poniedziałek, 30 listopada 2015

Kot Bob i jego podarunek - James Bowen



ŚWIĘTA Z KOTEM… POD PSEM



Kot Bob stał się fenomenem i wcale się temu nie dziwie. Autobiograficzna historia człowieka, który odbił się od dna głównie dlatego, że w jego życiu pojawił się pewien wymagający opieki kot uliczny, trafiła do serca czytelników i tam już pozostała. Teraz do ich rąk trafia trzeci już pełnoprawny tom losów Boba i Jamesa, oferując wszystkim chętnym spędzenie w ich towarzystwie Świąt Bożego Narodzenia.



Grudzień roku 2013 to dobry czas dla Jamesa. Książka przyniosła mu sławę, pieniądze i wyniesienie do kręgów, o jakich nawet nie śmiał niedawno śnić. Ale świąteczna atmosfera staje się pretekstem do wspomnień. Powrotem pamięcią do grudnia 2010, kiedy to sytuacja wciąż była ciężka. Spisaniem historii jego i Boba wydawnictwo było już zainteresowane, ale do prawdziwej odmiany losu brakowało naprawdę wiele. Te święta z kotem zapowiadały się jak pogoda - pod psem. James nie miał pieniędzy, a odcięty gaz i prąd zmusiły go do prób zdobycia dostatecznej kwoty, żeby przetrwać do nowego roku. Jak to jednak osiągnąć, kiedy ludzie biegają za prezentami i nie zauważają otoczenia, a zbierających datki pojawiło się jak grzybów po deszczu? I co takiego może się zdarzyć, że przywróci wiarę tak w Święta, jak i w ludzi?



Choć to trzeci tom, ja z Bobem i jego człowiekiem Jamesem (tak najlepiej określić ten układ) spotykam się po raz pierwszy. Ale spotkanie to jest bardzo udane. Nigdy nie należałem do fascynatów literatury o zwierzęcych bohaterach, nie mniej historia człowieka, który upadł na dno, uzależnionego od narkotyków i balansującego na granicy życia i śmierci, okazała się mieć w sobie to coś. Prawdę? Owszem. Szczerość? Także. Ale też pewne naturalne ciepło i nadzieję, które dla świątecznego tomu były jak znalazł. Poza tym autor nie tworzy powieści tylko dla fanów czy znających treść poprzednich dwóch książek o Bobie czytelników. „Podarek…” staje się opowieścią autonomiczną, wyjaśniającą wszystko to, co czytający wiedzieć o losach Jamesa i Boba powinien, i wciągającą w ten świat trudnych przeżyć.



Stylistycznie powieść ta jest bardzo lekka, prosta wręcz, ale przyjemna. Szybka w odbiorze, wywołująca emocje i nie wypadająca z pamięci zaraz po przeczytaniu. Książka, do której chętnie będzie się wracać przy okazji kolejnych Świąt Bożego Narodzenia i książka nadająca się świetnie w sam raz na Gwiazdkowy czy Mikołajkowy prezent. Polecam więc każdemu, kto lubi świąteczną atmosferę w dobrym stylu i z dobrymi wartościami.



A wydawnictwu Nasza Księgarnia dziękuję serdecznie za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.



Zajrzyjcie też na stronę Kota Boba po więcej informacji o książkach i autorze: http://kotbob.nk.com.pl/

sobota, 28 listopada 2015

Tajemny ogród dla wtajemniczonych - Johanna Basford



W OGRODZIE PEŁNYM TAJEMNIC

 

Widzicie drzwi. Stare, drewniane, dąb pewnie ścięto do ich wykonania, okute żelaznymi zdobieniami. Osadzone są w cegłach, a może w roślinach, zieleń jest wszędzie, choć jeszcze nie ma koloru, plątanina liści, gęsto wyciągająca swoje ramiona w stronę wejścia. Wchodzicie dopiero, czy może już weszliście? Kto to wie. Jedno jest pewne: znajdujecie się dopiero u stóp Tajemnego Ogrodu.

 

Wraz z opisaną wyżej ilustracją, zaczyna się niniejsza książka. Artystyczna kolorowanka dla każdego, niezależnie od wieku, kto chciałby własną dłonią nadać barw przesyconym detalami i skomplikowanymi kształtami ilustracjom. Z każdą kolejną stroną zagłębiamy się krok po kroku w roślinność i sekrety tego miejsca. Widzimy kwiaty, widzimy bogactwo owadów. Starą studnię. Domek na drzewie. Co jeszcze kryje się tam dalej? Za zakrętem i za kolejnym parawanem zieleni?

 

Nagrodzona Elle Decoration Design Award i Channel 4 Talent Award artystka zaprasza nas do krainy, gdzie zabawa z kredkami, flamastrami czy farbami nawet, trwać będzie całymi godzinami. W odróżnieniu od większości podobnych publikacji, kolekcjonerska edycja „Tajemnego ogrodu” oferuje znakomitą jakość. Tekturowa podkładka, grube, wielkoformatowe plansze, świetny papier… Kartki nie ulegną wilgoci, nie pofałdują się, kolor niezależnie od używanych narzędzi nie przebije przez strony. Kolorowanie więc staje się zabawą, jaką być powinno, bez konieczności uważania na papier.

 

Poza tym same rysunki są znakomite. Odpowiednio skomplikowane, odpowiednio wzorzyste. Nawet sama okładka aż kusi by ją pokolorować.

 

Kto więc lubi tego typu aktywne spędzanie czasu, powinien z „Ogrodem…” się zapoznać. Kolorowanie stało się ostatni modne, ale w zalewie tytułów ten właśnie zdecydowanie wart jest polecenia.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Nasza Księgarnia za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

piątek, 27 listopada 2015

Coś mojego - Marci Lyn Curtis



TO, CZEGO NIE WIDAĆ



„Jak ktoś jest niewidomy, widzi ludzi takimi, jakimi są naprawdę.” Tak uważa nastoletnia bohaterka tej wzruszającej powieści. Co jeszcze może dostrzec osoba, która straciła wzrok? I najważniejsze pytanie - dlaczego?



Siedemnastoletnia Maggie nie ma lekko. Wraz ze wzrokiem straciła wszystko, dlaczego warto było żyć – przyjaciół, sport, z którym wiązała swoje marzenia i wiele, wiele innych radości. Jej świat jest już tylko pustką, nie widzi szarości, nie widzi czerni nawet, nie widzi nic. Aż do dnia, w którym tak po prostu dostrzega chłopca. Benjamin ma dziesięć lat i też daleki jest od bycia zdrowym dzieckiem. Jest także jedyną rzeczą, jaką Maggie widzi od pół roku. I kimś, kto wraz ze starszym bratem, do którego Maggie zaczyna coś  czuć, zaczyna uczyć ją żyć na nowo i na nowo odnaleźć Coś tylko jej. Coś co da radość i będzie miało prawdziwe znaczenie w jej życiu. Ale zostaje jedno pytanie, na które niewidoma dziewczyna chciałaby poznać odpowiedź: dlaczego zobaczyła właśnie jego?



Pomysł na powieść Marci Lyn Curtis miała prosty, ale znakomity. Tak to bywa z pomysłami. I z autorami, których nawiedzi jakaś myśl i nie daje spokoju, dopóki nie zostanie przelana na papier i nabierze właściwych kształtów i wagi. Często efekt końcowy jest daleki od oczekiwań czytelniczych. Na pytanie, które intryguje osobę zagłębiającą się w lekturę, trudno jest znaleźć satysfakcjonującą odpowiedź, a im bardziej niezwykłe jest to pytanie, tym większe są oczekiwania. A jednak Curtis się to w znacznym stopniu udało, a jej „Coś mojego” okazało się naprawdę znakomitą książką. Z kategorii young adult? Prawda, ale jak każda dobra książka, znakomitą dla każdego przedziału wiekowego.



Lekkim i przyjemnym stylem podaje autorka pełną emocji i wzruszeń opowieść. Wprawdzie wyjaśnienie całości łatwo da się przewidzieć, jednak sama historia nadal wciąga i dostarcza tego, czego dostarczyć powinna. Przy okazji w ciekawy i przejmujący sposób ukazuje życie osoby skazanej na ciemność i wiążące się z tym problemy.



Kto lubi udane, ciekawe powieści dla młodzieży, z nutą fantastyki, śmiało może sięgnąć po „Coś mojego”. Czeka go  bowiem wiele godzin świetnej zabawy w gronie ciekawych bohaterów.



Ja zaś dziękuję wydawnictwu Amber za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Przygody TinTina tom 23 - Tintin i Picarosi - Hergé



W ZŁOTEJ KLATCE



Tintin, Kapitan Baryłka i profesor Lakmus powracają by tym razem udowodnić, że naprawdę nie muszą wychodzić z domu, co tam wychodzić!, nie muszą nawet kiwnąć placem, żeby dopadły ich kłopoty! I to jakie!



Spokojny dzień naszych bohaterów psują szokujące wieści. Ich przyjaciółka, śpiewaczka Bianka Castafiore, została aresztowana w Tapiokapolis, gdzie władzę przejął generał Tapioka. Ze względu na znajomość z jego zdetronizowanym poprzednikiem, Alacazrem, uznano ją za spiskującą przeciw życiu Tapioki. A ponieważ TinTin, Baryłka i Lakmus przyjaźnią się zarówno z nią, jak i z Alcazerem, także zostają oskarżeni o udział w spisku. Wbrew ostrzeżeniom TinTina, Baryłka wraz z Lakmusem decydują się wyruszyć do Tapiokapolis wyjaśnić sprawę, niestety – dobre traktowanie na miejscu okazuje się być jedynie złotą klatką. Teraz cała nadzieja w TinTinie…



Kapitanowi Baryłce nagle przestaje smakować jego ukochana whisky? To już naprawdę coś musi być bardzo nie tak! Tylko co takiego, oprócz oskarżenia o spiskowanie? Tym tomem TinTin wraca na tory satyryczne, stając się komentarzem dla dyktatury. Poważniejsze treści idą jednak w parze z tym, co już doskonale znamy, a więc akcją, przygodą i świetnym humorem potrafiącym rozbawić czytelników w każdym wieku. I nie ważne jest, czy jest się fanem serii, czy może dopiero poznaje się ten świt i tych bohaterów – choć dla stałych bywalców Księżymłyna, przygotował autor wiele dodatkowych atrakcji, sprawiających, że wszystkie albumy, pomimo autonomii, łączą się w spójny cykl.



Rysunkowo TinTin jak zwykle jest świetny, lekki, prosty, ale zarazem szczegółowy, ze świetnymi tłami i bogactwem tekstów w kadrach. Pod względem barw dostajemy tym razem komiks bardziej kolorowy, ale w tych kolorach uzasadniony, a zarazem stonowany.



Ogółem po prostu świetny. Jak na to, że to już tom 23, naprawdę pomysłowy i udany. Nie odstający poziomem od reszty, dostarczający mnóstwo zabawy i przyjemność. Po prostu wart polecenia, jak cała zresztą seria.



A ja dziękuję jeszcze wydawnictwu Egmont za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

czwartek, 26 listopada 2015

Przygody Tintina 22 - Lot 714 do Sydney - Hergé



Z TINTINEM NA POKŁADZIE



Po rozprężeniu, jakim zdecydowanie był poprzedni, skupiony na humorze tom, TinTin i jego przyjaciele powracają w pełnym przygód, niebezpieczeństw i zagadek albumie, gdzie sensacja przeplata się z komedią, wciągając czytelników w każdy wieku.



