poniedziałek, 29 lutego 2016

Pigmej - Chuck Palahniuk


AMERYKA, JAKO KAŁ, SPERMA I KREW

Pewnego razu był sobie pewien nie wymieniony z nazwy komunistyczny kraj, który szkolił sobie w najlepsze młodocianych terrorystów. I był sobie również pewien chłopiec, nastolatek, który jako terrorysta, wraz z podobnymi mu dziećmi, miał przeprowadzić w USA misję chaos - zamach, który zniszczy ten kraj. Przybywszy do Ameryki ów dziki i niski dzieciak zyskał pseudonim Pigmej i rozpoczął życie w typowo amerykańskiej rodzinie, czyniąc jednocześnie przygotowania do zamachu i zmieniając przy tym życie wielu ludzi...

Tak w skrócie przedstawia się tematyka "Pigmeja", 12 książki (i 10 powieści) Chucka Palahniuka. Tematyka przez autora świetnie wykorzystana już w debiutanckim Fight Clubie. Tematyka, która w połączeniu z szokującymi pomysłami autora (np. homoseksualny gwałt nastolatka na nastolatku - scena, w której krew i sperma mieszają się tworząc wizerunek flagi Stanów Zjednoczonych) powinna zachwycić spragnionych wstrząsu czytelników. Niestety. Z tej zabawy autora własnymi już niemal schematami, wyszła jedna z najsłabszych powieść w jego dorobku.

Początek jednak jest bardzo obiecujący. Zacofanie Pigmeja w połączeniu z nowoczesnością codzienności USA, jego ateizm z zderzeniu z religią i seksu z pornografią, są przyczyną masy komicznych, typowo dla Chucka czarnych i cynicznych w swym nieuznającym świętości humorze, wydarzeń. Pigmej i jego koledzy starając się nie zwracać na siebie uwagi, zwracają ją jeszcze bardziej. A ich sposób wyrażania się to pisarska perełka. Łamana angielszczyzna, którą się posługują zniewala. Przynajmniej na początku - potem zaczyna już drażnić.
Tak samo zresztą jak fabuła, która nie wnosi nic nowego do twórczości autora. A to irytuje, jako że Palahniuk dotychczas każdą ze swych powieści starał się pokazać coś nowego nie tylko fabularnie, ale i tekstowo. Nie twierdzę jednak, że tych zmian w ogóle zabrakło. Chuck porzucił tu bowiem charakterystyczny dla siebie styl, który w finale książki prezentował pesymizm pełen optymizmu. Tam nawet jeśli bohater wyszedł z całej książki bez większego szwanku, czekająca go przyszłość nie malowała się różowo. A jednocześnie pełna była swoistej nadziei na zmiany - nadziei, którą bohater mógł ziścić albo siłą albo wcale. W Pigmeju jednak zakończenie jest klasycznie optymistyczne (wręcz sztampowo) a to z ręki człowiek, który w przeszłości pisał, że "nadzieja to kolejny etap, z którego się wyrasta" jakoś mnie nie przekonuje.

Powiedz wszystko - Chuck Palahniuk




"Powiedz wszystko" to najcieńsza pozycja w dorobku Palahniuka. To nawet nie powieść a nowelka opowiadająca o starzejącej się aktorce w czasach złotej ery kina lat 20 ubiegłego wieku. Napisana niby scenariusz, podzielona na akty i sceny, przedstawia losy owej aktorki z perspektywy jej pomocnicy. Jej tragedie, miłości i przede wszystkim postać czyhającą na jej życie...

Jak wyszła Palahniukowi ta książka? Tak, jak zachęca tytuł, powiem wszystko: Najgorzej w całym jego dorobku. Już sama fabuła jest nudna, niezbyt interesująca i przewidywalna (zakończenia a więc i największego zwrotu akcji domyśliłem się po przeczytaniu zaledwie opisu z tyłu książki). Jak dla mnie, fana Palahniuka od lat, to wielkie rozczarowanie. Styl jest bardziej Palahniukowy niż w choćby też nieudanym Pigmeju, ale nie koniecznie jest to plus. Akurat w tym jedynym wypadku zabija on klimat jaki powinna powieść posiadać. Ani na chwilę czytelnik nie czuje w jakich czasach się dzieje się akcja, ani nie potrafi wczuć się w nieco naciągane rozwiązania fabularne. A szkoda.

Nie mniej jednak, nie powiem by była to powieść zła. Złą można ją nazwać jak na możliwości autora, który dla mnie pokazał, że wszystko można powiedzieć krótko, prosto, szokująco i oryginalnie. Że wielkie przesłanie mogą nieść słowa potoczne, a wulgaryzm wcale nie musi oznaczać przeklinania. Jeśli "Powiedz wszystko" ocenić by na podstawie zestawienia z ogółem literatury popularnej, śmiało można by dodać jeszcze jedną gwiazdkę do oceny. Ale w zestawieniu z resztą dorobku autora już nie.

