się poprawi. Podobnie jest z ich bratem, który przerywa trasę koncertową, by towarzyszyć Królikowi w ostatnich chwilach.

Tymczasem sama Mia ma jeszcze jedno, ostatnie pragnienie – spotkać miłość z dzieciństwa, przyjaciela brata, Johnnyego…



Podobno, kiedy człowiek umiera, przed oczami przelatuje mu całe życie. Kiedy jednak człowiek umiera powoli, kona w agonii dzień po dniu, nie radząc sobie z rzeczywistością, retrospekcje jego losów snują się powoli, jakby przybliżając go do ostatniego oddechu. I tak jest właśnie z Mią. Tkwiąc przykuta do łóżka, ucieka w świat wspomnień i snów, które także wspomnieniami są przesycone. Na nowo, jakby nie mogąc pogodzić się z tak bezsensownym losem, przeżywa własne życie i czerpie przyjemność z czasów, kiedy wszystko było o wiele łatwiejsze. A my wraz z nią pogrążamy się w tej retrospektywie, odkrywając kolejne szczęśliwe chwile, kolejne piękne momenty, które tak bardzo bolą w zderzeniu z jakże twardą chwilą obecną.



Ta książka mogłaby być niestrawna, mogłaby się nie udać. Ciężko jest pisać o smutku, o emocjach, które w życiu dominują nad wszystkim. Jeszcze ciężej jest je przekazać. Tymczasem autorka, operując stylem lekkim i łagodnym, wstrząsa czytelnikiem, porusza wiele nut w jego sercu a nade wszystko pokazuje prawdę. Prawdę, która porazi każdego, nie tylko ludzi, którzy zmagali się z chorobą nowotworową kogoś bliskiego. Ja dawno w literaturze nie doświadczyłem takich emocji, a musze przyznać, że rzadko już coś emocjonuje mnie przy czytaniu. Dlatego tym bardziej doceniam siłę „Ostatnich dni Królika”, jej moc i wagę, i zachęcam Was do sięgnięcia po tę pozycję, wydawnictwu Harper Collins zaś dziękuję serdecznie za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

niedziela, 20 września 2015

Bob Marley. Nieopowiedziana historia króla reggae - Chris Salewicz




WSZYSTKO BĘDZIE DOBRZE



Są miejsca niepozorne, które odmieniają świat. Nie same w sobie, choć i tak się zdarza, ale przede wszystkim dając nam ludzi, którzy powodują wiatr niosący zmiany. Tak było w przypadku wioski Nine Miles położonej na lesistych wzgórzach Jamajki. To właśnie tam przyszedł na świat Nesta Robert Marley – niepozorny człowiek, który pokazać miał ludzkości, że wszystko może być dobrze. I choć nie żyje już od niemal 35 lat, jego zawsze aktualne przesłanie nadal rozbrzmiewa wokoło.



Pamiętam czas, kiedy po raz pierwszy zetknąłem się z reggae. Wcześniej nie szczególnie ciągnęło mnie do muzyki, słuchałem raczej tego, czego słuchali kumple, czyli mocnego rocka. I owszem, lubiłem te dźwięki, uwielbiałem też punk, nie mniej dopiero kiedy usłyszałem Indios Bravos, poczułem, że oto trafiłem na „swoją” muzykę. Na coś, co naprawdę gra mi w sercu i duszy, i czego słuchać mogę bez końca. Tak siłą rzeczy musiałem trafić też na muzykę ojca reggae. A teraz wreszcie ze szczegółami poznać mogłem jego życie i wszystko, co się z nim wiązało.



Biografia autorstwa człowieka o swojsko brzmiącym nazwisku, Chrisa Salewicza, to kawał świetnej, solidnej literatury faktu, równie dobrze napisanej, co wydanej. Czytelnik śledzi losy Boba Marleya od narodzin, po śmierć, śledzi też przemiany na Jamajce, jakie zachodziły w tym rajskim piekle od czasów jej odkrycia, a także poznaje szczegóły rastafariańskiej religii. Każdy z tych aspektów staje się jednak równie ciekawy, jak i główny wątek. Życie codzienne Jamajczyków, bieda, niewolnictwo, dążenie do wolności, wiara stanowiąca paradoksalną mieszankę chrześcijaństwa i pierwotnych kultów…



Co jednak odróżnia to opracowanie od większości innych, traktujących o legendarnym wokaliście, to fakt, że Salewicz spędził u boku Marleya (oraz na samej Jamajce) nieco czasu, co dało mu możliwość zaoferowania pewnej bliższej, bardziej źródłowej perspektywy. Poza tym autor, mimo całej jego fascynacji tematem, nie jest stronniczy więc i nie udziela odpowiedzi na liczne pytania. Bo kim jest sam Marley? Gdzie szukać prawdy o nim? Są tacy, którzy widzą w nim ucieleśnienie samego Chrystusa, są też tacy, którzy widzą jedynie prostego człowieka, którego miłość do ludzi i wolności, poruszyła, porusza i poruszać będzie serca milionów. Niezależnie jedna od tego, co Wy uważacie, warto poznać jego dzieje, opowieści o nim i legendy, warto wejść ten świat i choć przez chwilę poczuć się jak na koncercie człowieka, który zapoznał cały świat z muzyką i kulturą pokoju i szacunku, tolerancji i szczerości.



Polecam i życzę Wam byście – cytując słowa Marleya – nie musieli o nic martwić się, bo wszystko będzie dobrze. A wydawnictwu Sine Qua Non składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

sobota, 19 września 2015

Dzieje Tristana i Izoldy - Autor nieznany




MIŁOSNY NAPÓJ NIESZCZĘŚCIA



Spotkać się.

Zakochać.

Pokochać.

Umrzeć dla miłości.



Rycerz Tristan wysłany zostaje przez Króla Marka z misją znalezienia Złotowłosej dziewczyny, którą władca chce poślubić. Wyprawa kończy się powodzeniem, odnajduje Izoldę i zabiera ze sobą na statek płynący do Kornwalii. Po drodze zdarza się jednak rzecz, która odmienia wszystko. Oboje przypadkowo wypijają miłosny napój, przygotowany dla dziewczyny i króla, i zakochują się w sobie. Ślub z władcą jest jednak przygotowywany, a zarazem oboje potajemnie rozwijają swoją miłość. Wkrótce jednak ich sekret wychodzi na jaw, zagrażając ich życiu…



Oto dwunastowieczny poemat, który uważany jest za najpiękniejszą historię miłosną w historii literatur. Pean na cześć najwspanialszego z uczuć, które stanowi sens ludzkiego życia i jedno z tych dzieł (arcydzieł), które znać trzeba koniecznie. To także, jeśli nie kamień węgielny, to przynajmniej ściana nośna romantycznych opowieści bez happy endu, która stała się inspiracją dla rzeszy autorów i inspiracją tą pozostając po dziś dzień, o czym świadczy choćby filmowy hit sprzed kilku lat nakręcony na jej podstawie. a nawet nie wiadomo, kto jest jej autorem.



Jej początki to prosta opowieść, przekazywana z ust do ust, rozbudowywana przez kolejne pokolenia, a z czasem spisywana przez różnych ludzi pióra. I właśnie ocalałe fragmenty tych dzieł zebrał ze sobą w jedną całość, a potem zredagował, J. Bédier, oferując najpełniejszą wersję losów Tristana i Izoldy, jaka tylko była możliwa. Całość wyśmienicie przełożył i opatrzył wstępem Tadeusz Boy-Żeleński, a Jacqeus Marie Gaston Onfroy de Bréville „Job” przepięknie i bogato zilustrował.



I tak właśnie wydana trafia w nasze ręce opowieść o tragicznej miłości dwójki ludzi, którzy mierzyć musieli się z losem i innymi ludźmi. Opowieść poruszająca i emocjonująca, a przede wszystkim jakże ważna. Jeśli więc ktoś jeszcze nie zna dziejów Tristana i Izoldy, niech jak najszybciej nadrobi ten błąd, naprawdę warto, a także trzeba, ja zaś dziękuję wydawnictwu MG za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Buntownik - Julie Kagawa




SMOCZE OPOWIEŚCI



Drugi tom kolejnego hitu literatury Fantasy dla młodzieży trafia na nasz rynek, w oczekiwaniu na filmową adaptację, która już się kręci. Ci, którym podobała się poprzednia część, nie będą zawiedzeni.



Garret Xavier Sebastian trafia przed sąd za zdradę. Miał zabić smoka, zamiast tego zawahał się, a wróg uciekł. Wróg, który wcale wrogiem nie był, buntując się przeciw chęci opanowania świata przez własną rasę. Teraz chłopakowi grozi śmierć, ale ocalona smoczyca, Ember, nie zamierza pozostać dłużna. Odbija Garreta z celi śmierci i ucieka razem z nim, ale żołnierze Zakonu Świętego Jerzego nie zamierzają dać im przeżyć…



Oto zderzenie współczesnego świata z opowieściami o smokach. Smoki kryją się pod ludzkimi postaciami, niemal niemożliwe do odróżnienia od rasy ludzkiej, a ich cel jest jeden – przejąć władzę nad Ziemią. Starania wyniszczenia ich gatunku spoczywają na barkach Zakonu Świętego Jerzego. Ludzkość nie ma o niczym pojęcia, ale też i nic nie jest do końca takiej, jakim się wydaje, bo nie każdy smok jest zły. I nie każdy żołnierza Zakonu wierny jego zasadom. I w takich realiach toczy się akcja cyklu młodej pisarki. Jaki jest sam cykl? Typowym przedstawicielem współczesnych Urban Fantasy. Lekko napisaną rozrywką dla młodzieży, osadzoną na styku „Harry’ego Pottera” i „Eragona”.