Tym razem TinTin, kapitan Baryłka i profesor Lakmus wybierają się w lot na Kongres Astronautów do Sydney.  Ma to być także okazja do odpoczynku i prawdziwych wakacji, w trakcie których nic niezwykłego nie ma prawa się im przydarzyć. Prawda? Niestety… Jeszcze zanim wsiądą na pokład, na lotnisku poznają miliardera, który zaprasza ich by towarzyszyli mu w locie. Cel podróży mają bowiem ten sam, a warunki zdecydowanie lepsze. Niestety, samolot zostaje uprowadzony przez bandytów i ląduje na wyspie. Bohaterowie zostają uwięzieni, ale wkrótce odkrywają jak wiele tajemnic skrywa to miejsce…



Ta cześć przygód TinTina chyba najbardziej przypomina to, co kilkanaście lat później widzowie dostali w wersji kinowej w przygodach Indiany Jonesa. Stare ruiny, legendy, nawet goście z kosmosu. I dużo akcji, która tak samo emocjonuje, jak rozbawia. Baryłka i jego okrzyki to jak zawsze perełka. Scena z przylepcem rozbraja odwołaniami do wcześniejszych przygód. Postacie także nie są jednowymiarowe. Kwestia kto jest tu gorszy, ofiara czy łajdak, leży na bardzo płynnej granicy. Mieszają się także gatunki, ale doskonale osadza je autor w ustalonych przez siebie ramach, sprawiając, że nie czuć sztuczności, nie czuć, że np. fantastyka jest nie na miejscu. Na miejscu jest bowiem wszystko, co być powinno, tak w scenariuszu, jak i grafice.



Hergé, mistrz metody rysowania zwanej czystą linią, pokazuje rzeczy, jakie ciężko uświadczyć u jego konkurentów. Pomimo prostoty ukazania bohaterów, jego tła i szczegóły konstrukcyjne pojazdów, budynków, roślinności cechuje realizm a jednocześnie dopasowanie do lekkości reszty.



Efekt? Świetny album nie tylko dla fanów gatunku. Znakomity pod każdym względem, oferujący wszystko to, za co od wielu dekad ceni się serię. Polecam.



A wydawnictwu Egmont składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Dark Knight III: The Master Race #1 - Frank Miller, Brian Azzarello,Andy Kubert, Klaus Janson




NIE MA CZEGOŚ TAKIEGO, JAK DOBRA ŚMIERĆ



Ten komiks był jednym z najbardziej przeze mnie wyczekiwanych tegorocznych albumów i nadzieje pokładałem w nim wielkie. Równie wielkie żywiłem także obawy, całkiem zresztą uzasadnione, jeśli spojrzy się na ostatnie dokonania Millera. Co z tego wynikło?



Batman znów powraca. Niegdyś zmusiła go do tego przestępczość, potem to, co działo się z Ameryką, teraz przybywa by stawić czoła nowym problemom, w tym brutalności policji. Pytanie tylko kto kryje się za maską? Komisarz Yindel zaczyna swoją krucjatę…



Jaki jest ten nowy DK? Nie do końca określony. Właściwie nie ma tu póki co żądnego wątku przewodniego, który splatałby wszystko, co widzimy w jedną całość. Poza samym powrotem Mrocznego Rycerza, obserwujemy tu poczynania Wonder Woman, która powraca do swego domu (wraz z dzieckiem, oczywiście), śledzimy losy Lary, która nie rozumie, jak Superman mógł upaść, płacząc przy jego zamrożonym ciele, dostajemy też ciekawą wiadomość z Kandoru. W dodatku „Atom” zaś, razem z Rayem Palmerem poznajemy rozwinięcie wątków pokazanych wcześniej. Zadane zostają pytania, finalna retardacja, choć udziela odpowiedzi jednej, zadaje nowe. Intrygujące? Owszem, ale rodzące obawy o banał.



Millar, który w 1986 roku „Powrotem Mrocznego Rycerza”, na współek z Moorem i jego „Strażnikami”, zrewolucjonizował komiks, którego dzieła królują po dziś dzień na listach najlepszych komiksów i są wzorem do naśladowania, niedoścignionym przykładem i dowodem wielkości tego scenarzysty i rysownika, w ostatnich latach popadł w zapomnienie. Ze średnim skutkiem wrócił do Batmana, tworząc marny „DK2, Kontratak mrocznego rycerza” i niezłego jedynie „Cudownego chłopca”, album niby osadzony w realiach DK, ale absolutnie niepasujący postacią Bruce’a. Potem był dość udany, ale zbyt patetyczny i miałki powrót do realiów znanych z „Sin City” w traktującej o terroryzmie powieści graficznej „Holy Terror” (swoją drogą pierwotnie planowanej jako kontynuacja „DK” właśnie). A później już tylko długi okres ciszy – kilka lat porzucenia komiksów na rzecz kina. I o ile „Sin City” było udane, a sequel wcale nie zepsuł aż tak wrażenia, o tyle „Spirit” niemal od razu popadł w zapomnienie, a wcześniej w niełaskę. Było więc się o co bać.



Ratunkiem wydawało się przyłączenie do tworzenia scenariusza Briana Azzarello, człeka, który serią „100 naboi” i wieloma wielkimi albumami zapisał się złotymi zgłoskami w historii gatunku. Niestety całość nie spełniła pokładanych oczekiwań. Rewolucji nie ma. Komiks jest udany, lepszy od „DK2”, ale nawet odrobinę nie zbliża się do „Powrotu…”. Poziomem bliżej mu do niedokończonego nawet „Cudownego chłopca”, szczególnie, że jest i krwawo i nowy Batman nie stroni od brutalności.



Rysunki Kuberta to najlepsza rzecz w albumie. Bliskie zarazem temu, co pokazał przy okazji pracy nad batmanowskim runem Morrisona, a z drugiej strony mocno wzorowane na pracach Millera. Kolor jest niezły. To nie cudowne akwarele ex Millera, Lynn Varley, ale także nie jej komputerowe wybryki kojarzące się z narkotycznymi wizjami kogoś, kto o kolorach nie ma pojęcia, jakie pokazała w „Kontrataku…”. Graficznie jest więc spójnie i przyjemnie, pomoc Klausa Jansona, współtwórcy grafiki do „Powrotu…” zrobiła swoje. Całościowo zaś produkt wart jest poznania, ale chyba nie wiele stracą ci, którzy darują sobie lekturę. Z ostateczną oceną wstrzymam się do finału, nie mniej póki co nowy Mroczny Rycerz jest jak inne okazjonalne wydania na rynku. Po prostu jest. Do przeczytania. Bez refleksji, bez zaskoczeń, bez zachwytów.

środa, 25 listopada 2015

Mój Kucyk Pony Przyjaźń to magia, tom 3 - Katie Cook



KUCYKI TO SŁODYCZ



Kucyki Pony powracają w trzecim tomie swoich przygód i z wrodzonym sobie wdziękiem i urokiem udowadniają, że są czystym przykładem humorystycznej słodyczy w świetnym wydaniu!



Tym razem zamiast jednaj długiej przygody, otrzymujemy dwie nieco krótsze i bardziej przyziemne opowieści o przyjaźni. W pierwszej z nich Big McIntosh ma pracę do zrobienia, jednak festyn nie ułatwia tego zadania. A co gorsze Znaczkowa Liga jak zwykle sprowadza kłopoty, kiedy wpadają na pomysł zabawy fajerwerkami… W drugiej opowieści księżniczka Cadance wraz z Shining Armor oferują nam opowieść o swojej przeszłości. Trafiamy więc wraz z nimi do szkolnych czasów i początków rodzącej się miłości, na przeszkodzie której staje wiele czynników…



„My Little Pony” to seria przeznaczona dla dzieci, typowa dla młodych odbiorców, ale niech poznam dorosłego, który, gdy przeczyta ich przygody, w mniejszym bądź większym stopniu nie ulegnie ich czarowi. Chyba takiego nie spotkam. Oczywiście najważniejsi są najmłodsi czytelnicy, a ci jak zwykle bawić się będą znakomicie. Wszystkie elementy serii zostały zachowane, mamy więc i humor, i akcję, i prezentację konkretnych postaw i wartości, ciekawe przygody, ciekawych bohaterów. Za przedstawione tu historie wzięli się autorzy pierwszego tomu losów Kucyków, który to osiągnął imponujący sukces i znakomicie kontynuują to, co sami poniekąd zaczęli.



Rysunki są tu kolorowe, uroczo proste i świetnie dobrane. Miękkie, bardzo plastyczne i odpowiednio zabawne. Miło się na nie patrzy, tak jak i miło czyta się całość. I chce się więcej. A skoro nawet dorosłego Kucyki potrafią zauroczyć, dzieci będą po prosty wniebowzięte. Szczególnie, że całość została starannie wydana i wzbogacona o dodatkowe ilustracje.



Słowem podsumowania polecam dla młodych czytelników. Czas poświęcony lekturze, będzie dla nich czasem spędzonym miło i wartościowo.



A wydawnictwu Egmont składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

wtorek, 24 listopada 2015

Małe wielkie odkrycia


Autor:  Steven Johnson

Tłumaczenie: Bartosz Czartoryski

Wydawnictwo: SQN

Liczba stron: 288

Data wydania: 2 grudnia 2015

ISBN: 978-83-7924-462-123





Małe wielkie odkrycia

Steven Johnson





Już 2 grudnia nakładem Wydawnictwa SQN ukaże się książka popularnonaukowa "Małe wielkie odkrycia". W USA została wydana pod tytułem "How We Got to Now" i bardzo szybko zyskała status bestsellera.



Steven Johnson opisuje sześć wynalazków, które nieprawdopodobnie odmieniły świat. Oczywiście książka to więcej niż tylko historia. Autor przekonuje, że największe wynalazki nie są dziełem geniuszy indywidualistów, a powstają w wyniku współdziałania wielu ludzi i czynników, często na styku różnych dyscyplin. Johnson umiejętnie przedstawia naukę i historię w fascynujący i – co ważne – przystępny sposób.

Od ogółu do szczegółu. Książka udowadnia, jak ściśle powiązane są ze sobą odkrycia ułatwiające nasze życie – kiedyś rewolucyjne, dziś stanowiące chleb powszedni. Wciągająca opowieść, która wyjaśnia, co łączy m.in. dalekowzroczność, Libię, bakterie, druk, Wenecję, kosmos i… selfie. 
Andrzej Kotarski, Polimaty.pl





Fascynujący świat małych wielkich odkryć!



Które wynalazki miały największe znaczenie dla historii ludzkości? Co tak naprawdę wpłynęło na nasz rozwój? Jak to się stało, że jesteśmy tu, gdzie jesteśmy? Jakim cudem dotarliśmy tak daleko!?



Najpierw pojawia się problem. Później ktoś wpada na pomysł jego rozwiązania – nieraz szalony. Powstaje nowy wynalazek, który z czasem trafia do powszechnego użytku. To z kolei prowadzi do rewolucyjnych zmian.



Czy wiecie, że:

› Wynalezienie prasy drukarskiej wywarło wpływ na rozwój fizyki molekularnej?

› Dzięki niecodziennemu pomysłowi na handel lodem możliwe stało się zasiedlenie obszarów Ziemi dotąd niedostępnych dla człowieka?

› Osiągnięcia inżynierii dźwięku, które pomagają nam lepiej widzieć, wzięły swój początek od neandertalskich zawodzeń w burgundzkich jaskiniach?