Kołysanka - Chuck Palahniuk




Kiedy w 1999 roku ojciec Chucka Palahniuka został wraz z kochanką zamordowany i spalony w swoim letniskowym domku, załamany Chuck nie mógł się pozbierać. Przybity szukał sposobu na oderwanie się od rzeczywistości i oddał się w objęcie pisania. Tym razem pisząc powieść o śmierci i winie. Pomogło mu to nie tylko uporać się z bólem ale też i zrewidować swoje poglądy na temat kary śmierci, której zawsze był zwolennikiem, a w wyniku tej pisarskiej autoterapii stworzył powieść, która nie tylko jest jedną z najbardziej znanych ale i najlepszych w jego dorobku.

Powieścią tą jest oczywiście Kołysanka. Historia dziennikarza Carla Streatora, który odkrywa istnienie usypianki, wiersza zabijającego każdego, do którego zostaną skierowane jego słowa. Opętany przez usypiankę zaczyna uśmiercać wszystkich wokoło, który choćby tylko go zirytują i jednocześnie stara się odwrócić jakoś wyrządzone szkody.

Kołysanka to powieść mocna i zaskakująca. Pełna wszystkiego co kochamy w Palahniuku: brudu, kontrowersji, trudnych pytań, na które nasze sumienie woli czasem nie odpowiadać i wspaniałych rozwiązań fabularnych. Czytelnik już od pierwszej strony zostaje wciągnięty w chory świat wyobraźni autora i nie może się z niego wydostać choćby na chwilę. Powieść czyta się jednym tchem, z napięciem nie pozwalającym odłożyć książki na półkę przed przeczytaniem ostatniego słowa i autentycznym zaangażowaniem całego siebie. nie jest to może książka łatwa i przyjemne dla samopoczucia czytelnika, ale chyba nikt nie sięga po Palahniuka z przekonaniem, że bierze do rąk lekką komedyjkę.

Poza tym dla mnie to też powieść sentymentalna. Kołysanka bowiem byłą pierwszą powieścią Palahniuka jaką przeczytałem w oryginale, nie mogąc doczekać się jej polskiego tłumaczenia, i dlatego zabrałem się do jej lektury, jak do rozmowy ze starym przyjacielem. Znamy się dobrze, ale co z tego? I co najważniejsze, wcześniejsza znajomość fabuły ani trochę nie zepsuła mi ponownego czytania, a to zdarza się niezmiernie rzadko.

Tak więc moja konkluzja będzie oczywista: kto lubi Palahniuka, niech kupuje w ciemno, bo naprawdę warto. A reszta? Jeśli macie ochotę na coś trudnego, niebanalnego i mocnego, nie macie się co wahać z sięgnięciem po Kołysankę. A jeśli po lekturze czujecie niedosyt a znacie angielski, zajrzyjcie pod adres http://chuckpalahniuk.net/features/comics/lullaby i przeczytajcie bezpłatnie komiks na podstawie powieści - intrygujące dziełko.

Snuff - Chuck Palahniuk




Cassie Wright była swego czasu największą aktorką porno na świecie. Kariera załamała jej się po urodzeniu poczętego na planie dziecka, które potem oddała do adopcji. Teraz Cassie powraca do branży zamierzając pobić rekord świata i odbyć na planie stosunek z 600 mężczyznami.
Mężczyźni zebrani w małej piwnicy czekając na swoją kolej zaczynają toczyć rozmowy. Zawiązywać sojusze i wszczynać bójki. Wśród nich są Branch Bacardi, pan 600, wielka zapomniana gwiazda porno i ojciec dziecka Cassie w jednej osobie, Pan 137, aktor znany z roli Dana Banyana w serialu tv, który chce poznać prawdę o własnej orientacji, a także pan 72, Darin, który uważa Cassie za matkę, a który jest bliźniaczo wręcz podobny do Bacardiego...
Film, który mają dziś nakręcić to snuff. Film ostniego tchnienia, którego Cassie nie przeżyje. Ale kto zagwarantuje im, że oni jednak przeżyć zdołają...

Kolejna książka Chucka na naszym rynku to kolejna świetna pozycja, choć do dzieł w stylu "udław się" czy "Kołysanka", z których czerpie garściami, niestety jest jej daleko. Chuck bowiem zawsze zachwycał ciekawostkami, których na próżno szukać w szkole, dziwacznymi faktami odnoście seksu i ludzkiego życia. A większość z tego, co prezentuje nam tym razem po prostu już była. Nawet niezwykłe wiadomości o aktorach, czy kilka rozwiązań fabularnych.

Nie ma się zresztą co dziwić. "Snuff" pochodzi bowiem z gorszego okresu autora, wydany w oryginale tuż po znakomitym Rancie, ale i tuż przed jedną z najgorszych książek w jego karierze "Pigmeju" i to sie czuje. Czuje się też pewien naiwny optymizm jaki pojawia się w finale, choć wcześniej siłą zakończeń był optymistyczny pesymizm. Nie mnie nie jest go tu jeszcze tak dużo jak w późniejszych powieściach i zakończenie można śmiało uznać za udane.

