sobota, 30 stycznia 2016

24: Solitary




24 GODZINY – ODOSOBNIENIE

Epilog kultowego serialu. Jaki? Niestety taki jak ostatni sezon…



Osiem lat po sezonie 7 Tony Almedia za swoje czyny przebywa w więzieniu, ubiega się jednak o przeniesienie z bloku o zaostrzonym rygorze na blok ogólny. Chce się też przysłużyć wyższej sprawie, czy jednak to jego prawdziwe intencje?



„Live Another Day”, dziewiąty sezon „24” okazał się kiepski. Przewidywalny do bólu, gorzej niż sezon 8, którego zwroty akcji były bardziej niż oczywiste a „zaskoczenie” z bratem prezydenta bliskowschodniego kraju przewidziałem po… materiałach prasowych, na długo przed obejrzeniem premierowych odcinków, choć nie było w nich żadnych wskazówek ku temu. Z serią 9 pożegnałem się po 5 czy 6 odcinkach, ale obejrzałem – pobieżnie bardzo – finał. I co? Nic mnie nie zaskoczyło, nic nie poruszyło. Jack przestał być tym ludzkim bohaterem, którego uwielbiałem, stał się Rambo. Sztampą. Nudą. Wszystkie wątki były kopią poprzednich. Wszyscy nowi bohaterowie tacy sami jak starzy. Ale niedawno dowiedziałem się o epilogu i musiałem go poznać. Wrażenia?



Po pierwsze kiedy się zaczęło, poczułem te dawne emocje. Siedem minut później, tyle bowiem trwał odcinek, niewiele z tego zostało. Oczywisty finał, znów brak zaskoczenia. Epilog? Bardziej usilne przedłużanie wszystkiego, niż zakończenie ze smakiem. Furtka dla 10 sezonu, choć jak ostatnio podano będzie to reboot, a nie ciąg dalszy. Wątpię w to. I wątpię w sens całego przedsięwzięcia. Każdy bowiem jest już chyba tym wszystkim znudzony a geniusz sezonu 2 (wiem, że fani bardziej cenią 5, ale nie oszukujmy się, poza finałem nie ma tam nic świetnego, a fabuła to kopia s2 właśnie, z tym, że uproszczona – dla widzów, którzy mniej wolą myśleć, a więcej chłonąć akcji) nie powtórzy się już na pewno.

Chuck Palahniuk on How David Bowie Helped Him Sell 'Fight Club' - ChuckPalahniuk



CHUCKA PALAHNIUKA OPOWIEŚĆ JAK DAVID BOWIE POMÓGŁ MU SPRZEDAĆ „FIGHT CLUB”



Kiedy David Bowie odszedł w styczniu 2016 dla wszystkich było to dużym zaskoczeniem, dla fanów prawdziwym szokiem i powodem do smutku, dla wielu innych zaś pobudką do wspomnień związanych z artystą. Jedną z osób, które znalazły się w tej ostatniej grupie był mój ulubiony pisarz, minimalista i enfant terrible literatury, Chuck Palahniuk, a ja nie mogłem odmówić sobie przyjemności przeczytania kolejnej porcji jego wspomnień.



David Bowie zmienił życie Palahniuka. To dzięki niemu/przez niego Chuck posiada obecnie rzeźbę głowy rzymskiego centuriona i toaletkę. To również za sprawą Bowiego przyszły pisarz zdołał sprzedać swoją debiutancką powieść. Cóż w tym dziwnego? Gdzie typowy Palahniukowy myk, wolta, zaskoczenie? Tu! – Palahniuk nigdy bowiem osobiście nie spotkał Bowiego i nie miał z nim kontaktu!



Jak to więc możliwe, że dzięki niemu nabył powyższe rzeczy i zadebiutował „Fight Clubem”? Cóż, tego już Wam nie powiem, przeczytajcie sami. Cały tekst Chucka znajdziecie bez problemu na stronie Rolling Stone, na dodatek za darmo (http://www.rollingstone.com/culture/news/chuck-palahniuk-on-how-david-bowie-helped-him-sell-fight-club-20160112) więc jedyna bariera, jaka na Was czeka to bariera językowa.



Co natomiast mogę powiedzieć, to to, że tekst jak zawsze jest znakomity. Wspomnienia z młodości autora, z czasów kiedy był dziennikarzem, nuta pikanterii w postaci tajemniczej ulicy z Portland, sporo sentymentu i uczuć. Każdy fan Palahniuka, ale także i każdy fan Bowiego powinien poznać ten felieton. To specyficzny, bo specyficzny, ale nadal hołd dla człowieka, którego piosenki znają wszyscy, nawet jeśli nie kojarzą ich z jego nazwiskiem. Hołd dla gwiazdy i zjawiska popkulturowego. Oraz szansa poznania nieco lepiej gustu muzycznego Chucka.



Polecam gorąco i jak zwykle w przypadku tego autora czekam na kolejne teksty, które dostarczą mi takich wrażeń.

Ultimate Spider-Man Vol. 8: Cats & Kings - Brian Michael Bendis, MarkBagley




KOTY I KRÓLOWIE



Historia Petera zbaczać zaczyna na nowe tory, a to za sprawą wstępu do „Ultimate Six”. Tak ciężko jeszcze się dla niego nie zapowiadało, nim to jednak nastąpi Spider musi zmierzyć się ponownie z Kingpinem.



Sprawa Kingpina nawiedza Parkera na polu zawodowym, prywatnym i superbohaterskim. Gdy Fisk zostaje oczyszczony z zarzutów o morderstwo, a Jameson zaczyna wspierać kampanię jego kandydata, nastolatek nie wie co robić. Jak świat i system prawny może być tak niesprawiedliwy? Pytania zadawane w szkole jak i w pracy kończą się dla niego problemami z nauczycielem i utratą posady w Daily. Do tego jako Spider-Man toczy bój z Kingpinem i jego ludźmi, ale przestępca stara się poznać tożsamość Pająka. Na domiar złego pojawiają się kłopoty z ojcem MJ, który zabrania dziewczynie spotykać się z Peterem, a związek obojga wystawiony zostaje na próbę, kiedy pojawia się Black Cat, która pociąga Petera. Za mało zdarzeń? Kingpin wynajmuje Elektrę by zajęła się Black Cat, która okrada go z… właśnie? Co kryje się za skradzionym przedmiotem?



Nie jest rewelacyjnie, ale zabawa i tak jest przednia. Świetny scenariusz, który wie jak zaskoczyć i uniknąć oczywistości, niezła, choć nie przemawiająca do mnie kreska i retardacje, które aż wołają by czytać dalej. I czekać, kiedy wreszcie Bendis rozwiąże wątek z Flashem i kwestią, o której chciał rozmawiać z Peterem.



Jednym słowem: Polecam!

piątek, 29 stycznia 2016

Candy - Kevin Brooks



SŁODKOŚCI CANDY



Gdybym musiał zdecydować jaka jest najlepsza rekomendacja, jaką mogę wystawić książce, powiedziałbym, że są to przypadki, kiedy jednocześnie książkę czytało mi się szybko i nie chciało odłożyć na półkę, a zarazem wydzielałem ją sobie, by tej przyjemności wystarczyło jak najdłużej. Nie zdarza się to często, ale zdarza. A teraz zdarzyło się znowu podczas czytania „Candy”.



Candy wydawała się ideałem. Piękna, seksowna, o doskonałym ciele, a co najważniejsze zainteresowana nim, Joe’em, zwyczajnym, nieco nieudolnym w obliczu nadmiaru ludzi i dziewczyn nastolatkiem. Ich przypadkowe spotkanie w Londynie wydaje się urocze jak sama Candy, dopóki nie pojawia się on. Wielki, groźny, wołają na niego Iggy a każdy wie, czym się zajmuje. Nielegalne interesy, narkotyki, prostytucja… Wszystko wskazuje na to, że Candy to jedna z dziewczyn dla niego pracujących. Joe jednak nie może o niej zapomnieć. Candy jest jedynym o czym myśli, jej osoba dominuje nawet jego największą życiową pasję – muzykę. Ale miłość do tej dziewczyny to niebezpieczne uczucie, cena za chęć bycia z nią może okazać się zbyt wysoka. Jaką decyzję podejmie więc Joe, który zarazem życia bez niej nie potrafi sobie wyobrazić? I jakie będą konsekwencje jego wyborów?



Powieść „Candy” atakuje zmysły i uczucia czytelnika tak, jak jej tytułowa bohaterka atakuje Joego. Kilka pierwszych słów, kilka obrazów wdzierających się w umysł, drobny uśmiech, puszczenie oka i zauroczony czytelnik chce tylko więcej. Te uczucia, które go ogarniają, te emocje, które go wciągają… Świat, w którym żyje Candy jest brudny. To ciemny świat, jakiego nie pokazują przewodniki. Świat narkotyków, młodych dziewczyn sprzedających swoje ciało, świat przemocy, psychicznego i fizycznego uzależnienia i niebezpieczeństw. Ale w opozycji do niego staje naiwny dość Joe, dla którego Candy to cała słodycz i paradoksalnie przyczyna nie kłopotów go dotykających, a prawdziwego szczęścia. Obiekt uczuć, jakich nigdy do nikogo nie żywił.



Z tego prostego przecież tematu, pewnej już rzec by można kliszy, wyciągnął Kevin Brooks to co najlepsze – czyste emocje. Zakochanie, które udziela się czytelnikowi. Zaangażowanie, które sprawia, że chce się kibicować bohaterom i walczyć razem z nimi. Taka właśnie od pierwszych do ostatnich stron jest ta powieść. Słodko-gorzka historia, po skończeniu której czuje się tak satysfakcję, jak i niedosyt, że to już koniec. Bo chciałoby się więcej i pragnęło jeszcze. I wciąż od nowa.



Chcecie przeżyć te uczucia, sięgnijcie bez wahania. To powieść w stylu najlepszych dokonań Nicka Hornby’ego czy Matthew Quicka, świetnie, przyjemnie napisana, wciągająca, urzekająca. Po prostu znakomita. Polecam więc gorąco.



A wydawnictwu Media Rodzina dziękuję serdecznie za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Niewypowiedziane słowa - Agata Kołakowska



SŁÓW KILKA O PRZYPADKACH



Życie i miłość. Związki i samotność. W nowej powieści Agaty Kołakowskiej zbiegają się losy dwóch par, ukazując obu prawdę o tym, co się wewnątrz nich dzieje i jak bardzo samotny jest człowiek w tłumie w innych ludzi.



Andrzej i Łucja Szulc są wiodącym spokojny żywot małżeństwem pełny przeciwieństw. Aż dziw, że odnaleźli się w swoim związku, choć czy to na pewno prawda? On aptekarz, miłośnik kina SF, przeciwnik muzyki operowej i człowiek żyjący w cieniu brata. Ona jest okulistką i szeroko pojmowana medycyna zdaje się być jedynym co ich łączy, Łucja nie znosi bowiem filmów męża, słucha oper, jest jedynaczką i pasjonuje się malarstwem. Ich życie jest proste, ułożone, zwyczajne.

Hanna i Mariusz stanowią podobne przeciwieństwa. Ona jest wrażliwą na potrzeby i kłopoty innych duszą, on jedynak od społeczeństwa oczekuje jedynie uznania, od związku zaś – wolności.

Życie całej czwórki odmieniają dwa przypadkowe spotkania. Hanna trafia do apteki Andrzeja, Mariusz natyka się na Łucję w muzeum. Coś zaczyna iskrzyć, pojawia się fascynacja, ale czy sytuacja, w jakiej znajdą się bohaterowie będzie dla nich odświeżeniem i szansą zrozumienia siebie czy może początkiem końca?



Lekko i prosto napisana literatura kobieca. Taka właśnie jest niniejsza pozycja. Napisana bez literackich upiększeń czy kwiecistego stylu prezentuje wszystko to, czego od tego typu literatury wymagają czytelniczki. Jest więc miłość, proza życia, problemy i trudne fascynacje. Są uczucia i namiętności, i są tytułowe niewypowiedziane słowa. Zderzenie dwóch związków pozwalające obu parom zrozumieć własne uczucia i zrewidować sytuacje w jakich postawił ich los.



Dla fanów, a właściwie fanek gatunku, to pozycja wprost jak znalazł. Dobre czytadło na zimowo-wiosenne wieczory. Więc jeśli czujecie, że ta fabuła, ten styl i te treści są właśnie dla Was, śmiało możecie sięgnąć i spędzić kilka dni w towarzystwie Andrzeja, Łucji, Hanny i Mariusza.