› Potrzeba oczyszczenia miast z fekaliów pozwoliła rozpocząć prace nad mikrochipami?

› Odkrycie atomu umożliwiło nam mierzenie czasu w nanosekundach?

› Wynalezienie sztucznego światła wpłynęło na ewolucję zwyczajów związanych ze snem?



Oto niezwykła historia zwykłych przedmiotów – tych, z których korzystamy każdego dnia. Przeczytacie o geniuszach z przypadku i zbawiennych pomyłkach, kuriozalnych koncepcjach i niespodziewanych efektach. Przekonacie się, że każde wielkie osiągnięcie było poprzedzone maleńkim odkryciem. Taka jest właśnie historia innowacji.



Ta książka to całe serie zaskoczeń. Niebanalne skojarzenia sprawiają, że nagle widzimy znane rzeczy w zupełnie innym świetle. Pożary Wenecji przyczyniły się do odkrycia księżyców Jowisza? Tak, ale w jak przedziwny sposób! Pamiętajcie, że gdy zaczniecie czytać „Małe wielkie odkrycia”, to będziecie straceni dla świata – od tej książki nie sposób się oderwać. Oprócz tego wasze spojrzenie na rzeczywistość już nigdy nie będzie takie jak przed lekturą. Ale warto zaryzykować. 
Piotr Stanisławski, CrazyNauka.pl





Steven Johnson – bestsellerowy autor dziewięciu książek popularnonaukowych. Założyciel trzech cieszących się zainteresowaniem serwisów internetowych, gospodarz i współtwórca programu PBS How We Got to Now. Regularnie pisze m.in. dla „Wired”, „The New York Timesa”, „The Wall Street Journal” i „The Financial Timesa”. Mieszka w hrabstwie Marin w Kalifornii z żoną i trzema synami.



Wydawca w Polsce:

Wydawnictwo SQN powstało w połowie 2010 roku. Ideą, która przyświecała założycielom, jest publikowanie książek  „z pasją”. Dla jednych pasją jest piłka nożna, dla innych film, trzeci interesuje się sztuką współczesną, a jeszcze kolejny dobrą beletrystyką. Każdy jednak ma możliwość dzielić się swoją pasją właśnie poprzez książki.



W oparciu o te założenia działa Sine Qua Non. Wśród pozycji, które ukazały się nakładem wydawnictwa, można znaleźć książki między innymi o tematyce sportowej i muzycznej, komiksy oraz fantastykę. 

Fragment książki znajdziecie tu.


Silmarillion - John Ronald Reuel Tolkien



SIŁA SILMARILÓW



Nad tą książką Tolkien pracował całe swoje życie. Zaczął już w roku 1917, w przerwach pisząc „Hobbita” i „Władcę Pierścieni”, i nie przestał do dnia śmierci. „Silmarillion” stał się dziełem jego życia, a teraz to opus magnum ojca literatury fantasy powraca w kolejnym wznowieniu, dokładnie 30 lat od chwili jego polskiej premiery.



„Silmarillion” to nie jest powieść w klasycznym rozumieniu tego słowa. To swoisty zbiór legend wymyślonych przez autora, obejmujących dzieje jego Śródziemia od powstania świata po wydarzenia, które doskonale znamy z kart „Władcy…”. Najważniejszą jednak częścią książki staje się ta zatytułowana „Quenta Silmarillion”, w której poznajemy losy trzech kryształów. Tytułowe Silmarile z powodu uwięzienia w nich światła dwóch drzew Valinoru, stają się obiektem pragnień Melkora. Kiedy ten je wykrada, Fëanor wraz z synami poprzysięga ścigać posiadacza kryształów…



Z tą opowieścią zaś wiąże się wiele innych, które składają się na cały, imponujący obraz świata, jaki stworzył Tolkien. Świata o określonej mechanice i specyfice, przepełnionego istotami z legend i baśni, ale ukazanymi w zupełnie innym  świetle. To Tolkien, jako pierwszy w historii literatury zaproponował czytelnikom poważne podejście do bajkowych stworzeń,  bez infantylizacji i zbędnego humoru. W „Silmarillionie” czuć siłę dawnych eposów i przypowieści, a zarazem całość nie nudzi i nie brzmi patetycznie, pomimo doniosłości treści i opisów. Tu także znajdujemy rozwinięcie wątków znanych choćby z „Władcy Pierścieni”, poznając np. dzieje Berena i Lúthien, a niektóre z pozostałych stają się zapowiedzią tego, co rozbudowane ukazać się miało dopiero potem („Dzieci Hurina”).



Tolkien „Silmarillionu” nigdy nie skończył tak naprawdę. Wciąż coś poprawiał, wciąż coś zmieniał, dopisywał. Jego syn zredagował pozostawione teksty i ułożył całość w formę, jaką znamy do dziś. I jest to forma rewelacyjna, w której nie czuć żadnych braków, a na dodatek nagrodzona Locus Award dla najlepszej powieści fantasy.



Podsumowując: „Silmarillion” poznać jest warto. Trzeba, jeśli jest się fanem Tolkiena czy fantasy. To książka, która zmienić potrafi życie, która nie jest banalną rozrywką i w której tkwi głębsze przesłanie. Dodatkowo warto także sięgnąć po również niedawno wznowione przez Amber „Niedokończone opowieści”, które zawierają rozbudowane czy alternatywne wersje przedstawionych tu historii, oraz zupełnie nowe materiały, uzupełniając wizję Tolkiena. Obie książki polecam Wam więc bardzo gorąco.



A wydawnictwu Amber składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Przygody Tintina 21 - Klejnoty Bianki Castafiore - Hergé



TINTINA KOMEDIA POMYŁEK



W tym tomie przygody TinTina zbaczają na lżejszy, bardziej komediowy szlak, ale nie tracą przy tym charakterystycznych dla serii cech i wciąż oferują mnóstwo znakomitej zabawy.



Ach dawno nie widział kapitan Baryłka swojej przyjaciółki Bianki Castafiore… I najlepiej, żeby tak też pozostało. Kiedy więc Bianka zapowiada swoje przybycie, dzielny wilk morski najchętniej salwowałby się ucieczką za granicę, niestety nie ma tak łatwo. Doznany uraz uziemia go w domu, a Bianka przybywa wcześniej nawet, niż to pierwotnie oznajmiała. Problemów jest masa, od śpiewu Castafiore, przez jej papugę, którą w darze przywozi Baryłce, po cyganów. Kapitan bowiem zaoferował tym ostatnim możliwość tymczasowego osiedlania się na łące jego posesji, co nie każdemu się podoba, cygani zaś przepowiedzieli mu nieszczęście – znikną klejnoty Bianki. I rzeczywiście, zaczynają się z owymi klejnotami wielkie kłopoty…



I właśnie na klejnotach (i perypetiach z uszkodzonym stopniem schodów, który wciąż nie może zostać naprawiony) opiera się cały komizm sytuacyjny tego albumu. Właściwie cały ten tom to jedna wielka komedia pomyłek w najróżniejszym wykonaniu. Tryfon jak zwykle myli to, co się do niego mówi, Bianka co i rusz wpada w panikę na punkcie tego, co dzieje się z jej klejnotami, reporterzy, którzy przybyli z powodu Castafiore także mylą fakty. A są przecież też i tradycyjne pomyłki telefoniczne, a to z powodu gadatliwej papugi, która doprowadza Baryłkę do szału, a to – oczywiście – z powodu mylenia posiadłości kapitana ze sklepem mięsnym. A jest też i konieczna dla serii zagadka, a nawet nie jedna. Bo ktoś czai się pod oknem apartamentu Bianki, ktoś chodzi po poddaszu, gdzie nikogo być nie powinno…



Świetna, zabawna fabuła została także świetnie zilustrowana. Klasycznie, prosto i bogato zarazem. Są tu sceny oszczędne, są także kadry, które zachwycają, jak choćby wspaniałe nocne sceny przy ognisku. Jest też humor wiążący się ze świetną mimiką postaci i slapstickiem.



„Przygody TinTina” to seria kultowa, obecna na rynku od kilkudziesięciu lat i ciesząca oczy wielu pokoleń, które wciąż doskonale odnajdują się w tych klimatach, akcji i gagach. Warto jest do niej sięgnąć i odkryć – czy to po raz pierwszy, czy też na nowo – jej urok. Polecam!



A wydawnictwu Egmont składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

poniedziałek, 23 listopada 2015

Sisters #2: Będzie zabawa - Christophe Cazenove, William Maury



BĘDZIE SIĘ DZIAŁO!



Francuzi mają wielki talent do robienia komiksów humorystycznych. Udowodnili to niejedną kultową serią i udowadniają znowu bestsellerowym cyklem „Sisters” traktującym o codziennych perypetiach dwóch tytułowych sióstr.



Wendy i Marine. Nastolatka i jej młodsza siostra. Dwie typowe dziewczyny, które kochają się tak bardzo, jak się kłócą i tak bardzo są sobie pomocne, jak mocno sobie przeszkadzają. Wspólna kąpiel, zakupy, pójście do szkoły czy jakiekolwiek inne, zwyczajne czynności, przeradzają się najczęściej we wrzaski czy katastrofę. Każda jednak sytuacja to idealna okazja do wyciągnięcia wniosków i… rozbawienia czytelnika do łez.



„Sisters” to seria wyraźnie osadzona w tradycji francuskiego komiksu humorystycznego i już na pierwszy rzut oka – tak graficznie, jak i fabularnie – kojarząca się z takimi legendami, jak „Mały Sprytek”, „Titeuf” czy „Kid Paddle”. Wendy i Marine spokojnie jednak mogą konkurować z wymienionymi seriami bez żadnych kompleksów. Ich urok, czar i to, jak potrafią rozbawić czytelnika, nie przypadkiem szybko zjednały im fanów i zapewniły olbrzymi sukces.



Na niniejszy album składa się ponad 40 plansz z jednostronicowymi historyjkami zwieńczonymi rozbrajającą pointą. Dzięki temu znajomość poprzedniego tomu nie jest wcale konieczna czy nawet wymagana. Nawet kolejność czytania poszczególnych historyjek, tak jak to było i w wyżej wymienionych seriach, może być swobodna. A czytać jest co. I jest się czym świetnie bawić, niezależnie od wieku. I płci także.



Graficznie komiks przypomina „Titeufa”, bardziej unowocześnionego, często też bardziej szczegółowego, kiedy chodzi o tła. Kreska prosta, przyjemna dla oka, urocza i odpowiednio zabawna. Taka sama kolorystyka. I jest też świetne wydanie, na kredowym papierze.



Jednym słowem: Warto. Polecam, bo skutecznie poprawia humor w te ponure, jesienne dni.



A wydawnictwu Egmont składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Felix, Net i Nika oraz (nie)Bezpieczne Dorastanie - Rafał Kosik



(nie) CODZIENNE KŁOPOTY



Jest listopad, a więc – wzorem lat poprzednich – nie mogło przy okazji tej jesiennej pory zabraknąć premiery nowego tomu przygód trójki doskonale wszystkim znanych od ponad dziesięciu lat gimnazjalistów. I oto jest, świeży, ciepły jeszcze i jakże przyjemny w odbiorze.