Niestety jest też kolejny minus w postaci zwrotów akcji. Dotychczas Palahniuk zachwycał nieprzewidywalnością, a nawet jeśli czytelnik coś zaczynał podejrzewać, kierował go od razu na inne tory. Teraz jednak akcja daje się przewidzieć z kilkudziesięcio stronicowym wyprzedzeniem, tak samo jak rozwiązanie największych tajemnic (kto jest dzieckiem Cassie, cała treść ostatniego rozdziału z Branchem i wiele więcej).

Szkoda.

Ale są też plusy i te oczywiście przeważają. Świetny styl to raz. Obrazoburczość, kolejne ciekawostki, znakomite pomysły, nieszablonowość... Doskonale stworzone zostały też i postacie, niestety nieco zbyt jednolicie. Trudno wyróżnić w nich jakieś konkretne indywidualności, a to spory minus. Szczególnie, gdy zauważy się, że bohaterowie w stylu pana 137 są jakby doklejeni na siłę (co nie zmienia faktu, że pan 137 to jeden z najciekawszych narratorów tej opowieści).

Cieszy równiez bolesna prawda o nas samych i swoiste katharsis jakie serwuje nam pisarz.

Ale trzeba wspomnieć też o polskim wydaniu, które wydawałoby się dobre, nawet świetne, gdybym nie znał oryginału. A tak...

Ale zacznę może od mniej poważnych kwestii, czyli tłumaczenia. Jest ono wprawdzie na wysokim poziomie, ale drażni mnie pozostawienie w oryginale nazw Branch Bacardi itp. To tak, jakby w "Kołysance" (tez Palahniuka) nie przełożyć Ostrygi i czy Sierżanta. W końcu nawet w treści podane jest, że są to pseudonimy,więc czemu np. nie przetłumaczyć tego jako Brandzel Bacardi?

A teraz przejdę do rzeczy, za którą moim zdaniem powinno się dobrać ludziom odpowiedzialnym za wydanie do... A mianowicie braki tekstu. Nie wiem czyja jest to wina, czy tłumaczka uznała, że jej się nie chce czy wydawca chciał skrócić materiał, ale już już na początku brakuje tekstu. 4 rozdział to nawet nie połowa tego, co jest w oryginale (brak dalszych rozważań o Anabel Chong, łapówkach czy technologii HD, które dla akcji są ważne - książkowo jest to ilość ok 5 stron!). Ale żeby to było tylko tyle. Dalej też jest nie lepiej: na stornie 31 brak jest jednej wypowiedzi Brancha (przypisano mu wypowiedź Sheili) a na 36 stronie brak jest zakończenia rozdziału, w którym pan 72 opowiada 137 i 600 że jest dzieckiem Cassie (po tym, jak nachylili się do niego). Podobnych przykładów mógłbym mnożyć i mnożyć. Nie wiem czemu wydawnictwo tak postąpiło, ale zamierzam napisać do nich w tej sprawie, bo nie można tak zostawić takiego... wolę nie dokańczać, bo ze złości nie przebierałbym w słowach... Dobrze, że mam oryginał, bo żyłbym w przekonaniu, ze dostałem całą powieść.

Tylko rodzi się pytanie co z powieściami Chucka, które mam po polsku a nie znałem w oryginale? Wolę nawet nie myśleć...

Idiota - Fiodor Dostojewski



GENIUSZ IDIOTY



Dzieła Dostojewskiego to utwory z najwyższej półki. Prawdziwie wysmakowane perełki literackie dla tych, którzy w czytaniu nie szykują tylko prostej rozrywki, a chcą się nim zachwycić i kontemplować to, z czym obcowali. Wydawnictwo MG sukcesywnie przypomina nam arcydzieła rosyjskiego mistrza pióra w nowej wersji i teraz nadszedł wreszcie czas na „Idiotę”, na wskroś przejmującą historię człowieka, który chciał być jak Chrystus.



Owym człowiekiem jest oczywiście Lew Myszkin. Książę, ale książę bez majątku, bez pieniędzy, bez dóbr materialnych. Taki stan rzeczy jest jego codziennością jednak tylko do czasu. Kiedy mamy okazję go poznać, Myszkin przybywa właśnie Rosji by wejść w posiadanie dużego majątku. Jego cele życiowe są proste – chce naśladować Chrystusa swoim zachowaniem i czynami. Chce być dobry, chce być piękny. Nie pasuje do swoich jakże brudnych czasów. Wiek XIX to nie miejsce dla niego. Jest po dziecięcemu naiwny, dobrotliwy, nie brak mu także szczerej pokory. Ludzie określają go wprost mianem idioty. Jak na kogoś takiego wpłynie zmiana statusu majątkowego i wpływ ludzi pełnych zła i zawiści? I kogo wybierze Myszkin, rozdarty między uczuciem do pięknej, acz nieszczęśliwej Nastazji Filipownej, uwikłanej w skomplikowane relacje, a równie pięknej, a na dodatek zakochanej w nim, młodej Agłai Iwanownej?