A ja dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

czwartek, 28 stycznia 2016

Era Ultrona - Bryan Hitch, Joe Quesada, Brian Michael Bendis, AlexMaleev, Carlos Pacheco, Brandon Peterson, David Marquez




ULTRON PRAWIE BEZ ULTRONA

Ultron to postać, która przewijała się przez uniwersum Marvela od dawien dawna. Sztuczna inteligencja stworzona przez Hanka Pyma doszła do wniosku, że należy wytępić ludzkość. Avengersi wielokrotnie powstrzymywali go przed najgorszym, teraz nie zdołali…

W trakcie wykonywania dla SWORD misji sprawdzenia pozaziemskich sygnałów na Ziemi, Spider-Woman natrafia na zbroję Ultrona. Ta wpada w ręce wrogów. Wkrótce dochodzi do pojedynku, ale choć udaje się pokonać przeciwników, Ultron znika, a Stark doskonale wie, że tym razem nie zdołają go powstrzymać. I rzeczywiście. Jakiś czas potem świat jest w ruinie. Miliardy ludzi nie żyją, a ocaleli bohaterowie zmuszeni są do ukrywania się. Odbicie przez Hawkeye’a Spider-Mana z rąk wrogów daje szansę na stawianie oporu. Oto bowiem poplecznicy Ultrona handlują schwytanymi bohaterami, a to można wykorzystać. Do gniazda os wyruszają z samobójczą misją Luke Cage i She Hulk. Hulk ginie, a Cage cudem przeżywszy przekazuje przed śmiercią wieści, że Ultron kieruje wszystkim z przyszłości. Niedobitki herosów wyruszają tam niemal na pewną śmierć. Ale Wolverine ma inny plan – cofa się w czasie i uśmierca Pyma, nim ten jest w stanie stworzyć Ultrona. Niestety jego działania prowadzą do jeszcze gorszych efektów…

Dziesięciozeszytowy crossover o Ultronie, prawie bez Ultrona. Tak najprościej podsumować można rozwałkę, jaką zafundował nam Marvel. Bendis zdecydował się na ciekawy zabieg uniknięcia pokazywania głównego antagonisty. Poza kilkoma stronami na początku i w finale, Ultorna nie ma w ogóle. Jest za to alternatywna wersja przyszłości, wielka demolka, sporo mądrych tematów i masa autentycznych emocji. Poza tym Bendisowi udało się przy okazji uniknąć sztampy i powielania schematów, a finał, jaki zaprezentował – daleki zresztą od tradycyjnych finałów takich pojedynków – nie tylko urzeka, ale stanowi bezpośredni prolog dla następnego eventu, „Cataclism”. Na który swoją drogą mam cichą nadzieję.

Fabuła fabułą, ale pozostaje jeszcze kwestia ilustracji. Hitcha lubię, nie jakoś przesadnie, ale cenię to, jak pieczołowicie oddaje nowojorskie scenerie. Poza tym to jemu zawdzięczamy filmowego Furyego i wiele udanych komiksów. Kreska jest więc udana, choć niestety nie zawsze, często ocierając się o niechlujność – jakby Hitch liczył, że wiele spraw nadrobi komputer. Podobnie rzecz ma się z pozostałymi artystami, którzy przyłożyli rękę do niniejszego albumu, choć strony wciąż są przyjemne dla oka.

Całość jednak dobrze ze sobą współgra, a komiks jest tak znakomity. Choć nie bez minusów. Do tych należą niestety pewne błędy, z nich natomiast dla mnie najbardziej rzuca się w oczy fakt, że „Ultron” dzieje się w trakcie „Superior Spider-Mana”, szósty zeszyt Superiora wyszedł także jako dodatkowy z oznaczeniem „AU” a tymczasem w tym albumie Pająk nadal jest klasycznym Amazingiem bez zmienionego kostiumu.



Ale z minusów to by było na tyle. Dobre jest polskie wydanie, cała paleta alternatywnych okładek zawarta w pokaźnym tomie, dobry przekład i całkiem niezła cena. I cóż tu zostaje dodać? Chyba tylko mieć nadzieję, że Egmont porwie się na „Age of Ultron Aftermath”, czyli także i „Kataklizm” a w przyszłości… Cóż, marzy mi się zarówno „Times Run Out” (co przy regularnym wydawaniu Avengers jest niemal pewne), „Original Sin” jak i najnowsze „Secret Wars”. Póki co zaś, cieszę się „Ultronem” i tym, że w naszym kraju wydaje się nie tylko komiksy ekskluzywne, ale też i wydania TPB (choć brak tanich, zeszytowych…) i nie pozostaje mi nic innego, jak zachęcić Was do jego lektury!

środa, 27 stycznia 2016

Ultimate Civil War: Spider-Ham #1 - Joseph Michael Straczynski, MikeWieringo, Skottie Young, John Severin, Nick Dragotta, Jim Mahfood




OSTATECZNA WOJNA DOMOWA – SPIDER-CHRUM



Na westchnienia Serafinów, na karmę Kirby’ego, że zacytuje Dr. Strange’a, takiej historii jeszcze nie było. i takiego J. M. Straczynskiego, który wielkie rewolucje i ważkie tematy porzucił na rzecz humorystycznej, prostej opowiastki dla wszystkich.



Spider-Ham ma problem. Gdy wojna domowa o sprzedaż praw do wizerunków superbohaterów Marvela trwa, Spider-Knurek wyrusza na poszukiwania dymków myślowych, których brakuje mu w nowoczesnych komiksach. Oczywiście pakuje się w kłopoty…



Przygody pająka, którego ugryzła radioaktywna świnia to celowo cartoonowa wersja Spider-Mana, która wędruje przez najważniejsze Marvelowe eventy szukając właściwie dobrej zabawy komiksem. Jest tu wszystko, od Hulka (Green Hama znaczy) i Wolverine’a po Marvel zombies. Lista twórców, którzy stworzyli tu po jednej planszy z charakterystycznych dla siebie cykli jest miła dla oka, fabuła nieźle satyryczna. Zabrakło czegoś ponad lekko tylko prześmiewczy humor, ale i tak warto.

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Zagubiony autobus - John Steinbeck


ZAGUBIENI W AUTOBUSIE


Kolejne wielkie dzieło Steinbecka wraca na nasz rynek w pięknym wydaniu. Co jednak w nim najpiękniejsze to głęboka, mocna treść, której siła nie zmalała przez lata, jakie dzielą nas od jej pierwszego wydania.


Witajcie w Rebel Corners, w niewielki, wyspiarskim miasteczku, w którym pozornie nie dzieje się nic. Założone przez rodzinę Blankenów niszczało już, kiedy wszystko odmieniło przybycie wiele dziesięcioleci później rodziny Chickoyów. Dzięki nim Rebel Corners wreszcie nabrało barw, a życie towarzyskie zaczęło się toczyć. Choć właściwie toczy się przede wszystkim w starym, nie zawsze sprawnym autobusie, który prowadzi Juan Chickoy. To w nim, przemierzając kalifornijskie drogi spotykają się pasażerowie wszelkiej maści. Ludzie najróżniejszych profesji, przekonań czy poziomu inteligencji. Odmiennego wyglądu, odmiennych charakterów i moralności. Jedni jeżdżą dla przyjemności podróży, inni z konieczności, jeszcze inni z przyczyn stricte towarzyskich, ale niezależnie od motywów każdy z nich wnosi coś ze sobą do życia i skłania do refleksji…


W komiksie i filmie „Ghost World” znajduje się scena, która zawsze mnie porusza. W owej finałowej sekwencji główna bohaterka widzi, że człowiek, który czekał na od dawna niejeżdżący autobus, nie siedzi już na ławce przystanku. Sam autobus zaś znów krąży. Wsiada więc do niego i odjeżdża. Ta przesycona symboliką scena to najmocniejszy i najbardziej wymowny moment całego „GW”. Dlaczego przytaczam ją w tym momencie, nie muszę chyba mówić. Skojarzenia z powieścią Steinbecka są oczywiste, ale co muszę zaznaczyć – siła wymowy całej powieści jest równie przejmująca jak wspomniany fragment.


U Steinbecka próżno szukać monumentalnych scen. Nie pisał on o rzeczach niezwykłych, choć zdarzało mu się popełnić teksty z gatunku fantastyki, nie tworzył misternie skonstruowanych fabuł, w których ciężko było znaleźć sens nim nastąpiło finałowe olśnienie. Jego wielkość polegała na czymś innym. Na przedstawieniu prozaicznych, codziennych spraw, które mogłyby dotyczyć każdego z nas, w sposób, który zdumiewa, zachwyca, porusza i urzeka. Tu nie ma wielkich wydarzeń, są za to wielkie momenty, wielka siła i wielka głębia.


Podobnie jest ze stylem. Niby minimalistyczny, niby prosty, a zarazem piękny, bogaty i nade wszystko niezwykle sugestywny. To jak przedstawia autor bohaterów, jak wplata humor i jak prowadzi opisy, to prawdziwe mistrzostwo. Wywoływane emocje, trafność społeczno-obyczajowego portretu i realizm tylko dodają wartości do i tak już wspaniałej jego literatury. Dlatego jeśli się zastanawiacie czy warto sięgnąć po powieści Steinbecka, odrzućcie wszystkie wątpliwości i sięgnijcie koniecznie. Polecam.


A wydawnictwu Prószyński i S-ka składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Biblia. Komiks - Sergio Cariello, Doug Mauss



BÓG JEST WSZĘDZIE – TAKŻE W KOMIKSIE



Wydawałoby się, że nie można powiedzieć jakoby „Biblia” mogła być czyimś opus magnum, a jednak. Rysownik spod ręki którego wyszły przygody tak znanych bohaterów popkultury, jak Batman, Superman czy Kapitan Ameryka śmiało może powiedzieć, że to właśnie Biblia jest dziełem jego życia. A dokładniej monumentalny projekt „Biblia. Komiks”, który imponuje pod każdym możliwym względem.



U zarania dziejów nie było nic poza Bogiem. Za Jego to sprawą stało się światło i stało się wszelkie życie, w tym także człowiek. Człowiek przez wieki działa w imię Boga, szuka u Niego pociechy i ratunku, ale równie szybko potrafi zapomnieć o tym, co od Niego otrzymał i jakimi wartościami powinien się kierować. Ale Bóg jest miłosierny, Bóg jest miłością i wciąż, raz po raz, ciągle od nowa, gotów jest przebaczać, aż wreszcie zsyła na świat Własnego syna by Swoją śmiercią odkupił nasze grzechy…



Od Adama i Ewy, przez Noego, Hioba i Samsona po Jezusa Chrystusa. Dzieje bohaterów Starego i Nowego Testamentu ujęte zostały tutaj w nowoczesne formy. I nie chodzi tu tylko stricte o formę komiksową, ta już bowiem była w pewnym sensie użyta w „The Picture Bible” – swoistym obrazkowym pierwowzorze niniejszej pozycji – ale o sposób komiksowego wykonania. Sergio Cariello odpowiadający za stronę graficzną „Biblii” to absolwent prestiżowej szkoły rysunku Joe Kuberta (a później także jej wykładowca) i wyniósł z niej charakterystyczny kubertowy styl. Jego kreska jest kreską oryginalną, jednak fani komiksów bez trudu dostrzegą typowe cieniowanie włosów czy rozdarcia szat, jakie dostrzec można było u Joego czy Andyego Kuberta. Nowoczesne rysunki, nowoczesny, komputerowy, ale starannie i z pomysłem nałożony kolor i dynamiczne kadrowanie doskonale nadają się na nasze czasy. Dla współczesnych młodych ludzi, dla których ta szybsza od literatury forma stanowić może atrakcyjny impuls do sięgnięcie po to dzieło i poznania słowa Bożego. A przecież już same wydanie zdumiewa i urzeka. Twarda oprawa, świetny papier i 750 stron w pełni kolorowych ilustracji, a to wszystko w znakomitej cenie.



Poza wartościami religijnymi i postawami, które krzewić warto wciąż i nieprzerwanie, „Biblia. Komiks” to także imponujące świadectwo historyczne. Jako adaptacja zaś, przedstawione skrupulatnie i wiernie oryginałowi a więc i nauczaniu kościoła, o czym świadczy przyznane imprimatur. Ujęte skrótowo, owszem, ale w pełni brzemienia oryginału. Nie ma przecież możliwości, by dzieło tak obszerne jak „Pismo Święte” zawrzeć w każdym drobnym szczególe, jednak to jaką wierność przedstawia jego komiksowa adaptacja godne jest po prostu uznania i docenienia.



I tak też się stało. A „Biblia. Komiks” dała początek szeregu publikacji, z których jedna, opowiadająca o upadku Lucyfera ukazała się także na naszym rynku. Czy pojawią się kolejne? Mam taką nadzieję, bo jest to dzieło wartościowe, piękne i zdumiewające rozmachem. Poruszające, skłaniające do myślenia… Po prostu godne polecenia każdemu, co niniejszym czynię.