Wakacje w Londynie, które swoimi pomyłkami tak bardzo zepsuł Net, trwają. A właściwie zbliżają się ku końcowi, ale ponieważ bohaterowie nie mają za co żyć, do powrotu zostało jeszcze trochę czasu, a rodziców nie chcą prosić o pomoc, muszą dorosnąć w przyspieszonym tempie i zająć się pracą. I w takiej sytuacji zastajemy ich na początku, ale jak to w życiu naszej grupy bywa, szybko tracą zatrudnienie. Szansą staje się praca w hotelu, ale wkrótce okazuje się, że coś jest nie tak. I to bardzo. I wcale nie chodzi tu o fakt, że w hotelu zatrzymał się właśnie nie kto inny, jak sam dyrektor Stokrotka, ale o dziwne zarządzanie miejscem. I jeszcze dziwniejsze otępienie, które atakuje Felixa, Neta, Nikę i Laurę…



To już czternasty tom serii, a Kosik jak zawsze nie zawodzi. W poprzednim tematyką wracał nieco do „Pałacu snów” i podobnie staje się tym razem, kiedy zaćmienie umysłu dopada naszą czwórkę, sprawiając, że nie potrafią zrozumieć najprostszych rzeczy, czy zapominają wiele spraw. Na tym jednak wszystkie podobizny się kończą a cała reszta, tak nowości, jak i doskonale znane elementy, których regularni czytelnicy wypatrują, oferuje tradycyjne już mnóstwo świetnej zabawy z porcją zaskoczeń i wielką dawką pozytywnego humoru.



Ważnym elementem obok samej akcji staje się kwestia powiększenia superpaczki o postać dziewczyny Felixa, Laury. Zazdrosny o konieczność dzielenia się z przyjacielem Net, sprawca największych tarapatów i najbardziej komicznych sytuacji, zaczyna ingerować w ich związek, starając się odzyskać utraconą pozycję. Co z tego wynika, łatwo można się domyślić. Katastrofy dla bohaterów, multum przyjemności dla czytających. Nawet, jeśli nie znają poprzednich tomów. Kosik bowiem, jak zawsze, oferuje powieść, którą czytać można niezależnie, a przy okazji wypełnia ją momentami, które fanom dostarczą wiele dodatkowych przyjemności.



Tym tomem zbliża się też autor do momentu, który nadejść prędzej czy później musiał – rozpoczęcia trzeciego roku nauki w gimnazjum. I wiecie co? Przyznam, że już nie mogę się doczekać, co takiego przygotowuje dla swoich bohaterów. Dlatego polecam, tak ten najnowszy tom, jak i całą, chyba najlepszą polską serię książek dla nastolatków, bowiem zabawa jest przednia.

A wydawnictwu Powergrpah składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

sobota, 21 listopada 2015

Wiedźmin. Wydanie kolekcjonerskie - Andrzej Sapkowski, Bogusław Polch,Maciej Parowski




DOBRE, BO POLSKIE



W tym roku minęło dokładnie dwadzieścia lat od momentu ukazania się ostatniego z sześciu albumów komiksowego „Wiedźmina” – i zarazem 25  lat od premiery pierwszego tomu książkowego pierwowzoru – więc nadarzyła się doskonała okazja by przypomnieć jego przygody. Tym bardziej, że obecnie Geralt z Rivii podbijaj świat na skalę wcześniej nie znaną.



To, co oferuje zbiorcze wydanie wszystkich albumów serii to losy Geralta, młodego Wiedźmina, jednego z nielicznych ocalałych na świecie, który wędrując przez krainą bardzo bliską wyglądem średniowiecznym miastom Polski i Europy, mierzy się z napotkanymi problemami…



Prosta fabuła pomyślana, jako uwspółcześnienie legend i baśni, rycerskie klimaty i duża doza fantastyki, ale takiej swojskiej, osadzonej w wierzeniach i lękach naszych przodków, podlane jeszcze humorem i erotyką, stały się przyczyną sukcesu przygód Wiedźmina. Znakomicie wyszkolonego, władającego magią i niczego nie bojącego się wojownika, do którego ciągną kobiety. Dla wielu było to, jak możliwość poczytania o spełnieniu własnych dziecięcych marzeń. Komiks powiela te składowe, adaptuje twórczość Sapkowskiego, co jednak najważniejsze jeden z albumów tu zebranych uzupełnia ten świat, a przedstawiona w nim opowieść o szkoleniu Geralta i tego, co stało się z jego towarzyszami, do dziś pozostaje dostępna tylko i wyłącznie w wersji graficznej.



Rysunkowo „Wiedźmin” to typowy Polch, można lubić, można nienawidzić, ale trzeba mu oddać, że jest miły dla oka i umie zbudować klimat, szczególnie zaś wychodzą mu tła i budowle. Miłe są także kolory. Wydanie – rewelacyjne. Świetny papier, twarda oprawa, dodatki w postaci wywiadów ze zdjęciami i rozwoju poszczególnych plansz. Aż chce się po komiks sięgnąć.



I choć fanem Wiedźmina nie jestem, album przeczytałem z przyjemnością. Geralt to przecież nasz najlepszy obecny towar eksportowy, gry o nim zachwyciły świat, w USA trwają przymiarki do filmu i serialu o jego losach, tam także ukazała się mini seria komiksowa amerykańskich twórców, za scenariusz której odpowiadał zdobywca Esinera, najważniejszej nagrody branży. Polakom udało się więc wybić na wyżyny i zdobyć serca odbiorców. Dlatego tym bardziej warto sięgnąć po zbiorcze wydanie „Wiedźmina” i przekonać się co takiego tkwi w tej postaci.



A ja dziękuję Wydawnictwu Komiksowemu za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Obietnica pod jemiołą - Richard Paul Evans



BYLE DO ŚWIĄT



Richard Paul Evans to jedna z jaśniej świecących gwiazd powieści o miłości, a jego „Obietnica pod jemiołą” to jakże ciepła i sympatyczna lektura w sam raz na zbliżające się wielkimi krokami Święta!



Elise Dutton jest samotna, a w jej przeszłości kryją się rzeczy, które chętnie wymazałaby w całości. Przez popełniony niegdyś błąd nie potrafi się otworzyć, ani docenić, a szara codzienność przy organizowaniu wycieczek naukowych dla szkół, oraz nielubiana koleżanka z pracy, nie poprawiają jej samopoczucia. I nagle wszystko się zmienia, kiedy przysiada się do niej przystojny prawnik i składa propozycję: by do Wigilii udawała jego dziewczynę. Oboje są samotni, on dość ma pojawiania się na przedświątecznych imprezach bez nikogo. W zamian obsypywał ją będzie prezentami. Szaleniec? Być może, ale mimo obiekcji, Elise podpisuje z nim umowę pod jemiołą i… Jej życie zmienia się nie do poznania, a w sercu zaczyna rodzić się uczucie…



Najnowsza powieść Evansa to naprawdę bardzo dobra lektura dla każdego, kto nie przechodzi obojętnie obok miłości, a Święta to dla niego coś więcej, niż tylko komercja i przejaskrawione dekoracje wiszące w sklepach już od października. Co istotne, jest to powieść romantyczna zdecydowanie z bardziej ambitnej półki, niż zwykło się o tym gatunku sądzić. Mi osobiście, tak treścią, jak i poprowadzeniem akcji, skojarzyła się z jakże ciepłymi komediami z lat 80 i 90. Kultowymi filmami, które do dziś urzekają i wciąż na nowo są oglądane.



Styl, jakim operuje Evans, jest lekki, prosty i przyjemny. Łatwy w odbiorze, szybki w czytaniu. W pewnym sensie kobiecy, ale mężczyźni, którzy po „Obietnicę…” sięgną, będą się bawili równie dobrze, co przedstawicielki płci pięknej. Autor serwuje bowiem dużą porcję emocji, sporo wzruszeń i potrafi poprawić humor. Przede wszystkim zaś trąca romantyczne nuty w sercu czytelnika, a to zawsze ujmuje. Podobnie jest z atmosferą Świąt, które zbliżają się tak w powieści, jak i w rzeczywistości.



„Obietnicę pod jemiołą” warto więc przeczytać, warto także dać na gwiazdkowy prezent każdemu, nie zależnie od płci, kto posiada romantyczną duszę a okres Bożego Narodzenia wciąż wyzwala w nim ciepłe uczucia. Polecam.



A wydawnictwu Znak Literanova składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

piątek, 20 listopada 2015

Legendy - Terry Pratchett, Robert Jordan, Anne McCaffrey, RobertSilverberg, Terry Goodkind, Stephen King, Tad Williams, Ursula K. LeGuin, Raymond E. Feist, George R.R. Martin, Orson Scott Card



MISTRZOWIE FANTASY



Jedenastu współczesnych mistrzów gatunku Fantasy, jedenaście mini-powieści napisanych specjalnie na potrzeby tej antologii i jedenaście oryginalnych światów, w których historia przeplata się z fantastyką. A wszystko to w jednym, znakomitym tomie.



O tych pisarzach słyszał każdy. Nawet jeśli ktoś nie czyta fantastyki w ogóle, trudno by nie kojarzył takich nazwisk, jak Stephen King, jeden z najpopularniejszych autorów na świecie, zmarły niedawno Terry Pratchett, ceniony Orson Scott Card czy święcący triumfy dzięki sukcesowi książkowej i serialowej „Gry o Tron” George R. R. Martin. Ci ludzie są tak na ustach czytelników i echem odbijają się w (pop) kulturze, jak i na listach bestselerów, a ich twórczość od lat zdobywa uznanie krytyki. „Legendy” zatem to doskonała okazja do poznania ich wyobraźni, pomysłów i stylów, i wszystkiego tego, co zdecydowało o ich sukcesie.



Nowele zaprezentowane na blisko 750 stronach trzymają bardzo dobry poziom i pomimo różnorodności także swoistą spójność. Ciekawie i przyjemnie napisane, fajnie pomyślane. Stworzone na zamówienie? I owszem, ale nie czuć ani wymuszenia ani tym bardziej powtórności. A najlepsze z nich, co tu dużo mówić, zachwycają.



Do tych wyróżniających się należą zdecydowanie „Siostrzyczki z Elurii”, pierwsza z opowieści z opus magnum Kinga, „Mrocznej Wieży”, jaką otrzymali polscy czytelnicy. W niej to, Roland, bohater przemierzający dziwaczny świat w poszukiwaniu tytułowej Wieży, trafia do miasteczka, gdzie przyjdzie mu stawić czoło złu…

Znakomity jest też „Szeroko uśmiechnięty mężczyzna” Carda traktujący o spotkaniu Alvina Stwórcy, postaci żyjącej w alternatywnej Ameryce, w której nie doszło do wojny o niepodległość, dziwnego mężczyzny. Człek ów siedział pod drzewem, na które wspiął się niedźwiedź i za pomocą uśmiechu… No właśnie, co on chciał osiągnąć?

Kolejnym wspaniałym tekstem, o bodajże najlepszą nowelą w całym zbiorze, okazał się „Błędny Rycerz” Martina. Niby prosta historia giermka, którego rycerz umarł, a który, ubrawszy jego zbroję i przejąwszy ekwipunek, starał się zostać rycerze, a jaka siła w niej drzemie. Jakie emocje i jaki nastrój, który autentycznie przejmuje.



A przecież to nie jedyne teksty warte poznania. Każda historia, czy to traktująca o Majipoorze, czy o Ziemiomorzu czy też przenosząca nas do satyrycznego Świata Dysku, przynosi mnóstwo świetnej rozrywki dla fanów fantastyki – nie przypadkiem zresztą „Legendy” nagrodzono Locus Award. A co najważniejsze nie wymaga znajomości pierwowzorów, dla ciekawych zaś innych opowieści z danych uniwersów i dla pełnego zrozumienia niuansów przygotowano wstępy streszczające najważniejsze wątki. Dlatego polecam serdecznie.