Czy jakikolwiek człowiek może być naprawdę dobry? Doskonały? Ideał człowieczeństwa? Czy taka idea ma szansę zaistnieć w trudnych czasach, kiedy panuje brud i zło? Z takich pytań wyrosła powieść Dostojewskiego, zabierająca nas nie tyle w podróż w głąb najlepszych ludzkich cech i zachowań, ile – tradycyjnie już u Fiodora – w samo serce mroku kryjącego się w nas samych. Mroku najgorszych cech i najgorszych instynktów. Mroku, gdzie nawet tak piękne i dobre uczucie, jak miłość, może zostać obrócona przeciwko ludziom, których dotyczy i zakończyć się tragedią.



Wielkie tematy, wielkie przemyślenia i wielka głębia otrzymały także i wielka oprawę słowną. Pióro Dostojewskiego jest iście magiczne. W jego powieściach więcej dzieje się w statecznych momentach bez żadnej akcji, niż w najbardziej dynamicznych książkach współczesnych pisarzy. Ta dziwna siła, przejmująca prawda o człowieku i magnetyzm jego pisarstwa składają się na nigdy nieprzemijające utwory, którymi wciąż na nowo zachwycają się – i zachwycać będą – kolejne pokolenia. W tym wypadku słowo „Polecam” brzmi jakoś nie właściwie. Brak mu należytej siły, brak tej wielkości, na jaką zasługują ta powieść i te powieści. Ale nie jestem Dostojewskim, on potrafiłby to ująć lepiej, powiem więc po prostu to co czuję i w sposób, w jaki powiedzieć to umiem: polecam z całego serca.



A wydawnictwu MG składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

sobota, 27 lutego 2016

Pętla - Faye Kellerman



WISIELEC



Peter Decker i Rina Lazarus powracają, wrzuceni w wir kolejnej niebezpiecznej sprawy. To już dziewiętnasty tom serii ich przygód (przynajmniej w oryginale – po polsku póki co nie mieliśmy okazji dostać kompletu dzieł pisarki), ale oni wciąż mają się całkiem  nieźle.



Zmasakrowana kobieca twarz. Od tego zaczyna się nowa przygoda Deckera. Ktoś został zabity? Nie. Przynajmniej na razie. To tylko twarz ze zdjęcia, a kobieta na nim uwieczniona, Terry, siedzi przed Deckerem właśnie, prosząc o pomoc. Zdjęcie zrobiono jej, kiedy została pobita przez nieobliczalnego męża – doskonale znanego Peterowi płatnego zabójcę. Teraz Terry chce by Decker był swoistym zabezpieczeniem podczas spotkania z mężem, z którym chce ustalić warunki na najbliższy czas. Spotkanie przebiega gładko, jednak jeszcze tego samego wieczoru syn kobiety dzwoni do Deckera z informacją, że mama zniknęła, jakby w pośpiechu opuszczając hotelowy pokój. Próby znalezienia jej nie przynoszą rezultatu, pozbawiony opieki nastolatek wprowadza się tymczasowo do Deckerów, ale sytuacja komplikuje się, kiedy w okolicy znalezione zostają zwłoki zamordowanej kobiety. Ktoś ją powiesił na kablu w będącym w trakcie budowy domu. Ofiarą nie jest Terry, jednak pozostaje pytanie czy kobieta wciąż żyje. Szczególnie, że miejsce zbrodni wydaje się w pewien sposób powiązane z jej mężem…



Z thrillerami tak to już jest, że najczęściej ciągną się długimi seriami i nie zawsze wszystkie tomy trafiają na rynek wydawniczy w danym kraju. Kellerman, żona znanego autora dreszczowców, Jonathana, a także i matka pisarza: Jesse’ego, swój cykl zapoczątkowała dokładnie 30 lat temu. Wypuszczając niemal co roku kolejne powieści o Deckerze, zaprezentowała światu 23 tomy jego przygód. Nie licząc oczywiście innych książek, w tym tych, napisanych wspólnie z mężem. Jak wspomniałem, „Pętla” to 19 część serii, ale – i znów się powtórzę – jak to z thrillerami bywa, sięgnięcie po nią nie wymaga znajomości poprzednich powieści. wszystko, co istotne, zostaje przez autorkę wyjaśnione w trakcie fabuły. Nowy czytelnik nie zgubi się więc, nie będzie miał także najmniejszych problemów ze zrozumieniem treści.