Treść jest tu dość prosta, za to szybkie tempo, dużo przygód, równie wiele zagrożeń, szczypta miłości, zwroty akcji i bohater, z którym współcześni nastolatkowie mogą się identyfikować, to coś w sam raz dla docelowej grupy czytelników. Tego właśnie oczekują, filmowej, wartkiej opowieści odświeżającej znane motywy, i dokładnie to otrzymują. Nic mnie, nic więcej.



Kto takie powieści lubi, bawił będzie się nieźle. I nawet jeśli nie znał pierwszego tomu, początkowe wprowadzenie, miło wkomponowane w sam proces narratora powieści,  wyjaśni wszystko, co znać powinien, by nie stracić nic z lektury. Dlatego jeśli macie ochotę, śmiało możecie się zapoznać, a ja dziękuję wydawnictwu Harper Collins za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

piątek, 18 września 2015

Im szybciej idę, tym jestem mniejsza - Kjersti Annesdatter Skomsvold




IM MNIEJ STRON, TYM KSIĄŻKA WIĘKSZA



Mathea Martinsen nie jest już młoda. Większość życia ma za sobą, jedną nogą jest już niemal w grobie, ale przeraża ją to, że może zostać zapomniana. Że kiedy umrze, nikt nawet nie zwróci na to uwagi. Zawsze była domatorką, zawsze też stroniła od ludzi, teraz chce zrobić coś, co pozwoli jej pozostać w pamięci tych, którzy zostaną. A zarazem coś, co pomoże oswoić jej się z samą śmiercią. Bo przecież memento mori to coś, co być może da się wyleczyć. I przecież każdy jest wyjątkowy, każdy ma inne DNA, i nawet jeśli czasem dopada cię depresja, bo to oznacza zarazem, że każdy Chińczyk także jest wyjątkowy, to mimo wszystko jest w czym szukać pociechy…



I tą pociechę, choć mocno podszytą goryczą i depresyjnym nastrojem, niesie, tak sobie jak i czytelnikom, przeurocza bohaterka tej książki. Kobieta naiwna, nieprzystosowana społecznie, ale kobieta, której nie sposób nie polubić. Jej starania o bycie zapamiętaną są infantylne, jej próby przyciągnięcia uwagi ludzi bywają strasznie dziecinne, ale w tym tkwi cały jej urok. I ujmująca za serce siła niewielkiej jakże powieści. Ale to nie wielkość się liczy, zdaje się krzyczeć sama książka. Klasyka udowodniła, że zbędne jest opasłe tomiszcze, żeby pokazać coś wielkiego, ba! większości z genialnych powieści bliżej było do nowel, a „Im szybciej idę…” doskonale potwierdza te tendencję.



Intrygująca jest także sama stylistyka powieści, minimalistyczna, lekko chaotyczna, odpowiednio ciężka i lekka zarazem. W prostych, acz skutecznych słowach, przemawia tak do serca, jak i do umysłu, a niekonwencjonalność pomysłów Mathei znakomicie z tym wszystkim współgra.



Nic więc dziwnego, że „Im szybciej idę…” zyskała wielkie uznanie krytyki, a także doczekała wystawienia jako sztuka na deskach teatru. To nie literatura popularna, to nie rozrywkowa książeczka dla każdego, debiutancka powieść Kjersti Annesdatter Skomsvlod to rzecz z wyższej półki. Trudniejsza, przeznaczona dla bardziej wymagających czytelników, ale dająca w zamian wiele satysfakcji, porcję mądrości i prawdy, i sporą garść emocji. Dlatego jeśli lubicie dobrą, niebanalna literaturę, powinniście poznać losy Mathei i przekonać się ile potrafi niepozorna staruszka. A kiedy książka odejdzie, trafiając na swoje miejsce na półce, nie zostanie szybko zapomniana.



Polecam, a wydawnictwu Media Rodzina składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

IM MNIEJ STRON, TYM KSIĄŻKA WIĘKSZA



Mathea Martinsen nie jest już młoda. Większość życia ma za sobą, jedną nogą jest już niemal w grobie, ale przeraża ją to, że może zostać zapomniana. Że kiedy umrze, nikt nawet nie zwróci na to uwagi. Zawsze była domatorką, zawsze też stroniła od ludzi, teraz chce zrobić coś, co pozwoli jej pozostać w pamięci tych, którzy zostaną. A zarazem coś, co pomoże oswoić jej się z samą śmiercią. Bo przecież memento mori to coś, co być może da się wyleczyć. I przecież każdy jest wyjątkowy, każdy ma inne DNA, i nawet jeśli czasem dopada cię depresja, bo to oznacza zarazem, że każdy Chińczyk także jest wyjątkowy, to mimo wszystko jest w czym szukać pociechy…



I tą pociechę, choć mocno podszytą goryczą i depresyjnym nastrojem, niesie, tak sobie jak i czytelnikom, przeurocza bohaterka tej książki. Kobieta naiwna, nieprzystosowana społecznie, ale kobieta, której nie sposób nie polubić. Jej starania o bycie zapamiętaną są infantylne, jej próby przyciągnięcia uwagi ludzi bywają strasznie dziecinne, ale w tym tkwi cały jej urok. I ujmująca za serce siła niewielkiej jakże powieści. Ale to nie wielkość się liczy, zdaje się krzyczeć sama książka. Klasyka udowodniła, że zbędne jest opasłe tomiszcze, żeby pokazać coś wielkiego, ba! większości z genialnych powieści bliżej było do nowel, a „Im szybciej idę…” doskonale potwierdza te tendencję.



Intrygująca jest także sama stylistyka powieści, minimalistyczna, lekko chaotyczna, odpowiednio ciężka i lekka zarazem. W prostych, acz skutecznych słowach, przemawia tak do serca, jak i do umysłu, a niekonwencjonalność pomysłów Mathei znakomicie z tym wszystkim współgra.



Nic więc dziwnego, że „Im szybciej idę…” zyskała wielkie uznanie krytyki, a także doczekała wystawienia jako sztuka na deskach teatru. To nie literatura popularna, to nie rozrywkowa książeczka dla każdego, debiutancka powieść Kjersti Annesdatter Skomsvlod to rzecz z wyższej półki. Trudniejsza, przeznaczona dla bardziej wymagających czytelników, ale dająca w zamian wiele satysfakcji, porcję mądrości i prawdy, i sporą garść emocji. Dlatego jeśli lubicie dobrą, niebanalna literaturę, powinniście poznać losy Mathei i przekonać się ile potrafi niepozorna staruszka. A kiedy książka odejdzie, trafiając na swoje miejsce na półce, nie zostanie szybko zapomniana.



Polecam, a wydawnictwu Media Rodzina składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

czwartek, 17 września 2015

The Beatles - Hunter Davies




BIBLIA BEATLESÓW



Ileż to książek napisano o Beatlesach, ileż poświęcono im dzieł, czasu i pracy. Istnieje jednak matka wszystkich innych opracowań, podstawa, z której twórcy czerpią pełnymi garściami. Książka, która powstała jako pierwsza, a która stanowi zarazem najbardziej wyczerpujące i najwierniejsze prawdzie przedstawienie faktów dotyczących czwórki z Liverpoolu. Absolutne must read dla każdego fana zespołu. I wielkie dzieło dla wszystkich fascynatów muzyki.

A tytuł jej: „The Beatles”.



Był czas, kiedy miałem dość Beatlesów. I był też czas, kiedy biografii nie czytałem w ogóle. To pierwsze było „zasługą” nauczyciela muzyki, który w gimnazjum katował nas własnymi, koszmarnie tłumaczonymi, wersjami przebojów Lennona, Harrisona, Starra i McCartneya, to drugie – jak się przekonałem – nie trafieniem na naprawdę dobrą biografię. Do słuchania jak i do lektury książek na faktach powróciłem z czasem, a teraz wreszcie mogłem połączyć obie te rzeczy i przy okazji poznać jedną z najlepszych biografii nie tylko jakie czytałem, ale także jakie powstały.



Hunter Davies, człowiek, który przy Beatlesach był niemal od samego początku, wykonał na potrzeby tej książki kawał znakomitej roboty. Jej pierwsza wersja wyszła już w roku 1968, potem była coraz wznawiana z uzupełniającymi ją rozdziałami, aż do kształtu ostatecznego, jaki mamy okazję podziwiać po polsku. A podziwiać jest co, bo skrupulatność i powaga, z jakimi podszedł do tematu, po prostu zachwycają. Życie sceniczne Beatlesów, życie prywatne, kulisy, ciekawostki, nieznane fakty i nawet niepublikowane teksty, kompletna dyskografia oraz multum zdjęć zebranych na ponad 570 stronach, robią wrażenie. Ale choć tekstu jest dużo, autor operuje stylem tak sprawnym i lekkim, że całość czyta się z przyjemnością, bez chwili nudy, a co najważniejsze z wielkim zainteresowaniem.



