sobota, 31 października 2015

Świat według Garpa - John Irving



ŚWIAT WEDŁUG MISTRZA



Opus magnum i kwintesencja stylu i tematyki Irvinga, a zarazem jedna z najlepszych powieści współczesnych. Witajcie w świecie Garpa!



S.T. Garp to człowiek dziwny. Wychowany przez zaborczą, aseksualną matkę, która urodziła, go choć nigdy nie chciała mieć z mężczyznami nic do czynienia, wychowany w infirmerii, w której rodzicielka pracowała, aspiruje do bycia pisarzem i ułożenia sobie życia. Oczywiście na swój chory, dziwaczny sposób…



„Świat według Garpa”, ta najsłynniejsza z powieści Irvinga, jak wszystkie jego książki opowiada tylko o jednym: życiu. Życiu i oczywiście samym Irvingu, który, choć twierdzi w swej twórczości (a w losach Garpa w szczególności), że autobiograficzne pisanie nie niesie niczego dobrego, wciąż pisze głównie o sobie. O seksie, miłości, Wiedniu, pisaniu, niedźwiedziach na dwuśladach, prostytutkach, kobietach, ludziach okaleczonych i przede wszystkim nieprzystosowanych. Garp (czy też sam Irving) to postać nerwowa. Także nieprzystosowana i nieradząca sobie z krytyką. Złość rozładowuje poprzez irytowanie innych, w miłości jest zaborczy do granic wszelkiej przyzwoitości, a w pisaniu przesadnie krytyczny i depresyjny. Wszystko co literacko nieudolne określa mianem grillparzeryzmu, po wybitnym autorze, w którego pracach nie doszukał się niczego wartościowego. Ci, którym jego dzieła się nie podobają, to zdaniem Garpa idioci. Ludzie nie potrafiący odgadnąć zamysłu i przesłania dzieła. Taka postawa Irvinga względem czytelników potrafi wzbudzić emocje, zirytować, ale i przy tym oczyścić, bowiem autor nie szczędzi krytyki przede wszystkim sobie i całej własnej branży.



Język jakim posługuje się Irving, przepiękna i przepyszna fraza, której prawie się już nie spotyka, a która swe wzorce ma w największych mistrzach, to już wielka wartość sama w sobie. Coś jeszcze jednak decyduje o wielkiej sile tej powieści i wielkim jej sukcesie, a mianowicie emocje, które są jak rażenie piorunem. Jak przysłowiowy cios obuchem w łeb, kolokwialnie mówiąc. Sceny z ojcem Garpa w szpitalu, kiedy to  śmiałem się niemal do łez, by po przewróceniu strony zakrztusić się tym śmiechem i bliski łez smutku czuć się źle, że w ogóle mogłem choć się uśmiechnąć, to absolutne perełki. Potem napięcie trochę opada, ale kolejne wzruszenia i emocje (przejmująca, brutalnie choć lirycznie opisana scena gwałtu, dorastanie, Wiedeń etc.), a także zabawy formą i treścią (Garp, kolejny pisarz w plejadzie irvingowskich bohaterów, oferuje nam czasem swoje własne opowiadania i analizę ich zarazem) sprawiają, że jest to powieść absolutnie rewelacyjna. Wielka, mocna, wspaniała, inteligentna, mądra, prawdziwa…



I cóż więcej mogę dodać? „Świat według Garpa” nie tyle warto, co po prostu trzeba przeczytać, jeśli ceni się naprawdę dobrą literaturę. Rzecz obok której nie da się przejść obojętnie i która sprawia (tak jak ogół pisarstwa Irvinga), że nic już nie jest takie samo. Polecam, zachęcam, namawiam, a wydawnictwu Prószyński i S-ka składam gorące podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Cóż za wspaniały dzień na egzorcyzm... Amerykańskie kino grozy przełomulat 60. i 70. - Kamil Kościelski



THIS IS A GOOD DAY TO DIE



Jest późny wieczór, prawie już noc. Piętrowy dom jakich wiele przy typowej, amerykańskiej ulicy. Chodnikiem przechodzi jakaś para. Widzimy smutny posąg Maryi i… nagle przenosimy na iracką pustynię. Palące słońce, rozgrzane piaski a wśród tego wszystkiego wykopaliska archeologiczne. Odkopane ruiny, a w nich artefakty i niepokojąca podobizna jakiejś demonicznej istoty. Kolejne przeniesienie się, tym razem do Georgetown, nie daje należytego ukojenia. Wesoła dwunastoletnia dziewczynka i jej matka żyją sobie spokojnie, dopóki zło nie wkroczy do ich codzienności, opętując dziewczynkę właśnie i przemieniając powoli na swoje podobieństwo…



Tak w skrócie można przedstawić początek i ogólny zarys akcji legendarnego już „Egzorcysty”, dla wielu najlepszego horroru w historii kina, filmu, który stał się tematem wiodącym niniejszej publikacji. Choć jak obiecuje podtytuł „Amerykańskie kino grozy przełomu lat 60. i 70. nie jedynym.



Od prób zdefiniowania gatunku, przez zmiany, jakie w nim zaszły na przełomie dwóch początkowych dekad drugiej połowy dwudziestego wieku, po omawianie konkretnych tytułów istotnych dla problematyki zagadnienia jakiego podjął się autor, wędrujemy przez najistotniejsze wątki tematu i poznajemy jego najważniejszych przedstawicieli. „Psychoza”, filmy Romero, „Dziecko Rosemary”, „Teksańska masakra piłą mechaniczną”. Treść, prezentacja, analiza.



Największą uwagę skupia autor oczywiście na omówieniu poszczególnych elementów, wpływów i interpretacji wspomnianego już „Egzorcysty”. Nie będę przytaczał jego wniosków czy podawała bliższych szczegółów – od tego jest w końcu sama książka, nie ja – powiem za to, że na 136 stronach zaledwie zdołał Kamil Kościelski dokonać naprawdę głębokiej i rzetelnej analizy, sięgając do rzeczy zarówno oczywistych, jak i tych, o których niewielu tylko by pomyślało. Styl autora to nie styl laika, to pióro znawcy tematu i człowieka, który postanowił złożyć własny hołd legendzie kina. I Stanleyowi Kubrickowi, choć ten prawie nie jest tu wspominany.



Efekt jest co tu dużo mówić – rewelacyjny. Pobudzający wyobraźnię i zachęcający by przypomnieć sobie po raz kolejny „Egzorcystę”, oglądając tym razem bardziej analitycznym okiem. Polecam więc i to gorąco, wydawnictwu Yohei zaś składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

piątek, 30 października 2015

Ściśle tajne - Alex Kava



KAVA BEZKOFEINOWA



W tym roku minęło dokładnie 15 lat od chwili premiery debiutanckiej powieści Kavy, którą zapoczątkowała serię przygód Maggie O’Dell. Przez ten czas zdążyła już napisać piętnaście powieści, udzieliła się w dwóch zbiorach, opublikowała trzy opowiadania i jedną nowelę. Serię o Maggie oficjalnie zamknęła na 11 tomach, jednocześnie otwierając cykl o Ryderze Creedzie, którego „Ściśle tajne” jest drugim tomem, ale O’Dell nadal obecna jest na kartach jej powieści.



Tym razem Creed wraz z jednym ze swoich psów, Bolem, zostaje wezwany przez Departament Obrony do przeszukania obszaru nietypowego osuwiska. W miejscu tym znajdowało się tajne laboratorium, teren jest skażony śmiercionośnymi substancjami, a na dodatek nikt nie chce powiedzieć ani ilu mogło zostać pogrzebanych, ani tym bardziej kim są zaginieni. Sytuacja zmienia się z misji ratunkowej w śledztwo, kiedy okazuje się, że pierwszy odnaleziony naukowiec został zamordowany. Śledztwem zajmuje się FBI, a jeśli FBI to także doskonale znana tak nam, jak i Creedowi, Maggie O’Dell. Niestety ich znajomość wystawiona zostaje na ciężką próbę z powodu sprzecznych rozkazów. Maggie chce bowiem wyjaśnić sprawę i złapać mordercę, Creed dostaje jasne wytyczne – wojskowe tajemnice nie mogą wyjść na jaw…



Był taki czas, kiedy Kava pisała naprawdę świetne książki. Pierwsze dwie-trzy powieści, choć nie imponowały oryginalnością, były ciekawe, klimatyczne i nieźle pomyślane. I cóż, że pozostawały przy tym raczej przewidywalne, skoro cała reszta nie zawodziła. Potem zaczęło być gorzej, do tego nawet stopnia, że ciężko było mi przebrnąć przez niektóre jej propozycje. „Ściśle tajne” nie jest na szczęście powieścią złą, choć jednocześnie do tych pierwszych nadal jej daleko. Może to mnie zmęczyła już nieco forma, a może Kava się wypaliła i zmieniła na bezkofeinową… Autorka pisze lekko i prosto i to należy jej zaliczyć na plus. Potrafi też wywołać napięcie i zaciekawić. Odświeżenie w postaci zmiany bohatera to jednak trochę za mało by odświeżyć formułę i pchnąć serię na nowe tory. Całość tym razem na szczęście broni się całkiem nieźle, szczególnie dla czytelników, którzy znają dobrze poprzednie tomy i oczekują tych samych składowych.



Poza tym, ten jubileuszowy rok okazał się dobrym rokiem dla Kavy. Wydała dwie powieści, trzecia część losów Rydera („Reckless Creed”) już jest zapowiedziana na przyszły rok, a pół roku temu zatoczyła koło, powracając do losów Maggie w prequelu serii „Before Evil”, napisanym na potrzeby antologii „Sweet Dreams”. Fani więc nie mogą się nudzić. I nie znudzą się także czytając „Ściśle tajne”. Dlatego polecam im sięgnąć po najnowsze przygody Rydera i Maggie, a wydawnictwu Harper Collins składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

czwartek, 29 października 2015

Odrażające, brudne, złe: 100 filmów gore - Piotr Sawicki



ZŁY DOTYK MIŁY PRZEZ CAŁE ŻYCIE



Filmy spod szyldu gore to najniższa półka kinowego horroru. Krwawe, brutalne, kontrowersyjne… Sens? Logika? Najczęściej nie znają takich abstrakcyjnych pojęć. Gore to filmy najgorsze z możliwych pod wieloma względami, a właściwie najGOREsze. Brudne, złe, brzydkie najzwyczajniej. A jednak autor udowodnił jak pięknie można o nich napisać i z jaką pasją przedstawić rzeczy, na które całe rzesze ludzi nie chciałyby nawet rzucić okiem. I zabrał nas w przejażdżkę rollercoasterem poprzez sto największych przedstawicieli gatunku.



Tą setkę, jak sam zresztą przyznaje, wybrał bez większego trudu. Wśród zalewu krwawego, makabrycznego kina, w fontannach tryskającej krwi, wnętrznościach rzucanych zza kadru i rozkładających się trucheł, nie ma wielu przedstawicieli godnych polecenia, a zarazem znajduje się mnóstwo filmów mimo wszystko kultowych a nawet cenionych przez krytyków. Filmów znanych nawet przez ludzi nieoglądających tego typu kina. „Piątek 13”, „Pluję na twój grób”, „Halloween”, „Teksańska masakra piłą łańcuchową/mechaniczną”, „Martwe zło”, „Ostatni dom z lewej”, „Noc żywych trupów”… wymieniać można by długo. Co w nich jednak jest, ze cieszą się taką popularnością? Z pewnością ekstremalność wrażeń i to, że zamiast straszyć, przerażają. Nie nagłym pojawieniem się ducha, nie szmerami i stukami, a czymś przyziemnym. Czymś, co może się zdarzyć każdemu z nas, bo zwyrodnialcy są w końcu wszędzie.



Parafrazując slogan dawnej akcji, „Zły dotyk miły przez całe życie” – tak w skrócie można przedstawić uczucia zwolenników tego rodzaju obrazów. Ja sam mam duży sentyment do krwawej fali kina, w której zakochałem się jako nastolatek, i wciąż chętnie do wielu z tych filmów wracam. Niniejsza książka zaś była dla mnie nie tylko powrotem do wszystkich tych fabuł (których swoją drogą ledwie 1/5 widziałem na oczy) i nie tylko też poznaniem zupełnie nowych rzeczy, ale także – a może przede wszystkim – wysłuchaniem człowieka z pasją. Człowieka o podobnych zainteresowaniach, który snuje opowieść o tym, co w danym filmie go urzekło, co było złe, co nie pasowało i co warto obejrzeć mimo wszystkich „nie” i wieszania przez krytyków psów. Zrobił to mądrze, profesjonalnie, ale też z jakąś taką swojską nutą zrozumiałą dla każdego. Poza tym książka to ważna dla ogółu fascynatów kina, bo tak kompleksowego opracowania na temat gore na naszym rynku jeszcze nie było.



Dlatego polecam gorąco – a raczej GOREąco – nie tylko fanom mocnych wrażeń, warto i to pod każdym względem!, i składam równie goreące podziękowania wydawnictwu Yohei i samemu autorowi za udostępnienie mi niniejszej cudownej pozycji do recenzji.