Jak jednak prezentuje się sama powieść? Odrzekłbym, że jak typowy thriller. Bo taka właśnie jest „Pętla”. Lekko i prosto napisana, oferuje zbrodnię i zagadkę, trochę napięcia i sporo akcji. Czyli to, czego chcą fani gatunku. Może początkowi brak jest nieco siły, potem jednak całość nabiera już właściwego tempa i czyta się szybko i przyjemnie. Czy jest w tym miejsce na jakieś novum? Nie bardzo, chyba, że za takowe uznać to, iż Kellerman, ortodoksyjna Żydówka, przeniosła swoją wiarę na łamy powieści i w charakter bohaterów. Czy jednak fani oczekują zmian, czy wolą stare, sprawdzone schematy? Jeżeli szukacie thrillera – po prostu thrillera – sięgnijcie śmiało, nie zawiedziecie się.



A ja dziękuję wydawnictwu Harper Collins za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

czwartek, 25 lutego 2016

Fight Club 2 #7 - Chuck Palahniuk, Cameron Stewart



NAZYWA SIĘ ROBERT PAULSON

Motywy Tylera wyjaśnione! Przyszłość świata ukazana! Kolejne zaskoczenia wyjawione!

Nie sądziłem, że to napiszę, ale Chuck przesadził. Nie w tradycyjny sposób, nikt więc nie zemdleje, nikt nie zwymiotuje, nikt nie poczuje się zgwałcony i sponiewierany, ale nuta rozczarowania zakrada się do serca. „Sebastian” kontynuując swą wyprawę do swoistego jądra ciemności, odkrywa szczegóły istnienia Tylera i jego planów. Tymczasem Marala, powracając powoli do cywilizowanego świata, wyznaje Chloe fakt, który znów wywraca wszystko do góry nogami…

To wszystko jest dobre. Źle jest, kiedy na scenę, już w otwierających komiks kadrach, wraca Robert Paulson. Jeden z bardziej intrygujących wątków, temat, który miał szansę na wspaniałe rozwinięcie, okazuje się zmarnowanym potencjałem. Scena jest słaba, jedna z gorszych w twórczości Chucka. Coś jak finałowy pojedynek z „Beautiful You”. Śmieszy, rozczarowuje i pomimo satyry – jest zwyczajnie kiepska.

Na szczęście dalej jest dużo lepiej. Satyra nabiera ostrości, Werter splata się tu z kinową premierą „Fight Clubu”, sen z rzeczywistością, przeszłość z teraźniejszością i przyszłością. Cele zostają wyjawione, w końcu jesteśmy już blisko finiszu, wyjaśnienia nabierają kształtu, a ja zaczynam obawiać się czy tak wielki potencjał, jaki miała na początku ta historia i zaczęte wątki, nie zmarnuje się w ostatecznym rozrachunku z finałem. Wciąż jednak liczę na woltę, wciąż mam nadzieję, że Palahaniuk ma konkretną wizję i wciąż jestem skłonny wybaczyć tę wpadkę, jeśli znajdzie się jej dobre umotywowanie.

Tak czy inaczej, serię polecam i to bardzo. Wziąwszy pod uwagę to, co dzieje się na łamach innych komiksów i tak jest rewelacyjnie, a chwilowy spadek formy, niech chwilowym pozostanie. Czego i sobie i Wam życzę.

środa, 24 lutego 2016

Ultimate Spider-Man, Vol. 17 - Clone Saga - Brian Michael Bendis, MarkBagley, John Dell, Andrew Hennessy




SAGA KLONÓW



Oto największy kryzys genetyczny od czasów powstania Hulka! Dowód, że najbliższa wojna światowa, będzie wojną genetyczną! Witajcie w świecie pajęczych klonów, których Bendis pierwotnie wcale nie zamierzał wprowadzać na łamy USM!



Zaczyna się, oczywiście, bo jakżeby inaczej, od kłopotów. Kitty Pride jest zazdrosna o to, że Peter wciąż utrzymuje relacje z MJ. Gorzej robi się, gdy na spotkaniu Parkera i Watson dochodzi do ataku Skorpiona na Centrum Handlowe. Prawdziwy problem rodzi się jednak, kiedy okazuje się, że pod maską Skorpiona kryje się… Peter! Jak to możliwe? Oszołomiony Parker zabiera klona i udaje się po pomoc do Fantastycznej Czwórki, której musi wyjawić swoją tożsamość, a w tym czasie MJ zostaje uprowadzona z domu. Jej poszukiwania doprowadzają Petera do dawnego domu, gdzie spotyka dziewczynę o identycznych, jak on mocach. Kiedy jednak pojawiają się kolejne pajęcze postacie, w tym potwornie oszpecony Peter i sześcioramienny Spider-Man, a także powraca Gwen i uważany za zmarłego ojciec Petera, a ciotka May dowiaduje się kto jest Spiderem, zaczyna się prawdziwe szaleństwo, bo Fury wkracza do akcji wraz z armią Spider-Slayerów gotowy albo zabić Parkera albo pozbawić go mocy raz na zawsze…



Tak się to powinno zrobić w latach 90! Ba!, nawet pierwsza saga klonów z lat 70 nie miała takiej siły! Bendis wcale nie chciał robić tej historii, kiedy brał się za Spidera w wersji Ultimate, a kiedy zabrał się i za nią, pokazał jak odzyskać honor nawet wtykając ręce w taką niedorzeczność. Pod względem akcji i retardacji to najlepszy tom USM. Zabrakło nieco obyczajowości, ale i ta strefa nie pozostała zaniedbana.