„The Beatles” to swoista biblia tego zespołu, dzieło kompleksowe i rzetelne, jedyne autoryzowane, ale choć autoryzacja zazwyczaj oznacza wycięcie tego, co najciekawsze, w tym wypadku nie widać jest tej tendencji. Autor nie buduje pomnika czterem legendom, ona po prostu relacjonuje to, co legend tych dotyczy. I to kolejna wartość tego obszernego tomiszcza, które – jakby dla zwieńczenia całości – zostało też należycie świetnie wydane.



Zwieńczeniem tej recenzji będzie natomiast wniosek raczej oczywisty, skondensowany do jednego tylko słowa: Polecam. Bardzo. Gorąco. Po prostu polecam. A wydawnictwu SQN składam podziękowania za udostępnienie mi tej pozycji do recenzji.

środa, 16 września 2015

Star Wars Komiks 1/2015 - Skywalker Atakuje! - John Cassaday, JasonAaron




STAR WARS KOMIKS – POWRÓT NADZIEI



Star Wars Komiks powraca na rynek po ponad rocznej przerwie z wielkim przytupem. Bałem się, iż – podobnie jak to było dotychczas – jego zawartość znów okaże się co najwyżej przeciętna, w porywach do niezłej. Tymczasem dzieło duetu Aaron/Cassaday to jeden z najlepszych gwiezdno-wojennych komiksów, jakie zawitały w naszym nadwiślańskim kraju!



Wkrótce po zniszczeniu pierwszej Gwiazdy Śmierci, Luke, Han, Chewbacca, Leia, R2D2 i C3PO przybywają z kolejną misją w samo serce imperium. Wszystko się jednak – tradycyjnie – komplikuje. Przybycie lorda Vadera i uszkodzenie Sokoła Millenium, który schowany na złomie został po części rozebrany rozpoczyna nie tylko walkę o przetrwanie, ale także usilne starania w zabiciu największego wroga…



Pierwszy starwarsowy run jaki po przejęciu tytułu wydał Marvel, to rzecz absolutnie świeża. Ba! Polskie zbiorcze wydanie ukazuje się jeszcze przed amerykańską edycją zbierającą te sześć zeszytów, a to naprawdę spor wydarzenie. Sporym wydarzeniem jest także sam komiks. Z jednej strony świetni twórcy (Aaron, którego znamy choćby z przygód Wolverine’a i Cassaday, który popisał się między innymi „Astonishing X-Men” a pochwalić może trzema Eisnerami, najważniejszymi komiksowymi nagrodami)., którzy są znani i cenieni, z drugiej fabuła, która nie dość, że klimatem i humorem bliska filmom, to jeszcze – choć motywy w niej zawarte są już ograne – prowadzi akcję w sposób nie tylko nad wyraz udany, ale czasem naprawdę emocjonujący.



Dodajcie do tego świetną kreskę, fajne wydanie i niezłą cenę (20zł za 150 stron na cienkiej, bo cienkiej, ale jednak kredzie), z porcją publicystycznych dodatków, to coś, co w dobie oczekiwania na „Przebudzenie mocy” nie tylko trafia w punkt, ale przyciągnąć może czytelników spoza kręgu fascynatów tematu. Ja byłem zaskoczony i to bardzo pozytywnie, podobnie zaskoczeni będą i inni czytelnicy, którzy nie do końca dali się uwieść wcześniejszym opowieściom graficznym z tego uniwersum, a fani? Fani będą urzeczeni.



Dlatego komiks polecam Waszej uwadze i czekam na drugą historię zapowiedzianą już na listopad tego roku. Jest na co!

Znikająca nerka. Mały leksykon współczesnych legend miejskich - FilipGraliński




URBAN LEGENDS PO POLSKU



„Czarną szosą w czarną noc zapier… Czarna Wołga/Maluje czarne serca na czarnych czołgach”, śpiewał kilka lat temu Grabaż w swojej piosence „Painted in Black”. Ale Wołga to już przeżytek. Szatan zdążył przesiąść się do czarnego BMW, podobnie jak seryjni porywacze-mordercy-handlarze-narządami przenieśli się do Centrów Handlowych. Jednym słowem: Witajcie w świecie współczesnych legend miejskich!



Gdybym miał jakoś scharakteryzować tę książkę, bo nie stracić przecież, do czego mógłbym ją przyrównać? Wyobraźcie sobie następującą sytuację. Jest lato, a może wczesna, ale ciepła jesień, zapadł już zmrok. Usiedliście w grupce przy ognisku, a może po prostu gdzieś na polu, może w lesie nawet. Albo siedzicie pod centrum handlowym, na ławce, widząc latarnie, widząc niemal już czarne niebo, z blaskiem wystaw rzucającym Wasze cienie na plac przed budynkiem. Nikogo nie ma wokół, świat wydaje się wymarły. I zaczynacie snuć zasłyszane opowieści. Podobno sataniści podchodzą i tną ludzi żyletkami, podobno jakiś facet podjechał samochodem, zapytał o coś przechodzącą obok dziewczynę, a ona wkrótce potem się powiesiła. Podobno motocyklista stracił głowę, ale jechał dalej. Podobno to wszystko przydarzyło się znajomemu znajomego, który słyszał o tym od kolegi kuzyna przyjaciela, który to podobno znał kogoś mieszkającego nie tak daleko stąd, kto rozmawiał z naocznym świadkiem. Nieskończony łańcuszek legendy, wiecie doskonale, że to tylko fikcja, choć każdy zarzeka się, że przedstawione wydarzenia to „prawda autentyczna”. Nie mniej, kiedy obok przejeżdża czarne BMW o przyciemnianych szybach, które znika gdzieś w oddali, jesteście gotowi przysiąc, że widzieliście rogi zamiast lusterek. Że z bagażnika wystawały nogi trupa, któremu ktoś najpewniej wyciął nerkę, a teraz wiezie by przerobić na hamburgery. Staracie się opowiedzieć coś na rozładowanie napięcia, może „Fafik, Nutella!”, albo o studencie, który pijany nie mając sił wstać, rzucił butem w okno i wreszcie miał świeże powietrze, by rano odkryć, że but i owszem, szybę zbił, ale szybę w kredensie, nie mniej lęk pozostaje.



I takie lęki zebrał miłośnik podobnych legend, autor poświęconego nim portalu, ułożył alfabetycznie, połączył odnośnikami do podobnych zdarzeń, poszukał ich genezy i prawdziwych historii, które są im bliskie bądź analogiczne, obnażył fałszerstwa i zaprezentował czytelnikom. I zrobił to w takim stylu, że jego książka wciąga od pierwszych stron i nie pozwala się odłożyć ani na chwilę, co tu dożo mówić – zachwycając. Każdy z nas zna takie legendy, wiele z nich na pewno słyszał, ja sam na przełomie wieków, chodząc do podstawówki, dałem się wraz z rówieśnikami uwieść opowieści o Szatanie w czarnym BMW. Dlatego ta książka jest mi bardzo bliska i bardzo bliska będzie też większości czytelników, bo przecież opowiada o kawałku ich życia. Bo choć to tylko przekazywana ustnie opowieść była, choć żyło się nią ledwie przez chwilę, to jednak żyło. I czerpało emocje. W końcu w każdym z nas zostaje na zawsze już część dziecka, a dziecko to, które wyrosło z historyjek o Świętym Mikołaju, nadal chce wierzyć w podobne relacje.



Dlatego polecam Wam niniejszą publikację całym sercem. Jest to w końcu zbiór rzetelny, kompleksowy, lekko napisany, odwołujący się do konkretnych źródeł, prezentujący podobne opowieści z różnych storn świata. To wiwisekcja naszych lęków, naszego najnowszego folkloru i popkultury. Zbiór po prostu wspaniały i dlatego zachęcam Was do zapoznania się z nim, a wydawnictwu Media Rodzina dziękuję za udostępnienie mi go do recenzji.

poniedziałek, 14 września 2015

Alfie kot wielorodzinny - Rachel Wells




UROCZY KOT DOCHODZĄCY



Kot narratorem? Dlaczego nie! Poznajcie sympatycznego kota, który postanawia wziąć życie własne (i nie tylko) w swoje łapy!