Niedokończone opowieści - J.R.R. Tolkien




WYPRAWA PRZEZ HISTORIĘ ŚRÓDZIEMIA



Nie zdążył Tolkien za życia wydać dzieła, które uważał za swoje opus magnum. Wciąż nad nim pracował, wciąż poprawiał, wciąż rozpatrywał różne wersje, wciąż i wciąż dążył do perfekcji. Poza tym obawiał się autor, że dzieło owo nie osiągnie takiej popularności, jak „Władca pierścieni”. „Silmarilion”, bo o nim mowa, ukazał się już pośmiertnie i wbrew wszystkim tym obawom, stał się obiektem uwielbienia czytelników. Zbiór opowieści o historii Śródziemia od powstania świata z pieśni, po czasy Pierścienia Władzy dodał posmaku prawdziwości oszałamiającej wizji, jaką wykreował umysł Tolkiena. Po co to wszystko wspominam? Bowiem wznowione właśnie po raz kolejny „Niedokończone opowieści” to swoiste uzupełnienie „Silmarilionu” i alternatywa dla przedstawionych w nim legend.



Książka ta po raz pierwszy ukazała się dokładnie 35 lat temu i złożyły się na nią teksty Tolkiena, niedokończone często, które stanowią rożne wersje tego, co już znamy. Różnice w postaci drobnych szczegółów bądź też i naprawdę sporych zmian pokazują różne perspektywy spojrzenia na jeden temat, jedno zdarzenie. Rozbudowane fragmenty (jak w szczególności ten o Dzieciach Hurina, któremu niewiele jest brak do późniejszego, książkowego wydania) natomiast pozwalają lepiej poznać losy ulubionych bohaterów z wszystkich trzech er świata zamieszkanego przez Hobbitów, Entów, Elfów i wszystkie inne rasy.



Poza tym „Niedokończone opowieści” za sprawą formy i treści stanowią swoisty wstęp do niewydanego u nas w pełni dwunastotomowego zbioru „Historia Śródziemia” (a co za tym idzie także i opublikowanego kilka lat temu, ale nie w Polsce, dwutomowego wydawnictwa „Historia Hobbita”). A zarazem stanowi jakby skondensowaną jego wersję. Jak kieszonkowa encyklopedia na tle rozbudowanego cyklu encyklopedycznego. Dla fanów twórczości J. R. R. Tolkiena wartość sama w sobie.



Konkluzja będzie więc oczywista, ale w przypadku dzieł Tolkiena, nawet jeśli nie jest się jego fanem, inna po prostu być nie może. Polecam, bo nie znać po prostu nie wypada. A wydawnictwu Amber dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Playlist for the Dead. Posłuchaj, a zrozumiesz - niedługo premiera!



Szczegóły i możliwości kupna pod adresem:

http://www.empik.com/playlist-for-the-dead-posluchaj-a-zrozumiesz-falkoff-michelle,p1113529316,ksiazka-p

wtorek, 27 października 2015

Harry Potter i Kamień Filozoficzny (wydanie ilustrowane) - JoanneKathleen Rowling, Jim Kay



HARRY POTTER I ILUSTROWANE WYDANIE



Ta powieść była wspaniała jeszcze zanim doczekała się tak genialnego wydania i nadal, nawet bez ilustracji, broni się rewelacyjnie. To jednak, jak piękną otrzymała teraz oprawę graficzną przenosi ją poniekąd na nowy, cudowny dla oka, poziom.



Harry Potter. Chłopiec, który przeżył. Wiedzie typowy zdawałoby się los dziecka, które po stracie rodziców wychowuje się pod okiem dalekiego od sympatyczności wujostwa, ale typowy wcale nie jest. Dziwne zdarzenia towarzyszą mu przez całe życie. Dnia, kiedy trafił pod opiekę siostry mamy i jej męża, jego imię powtarzali dziwacznie ubrani ludzie świętujący na ulicach Londynu, kiedy to pierwszy raz w historii sowy latały nad miastem w biały dzień, a dziwny kot studiował mapę. Potem wokół małego Harry’ego działy się rzeczy najprzeróżniejsze, teraz natomiast, w dniu swoich jedenastych urodzin chłopiec poznaje prawdę: jest czarodziejem. List z zaproszeniem do Hogwartu, szkoły magii i czarodziejstwa, odmienia całe jego życie…



Minęło już piętnaście lat, od kiedy Rowling zaprezentowała światu postać Harry’ego Pottera, a świat w odpowiedzi oszalał na jego punkcie. I choć seria zakończyła się już ostatecznie (a przynajmniej prawie, bowiem ujawnione kilka lat temu opowiadanie „Harry Potter Prequel” stało się zalążkiem mnóstwa nowych pytań), choć twórcy kinowi niemal wyczerpali temat, a sama potteromania osłabła, Harry pozostaje żywy w sercach czytelników/widzów i ciągle niesamowicie popularny. Rowling zaś nie zostawia fanów z niczym – kolejne ekranizacje są już w planach, ona sama co i rusz uzupełnia własne uniwersum za pomocą strony Pottermore, a teraz oferuje wydanie ilustrowane.



Co się kryje za sukcesem „HP”? Co sprawiło, że dzięki tej książce pokolenie, dla którego literatura była niemal martwa, nagle stało się zagorzałymi czytelnikami? Lekkość pióra, wspaniałe pomysły, nieszablonowe zwroty akcji i stylistyka jak z thrillera czy kryminału przeniesiona na grunt, na którym spotykają się fantastyka i baśń, zadecydowały o takim a nie innym przyjęciu cyklu. I mimo upływu lat, książki o Potterze ani nie zestarzały się ani nie straciły na jakości.



Strona graficzna w wykonaniu Jima Kaya to absolutna perełka. Bliższa moim zdaniem wizji książkowej, niż filmowej, choć trudno byłoby szukać tu zupełnego odcięcia się od tego, co widzieliśmy na ekranach kin, przepięknie malowana, wspaniale rysowana… Kay oferuje nie kilka rysunków wciśniętych tu i tam, ale zmienia całą powieść w album. I nawet na stronach, na których nie otrzymujemy ilustracji, możemy znaleźć jego artystyczną rękę w postaci kleksów farby czy stylizowania poszczególnych kartek. Efekt jest cudowny, aż chce się oglądać tego nowego Harry’ego wciąż i wciąż, i długo kontemplować poszczególne ilustracje. Wspaniała treść i wspaniała grafika przeplatają się razem w jedną z najlepszych książek dla dzieci, jakie powstały. Książki, której polecać nie trzeba, ale którą polecić i tak muszę, bo jest tego absolutnie warta. Szczególnie, że być może najmłodsze pokolenie jeszcze się z nią nie zetknęło. Jeśli tak, ma cudowną okazję do poznania jego losów. I wiecie co? Jeśli dla kogoś będzie to pierwsze zetknięcie się z tą żywą legendą, śmiało mogę rzec, że zazdroszczę mu tego, bo te pierwsze wrażenia są w końcu niezastąpione.



A więc polecam, raz jeszcze, i polecać będę nie raz, w końcu co dwa lata ukazywać się będą kolejne ilustrowane tomy, a wydawnictwu Media Rodzina składam gorące podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.



Porcję ilustracji znajdziecie na stronie wydawcy http://mediarodzina.pl/prod/1213/Harry-Potter-i-Kamien-Filozoficzny

Saga o Kotołaku: Ksin sobowtór - Konrad T. Lewandowski



W SIECI SPISKÓW



„Saga o Kotołaku” to obok „Wiedźmina” najważniejsza i najbardziej znana polska seria Fantasy. Seria zdawałoby się zakończona, jednak autor postanowił zaprezentować czytelnikom poprawioną wersję przygód Ksina, usuwając błędy, dopisując nowe sceny i rozbudowując czy po prostu wreszcie wykorzystując potencjał niektórych swoich pomysłów. I świetnie się stało, bo „Kotołak” w nowej odsłonie to porcja naprawdę świetnej literatury z pogranicza fantastyki i przygody!



Na kotołaku Ksinie zaciska się pętla spisków. Zamach na władcę okazuje się szybko kwestią mniejszej wagi, kiedy dość proste zdawałoby się zadanie przeradza się w niesamowitą i niebezpieczną misję grożącą wojną. W domostwie, w którym mieszkał pewien mag doszło do magicznego pojedynku, w wyniku którego wszelka moc wyrwała się spod kontroli. Zniknęli w nim szabrownicy, na piętrze zaś uwięziona pozostaje niewiasta. To jej z ratunkiem nadejść ma Ksin, jednak wejście do domu staje się dla niego przygodą, z jaką nie miał dotychczas do czynienia. Wyrwany z własnego świata, zmuszony do wędrówki przez alternatywne rzeczywistości, musi odnaleźć rozrzuconych po różnych światach szabrowników, bowiem ich obecność w miejscach im nienależnych zachwiewa magiczną równowagę…



Przygody Ksina (a zatem i w tym tomie jego nietypowych towarzyszy) to nie ciężkie Heroic Fantasy, a świetnie pomyślana, lekko i przyjemnie napisana, urzekająca wizjami wyobraźni autora seria, którą czyta się jednym tchem bez chwili nudy. Trafne komentarze, humor, świetne pomysły, jakaś swojskość bijąca od stwórów zamieszkujących wymyślony przez Lewandowskiego świat, erotyka (swoją drogą pierwszy tom Kotołaka wydany ćwierć wieku temu był swoistą rewolucją w poruszaniu tego tematu) i dynamiczna akcja splatają się w intrygującą całość. I to taką, która względem „Wiedźmina” nie musi mieć najmniejszych kompleksów. Szczególnie, że lekkość pióra, jaką obdarowany został autor, potrafi uwieść czytelnika.



Nie mogę nie docenić także pięknej oładki, która przyciąga wzrok i pobudza apetyt. I nie mogę także nie zauważyć, że w tym wypadku nie przeszkadza wcale brak, zdawałoby się nieodzownej części każdego świata Fantasy, mapki. Dlatego jeśli lubicie naprawdę dobre książki spod szyldu tej odmiany fantastyki, nie powinniście się wahać i śmiało sięgnąć po Ksina. Naprawdę warto, dlatego też polecam, a wydawnictwu Nasza Księgarnia składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

poniedziałek, 26 października 2015

The Walking Dead. Narodziny Gubernatora - Robert Kirkman, Jay Bonansinga



POCZĄTKI Z GUBERNATOREM



Równo rok temu pisałem, że książki z serii „The Walking Dead” to horror w sam raz na Halloween i tak się złożyło, że teraz, znów tuż przed Halloween, przyszło mi, dzięki uprzejmości wydawnictwa SQN, recenzować tom otwierający tą serię. I cóż mogę powiedzieć… Zdanie, że to dobra lektura na Święto Duchów podtrzymuję, a przy okazji dodać muszę jedno: „Narodziny Gubernatora” to bodajże najlepsza z części „Żywych Trupów”.



Gubernator. Charyzmatyczny czarny charakter, którego pokochały miliony. Uwielbiany przez fanów serialu, uwielbiany przez czytelników komiksowego pierwowzoru. Postać wieloznaczna i złożona, w szczególności ta, którą znamy z telewizyjnego ekranu, i jak każdy bohater, który budzi wokół siebie tyle emocji – pełna tajemnic. Ani serial ani komiks nie mówią jednak nic o przeszłości Gubernatora, na szczęście lukę tą wypełnia niniejsza książka pokazując nam losy jego, jego brata, córki i towarzyszącego im przyjaciela. Tego, jak wkrótce po wybuchu epidemii Zombie starali się odnaleźć własne miejsce, ułożyć jakoś życie i ponad wszystko przetrwać.



Przemiana ze zwykłego człowieka w przywódcę, który potrafi porwać tłumy to jeden istotny aspekt dla fanów „Żywych trupów”, drugą rzeczą, do jakiej sięgają twórcy, są początki zarazy. W serialu wraz z przebudzeniem Ricka jesteśmy już w trakcie apokalipsy. Ludzi niemal nie zostało, nie działają żadne media, sytuacja pogarsza się z każdą chwilą. W „Narodzinach Gubernatora” zaś mamy wreszcie okazję zobaczyć jak wszystko wyglądało tuż po, kiedy wciąż działały stacje telewizyjne, a świat nie wydawał się tak pusty i tak bliski krawędzi zagłady. Jak takie smaczki przegapić mogliby fani? Szczególnie, że współautorem tej powieści jest nie kto inny, jak sam twórca sukcesu „Walking Dead”, pomysłodawca i scenarzysta komiksu – Robert Kirkman. W pisarskiej przygodzie towarzyszy mu nieznany u nas, za to ceniony na zachodzie autor thrillerów, który pisze całkiem przyjemnie, nie stroniąc o krwi i stylistyki gore. Całość natomiast wzbogacono jeszcze o wstęp Pawła Deptucha, który wyjaśnia genezę powstania „Żywych trupów”, prezentuje kłody, jakie los (i wydawcy) rzucali pod nogi Kirkmana i proponuje ciekawostki, dzięki którym dowiedzieć się możemy, jakie zakończenie (i wyjaśnienie całości) widziało Image Comics, zgadzając się na publikację komiksu.