Całość można czytać samodzielnie, jednak dla fanów, stałych czytelników klasycznych przygód Spider-mana i tych, którzy znają Sagę Klonów, która niemal pogrążyła głupotą cykl, przygotował scenarzysta masę odniesień. Poszczególne sceny, nawiązania, zawał ciotki May, Spider -Wilkołak… Brzmi głupio? Zabawa jednak jest przednia i na najlepszym dla tej serii poziomie.



Graficznie także jest znakomicie. Bagley pokazał się z najlepszej strony, pozostali ludzie przykładający rękę do rysunków – od inkera po kolorystę – także udowodnili, że znają się na swoim fachu.



I co? Sięgnijcie koniecznie. I nich ktoś w końcu wyda to wszystko po polsku!

Pamiętnik Christophera. Tajemnica Foxworth Hall - Virginia Cleo Andrews



KWIATY Z PODDASZA NIE ZWIĘDŁY



Virginii C. Andrews już od dawna nie ma pośród nas, ale duch jej twórczości jest wiecznie żywy. Choć od śmierci autorki minęło już trzydzieści lat, a opus magnum jej twórczości jakim była saga o rodzinie Dollangangerów zamknęło się na pięciu tomach, oto właśnie pojawia się jego kontynuacja, raz jeszcze zabierając czytelników w świat „Kwiatów na poddaszu”.



Kristin Masterwood, siedemnastoletnia dziewczyna, trafia do ruin Foxworth Hall, miejsca, które przed laty stało się więzieniem dla czwórki dzieci. To tutaj w jej ręce wpada tytułowy pamiętnik Christophera – wspomnienia jednego z owych dzieci. Christopher miał czternaście lat, kiedy wraz z siostrą i bliźniętami w wyniku spisku rządnej pieniędzy matki został zamknięty na strychu. Żadnemu z dzieci nie wolno było opuszczać tego miejsca, a Christopher starał się być dla rodzeństwa podporą i pomocą. Nikt nie wiedział jednak jak wiele go to kosztowało i co tak naprawdę działo się w jego głowie. Nikt, aż do teraz. Niewyobrażalnie ciężka sytuacja, zakazane uczucie do siostry… Kristin z każdą stroną wspomnień nastolatka zagłębia się w przeszłość rodziny Dollangangerów, z którą także ją łączą pewne więzy…



Po swojej śmierci w 1986 roku Virginia C. Andrews pozostawiła po sobie olbrzymi niedosyt. Napisała wiele bestsellerów, a jej „Kwiaty na poddaszu” zyskały już kultowy status, ale czytelnikom było mało. Spadkobiercy autorki zatrudnili więc pisarza Andrew Neidermana by dokończył niezamknięte przez nią serię i w ten oto sposób na rynku pojawiła się trylogia „Pamiętnik Christophera”, która zabiera nas raz jeszcze w czasy, kiedy czwórka dzieci więziona była na strychu, by ukazać te wydarzenia z perspektywy tytułowego bohatera. Zabieg ten sprawił, że fani cyklu otrzymali swoiste domknięcie historii, epilog, uzupełnienie i sentymentalny bilet w podróż do tego, czym zachwycili się przed laty. Nowi czytelnicy natomiast otrzymali możliwość sięgnięcia po książkę bez konieczności czytania poprzednich części i bez trudu odnajdą się w świecie kwiatów na poddaszu.



A odnaleźć się jest w czym. Kultowa historia, klasyczna opowieść o dzieciach walczących z okrutnym krewnym, przejmująca i wzruszająca, rozsławiona przez bardzo udany film, nabiera tu nieco innych barw. Przyjemnie napisana, oddana z szacunkiem do oryginału… Trylogia „Pamiętnik Christpohera” to pozycja dla każdego, kto lubi taką właśnie literaturę, bądź dał się urzec „Kwiatom na poddaszu”. Kwiatom, które nigdy nie zwiędły w pamięci czytelników/widzów. Polecam.



A wydawnictwu Prószyński i S-ka dziękuję serdecznie za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Fight Club 2 #9 - Chuck Palahniuk, Cameron Stewart




ŚMIERĆ UMARŁA



Odliczanie trwa. Pozostał już jeden zeszyt, tak jak pozostała jedynie chwila do restartu cywilizacji. Jaką rolę odegra w tym wszystkim sam Chuck Palahniuk?