Pani Alfiego umiera i to dla niego prawdziwa tragedia, kiedy jednak okazuje się, że krewni zmarłej, nie mając ochoty zajmować się zwierzakiem, planując oddać go do schroniska. Alfie ucieka z domu, szukać szczęścia gdzieś indziej. Szczęścia, pocieszenia… Każdy kot wie bowiem, że schronisko to jak wyrok śmierci. Życie na ulicy to jednak także koszmar, dlatego kiedy tylko dociera na spokojną londyńską uliczkę, którą ludzie dopiero zaczynają zamieszkiwać, postanawia, że już więcej nie dopuści do takiej sytuacji. Decyduje się na radykalny krok – zdobyć nie jedną rodzinę, a kilka. Tak będzie miał gwarancję, że jeśli jedna go opuści, ta druga stanie się oporą. W efekcie staje się kotem dochodzącym dla czterech rodzin, ale rodzin z problemami. By im pomóc, musi dokonywać rzeczy niemal niemożliwych …



Alfie to zwierzę urocze i urocza jest sama powieść. Napisana lekko i przyjemnie, czyta się w mgnieniu oka, a co najważniejsze nie nuży ani chwili. Dostarcza za to mnóstwo rozrywki, a zabawa, jaką serwuje nam Alfie, starając się poprawić ludziom humor i naprawić ich życia, potrafi uwieść. Szczególnie, że tok rozumowania naszego narratora, jego zwyczaje i kocie rozumowanie, potrafią częstokroć rozbroić. Podobnie zaciekawienie wzbudzają postacie ludzkie – młoda kobieta, której związek się rozpadł, mężczyzna w średnim wieku, którego dobija samotność, Polska rodzina tęskniąca za domem czy sąsiadka, która żywi irracjonalne obawy odnośnie własnego noworodka. Wszyscy oni zaczynają uwielbiać Alfiego i pomagać mu, Alfie zaś, sprytnymi metodami, nie bojąc się wyć w niebogłosy czy znosić upolowane zwierzęta w ramach najczęściej niechcianego prezentu, odwdzięcza się tym samym.



Efekt przypomina nieco „Sprawiedliwość owiec”, choć udomowionemu Alfiemu bliżej do ludzkiego rozpatrywania spraw, niż owczej żelaznej logiki. Sporo także mówi o nas samych, a na dodatek momentami potrafi wzruszyć. Czytelnicy docenili wszystkie te aspekty, zapewniając powieści miano bestselera, który wiele tygodni utrzymywał się na listach hitów, a już niedługo, bo w grudniu tego roku, cieszyć się będą mogli kontynuacją jego przygód.



Polecam więc, bo zabawa to naprawdę orzekająca, a wydawnictwu Amber składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

niedziela, 13 września 2015

Potępieni - Chuck Palahniuk




RECENZJA NAS SAMYCH



Jesteście tam, Czytelnicy? To ja, Michał.

Z okazji premiery polskiego tłumaczenia kontynuacji niniejszej powieści, postanowiłem przypomnieć sobie całość od początku. Zajęty innymi lekturami czytałem raczej z doskoku, ale kiedy tylko zasiadałem do czytania, inne bieżące lektury traciły na znaczeniu. I choć kiedy kilka lat temu powieść czytałem po raz pierwszy, umiarkowanie się nią zachwyciłem, teraz dopiero w pełni doceniłem siłę jej wyrazu i głębię.



Madison Spencer ma trzynaście lat, jest pulchna, jest wygadana, jest elokwentna, ale przede wszystkim jest martwa. Przedawkowała narkotyki i obecnie, potępiona i skazana na wieczność w Piekle, na zawsze tkwi uwięziona w wieku preadolescencyjnym, bez możliwości przeżycia pierwszej miesiączki i wszystkich tych seksualnych doznań, o jakich tyle słyszała od swoich wyzwolonych ex-rodziców, sławnych celebrytów wielbionych przez cały świat. Piekło jednak jest Piekłem tylko dlatego, że oczekujemy Raju. W Piekle wcale nie musi być tak źle, wystarczy ułożyć sobie życie. I tak wraz z seksowną Babette, punkiem Archerem, mózgowcem Leonardem i futbolistą – z tą paczką skazanych na wieczne potępienie nastolatków – kroczy przez krajobraz pełen płomieni, niedoskrobanych płodów, zmarnowanej spermy, przelanej krwi, wrzących wymiocin i największych zbrodniarzy w dziejach świata, próbując znaleźć swoje miejsce i rozpocząć godne życie pozagrobowe…



Geneza powstania tej powieści jest taka, że Palahniuk, zastanawiając się nad tematyką śmierci – co w jego wypadku nie jest niczym dziwnym, skoro planuje raz na dwa lata samobójstwo i sposobi się do niego tak by odnaleźć na nowo sens życia – doszedł do ciekawego wniosku, że zrozumienie śmierci przyjdzie tak, jak przychodzi zrozumienie dojrzewania. Lęki przed polucjami, pierwszym okresem, leki przed nieznanymi przemianami, zastąpione zostają faktem dokonanym i w jednej chwili wszystko wskakuje na swoje miejsce. I tak samo na swoje miejsce wskoczy wszystko, gdy tylko nadejdzie dla nas koniec. Wniosek prosty, oczywisty, ale czy ktoś sformułował go kiedykolwiek przed nim? Czy ktoś ubrał tak jak on w słowa to, co każdy czuł, ale nikt nie potrafił nazwać?



Tak zrodziła się Maddy, która musi zmierzyć się z faktem własnej śmiertelności, w kolejnych rozdziałach-listach do Szatana, snując swoją opowieść o postżyciu, jak i swojej przeszłości,



Dla Palahniuka temat Piekła powinien być rajem. Przynajmniej tym pisarskim. Autor o tak chore wyobraźni i tak kontrowersyjnych pomysłach, mógł odnaleźć w opowieści tej sadomasochistyczną rozkosz, którą zaraziłby czytelnika. Nie do końca tak to wyszło, nie do końca się spełniło, ale spełniło na tyle rewelacyjnie, że książka zachwyca. I jako jedyna, z tych, które czytałem, przeraża wizją Piekła. Nie jego okrucieństw i obrzydliwości, ale obrazem zamkniętej celi, w której większość z nas spędzi wieki popadając w coraz większy obłęd.



Oczywiście to wszystko stanowi jedynie pretekst do snucia o wiele bardziej ważkich rozważań o naszym konsumpcjonizmie, naszej hipokryzji i naszym postrzeganiu właściwie wszystkiego. To też ostra satyra na celebrycką brać, ale zarazem i naszą głupotę w wielbieniu tych sławnych ze sławy ludzi. Aktorów, pisarzy, wokalistów… Różni ją też styl, a różnice te widać na pierwszy rzut oka, przy samym przekartkowaniu powieści. Minimalizm i styl nie uległy zmianie, zmienił się jednak balans pomiędzy opisami a dialogami. Całości zaś bliżej do filozoficznej dysputy, do recenzji ludzkości, wiwisekcji naszego życia, naszej egzystencji, niż klasyczną powieść. Ale to nadal proza i proza na naprawdę wysokim poziomie.



Tradycyjnie także zaskakują zwroty akcji i konkluzje, a pisarstwo autora, choć nielekkie, satysfakcjonuje i poraża.



Kto więc ceni mądre, ambitne i głębokie książki, powieści posiadające niejedno dno i nie będące tylko tym, o czym opowiadają, stanowiące coś więcej ponad tworzące je słowa, niech się nie waha. Może „Potępieni” są kontrowersyjni, może co słabszym wywrócą żołądek na drugą stronę, ale tym, którzy nie boją się odważnych rzeczy, przyniosą tyle satysfakcji i przyjemności, że trudno będzie nie zachwycić się ich treścią.



Polecam gorąco, całym sercem, całym sobą i na koniec mówię jeszcze:
Ciąg dalszy nastąpi…

Grzegorz Lato - Marek Bobakowski




KSIĄŻKA NIE TYLKO NA LATO



Należę do ludzi, którzy ze sportem mają tyle wspólnego, co, cytując klasyk z praw Murphyego, ryba z rowerem. Nie uprawiam go, nie oglądam – jeśli jednak już mi się zdarzy, to zdarzy sporadycznie, wyjątek od reguły. Dlaczego więc sięgnąłem po książkę o Lacie? Nie wiem. To był impuls, jakaś chęć. I nie żałuję.



Kim jest Lato? Wbrew pozorom to pytanie uzasadnione. Bo czy jest legendą piłkarską, która sprawiła, że polska reprezentacja odnosiła sukcesy, jakie nigdy wcześniej, ani tym bardziej później, nie stały się jej udziałem. Czy może tym znienawidzonym prezesem PZPN, który stał się prawdziwą pożywką dla satyryków. Gdzie szukać prawdy i równowagi w tym portrecie? I co właściwie stoi za oboma tymi obliczami? Skąd wziął się Grzegorz-mistrz a skąd Grzegorz-prezes-porażka? I czy na pewno podział ten jest tak czarno-biały, jak zdają się krzyczeć media i tabloidy?



Od przyjścia na świat w rodzinie, która co chwilę przenosiła się w inne miejsce Polski z powodu pracy ojca, przez złote lata kariery, która uczyniła z niego króla strzelców, po prawdziwy upadek. Taką podróż przez losy Laty odbywa autor, a wraz z nim drogą tą podążają czytelnicy. I nawet jeśli, tak jak i ja, nie są fascynatami sportu, mogą w biografii tej odnaleźć wiele fascynujących rzeczy. Oczywiście kibice, jako grupa docelowa, znajdzie tu najwięcej dla siebie – szczególnie, jeśli z sentymentem i łezką w oku wspomina tamte minione lata. Znajdzie wspomnienia, kulisy, porcję statystyk. Co czeka na resztę? Portret pewnych czasów i to, jak za czasów tych było. Portret tego, co działo się na backstage’u sławy i sportu minionej epoki. I porter ludzi, a także zmian.