Słowem podsumowania: warto. Warto poznać ten światowy fenomen, jeśli dotychczas nie miało się takiej okazji, jeśli zaś jest się już fanem, sięgnąć po książki trzeba koniecznie. Nie tylko przy okazji zbliżającego się Halloween, które optymistycznie do tego nastraja, ale tak po prostu. To w końcu szansa na wypełnienie luki, możliwość znalezienia odpowiedzi na kilka pytań i okazja zobaczenia zdarzeń znanych z komiksu/serialu z innego punktu widzenia. Dlatego polecam, a wydawnictwu SQN składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

niedziela, 25 października 2015

Cuda wianki. Polski folklor dla młodszych i starszych - Marianna Oklejak




CUDNE WZORKI



Korale, firanki, serwetki, materiały, pisanki, malowidła, hafty i wiele, wiele więcej z wszystkich stron Polski. W skrócie: witajcie w kolorowym świecie rodzimego folklorystycznego wzornictwa!



Od morza do gór, ze wschodu na zachód, z miłości do tradycyjnych wzorów zabiera nas autorka w podróż polskimi drogami, przez polskie wsie, żeby zaprezentować z każdą kolejną stroną rzeczy charakterystyczne dla kultury danego regionu naszego kraju. Tereny Łemków, Kurpiów, podhalańskie obszary czy Roztocze. Krok po kroku, głównie za pomocą samych obrazów, chłoniemy ich barwy, kroje i detale. Poznajemy dziedzictwo przodków i całą spuściznę jaką po sobie pozostawili. I to nie tylko w kwestii tkanin czy serwetek, nie tylko jeśli chodzi o gobeliny, korale czy wycinanki. Marianna Oklejak, chociaż książka nie jest szczególnie gruba, zawarła w „Cudach Wiankach” niemal wszystko, co zawrzeć się dało. Poza oczywistościami otrzymujemy więc także i przekrój nakryć głowy, butów, ubrań, naczyń, przedmiotów użytku codziennego czy religijnego, a nawet prezentację tradycyjnych dań regionalnych.



Czy publikacja temat wyczerpuje? Nie, ale tak bogato zagłębia się w jego najważniejsze aspekty, iż trudno nie docenić jej wartości. Szczególnie, że skutecznie potrafi urzec i zachęcić do samodzielnego poszukiwania dalszych szczegółów.



Ciężko jest jednak jednoznacznie scharakteryzować „Cuda wianki”. Przypisać do konkretnego rodzaju publikacji. Jest w nich coś z tradycyjnego albumu, jest też, jak słusznie zauważa na okładce dr. Krzysztof Piątkowski, coś z komiksu, najbardziej jednak całość przypomina kolorowy kolaż najprzeróżniejszych, acz ściśle ze sobą powiązanych, motywów, uzupełniony o mapę i przypisy.



A wszystko to pięknie i starannie wydane, na świetnym papierze, w twardej oprawie. Jest nawet swoista wycinanka, jaką stanowi pierwsza strona, kartonowa, z wyciętym zarysem ludowo przedstawionego konia. Przyjemne to wszystko dla oka, smaczne, wyważone. Godne polecenia jako pozycja edukacyjna nie tylko dla najmłodszych. Każdy bowiem zainteresowany tematem znajdzie tu coś dla siebie i miło spędzi czas.



Zachęcam więc, a wydawnictwu Egmont składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

sobota, 24 października 2015

Lobo: Portret bękarta - Sam Kieth, Keith Giffen, Simon Bisley, AlanGrant




LOBOTOMIZATOR



Z komiksami o przygodach Lobo jest prawie jak z filmami Tarantino. Z jednej strony krew i przemoc, z drugiej nie sama to jatka i posoka. Dosadna brutalność? Owszem, ale jakże przy tym umowna. I choć w ostatecznym rozrachunku do dzieł Quentina Ważniaka nie porównam, album ten to dzieło rewelacyjne i nie polecić go fanom tego medium to jak zapomnieć nadmienić kinomanom o obrazach wspomnianego wyżej fetyszysty damskich stóp.



Jaki Lobo jest, każdy czytelnik chyba wie. Za jego życiową dewizę można uznać słowa: „Jeśli coś może dotknąć mnie, ja mogę dotknąć tego. Jeśli mogę dotknąć, to może krwawić. Jeśli krwawi – zabiję”. Bo Lobo zabija wszystko jak leci, choć swój własny kodeks honorowy posiada także. Lobo to twardziel, najtwardszy z możliwych. „Heros”, który zabił całą planetę by być jedynym w swoim rodzaju. Tacy byliby Chuck Norris, Arnold Schwarzenegger, Bruce Willis i Sylvester Stallone, gdyby połączyć ich w jedno i wyeliminować słabości. Przy nim Thorgal to taki komiksowy Rysiek z Klanu, a Batman i Superman to tylko zboczeńcy w rajstopkach, którzy otaczają się chłopcami i dziewczynkami, i sobą samymi nawzajem. I tego właśnie Lobo dostajemy w zbiorczym wydaniu trzech najlepszych chyba komiksów z jego udziałem.



W pierwszym, stanowiącym zarazem komplet pierwszej miniserii z jego przygodami, „Ostatnim Czarnianinie” (który swoją drogą na naszym rynku pojawia się po raz trzeci, wydany przed laty przez TM-Semic i potem Fun Media, w które Semic się zamieniło), dostaje zlecenie dostarczenia więźnia. Więzień ma być jednak żywy, co Lobo obiecuje, a słowa nie łamie przecież nigdy. Problem w tym, ze ów więzień to cudem przeżyła z zagłady Czarni znienawidzona przez niego nauczycielka, która na dodatek napisała biografię naszego antybohatera. Efekt? Lobo chce ją zabić, a nie może. Na dodatek cała plejada dziwacznych postaci także chętnie widziałaby ją i jego martwych. Zaczyna się rzeź…



Drugi i powszechnie uważany za najlepszy obok „Ostatniego Czarnianina” album o Lobo, zbiór kolejnej miniserii, to „Lobo Powraca”, w którym Rzeźnik nasz zamiast zabić, zostaje zabity. Ale przecież zabić to on, nie jego, więc coś trzeba z tym zrobić. W skrócie: Zaświaty się po czymś takim raczej już nie pozbierają.



Całości dopełniają zaś udane „Paramilitarne Święta Specjalne”, w których to Lobo dostaje zlecenie na Świętego Mikołaja.



Każdy z tych komiksów oczywiście już po polsku był, każdy też zdobył status komiksu kultowego, ale obecnie większość jest albo niedostępnych, albo ceny bywają kosmiczne. Powyższe wydanie zbiorcze też do tanich nie należy, nie mniej to, jakie jest edytorsko (choć kilka wpadek się znalazło – jakość skanów części „Ostatniego Czarnianina” jest gorsza niż w TM-Semic, linie za grube i zatraca się gdzieś sporo detali, a to coś, co boli przy tej cenie i wydaniu, a także trafił się kiks w postaci braku jednej strony z "Paramilitarnych Świąt Specjalnych") – twarda oprawa, obwoluta (szkoda, że nie z wymowną ilustracją TPB „Lobo Powraca”, która zrobiła na mnie nie małe wrażenie, gdy w wieku lat 8 zobaczyłem ten komiks w witrynie kiosku), kredowy papier, - sprawia, że warto po nie sięgnąć. Poza komiksami mamy tu galerię okładek, rysunek czy posłowie Kamila Śmiałkowskiego, niezłe jest też nowe tłumaczenie, choć nadal pozostawiono „Kurde bele” zamiast bardziej adekwatnego „Kuźwa”, jakby bano się bardziej dosadnego słownictwa. Jako całość jednak to dzieło naprawdę świetne. Lobo powstał przecież jako kontrapunkt dla miałkich bohaterów, a w najlepszych swych latach, czyli w tych właśnie opowieściach z „Bękarta…”, wykraczał poza rozrywkę, stanowiąc ostrą (i przepełnioną czarnym humorem) satyrę na komiksy i całą tą branżę, a także popkulturę. I spełnienie marzeń każdego chłopaka o byciu macho. Poza tym „Lobo” to taki komiksowy odpowiednik ostrego rocka, co szczególnie czuć w tych trzech historiach rysowanych przez Bisleya. Wprawdzie Biz poza zebranymi albumami dla Lobo narysował tylko crossoverowe one shoty („Batman/Lobo” i dwie części „Lobo/Authority”), choć inni rysowali po kilkadziesiąt zeszytów, a on jest jedynie utalentowanym samoukiem, który często gdzieś ma fundamentalne zasady rysowania, to właśnie jego z Lobo kojarzy się najbardziej.



Sięgnijcie więc, bo naprawdę warto. To bezkompromisowa jazda bez trzymanki dla każdego, kto nie boi się umowności i kontrowersji. Super.

Mikołajek - René Goscinny, Jean-Jacques Sempé



JAKA PIĘKNA KATASTROFA



Mikołajek jest z czytelnikami już od 55 lat, a mimo to nie zestarzał się przez ten czas ani trochę i wraz z kolejnymi wznowieniami bawi i cieszy coraz to nowe pokolenia czytelników, niezależnie od wieku.



Mikołajek to chłopiec zdawałoby się jakich wiele. Chodzi do szkoły, bawi się z kolegami, wyczynia psoty. W rzeczywistości jednak każda rzecz, w której bierze udział, której się tylko dotknie, czy to szkolne zdjęcie, czy przygarnięcie psa, zabawa w Indian i kowbojów albo zwykła szkolna wizytacja, kończy się mniejszą lub większą katastrofą. Załamanie nerwowe przypadkowych uczestników także zdarza się nad wyraz często. A przecież Mikołajek nigdy źle nie chce, to tylko samo tak wychodzi… a zresztą tak czy inaczej, zawsze zabawa jest przednia, nawet jeśli znów ktoś dostanie w nos!



Pierwszy tom przygód Mikołajka i jego jakże barwnej paczki przyjaciół, zatytułowany tak, jak na imię ma sam główny bohater i narrator, to zbiór niemal dwudziestu zabawnych opowiadanek utrzymanym w charakterystycznym dla Francuzów poczuciu  humoru. Humoru jakże bliskiego komediom z Luisem De Funesem czy komiksom o przygodach Asterixa. Cóż się jednak dziwić szczególnie temu ostatniemu, skoro jego autor, René Goscinny, człowiek o polskich korzeniach, jest też scenarzystą przygód dzielnego Gala (a przy okazji Iznoguda czy Lucky Luke’a). Jego Mikołajek jest więc zarazem do nich podobny, ale przy tym i całkiem inny. Napisany lekko i prosto, z perspektywy małego przecież chłopca, łatwy i przyjemny w odbierze, skutecznie potrafi poprawić humor tak dzieciom, którzy z nim wkraczać będą w świat książek, jak i dorosłym, którzy z sentymentu choćby sięgnąć do niego powinni. To w końcu już klasyka (i klasa) sama w sobie, a przecież nie przypadkiem „Mikołajek” zdobył taką sławę, że autorzy, którzy nie planowali ciągu dalszego, konturowali jednak jego przygody przez kilkadziesiąt lat, a choć Goscinny nie żyje już od lat 38, świat coraz to dostaje niepublikowane wcześniej opowiadanka. Taki sukces nie zdarza się codzień, dlatego tym bardziej warto sięgnąć do źródeł i przekonać się o tym na własnej skórze.



Szczególnie, że książka została uroczo zilustrowana przez Sempégo, a i jej polskie wydanie prezentuje się naprawdę przyjemnie dla oka.



Podsumowując: polecam bardzo! „Mikołajek” to jedna z tych pozycji, którą znać wypada, a nawet trzeba, i nie ważny jest tu wiek czytającego. Pewne rzeczy nie starzeją się nigdy i tak jest w tym przypadku. Dlatego zachęcam Was do lektury, a wydawnictwu Nasza Księgarnia składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

piątek, 23 października 2015

Biesy - Fiodor Dostojewski



DEMONY



Można by rzec, że Dostojewski tak naprawdę wciąż pisał o tym samym. Bo niezależnie od fabuły, pomijając treść wszelaką, która była dlań metodą, nie celem, skupiał się na jednym przede wszystkim temacie: temacie demonów nękających człowieka. Zakamarki umysłu jego i duszy. Na tym więc poziomie rzeczywiście pisał to samo, ale jakże on pisał! I jaką miało to siłę! A „Biesy” to kolejne arcydzieło, jakie wyszło spod jego ręki.