A wydawnictwu Rebis składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

czwartek, 19 listopada 2015

Stwórca - Scott McCloud



GOTOWI NA ARTYSTYCZNE CUDA



To zdecydowanie jedno z największych wydarzeń na naszym rynku komiksowym. Długo zastanawiałem się, jak zacząć, wiele wstępów zniknęło pod naciskiem klawisza „Delete”, ale chyba taki wstęp jest odpowiedni. Bo i rzeczywiście, „Stwórca” to jedna z najważniejszych tegorocznych powieści graficznych. I zarazem jedna z najlepszych, jakie czytałem w ogóle.



„Gotów?” pyta naszego bohatera, Davida Smitha, piękna dziewczyna. I to pytanie kluczowe. David jest gotowy. Gotowy na wszystko. Dla sztuki. Dla realizacji swoich twórczych pasji, które dla niego stanowią sens życia. Niestety, sfrustrowany, niemalże pozbawiony środków do życia wiedzie przykry żywot człowieka, który nie potrafi znaleźć ani szczęścia ani spełnienia. Szansę daje mu Śmierć, nie kres życia a Śmierć we własnej osobie, która oferuje niezwykły dar – David będzie potrafił rzeźbić rękami w kamieniu, metalu, właściwie w każdym materiale, w jakim rzeźbić zechce, ale tylko przez dwieście dni. Potem umrze i nic nie odmieni tego przeznaczenia. Czy jest na to gotów? Tak. Zaczyna rzeźbić, ale spełnienie własnych artystycznych pragnień nie idzie w parze z sukcesem w oczach ludzi. David nie potrafi wykroczyć poza siebie samego, a kiedy na dodatek się zakochuje, sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej…



Ja zaś zakochałem się w tym komiksie. W tych bohaterach, życiowych kalekach próbujących żyć tak, jak tego chcą oni sami, a nie jak narzucić chce im świat, i we wszystkim tym co poprzez nich miał mi do powiedzenia autor. Scott McCloud, człowiek, który zaprezentował nam „Zrozumieć komiks”, komiks, którym medium komiksu analizował i rozbierał na czynniki pierwsze, tym razem postanowił w formie powieści graficznej o miłości i pakcie ze śmiercią zanalizować twórcę i jego twórczość. Trudno w Davidzie nie odnaleźć każdego artysty, a więc także (a może przede wszystkim) i samego Scotta. Co właściwie jest sztuką? Gdzie są jej granice? Co jest sensem życia i za co życie warto oddać? Frazesy? Nie, jeśli umie się je umiejętnie oddać i jeśli znajdzie coś na ich przełamanie, a „Stwórca” posiada i jedno i drugie. Sposobem McClouda na podanie wszystkiego są miażdżące uczucia. Emocje, jakie wyzwala to swoiste mistrzostwo – emocje najlepszych tomów „Strangers in Paradise”, sięgające samego serca. I przerażająco trafna prawda, która doskonale odnajduje się w każdym poruszanym temacie, by mistrzostwo osiągnąć wkwestii kobiet i związków. Do tego McCloud serwuje mnóstwo humoru, jakąś taką lekkość, rewelacyjne dialogi i – dla bardziej uważnych i obeznanych z popkulturą – odwołania, a to w postaci nazwy firmy Durden&Tyler, a to w postaci plakatu Totoro, upchnięte w tłach kadrów, miksując wszystko w przepyszne danie.



Strona graficzna to pełna paleta zabiegów stylistycznych wyjętych prosto z japońskich mang. Od kadrowania i dużej ilości splash page’y, przez dynamikę kadrów i mimikę, po samo ukazanie postaci i plansz. Bohaterowie ukazani są stosunkowo prosto a ich uczucia bardzo ekspresyjnie, tła zaś, budynki, plenery, roślinność, sprzęty i przedmioty prezentują olbrzymie przywiązanie do detali i niesamowitą realistyczność. Sceny z zalanymi deszczem ulicami to dla mnie prawdziwe cudo, które mógłbym podziwiać godzinami, a to jedynie niewielki fragment tego co znajduje się na niemalże 500 stronach. Genialnie także używa McCloud perspektywy, szczególnie w długich ujęciach ulic. Twarze postaci natomiast przypominają połączenie jego klasycznego stylu z rysunkami samego Osamu Tezuki. Cienie i szarości dodają mangowego posmaku, a choć „Stwórca” w całości powstał cyfrowo, ani przez moment tej cyfrowości nie czuć.



Efekt całości jest oszałamiający i zachwycający. Cudowny. Wspaniały. Może jakaś łyżka dziegciu do tej beczki miodu? Niestety (a raczej stety!)  nie. Do komiksów z tak wysokiej półki, do powieści graficznych tej klasy, mądrych, inteligentnych, z przesłaniem i rewelacyjnym wykonaniem (a także wydaniem) po prostu nie da się przyczepić. Chce się je jedynie gorąco polecić każdemu i wrócić raz jeszcze do lektury, choć dopiero odłożyło się na półkę po tym, jak nie było się w stanie oderwać od czytania. Dlatego sięgnijcie koniecznie, jest po co i to jeszcze jak, a ja gorąco dziękuję Wydawnictwu Komiksowemu za udostępnienie mi egzemplarza tego cudownego komiksu do recenzji.

Kick-Ass 2 & Hit-Girl - Mark Millar, John Romita Jr.




HOW MANY PEOPLE WANNA KICK SOME ASS?



Tak jakieś piętnaście wiosen temu śpiewał przeciętny band „Stroke 9”, ale słowa te idealnie nadają się do podsumowania nie tylko drugiego tomu, ale całej trzy tomowej serii Kick Assa. Dave Lizewski bowiem, bohater tej serii, chętnie kopie dupy. Tym złym oczywiście, ale i ci źli kopią dupę jemu – w końcu kto powiedział, ze heros zawsze musi wygrywać?



I WOULD, IF I COULD



Niniejszy pogrubiony tom otwiera pięć zeszytów, które w oryginale wyszły jako mini-seria „Hit Girl” i pokazuje nam bezpośrednie wydarzenia poprzedzające akcję pierwszego Kick Assa. Dave zyje sobie przyjemnie życiem superbohatera, Mindy po powrocie do matki stara się pogodzić losy morderczyni i nastolatki. Ona zaczyna szkolenie Dave’a, on uczy ją jak być zwyczajną dwunastoletnią dziewczyną. Razem zamierzają wykończyć resztą gangsterów. Ale, i wątek ten rozwija siedmiozeszytowy „Kick Ass 2”, również Red Mist szykuje swoją wendettę, a celem są nasi, dobrzy, bohaterowie. Finalny efekt? terroryzm, masa bezsensownych ofiar i morze krwi rozlane przez obie strony…



BUT I’M REALY JUST A SENSITIVE ARTIST



To, co jest siła tej serii to prawda. Przerysowana, satyryczna, wyolbrzymiona do granic możliwości, ale jednak prawda. Millar, pisałem to nie raz i pisać nie raz jeszcze będę, jak przed nim Miller i Moore, zdecydował się na dekonstrukcję bohaterów. Postanowił pokazać co by było, gdyby rzeczywiście istnieli i walczyli ze zbrodnią. Jakie byłyby tego konsekwencje tak zdrowotne, jak i prawne. I jak wyglądałoby codzienne życie takich domorosłych herosów, których wychowały komiksy. I owszem, robi o brutalnie i ostro, wulgarnie i z przemocą ukazaną dosadniej niż u Tarantino nawet, ale czy to dobiera realizmu? Ani trochę.



Po co więc ta cała krew? Po co okrutne, nieludzkie sceny? Po co dwunastoletnia morderczyni? Po pierwsze dla szoku, bo przez szok łatwiej coś pokazać. Łatwiej i skuteczniej zapaść w pamięć czytelnika swoim przesłaniem. Po drugie – jako opozycja dla ugrzecznionych komiksów głównego nurtu. Jako uzupełnienie tego, czego nie pokażą owe mainstreamowe zeszyty. I po trzecie, z tego powodu, z jakiego tworzy się filmy gore czy ostrą muzykę – dla pobudzenia pierwotnych emocji i lęków. A że pobudza przy tym także intelektualnie i jest komiksem o komiksach, o fanach tego medium i medium samym w sobie, wartość jest dużo wyższa.



Co jednak dziwne, choć w odróżnieniu od jedynki, autorzy dostali tu wolną rękę, komiks wyszedł mniej brutalnie. I zarazem nieco słabiej od tomu pierwszego. Głównie w „Hit Girl”, której akcja, choć mocna i świetna, jakby traci impet. „Kick Ass2” nadrabia ten zastój, nie mniej tym razem jest to album bardzo dobry na granicy z rewelacją, a nie rewelacyjny, ocierający się o geniusz jak jego poprzednik. I na szczęście nie jest tak optymistyczny, jak tom 3.



Aż dziw bierze, że rzecz tak przesyconą przemocą i okrucieństwem stworzył przesympatyczny, miły i ciepły Irlandczyk. Zupełnie, jakby komiksy stanowiły dla niego pole do wyżycia się i dania ujścia sowim głęboko skrywanym fantazjom.



Graficznie to rzecz równie rewelacyjna co scenariuszowo. John Romita Jr., niesłusznie wciąż mający kompleksy wobec ojca, autora kultowego i uwielbianego, rysuje absolutnie wspaniale. Oryginalnie i zarazem tak realistycznie i nierealnie, jak to tylko dało się pogodzić. Ba! Już dawno przeskoczył pracę swojego rodzica, choć zdarzają mu się i słabsze momenty. Zarazem jednak te słabsze momenty (przedostatni rozdział) to wina kolorysty, który zastąpił stałego na tym miejscu artystę. Wyszło niechlujnie, ale na szczęście jedynie na kilku stronach. Cała reszta kolorystycznie to kawał rewelacyjnej roboty, doskonale współgrającej z całą resztą.



Zostaje jednak jeszcze kwestia wydania. Twarda oprawy, dobry kredowy papier i… Właśnie, cena to 99zł, powinno być więc perfekcyjnie, a tymczasem kilka stron w moim egzemplarzu zostało wydrukowanych wyblakle, a jedna wygląda gorzej, niż za czasów TM-Semic, które różne (ocenzurowano) robiła z drukiem. Szkoda, bo takie rzeczy zdarzać się nie powinny.



Mimo wszystko to jednak komiks rewelacja, dzieło absolutnie must-read dla fanów tego medium. Dzieło dla dorosłych, którzy wiedzą, że mitem jest szufladkowanie obrazkowej rozrywki pod szyldem „dla dzieci” i że w niczym nie ustępuje ona filmom i książkom. Dlatego polecam mimo drobnych wpadek (tłumacz też kilka błędów popełnił, choćby przekładając „Justice Forever”, jako „Krąg Sprawiedliwości”) i zachęcam do poznania tak tego, jak i wszystkich innych komiksów napisanych przez Millara, bo to najlepszy obecnie scenarzysta pracujący dla wielkich wydawnictw, jak Marvel (który, nomen omen, poprzez swoją firmę-córkę Icon, „Kick Ass” wydał) czy DC.

środa, 18 listopada 2015

Opowieści z najdalszych przedmieść - Shaun Tan



OPOWIEŚCI DZIWNEJ TREŚCI



Moim pierwszym spotkaniem z twórczością Shauna Tana był oszałamiający graficznie album „Przybysz”. Do „Opowieści…” żywiłem więc tak samo wielkie oczekiwania, jak i obawy. Na szczęście to, co znalazłem na stronach tej książki (bo nie komiks to tym razem, a rasowa książka z obrazkami dla dzieci) rozwiało wszystkie lęki i potwierdziło klasę autora.