W łatwym przyjęciu treści pomaga zdecydowanie styl. Lekki język, ludzkie podejście i szczerość. Próba ukazania prawdy, takiej, jaka była. Ale też i pokazania zdania ludzi. Wspomnień, które nie tylko potrafią odbrązowić legendę, ale obalić z posad cały pomnik.



Jeśli szukacie podobnej lektury, jeśli lubicie polską piłkę nożną ze złotej ery, jeśli chcecie zobaczyć drogę jaką przechodzi większość legend, co do których miewa się (zbyt?) duże oczekiwania, sięgnijcie śmiało. Dostaniecie to, czego chcecie. A ja dziękuję wydawnictwu JK za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

sobota, 12 września 2015

Antystresowe kreatywne kolorowanie dla dorosłych: Piękne ogrody




KOLOROWE KREACJE



Moda na kolorowanki dla dorosłych, jaka zawitała do naszego kraju z ziemi mód wszelakich, Francji, trwa na dobre i nic nie zapowiada tego, by miała szybko przeminąć. Co jest w niej takiego, że podbiła serca rzeszy ludzi?



Zasiadając przed klawiaturą zadałem sobie jedno proste pytanie – jak zrecenzować kolorowankę. Potem zdałem sobie sprawę, że określenie ”kolorowanka” nie jest w tym wypadku adekwatnym słowem. Bo z czym kojarzy nam się kolorowanka właśnie? Z prostą książeczką dla dzieci uczącą wyobraźni, artyzmu i pierwszych kroków na drodze do precyzji, kiedy trzeba starać się by nie wyjść kolorem poza linie rysunku. Pozycje dla dorosłych, choć podobne w formie, bardzo się od nich różnią. I nie chodzi o to, że na ilustracjach znajdują się rzeczy dla dzieci nieodpowiednie, a o stopień skomplikowania rysunków. Skomplikowanie to zaś jest tutaj stopniowane, oferując przekrój od prostszych rysunków do pokrycia barwami w jedno popołudnie, do zdecydowanie dalece bardziej rozwiniętych, które zapewnią wiele godzin rozrywki.



Co znajdziemy na stronach „Pięknych ogrodów”? Oczywiście rośliny – tak kwiaty, jak i liście, owoce nawet – ale także i całe mnóstwo owadów czy ptaków, te natomiast przeplatane są ozdobnym wzornictwem ściśle z tematem związanym.



Efekt całości to wiele stron pięknych ilustracji, które często aż szkoda kolorować, a zarazem wiele godzin dobrej zabawy, dla fanów aktywnego, artystycznego spędzania czasu, która może natknąć do własnej twórczości. Taki odpowiednik sudoku dla osób ceniących estetykę. Lubicie tego typu rzeczy? Sięgnijcie śmiało, po ogrody czy też inne pozycje – jest ich w końcu na tyle dużo, że każdy znajdzie dla siebie coś miłego.



A ja dziękuję wydawnictwu Amber za udostępnienie mi tej pozycji do recenzji.

czwartek, 10 września 2015

Gregor i Przepowiednia Zagłady - Suzanne Collins




GREGOR I POWRÓT DO PODZIEMIA



W finale „Niedokończonej Przepowiedni” Gregor usłyszał o istnieniu kolejnej, tajemniczej Przepowiedni Zagłady. Teraz nadeszła pora by dowiedział się czym ona jest!



W życiu nastoletniego Gregora znów nie dzieje się dobrze. Powrót do domu i odzyskanie taty to jedna strona medalu, drugą stanowią problemy finansowe. Tata także nie powrócił jeszcze do zdrowia. Chłopiec podejmuje się więc pomocy sąsiadce, która za drobne zadania daje mu pieniądze, często także i jedzenie. Ale prawdziwe kłopoty zaczynają się, gdy pewnego zimowego popołudnia Gregor wybiera się wraz z siostrą Botką na sanki. Chwila nieuwagi wystarcza, by dziewczynka zniknęła, porwana przez Karaluchy z Podziemia. Jedyną szansą na jej ratunek staje się powrót  do krainy, jaka rozciąga się pod powierzchnią Nowego Jorku. Co to wszystko ma jednak wspólnego z Przepowiednią Zagłady?



Drugi z pięciu tomów przygód Gregora niemal od razu rzuca czytelników w wir przygód i znów zmusza bohatera do walki nie tylko o życie własne i bliskich, ale także losy całego Podziemia. Oczywiście w tych trudach nie jest sam, a prawdziwa przyjaźń potrafi przecież zdziałać cuda.



I to właśnie o przyjaźni głównie – i o wojnie – opowiada pięcioksiąg autorstwa Suzanne Collins, a wraz z opowieścią tą przyswajane są przez młodych czytelników różne wartości. I prawdy o życiu. Wszystko oczywiście podane w lekkim, łatwo przyswajalnym stylu, szybkie i dynamiczne, bez dłużyzn i przestojów. Jednym słowem – takie, jakiego oczekuje współczesny dziecięcy czytelnik, wychowany przecież na rzeczach tworzonych niemal w myśl olimpijskiej zasady, więcej, mocniej, szybciej…



Miłe dla oka jest także staranne wydanie o przyciągającej uwagę okładce i czcionce, która ułatwia czytanie, nie męcząc wzroku.



Komu podobał się pierwszy tom Gregora, drugi dostarczy mu nie mniej radości i zabawy, dlatego wszystkim fanom, jak i po prostu lubiącym tego typu lekką fantastykę dla młodych, polecam – Przepowiednia zagłady już od 23 września w sprzedaży – a wydawnictwu IUVI dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Między światami. Moje życie i niewola w Iranie - Roxana Saberi




GDY PRAWDA KOSZTOWAĆ MOŻE ŻYCIE



Zerwij z siebie hedżab.

Zrzuć z siebie czador.

Obnaż siebie i prawdę.



Roxana Saberi, amerykańska dziennikarka przyjeżdża do Iranu, gdzie chce napisać książkę o tym, jak wygląda codzienne życie Irańczyków Zakochana w egzotycznym kraju, w egzotycznej kulturze i życiu, nie chce szybko stąd wyjeżdżać, pomimo niegościnności jaką miejsce to wykazuje w stosunku do kobiet. I oto rankiem ostatniego dnia stycznia roku 2009 odwiedza ją listonosz przynoszący list. Roxana niewiele rozumie z treści, za to uderzają ją słowa „więzienie Evin”. Dodatkowy strach wzbudza fakt, ze „listonosz” nie pozwala jej zamknąć drzwi, a trzej kolejni mężczyźni nadbiegają od strony windy.

Zabrana z domu, aresztowana bez poszanowania żadnych praw, skazana zostaje na 8 lat pozbawienia wolności za szpiegostwo i osadzona w Evin – miejscu, z którego, jeśli w ogóle się wychodzi, to na pewno nie jako ten sam człowiek, którym się weszło. Pomimo groźby śmierci, Roxana zaczyna walkę o sprawiedliwość i wolność, poruszając serca ludzi na całym świecie…



Teraz zaś, wolna już, mieszkająca z powrotem z Stanach Zjednoczonych, oferuje nam książkę będącą drobiazgową relacją tego, co musiała przejść, co musiała zrobić i co w sobie zabić, żeby przetrwać. Jak można poradzić sobie z ciągłym zagrożeniem, jak przetrwać patrząc na los współwięźniów? I jak w państwie o takiej polityce zawalczyć o swoje racje?



Opowieść o koszmarze teherańskiego więzienia, przeplata się tu z opowieściami o ludziach i o samym Iranie. Ale Iranie obnażonym – ani zbędnie turystycznie kolorowym, ani ponuro czarnym. Bo nigdzie nie ma tylko ciemności, światełko w tunelu znajdzie się zawsze, jedyne, co trzeba mieć to siłę i chęci. A Roxana miała i to, i to – i na dodatek wielki hart ducha, który pozwolił jej dokonać niemożliwego. Dokonać, ale też zmierzyć się z traumą poprzez opisanie jej i zaprezentowanie światu, choć wielokrotnie było to bolesne i skrajnie trudne. Wyszła z tego książka mocna i ważna, szczególnie w dobie zagrożenia, jakie płynie do Europy od strony Bliskiego Wschodu. Tym bardziej więc warto sięgnąć po „Między światami” i zobaczyć choć ułamek tamtego świata i tego, co się w nim kryje.



Polecam, książka w sprzedaży już od 23 września, a wydawnictwu SQN składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

środa, 9 września 2015

The Walking Dead. Żywe Trupy. Zejście - Jay Bonansinga




ZWYCIĘSKI POCHÓD TRUPÓW TRWA



W książkowej części uniwersum „Walking Dead” zaczyna się nowy rozdział. I nie tylko dlatego, że Jay Bonansinga przejmuje w pełni stery nad opowieścią, przez Kirkamana jedynie nadzorowany dla spójności materiału, Gubernator przecież nie żyje, Woodbury zostało pokonane… Potrzebna jest zmiana warty, a kto nadaje się do tego lepiej, niż doskonale nam już znana Lilly Caul?