Treść tej inspirowanej wierszem Aleksandra Puszkina powieści skupia się na typowych dla Dostojewskiego postaciach i zdarzeniach, jakie nawiedzaj ich życie. Stiepan Trofimowicz Wierchowieński to klasyczny hulaka, któremu nawet przegranie całego własnego majątku zdaje się czynem zbyt małym by nie próbować dalej. I przegrać przy okazji pieniądze swej przyjaciółki, Barbary. Mikołaj Stawrogin, syn Barbary, także jest człekiem skandalizującego tryby życia, ale jakże różnym od Stiepana; swoisty dziwak, który na sumieniu ma życie odebrane w pojedynku. Życie ich komplikuje się za sprawą Barbary, która chce wyswatać obu mężczyzn…



Ciężko pisać jest o treści książek Dostojewskiego, oj ciężko. Jego niespieszna narracja i mnogość wątków i postaci, jakimi zaludnia swoje utwory sprawiają, że powiedzenie właściwie czegokolwiek wydaje się stanowić aż zbytnią rozwiązłość językową. Jakby każde słowo było tym słowem ponad miarę, zdradzało zbyt wiele i psuło lekturę. Bo za powieści Dostojewskiego brać się moim zdaniem winno z czystym umysłem, bez uprzedniego poznania akcji i problematyki. Z drugiej strony znajomość ta nie jest czymś, co rzeczywiście zepsuć by mogło odbiór – taka jest w końcu siła powieści wielkich, a „Biesy” wielkie są bez dwóch zdań – tak więc i zbytnia ostrożność w podejściu do nich nie jest niczym szczególnie wskazanym.



Obok narratora, Stiepana i całej bogatej, jak sam styl autora, plejady postaci, równorzędnym bohaterem staje się w „Biesach” sama dziewiętnastowieczna Rosja, przemiany kulturowo-społeczne i rewolucja. Z perspektywy czasu zaś, przez pryzmat  historii, do tego zacnego grona dołącza także profetyczna wizja totalitaryzmu. A wszystko to otoczone psychologiczną głębią, ludzką dwoistością i siłą prawdy wdzierającą się w serce i umysł czytelnika. Nie lekka to literatura, nie prosta, lecz z pewnością satysfakcjonująca każdego, kto od czytania wymaga o wiele więcej niż tylko rozrywki na kilka wieczorów. Kto powieścią chce się delektować ze smakiem, kontemplować i nie zapomnieć po odłożeniu na półkę.



Polecam bardzo gorąco, a wydawnictwu MG składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

środa, 21 października 2015

Hell - p - Eugeniusz Dębski




MOHEROWA REWOLUCJA



Tajni agenci, polskie realia i Lovecraft ukryty pod postacią staruszek i nastolatków, w skrócie: początek tetralogii Dębskiego.



Aspirant Kamil Stochard otrzymuje urlop. A właściwie nie, urlop dostaje na siłę. I co to w ogóle za urlop, skoro wcale od pracy nie zwalania? Bo za wypoczynek nie można raczej uznać tajnej misji pod rozkazami amerykańskiego agenta o polskich korzeniach, którego słowa co do celu ich działań są nie mniej enigmatyczne niż sam cel. Tan zaś, kiedy już wychodzi na wierzch, na jaw, okazuje się przerastać rozumowanie naszego bohatera. Kto w końcu na logiczny polski rozum chciałby zaakceptować istnienie Lovecraftowskich guimonów, które – pod postacią moherowych staruszek i zbuntowanych nastolatków – szykują przyjście wielkiego zła. Zła największego. A przy tym nie odmawiają sobie urządzenia mniejszych i większych masakr. Co więc pozostaje? Złapać za broń i rzucić się na wroga z okrzykiem: „Gero…”, znaczy „Yippee ki-yey, Moherfucker!”



Tak w skrócie przedstawić można treść i akcję niniejszej powieści. Akcja, humor, ostre słownictwo, pewien brak pruderii i spora nuta fantastyki, garściami czerpiącej z książek samego mistrza-samotnika z Providence i popkulturowych hitów tak książkowych, jak i filmowych. Brak w tym czegoś głębszego, brak czegoś ponad, jednak jako rozrywkowa fantastyka, coś z pogranicza SF, horroru, urban legend i sensacji, z seksem, krwią i strzelaninami, sprawdza się nieźle, jeśli ktoś te klimaty lubi. Szczególnie dla męskiej części czytelników, która lubi niewybredny humor i prosty styl pisania.



Komu zaś spodoba się taka stylistyka i treść, powinien wiedzieć, że Dębski napisał jeszcze dwa tomy. Zaraz, zaraz, zapyta ktoś. We wstępie recenzji padło słowo „tetralogia” a jak się nie mylę, kryją się za tym cztery części, a przecież 1 + 2 = 3. A więc? „Hell-p”, oprócz tego, że jako wznowienie jest poprawioną powieścią względem poprzedniego wydania, zawiera pewne dodatki, które tę drobną zdawałoby się rozbieżność wyjaśniają. Cóż to za bonusy? Fragmenty zarówno tomu drugiego i trzeciego („Moherfucker” i „Russian Impossible”), jak również krótki wycinek z nienazwanego jeszcze tomu 4. Tomu, który – przynajmniej w najbliższym czasie – światła dziennego nie ujrzy, a więc dodatek jakże istotny dla fanów.



Sięgnijcie więc, jeśli takie klimaty trafiają w Wasz gust, a ja dziękuję wydawnictwu Piaskun za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

wtorek, 20 października 2015

Salomon – kot, który leczył dusze - Sheila Jeffries




KOCIA POMOC



Mam wrażenie, że w ostatnich latach namnożyło się opowieści o kotach, z perspektywy których poznajemy losy ludzi. Przesyt? Nie jeśli ktoś to lubi a książki trzymają poziom. Nie wiem, jak jest z innymi, ale o „Salomonie „ mogę rzec, że jest to książka udana.



Kot Salomon, narrator naszej opowieści i główny bohater, nie żyje. Znajduje się obecnie w zaświatach, gdzie panuje spokój i szczęście, ale pojawia się szansa powrotu na Ziemię a więc i do boku swojej ukochanej pani, Ellen. Zmieniło się jednak wiele, Ellen nie jest już bowiem dzieckiem, jak wtedy, gdy Salomon ją opuszczał, a dorosłą kobietą z własnymi problemami, która na kota może nie mieć ani czasu, ani sił, ani ochoty. Zmiany dotykają także samego Salomona – umarł jako dorosły kot, teraz, jakby role człowiek-jego pupil uległy odwróceniu, odradza się jako malutki kociak, który zanim zacznie swoją misję, musi przejść przez wszystkie fazy kociego dzieciństwa i życia. A co potem? Leczenie duszy!



Sam Salomon, jak i jego przygody i metody oczywiście, to postać sympatyczna i potrafiąca tak rozbawić jak i wzruszyć. Bo kocia logika i zachowanie to coś na wskroś uroczego i słodkiego, że nawet twardziele uśmiechną się czytając nieporadne zabiegi rozbrajającego kocięcia by nieść pomoc na swój sposób. W tej materii bardzo przypomina mi wydaną niedawno także nakładem Amber powieść „Alfie”, od niego różni go jednak pewna doza fantastyki, która przypomina odrobinę uwielbiane przeze mnie kino lat 80 i ówczesne komedie, w których pojawiały się elementy nie z tego świata.



Stylistycznie „Salomon” to rzecz lekka i prosta. W tej materii także bardzo przypominająca przygody Alfiego, podobnie szybka i przyjemna w odbiorze. Rozgrzewająca od środka w dni chłodne i ponure, nie tylko od pogody.



Dla fanów takich klimatów rzecz, którą przeczytać warto, a wręcz i trzeba. Bo miło,  bo ciepło… Bo to kolejna porcja tego, co lubią. Polecam, a wydawnictwu Amber składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

niedziela, 18 października 2015

Giacomo Supernova - 2 - Raptus Puellae - Jerzy Łanuszewski, Robert Jach




WOJNA/MIŁOŚĆ



Pierwszy zeszyt przygód lovel-assa (błąd ortograficzny w tej nazwie jest jak najbardziej rzeczą zamierzoną) łagodnie mówiąc nie powalił mnie na kolana. Nie sądziłem więc, że w przypadku drugiego zeszytu będzie lepiej, a jednak. Fanem może nadal nie będę, nie mniej znalazłem kilka momentów, które nawet mi się podobały.



Przed największym libertynem przyszłości znów piętrzą się kłopoty. Z jednej strony zmiany polityczne wymuszają na nim konieczność wywołania jakiejś rewolucji, z drugiej piękna nadobna panienka wymaga ratunku. Oto bowiem Alissa Nimrod, którą wielka miłość połączyła z Malakaiem Francoisem de Lascauxem, libertynem i przyjacielem Giacomo. Przeciwny związkowi ojciec umieścił biedne dziewczę w klasztorze Urszulanek Ultrafioletowych. Supernova musi wyruszyć z pomocą…



Mniej więcej wszystkie elementy zeszytu pierwszego zostały na miejscu, mamy więc i podobny scenariusz i rysunki jak z „Wandy, polskiej księżniczki”, niewybredny koszarowy humor i sceny seksu. Ale wkradła się tu jakaś zmiana. Całość jest lżejsza, humor potrafi trafić w czytelnika, a strona graficzna – może na zasadzie obeznania już ze specyficzną, niezbyt skomplikowaną kreską, ale jednak – nie razi.



Mniej jest także samego seksu, chociaż kontrowersji nie ubyło a i język nie przeszedł wynagradzających go zmian.



Dla dorosłych to pozycja, oj zdecydowanie dla dorosłych. I nawet już nie tych bezpruderyjnych, ale wręcz libertyńskich. Nie dla każdego, dla samców raczej, dla czytelników zaliczanych do płci brzydkiej, najlepiej z nadmiarem testosteronu. Inni nie mają tu czego szukać, nie mniej jak widać po schodzącym nakładzie i wznowieniach, grupa docelowa jest raczej sporych rozmiarów.



Dziękuję wydawnictwu Gindie za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Idę tam gdzie idę: Autobiografia - Kazik Staszewski, Rafał Księżyk



JAK BARDZO MOŻESZ ZMIENIĆ SIĘ BY SPRZEDAĆ SWĄ MUZYKĘ



Tak swego czasu śpiewał Kazik i tak chyba najlepiej można podsumować jego autobiografię – a właściwie wywiad-rzekę przeprowadzony z nim przez Rafała Księżyka, który właśnie ukazał się na naszym rynku wydawniczym.



36 lat działalności Kazika na polskiej scenie muzycznej odcisnęło wielkie piętno. Jeden z najciekawszych ludzi w fonograficznym świecie, wokalista, którego piosenki dalece wykraczają poza czystą rozrywkę, zmienił wiele, wiele wniósł. Teraz ten sam człowiek postanowił opowiedzieć o swoim życiu od narodzin do chwili obecnej. O swoim życiu i sobie samym. Szczerze, prawdziwie, ciekawie. Po prostu w swoim stylu. Stylu człowieka, który nigdy nie odbiera nagród i zawsze pozostaje wierny temu, co wypracował przez cały ten czas. W skrócie: Witajcie w świcie Kazika!



Kazik muzycznie towarzyszył mi od wielu, wielu lat, dlatego to ważna dla mnie biografia. I ważna także dla każdego fana. Co tam ważna, konieczna. Must-read dla każdego, komu Staszewski nie jest obojętny. Komu podoba się to, co robi. To w końcu wspaniała okazja poznać go od środka, lepiej zrozumieć, zgłębić przekonania, poglądy, emocje nawet. Jego swoistość. I kulisy tak Kultu i innych jego projektów, jak i polskiej sceny muzycznej. Swoimi wspomnieniami zabiera Kazik czytelników w podróż w czasie, wystawiając świadectwo pewnej epoce, a zarazem jako przewodnik zabiera nas w zagraniczne podróże do miejsc, jakie znamy doskonale i tych nieznanych nam wcale. Zjeździł w końcu trochę świata, koncerty grał w miejscach najróżniejszych a to, jak o nich opowiada, to jak opowiada o sobie, jak odpowiada na pytania co musiał poświęcić i robić by być tym, kim jest, wciąga, ciekawi i zaostrza apetyt na więcej.



Poza tekstem są też oczywiście zdjęcia. Multum zdjęć. Czarno-białych wprawdzie, ale bardzo bogato ilustrujących treść, rzuconych obficie na strony książki. W edycji specjalnej zaś czeka na fanów także plakat (czy może bardziej poster) prezentujący w większym formacie okładkową fotografię.



Polecam. A jak już sięgnięcie po tę pozycję, usiądźcie wygodnie, puścicie w tle którąś z Kazikowych płyt i zanurzcie się w jego świecie. A ja dziękuję wydawnictwu Kosmos Kosmos za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

sobota, 17 października 2015

Portal - 1 - Krew i Mgła - Maciej Andrysiak, Kajetan Wykurz




BRUTALNOŚĆ I DZIECIĘCA NIEWINNOŚĆ



Kolejna z propozycji wydawnictwa Gindie to tym razem połączenie urban fantasy, horroru i nuty SF otwierających zapowiadający się całkiem przyjemnie cykl.



Piątkowej nocy, w okolicy ulicy Krokodyli, pojawia się portal. Świadkiem i narratorem staje się czarny kot. Przez portal, przez który z innego świata przedostały się także dużo mniej przyjemne postacie, przechodzi Strażnik, który sprawą całą musi się zająć. Tymczasem Mgła, kobieta za wszystko odpowiedzialna, stara się umknąć pogoni, szczególnie, że na jej tropie jest nie tylko wspomniany już strażnik, ale także dwa psychopatyczne potwory jakby żywcem wyjęte z wiktoriańskiej Anglii, które zaczynają swoje polowanie…

Czemu Mgła uciekła? Czemu jest ścigana? I co z tym wszystkim ma wspólnego kobieta z naszego świata, którą straciła dziecko?