A wydawnictwu M składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

niedziela, 24 stycznia 2016

Spider-Man: The Jackal Files - Mark Buckingham, Roger Robinson, ToddDezago, Liam Sharp, Pat Olliffe, George Perez, Patrick Zircher, DanLawlis, Joe St. Pierre, Guy Dordon, Michael Bair, Jordan Raskin




AKTA JACKALA



Akcja tego zeszytu dzieje się tuż po polskim numerze 9/1998, a przed niewydanymi w naszym kraju „New Warriors #61” i „Spider-Man: The Lost Years”, które poprzedzały wydarzenia znane z nr 10/1998. Chociaż akcja to w tym wypadku za duże słowo.



Ten komiks nie ma nawet fabuły. Jackal przygotowując Spidercide’a do akcji opowiada mu o kluczowych postaciach i to tyle. Poza kilkoma stronami wstępu i zakończenia całość składa się z pełnoformatowych ilustracji postaci takich jak Venom, Judasz, Scrier, Shriek, Carnage, Silver Sable, Doc Ock itp., itd., przy których znalazła się krótka notka biograficzna w wykonaniu Szakala. Przy Spider-Menach jest też opisane ich wyposażenie i nic poza tym.



Wyciskacz kasy. Tyle słowem komentarza. Nie wart poznania, chyba, że chce się przypomnieć fakty o postaciach. Ale po co? Ani to spójne graficznie, ani wprowadzające jakieś nowości (chyba, że informację, że Spidercide to tak idealny klon, że prezentuje poziom Spidera po 100,00 lat ewolucji – choć jak zaraz się przekonamy dalekie było to od prawdy, więc…). Plus? Kilka niezłych grafik i fakt, że nie nudzi. Nie mniej co z tego, pytam, co z tego.



Fanatycy, którzy jak ja porwą się na poznanie sagi klonów sięgną i tak, ale grupy, której można by z czystym sumieniem polecić „Jackal Files” po prostu nie ma.

sobota, 23 stycznia 2016

Emma i ja - Elizabeth Flock



EMMA, JA I ZŁO



Zło dotyka nas niezależnie od wieku. O wiele jednak łatwiej jest stać się niewinna ofiarą, kiedy jest się dzieckiem. Wtedy każdy ma nad tobą przewagę, a każda krzywda staje się dotkliwsza. Czy w takiej sytuacji dziecko nie ma szans się obronić? I co jeśli to nie o siebie boi się najbardziej?



W takiej sytuacji znajduje się ośmioletnia Carrie Parker, dziewczynka – zdawałoby się – jakich wiele. Dziecko wesołe, pełne marzeń i wyobraźni, ale też dziecko, którego sytuacja rodzinna jest bardzo trudna. Wszystko za sprawą śmierci ojca i pojawienia się w życiu Carrie i jej młodszej siostry, Emmy, ojczyma. Nieczułego, brutalnego – można by rzec sadystycznego – mężczyzny znęcającego się nad bliskimi. Dziewczynka ponad wszystko chce ocalić przed nim swoją siostrzyczkę, a ponieważ nie może liczyć na pomoc matki, sama jest zmuszona poradzić sobie z sytuacją, która już dawno przekroczyła granice ludzkiej wytrzymałości. Konsekwencje mogą jednak okazać się tragiczne w skutkach…



Temat toksycznych związków i maltretowanych dzieci, choć w ostatnich latach głośniej podejmowany w mediach, w sztuce, a w literaturze przede wszystkim, nie jest niczym nowym. Wciąż jednak są autorzy, którzy piszą o nim i wciąż są rzesze czytelników chcących o nim czytać. I chyba będzie już tak zawsze, bo sadystyczne skłonności niektórych ludzi nie znikną z upływem lat, nie zniosą ich regulacje prawne ani zmiany kulturowe. To, co można zrobić, to uczulać ludzi tak by, nie, nie nauczyli się dostrzegać takie sytuacje, ale aby CHCIELI je dostrzegać. Jak to zrobić? Literatura to dobra metoda. A książki takie jak „Emma…” pozwalają czytelnikom wcielić się w bezpieczny sposób w ofiarę i przekonać co to oznacza – a więc, mam nadzieję, także i wyczulić.



W „Emmie…” ośmioletnia narratorka, Carrie, zabiera nas do swojego świata dziecięcej naiwności, która skonfrontowana zostaje z dorosłą brutalnością. Rodzic, przy którym powinna czuć się bezpiecznie, który powinien być dla niej ostają stanowi zagrożenie. Drugi z rodziców nie potrafi dać koniecznego oparcia. Dom, miejsce z samej definicji mające być spokojną przystanią – nawet on potrafi nieść tylko lęki i obawy. A zarazem w tym, co przedstawia nam Elizabeth Flock wiele jest ciepła i nadziei. Dziecięcej wiary i niezłomności.



Jak małe bohaterki poradzą sobie z tym, co zgotował im los? Przekonajcie się sięgając po „Emma i ja”. Książkę ciekawą, łatwą i całkiem udaną.



A ja dziękuję wydawnictwu Harper Collins za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

New Warriors #61 - Maximum Clonage Prolog: Everyone Hates a Clone -Patrick Zircher, Evan Skolnick




MAKSYMALNE KLONOWANIE POCZĄTEK – NIKT NIE LUBI KLONÓW



I niewielu też jest takich, którzy naprawdę polubią komiksy takie, jak ten. I co z tego, że Marvel sięgał w nich do trudnych tematów (w Spiderze w owym okresie MJ myślała nad aborcją, tu pojawia się kwestia gwałtu), skoro nie umiał zrobić niczego ponad miałkość?



Właściwie fabuła interesując mnie w tym konkretnym zeszycie ze względu na łączność z Sagą Klonów, jest… marna. Ot Spidercide wykrada pierwiastek potrzebny do planów Jackala i tyle. Śledztwo w tej sprawie prowadzą New Warriors, którzy oczywiście mają swoje plany. Nova bez mocy, Angel używająca swoich mocy na gwałcicielu znajomej (żenująca przy tym jest rozmowa czy jej mikrofale nie są szkodliwe i nie wywołają raka albo bezpłodności – amerykańska paranoja z mikrofalówkami nawet w połowie lat 90 jak widać miała się świetnie), Speedball nie kontrolujący do końca swym mocy itd. itd. … I choć są ciekawe rzeczy (pytanie o wpływ mocy na innych rodzi inne – jak te moce wpływają na zdrowie ich posiadacz), kilka niezłych retardacji (tajemnicza kobieta znająca tożsamość Sppeedballa i wiele innych rzeczy), tak naprawdę nie ma tu nic, co byłoby warte czy godne czytania.



Ta historia i ta seria, z jakim przecież potencjałem, przypomina najgorsze „X-Menowe” dokonania. Duuuuuużo gadania, z którego nic nie wynika, dużo myślenia, które jest wyjątkowo bezmyślne i żadnych większych konkretów.



Graficznie to też mógłby być jeden z komiksów o X-Menach, choć bliżej mu jednak do Pająka. Styl to połączenie Rona Lima z wczesnym McFarlane’em.



Sam pomysł na grupę nowych bohaterów jest w tym wypadku jednak zupełnie nietrafiony. Taka zbieranina już była. I to nieraz. Takie moce, podobny wygląd. Zasadność powstania New Warriors nie jest dla mnie jasna, nie ma też w tym chyba większego niż rzucenie na rynek kolejnego tytułu dającego kasę sensu. Jeśli zaś chodzi o jakość całej historii na tle Sagi Klonów, to niestety, ale choć sama saga prezentuje niezbyt wysoki poziom, to najgorsze co dotychczas się w niej wydarzyło. Aż się cieszę, że nie wydano tego zeszytu po polsku.

piątek, 22 stycznia 2016

Klasa pani Czajki - Małgorzata Karolina Piekarska



KLASA… SAMA W SOBIE



„Klasa pani Czajki” powraca w kolejnym wznowieniu. I znakomicie, że tak się dzieje, bo książka ma szansę trafić do nowego pokolenia gimnazjalistów, gimnazjaliści natomiast otrzymują znakomitą okazję poznania naprawdę wspaniałej lektury idealnie korespondującej z ich codziennością.



Nowy rok, nowa szkoła, nowe przyjaźnie. Nowe problemy. Małgosia, Kamila, Maciek, Kaśka, dwa Michały i inni, w większości wcześniej nieznający się uczniowie spotykają się rozpoczynając naukę w gimnazjum. Pierwsze zawiązujące się sympatie i antypatie dzielą uczniów na grupy, ale przetrwanie trzech wspólnych lat wymagać będzie od nich wiele poświęcenia i konieczności działania razem. Wspólne problemy, uczucia, życie domowe i relacje z rodzicami… Dzieli ich wiele, wiele łączy, ale czy chcą tego czy nie, są na siebie skazani i będą musieli odnaleźć swoje miejsce…



Można powiedzieć, że to powieść o niczym i każdy by się z tym stwierdzeniem zgodził. Można też powiedzieć, że to powieść o wszystkim i także nikt stwierdzeniu temu nie zaprzeczy. Bo rzeczywiście nie ma tu wielkich wydarzeń, które zmieniałyby świat, nie ma też intrygi stanowiącej wątek przewodni. Co zatem jest? Życie. Życie młodzieży i wszystko to, co się z nim wiąże. Opowieści, niby anegdoty z codzienności zamknięte w ramy trzech dzielonych razem lat, spięte wspólną okładką szkoły, które urzekają prawdą, emocjami i realnymi, wcale nie prosto skonstruowanymi postaciami.



Odczucia pewnej serialowości całości są całkiem słuszne. „Klasa…” powstała pierwotnie jako opowiadania na potrzeby „Victora gimnazjalisty”. Książkowe wydanie uzupełniono o nowe opowieści. Każda z nich zaś to jednak część jednej całości składającej się na swoistą powieść. Powieść żywą, przedstawiającą ważną dla młodzieży problematykę, odpowiednie wartości i tematykę atrakcyjną dla tej grupy wiekowej. Do tego napisaną w sposób lekki, łatwy, przyjemny, ale nie pusty.



Nie powinien więc dziwić sukces, jaki stał się tej powieści/zbioru opowiadań udziałem. Wznowienia, tłumaczenie na ukraiński, audiobook, trafienie na listę lektur pewnych szkół czy do podręczników… „Klasa…” znalazła się nawet na liście bestsellerów dla dzieci i młodzieży „Wprost”, jako jedyna polska książka. I to wcale nie przypadkiem. Perypetie jej bohaterów bliskie są i zawsze będą młodym ludziom, starszym przypomną ich własne czasy. Oparcie całości na postaci autentycznej nauczycielki autorki – nauczycielki, jaką z pewnością gdzieś kiedyś miał każdy z nas, surowej, ale sprawiedliwej, którą docenił być może dopiero po latach – dodało całości tylko posmaku realizmu.



Nie pozostaje mi więc nic innego, jak gorąco polecić „Klasę pani Czajki”. To powieść, która z pewnością stanie się klasyką, jaką teraz są książki Niziurskiego czy Makuszyńskiego i tego życzę jej z całego serca.



A wydawnictwu Nasza Księgarnia składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

czwartek, 21 stycznia 2016

Opowieść wigilijna - Charles Dickens



DUCH NIGDY NIE MINIONYCH ŚWIĄT



Tę opowieść znają chyba wszyscy. Nawet jeśli nie mieli okazji czytać pierwowzoru Dickensa, trudno mi wyobrazić sobie kogoś, kto mógłby nie kojarzyć postaci Scrooge’a i duchów, które nawiedzają go w okresie trzech świątecznych nocy. Niezależnie jednak od tego czy „Opowieść wigilijną” już się doskonale zna czy dopiero chce się z nią zapoznać – tak piękne edytorsko wydanie, jak to powinno trafić na półkę każdego czytelnika.



W dziewiętnastowiecznym Londynie żyje niejaki Scrooge, człek niezwykle skąpy i nieczuły. Zgorzkniały starzec. Nie wzrusza go nic, jego samotność i to, jak ludzie go unikają stanowią dla niego swoisty powód do dumy. Aż do pewnej wigilijnej nocy, kiedy wszystko przestaje być takie, jakie powinno. Najpierw zamiast kołatki we własnych drzwiach zauważa Scrooge widmową twarz swojego dawno zamarłego przyjaciela i wspólnika, Marleya. Marley w całej okazałości, z łańcuchami win, jakie wykuł za życia, pojawia się przy jego łóżku jeszcze tej samej nocy z przestrogą, by Scrooge nie podzielił jego losu, ale także i możliwością odkupienia. Uniknięcia pośmiertnych katuszy. Od teraz zgorzkniałego starca nawiedzić mają jeszcze trzy duchy, które po kolei ukazują mu kolejne etapy jego życia i prawdę o nim samym. Czy w Scrooge’u zajdzie przemiana, która ocali jego duszę?