O treści niniejszej pozycji trudno jest powiedzieć coś konkretnego bez jednoczesnego powiedzenia czegoś za dużo. Na stu niemal stronach zaprezentował autor zbiór opowieści, które łączy jedna podstawowa rzecz: dysonans, jaki stanowią fantastyczne dla nas, lecz zupełnie zwyczajne dla bohaterów i ich codziennego życia, zdarzenia. Bawół wodny wskazujący kierunek, miniaturowy student zamieszkujący w szafce, nagłe pojawienie się nurka… Wszystko to składa się na fascynującą i urzekającą książkę o niezwykłych przedmieściach.



Jak u Lyncha (którego przywoływałem już przy okazji recenzowania „Przybysza”), tak i u Tana, fantastyka jest elementem rzeczywistości. Niepodważalnym prawem fizyki i regułą oznaczającą normalność. Zupełnie jak dziecięce postrzeganie świata, gdy w oczach najmłodszych magia potrafi kryć się w czymś dla nas, dorosłych, zwyczajnie nudnym. Poza tym najlepsze teksty z „Przedmieść…” mają moc i siłę dawnych książek dla dzieci. Mój ulubiony, a wspominanym już studencie, brzmi, jakby napisała go Tove Janson, autorka słynnych Muminków. I posiada ten muminkowy klimat, którego od dawna nie czułem w literaturze dziecięcej.



Nic dziwnego, że Shaun otrzymał swego czasu nagrodę Astrid Lindgren, najważniejsze wyróżnienie dla twórcy literatury dla najmłodszych.



Jest też oczywiście i bogata strona graficzna, której nie sposób pomylić z żadnym innym twórcą. Bogata i różnorodna, od prostych dość ilustracji w sam raz dla dzieci, przez rewelacyjne czarnobiałe rysunki wykonane przy użyciu ołówka, po genialne plansze kolorowe, które zachwycą każdego miłośnika współczesnej grafiki.



Konkluzja? Oczywista. Tan zaoferował czytelnikom kolejne wielkie dzieło w swoim dorobku, wspaniałą książkę dla dzieci, którą – jak najlepsze tego typu dokonania – z czystym sumieniem polecić można także dorosłym. Piękną ilustratorsko, świetnie wydaną… Taką, którą aż chce się polecić, co tez czynię, a wydawnictwu Kultura Gniewu składam gorące podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Goci. Rzeczywistość i legenda - Jerzy Strzelczyk



W ŚWIECIE GOTÓW



Z czym Wam się kojarzą książki historyczne? Jeśli na samą myśl o tym gatunku przypomina Wam się szkoła, koszmarny nauczyciel tego przedmiotu i nuda dat i suchych faktów, to „Goci” z pewnością udowodnią Wam, że przeszłość może być fascynująca i wcale nie mniej wciągająca, niż klasyczne powieści.



Goci. Germańskie plemię, które od starożytności do średniowiecza przemierzyło większość Starego Kontynentu, które pojawiło się w każdym zakątku Europy i zawitało także na naszych rodzimych, polskich ziemiach, ostatecznie przestało istnieć w XVI wieku. Nie mniej historia ludu, który wyruszył ze Skandynawii do dziś pozostaje czymś fascynującym. Ich podróże, ich wojny, zdobywana coraz większa siła i coraz potężniejsze wpływy…

Witajcie w świecie Gotów!



Jerzy Strzelczyk podjął się zadania o tyle monumentalnego, co i ciężkiego. Przedstawić kilkanaście wieków (ile dokładnie, to już kwestia sporna od tego, którą wzmiankę uznać za tą początki Gotów określającą) w jednym tylko tomie, to nie lada wyczyn. I cóż, że „Goci: Rzeczywistość i legenda” liczy niemal 600 stron. W końcu jak na blisko półtora tysiąca lat istnienia omawianego ludu to naprawdę niewiele. A jednak w tekście podpartym mapami i zdjęciami, udaje się autorowi w wyczerpujący, kompleksowy sposób opowiedzieć o całym zagadnieniu i zrobić to zarazem w sposób daleki od podręcznikowego.



Jerzy Strzelczyk i owszem, pisze piórem znawcy, czuć w tekście jego profesjonalizm, ale zarazem nie popada w akademicki ton. Dużo tu fascynacji i zaangażowania, jest też i przyswajalny styl. I ciekawostki, które dodają tylko uroku całości.



Słowem podsumowania, „Goci” to naprawdę udana, szczegółowa książka, która urzeknie ciekawych tematu, a tym, którzy sięgną po nią z innego powodu, tematem zaciekawi. Ładnie wydana, ładnie też wyglądająca na półce… Mówiąc wprost: polecam.

A wydawnictwu Poznańskiemu składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

wtorek, 17 listopada 2015

Norka zagłady - Tomasz Samojlik



A IMIĘ ICH NORKI AMERYKAŃSKIE



Do tej serii podchodziłem swego czasu z pewną taką nieśmiałością, zabierając się za album „Powrót Rzęsorka”. To pierwsze spotkanie było całkiem miłe, teraz natomiast mogę powiedzieć jedno: że w pełni przekonałem się do przygód bohaterskiej ryjówki i jej kolorowej ferajny.



Od wydarzeń znanych z „Ryjówki przeznaczenia” minęło zaledwie pięć dni. Dobrzyk prowadzi życie bohatera, którym się stał, jego legenda jest na ustach, dziobach i pyskach zwierząt zamieszkujących las, ale istnieją także i stworzenia mniej mu życzliwe. Ale oto nagle całemu lasowi zaczyna zagrażać kolejne niebezpieczeństwo. Jedna z przepowiedni głosi, że w dolinie zjawią się najeźdźcy z obcych krain, norki amerykańskie, i nie pozostanie kamień na kamieniu. I rzeczywiście, norki się pojawiają, a stawić im czoło musi nie kto inny, jak doskonale znany nam Dobrzyk…



Saga o Ryjówce to typowy, ale jakże przyjemny przedstawiciel gatunku „bawiąc, uczy”. Prosta historia o sympatycznych małych zwierzątkach zamieszkujących las, którym mierzyć się przyszło z przepowiedniami, a więc i zagrożeniami, których one dotyczą. Przyjaźń, która zwycięża przeciwności losu, dobro, które zawsze wygrywa, właściwe postawy i odwaga, których nie da się przyczynić. Dynamiczna akcja prezentuje czytelnikom wspomniane już rzeczy, ale przede wszystkim uczy ich o zwierzętach i samym lesie. Oraz o tym, czego człowiek nie powinien robić z przyrodą. Wiedza, którą przekazuje Tomasz Samojlik, podparta dodatkami wyjaśniającymi szerzej przyrodnicze ciekawostki, to wiedza ciekawa i przydatna. I – przyznaję to na własnym przykładzie – potrafiąca zaskoczyć i nauczyć czegoś nawet dorosłych czytelników.



Strona graficzna jest prosta, ale przyjemna dla oka, kolorowa, wyraźna i rzekłbym „lekka”. Kojarząca mi się odrobinę z zapomnianym już polskim komiksiarzem kryjącym się pod pseudonimem Sopo. Fajne też jest wydanie, standardowo dla Kultury, staranne i doskonałej jakości.



Jeśli więc szukacie naprawdę dobrego polskiego komiksu dla dzieci, trylogia o ryjówkach będzie strzałem w dziesiątkę. Polecam, a wydawnictwu Kultura Gniewu składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Magiczne Drzewo. Świat Ogromnych - Andrzej Maleszka



MAGICZNE PUZZLE



Andrzej Maleszka, twórca kultowych już filmów i seriali, na których wychowało się już kilka pokoleń widzów, powraca na rynek z kolejnym tomem przygód bohaterów chyba jego najbardziej znanego dzieła, „Magicznego drzewa”, oferując młodym czytelnikom wszystko to, co w cyklu najlepsze.



Znów miało być zwyczajnie. I znów nie wyszło. Kuki i reszta bohaterów trafiają do Świata Ogromnych, z którego uciec da się tylko w jeden sposób: odnajdując puzzle, które otworzą im drogę z powrotem do ich świata. A cała przygoda zaczęła się tak normalnie: Ida miała zacząć swoją naukę w szkole, na co nie miała w ogóle ochoty. By ustrzec się od kłopotów pozbawiła się nawet na pewien czas zdolności magicznych, ale na niewiele się to zdało. Pierwsza lekcja okazała się prawdziwą katastrofą, kłótnia z nauczycielką zaś doprowadziła do odkrycia faktu, iż przed laty jej synek dosłownie zniknął. Czyżby magia? Bohaterowie zaczynają śledztwo i szybko ich sytuacja staje się niebezpieczna…



To już siódmy tom „Magicznego drzewa”, ale Maleszka najwyraźniej nie traci ani pomysłowości ani tym bardziej zapału do pisania. Autor, który przyniósł nam kultowe już seriale, jak „Maszyna zmian” czy „Sto minut wakacji”, który za jeden z odcinków „Magicznego drzewa” zdobył” nagrodę Emmy, najważniejsze wyróżnienie telewizyjne świata, znakomicie spełnia się w powieściowy medium. Pisząc prosto, lekko i ciekawie, zabiera młodszych czytelników w podróż do magicznego świata i magicznych wydarzeń, oferując niezwykłość wsączającą się w naszą codzienność. Niezwykłość, która przy odrobinie wyobraźni może stać się choć odrobinę udziałem każdego z czytających.



Przyjemna, tym razem dla oka, jest też strona graficzna. Maleszka przyłożył starań by zdjęcia i komputerowe efekty przypominały to, co widzowie mogli zobaczyć na ekranach telewizyjnych i kinowych. I by oddawały także pełnię jego niesamowitej wyobraźni, która stanowi wielką siłę całego jego dorobku. Świetne wydanie dopełnia całości, oferując dobrej jakości kredowy papier i znakomitą jakość zdjęć, wszystko to zaś zamykając w twardej oprawie.



Podsumowując: najnowszy tom „Magicznego drzewa” to kawał świetnej i mądrej, bo przy okazji niezwykłych przygód uczącej poprzez zabawę, lektury dla dzieci. Wart poznania niezależnie od znajomości ekranowego pierwowzoru i niezależnie także od poprzednich tomów – „Świat Ogromnych” to w końcu książka samodzielna. Dlatego polecam, a wydawnictwu Znak Emotikon składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

poniedziałek, 16 listopada 2015

Przybysz - Shaun Tan



PRZYBYŁO ARCYDZIEŁO GRAFICZNE



Gdyby spróbować najprościej podsumować ten komiks, najlepiej chyba sprawdziłaby się maksyma: „Mowa jest srebrem, a milczenie złotem”. Shaun Tan nie potrzebował bowiem nawet jednego słowa, żeby swoim „Przybyszem” pokazać maestrię talentu, jakim został obdarzony, i przejmującą prawdę.