Nie na wszystkie pytania dostaniemy odpowiedzi, w końcu to dopiero pierwszy tom, ale na pewno warto jest po tę dość nietypową pozycję sięgnąć. Cóż tu jest nietypowego? W pewnym sensie już sama tematyka, w końcu nasi rodacy zawsze bardziej przyziemną uprawiali formę komiksu. Bardziej jednak sama treść, która z jednej strony pełna jest brutalnych scen, jakich nie pokazałoby się raczej dziecku, z drugiej sama akcja, bohaterowie i niektóre nazewnictwa wydają się w sam raz dla dzieci. Morderca o imieniu Zagryziak? Czemu nie! Mówiące zwierzęta? Są! Baśniowy elf? Także! A mimo wszystko ta nuta infantylności jakoś do tego wszystkiego fajnie pasuje.



Pasują tez i rysunki. Proste, unikające czerni, nieco mangowe, nieco disnejowskie, uzupełnione o przyjemny kolor, który buduje częstokroć świetny nastrój. Całość, uzupełniona o galerię i fragmenty „Tajnej polityki Ultaru” oraz „Pięciu koron Ultaru”, została fajnie wydana i za niezłą cenę. Dlatego warto przyjrzeć się tej pozycji i przekonać co potrafią młodzi, nieznani twórcy, którzy znaleźli swoją szansę. A ja dziękuję wydawnictwu Gindie za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Moje śliczne - Karin Slaughter



RZEŹNIA PANI KARIN



Rzadko czytam thrillery, a przynajmniej rzadko czytałem je w ostatnich latach. Powód? Nie potrafiłem znaleźć w nich niczego oryginalnego czy wartego uwagi. Wciąż jednak natrafiam na pozycje, które przekonują mnie, że gatunek ten wcale się nie skończył, a „Moje śliczne” zdecydowanie do nich należy.



Dwie kobiety, dwa różne zdawałoby się światy i zdarzenie, które staje się im wspólne. Claire wychodzi z aresztu i wraca do swojego męża. Lydia, kobieta po przejściach, żyje ze swoją córką, która już wkrótce ma opuścić dom, a którą od lat wychowywała w paranoicznej wręcz atmosferze. Obie są skłóconymi od dawna siostrami i obie też bardzo przejmują się głośnym medialnie zaginięciem dziewczyny. Cała sprawa jest im bardzo bliska – same bowiem straciły przed laty siostrę, po której zaginął wszelki ślad. Paradoksalnie przeszłość powraca do nich sama, kiedy maż Lydii zostaje zabity w wyniku napadu, a Lydia, szukając w jego komputerze materiałów, nad którymi pracował natrafia na film snuff. Film, na którym ktoś gwałci i morduje dziewczynę. Czemu jej mąż to oglądał? Jakie skrywał tajemnice? Co nieco wie o tym Claire, którą ten próbował zgwałcić. Spotkanie dwóch sióstr, mimo różnic i niesnasek, zapoczątkowuje prywatne śledztwo, przez które na jaw wychodzą przerażające tajemnice…



Gdyby spróbować krótko podsumować „Moje śliczne”, powiedziałbym, że to skrzyżowanie powieściowych „Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet” z bardzo udanym filmem sprzed lat „8 mm”. To pierwsze opowiadało o śledztwie w sprawie zaginięcia dziewczyny, to drugie o wdowie, która w rzeczach męża znalazła film snuff i wynajęła detektywa by zbadał jego autentyczność. Obie te treści spotykają się u Karin. Ja zaś z autorką o nazwisku, które po polsku brzmiałoby Rzeź, spotykam się po raz pierwszy, ale po spotkaniu tym doskonale rozumiem dlaczego jest tak cenioną pisarką dreszczowców. Bo z jednej strony to wszystko już było, z drugiej fabułę napisała tak sprawnie, lekko i przyjemnie, a przy tym z autentycznymi emocjami, że trudno było mi się od „Moich ślicznych” oderwać. Szczególnie przejmujące okazały się w tym wypadku fragmenty wspomnień ojca bohaterek i jego własne próby odkrycia co stało się z zaginioną córką. To w nich czuć największą bezsilność i powoli ginącą nadzieję. Próby rekonstrukcji ostatnich godzin sprzed zaginięcia, uparte nękanie policji, szukanie szczegółów i czegoś, czegokolwiek, czego by się można było chwycić. Przerażające, prawdziwe i wciągające – tyle mogę powiedzieć. Poza tym miłym aspektem, świadomym to czy przypadkowym, są horrorowe odwołania, jak choćby bohaterka nosząca nazwisko mordercy znanego z serii „Piątek 13-ego”.



Konkluzja? Oczywista. „Moje śliczne” to powieść bardzo dobra, naprawdę udana i przyjemna w lekturze, więc kto lubi ten gatunek, kto lubi emocje i mocne treści, powinien po nią sięgnąć. Polecam a wydawnictwu Harper Collins składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

piątek, 16 października 2015

Kij w Dupie 2 - Konrad "Koko" Okoński




Z BADYLEM W DUPIE



Badyl znów ma kłopoty; a raczej ma je ciągle, czyli ciąg dalszy polskiego web-komiksu w wydaniu papierowym.



Akcja drugiego tomu zaczyna się w chwili skończenia części pierwszej. Rycerze Zakonu Czystej Ludzkości demolują bar „Kij w dupie” (czy jak kto woli „U Badyla”), a policja nie zamierza kiwnąć palcem. Janek wpada na pomysł w swoim stylu – zamierza zgłębić nieznane zakamarki lokalu, w skrócie: zawędrować do Piekła, gdzie prowadzi jeden z korytarzy. Badyl w towarzystwie Pauli i Lamii, z braku alkoholu, decyduje się napić specyfiku z flaszki, przez którą w tomie poprzednim kupił bar. Efekt? Odzyskana po kilku dniach świadomość wita go w tym samym towarzystwie i miejscu, ale kto wyremontował lokal i co działo się przez czas, którego nie pamiętają?



Okoński dociska tym razem pedał gazu i zabiera nas w dziką podróż rodem z „Kac Vegas” przez najbardziej tajemniczą polską knajpkę, w towarzystwie bohaterów tak ze świata tamtego, jak i tego, choć wcale nie mniej od realności oderwanych. Jednym słowem Badyl znów jest w dupie (i w „Dupie”), a my wraz z nim.



Co trzeba oddać autorowi to niezwykłą upartość w kreowaniu swojego komiksu. To, że na własnej stronie trzy razy w tygodniu publikuje kolejny pasek przygód bohaterów (swoją drogą, kto po przeczytaniu „Kija … 2” będzie miał chęć na więcej, niech zajrzy na stronę http://konradokonski.com/) i że trzyma przy tym poziom, to coś wartego docenienia. Szczególnie, że to naprawdę fajna propozycja, ciekawie, mangowo narysowana, z niezłą, szybką, dynamiczną i pełną ostrej rozrywki fabułą, która potrafi poprawić humor.



Świetne jest też papierowe wydanie – papier kredowy, dodatki w postaci mapy i bonusowych mini-epizodów czy wywiadów z bohaterami, za fajną cenę. Jednym słowem ciekawa i warta polecenia propozycja dla tych, którzy cenią ciekawy, rozrywkowy polski komiks z undergroundowym posmakiem. A ja dziękuję wydawnictwu Gindie za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

ARTYKUŁ

Teraz trochę prywatnie, czyli nieskromne pochwalenie się. Marvelcomics.pl opublikowało właśnie mój artykuł o trzecim volume'ie Spider-mana, przeczytajcie, komentujcie...

 

http://marvelcomics.pl/publicism/index/id/1339/Spider-Man-Volume-3---Micha%C5%82-P.-Lipka

Authority- 4 - Narodziny - Mark Millar, Frank Quitely




IM WYŻSZA WŁADZA, TYM BARDZIEJ DEPRAWUJE



Mark Millar to autor, który wzbudza wiele emocji, oj wiele. Jedni go nienawidzą, bo przesadnie brutalny, bo kontrowersyjny, bo mało oryginalny (? – tak, spotkałem się z takim zarzutem z jednoczesnym chwaleniem Granta Morrisona, który nie dość, że powiela od kilku lat wszystko, co już było, to jeszcze uderza w komercję bez większych ambicji). Drudzy, i do tej grupy zaliczam się ja, uwielbiają jego twórczość, bo w zalewie krwi i przemocy pojawia się satyra i mocna prawda, bo kontrowersje pokazują mądrość a w mało oryginalnych pomysłach, w sztampie wręcz, Millar najczęściej znajduje coś, czego przez lata nie potrafił znaleźć nikt inny, wykorzystując to do maksimum. Dla mnie – i dla zdecydowanej większość czytelników komiksów – Millar jest wielki, bo pokazuje co by było gdyby bohaterowie istnieli naprawdę. Te ich ludzkie ułomności, błędy i charakterki. I ponieważ robi komiksy nie dla dzieci, czego niektórzy nie potrafią docenić. Jakby bolało ich, że herosi klną, kopulują i są łasi na sławę, a przy tym brutalni, bo właściwie kto im zabroni?



I tacy są bohaterowie „Authority”, komiksy, który znalazł się za sprawą Millara na liście Wizarda 100 najlepszych komiksów wszech czasów. To bohaterowie brudni, ale prawdziwi. Kiedy serię robił poprzednik, Warren Ellis, nie przypadła mi do gustu. Niby kontrowersyjna, ale przeciętna. Niby niegłupia, ale daleka od mądrości. Niby niesztampowa a przeciętna. Tylko jeden bohater, przejęty później przez Gartha Ennisa, Midnighter, ratował całość. Millar przejął cykl kiedy Ellis uśmiercił dowodzącą grupą Jenny i kazał radzić sobie pod nowym przywództwem.



Jenny nie żyje, ale w końcu w przyrodzie energia nie ginie, tylko przechodzi w inną energię. Gdzieś na świecie jej moc rodzi się jako dziecko stanowiące wcielenie całego zaczynającego się wieku XXI. Authority chcą je przejąć, rząd USA zabić, bo wiek XX bardziej im odpowiada – lepsze stare zło, niż nowa niepewność. I tak Authority stają do walki z grupą herosów wzorowanych na Avengers. Pytanie tylko kto tu jest gorszy, kto jest herosem i czy w ogóle ktokolwiek na takie określenie może zasłużyć?



Millar nie zmienia charakterów postaci, ale wydobywa z nich to, co najlepsze. A właściwie najgorsze. Dodatkowo tak, jak równocześnie z nim robił to Straczynski, a wcześniej Miller i Moore, konfrontuje Mark wielkie moce i wielkie ideały z ustanowionym prawem i wielką polityką. I popkulturą. Mocne to dzieło, brutalne (jest i dzieciobójstwo i okaleczenia i tym podobne rzeczy), ale na wskroś prawdziwe (po co ratować świat przed kosmicznymi zagrożeniami, kiedy ludzkość na to nie zasługuje, skoro nadal dopuszcza do tyrani czy ludobójstw) i przez to jakże przejmujące.



Dlatego polecam i to jak, bo choć od pierwszego wydania minęło już 15 lat, a polska edycja ukazała się 7 wiosen temu, dzieło nie straciło ani grama na aktualności i wymowie. Świetnie napisane, świetnie narysowane… Po prostu rewelacja.



Ocena: 8/10

Bracia Karamazow - Fiodor Dostojewski




DOSTOJNA LITERATURA



Jak zabrać się do omawiania dzieła tak wielkiego, jak to, skoro przez ponad 130 lat, jakie upłynęły od wydania „Braci Karamazow”, nie tylko nieprzebrane rzesze krytyków wypowiadały się na powieści tej temat, ale także i wielkie persony tego świata, jak Freud czy Einstein, zachwycały się jej siłą? Nie mniej spróbuję, każde w końcu pokolenie ma swój głos, a dzieła Dostojewskiego aktualne są przecież dla każdych czasów, bo zmienia się tylko świat, nie ludzka natura, a to ją przede wszystkim analizował mistrz.