Gubernatora nie ma już wśród żywych, ale to nie czas na żałobę. Mieszkańcy Woodbury muszą zapewnić sobie bezpieczeństwo, a to nie łatwe zadanie. Na ich czele staje Lilly Caul, która chce zaprowadzić własny porządek, ale przede wszystkim zmuszona jest stawić czoło największemu atakowi Zombie jaki dotychczas nastąpił. Atakowi, którego celem jest Woodbury właśnie…



Trylogia Gubernatora dobiegła końca wraz z jego upadkiem, nie mniej nowe rozdanie, choć śmiało można czytać je bez znajomości poprzednich tomów, nie stanowi powieści w pełni autonomicznej. Nie ma już Blake’a, ale towarzyszy nam przecież cała reszta mieszkańców Woodbury, a w szczególności Lilly. Lilly, która stanowiła poniekąd główną bohaterkę poprzednich książek, a która oczywiście nie traci i teraz swojego statusu.



Sama powieść zaś, jej treść i akcja, to kolejna porcja tego, co fanom „Żywych Trupów” podobało się dotychczas – dużo akcji, sporo brutalności, elementy gore i czysty survival horror. A wszystkiego więcej, mocniej i jakby w większym oderwaniu od materiału źródłowego, choć pozostając z nim w zgodzie. Czyta się to lekko i często z niemałym napięciem, a smaczki pozostawione dla fanów, szansa na rzut oka na zdarzenia znane z komiksu/serialu z innej perspektywy, stanowią jak zwykle przyjemny element.



Zresztą same „Walking Dead” to już klasa sama w sobie, wielkimi krokami zbliżająca się do stania klasyką (bo status dzieła kultowego przecież już posiada), największy komercyjny i artystyczny sukces w tematyce Zombie od czasów filmów George’a Romero. Dlatego fani horrorów powinni poznać losy grupki bohaterów zmuszonych walczyć o życie i człowieczeństwo. Nowy rozdział to znakomita ku temu okazja i szansa na wkroczenie do świata, jaki wykwitł w umyśle Roberta Kirkmana, jeśli ktoś jeszcze jakimś cudem nie otarł się o niego. Polecam, a wydawnictwu SQN składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.



Książka od dziś (9 września 2015r.) dostępna w sprzedaży.

Dwa szczęścia do wyboru - Taylor Jenkins Reid




NA ROZSTAJU DRÓG



Literatura kobieca nie jest moją domeną, ale z drugiej strony nie lubię rozróżnienia na „literaturę kobiecą”, „męską”, „dziecięcą” czy „młodzieżową”. Jedyny podział jaki uznaję, to podział na książki dobre i złe. Po „Dwa szczęścia…” sięgnąłem więc, bo zaintrygowała mnie forma powieści i pomysł na jej poprowadzenie, a co z tego wyszło?



Historia opowiedziana w powieści jest dość prosta. Oto dobiegająca trzydziestki kobieta, Hannah, po nieudanym związku powraca do miasta, w którym się wychowała – Los Angeles. Nie mając gdzie się podziać i co ze sobą zrobić, próbując poukładać własne, niełatwe życie, zamieszkuje na razie u najbliższej przyjaciółki, a także wybiera się na imprezę. Spotkanie z dawnym ukochanym, mężczyzną, z którym wiązała ją najszczersza chyba w jej życiu miłość, stawia ją na rozstaju dróg, dając wybór: wyjść z nim, czy wrócić z przyjaciółką do domu… Hannah podejmuje decyzję. A raczej decyzje, bowiem rozdział po rozdziale poznajemy konsekwencje dokonania każdego z wyborów…



I tu powinienem napisać coś zbliżonego do klasycznej recenzji, ale wybaczcie mi – nie zrobię tego. Nie będę trzymał się reguł. Zrobię to, co czuję, że powinienem – pokaże Wam konsekwencję dwóch wyborów przeciętnego czytelnika.

Czytelnik przychodzi do księgarni, staje przed półką z literaturą traktującą o miłości i waha się co wybrać. „Dwa szczęścia do wyboru” i”xxxxxxx” brzmią intrygująco, ale pieniędzy wystarczy na jedną. Decyduje się więc na:



„Dwa szczęścia…” i wpada. Książka wciąga go, wprawdzie w kilku miejscach tłumaczenie nieco kuleje, ale fabuła, emocje, to coś, co urzeka go i nie pozwala się oderwać. A wybory i dylematy moralne, plus fakt, że powieść to wprawdzie romans, ale jednak romans ambitny, ciekawy i nieszablonowy, tylko utwierdzają go w słuszności podjętej decyzji. Kiedy zaś wreszcie kończy czytać, z satysfakcją odkłada powieść na półkę.



„xxxxxxx” i na początku jest fajnie, jest miło, ale po pierwszym rozdziale nadchodzi drugi, potem trzeci i coś zaczyna być nie tak. To wszystko już było, schemat goni schemat, a przewidywalny finał następuje pozostawiając po sobie znudzenie. Czytelnik odkłada książkę na półkę, ale wie już, że sprzeda ją czy wymieni. Odwiedza znajomego, widzi „Dwa szczęścia…”, pożycza i wreszcie bawi się tak, jak chciał. Ale kiedy chce kupić powieść, bo chce posiadać – niestety, w księgarni książki brak.



Jeśli więc chcecie ambitnego, pomysłowego romansu, połączonego z udaną stroną obyczajową, chyba wiecie, jakiego wyboru powinniście dokonać J A ja dziękuję wydawnictwu Amber za udostępnienie mi powieści do recenzji.

wtorek, 8 września 2015

Batman: Arkham Asylum




W AZYLU NASZYM NIE JEST ŹLE



Jako człowiek, który w gry gra góra godzinę dziennie a i to nie każdego dnia, który robi to jedynie dla odstresowania i krótkiej chwili rozrywki, trudno mi zachwycać się nie wiadomo jak tym medium. Bo brak głębi, bo gra nie porusza przy okazji ważkich tematów, bo powtarzalność zadań, bo to, bo tamto… Dlatego tym bardziej może dziwiąc fakt, że „Batman” Arkham Asylum” dostaje ode mnie 9/10 gwiazdek oceny, ale ocena ta jest w pełni w tym wypadku zasłużona, jako że „AA” jest definitywnie grą nr 1, jaką miałem okazję przejść.



Wbrew tytułowi, fabuła to nie adaptacja znakomitego komiksu duetu Morrison/McKean, a historią przedstawiającą kolejne aresztowanie Jokera przez Batmana. Joker trafia do Azylu, Batman go eskortuje – całość jednak okazuje się pułapką. Plan śmiejącego się psychopaty jest taki, by opanować Arkham i urządzić Batkowi masakrę z rąk wszystkich tych, którzy trafili to  jego ręki. Riddler, Bane, Scarecrow, Poison Ivy, Killer Crock… Batman w ciągu nocy zmuszony jest stawić czoło największym wrogom, a zarazem swoim koszmarom…



W tym miejscu aż prosi się, by sparafrazować słowa piosenki Kaczmarskiego, „Przedszkole” – „W azylu naszym nie jest źle, zabawy mamy tutaj w bród, i całe dnie bawimy się, w coraz to inny trud”. Tak można podsumować „AA”. Poza zabawa i zmaganiami jednak, gra oferuje coś, co jest nieocenione dla fanów – bogactwo nawiązań. Gdyby nie to, dłbym 7-8 gwiazdki oceny, na szczęście odniesienia do „Arkham Asylum”, „Knightfall”, „Zabójczego żartu” i wielu, wielu innych dzieł, to coś, co zaważyło w decydujący sposób.



To, fajna fabuła plus genialne sceny starć ze Strachem na Wróble!



Z minusów muszę wspomnieć o nieco zestarzałej już grafice (przynajmniej jeśli chodzi o postacie), kiepskim layoucie Harley Queen i tym, że bohaterowie padają za każdym razem chwytając się za głowę, Batman zaś nie wchodzi na połowę powierzchni, po których chciałbym poskakać. Rekompensują tą jednak tryb walki i drobiazgi pokroju psującej się coraz bardziej peleryny. Niby nic, a jak wiele.



Tak więc „AA” bez wahania nazwę mianem rewelacji, a kiedy tylko skończę chalange mode, instaluję City, bo płytki z kontynuacją już od dawna spoglądają na mnie z półki, wołając bym je obgrał.

Gregor i Niedokończona Przepowiednia - Suzanne Collins




GREGOR NAZIEMNY



Zanim Suzanne Collins napisała dzieło swojego życia, czyli „Igrzyska śmierci”, a po tym, jak doceniono jej pracę dla telewizji, na rynku wydawniczym ukazał się pierwszy tom Gregora – jej debiutancka powieść. Teraz, dwanaście lat po tym wydarzeniu, Gregor pojawił się wreszcie na polskim rynku.