Ponadczasowa, wiecznie żywa opowieść o dobru, miłości, bezinteresowności i magii Świąt. Przepiękna przypowieść o odkupieniu win i o tym, że każdy zasługuje na drugą szansę. O tym, co ważne jest w naszym życiu i jakie wartości powinny przyświecać każdemu z nas. Taka właśnie jest „Opowieść wigilijna”, która od ponad 170 lat jest z nami i przez cały ten czas nie straciła ani odrobinę na aktualności. Przepiękna stylistycznie, ciepła mimo ściskających strony mrozów, pełna światła i kolorów, choć Scrooge ponad wszystko ceni ciemności, bo ciemność jest za darmo przecież, to książka doskonała dla każdego. I nie ma w tym moim stwierdzeniu grama przesady. Klasyka nie przypadkiem klasyką się staje. Jej walory są niezaprzeczalne, a walory „Opowieści…” doskonale nadają się zarówno dla najmłodszych, jak i najstarszych czytelników. Czy jest się dzieckiem, młodzieżą, dorosłym człowiekiem czy staruszkiem – nie ma grupy wiekowej, która nie odnalazłby się tu doskonale. Świadczy o tym nie tylko olbrzymia popularność tej powieści, ale także imponujący wpływ, jaki wywarła na najróżniejsze media. Od dzieł disnejowskich (nie tylko ekranizacji, ale też i inspiracji dla postaci Sknerusa, który w oryginale nazywa się przecież Scrooge) po głównonurtowe komiksy (w „Batman Legends of the Dark Knight Halloween Special” tytułowego bohatera nawiedzają trzy duchy ukazujące mu przeszłość, teraźniejszość i przyszłość).



To wydanie, w nowym, znakomitym przekładzie Andrzeja Polkowskiego zachwyca także od strony edytorskiej. Świetny papier, twarda oprawa, piękne opracowanie graficzne. Aż z przyjemnością się na nie patrzy i od razy chce wziąć do rąk.



Polecam więc bardzo gorąco. Każdemu. Wszystkim. Polecam, bo nie znać „Opowieści wigilijnej” po prostu nie wypada, szczególnie, że to po prostu wspaniała książka. Sięgnijcie koniecznie.



A wydawnictwu Media Rodzina dziękuję serdecznie za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

środa, 20 stycznia 2016

Ultimate Spider-Man Vol. 7: Irresponsible - Brian Michael Bendis, MarkBagley




NIEODPOWIEDZIALNY



Siódemka to podobno szczęśliwa liczba. Także dla Petera, który powoli zaczyna układać niektóre aspekty swojego życia, ale przede wszystkim dla czytelników, bowiem w siódmym tomie fabuła wraca na znakomity poziom. Co oczywiście zawdzięczamy głównie wątkom obyczajowym.



Peter ma kiepski czas. Stracił kostium, nie wie jak zdobyć nowy, życie super-bohatera, kiedy jest się nastolatkiem, zaczyna uwierać go coraz bardziej. Ale oto wszystko nabiera kolorów, gdy tylko relacje z MJ zaczynają się poważnie ocieplać. Ale na horyzoncie pojawia się on. Geldof. Uczeń z Latverii, który siłą woli potrafi sprawiać, że dowolne rzeczy wybuchają, a którym interesuje się Charles Xavier…



Siłą tego albumu są nie walki, nie akcja, choć Bendis błyska trafnymi spostrzeżeniami odnośnie codzienności życia herosów i realnego ich istnienia, problemów odpowiedzialności za własne moce i granic działania w imię dobra, ale zwyczajność. Liściki Petera i MJ, w których oboje próbują ustalić co do siebie czują wpadają w ręce nauczyciela, ciocia May na terapii martwi się o własną psychikę a opuszczanie lekcji przez Parkera ma swoje konsekwencje. Najwięcej emocji budzą uczucia właśnie. Szara codzienność dodająca całości posmaku realizmu.



Rysunki nadal nie urzekają. Aż żal, co przez lata stało się z kreską Bagleya. Ale nie jest to też powód do płaczu – w końcu daleko jest od tragedii.



Efekt końcowy zaś, jak zawsze w przypadku tej serii, wart jest szczerego polecenia. Szkoda, że nikt po Fun Media nie zaczął regularnie wydawać USM i tylko czasem w ramach WKKM trafić można na coś z tej serii.

wtorek, 19 stycznia 2016

Biblia komiks. Zaczyna się bitwa. Historia stworzenia - Caleb Seeling iSergio Cariello



O TYM, KTÓRY SPADŁ Z NIEBIOS



Biblia w komiksie to publikacja, która mogłaby się kojarzyć z infantylną, bardzo uproszczoną opowiastką dla dzieci, ale nic bardziej mylnego. „Zaczyna się bitwa” to rasowy komiks, którego nie powstydziłyby się wielkie wydawnictwa a nade wszystko propozycja nadając się doskonale dla każdej zainteresowanej tematem grupy wiekowej.



Lucyfer ma wszystko, a jednak ambicja i zazdrość nie pozwalają mu na cieszenie się tym. Wciąż chce więcej, kiedy zaś Bóg tworzy świat, a wraz z nim wszelkie życie, w tym człowieka, negatywne uczucia sięgają w nim zenitu. Boi się utracić miłość Boga, choć zarazem doskonale wie, że to niemożliwe. Zazdrosny o to, jak Pan angażuje się w proces stworzenia, wszczyna bunt, który ma mu zapewnić należyte uznanie i prawa. Strącony za swój występek zaczyna knuć przeciw pierwszym mieszkańcom Raju…



Doskonale wszystkim znana opowieść o stworzeniu świata i życia nabiera w tym albumie zupełnie nowych barw. Przekazana zgodnie z biblijną tradycja, za to ujęta w nowe ramy, doskonale nadaje się na nowe czasy i (pop)kulturę nastawioną na szybki, wizualny bardziej niż tekstowy odbiór. Komiks bowiem to potężne medium. Może wciąż niedoceniane, ale wywierające wielki wpływ. Przekazanie zaś za jego pomocą Słowa Bożego to okazja by trafić z nim do ludzi młodych.



Fabularnie i tekstowo „Zaczyna się bitwa” jest historią łatwo przyswajalną, pozbawioną niestrawnych współczesnemu czytelnikowi archaizmów i pozbawioną wszelkich dłużyzn. Podobnie jest ze stroną graficzną. Rysunki Sergio Cariello są proste, ale znakomicie dobrane. Lekka kreska, dynamiczne kadrowanie, przyjemna dla oka paleta barw… Bardziej wygląda to, jak jeden z Marvelowskich komiksów niż publikacja niemainstreamowego wydawcy. Zresztą wrażenie to jest całkiem słuszne, skoro Cariello pracował przecież przy największych seriach Marvela i DC.



Znakomite edytorsko jest także polskie wydanie, przykuwające wzrok i zachęcające do sięgnięcia po niego. A sięgnąć jest po co. Poza tym to, abstrahując od wszystkiego, po prostu bardzo dobry komiks. To zaś, że za jego przyczyną młodzi czytelnicy – nawet jeśli sięgną po album tylko z czystej ciekawości – poznać będą mogli Słowo Boże i zachęcić się do dalszego jego poznawania, to kolejna, niedająca się oszacować, wartość. Przekaz miłości, dobra i pokoju nigdy się nie zestarzeje, nigdy nie straci na aktualności, a zarazem zawsze wymagał będzie przypominania. Forma komiksowa zaś znakomicie kontynuuje wielowiekową tradycję tego przekazu.



Dlatego też polecam gorąco. Dla młodszych, dla starszych, dla fanów komiksu czy po prostu ludzi ciekawych. Dla siebie czy na wartościowy prezent dla kogoś. Po prostu polecam.



I dziękuję wydawnictwu M za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Jak najdalej stąd - Andrea Portes



PECHOWA TRZYNASTKA



Luli ma tylko trzynaście lat, kiedy zmuszona zostaje decydować o samej sobie. Po części wymusza to na niej los, po części jest to jej własna, świadoma decyzja. Czy dziecko, którym wciąż przecież jest, poradzi sobie w brutalnym świecie?



W domu Luli nigdy nie miała lekko, ciągle głodna, ciągle ignorowana. Jej rodzice, alkoholicy niestroniący także od innych używek, nie zapewniali jej należytych warunków, a jedyne czego potrafiła nauczyć ją matka, to jak kraść w sklepach by nie zostać złapaną. Kiedy więc pewnego dnia matka znajduje sobie nowego kochanka, a ojciec opuszcza dom, pozostawiona sama sobie Luli decyduje się uciec. Uzbrojona w podarowaną jej przez wujka czterdziestkę piątkę i ukradzione matce pieniądze, wyrusza do Las Vegas znaleźć bogatego sponsora. Na przykładzie rodzicielki wie ile seks potrafi dać korzyści. Na swej drodze spotyka ludzi, którzy wciągają ją w świat jeszcze większych brudów niż ten, od którego uciekła…



I troszkę tego brudu w powieści mimo wszystko zabrakło. Książka jest udana, nieźle napisana i porusza ważne tematy. Jej styl jednak unika mówienia wprost o tym, co kontrowersyjne i szokujące. Wynika to oczywiście z wieku Luli, narratorki własnych losów, a także z faktu przeznaczania książki dla grupy docelowej young adult, nie mniej tworzy to pewien dysonans. Co nie znaczy, że w jakikolwiek sposób przeszkadza to w odbiorze czy umniejsza wartość książki.



Alkohol, narkotyki, prostytucja, pedofilia, oszustwa, szemrane interesy i jeszcze bardziej szemrane przybytki. Świat, do jakiego trafia Luli, zaczyna przemieniać ją na obraz własnych rodziców. Jakby wychowanie i wpojone zasady, dawna codzienność, decydowały o dalszym jej losie. Czy dziewczynie uda się wyrwać z tej błędnej, samonakręcającej się spirali?



W Stanach powieść spodobała się na tyle, że na jej podstawie nakręcono w roku 2011 film, u nas znany pod tytułem „Prowincjuszka”. I nie mam wątpliwości, że polskie wydanie „Jak najdalej stąd” także spotka się z ciepłym przyjęciem. Dlatego każdemu czytelnikowi, który gustuje w podobnych tematach, polecam.



A wydawnictwu Harper Collins składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Kuracja samobójców - Suzanne Young



JAK WYLECZYĆ Z SAMOBÓJSTWA



Bohaterowie bardzo udanej powieści „Plaga samobójców” powracają by stawić czoła temu, co ich spotkało – i całemu systemowi. Czy wreszcie poznają odpowiedzi na wszystkie pytania i znajdą upragniony spokój?



Plaga samobójstwa, jakiej ofiarami padają nastolatkowie trwa. Jedynym sposobem walki z nimi jest tak zwany Program – przymusowy rządowy projekt prania mózgów u wszystkich tych, u których pojawiają się pierwsze objawy choroby. Niestety, gdy plaga rozprzestrzenia się, a samobójstwa zaczynają obejmować także osoby dorosłe, władze gotowe są wprowadzić nowe reguły. Od teraz każdy niepełnoletni trafiać ma na pozbawianie wspomnień do ośrodków Programu.

Sloane i James zdecydowali się na rzecz zdawałoby się niemożliwą. Próbują uciec tak samo przed chorobą, jak i przed leczeniem. Związani z grupą buntowników starają się znaleźć sposób zarówno na Program jak i epidemię, ale nie wiedzą komu mogą zaufać. Na dodatek po uczestnictwie w przymusowym leczeniu w ich pamięci pozostało naprawdę niewiele…



Historię przedstawioną na stronach „Programu” najłatwiej podsumować można łacińską sentencją „Aegrescit medendo” – choruje wskutek leczenia. A tłumacząc bardziej dosadnie i współcześnie – lekarstwo gorsze od choroby. Bo czy na pewno wymazanie wspomnień i zmienienie człowieka w kogoś zupełnie innego, niż był jest lepszym rozwiązaniem niż pozwolić mu świadomie zdecydować o własnym losie?



Dystopijna przyszłość ukazana w tym tomie, mimo swoistej paranoi, ustępuje pola akcji. Więcej jest tu walki, czas ucieka bardziej, niż dotychczas. ale charakterystyczne elementy i doskonale znany klimat pozostały na swoim miejscu. A że Suazanne Young, autorka zapewne z polskimi korzeniami, jako że dedykuje ona powieść swojej babci o nazwisku Parzych, pisze i lekko i przyjemnie i z odpowiednią dozą napięcia, po ten, jak i poprzedni – a także zapowiedziany już trzeci – tom po prostu warto sięgnąć.



Wypada także jeszcze pochwalić polskiego wydawcę. Feeria Young bowiem dołożyła starań i w tym tomie obok tytułowej powieści znajdziecie także „Rehabilitację”, nowelkę wydaną w Stanach jako e-book.



Polecam więc.