Wiek XIX. Fiodor Karamazow to człek o hulaszczym usposobieniu i wielkiej ignorancji do świata i obowiązków. Szczególnie do tych, które odnoszą się do jego dzieci. Los tak jednak splata losy rodziny Karamazowów, że oto ojciec i trzej niewychowywani przezeń synowie, spotykają się po latach. Przyczyna tego jest nad wyraz prosta – jeden z synów, Dymitr, chce uzyskać od ojca należne mu dobra materialne. Spór rozsądzić ma zaś świętobliwy starzec Zosima, którym zafascynowany jest kolejny z braci, Aleksy, pragnący zostać mnichem. Spotkanie w klasztorze pogłębia jednak kryzys, a kulminacją całości staje się ojcobójstwo. Zabić jest łatwo, gorzej potem żyć. I to nie tylko temu, który życia kogoś pozbawił…



Dualizm ludzkiej natury i jego najmroczniejsze zakamarki to ukochany temat Dostojewskiego. Chyba nikt przed nim nie zanalizował tak umysłu zbrodniarza i wpływów zbrodni na ten sam umysł, jak uczynił to on w „Zbrodni i karze”. I nikt chyba jak on nie potrafił pisać tak, by rzeczami nad wyraz codziennymi, niemalże brakiem zdarzeń, przykuć uwagę czytelnika na dziesiątki stron. „Bracia Karamazow” to doskonała niemal kompilacja wszystkich najważniejszych dla autora rzeczy. Psychoanaliza tak zbrodni, jak i zwykłych ludzi, niesamowity portret własnych czasów i przejmujący komentarz społeczno-filozoficzny, podbarwiony odniesieniami do życia samego pisarza. Niespiesznie snuje Dostojewski swoją opowieść, pozornie nie ma w niej nagłych zwrotów akcji, pozornie nie dzieje się właściwie nic, ot rozmowy i opowieści, ot zwyczajność, a jaka bije z tego siła! jaki geniusz! i jaka prawda! Aż szkoda, że autor zmarł wkrótce po publikacji, nie będąc w stanie spełnić swoich planów o kontynuowaniu losów Aloszy.



Wielka to powieść, absolutnie wielka, przesycona mądrością i dojrzałością, i znakomite, należne jej, jest także wydanie w twardej oprawie, przełożone na nowo, i pięknie wyglądające na półce. Polecam. „Bracia Karamazow” to coś, co znać powinien każdy, literatura z najwyższej półki, coś do smakowania i zachwycania się nim, coś, co wywarło olbrzymi wpływ na kulturę i wywiera nadal, o czym świadczyć może fakt przeniknięcia wątków i postaci Dostojewskiego nawet do komiksów amerykańskiego głównego nurtu. Sięgnijcie więc koniecznie i rozsmakujcie się a ja dziękuję wydawnictwu MG za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

czwartek, 15 października 2015

Giacomo Supernova 1 - Szampan, menuet i łóżkowe igraszki - JerzyŁanuszewski, Robert Jach




SEKS & PRZEMOC



Komiksowa polska seria zeszytowa to brzmi dumnie. A na pewno intrygująco. W końcu od wielu lat brakowało czegoś podobnego na rynku. I choć mogło być także pięknie, tak się nie stało. Nie zostałem zwalony z nóg, chociaż wiem, że swoich fanów „Giacomo” znajdzie na pewno.



Giacomo Supernova to – jak wskazuje sama nazwa/nazwisko – legendarny uwodziciel i mistrz gier miłosnych w realiach przyszłości. W realiach SF można by rzec. Czwarte tysiąclecie nikogo nie zwalnia z hedonistycznych uciech, więc Giacomo korzysta do woli. Bywalec salonów, dżentelmen i niewyżyty erotoman w jednym oddaje się uciechom cielesnym do chwili, w której zmuszony jest wziąć nogi za pas. Oto bowiem niejaki Ulisses de Alfa-Centauri, który obecnie spoczywać powinien spokojnie w grobie osobiście ściga naszego bohatera…



Seks, przemoc i niewiele poza tym. Taki jest właśnie komiksowy „Supernova”. Cienki zeszyt pełen akcji i stosunków w najróżniejszych konfiguracjach, niezależnie od płci, rasy, ilości partnerów i wszelkich innych czynników z seksem związanych, średnio i prosto narysowany – kto widział „Wandę, Polską księżniczkę” wie o czym mowa. Najlepsza jest tutaj cena, udana okładka i fajna galeria, w której pośród czwórki twórców, udzielił się sam, kultowy w pewnych kręgach Fil, autor „Gwiezdnej Nabojki” czy „Ciach Bajera”. Niezłe jest też wydanie, jego jakość. Niestety, to nie do końca komiks dla mnie. Raczej pozycja dla samców alfa, coś do poczytania w męskim gronie czy skrycie na korytarzu szkoły. Grupie docelowej się spodoba.



A ja dziękuję wydawnictwu Gindie za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Kij w Dupie - Konrad "Koko" Okoński




KIJ CI W… OKO



Kto mógłby się powstrzymać przed sięgnięciem po komiks o takim tytule? Na pewno nie ja. Jakie jednak mogłyby być wrażenie z podobnej lektury? Różnorodne. Na szczęście w tym wypadku są jak najbardziej pozytywne.



Badyl wiedzie życie, jak wielu. I jak wielu życie to ma jeszcze wieść. Wszystko zmienia jego siostra, Janek, która z nagła wpada do mieszkania brata z flaszką bliżej nieokreślonej zawartości. Łyk trunku ścina i ją i Badyla i towarzyszącą im Paulinę z nóg. Odzyskana przytomność wita ich po dłuższym czasie w tajemniczej piwnicy. Co się stało? Jak się tu znaleźli? Kogo zabili? Na szczęście szybko okazuje się, że spełnili podstawowe marzenie każdego – kupili bar. A właściwie to Badyl bar kupił – i to za pieniądze, jakie miał odłożone na mieszkanie. Jego związek trafia szlag, właściciel baru o nazwie „Kij w dupie”, miejsca o niezbyt przyjemnej sławie, za nic nie chce odkupić z powrotem, w samym lokalu uparcie pojawia się tajemnicza persona, a kolejna, jeszcze bardziej tajemnicza i naga na dodatek, nawiedza sny Badyla, każąc mu odnaleźć znak, który doprowadzi go… no właśnie… do czego go to wszystko doprowadzi?



Lekko mangowy stylem, rozrywkowy komiks undergroundowy pełen szalonego humoru i jeszcze bardziej szalonych postaci. Tak najprościej podsumować można „KWD”. Trochę tajemnicy, trochę erotyki, dużo ostrego słownictwa i przyjemna dla oka szata graficzna. Ten album przypomniał mi czasy młodości (mówię, jakby stary był, ale cóż począć), magazyn „Produkt” i stuff, jaki pismo to serwowało. I przypomina mi także nieco „Kac Vegas” i podobne im komedie. Jeśli dodacie do tego wiecznie napaloną, będącą ciągle na czymś, po części dziecinną, po części rynsztokową Janek, żyjącą chyba tylko na używkach Paulę i samego Badyla, nieco refleksyjnego, nieco nieudolnego samca, poczujecie mniej więcej, jaki jest efekt końcowy.



Kto więc takie klimaty lubi i nie jest pruderyjny, bawił będzie się znakomicie. Ja bawiłem, więc polecam, a wydawnictwu Gindie składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Wariant drugi - Philip K. Dick




LEMA NIE MA – JEST DICK



Dick podejrzewał kiedyś, że Lema nie ma. Myślę więc jestem, więc Dick był. I był człowiekiem, który jak nikt chyba wpłynął na cały gatunek Science Fiction we wszystkich jego rozgałęzieniach i mediach, na jakie się zaadoptował. Niniejsza pozycja zaś, dzieło absolutnie wielkie, to zbiór blisko trzydziestu tekstów, opowiadań krótszych i dłuższych, które ukazały się w latach 1952 – 1953.



Trudno Dicka nie kojarzyć i nie znać, nawet jeśli z jakiegoś powodu nigdy się jego dzieł nie czytało. Kino to medium popularniejsze mimo wszystko od literatury, a filmowcy nie tylko niezliczoną ilość razy adaptowali jego utwory na ten grunt, ale przede wszystkim często dzięki adaptacjom tym przechodzili do historii albo przynajmniej zdobywali wielką sławę. Od legendarnego już „Łowcy Androidów” przez znakomitą „Pamięć absolutną” po hity pokroju udanego nawet „Next”, z każda kolejna ekranizacją Dick z coraz większą siłą przenikał do świadomości ludzi i popkultury, a jego pomysły stawały się doskonale znane, nawet gdy ta znajomość tkwiła w oderwaniu od nazwiska pisarza. Ten zbiór pokazuje jednak jak głęboko to przenikanie i znajomość sięgają w głąb naszej kultury i kinematografii. Bo wyobraźcie sobie, że to nie kto inny, jak Dick napisał opowiadanie, które musieli znać scenarzyści „Aliena”, kiedy przystępowali do pracy nad filmem. Albo, że Cameron musiał choć trochę inspirować się jego tekstem tworząc „Terminatora”. A przecież „Żona astronauty”, a „Imposotr”, a to, a tamto…



I takie właśnie teksty zbiera powyższa antologia, druga z pięciu. Teksty, choć czasami naiwne i często eksperymentalne, absolutnie rewelacyjne. Jest w nich bowiem coś takiego, jakaś niedająca się ubrać w słowa siła wizji i pomysłowości, niezapomniany urok oldschoolu, co sprawia, że każdym tekstem z osobna zachwyca się czytelnik i wciąż chce więcej i więcej. Lekko napisane, ciekawie przemyślane, raz kosmicznie odległe od rzeczywistości, innym znów razem niesamowicie przyziemne, oscylujące w okolicy horroru albo stanowiące satyrę na trwającą wtedy zimną wojnę, poszczególne opowiadania to swoiste perełki, cały zbiór natomiast to absolutne książkowe musisz-to-mieć nie tylko dla fanów gatunku, ale także dla fascynatów literatury w ogóle. Szczególnie, że równie wielkie jest samo wydanie – świetny papier, twarda oprawa, dodatkowa obwoluta i cudowne ilustracje Siudmaka, które pięknie wygląda na półce.



Wielkie to dzieło, oj wielkie. Dlatego zachęcam, polecam, namawiam wręcz. A wydawnictwu Rebis składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi tej wspaniałej książki do recenzji.

środa, 14 października 2015

Układ - Janusz Koryl




LOU Z CYFER



Dwaj policjanci, stos trupów i tajemnicze przesłanie, czyli niezła zabawa na kilka wieczorów.



Samobójczy skok z okna bloku oznacza koniec dla chłopaka, który się na niego porywa, jednak dla śledczych, jak i całego miasta to dopiero początek. Wkrótce bowiem dochodzi do kolejnych niczym nieuzasadnionych samobójstw zupełnie niepowiązanych ze sobą osób. Jest jednak coś, co w dziwny sposób łączy każde z tych zdarzeń. Prowadzący sprawę komisarz Wolański i aspirant Wieczorek zauważają szybko, że każda z osób, które odebrały sobie życie pozostawiła po sobie siedem dziwnych znaków: Wj 21, 24. Co to oznacza, co doprowadziło tych ludzi do samobójstw i jaki związek z całą sprawą ma internauta (?) o nicku mefi100? I czy na pewno warto poznawać odpowiedzi?



Najnowsza powieść Koryla, człowieka orkiestry można by rzec, bo przecież i poety i prozaika, i reportera także, to lekki i szybki w lekturze thriller z nutą horroru. Coś w sam raz na leniwe, długie wieczory, jakie właśnie nastają, jeśli oczywiście lubi się mocniejszą, mroczniejszą literaturę. Ja lubię, szczególnie gdy jest przy tym, tak, jak ta, lekko napisana i nieźle podana.



Całość to oczywiście dość klasyczny thriller zahaczający o metafizykę; śmierć, zbrodnia, śledztwo i ostateczne starcie. A jednak powieść dostarcza sporo zabawy i przyjemności, a co najważniejsze nie nuży ani przez chwilę. Poza tym kilka scen potrafi autentycznie uwieść czytelnika i pokazać profesjonalizm. To ostatnie odnosi się w szczególności do niesamowicie drobiazgowego raportu z sekcji i tego, jakie robi wrażenie.



Podsumowując fani thrillerów nie poczują się zawiedzeni dlatego polecam im po „Układ”, sięgnąć a wydawnictwu Videograf składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Mądrości Shire. Krótki poradnik jak żyć długo i szczęśliwie - NobleSmith




PO ROZUM DO SHIRE



Powieści o Śródziemiu, bo nie sam „Hobbit” i „Władca Pierścieni” tylko, to istny światowy fenomen, który trwa nieprzerwanie od długo ponad pół wieku i trwać będzie chyba do końca świata. Dlatego oprócz ekranizacji doczekały się także niezliczonej ilości hołdów, naśladownictw czy dodatków we wszystkich możliwych mediach, z niepowstrzymaną łatwością adaptując się na każdy nowy grunt. „Mądrości z Shire” to jedna z takich właśnie książek, książek-hołdów, napisana przez człowieka niepowtarzalnym światem wykreowanym przez Tolkiena urzeczonego. I choć wygląda niepozornie, szybko okazuje się naprawdę ciekawą i udaną pozycją, którą fani angielskiego mistrza (ojca!) Fantasy powinni zdecydowanie poznać.



Noble Smith wpadł na pomysł żeby napisać poradnik inspirowany życiem i poglądami na świat i egzystencję literackich postaci. Niby nic odkrywczego, wielu robiło to wcześniej, wielu zrobi też potem, nikt jednak przed nim nie wpadł na pomysł by wykorzystać do tego hobbicką brać. A przecież kto, jak nie małe wzrostem, lecz wielkie sercem istoty zamieszkujące Shire, dla których jedzenie to sposób bycia, które tak niechętne są do wszelkich zmian, a jednak zmieniają cały świat, doskonale się do tego nadają? Właśnie! A jeśli podać to jeszcze z lekkością i humorem, zabawa jest zdecydowanie świetna.