Tytułowy bohater ma jedenaście lat i problemów dość, by obdarzyć nimi kilka osób. Z powodu choroby babci i konieczności opieki nad młodszą siostrą, Botką, zamiast wybrać się na wakacje, zostaje w domu, odstępując tę przyjemność drugiej siostrze. Jakby tego było mało, kilka lat temu jego ojciec zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach, a na domiar złego, Gregor wraz z Botką, podczas robienia prania, znajduje w piwnicy dziwne przejście. Wystarcza chwila, by na kształt „Alicji w krainie czarów”, przedostać się do innego świata – świata podziemnego, zamieszkanego tak przez ludzi, jak i niesamowite istoty. Próba wydostania się z nowej rzeczywistości kończy się jeszcze gorszymi kłopotami, a mianowicie zaczątkiem wojny. Wojny, którą przepowiedziano, tak jak pojawienie się Gregora. Gregor nie wierzy, iż jest obiecanym wojownikiem, ale nie zamierza przepuścić okazji ocalenia ojca, który znajduje się w niewoli wrogów…



Zamysł Collins na debiut był taki, by uwspółcześnić najbardziej znane baśniowe motywy, tak by stały się atrakcyjne (a przynajmniej atrakcyjniejsze) dla czytelników czasów obecnych. Na warsztat wzięła więc „Alicję w krainie czarów” i rzuciła swojego bohatera przez dziurę w ziemi w sam środek obcej krainy, która rządzi się swoimi prawami. To tam niepewny siebie chłopiec, znaleźć będzie musiał odwagę i siłę. Będzie musiał zmierzyć się z zagrożeniem, odnaleźć przyjaźń i wszystkie zapomniane wartości, a także opiekować się siostrą Botką, której szczerość i żywiołowość urzeka nie tylko mieszkańców Podziemia.



Miesza tu Collins nie tylko „Alicję…”, ale także coś z „Hobbita”, coś z „Opowieści z Narnii”, coś z jeszcze innych klasycznych dzieł, coś stąd, coś stamtąd, snując szybką, dynamiczną i lekką, prostą stylem, opowieść dla dzieci. Nie stroni także od tego, bez czego podobna literatura nie może istnieć –  nauki poprzez zabawę. Nauki wartości, ale też i pewnych faktów z życia pomniejszych (w naszym świcie) stworzeń. O tych dopowiada jeden z dodatków, obok którego znajdziemy kilka bonusów, jak choćby swoisty wywiad z pisarką, porady jak stworzyć własne Podziemie czy szyfr – rzeczy, jakie uwielbiałem będąc dzieckiem.



Dlatego „Gregora…” polecam młodym czytelnikom, którym podobała się wspomniana wyżej klasyka, albo po prostu lubią przygodową fantastykę. Może przy okazji skuszą się do poznania także i tych dzieł, które wpłynęły na kształt „Niedokończonej przepowiedni”? Kto wie… Dziękuję wydawnictwu IUVI za udostępnienie mi egzemplarza powieści do recenzji.

Opowiem ci mroczną historię. Zbiór opowiadań grozy - Stefan Darda




OPOWIEDZIAŁ 9 MOCNYCH HISTORII



Każdy autor, który doczekuje się gatunkowej szufladki i staje się ceniony w tym, co robi, prędzej czy później zmierzyć się musi z różnymi aspektami swojego gatunku. I na każdym polu z nim związanym, znaleźć spełnienie. Darda, człowiek, który bez dwóch zdań zasługuje na miano jednego z mistrzów polskiej literatury grozy, napisał już powieść samodzielną, napisał też cykl, teraz nadeszła pora na zaprezentowanie krótkich form i tego, jak sobie z nimi radzi. A jak sobie prowadził?



Był czas, kiedy moja przygoda z literaturą ograniczała się do magazynów z fantastyką. Odrzucałem jednak większość SF, odtrącałem Fantasy, pochłaniałem natomiast horror. I było to coś cudownego. Opowiadania bliższe zawsze były filmowej grozie, którą oglądałem obsesyjnie, nie bawiły się we wprowadzenia, atakowały od razu zmysły, epatowały tak brutalnością, jak i klimatem. Uwielbiałem tą bezkompromisowość, ale od dawna jej nie doświadczałem. Wystarczyło jednak kilka pierwszych zdań „Opowiem ci…”, akapit czy dwa, bym poczuł się nie tyle jak w domu, ale jak ten dzieciak jeszcze przecież, który dopiero horror odkrywał, i z miejsca zachwyciłem krótkimi formami Dardy.



Opowiadania, które serwuje nam autor na łamach tego tomu, po części znane już wcześniej, po części zupełnie nowe, to wiwisekcja najróżniejszych naszych lęków. To tu bohater pracujący w radiu, dostaje telefon od słuchaczki, która przez jego słowa popełnia samobójstwo na antenie, tu spotykamy wampira, czy dostajemy gwiazdkową propozycję zarobienia dwóch dych. Jest i klimat i groza, jest także niepokojąca psychologia czy zło jak najbardziej ludzkie. To, które drzemie w nas samych. Zło i mrok, te, które każą nam stanąć na krawędzi, spojrzeć w dół i zrobić krok w przód, te, przez które chwytamy za katanę i ostrym cięciem chcemy rozwiązać nasze problemy.



Co najważniejsze jednak, Darda autentycznie przejmuje czytelnika. Bohaterami, tym, co ich spotyka i tym, co tkwi im w głowie. Realizmem i realnością. Podaje to wszystko lekkim stylem, ale lekkość nie odbiera całości należytej wagi. Całość tą zaś uzupełnia genezą powstania poszczególnych tekstów, a wisienką na torcie staje się staranne wydanie z rewelacyjną okładką Dariusza Kocurka.



Dlatego finalna ocena, będzie oceną, jakiej nie dałem żadnej książce grozy od baaaardzo dawna, 8/10 gwiazdek. I dlatego też nie powinno Was zaskoczyć, że będę Was zachęcał, namawiał, do sięgnięcia po „Opowiem ci mroczną historię”, jeśli tylko mroczne historie lubicie. Ja bawiłem się rewelacyjnie i wiem, że jeszcze nie raz powrócę do poszczególnych tekstów zbioru, żeby po raz kolejny przeżyć te emocje. Polecam, gorąco, mocno, a wydawnictwu Videograf składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

piątek, 4 września 2015

Dom na wyrębach - Stefan Darda




DOM STRACHÓW



Moją przygodę z Dardą zacząłem od może niewłaściwej strony, bo od jego opus magnum, jakim niewątpliwie jest „Czarny Wygon”, ale na pewno w sposób bardzo udany. Teraz nadeszła pora zmierzyć się z jego debiutancką powieścią i – nie ma co ukrywać – z pojedynku tego wychodzę bardzo usatysfakcjonowany.



Lipiec roku 1995. Marek Leśniewski, wykładowca prawa, przenosi się w sam środek głuszy, do okazyjnie kupionego domku w tytułowych Wyrębach. Zdrada, jakiej dopuścił się wobec żony, sprawiła, że porzucił życie w mieście. Wieś jednak nie wita go zbyt ciepło. Ledwie chwilę po przeprowadzce zaczynają dziać się dziwne rzeczy – ktoś przestawia bądź niszczy rzeczy w domku. Wandale? Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że do środka nikt nie byłby w stanie wejść? A może winny jest dziwny sąsiad, człowiek, którego niejeden podejrzewa o morderstwo, choć oficjalnie oczyszczono go z zarzutów. Co dzieje się w Wyrębach? Jakie tajemnice skrywa okolica i jej mieszkańcy?

Przekonajcie się!



Darda to zdecydowanie najlepszy z rodzimych pisarzy grozy, który przytacza doskonale znane nam lęki, lęki tradycyjne i te graniczące z miejską (a raczej wiejską) legendą, i wyciska z nich wiele potencjału. Duchy? Nawiedzony dom? Dziwny sąsiad? Zbrodnia? Mroczna sceneria? To wszystko już było, ale autor nie próbuje udawać, że odkrywa nowy ląd – odkrywa natomiast nowe jego strony. W „Domu…” jednak nie groza, a coś innego staje się (przynajmniej w pierwszej połowie) tematem numer jeden, który stanowi prawdziwą przyjemność – natura i wieś. Pilipiuk, który zresztą wypowiada się na okładce powieści, nazywany jest największym piewcą polskiej wsi od czasu Reymonta, Dardę trzeba więc nazwać największym piewcą polskiej wsi w literaturze grozy. Opisy przyrody i wiejskiego życia nie dość, że w punkt trafione, są u niego realistyczne i urzekające. A co najważniejsze chyba pierwszy raz spotkałem się z tym, aby przedstawianie na poważnie gwary, nie wypadło śmiesznie czy sztucznie, a to duża sztuka.