A wydawnictwu Feeria Young składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Huck #1 - Mark Millar, Rafael Albuquerque




TYLKO UPOŚLEDZONY MOŻE BYĆ BOHATEREM



Mark Millar zmienia front! Wreszcie jego autorski główny bohater jest stricte dobry! Gdzie myk? Właśnie…



Poznajcie Hucka, upośledzonego wielkoluda, którego celem życia jest pomaganie innym. Od ratowania ludzi z katastrof po koszenie trawników. Gdy tylko może komuś sprawić radość – sprawia ją. W niewielkim miasteczku znają go wszyscy i wszyscy kryją jego sekret. Jednak czy długo można utrzymać w tajemnicy supermoce?



Wbrew pozorom każdy komiks Millara jest o czynieniu dobra. Nieważne, jak źli są jego bohaterowie, jakiego nieludzkiego okrucieństwa się dopuszczają i do czego są zdolni. Za każdym razem udowadnia Millar, że dobro mimo wszystko gdzieś tam jest. Dlatego jego zmiana frontu jest w tym wypadku rzeczą nie tylko względną, ale i pozorną. A teza, jaką można odczytać z łam nie mniej kontrowersyjna od jego typowych pomysłów. Czy tylko upośledzony może być bohaterem? Czy tylko człowiek nie do końca rozwinięty psychicznie, społecznie niedostosowany Forrest Gump potrafi czynić bezinteresowne dobro? Czy (pop) kultura aż tak zniszczyła nas, jako ogół, by jedyną ostają wartości byli, ci którzy w naszym mniemaniu zepchnięci są na margines?



To nie jest nowa teza. Czytając „Supermana na wszystkie pory roku”, choć duet Loeb/Sale nigdzie nie powiedział tego wprost, odnosiłem wrażenie, że Superman jest upośledzony właśnie. Dziecko w ciele olbrzyma. Huck jest taki sam. Nawet graficznie pod każdym względem przypomina tamtego Supera. Zresztą rysunkowo ten zeszyt stoi na znakomitym poziomie. Albuquerque to nie mainstreamowy wyrobnik, jego kreska jest prosta, bardziej europejska i niesamowicie żywa. Świetny jest też kładziony z głową kolor.



Ergo?



Absolutnie warto, choć póki co Millar nie wspiął się tu jeszcze na poziom, do którego nas przyzwyczaił.

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Lodowe piekło. Katastrofa na Grenlandii - Mitchell Zuckoff



GDYBY PIEKŁO ZAMARZŁO



Nie zdarza się to często, ale jednak. Nie zdarza się każdemu, ale każdemu zdarzyć się może. Skrajnie ekstremalne sytuacje, bo o nich mowa, pokazują do czego zdolny jest człowiek. Przytrafiają się zwykłym przecież ludziom i udowadniają, gdzie znajdują się granice ludzkich możliwości. Tych pozytywnych, jak i negatywnych. A relacja z katastrof lotniczych na Grenlandii do jakich doszło na przełomie roku 1942-43 to doskonały przedstawiciel opowieści tego gatunku.



Rok 1942, samolot transportowy rozbija się o pokrywę lodową Grenlandii. Wszystkim członkom załogi udaje się ujść z życiem i od razu nadać sygnał SOS. Pozostaje tylko czekać na ratunek, prawda? Wysłany z pomocą bombowiec także ulega katastrofie, a grupa rozbitków powiększa o dziewięć osób. Niestety, kiedy na pomoc wyrusza im samolot Grumman Duck i kiedy on także staje się ofiarą wypadku, losy ocalałych malują się w czarnych barwach. Od tej chwili bowiem przyjdzie im spędzić niemal pół roku w morderczych warunkach arktycznej zimy…

Rok 2012. Mitchell Zuckoff, pisarz, który postanowił zrelacjonować przebieg tej nieludzkiej walki o przetrwanie, natyka się na grupę, która szykuje wyprawę na Grenlandię, by sprowadzić do kraju zwłoki członków załogi Grumman Ducka. Mitchell przyłącza się do nich a ich wyprawa po 70 latach od tragicznych wydarzeń sprawia, że na światło dzienne wychodzą wreszcie nieznane wcześniej szczegóły…



Brzmi intrygująco? I tak właśnie jest. „Lodowe piekło” to nie powieść, tylko szczera, rzetelna i szczegółowa relacja historyczna, ale czyta się ją jak rasowy thriller. Jak nieprawdopodobnie, ale zarazem przejmująco skonstruowaną fabułę, obok której nie sposób przejść obojętnie. Uświadomienie sobie, że to jednak najszczersza prawda, że byli ludzie, którzy musieli się z tym zmierzyć – przeraża.



Dowód hartu ducha czy upadek cywilizowanych wartości? Czym w rzeczywistości okazuje się taki test natury zgotowany niektórym ludziom? Drobiazgowa relacja nie tyle daje gotowe odpowiedzi ile pozwala wyrobić swoje własne zdanie. Napisana w bardzo przystępny, ludzki a nie akademicki sposób opowieść, splata w sobie survivalową historię rozbitków z o siedemdziesiąt lat od niej młodszym dziennikiem z wyprawy do obcego niemalże świata. Nuta pikanterii w postaci tajemnic historii i porcja zdjęć podkreślających autentyzm przedstawionych na kartach zdarzeń łączą się z pozostałymi elementami w znakomitą książkę z gatunku literatury faktu, po którą śmiało sięgnąć mogą nawet wszyscy ci niezainteresowani stricte non Fiction pozycjami.



Polecam.



A wydawnictwu Znak Literanova składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Z przygód krasnala Hałabały - Lucyna Krzemieniecka



Z KLASYKI BAJKI POLSKIEJ



Chyba nikomu przedstawiać nie trzeba krasnala Hałabały. Znają go przecież duzi, znają go także mali. Teraz wraz ze wznowieniem od Naszej Księgarni poznać go mogą także ci, którzy książeczki o nim jeszcze nie czytali.



Była raz sobie pewna pisarka, Lucyna Krzemieniecka na imię jej było. I był sobie także jej sąsiad Tadeuszek, któremu bajki się zamarzyło. Chciał, by była to opowieść o krasnalu, ale nie żadna krótka opowiastka tylko bajka, którą można by czytać i dwie godziny. Z prośbą o jej napisanie przyszedł do Lucyny. Ta zaś jeden jednak warunek w zadaniu tym miała – mogła to napisać, lecz jak makiem zasiał ciszy wymagała. A że Taduszek właśnie posiał sobie mak, zasiadła wśród tego maku – a tu krasnal wpadł. Hałabała się nazywał i przygód wiele miał i na prośbę Lucyny wnet je powiedział.



A autorka pół wierszem pół prozą je spisała, i nam wszystkim w książeczce tej tu przekazała. A książeczka to barwna przecież i treściwa, choć krótka. I mądrości w niej wiele i prawd też nie brakuje, i czyta się ją miło i miło też ogląda.



Klasyczne wydanie, z klasycznymi ilustracjami to rzecz na wskroś przemiła. Sam Hałabała zaś, ten krasnal sympatyczny, sympatyczny jest jak i autorka. Nie znać więc jego przygód po prostu nie wypada. A lektura niniejszej publikacji to świetna jest zabawa. Prosta, przeurocza – klasyka wiecznie żywa. Naprawdę Wam polecam, dla dzieci to rzecz miła.



I kończąc recenzję chcę też Naszej Księgarni serdecznie podziękować, że udostępniła mi książeczkę, bym mógł ją zrecenzować.

niedziela, 17 stycznia 2016

Secret Wars #9 - Beyond - Esad Ribic, Jonathan Hickman




POZA



Multiversum zostało zniszczone. Doom z resztek światów, które ocalały, dzięki zabiciu bogów i przejęciu ich mocy, skleja planetę. Teraz nadchodzi finał jego boskich rządów i…



Black Panther władając rękawicą Gauntlet, która daje mu boskie moce, staje do walki z Doomem. Pojedynek wydaje się wyrównany, jednak Pantera upada. Czemu więc wydaje się zadowolony? Starcie dało czas Reedowi na wprowadzenie w życie planu, który wszystko naprawi. Tylko czy mu się to uda?



Finał jaki jest spodziewał się chyba każdy. Nie ma tu wielkich zaskoczeń czy rewolucji. Wszystko wraca w pewnym sensie na swoje tory, kilka retardacji zapowiada się ciekawie. Całe Tajne Wojny okazały się udanym przedsięwzięciem, ale zarazem bardzo zachowawczym i nie wykraczającym poza inne tego typu historie. Czyta się to szybko, czasem chaotycznie, lekko, przyjemnie ale wszystko da się streścić w kilku słowach. O wiele mniejszej liczbie słów, niż zawiera w sobie ta recenzja.



Czy to dobrze czy źle? Na dwoje babka wróżyła. Równie dobrze Secret Wars mogłyby być, jak i mogłoby ich nie być. Nie zmieniło się nic, do regularnych serii przeniknęło trochę postaci, które dzięki SW miały okazję zagościć na łamach, ale to także nic ponad wprowadzenie nowego bohatera.



Czy warto przeczytać? Tak. Ale to po prostu kolejny z Marvelowskich komiksów, ładny graficznie, nic dodać nic ująć.

Secret Wars #8 - Under Siege - Esad Ribic, Jonathan Hickman




OBLĘŻENIE



Po słabszym, wysilonym jakby zeszycie siódmym, historia nabiera tempa. Do czego jednak w ostateczności doprowadzą Tajne Wojny?



Oblężenie zamku Dooma trwa. Na miejscu zjawia się coraz więcej wojowników, w tym także i Reed Richards ze swoją ekipą. Thing niszczy statek Maestro, szykując się do ataku na zamek, jednak na jego drodze staje kierowany przez Franklina Galactus. Jaką decyzję podejmie Thing?



Ginie kilka znaczących postaci, nie mniej wątek nie zastaje zakończony. Oblężenie trwa, wielka bitwa także. Jest dobrze, ale nie rewolucyjnie. Dobra zabawa przeradza się jedynak w pytanie czy twórcy zdołają należycie wybrnąć z tematu zniszczenia multiversum i planety-zlepka wszystkich ocalałych fragmentów światów. Koniec jest bliski, ale niewiele z tego wynika, bo tak naprawdę nie ma o co się bać. Nie czuć należytego zagrożenia, nie ma także obaw o losy kogokolwiek.



Udana strona graficzna podtrzymuje dobrze całość, ale z ostateczną konkluzją jak zawsze trzeba wstrzymać się do finału.

Secret Wars #7 - King of the Dead - Esad Ribic, Jonathan Hickman




KRÓL UMARŁYCH



W USA właśnie wyszedł finałowy zeszyt „Secret Wars” więc zmobilizowałem się nieco i sięgnąłem po siódmy, by w końcu doczytać serię do końca. Przede mną więc jeszcze dwa zeszyty, ale mogę mieć tylko jedną nadzieję – że będzie lepiej, niż w tej części.



A co jest nie tak? Niby nic, ale zarazem nie ma tu także niczego, co wybiłoby ten numer ponad przeciętność.



Pojawia się nowy prorok, który porywa ludzi do walki przeciw Doomowi. Z powodu obaw podsycanych przez córkę Susan, Doom wysyła do pacyfikacji Thorów. Niestety Asgardczycy (a właściwie Doomgardczycy) buntują się przeciw jego rozkazom, opowiadając się po stronie przeciwników. Tymczasem w kolejnych miejscach stworzonego przez niego świata rodzi się coraz więcej buntowniczych armii…



I nie ma tu nic więcej. Żadnych zaskoczeń, żadnych rewolucji. Nawet wątków z finału poprzedniego zeszytu nie spróbowano rozwinąć. Zupełnie jakby tą częścią chcieli i twórcy i Marvel przeciągnąć jeszcze o jeden choćby numer serię. Sztuczka stara jak świat, szczególnie, że rzeczywiście 8-częściową opowieść rozciągnięto na części 9. Efekt więc, choć lekki i przyjemny, pozostawia wiele do życzenia, bo 25 stron buntowania się kolejnych bohaterów i zbierania wojowników to naprawdę za mało by wyszedł dobry zeszyt.



Ogólną ocenę zawyża udana, choć czasem zbyt prosta i nieco niechlujna szata graficzna. Drobny brak konsekwencji w rysunkach nadrabia na szczęście kolor. Całość zaś warto poznać, ale tylko jako część większej opowieści, bo samodzielnie zeszyt ten nie ma najmniejszej racji bytu.

sobota, 16 stycznia 2016

Detektyw Pierre w labiryncie. Na tropie skradzionego Kamienia Chaosu -Chihiro Maruyama, IC4DESIGN, Hiro Kamigaki



CHAOS KONTROLOWANY



Z czym kojarzy Wam się książka z labiryntami? Prosty rysunek na kartce, po której czytelnik przesuwa ołówkiem od punktu „Start” do punktu „Meta” tak by dotrzeć bez zabrnięcia w ślepą uliczkę, to pierwsze skojarzenie, prawda? Jakim więc zaskoczeniem będzie dla Was ta książka, kiedy choćby tylko rzucicie okiem na jej zawartość! A co potem? Wiele godzin wspaniałej zabawy dla każdego, niezależnie od wieku i zainteresowań!