Poradnik to jednak tylko jedna strona tego medalu, drugą jest zdecydowanie własna analiza „Hobbita” i „Władcy Pierścieni”, łącząca się oczywiście ze streszczeniem poszczególnych, ściśle powiązanych z poradnikową treścią, fragmentów obu dzieł. Jest też i trzecia strona, a mianowicie – fakty i ciekawostki. Bo choć znam życie Tolkiena dość dobrze, a przynajmniej tak myślałem, Smith potrafił nieraz mnie zaskoczyć, a także pogłębić wiedzę już posiadaną. Na koniec zaś dla rozprężenia, serwuje nam autor test czy jesteś Hobbitem, test zabawny i przywołujący miły uśmiech.



I chociaż zdawało się, że to dodatek tylko, „Mądrości Shire” obudziły we mnie jakąś tęskną nutę i przypomniały co czułem, kiedy pierwszy raz czytałem dzieła Tolkiena. Sprawiły także, że nabrałem ochoty ponownie do nich zajrzeć i znów zagłębić się w świat wielkich przygód, podróży, która zmienia świat i ideałów, jakie zdaje się dawno uciekły z naszych serc. Kto więc lubi Hobbitów, kto choć raz dał się uwieść wizji J.R.R., niech bez wahania sięgnie po tą książeczkę. Warto. A ja dziękuję wydawnictwu SQN za udostępnienie mi jej do recenzji.

wtorek, 13 października 2015

Dygot - Jakub Małecki




INNI



Gdy ambicja i chęć sięgnięcia wyżej spotyka się z kulturą popularną, efekty bywają różne, najczęściej jednak ciekawe. Taki też udało się uzyskać młodemu polskiemu autorowi, jakim jest Jakub Małecki, a jego książka prezentuje naprawdę znakomity poziom.



Rok 1938. To wtedy zaczynana się akcja „Dygotu”. Jej finał? Czasy nam współczesne, bo rok 2004. Na tle przemian jakie zachodzą przez ten czas w Polsce śledzimy losy członków dwóch rodzin – Łabendowiczów i Geld. Ci pierwsi próbują radzić sobie najpierw z okupacją hitlerowców, potem z Armią Czerwoną. Przekleństwem ich rodziny stają się po części Niemcy, po części wyzwoliciele, kiedy uciekają od pomagającej im Niemki kiedy ta zostaje wysiedlona przez Rosjan. Czyn ten ma swoje konsekwencje. Porzucona kobieta przeklina nienarodzone dziecko, te zaś wkrótce przychodzi na świat jako albinos. Mieszkańcy wsi nie pałają do niego sympatią, szczególnie, że wszystko wskazuje na to, że dziecko jest winne nieurodzaju…

Córka Geldów natomiast staje się ofiarą cygańskiej klątwy? Także i ona nie może znaleźć swojego miejsca wśród „normalnych ludzi”, kiedy zostaje oszpecona w wyniku wybuchu granatu. Jednak drogi obojga odmieńców w końcu się przetną a po latach światło dzienne ujrzy rodzina tajemnica…



Ta powieść jest jak jej okładka. Dziwna, ale intrygująca. Okładka kojarząca się z magazynem modowym albo lifestyle’owym, na pierwszy rzut oka wydaje się nie pasująca do treści, jest w niej jednak coś, co to połączenie ze snutą przez autora historią nawiązuje. Zostawmy jednak w spokoju oprawę i przejdźmy do treści. Omówić fabułę nie jest trudno, trudniej jest ją jednak sklasyfikować czy wcisnąć do jakiejś szufladki. Na myśl nasuwa mi się jednak hasło realizm magiczny, bo choć jest w „Dygocie” nuta fantastyki, całość trudno jest do gatunku tego przypisać. „Dygot” to także pewne swojskie mystery,  mrok i sekrety, nieco dziwności i przede wszystkim głębia. I prawda.



Małecki nie pisze typowo lekko i przyjemnie. Jego styl jest bardziej wymagający, ale przy tym i bardziej… hmm… poetycki? To chyba dobre określenie, choć nie wyczerpujące tematu. Liryczny? Też nieźle oddaje słowa i frazę, ale nadal nie do końca. Na pewno nie jest rozpasany ani przesadnie kwiecisty. To styl ciekawy i w pewien sposób twardy, fajnie współgrający z treścią. Oryginalny.



I oryginalna i niebanalna jest ta propozycja. Godna polecenia i uwagi. A sam autor wart śledzenia jego kariery. Dlatego polecam „Dygot” Waszej uwadze, a wydawnictwu SQN składam podziękowania za udostępnienie mi go do recenzji.

W pogoni za wielką rybą - David Lynch




ZROZUMIEĆ LYNCHA



David Lynch to jeden z moich ulubionych reżyserów, oniryczny dziwak, którego filmy zamiast dawać odpowiedzi, atakują widzów na zupełnie innym, bardziej emocjonalnym poziomie. Ekscentryk i wizjoner, który potrafi uwieść widzów. Jak jednak radzi sobie z czytelnikami, oferując im książkę o samym sobie?



„W pogoni za wielką rybą”, rybą stanowiącą symbol samych pomysłów, jakie lęgną się w głowie każdego twórcy, to książka przede wszystkim o medytacji. To nie autobiografia, a przemyślenia Lyncha snute konsekwentnie, choć fragmentarycznie, opowiadające o zagłębianiu się w samego siebie i czerpaniu z tego korzyści. Medytacja to coś, co nie tylko ma znaczący wpływ na jego życie i pracę, ale przede wszystkim aspekt, który całe to życie określa. I poniekąd jakby w formie dodatku do niej pojawia się samo życie autora, nierozerwalnie przecież splecione, ale na szczęście na tyle na tym tle wyeksponowane, by Ci, niezainteresowani tematem zgłębiania własnego jestestwa nie poczuli się zawiedzeni.



Poza samym tematem głównym w krótkich rozdziałach David Lynch snuje oczywiście opowieści o własnych losach praktycznie od narodzin przez studia i eksperymenty z narkotykami, jakie w pewnym stopniu podejmował w latach 60, po czasy obecne. A że przede wszystkim w życiu jest reżyserem filmowym, krok po kroku odsłania kulisy powstawania poszczególnych filmów, genezy części pomysłów i przypadkowe zdarzenia, które potrafiły zmienić nie tylko cały kształt kręconego obrazu, ale także i zainicjować jego nieplanowane powstanie. I to wszystko właśnie stanowi najbardziej interesujący mnie aspekt tej dziwnej jak sam Lynch książki. Książki świetnie wydanej, szybkiej w lekturze, ale zarazem takiej, którą chce się delektować powoli, co też czyniłem, dawkując sobie ciekawostki.



I choć filozofia Davida Lyncha nie jest czymś czemu bym hołdował, cała reszta sprawia, że „W pogoni za wielką rybą” stanowi pozycję, którą chętnie polecam każdemu lubiącemu filmy tak autora jak i w ogóle. Natomiast wydawnictwu Rebis składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi jej do recenzji.

poniedziałek, 12 października 2015

Jurassic World (DVD + książka)




JURAJSKI ŚWIAT



Po 12 latach od ostatniego filmu serii i 22 latach od początku cyklu, dinozaury powracają. Niestety, w najgorszej odsłonie cyklu, choć nadal wcale nie takiej złej.



Marzenia się spełniły. Nikt już nie planuje otwarcia parku rozrywki, Jurassic World działa pełną parą. Ale jak zwykle nic nie idzie tak, jak trzeba. Inteligentny dinozaur stworzony z połączenia kilku gatunków zaczyna polowanie a zagrożeni są siostrzeńcy jednej z pracownic...



Podstawowe plusy filmu? Sentyment jaki budzi i efekty. Niestety minusów już jest zdecydowanie więcej.



Po pierwsze fabuła: niezła, ale szybko okazuje się naiwna i pusta.
Po drugie: brak logiki. Scen, gdzie szwankują podstawy myślenia jest multum. Brak także konsekwencji i spójności a każdy zwrot akcji zwrotem nie jest, skoro wiadomo o nim na długo nim się pojawi.
Po trzecie: brak pomysłów. Brak świeżości nie zaskoczył, ale żeby powielać na ekranie to, co było najgorszym elementem części Trzeciej, czyli inteligentny dinozaur, co wytykali wszyscy, przerasta moje rozumowanie odnośnie motywów.



Na szczęście nie nudzi do tego stopnia, by nie oglądało się miło, czasem oferuje nieco napięcia, innym razem puszcza sentymentalne oko... Fani obejrzeć powinni, nowi widzowie - nie, bo stracą cały zapał do świetnej serii. Wydanie DVD nie oferuje wiele, ot sceny wycięte i wywiad/dokument. Książka też nie wnosi nic nowego, ale mimo wszystko warto zainwestować w "Jurassic World".

Mity i legendy Indian Ameryki Północnej. Część I - Richard Erdoes,Alfonso Ortiz




INDIAŃSKIE DZIEDZICTWO



Rdzenni Amerykanie i ich wierzenia to temat fascynujący i niezwykle obszerny. Temat rzeka, można by rzec. Prawdziwy ocean przekonań i wizji. Zmierzyć się z nim postanowili dwaj mężczyźni – pisarz zajmujący się tym tematem i antropolog, który sam wywodzi się z indiańskich korzeni. I z tego zdawałoby się niemożliwego zadania wyszli obronną ręką.



Co znajduje się na stronach książki, streszczać nie ma sensu. Już same legendy i mity to opowieści na tyle krótkie, nierozbudowane, że mówienie czegokolwiek o ich brzmieniu mija się z celem. To, co jednak zebrano w tej książce, a właściwie pierwszym tomie kompilacji tych opowieści, to przekrój przez najważniejsze z wierzeń rdzennych mieszkańców amerykańskiej ziemi. Jak powstał człowiek, jak powstał świat, skąd wzięły się niektóre rytuały, jaki jest świat duchów i jaki będzie koniec. Krok po kroku, legenda po legendzie, wędrujemy coraz dalej w niezwykły świat Indian. Ich codzienności, religii, niepowtarzalnych przekonań i tego, czym kierowali się w życiu. Bo legendy i mity nie stanowiły dla nich tylko snutych tu i tam, z pokolenia na pokolenie, historyjek, a nadawały rytmu i znaczenia.



Co jednak te opowieści mogą znaczyć dla nas, poza tym, że stanowią ciekawostkę i wgląd w temat dla jego fascynatów, a przynajmniej ludzi zainteresowanych? Jak się okazuje – bardzo wiele. Indiańskie dziedzictwo, które – kolokwialnie mówiąc – zostało zarżnięte przez kolonizatorów, poniekąd podstępem powróciło do ludzkiej świadomości, przesycając popkulturę. Książki czy kino, znane opowieści znajdują tu swoje odbicie. Oglądaliście Z archiwum X”, serial, który za sprawa zapowiedzi 10 sezonu, znów wrócił do łask i zainteresowania fanów? Albo największy hit wszechczasów, „Avatara”? To tylko dwa spośród wielu przykładów inspiracji, a nawet adaptacji indiańskich legend na nowe media i nowe czasy. Ale przykłady, które sprawiają, że tym bardziej chce się sięgnąć po niniejsze opracowanie.



A sięgnąć jest warto. Rzetelność, przystępność, w tomie nie pominięto także porcji grafik… Dlatego też polecam, jeśli jesteście choć trochę zainteresowani tematem, a myślę, że nie wielu znajdzie się takich, którzy byliby absolutnie nieczuli na treść i to, co można w niej odnaleźć. Wydawnictwu Alter zaś składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

sobota, 10 października 2015

Gucio i Cezar - Bohdan Butenko, Krystyna Boglar




JEST GRUBA, ALE I BARDZO MILUTKA



Sympatyczny Hipopotam Gucio i pies Cezar to dwaj przyjaciele, którzy pakują się w masę kłopotów. Nieznajomość tabliczki mnożenia kończy się dla nich… uprowadzeniem przez piratów, chęć zjedzenia lizaka wysyła ich w podróż gdzie pieprz rośnie, a budowa rakiety kosmicznej przeradza się w misję ratowania księżniczki…



I  w takim tonie toczy się cały ten ponad 250-stronnicowy tom, który zbiera w sobie 5 opowieści o dzielnych przyjaciołach, wszystkie zeszyty jakie zostały wydane. I wraz z szalonymi przygodami niesie ze sobą porcję wiedzy i uczy wartości, jakich potrzeba każdemu dziecku. A przy tym wciąga, urzeka i ani chwili nie nudzi. Nawet, kiedy ma się już x lat i na takie historie uważa się już za zbyt dorosłego. A może szczególnie wtedy? W końcu ta nuta sentymentu, te wspomnienia, bo rysunki Butenki zna każdy, ten klimat dawnych dzieł…



Rysunkowo, skoro przy tym temacie jestem, „Gucio i Cezar” są skrajnie proste, ale w tej prostocie tkwi i cały urok i siła wyrazu.