Omawiając „Dom na Wyrębach” trzeba także koniecznie wspomnieć o postaci przyjaciela głównego bohatera/narratora powieści, człowieka na wskroś urzekającego. Człowieka, który wulgaryzmy stosuje jako synonimy i interpunkcję, którego powiedzeń nie powstydziłaby się klasyka polskich na tym polu dokonań, ale który jest zarazem do rany przyłóż. Podobnie intrygująco przedstawia się sąsiad Marka, ale wątek ten trzeba już poznać samemu. To wszystko, to zderzenie powagi z humorem, spokojnej, sielskiej scenerii z mrocznymi elementami i mieszczucha z tradycją grozy, czyta się po prostu znakomicie i bez chwili nudy, a do tego z pewną porcją wzruszeń. I oczywiście chce więcej, a że Darda na jednej książce nie postał, jest za czym się rozejrzeć. Kochacie grozę? A może tylko cenicie albo lubicie? Nie ważne, sięgnijcie, bo sięgnąć jest po co. Polecam. Zachęcam. A wydawnictwu Videograf składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza powieści do recenzji.

czwartek, 3 września 2015

Zupełnie niespodziewane zniknięcie Atticusa Craftsmana - Mamen Sànchez




GOTOWE NA WSZYSTKO



Atticus Craftsman zaginął. Jego ojciec wraz z tłumaczem przybywa do Madrytu zgłosić tę sprawę. Jego syn, typowy Anglik, który bez zapasu Earl Greya i porcji lektur, nie ruszał w drogę, przyjechał do Hiszpanii w sprawach służbowych, a dokładniej w celu zamknięcia upadającego wydawnictwa. Na jego drodze stanęła nieprzewidziana trudność w postaci kobiecej załogi wzmiankowanego wydawnictwa. Kobiety te nie dość, że piękne, okazały się dosłownie gotowe na wszystko. Teraz Atticusa nie ma. Ale co się z nim stało? Inspektor Manchego rozpoczyna poszukiwania, wszystko jednak wskazuje na to, że nawet samemu Atticusowi taki stan rzeczy jest jak najbardziej na rękę…



By oddać klimat tej książki, nie wystarczy streścić kilku rozdziałów, zaprezentować główny wątek fabularny, bo znika gdzieś ta ulotna nuta, która decyduje o całym odbiorze. Zanim więc skupię się na konkretach, poproszę Was o chwilę zaangażowania wyobraźni. Przypomnijcie sobie filmy Almodóvara, jego lżejsze komedie z dawnych lat, przywołajcie serial „Gotowe na wszystko”, a na koniec dodajcie do tego to, co czuliście oglądając francuskie komedie plus szczyptę angielskiego dystyngowania. Gotowe? Jeśli tak, macie już pewne pojęcie o tym, co otrzymacie czytając „Actticusa…”. Dużo humoru, sporo akcji, porcję romansu i jakąś taką pozytywną wesołość zaszczepioną przez proste przecież słowa. Mamen Sánchez, autorka wcześniej w Polsce nie znana, choć w rodzinnej Hiszpanii bestselerowo popularna, pisze bardzo lekko, bardzo przyjemnie i bardzo wesoło. Postacie nie są może typowymi bohaterami z krwi i kości, bliżej im do reprezentowania konkretnych archetypów i stereotypów, ale nie brak im też prawdziwości. Chłodno-brytyjski Craftsman (a raczej Craftsmanowie, bowiem ojciec Atticusa też nie należy do przesadnie hiperaktywnych ludzi), zadufany, średnio kompetentny Manchego, jakże bliski Don Kichotowi, piękne, zawzięte kobiety… W towarzystwie takich bohaterów nie można się nudzić.



Drobne smaczki i nawiązania są także jak najbardziej in plus. A już scena ze spotkania ducha Tolkiena (spokojnie, nie zdarzam tu zbyt wiele, wydarzenie to ma miejsce na samym początku powieści, w retrospekcjach Atticusa) to rzecz, która rozbroiła mnie totalnie.



I taka właśnie jest ta powieść – rozbrajająca. Lekka lektura w sam raz na kilka chłodniejszych wieczorów, jakie właśnie nastały, szybka w lekturze. Komedia, którą chętnie zobaczyłbym przeniesioną na taśmę filmową. Dlatego zachęcam Was do wybrania się wraz z Atticusem do Madrytu, gdzie na skrzyżowaniu gorącej hiszpańskiej krwi i angielskiego spokoju, zrodzi się wiele pozytywnych emocji. A wydawnictwu Media Rodzina składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Very Good Lives: The Fringe Benefits of Failure and the Importance ofImagination - Joanne Kathleen Rowling




BARDZO DOBRE ŻYCIE: KORZYŚCI DODATKOWE PORAŻKI, A WAGA WYOBRAŹNI



J.K. Rowling nie jest kojarzona z dzieł typu non fiction. Autorka, która urzekła świat Harrym Potterem, a która potem, literaturą dla dorosłych, pokazała, że nie jest w stanie stworzyć niczego naprawdę udanego ponad to, niczego ponad przeciętność, w między czasie, bo w roku 2008 popełniła publikację nieświadomą. Pierwotnie tekst ten był niczym więcej, jak mową, którą wygłosiła na Harvardzie,  Rowling jednak, jak z Kingiem, paragon mogłaby sprzedać, gdyby tylko skrobnęła na nim z jedno słowo, dlatego „Fringe…” wkrótce ukazało się jako książka.



I co?



Zanim przejdę do sedna, wypadało by powiedzieć coś o treści, ale co powiedzieć można, skoro tytuł opowiada już wszystko? Skoro sam tekst jest dość krótki i pisanie o nim mija się z celem, jeśli nie chce się zdradzić tego, co czytelnik powinien przeczytać? Nie mniej spróbuję. Co Rowling oferuje w swojej mowie? To przede wszystkim sceny z jej życia, główną z nich stanowi zaś największa porażka w jej życiu – kiedy została bez pracy, męża i pieniędzy, za to z malutkim dzieckiem. Jak to przeżyła, jak podźwignęła się itd. Fani znajdą tu nieco kulisów Harry’ego Pottera, bo bez tego oczywiście obejść się nie mogło, ale to, co najważniejsze, znajdą fragment naprawdę przejmujący – a mianowicie okres pracy J.K. dla Amnesty International i wiążące się z tym opowieści, autentyczne historie o ludziach, którzy doświadczyli niewyobrażalnego okrucieństwa.



Efekt jest taki, że całość przyznaję, może naciągane, ale jednak – 8/10 gwiazdki. Ocenę rzadko przeze mnie dawaną, za to tym razem należącą się, choć przyznam, że do „Fringe…” podchodziłem nie tylko z obawami, ale też najzwyczajniejszym w świecie przekonaniem, że będę się nudził i rozczaruję koszmarnie. Nie rozczarowałem, stąd moje polecenie tego tekstu, absolutnego must read dla fanów autorki. A kto chciałby się z nim zapoznać, bez trudu znajdzie go w sieci na stronie http://harvardmagazine.com/2008/06/the-fringe-benefits-failure-the-importance-imagination

wtorek, 1 września 2015

Zakon Mimów - Samantha Shannon




MIMowolne ofiary



Ucieczka z Szeolu I to dopiero początek. Pociąg, którym Paige wraz z pozostałymi zbiegami zdołała wymknąć się z kolonii karnej, a więc i z rąk pewnej śmierci, nie prowadzi wprost do wolności – ostatnim przystankiem jest Archon, gdzie roi się od wrogów. Ci, którym uda się zbiec do Sajon Londynu, staną się najbardziej poszukiwanymi z ludzi, a w szczególności Paige, która stara się za wszelką cenę przekonać przywódców przestępczego świata do wiary w Refaitów, Emmitów i wszystko, co się z nimi wiąże. Refaici zaś, nie mając nic do stracenia, gotowi są na wszystko, by tylko osiągnąć swoje cele. Zaczyna się zabawa w kotka i myszkę, w której stawką jest życie mnóstwa ludzi…



Hide ‘n’ seek to najlepsze określenie „Zakonu mimów”. Ukrywanie się, poszukiwania, ciągła ucieczka i walka. Walka o wolność, ale wolności nie ma nigdzie, jest tylko zagrożenie. Mimowolną ofiarą jest tu każdy, kto sprzeciwił się ustalonym normom – nie ważne, że sprzeciwieniem jest moc nadana przecież z urodzenia. Moc, której pragną Refiaci, a za którą tak łatwo jest zginąć. W takim klimacie, przepełnionym na dodatek polityką i spiskami, na tle futurystycznego Londynu, dzieje się akcja drugiego, równie dobrego jak pierwszy, tomu „The Bone Sesaon”.



Stylistycznie rzecz jest bez zmian – to samo lekkie pióro, takie same poprowadzenie akcji, i choć fabuła zasadniczo uległa zmianie, nadal jest to ten sam stary dobry „Sezon Żniw”. Akcja atakuje czytelnika od pierwszych stron, nie brak jednak też spokojniejszych momentów, rozbudowana została również mechaniki świata, a i kilka nowości także znalazło tu dla siebie miejsce. Efekt jest taki, że książki tej nie czyta się, a pochłania. Lekko, szybko i z przyjemnością. Bo choć to stricte rozrywkowa seria, stanowi zarazem rozrywkę na znakomitym poziomie. Rozrywkę bliższą dawnej fantastyce niż obecnym trendom, a zarazem świetnie się w te trendy wpasowującą.



Kto lubi takie klimaty, będzie więcej niż zadowolony i nie pożałuje czasu spędzonego nad „Zakonem Mimów”. A czas ten wcale nie będzie krótki – powieść liczy bowiem niemalże 550 stron. Co ważne, przy takiej objętości, wydano ją w bardzo atrakcyjnej cenie. Jeśli więc chętnie czytacie fantastykę, nie wahajcie się. I pamiętajcie, że autorka zapowiada jeszcze pięć tomów przygód buntowniczej Paige, więc jest na co czekać.



Polecam, a wydawnictwu Sine Qua Non składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.