Żeby uwieść ludzi, trzeba ich zaciągnąć do łóżka. Żeby porwać tłumy, trzeba stać się ich dziwką. O tym przekonuje się „Sebastian:”, kiedy w rezydencji staje oko w oko z ludźmi Tylera, ze swoimi ludźmi, a także własnym synem. Każdy syn chce pobić swojego ojca i taka jest prawda. Tyler w ciele syna „Sebastiana” gotów jest pokonać rodzica raz na zawsze. Co zmieni pojawienie się Marli? Jakie motywy kierują lekarzem „Sebastiana”? Gdy nawet śmierć umarła, spodziewać można się wszystkiego…



Palahniuk kazał nam czekać na ten zeszyt dwa razy dłużej, niż zapowiadano. I cóż z tego? Jaki to ma wpływ na treść? Żaden, choć może za bardzo rozbudzić oczekiwania czytelników. W tym wypadku wolałem się niczego nie spodziewać, bałem się, że mogę się rozczarować. I z początku tak się poczułem, ale wraz z rozwojem akcji – i znakomitym finałem, w którym można się pogubić, oj można – znów dałem się uwieść Palahniukowi. Dałem mu się porwać. I zachwycić.



Wykorzystał mnie? Trochę tak. Trochę pomysłów z FC 2, jak przysłowiową kulą w płot, a jednak nie żałuję. Znakomita grafika. Znakomite wykonanie całości. I wreszcie coś, co już niedługo będzie musiało wybrzmieć, by zyskać pełnię siły – zakończenie. Finał. Koniec. A może nowy początek? W końcu Palahniuk przyznał w jednym z wywiadów, że FC 3 ma szansę powstać. FC 3 o Marli. Miejmy nadzieję.



A póki co FC 2 polecam bardziej niż gorąco!

wtorek, 23 lutego 2016

Klaśnięcie jednej dłoni - Richard Flanagan



JEDNA RĘKA TEŻ KLASZCZE



Zaczyna się, jak thriller, ale thrillerem nie jest. Nowa powieść Richarda Flanagana zabiera nas jednak tam, gdzie nie zabraknie dreszczy i przerażenia – do wnętrza ludzkiej duszy i przeszłości, która wywiera na nas niezatarty wpływ determinujący całe nasze życie.



Był rok 1954, kiedy w trakcie gwałtownej śnieżycy, z domu wyszła Maria Buloh, zostawiając za sobą kwilącą wśród czterech ścian córeczkę. Wiedziała, że już nie wróci. Wiedziała, że nigdy nie zobaczy ani jej, ani męża. Nie zostawiła im nawet słowa pożegnania.

35 lat później, jej córka, Sonja, powraca z Sydney na Tasmanię, odwiedzając po latach ojca. Niegdyś była dzieckiem, które straciło matkę, teraz jest matką, która sama rozważa stratę dziecka, zastanawiając się nad przerwaniem ciąży. Ojciec, którego z jednej strony kocha, a z drugiej nienawidzi za to, jak krzywdził ja w młodości po alkoholu, jest dla niej niemalże obcym człowiekiem. Podobnie jak dziecko, które w sobie nosi. Rozdarta pomiędzy przeszłość, a teraźniejszość, które splatają się w jej ciężkim życiu w dziwny tańcu, stara się podjąć decyzję i zrozumieć własne uczucia i wszystko, co działo się w przeszłości…



Mocna to i niełatwa lektura. Powieść poruszająca całą paletę ciężkich tematów, które nigdy nie tracą na aktualności. Tu miłość splata się z wojenną traumą, konieczność ucieczki z obcego kraju z powrotem do tego właśnie kraju, jako domu już, a szukanie samego siebie z próbami odnalezienia w obcym świecie. Bohaterowie powieści Flanagana nie są wewnętrznie sprzeczni, a rozdarci. Ludzcy. Dalecy od papierowych postaci. Spójni psychologicznie. To po prostu zwykli ludzie z ich słabościami, mierzący się ze zwykłym, zwyczajnym, życiem. Życiem pełnym brudu. Życiem, gdzie seks myli się z uczuciem, a konsekwencji stara uniknąć za wszelką cenę. Życiem, w którym tylko czasem zdarzy się coś niezwykłego, jak całkowite zniknięcie kobiety.



Stylistycznie powieść, choć dynamiczna pod względem długości rozdziałów i opisów, to bardzo kwieciście napisana, przepełniona porównaniami i specyficznym, bardzo literackim stylem rzecz dla wyrobionych czytelników. Dla tych, którzy cenią sobie książki z wyższej półki, niełatwe, za to satysfakcjonujące i intrygujące. Książki, w których tylko pozornie dzieje się niewiele.



Należycie do tej grupy? Sięgnijcie, bo naprawdę jest warto. Polecam.