Pierre to detektyw, ale detektyw niezwykły. Nie zaprzątają go codzienne problemy, z jakimi zmaga się policja, wręcz przeciwnie. Do akcji wkracza niezwykle rzadko, a to dlatego, że jest specjalistą od labiryntów. Kiedy tajemniczy złodziej, Pan X, kradnie z muzeum przemieniający wszystko w labirynty kamień chaosu, Pierre wraz ze swą asystentką, Carmen, zaczyna działać. Rusza na ulice Operyża, żeby przebrnąć przez labirynty, znaleźć ukryte przedmioty i dopaść złoczyńcę by przywrócić spokój.



Ale oczywiście nie poradzi sobie bez pomocy kogoś z zewnątrz, z poza książki, i tu na scenę wkracza nie kto inny, jak tylko czytelnik, który rzucony w sam środek akcji będzie musiał wykazać się spostrzegawczością, sprytem i cierpliwością, by osiągnąć cel. A wbrew pozorom wcale nie jest tak prosto, jak każdy gotów byłby sądzić. Kolorowe, wielkoformatowe labirynty to prawdziwy popis przepełnionych drobnymi szczegółami ilustracji. Bardziej przypomina to grę, niż klasyczne błądzenie po narysowanych korytarzach. Pamiętacie „Gdzie jest Wally?”? To właśnie echa tego typu interaktywnych książek/programów najmocniej pobrzmiewają na stronach „Detektywa Pierre’a”. Z tym że ujęte w sposób bardziej skomplikowany i przepełniony detalami.



Już samo oglądanie plansz to przyjemność. Japończycy to naród, który jest niezwykle utalentowany graficznie. I choć w tej publikacji nie ma typowej dla nich mangowej stylistyki, a rysunki są zrobione w manierze, która doskonale nadaje się na każdy rynek, drobiazgowość i dopracowanie po prostu urzekają. Autorzy pokusili się nawet o mini-labirynty skryte wśród zgiełku widocznego na stronach i wiele dodatkowych atrakcji, w tym przecież też łączący całość watek fabularny.



Że niniejszą pozycję polecam gorąco i serdecznie Waszej uwadze dodam już tylko w ramach formalności. „Detektyw Pierre” to znakomita książka i ciężko przejść obok niej obojętnie. Sięgnijcie więc, bo warto i to jeszcze jak.



A ja dziękuję wydawnictwu Nasza Księgarnia za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Ultimate Spider-man vol 6: Venom - Brian Michael Bendis, Mark Bagley




JAD



Życie Petera się nie układa. Rozgoryczony, nie będący już z MJ dnie spędza na poznawaniu pamiątek po rodzicach. Wtedy natrafia na ślad współpracownika ojca, z którym ten pracował nad lekiem na raka, którym miał być dopasowujący się do ciała kostium. Czarny kostium. Symbiont. Tak poznaje jego syna, Eddiego Brocka, ale również wchodzi w kontakt z Venomem…



Venom bez kosmicznego pochodzenia? Dlaczego nie! Bendis stara się zrobić Spidera bardziej przyziemnego, realnego. Spidera XXI wieku. I wychodzi mu to znakomicie. Wprawdzie ten konkretny tom nie jest tak rewelacyjny jak wcześniejsze, brak mu wielkich rewolucji, zaskoczeń i przełomowych momentów, nie mniej nadal to komiks bardzo dobry.



Gorzej ze stroną graficzną, bo o ile rysunki Bagleya w „Amazingu” lubiłem i to bardzo, o tyle w „Ultimate” wyglądają prościej, postacie zbyt młodzieżowo a kreska ciąży ku mangowości. Efekt nadal jest miły dla oka, ba!, tła i scenerie oraz mroczne sekwencje wyglądają znakomicie, nie mniej wolałbym jakiegoś lepszego wyrobnika.



Tak czy inaczej polecam gorąco i łapię za kolejny tom.

piątek, 15 stycznia 2016

Cyrk na kółkach, czyli język polski na wesoło - Anita Graboś, MonikaHałucha



WSZYSTKIEGO PO TROCHU I JESZCZE WIĘCEJ – ŁAMIGŁÓWKI DLA DZIECI



Czy są dzieci, które nie lubią łamigłówek i zagadek? Dokładnie, chyba nikogo takiego nie da się znaleźć. Każdy młody człowiek z przyjemnością spędzi choćby część wolnego czasu w ten sposób. A że dzięki tej konkretnej pozycji przy okazji wiele się nauczy i pogłębi swoją wiedzę o języku polskim, nie będzie to czas stracony!



Co dzieci znajdą na stronach „Cyrku na kołach”? Właściwie każdy rodzaj zagadek, jakie zainteresują czytelników w wieku 6-10 lat. Zresztą trudno mi się odnieść tylko do tej konkretnej grupy wiekowej, sam już od bardzo dawna do niej nie należę, a jednak sam rzut oka na zawartość tej książki wystarczyła bym z przyjemnością przypomniał sobie, jak będąc młodszy spędzałem godziny na podobnych rozrywkach. Kolorowanie według kodu, łączenie w pary, krzyżówki, szukanie szczegółów, szukanie różnic, łączenie punktów, labirynty, tworzenie własnych rysunków… Każda kolejna strona to propozycja wejścia w ten niezwykły świat nauki poprzez zabawę.



Rysunki są różnorodne, od prostych po bardziej skomplikowane, różnorodne i ciekawe. Zadania odpowiednio dobrane do wieku sprawdzają się znakomicie. Ładne jest także samo wydanie, duży format, dobry papier, twarda tekturka na podkładkę.



„Cyrk na kółkach” gwarantuje więc wiele godzin pożytecznej rozrywki, w którą z pewnością dadzą się wciągnąć nie tylko dzieci, ale także ich rodzice. Wiem także na przykładzie swoim i swojej dziewczyny, że wcale nie trzeba być młodym człowiekiem czy jego opiekunem, by chętnie spędzić czas nad tą książką. A to chyba jest najlepsza dla niej recenzja, jaką mogę wystawić.



Dlatego polecam.



I dziękuję wydawnictwu Nasza Księgarnia za udostępnienie mi niniejszej pozycji do recenzji.

Armada - Ernest Cline



OD MANIAKA SF DLA INNYCH MANIAKÓW GATUNKU



Ta powieść to nie tyle czysta książka Science Fiction ile jeden wielki hołd dla tego gatunku i jego przedstawicieli na każdym polu medialnym. Fascynaci powieści, filmów i gier opowiadających o młodych zdolnych wmieszanych w zagrażający życiu całej planety i pokojowi w kosmosie konflikt podparty teoriami spiskowymi poczują się tutaj jak w domu!



Zack Lightman to nastolatek, jakich wiele. Fan podbijającej świat gry „Armada”, miłośnik fantastyki, ale także i chłopak niemalże opętany chęcią jak najgłębszego poznania swojego nieżyjącego ojca, którego nie miał okazji spotkać. Co najważniejsze jego ojciec był nietuzinkową postacią, zanim zginął w wypadku przy pracy mając zaledwie 19 lat. Niektórzy powiedzieliby, że był szalony, większość czasu poświęcał bowiem teoriom spiskowym, jakie nie zajmowałyby innych jemu podobnych, ale czy na pewno z jego głową coś było nie tak? Czy wielki spisek łączący rząd, twórców gier wideo, tajemnicze automaty z grami, po których nie została nawet wzmianka, i najważniejsze dzieła Science Fiction od powstania w 1962 roku „Spacewar” był jedynie wytworem chorego umysłu? Zack będzie musiał zweryfikować swoje poglądy i albo uwierzyć ojcu albo uznać, że sam oszalał, kiedy na niebie dostrzega statek kosmiczny pochodzący z „Armady”. Nie spodziewa się, jak bardzo zdarzenie to odmieni jego całe życie…



Najlepsze historie SF powstają nie z chęci łamania schematów, tworzenia zupełnie nowej jakości czy pragnienia osiągnięcia szczytów, a ze zwyczajnej pasji. Z fascynacji. „Gwiezdne Wojny” czy „Matrix” pojawiły się, bo twórcy wychowani na takich opowieściach chcieli zrobić je po swojemu i przekazać młodym pokoleniom. Ten sam cel przyświecał Ernestowi Cline’owi, autorowi uznanej powieści „Player One”. Zebrał więc wszystkie doskonale znane mu motywy z filmów, książek, gier i komiksów, splótł w jedną opowieść, połączył siecią nawiązań do wzmiankowanych utworów, podlał sosem z dyskusji prowadzonych na ich temat i zaserwował czytelnikom. Efekt końcowy jest zadowalający. Może „Armada” nie powala na kolana, za to na pewno czyta się ją lekko, przyjemnie i z nieprzemijającym uśmiechem na twarzy, wynikającym przede wszystkim z ciągłego puszczania oka do znawców tematu.



Cline pisze lekko i wprawnie. Jest tu trochę zaskoczeń, trochę oczywistości, nie brak za to dobrej zabawy i przyjemnego towarzystwa ludzi, dla których SF to nie tylko jeden z licznych gatunków literacko-filmowych, ale przede wszystkim coś, na czym się wychowali i co wspominają z sentymentem. Co wciąż czytają/oglądają/grają i do czego nadal chętnie wracają. Należycie do tej grupy? Sięgnijcie śmiało.



A ja dziękuję wydawnictwu Feeria za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

środa, 13 stycznia 2016

Gregor i Klątwa Stałocieplnych - Suzanne Collins



GREGOR I WALKA Z CHOROBĄ



Odważny chłopiec o wielkim sercu powraca w trzeciej części swoich przygód, zmierzyć się z zagrożeniem, które może odebrać nie tylko bliską mu osobę, ale także doprowadzić do upadku całe Podziemie!



Gregor wrócił do domu, druga przepowiednia dotycząca jego osoby wypełniła się, ale czy to oznacza koniec kłopotów i walki? Bynajmniej! Po trudnej decyzji, jaką musiał dopiero co podjąć, dowiedział się o istnieniu trzeciej przepowiedni – Przepowiedni Krwi, która wymaga od niego i Botki powrotu do Podziemia by ocalić jego mieszkańców przed zarazą. Tym razem jednak mama nie zamierza puścić ich samych. Co gorsza – chce i towarzyszyć! Rozwiązanie tego problemu nie poprawia jednak wcale sytuacji. Powrót do podziemnego świata zamieszkanego przez niezwykłe stworzenia zaczyna się tragicznie, choroba dosięga bliską Gregorowi osobę. A to dopiero początek…



Co z tego wynika? Mnóstwo znakomitej zabawy dla wszystkich czytelników, którym podobały się dotychczasowe tomy. Ba!, tym razem tej zabawy jest nawet więcej, a seria zdobywa więcej autorskiego charakteru. Cykl, który wyrósł na gruncie motywów znanych doskonale z baśni, bajek i rzeszy książek dla dzieci z ubiegłych wieków, miał na celu odświeżenie ich i przeniesienie w nowe czasy. Tomem drugim odcinał się częściowo od własnych inspiracji, by wraz z trzecim i docelowo środkowym zdobyć należytą autonomię z zachowaniem wszystkich wcześniejszych cech.



Co to oznacza w praktyce? Dużo akcji, dużo rozrywki i fantastyki i lekki, prosty styl, który sprawia, że powieść pochłania się szybko i bez chwili nudy. Ułatwiająca czytanie duża czcionka i atrakcyjne opracowanie graficzne z naprawdę świetną, przyjemną dla oka okładką, tylko dodaje przyjemności. Szczególnie dzieciom, dla których dedykowany jest pięcioksiąg pani Collins, a które są jakże na wizualną stronę wrażliwe.



Podsumowując: warto. Jeśli ktoś lubi lekkie fantasy dla młodych, pełne baśniowych stworów, dramatycznych zwrotów akcji, dobrych zakończeń i wygrywającego dobra, dziejących się w obcych krainach, a jednak zarazem krainach, które są na wyciągnięcie ręki, bo przecież pod ziemią, po której codziennie chodzimy – „Gregor” to pozycja dla niego.



A ja dziękuję wydawnictwu Iuvi za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

wtorek, 12 stycznia 2016

Kapitan Mineta - OmniPUSS - Bysztor, Jaszczur



SZCZYTUJĄCE OSIĄGNIĘCIE POLSKIEGO KOMIKSU

 

Można powiedzieć stanęło się! Oto na rynek wytrysnął on! Czy to latający siusiak? A może fruwający morświn z niedowładem kończyn? Ależ nie, to Kapitan Mineta!