Ja też nie będę komplikował, rozpisywał się i przynudzał. Po prostu polecę Waszej uwadze i z przyjemnością odstawię ten świetnie wydany i ładnie wyglądający tom na półkę, by jeszcze z chęcią do niego wrócić, bo to książeczka, jak sam Gucio, gruba, ale i bardzo milutka.

piątek, 9 października 2015

Twarz z lustra - Elżbieta Wichrowska




SENTYMENT KONTRA SENTYMENT



Nostalgiczna wyprawa w przeszłość i sekrety jakie kryją się w każdej rodzinie, czyli udany spacer po Warszawie z Elżbietą Wichrowską.



Znany wydawca i kolekcjoner Włodzimierz Stąpka-Potocki w wyniku pobicia w ciężkim stanie trafia pod opiekę młodej, utalentowanej neurochirurg – Łucji. Wokół łóżka nieprzytomnego niemal od razu zaczyna się wiele dziać, nie brak bowiem krewnych, którzy chętnie dostaliby się do mieszkania rannego po rzeczy, które tam „pozostawili”. Samej Łucji także nie brak problemów – rozstanie z mężem, ciężki wspomnienia… Spotkanie ze znanym podrywaczem, jakim niewątpliwie jest Stąpka-Potocki, odmienia ich oboje. A wszystko zaczyna się od tego, że na sam pierwszy widok swojej pani doktor, Włodzimierz reaguje… strachem!



Ta książka jest jak kufer, który w swoim mieszkaniu posiad główna bohaterka. Teoretycznie wiadomo, co jest w środku, w praktyce okazuje się, jak błędne było to przeświadczenie. Z prostej zdawałoby się opowieści o spotkaniu dwójki różnych przecież ludzi, przemienia się „Twarz z lustra” w podróż w głąb własnego drzewa genealogicznego. Ale podróż nie taką oczywistą, bo zabarwioną silnie detektywistyczną nutą i szczyptą grozy. I niesamowicie sentymentalną. Podróż, w której zderzają się dwa światopoglądy – kolekcjonera, dla którego przeszłość to cudowny grunt i lekarki, dla której historia jej rodziny, jej własne korzenie, które wywrzeć mogą wpływ na jej jutro, stanowią przyczynę jej lęków. I z tej konfrontacji zarówno on jak i ona wychodzą z wnioskami, które zmieniają wszystko i udzielają odpowiedzi na nurtujące ich pytania.



Jednak nie sama treść stanowi o sentymentalnej sile tej powieści. Autorka, która sama z rozmiłowaniem zagłębia się w sekrety czasów minionych, dzieli się z czytelnikami prawdziwą galerią zdjęć miejsc i ludzi, których dawno już nie ma, galerią map, wycinków gazet, fotografii pomników… Zagłębienie się w „Twarz w lustrze” szybko staje się odpowiednikiem zanurzenie się Łucji w jej przeszłość. Swoistym otwarciem pełnego pamiątek kufra. I niesie ze sobą wiele emocji. Dlatego też polecam ją każdemu, kto lubi nostalgię i sentymenty. I dziękuję wydawnictwu MG za udostępnienie mi „Twarzy…” do recenzji.

czwartek, 8 października 2015

David Boring - Daniel Clowes




DAVID BEZ GRAMA NUDY



Na wydanie tego komiksu po polsku fani Daniela Clowesa czekali piętnaście lat. W końcu jednak jest i wszystkie pokładane w nim oczekiwania – a oczekiwania były to wielkie – spełnia i to z nawiązką!



David ma dwadzieścia lat i – jak obliguje go do tego nazwisko – wiedzie nudny tryb życia pracownika ochrony przerywany kolejnymi partnerkami przybliżającymi go do wymarzonego ideału miłości. Niczym nasz polski Adaś Miauczyński z filmów Koterskiego zatraca się tak w uczuciach, jak i własnych nerwicach. I nagle, jak to w życiu bywa, następuje wolta. A właściwie jedna wolta za drugą – bo nieszczęścia chodzą przecież parami, grupami nawet. Najpierw zamordowany zostaje jego przyjaciel, potem odnaleziona wreszcie miłość doskonała okazuje się wcale takim ideałem nie być, jeszcze później zostaje postrzelony a wreszcie następuje cios ostateczny – nadchodzi wojna i koniec świata! Jak w obliczu wszystkich tych wydarzeń i pytań, jakie rodzi sytuacja, odnajdzie się sam główny bohater?



Uwielbiam komiksy Clowesa i mam do nich wielki sentyment. Poza tym tak się w moim życiu złożyło, że maturę zdawałem z tematu komiksów i ich filmowych adaptacji i wśród pozycji do omawiania zdecydowałem się umieścić wówczas najpopularniejsze dzieło autora „Ghost World”. Dlatego tak wielkim dla mnie wydarzeniem było wydanie „Davida…”, ale abstrahując od wszystkich tych prywatnych związków, „Boring” to powieść graficzna absolutnie rewelacyjna. Mocna i przejmująca historia łącząca w sobie niepowtarzalny charakter twórczości Clowesa, klimat „Sprzedawców”, „W pogoni za Amy” i „Dnia Świra” z zagrożeniem, które nie jest tak do końca określone – jak w popularnych ostatnio „Walking Dead” czy bardziej adekwatnie „Jerychu”. Jak zawsze jednak to nie fabuła jest najważniejsza a leniwie snute dialogi, które pokazują inteligencję bohaterów (i oczywiście autora), życiową mądrość i przejmującą prawdę. Prawdę głownie o miłości, o mężczyznach i kobietach. I życiu. Oraz kondycji ludzkiej. Po prostu prawdę.



Wielkie wartości świetnie uzupełnia szata graficzna; undergroundowa, trochę przypominająca Charlesa Burnesa kreska. Clowes tym razem pokusił się też o plansze kolorowe, sporadyczne, ale tym bardziej wymowne. Plansze komiksu w komiksie, dzieła ojca bohatera jakże adekwatnego do całości, choć opowiadającej tylko o głupawym superbohaterze z okresu złotej ery naiwnych historyjek obrazkowych.



Efekt finalny, co tu dużo mówić, znów zachwyca. I aż chciało by się znaleźć jakąś łyżkę dziegciu do tej beczki miodu, ale nawet na siłę nie potrafię, więc po prostu zamykam się już i najzwyczajniej w świecie polecam „Davida Boringa” Waszej uwadze, a wydawnictwu Kultura Gniewu składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi tego rewelacyjnego komiksu do recenzji.



Przykładowe strony albumu znajdziecie tu.

Wielka ucieczka z ogródków działkowych - Jacek Świdziński




WIELKA UCIECZKA OD ŻYCIA



Świdziński, jeden z najoryginalniejszych i najlepszych polskich twórców komiksowych, powraca z najnowszym swoim albumem na ponad dwustu stronach portretując nasze społeczeństwo w sposób, w jaki od lat nikt tego nie robił.



Jeden pociąg, jeden przedział, cztery osoby. Pozornie nieudolna wymiana zdań przeradza się we wspólny spacer po lesie, kiedy w wyniku śmiertelnego wypadku z udziałem kogoś, kto wpadł pod koła, środek ich transportu na wiele godzin zostaje uziemiony. Kiedy wracają, pociągu już nie ma. Zmuszeni do samotnej wędrówki przez las odkrywają powoli, że coś jest bardzo nie tak. Coś, a raczej wszystko, się zmieniło, tylko co jest tego przyczyną?



Świdziński, nasz konduktor, zabiera nas w podróż poprzez Polskę przebijającą zarówno ze słów czwórki pasażerów jak i – w retrospekcjach – zza szyb jadącego pociągu. Kobieta, która farbuje ubrania i „uczciwie” obniża wartość podzielników ciepła mieszkańców jej bloku, zapalony działkowiec, dla którego przekleństwem staje się bilbord, refleksyjny mężczyzna czy młoda prowokatorka. W leniwych, częstokroć absurdalnych dialogach tej grupy, która wysiadła tak z pociągu jak i z życia, odsłania się powoli portret społeczeństwa. Społeczeństwa lęków i paranoi wszelakich, wciąż pełnego ludzi tęskniących za czasami, kiedy było gorzej, ale za to żyło się lepiej, drobnych cwaniaczków i wojujących po wódce sąsiadów. Słowem wiwisekcja wszystkich z nas, którzy w tym kraju żyjemy. Wiwisekcja, jakiej nie czytałem chyba od czasów jednego z moich najukochańszych komiksów, czyli kultowego już „Osiedla Swobody” Śledzia, a to chyba najlepsza recenzja jaką mógłbym wystawić temu albumowi.



Rysunkowo „Ucieczka…” to komiks skrajnie prosty, jakby tworzony po najmniejszej linii oporu, ale niech ktoś mi powie, że w ilustracjach tych brak siły. Urzekły mnie, kiedy zobaczyłem je po raz pierwszy przy okazji „Zdarzenia”, zachwyciły minimalizmem i swoistą bajkowością, i odczucia te nie zmieniły się ani odrobinę. Zmienił się za to sam Świdziński, który tym razem plansze tworzył na większym formacie arkuszy, co przełożyło się na większą szczegółowość i zarazem zamknięcie dłuższej opowieści w mniejszej ilości stron.



Produkt jaki wychodzi ze zmiksowania – z homogenizacji, by odnieść się do samej treści – tego wszystkiego, podlanego klasycznymi dla autora odwołaniami (Tytus, Romek i A’Tomek rządzą!), to produkt przepyszny, mocny, urzekający, skomplikowany i absolutnie wspaniały. Produkt, który pokazuje jak wiele tracą ci, którzy z rozmiłowaniem czytają tylko komiksy mainstreamowe, stroniąc od niszowych, artystycznych dzieł. Nie bądźcie więc jak oni, sięgnijcie i przekonajcie się ile może komiks, polecam, a wydawnictwu Kultura Gniewu składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi tego albumu do recenzji.



Przykładowe strony komiksu znajdziecie tu.

środa, 7 października 2015

Bóg we własnej osobie - Marc-Antoine Mathieu




ART DEO



W trakcie rutynowego spisu ludności dochodzi do zdarzenia, jakie nie miało wcześniej miejsca. Oto niepozorny człowiek stojący karnie w kolejce wraz z innymi okazuje się nie posiadać żadnego dokumentu potwierdzającego jego tożsamość. Na pytania o swoje personalia odpowiada krótko, że jest Bogiem. Podejrzenia o chorobie psychicznej się nie potwierdzają, potwierdza się natomiast boskość. Co w obliczy tego wydarzenia uczyni ludzkość? Chwilowa fascynacja mija szybko, Bóg zaś zostaje oskarżony właściwie o wszystko, a w sądzie rozpoczyna się proces...



Co by było gdyby Bóg rzeczywiście zstąpił pośród nas i to w czasach obecnych? Jak ludzkość powitałaby swojego Ojca i do czego by się posunęła? Na te pytania stara się odpowiedzieć Marc-Antoine Mathieu, francuski twórca, który w swym komiksie na zaledwie 124 stronach zderza boskość z odkryciami fizyki, paradoksami filozoficznymi i twierdzeniami rzesz teoretyków, pokazując zarówno jak człowiek widzi Boga i jak Bóg mógłby widzieć człowieka. To wszystko staje się jednak nie celem samym w sobie a środkiem do ukazania brutalnej prawdy o nas samych. Pretekstem do obśmiania naszych przywar i cywilizacyjnych uzależnień. Naszego konsumpcjonizmu a nawet poprawności politycznej, konwenansów.



Bałem się trochę tego komiksu i nie będę się z tym krył. Bałem się do jakich granic posunąć może się autor i bałem się, że może zechcieć – jak choćby Garth Ennis – zamiast skupić się na filozofii, wywołać emocje kontrowersjami, które popchną go na ścieżkę taniego skandalizowania. Obawy na szczęście nie ziściły się a „Bóg we własnej osobie” okazał komiksem, który odważnie dokłada swój głos do ważkich dyskusji, wywołując (prowokując!) mnóstwo refleksji i przemyśleń. I choć porusza temat, który już z założenia jest kontrowersyjny, choć pokazuje różne ludzkie postawy wobec tematu, który nikomu nie jest obojętny, udaje mu się nie szokować ani nie zniesmaczać, za co jestem autorowi bardzo wdzięczny. I w takim podejściu do tematu widać talent autora.



Graficznie album jest dość prosty, czarnobiały z nutą szarości – ale to wszystko dobrze współgra z treścią. Jakby oblec filozoficzny thriller prawniczy w otoczkę noir. Nie ma tu nadmiaru szczegółów, tła są sporadyczne, ale tak naprawdę niczego więcej nie potrzeba.



Nie potrzeba także dodawać niczego więcej w ramach konkluzji, jednak i tak to zrobię, bo chcę wprost polecić Wam ten rewelacyjny album. I chcę także podziękować Kulturze Gniewu za udostępnienie mi go do recenzji – co niniejszym czynię.



Fragmenty albumu znajdziecie natomiast tu.