Bohaterem jego powieści graficznej jest tytułowy Przybysz, młody mężczyzna, którego los popycha w podróż. Przybysz porzuca swój kraj i bliskich na rzecz tułaczego losu w obcym kraju. A właściwie można by rzec, że w obcym świecie. To bowiem, co na niego czeka, przekracza dalece dotychczasowe pojmowanie rzeczywistości…



Obcy świat, do jakiego trafia bohater to świat znajdujący się na skrzyżowaniu tak wielu nawiązań i inspiracji, że aż trudno wszystkie je zliczyć. Tu krzyżują się ścieżki filmów Lyncha, ekspresjonistycznego kina niemieckiego z początków XX wieku i oczywiście autentycznych opowieści, anegdot z życia emigrantów. W nowym świecie Przybysz spotyka cuda, o jakich nie śnił, ale też i lęki – zarówno te nowe, jak i doskonale mu znane. Inna kultura, inna mentalność i inna rzeczywistość podkreślona zostaje olbrzymią porcją realizmu magicznego i czystą fantastyką, która fantastyką zarazem w ogóle nie jest. Świat, jaki odkrywamy wraz z bohaterem, to świat, jaki w swoich filmach ukazywał Fritz Lang. A właściwie jaki mógłby ukazać w pełni dopiero w czasach obecnych, kiedy nie krępowałyby go więzy ograniczeń technicznych. Świat przesycony artyzmem i symboliką. Podobnie jest z samym bohaterem, który jakże zagubiony, ale i oczarowany, staje się po trosze Józefem K., kiedy to wpada zaraz po przybyciu w tygiel biurokratycznej maszyny, a po trosze każdym z nas – tak łatwo bowiem być nim i w nim się odnaleźć, kiedy tylko choćby zabłądzimy do obcego miasta.



Strona graficzna tej milczącej opowieści to absolutne arcydzieło. Shaun Tan pracował nad nią cztery lata, ale żadna chwila, żadna najdrobniejsza sekunda, nie była sekundą straconą. Hiperrealizm to za małe określenie, by oddać fotograficzne uchwycenie szczegółów utrwalonych na stronach. Perfekcyjnie ukazany świat, perfekcyjnie oddane postacie, ba!, tu nawet światło jest światłem bez konieczności uciekania się do komputerowych tricków. To w końcu tylko ołówek i stylizacja sepii, a oszałamia. „World Fantasy Award”, jaką zdobył „Przybysz” , zdobył absolutnie zasłużenie.



Wisienką na tym torcie, kropką nad „i”, staje się wspaniałe wydanie przypominające stary, zapomniany album, który z zachwytem, jak skarb, odkrywa się po latach. Wielki to komiks i wspaniały. Dzieło z najwyższej półki. Arcydzieło i najpiękniej narysowana powieść graficzna, jaką widziałem. Dlatego polecam bardzo gorąco a wydawnictwu Kultura Gniewu składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.



Fragment znajdziecie na stronie wydawcy: http://kultura.com.pl/index.php?s=p_105_01

W pierścieniu ognia - Suzanne Collins



DZIEWCZYNA, KTÓRA IGRAŁA Z OGNIEM



Jak dziś pamiętam z jaką niepewnością podchodziłem do pierwszego tomu tej trylogii. Bo z międzynarodowymi bestselerami wiadomo, jak bywa, jakie książki się nimi stają najczęściej i jaki prezentują poziom. A jednak obawy te nie spełniły się w przypadku „Igrzysk śmierci”, a tom drugi udowodnił, że to naprawdę udana seria.



Od historycznych Głodowych Igrzysk, w których po praz pierwszy wygrała dwójka trybutów minął niemal rok. Katniss i Peeta żyją w udawanym związku, ale sytuacja nie jest dobra, choć oboje mają pod dostatkiem wszystkiego. Sposób, w jaki Katniss odniosła zwycięstwo, stał się iskrą zapalną dla powstania. Część dystryktów oficjalnie występuje przeciw Kapitolowi, władza zaostrza rygor, prezydent Snow grozi nawet zabiciem Katniss i jej bliskich byle tylko zdołała przekonać ludzi do zmiany nastrojów. Ale niestety, wszystkie starania dziewczyny kończą się na niczym, a tymczasem nadchodzą jubileuszowe 75 Igrzyska, których reguły wstrząsną tak Katniss, jak i całym krajem…



Katniss Everdeen, dziewczyna, która igrała z ogniem, w drugim tomie swoich przygód staje przed sytuacją bez wyjścia. Rozdarta pomiędzy najróżniejsze obawy, wyrwana ze skądinąd bezpiecznego, choć pełnego koszmarów, życia, musi wybrać drogę, którą będzie podążała. Ale niełatwo jest być rewolucjonistą, kiedy nie dość, że bunt wszczęło się nie inaczej, jak przypadkiem, to jeszcze ma się zbyt wiele powodów by rozpalenia iskry, którą się wykrzesało, unikać jak… jak ognia. Efekt jej starań – tak samo, jak i konsekwencje – jest łatwy do przewidzenia, ale w tym wypadku ta oczywistość wcale nie przeszkadza. Suzanne Collins, tak jak w pierwszym tomie, postawiła na coś innego. Porcja zaskoczeń? Jest, a jakżeby inaczej. Nie mniej to klimat „Igrzysk śmierci” jest najważniejszym elementem trylogii. Nie wiem, co takiego jest w słowach, w które ubiera swój świat autorka, ale tkwi w nich pewien mrok, brud i niepewność. To prawda, że seria przeznaczona jest dla grupy wiekowej określanej ostatnimi czasy jako young adult, a jednak jest w niej dorosłość i zdrowe, nieinfantylizowane podejście do tematu. Śmierć to nie utrata życia w grze komputerowej, brutalność to nie posoka z pikseli lejąca się na ekran – u Collins wszystkie te elementy są realne, jak i realna jest jej dystopijna wizja świata.



I choć sam pomysł nie jest oryginalny, to na tle większość podobnych produkcji (włączając w to popularną, acz niezbyt udaną powieść japońską „Battle Royale”), „W pierścieniu ognia” prezentuje się naprawdę świetnie. Logicznie i z sensem. I podane dobrym stylem literackim. Dlatego też nie pozostaje mi nic innego, jak zachęcić tych, którzy jeszcze nie znają „Igrzysk…”, a gustują w podobnych klimatach, do sięgnięcia i poznania naprawdę emocjonującej serii. A wydawnictwu Media Rodzina składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.



Więcej o serii znajdziecie na stronie wydawcy: http://www.mediarodzina.com.pl/igrzyska/index.php

sobota, 14 listopada 2015

Krótki, szczęśliwy żywot brązowego oksforda - Philip K. Dick



KRÓTKIE ŚWIETNE OPOWIADANIA Z POCZĄTKÓW TWÓRCZOŚCI DICKA



Pierwszy tom opowiadań Dicka, napisanych przez niego na przełomie lat 1951-1952 (z drobnym wyjątkiem, niepublikowanym nigdzie poza antologią tekstem z roku 1947), to doskonała okazja by przekonać się jak zaczynał jeden z największych autorów SF w historii literatury. I zarazem doskonała okazja do poznania 25 znakomitych krótkich form.



Jaki był Dick tego początkowego okresu? Podobny do starszego siebie, może czasem mniej opanowany, ale stanowił zapowiedź największych swoich dzieł. Był też chyba bardziej paranoiczny, niż to zdarzało mu się w późniejszych latach, a przynajmniej bardziej otwarcie to wyrażał. „Krótki szczęśliwy żywot brązowego oksforda” jest także zdecydowanie silniej przesycony bezpośrednio ujętymi zimnowojennymi nastrojami, a zagrożenie czasami staje się jakże bliskie wizjom kafkowskim. Przede wszystkim jednak każdy z tekstów, to popis wyobraźni szalonego geniusza.



Od niewydanej nigdy „Stabilizacji” traktującej o świecie, który zastygł w stagnacji, gdzie każda nowość, każdy wynalazek, najczęściej karze się śmiercią, i debiutanckiego „Rooga”, historii codzienności podanej oczami psa, dla którego śmietnik jest rzeczą, której trzeba bronić, przez znakomitego „Flecistę wśród drzew” opowiadającym o żołnierzu, który po powrocie z asteroidy twierdzi, że jest rośliną, i tytułowy tekst o butach, które ożyły za sprawą pewnego wynalazku, po rzecz zdawałoby się nie-dickowską, czyli Fantasy (a właściwie Urban Fantasy) z elfami i całą resztą legendarnych istot. W tych ramach mieści się cały wszechświat wykreowanych umysłem światów zbudowanych na filarach naszej rzeczywistości.



Co zaskakujące, mimo upływu ponad 60 lat, aktualność tych opowieści nadal pozostaje żywa. Szczególnie bliska wydaje się teraz, w dobie ochłodzenia relacji z Rosją, ale nie tylko z tego powodu. Dick przeszedł do historii, bo w prostych z pozoru, rozrywkowych tekstach, przemycał o wiele większe prawdy, niż jego konkurenci. Krytykę i satyrę. Poza tym naprawdę potrafił pisać i wywoływać zamierzone emocje. Nawet jako debiutant.



„Krótki szczęśliwy żywot…”, słowem podsumowania, to zbiór absolutnie wart poznania. Znakomity, różnorodny, niepusty, a poza tym – mówiłem to już przy okazji innych książek Dicka od Rebisu, ale nic nie poradzę, fakt ten docenić trzeba - świetnie wydany. I wspaniale ilustrowany. Jednym słowem: polecam! A wydawnictwu Rebis składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Zabij mnie, tato - Stefan Darda



ZABIJ MNIE, DARDO



Polski mistrz horroru zmienia nieco front. Po pięciu powieściach grozy i zbiorze opowiadań, w którym dominowały napięcie, groza i zjawiska paranormalne, napisał rasowy dreszczowiec. I cóż można rzec, chyba tylko to, że i z tego swoistego eksperymentu wyszedł autor obronną ręką, oferując udaną powieść w jakże charakterystycznym dla niego stylu.



Zdzisław to typowy dla Dardy bohater. Dotychczas mieszkał w Mieście Wojewódzkim, gdzie wiódł żywot policjanta. Obecnie porzucił tak pracę, jak i dotychczasowe miejsce na rzecz spokojnego, malutkiego miasteczka, w którym najwyżej zdarza się, a i to sporadycznie, drobna kradzież czy sprzeczka pomniejszych, niegroźnych pijaczków. Przyjaźń w postaci właściciela lokalnej pizzerii i jego żony pojawia się już na samym początku, ale wkrótce pojawiają się też problemy. Dwie córki nowych przyjaciół zostają porwane, trzecia, która ich nie dopilnowała, bliska jest obłędu. Jak odkrywa Zdzisław, z więzienia został niedawno zwolniony psychopatyczny zabójca, po którym zniknął wszelki ślad. Zaczyna się walka z czasem…



Przejście Dardy na nowy grunt, zresztą bliki mu i w pewnym stopniu zwiedzony już przecież w opowiadaniach, nie staje się odejściem autora od tego, co polubiliśmy. Mamy więc wszystkie charakterystyczne dla niego elementy: bohater/narrator, który porzuca wielkomiejskie życie, pozornie spokojna prowincja, w którą wkrada się zło i powolne budowanie klimatu. Pierwsze ćwierć powieści to nic innego, jak poznawanie bohaterów i samego miasta, jego nastrojów, wyglądu i codzienności. Nie znaczy to, że książka w którymś momencie nudzi. Wręcz przeciwnie, jak u Kinga, zwykła, prosta codzienność staje się elementem nieodzownym i intrygującym.