 

A kimże takim on jest? Oczywiście super bohaterem! Kapitan Mineta stoi, a właściwie STOI, na straży… no czegoś tam na pewno. A na pewno stoi mu niejedno. W końcu Kapitan to królik, a króliki jakie zapędliwe są, wie każdy. Czy wrogiem są zmutowane sromy i łechtaczki 80-latek, czy nawet kosmiczna inwazja, Mineta da sobie radę, bo sił także zawsze mu staje! Jego bronią jest język, cięty i giętki, a temu nie oprze się nikt i nic. Jakkolwiek to brzmi…

 

I taki właśnie, ja powyższy opis jest ten komiks. Nic tu nie jest dwuznaczne, bo wszystko jednoznacznie się kojarzy. Humor koszarowy, humor sprośny, klozetowy. A jednak i nuta satyry. Undergroundowa tematyka i wykonanie, choć zarazem widać wyrobioną już rękę. Wprawione palce autorów i płodność ich… wyobraźni oczywiście. W tym pokaźnym, bo dwustronicowym tomie, zebrany został komplet czternastu przygód kapitana Minety, są też trzy odcinki jego spin-offu, „Burmistrza”, jest bogata galeria, w tym okładek wydań zeszytowych i możliwość rzucenia okiem na scenariusz. Wydanie przeczy więc standardom undergroundu, ale jest to w tym wypadku jak najbardziej na plus. Bardzo dobre posunięcie, że powiem to, co powiedzieć mogłyby przedstawicielki płci pięknej, jakie na swej drodze spotyka Kapitan.

 

Graficznie komiks to sprawa zporna… eee… sporna znaczy. Bohaterowie to w końcu sympatyczne zwierzątka, których wygląd zwodzi. Wystarczy, że otworzą usta, tudzież rozporek, by wrażenie obcowania z produktem dla dzieci prysło w jednej chwili. Kreska jest prosta, ale odpowiednia i przyjemna dla oka.

 

Nie dla wszystkich to komiks, przeciwników nawet nie będę próbował przekonywać, ale dla każdego kto wie, że wulgarne i burdelowo potraktowane opowiastki mogą być czymś nieco więcej, niż spełnieniem mokrego snu gimnazjalisty. A tak jest w tym wypadku. Erotyka okazuje się bardzo umowna, żart zaś przeplatany poważniejszymi kwestiami – choćby tylko rzuconymi w kontekście dowcipu, ale jednak ukazujących, że nie tylko jedno mają w głowie autorzy.

 

Kto więc takie bezkompromisowe opowieści lubi, śmiało może sięgnąć po „Kapitana…” i spędzić ze śmiechem i bez zobowiązań nieco czasu.

 

Ja zaś dziękuję wydawnictwu Pokembry za udostępnienie mi komiksu do recenzji.

Ultimates: Superludzie 2 - Mark Millar, Brian Hitch




WŁADZA DEPRAWUJE



Znany slogan, wytarte hasło. A jednak wiecznie żywe. Władza deprawuje. A władza absolutna? Spotykam się z wieloma opiniami na temat komiksów Millara, zdarza się, że i z takimi, które podchodzą do tematu z absolutnym brakiem zrozumienia. Wielu czytelników oczekuje, że bohaterowie będą nieskazitelni, że będą dobrzy a swojej mocy używać będą jedynie do słusznych celów, charakter ich zaś będzie charakterem grzecznych harcerzyków. Nie będą mieli złych cech, nie będą chamami, łajzami i hipokrytami. Narcyzami. Psychopatami. Ale taka jest prawda o bohaterach, których znamy z codzienności i taka byłaby prawda o marvelowskich herosach, gdyby istnieli. To tylko ludzie i dzielą wszystkie zalety jak i wady tego gatunku i zrozumienie tej fundamentalnej zasady pozwala w pełni cieszyć się komiksami Millara.



Co robią członkowie nowopowstałych Ultimates? Stark na orbicie zabawia się z Shannon Elisabeth, Banner pogrąża się w depresji, zona Pyma i Kapitan Ameryka włóczą się po butikach, Thor zaś wciąż nie zamierza przyłączyć się do drużyny by być sługusem Busha. Ale załamany faktem, iż jego ukochana nie chce mieć z nim nic do czynienia Banner podejmuje decyzję, która odmieni wszystko. Celowo zmienia się w Hulka by herosi mieli swego przeciwnika…



Jedyny minus, jaki ma ten tom to scena, w której Kapitan Ameryka kopie w twarz Bannera. Nie pasuje to do końca do jego charakteru, ale to tylko jeden kadr. Wcale nie tak do końca pozbawiony racji bytu. Cała reszta, z genialnym finałem (kłotnia Pyma z żoną czy obwieszczenia Starka) to absolutna rewelacja. Komiks, który zachwyca, urzeka, porusza. A scena, w której bohaterowie rozważają kto mógłby zagrać ich w adaptacji to perełka – zważywszy na fakt, że Fury wzorowany na Samuelu L. Jacksonie nie tylko wspomina tego aktora jako jedynego właściwego do zagrania go, ale także potem rzeczywiście został przez niego odegrany w filmach kinowych.



Graficznie jest podobnie. Duża zasługa znakomicie położonego koloru, zabawa światłami i cieniami, ale rysunki także są świetne. Przekonałem się do Hitcha w pełni i z przyjemnością zanurzyłem się w oddany z detalami Nowy Jork i znane z małego i dużego ekranu postacie.



Jednym słowem super. I aż nie mogę się doczekać, kiedy sięgnę po ciąg dalszy.

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Nie patrz w tamtą stronę - Marcin Grygier


SPÓJRZ W STRONĘ MROKÓW LUDZKIEJ NATURY



Debiutujący autor i nad wyraz dojrzały thriller, czyli nowa rodzima powieść ukazująca się nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka już 14 stycznia.



Roman Walter to typowy glina z problemami. Styczniowa niedziela wita go potężnym kacem, ale żeby to był jedyny problem nadkomisarza, wszystko byłoby o wiele łatwiejsze. Niestety znalezienie w Puszczy Kampinoskiej zmasakrowanych zwłok nastolatki rozpoczyna śledztwo, z którego wynika, iż morderca uderzy ponownie. Dziewczyna zabita została nie tylko w sposób okrutny, ale przede wszystkim szczegółowo zaplanowany. Działania policji zaś, mimo usilnych starań nie przynoszą rezultatów. Ale zbrodnia to za mało dla mordercy nastolatki. Wkrótce Walter wciągnięty zostaje przez niego w grę i wyścig z czasem, który ucieka przerażająco szybko, a stawka jest olbrzymia…



Dużo przemocy, dużo seksu i olbrzymia porcja mocnych wrażeń – tak w skrócie podsumować można debiutancką powieść Marcina Grygiera. „Nie patrz w tamtą stronę” to, kolokwialnie mówiąc thriller pełną gębą. Krwisty, soczysty, dynamiczny i pełen konkretnej akcji. Wszystkie założenia gatunku zostają tu spełnione, wszystkie wymogi zrealizowane. Zbrodnia i tajemnica. Zwroty akcji. Bardzo Mankellowski bohater z problemami i przeszłością.



Stylem pisania i klimatem bliżej jest Grygierowi do szwedzkich czy skandynawskich kryminałów, niż do ich amerykańskich braci. Treść i opisy są dosadne, ale nie brak im łagodności, w tematyce przeważa mrok, ciemność, brud i brutalność, a  jednak w słowach tkwi dużo humoru równoważącego całość. Czarnego, ale humoru jednak. I jest też lekkość stylu.



Powieść czyta się szybko, lekko i z odpowiednią dozą emocji. Ciekawe są też same postacie, klasyczne, ale nieszablonowe, a tym bardziej niesztampowe. Na zwroty akcji i zaskoczenia też znalazło się miejsce. Dlatego polecam każdemu, kto thrillery/kryminały lubi, ceni i chętnie do nich sięga. Nawet jeśli znudziła go już czy zmęczyła ta formuła – Marcin Grygier udowadnia, że można ją zaserwować w przyjemny, smakowity sposób. A co najważniejsze sposób dojrzały. Bo to, w jaki sposób zaplanował i napisał niniejsza powieść, najbardziej świadczy o pisarskiej dojrzałości i optymistycznie nastraja do jego przyszłych dokonań.



Polecam więc raz jeszcze.



A wydawnictwu Prószyński i S-ka składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

niedziela, 10 stycznia 2016

Kaczor Donald #706 (20/2009) - różni artyści




KACZOR DONALD… BEZ KACZORA DONALDA?



Dlaczego nie! Nasz bohater znika, a jedyny raz, kiedy widzimy go w tym numerze to jeden kadr. Potem opuszcza łamy, ale na jak długo? I najważniejsze pytanie: W jaki sposób?



Zanim do tego dojdziemy mamy okazję zobaczyć, jak Miki i Minnie wybrali się do zoo, co nie mogło obejść się bez kłopotów i akcji ratunkowej, potem zaś czeka na nas prolog do „Gdzie jest Donald?”, w którym jego sąsiad Jones próbuje zarobić na materiale telewizyjnym. To tu w tle jedyny raz widzimy Donalda, wkrótce potem bowiem pomagając w wynalazku Diodaka, który rozwiązać ma problemy energetyczne znika. Coś się stało, cały świat pozbawiony został prądu a w zgliszczach laboratorium jest tylko Diodak. Siostrzeńcy starają się odnaleźć wujka Donalda, ale czy mają szanse? Szczególnie, że w mieście wybucha panika, gdy z zoo uciekają zwierzęta. Poszukiwania Donalda trwają także w Myszogrodzie…



Wszystko to uzupełnione nutą klasyki komiksowej Disneya z lat 60 i rozrywką dla dzieci. W skrócie dobry komiks Kaczorowy z lekkim, świeżym powiewem w postaci braku głównego bohatera, prosto acz skutecznie narysowany, lekki, zabawny, przyjemny. Dla małych i dużych, którzy mają w sobie dziecko. Szczególnie, że są tu też polskie akcenty w jednym z komiksów.

sobota, 9 stycznia 2016

Sknerus: Życie i czasy Sknerusa McKwacza - Don Rosa




PRZEŁAMUJĄC TABU



Zacznijmy od tego, że ten album dostał nagrodę Eisnera, a to w branży komiksowej taki odpowiednik Oskara, z tym że przyznawany mniej wg chwilowej mody, niż Nagroda Akademii. Nie dostaje się więc go przypadkiem. Wprawdzie ze stwierdzeniem tym można by polemizować, ja sam nie rozumiem niektórych wyborów, ale dotyczy to głównie kategorii bardziej technicznych (mam wrażenie, że docenia się nie inkerów, którzy potrafią idealnie oddać niuanse stylu autorów, których prace kryją tuszem, tylko tych, którzy wnoszą własny styl, ingerując w pierwowzór, często bardzo mocno). Co trzeba nadmienić album ten, zbiór dwunastu oryginalnych zeszytów, Eisnera zdobył absolutnie zasłużenie. Dlaczego? Przełamując wiele tabu i wynosząc proste, dziecinne historyjki na wyżyny komiksowych półek.



Ale po kolei.



Jest rok 1877. Glasgow, Szkocja. Tego dnia Sknerus McKwacz kończy dziesiąty rok swego życia, ale urodziny to nie święto, kiedy żyje się w biednej rodzinie, która na dodatek słynie ze skąpstwa. Wspomnienia o utraconej chwale rodu to jedyne, co pozostało ostatnim żyjącym jego członkom. Ojciec z okazji urodzin buduje Sknerusowi zestaw do czyszczenia butów, praca pucybuta powinna czegoś jednak młodzieńca nauczyć, dlatego też ojciec daje jego pierwszemu klientowi amerykańską dziesięciocentówkę. Monetę bezwartościową w Szkocji. Pierwsze oszustwo staje się doskonałą lekcją życia, moneta zaś, która stanie się w dalszym życiu decydującym talizmanem, symbolem i największym trofeum, zmobilizuje młodzika do wyruszenia do Stanów Zjednoczonych, gdzie zacznie się jego pełna wzlotów i upadków przygoda, która rzucać nim będzie poprzez najważniejsze wydarzenia Ameryki aż do 1947, ukazując na tle zachodzących przemian historycznych spełnienie Amerykańskiego Snu, karierę od pucybuta do miliardera i przemianę od radosnego, pełnego nadziei chłopca do zgorzkniałego starca…



Czy już sam powyższy opis brzmi Wam jak typowe dzieło sygnowane nazwiskiem Disneya? Absolutnie nie i to jest pierwsza odmiana. Pierwsze z wielu złamanych tabu. Drugim jest wierność historyczna i odtworzenie realiów danych czasów. Może i filmowo, może rzeczywiście tak, jak chce tego od nas popkultura, a jednak fascynująco, urzekająco i przekonująco pomimo faktu, że to komiks humorystyczne przecież. Kolejną rzeczą, jakiej nigdy wcześniej w opowieściach o kaczkach się nie spotykało, jest konkretne umiejscowienie akcji w czasie i geografii. Komiksy z tej serii były ponadczasowe z tego też względu, że nie rozgrywały się w ramach konkretnych dat czy krajów. Wszystko mieszało się tu ze wszystkim, Don Rosa się tym nie przejął i pokazał dzięki tak prostemu zabiegowi, dzięki tym niby oczywistym ramom, realizm, prawdę i niezwykłą siłę. Ostatnim z najważniejszych tabu tu łamanych jest śmierć. W komiksach z Kaczkami nie umiera nikt, tymczasem tutaj wiek robi z bohaterami swoje.