Wszystko to Darda opisuje lekko i przyjemnie, z humorem, ale także i napięciem. Zmiany środków wyrazu, a przynajmniej przeniesienie ich środka ciężkości z niepokojących dźwięków, dziwnych zdarzeń i tego, co kryje się tuż za obszarem widzenia, na niepewność i zagrożenie bliższe i bardziej realne, nie zaszkodziło schematowi jego powieści. Efekt całościowy jest natomiast taki, że ta sporych rozmiarów lektura zapewnia porcję przyjemności na kilka dni. Dlatego polecam fanom mocnych wrażeń, wydawnictwu Videograf zaś składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

piątek, 13 listopada 2015

Zima naszej goryczy - John Steinbeck


KSIĄŻKA LUDZKICH GORYCZY


Jeden z najwybitniejszych pisarzy amerykańskich w historii i kolejna powieść z jego dorobku udowadniająca, że nie tylko najsłynniejsze jego dzieła warte są poznania.


Niewielka mieścina New Baytown to miejsce pełne ludzi, którym się nie powiodło. Miejsce pełne ludzkiej goryczy i rozczarowań. Ethan Hawley jest taki, jak oni wszyscy, choć kiedyś należał do elity. Był jednym  najbogatszych ludzi w okolicy, obecnie jednak pracuje w sklepie. Stara się zapomnieć o tym co było, żyć chwilą – i życiem – obecną, ale jego żona, Mary, i ich dzieci tęsknią za minionym statusem. Przyjaciółka Mary, Margie, boi się niepewnego życia w samotności i bez pieniędzy, przyjaciel Ethana, Danny, swym alkoholizmem sięgnął dna. Czy szansa na odmianę losu, jakiej zapowiedź pojawia się nagle, ma szansę spełnienia?


Steinbeck to pisarz wielki. Genialny w swym minimalizmie, genialny w analizie ludzkiej duszy i przede wszystkim mistrz w ukazywaniu przekroju społecznego Ameryki. I nie ma znaczenia, że jego książki obrazują to, co w Stanach miało miejsce w ubiegłym stuleciu („Zima…” wydana została w roku 1961) – jak zawsze w przypadku gigantów literatury, poruszane tematy pozostają aktualne. Bo może i zmieniają się trendy, zmienia kultura i społeczeństwo także ulega zmianom, nie zmieniają się jednak podstawowe cechy natury ludzkiej. I zmianom nie ulegają także emocje, które Steinbeck potrafi wywołać po mistrzowsku. Większość autorów emocjami szafuje, ukazuje je, poniekąd jakby na siłę chcąc wzbudzić w czytelniku. John nie musiał uciekać się do takich zabiegów – jego słowa i wydarzenia nie musiały zabierać opisów emocji, by je wzbudzać.


Podobnie jest z prawdą, której Steinbeck nie ujmuje wcale w dosadne słowa. Jego bohaterowie, ich czyny i to, co staje się ich udziałem, sprawiają, że czytelnik bardziej ową prawdę, niż tylko umysłem odbiera emocjami.


Literacka nagroda Nobla okazuje się w jego przypadku wyróżnieniem absolutnie zasłużony. Koniecznym wręcz. Steinbeck to autor, którego znać nie tyle wypada, ile po prostu najzwyczajniej w świecie trzeba. literacka wysoka półka najlepszej próby. Autor nikogo nie pozostawiający obojętnym. Polecam więc gorąco, a wydawnictwu Prószyński i S-ka składam podziękowania za udostępnienie mi powieści do recenzji.

czwartek, 12 listopada 2015

Zimowa opowieść - Stephanie Laurens



RODZINNE ŚWIĘTA



Prosta i lekka historia dla fanów gatunku, utrzymana w ciepłym klimacie Świąt Bożego Narodzenia.



Jest rok 1837, Daniel Crosbie i Claire Meadows, guwerner i guwernantka dzieci członków jakże licznego rodu Cynsterów, spotykają się w szkockiej posiadłości swoich pracodawców, gdzie cała rodzina zjeżdżą się świętować Boże Narodzenie. Oboje znają się już od dawna i mają ku sobie, ale jak to w życiu bywa, los piętrzy przed nimi przeszkody. Claire ma bowiem uraz do miłości, małżeństwo jest czymś dalekim od jej pragnień, jednak Daniel nie zamierza poddać się łatwo. Szczególnie, że po swoje stronie ma pracodawców, którzy chcą oboje zeswatać. Zaczyna się walka o miłość w mroźnej i śnieżnej scenerii zbliżającej się Gwiazdki, kiedy spełniają się marzenia…



Święta zbliżają się już wielkimi krokami i z tej też przyczyny na rynku – tak wydawniczym, jak i właściwie każdym innym – zaczynają wykwitać kolejne rzeczy z nimi związane. Okres ten zawsze wywołuje wiele emocji i wiele emocji wywołują także wszystkie filmy czy książki odwołujące się do bożonarodzeniowej gorączki. To właściwie temat samograj, który zawsze miły jest czytelnikowi/widzowi Święta lubiącemu i tak też jest w tym przypadku.



„Zimowa opowieść” to lekka i prosta, trzymająca się klasycznego toru wymogów romansu, opowieść doskonale wpasowująca się w ten klimat. Rodzinna, i to bardzo, atmosfera, miłość, na drodze której stają przeszkody, choinka, blask ognia w kominku, padający śnieg, przystojni mężczyźni, piękne kobiety… To powieść typowo kobieca, skrojona pod gusta czytelniczek, ale w przyjemnym, ciepłym stylu. Lekko napisana i posiadająca wszystko to, czego można by się spodziewać i czego – oczywiście – zwolennicy oczekują.



Kto więc do lubiących takie powieści należy, śmiało może sięgnąć w ramach przygotowań do Świąt. Najlepiej w blasku ubranej już choinki, z bielą śniegu za oknem i zapachem korzennych przypraw. A ja dziękuję wydawnictwu Harper Collins za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Skafander i motyl - Jean-Dominique Bauby



WIĘZIEŃ WŁASNEGO CIAŁA



Przerażająca, przejmująca, wstrząsająca – przepełniona nadzieją autobiograficzna książka o beznadziei.



Wyobraźcie sobie, że jesteście sparaliżowani. Nie możecie ruszyć ręką, nogą, głową, palcem nawet. Wasz organizm jest w stanie jednie wykonać nieznaczne drgnięcie, byście mogli choć ułamek milimetra przesunąć kończynę, żeby zmniejszyć przejmujący ból. Nie potraficie nawet przełknąć śliny, a jedyne, do czego jesteście zdolni, to mruganie powieką. Jedną. Jedyną. Wasz sposób na komunikację ze światem. I tak do końca życia, w trakcie którego Wasz stan nie ulegnie poprawie…



Z czymś takim zmierzył się Jean-Dominique Bauby. Człowiek, któremu w życiu dobrze się układało, do momentu, kiedy dostał niespodziewanego wylewu. Efekt? Uszkodzenie rdzenia przedłużonego i paraliż, a właściwie jego najgorsza odmiana: locked-in syndrome. Uwięziony we własnym ciele, więzień szpitala i niemocy, bez szans na wyjście z tego stanu, próbuje dalej żyć. Sensem życia zaś staje się dla niego pisanie książki. Relacji z codzienności. Chociaż pisanie to za dużo powiedziane – Bauby mrugnięciem powieki dyktuje jej treść litera po literze, dając dowód siły ludzkiego ducha i determinacji, która potrafi utrzymać przy życiu lepiej, niż najnowocześniejsza aparatura medyczna.



Z jego syzyfowej pracy, pracy, której nawet nie potrafię sobie wyobrazić, wyszła cienka, bo licząca sobie zaledwie nieco ponad sto dwadzieścia stron, książka, która przejmuje do głębi serca, duszy, umysłu i szpiku kości nawet. Książka, o której nie da się zapomnieć. Nawet teraz, kiedy piszę te słowa, mam ciarki na plecach. A przecież wiedziałem co mnie czeka, widziałem już w końcu film, znałem dobrze te zdarzenia. I co z tego, kiedy film, choć także przejmujący i poruszający, nie mógł się jednak równać z relacją z pierwszej ręki. Słowami wymruganymi przez człowieka, dla którego każdy dzień był agonią i walką. Agonią i walką, która przecież zdarzyć się może każdemu z nas. Trudno jest w to uwierzyć, w trakcie lektury człowiek najchętniej zanegowałby istnienie locked-in syndrome, ale fakty są, jakie są.



Całość napisana została minimalistycznie, przepełniona jest jednak emocjami tak silnymi, że wcale nie potrzeba niczego ponad to. A efekt końcowy, szczególnie jeśli zechce się zaangażować bardziej i poznać fakty, których książka już nie dopowiada, sprawia, że „Motyl i skafander” to jedna z najlepszych książek, jakie w ostatnich latach miałem w rękach. Rzecz absolutnie warta przeczytania i przekonania się, jak jednak mimo naszych codziennych problemów, nasze życie jest piękne. Dlatego polecam gorąco, polecam bardzo i z całych sił, a wydawnictwu Terytoria składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

środa, 11 listopada 2015

Dekameron - Giovanni Boccaccio



ZAKAZANE DZIESIĘĆ DNI



Dzieło, które od blisko siedmiuset lat rozpala wyobraźnię i stanowi barwny opis życia we Florencji owego okresu, to także dzieło, które niemalże pięćset lat temu trafiło do słynnego indeksu ksiąg zakazanych przez kościół katolicki i znajdowało się na nim aż do samego końca jego obowiązywania, który nastąpił całkiem niedawno.

Co takiego jest w „Dekameronie”, iż wywołuje takie emocje? Co sprawiło, że przeszedł do klasyki literatury, ba!, że mistrzostwo noweli „Sokół” stało się wyznacznikiem tego, jak nowele winno się pisać? A co sprawiło, że kościół katolicki zabraniał nawet jego posiadania?



Jest rok 1348, trwa właśnie wielka zaraza pustosząca Florencję. Grupka dziesięciu osób chroniąc się przed chorobą, dla zabicia czasu i zajęcia się czymś zaczyna snuć opowieści. Każdego dnia ktoś inny, każdego dnia dziesięć historii i tak przez tytułowe (to w końcu słowo Dekameron oznacza) dziesięć dni…



Opowiadają zaś głównie o miłości, miłości w najróżniejszych jej odsłonach i już sam ten temat był wystarczająco kontrowersyjny, jak na wiek XIV. Oferował bowiem nie tylko miłość małżeńską, ale także tą nieformalną, miłość pomiędzy parą zwykłych kochanków. Miłość nie tylko duchową, ale także i fizyczną, pociąg bez miłości, pociąg wbrew zakazom. Miłość tragiczną i szczęśliwą. Zdradę nawet. Sól w oku konserwatystów? I owszem. Ale Boccaccio posunął się także dalej, prezentując ludzką kondycję, w szczególności hipokryzję, jaka tkwi w każdym z nas, czego najlepszym przykładem jest opowieść o grzesznym mnichu, który sam identyczny grzech wytyka swojemu przełożonemu.



Podobne podejście do tematu jak na owe czasy stanowić musiało szok. Ale i jaką wartość literacką zarazem, nieprzemijającą nawet teraz, pomimo upływu całych wieków. Owszem, styl, choć bardzo minimalistyczny, pozostaje archaicznym, a jednak w słowach Boccaccia jest ponadczasowa siła zrozumiała doskonale współczesnemu czytelnikowi. Trudno więc byłoby nie polecić dzieła tego formatu, dzieła, które znać winno się koniecznie, jeśli ceni się klasyczną literaturę, która na wyższą półkę i na karty historii trafiła nie przypadkiem. I wcale nie tylko z powodu zakazu, który każdej dziedzinie sztuki robi lepiej, niż najlepsi specjaliści od reklamy. Polecam, a wydawnictwu MG składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.