Całość więc pomimo humoru posiada olbrzymi ładunek emocjonalny. Wzrusza, angażuje, bawi i uczy. Dla komiksów o Kaczkach jest tym samym, czym „Powrót Mrocznego Rycerza” dla opowieściach o Batmanie. Zresztą ostatnim rozdziałem, kiedy to Sknerus po latach nieobecności w życiu codziennym wraca do akcji mimo starczych dolegliwości by raz jeszcze pokazać do czego jest zdolny, wykazuje spore z „PMR” podobieństwo. Podobne cechy wspólne wykazuje „Sknerus…” z „Forrestem Gumpem”, spotykając liczne postacie historyczne czy biorąc udział w znaczących wydarzeniach (katastrofa Titanica, gorączka złota, wynalezienie elektryczności etc.). I choć są tu drobne mankamenty i błędy (nie wiem wina autora czy tłumacza, bowiem oryginału w rękach swych niestety nie miałem), a temat Drugiej Wojny Światowej mimo przełamywanych tabu nie gości na kartach albumu, całość zachwyca i trudno nie oddać jej wielkiego hołdu. Trudno też nie polecić tak wspaniałej powieści graficznej, opus magnum Rosa i albumu, który poznać powinien każdy czytelnik tego medium.



Sięgnijcie więc koniecznie, bo warto, niezależnie ile lat macie na karku, czy dopiero nauczyliście się czytać czy może sądzicie, że w Waszym wieku czytać już nie wypada, bo i wzrok nie ten i sił już brak. Każdy znajdzie tu coś dla siebie, a z każdym kolejnym przeczytaniem odkrywać będzie coraz to nowe rzeczy, tak w scenariuszu pełnym odwołań, jak i w cudowanie oddanych kadrach, w których króluje mnogość detali i humor sytuacyjno-obrazkowy.



Jednym słowem: cudo!

piątek, 8 stycznia 2016

Aleja tajemnic - John Irving



W TAJEMNICZEJ ALEI



John Irving to jeden z nielicznych pisarzy, których książki można kupować w ciemno. Jego nazwisko to gwarancja inteligentnej rozrywki z wysokiej półki, mądrej, życiowej… Kontrowersyjnej? Też, ale jakże przy tym lirycznej i pięknej. I taka właśnie jest najnowsza jego powieść, która już 12 stycznia trafi na księgarskie półki.



Juan Diego to człowiek po przejściach. Ma 54 lata i zdaje się, że wszystko co najlepsze (i najgorsze) za sobą. Znerwicowany, kaleki, łykający beta-blokery, które nie pozostają bez wpływu na jego siły witalne w każdym tego słowa znaczeniu, żyje jakby rozdarty. Wciąż na granicy. Jako człowiek dorosły jest Amerykaninem, urodził się jednak w Meksyku i wspomnienia o tamtym okresie w wielkim stopniu wpływają na jego życie. Poznajemy go, kiedy wyrusza w wyprawę na Filipiny. Z nastoletniego chłopca żyjącego w skrajnej biedzie pośród maryjnych figurek, książek, prostytutek i dzikich psów, jedynego w okolicy, który umiał czytać, stał się pisarzem, ale tamte chwile pozostały w nim żywe i splatają się w jedno z teraźniejszością i… przyszłością…



W „Alei tajemnic” prezentuje Irving wszystko to, za co pokochały go miliony czytelników na całym świecie. Pamiętam jak dziś dzień, kiedy pierwszy raz miałem kontakt z jego twórczością. To było jak cios obuchem siekiery w głowę, zachwyt i oczarowanie, i pomimo upływu lat z każdą kolejną książką emocje te powracają. A przecież znam twórczość Irvinga doskonale, wiem czego się spodziewać i na co liczyć. I zawsze dostaję to z nawiązką.



„Aleja…” zawiera wszystkie składowe, których stały czytelnik w powieściach autora szuka. Bohater-pisarz, losy jego życia od narodzin, trudne dzieciństwo, wielkie namiętności, kontrowersje… W świecie, w jakim przyszło dorastać bohaterowi osobliwa wiara Meksykanów niemal nierozerwalnie łączyła się z brudem szarej, a czasem nawet czarnej codzienności życia na wysypisku. Codzienności, jak dym książek palonych w ogniskach. Jak zawsze Irving przeplata ze sobą fikcję z prawdą, wątki autobiograficzne sklejając z nawiązaniami, mniej lub bardziej oczywistymi, do własnych książek i z charakterystycznymi dla niego tematami. Nie ma tu wprawdzie wszędobylskich niedźwiedzi, jest za to cyrk, jest podróż, są sieroty, aborcja, homoseksualizm, transwestytyzm, swoisty pean na cześć kobiet etc. Czy to oznacza powtórkowość? W żadnym wypadku. Irving jest jak Woody Alen (zresztą Juan Diego, alter ego pisarza, to człowiek znerwicowany, wyalienowany, neurotyczny bym rzekł – zupełnie jak Woody i jego ekranowi bohaterzy) – każda jego książka to opowieść o życiu. Nie ważne, co w nie wpleść, życie pozostaje życiem, a dopiero owe drobne niuanse decydują o odmienności.



Zmian także nie zabrakło, a najistotniejszą z nich jest większy niż dotychczas udział realizmu magicznego czy nawet klasycznej fantastyki w całej opowieści. Ta zaś kondensuje się w postaci dziwnie wysławiającej się siostry Juana, Lupe, dziewczynki potrafiącej czytać w myślach, a czasem także zajrzeć za kurtynę tego, co przyniesie przyszłość.



Wszystkie te wątki i pomysły spajają ramy wątku głównego, jakim jest od samego niemal początku, polemika Juana/Irvinga z religią. Rodzi to kontrowersje, ale zarazem skłania do zabrania głosu w dyskusji. Poza tym udało się autorowi napisać to wszystko w sposób łączący literacką klasykę z niezwykłą lekkością pióra. Z humorem, dystansem, a jednak także i należytą powagą.



Podsumowując, „Aleja tajemnic” to powieść absolutnie warta poznania. Literatura z wyższej półki, która daje wiele satysfakcji. Odważna, inteligentna, znakomicie podana.



Polecam gorąco.



A wydawnictwu Prószyński i S-ka składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

poniedziałek, 4 stycznia 2016

ZAPOWIEDZI Z FEERIA YOUNG! - KURACJA SAMOBÓJCÓW I ARMADA

Wśród książek, jakie Feeria Young zapowiada na pierwszy kwartał tego roku pojawiły się dwie pozycje, które szczególnie wpadły mi w oko. Pierwszą z nich jest ciąg dalszy losów bohaterów "Programu: Plagi Samobójców", bardzo udanej dystopijnej powieści. Jak informuje oficjalny opis:

Sloane i James podjęli próbę ucieczki przed epidemią i programem, ale zagrożenie nie znikło. Bo program nie chce o nich zapomnieć…
Teraz, dołączywszy do grupy buntowników, muszą uważać na to, komu mogą zaufać, i znaleźć sposób na obalenie programu oraz powstrzymanie epidemii. A to jest bardzo trudne, gdy w pamięci mają tyle białych plam. Pomóc im może tylko kuracja – tajemnicza tabletka, która może przywrócić wspomnienia. Za bardzo wysoką cenę.
I istnieje tylko jedna dawka.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Drugą pozycją, która przykuła moją uwagę jest powieść SF "Armada". Ale jakże mogło być inaczej, skoro filmowa wersja ma powstać z ręki mistrza Spielberga?



Zack Lightman całe życie miał głowę w chmurach, marząc, by świat trochę bardziej przypominał filmy i gry komputerowe, które pożera. Niechby jakieś fantastyczne, przełomowe zdarzenie roztrzaskało wreszcie monotonię jego bezbarwnej egzystencji i porwało go na szlaki kosmicznej przygody…
W końcu co szkodzi sobie trochę pomarzyć. Ale Zack umie odróżnić rzeczywistość od fantazji. Wie, że tu, w realu, nadpobudliwi nastoletni gracze nie dostają misji zbawiania świata.
Aż pewnego dnia widzi latający spodek. Więcej: ten statek kosmitów jest jakby żywcem wzięty z gry, której oddaje się co wieczór – popularnego symulatora lotów „Armada”.
Nie, nie zbzikował. A jego umiejętności – wraz z umiejętnościami milionów podobnych mu graczy na świecie – będą potrzebne, by uratować planetę. Nareszcie jest jego upragniona szansa! Tylko gdzieś w tyle głowy czai się dziwna wątpliwość – podsycana przez pamięć opowieści sci-fi, z którymi wyrastał – czy coś w tym scenariuszu nie wydaje się zanadto… znajome?

Radosne przetworzenie i inteligentna destrukcja konwencji science-fiction, rozpędzony i zaskakujący thriller, klasyczna opowieść o dojrzewaniu i historia inwazji kosmitów, o jakiej jeszcze nie czytałeś – wszystko w jednej powieści, której nie daje się odłożyć na bok.

 

 

 

Jednym słowem jakże zimne pierwsze miesiące roku zapowiadają się naprawdę gorąco. Obie powieści pojawią się na rynku już 13 stycznia, a wszyscy, którzy nie mogą się doczekać, już teraz mogą przedpremierowo zamówić oba tytuły na empiku do czego gorąco Was zachęcam:

http://www.empik.com/kuracja-samobojcow-tom-2-young-suzanne,p1113526799,ksiazka-p

http://www.empik.com/armada-cline-ernest,p1117586416,ksiazka-p

 

I koniecznie zajrzyjcie na stronę wydawnictwa po szczegóły:

http://wydawnictwofeeria.pl/pl/strony/nowosci

sobota, 2 stycznia 2016

Ultimates: Superludzie 1 - Mark Millar, Brian Hitch




ULTIMATES AVENGERS



Mark Millar to komiksowy rewolucjonista i powierzenie mu przeniesienia przygód Avengers w nowy wiek było znakomitym pomysłem. Nie dość, że stworzył w ten sposób po prostu znakomity komiks z konkretną akcja, to jeszcze tak mocno osadził go w historii, polityce i socjologicznych aspektach ameryki rządów Busha Jr. jak to tylko było możliwe.



Nie ma tu wielkiego wroga, nie ma tu konieczności ratowania świata, przynajmniej póki co. Jest za to powolne formowanie drużyny. Kapitan Ameryka ginie na wojnie. W otwierającym całość zeszycie mamy okazję zobaczyć stricte wojenną, realistyczną opowieść o militarnej misji w trakcie Drugiej Wojny Światowej i symbol, w który wątpią nawet sojusznicy. W czasach obecnych Fury tworzyć zaczyna drużynę Ultimates, którzy staną się swoistą policją dla świata. Banner, którego Hulkowe zapędu udało się powstrzymać, odtworzyć ma serum Kapitana Ameryki, Hank Pym staje się Giant Manem, jego żona potrafi się zmniejszać, jego eksperymenty na owadach sugerują prawdziwą genezę tego, jak powstał potem Ultimate Spider-Man. Gdzieś tam wspomniana się o Thorze, gdzie indziej do drużyny dołącza Stark, ale głównie dlatego, że jako potentat wielu branż ma dobrą opinię. Powoli formuje się ekipa, której bronić przyjdzie świata…



Nie jest to najlepszy komiks Millara, ale i tak dzieło to absolutnie rewelacyjne. Ktoś powie, że to przecież już było, ale siła dzieł Millara nie tkwi w zabójczej oryginalności, choć i tej mu nie brak, a w znalezieniu potencjału tam, gdzie nie potrafili inni i wyciśnięciu z tych ogranych motywów wszystkiego co najlepsze. To samo robili Miller i Moore, a Millara śmiało można postawić w równym z nimi rzędzie.



Rysunkowo za manierą Hitcha nie przepadam, ale cenię i to bardzo fakt, że z pieczołowitością godną podziwu odtwarza prawdziwe lokacje NY. Jego komiksy, choć powstają dłużej niż innych autorów, mogą służyć za swoisty przewodnik po mieście a dla Nowojorczyków są jak wizyta w domu.



Bez zbędnego przedłużania: polecam gorąco. I tyle. Sięgnijcie, przekonajcie się. Filmowych Avengers dość mocno oparto na tym pomyśle, ba!, nawet ekranizacja Kapitana Ameryki czerpała z tego tomu pełnymi garściami. Ale komiks jest od nich o wiele lepszy.