I dziękuję wydawnictwu Literackiemu za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Mały Przyjaciel - Donna Tartt



MAŁY, MARTWY BRACISZEK



Zanim przystąpiłem do lektury tej powieści, przeczytałem o niej mnóstwo najróżniejszych opinii. Często były to opinie niepochlebne, ale w sposób daleki od rozsądnego krytycyzmu. I jak przekonałem się, sięgając wreszcie do powieści, absolutnie bezzasadne, wynikające bądź to z zupełnego niezrozumienia tematu, bądź też z oczekiwań, że skoro autorka weszła w tematykę thrillera, książka podtrzyma trend tego gatunku. Ale nie. Donna Tartt pokazała, że thriller nie musi być miałkim, powtórkowym dziełem bez głębi i wyższych wartości literackich, tworząc zdumiewającą liryzmem opowieść o śmierci dziecka, która na zawsze odmienia życie rodziny.



Owym dzieckiem, które umiera, jest Robin Dufresnes. Do tragedii dochodzi w Dniu Matki, kiedy rodzina zbiera się na święto. Młodsza siostrzyczka Robina, niemowlę jeszcze, jak i sam chłopiec znajdują się przed domem. Zabawa trwa, lecz kiedy zbliża się burza, a rodzina zaczyna wołać Robina, nie doczekuje się odpowiedzi. Gdy chwilę potem chłopiec zostaje znaleziony martwy, powieszony na przydomowym drzewie, życie wszystkich bliskich mu osób zmienia się już na zawsze. Kto dopuścił się tak bestialskiego czynu? Dlaczego ktoś w ogóle to zrobił? Czy Robin krzyczał, wołał, cierpiał, a oni nawet go nie usłyszeli? Dwanaście lat później nadal wszystkie te pytania pozostają bez odpowiedzi. Harriet, siostra zabitego, nastolatka ledwie, decyduje się sama rozwikłać wreszcie sprawę i ocalić tym rozpadającą się rodzinę. Ale czy wiedza czerpana tylko z książek i pomoc najlepszego przyjaciela mogą coś zdziałać? I czy oboje mają szansę w starciu z niebezpieczeństwami, jaki na nich czekają?



To nie jest powieść, do której zasiada się i pochłania jednym tchem. To nie proste i puste czytadło jakich wiele, które opowiada o zabójstwie i śledztwie, męcząc sztampą, pomimo pozornej lekkości. „Mały przyjaciel” to powieść z górnej półki. Powieść, którą się smakuje. Prowadzona niespiesznie, leniwym wręcz rytmem, stylistycznie kojarzy się z powieściami Johna Irvinga. Jej treść jest taka sama, jak styl: głęboka, kwiecista, rozbudowana. Język, jakim posługuje się Donna, przemienia nawet proste rzeczy w przepięknie liryczne momenty. Emocji także nie braknie – a scena, kiedy matka zastanawia się, czy konając syn ją wołał, a ona tego nie słyszała, czy krzyczał etc. to prawdziwe mistrzostwo. I jest też znakomicie przestawiona psychologia postaci, bohaterów ludzkich, żywych krwistych, niejednoznacznych. Bohaterów, którzy mogliby istnieć gdzieś obok nas.



W przypadku „Małego przyjaciela” trzeba jednak wspomnieć o jeszcze jednej rzeczy. Nie ocenia się książki po okładce, ale tutaj pięknie wykonana edytorsko i graficznie oprawa doskonale odzwierciedla zawartość i jakość tego, co czeka na nas w środku. A to, jak – mam taką nadzieję – już Was przekonałem, warte jest poznania i docenienia.



Polecam bardzo gorąco.



A wydawnictwu Znak Literanova składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

poniedziałek, 22 lutego 2016

Ultimate Spider-Man, Vol. 16 - Deadpool - Brian Michael Bendis, MarkBagley, Mark Brooks, Jaime Mendoza, John Dell




ŚMIERCI PULA OD DEADPOOLA



Dla Petra zaczynają się wielkie zmiany. Zmiany uczuciowe, zmiany osobiste… Pojedynków także nie zabraknie. A wszystko to w imię miłości i sprawiedliwości, która nie ma najczęściej racji bytu w świetle prawa.



Kitty Pride to dziewczyna ideał dla Spider-Mana. Ładna, potrafiąca o siebie zadbać, a na dodatek nic nie może jej zranić, więc nie wpakuje się w żadne niebezpieczeństwo. Czy na pewno? Oto nagle X-Meni zostają uprowadzeni ze szkoły, a Peter przypadkiem wraz z nimi. Kto za tym stoi? Deadpool. Niegdyś wojskowy, obecnie gwiazda psychopatycznego show, gdzie na wyspie morduje wraz ze swoimi ludźmi mutantów na potrzeby internetowej telewizji. Dla naszych bohaterów zaczyna się walka o przetrwanie. A co potem? Cóż, skoro są ludzie z mocami, kogo może zaskoczyć pojawienie się… wampira?



Znakomity, acz nierówny tom. A szkoda.



Co dobre? Nie cierpię Deadpoola, to dla mnie kopia Lobo i to nieudana (i nie ma co też porównywać do Deathstrike’a, który także był inspiracją), a jednak Bendis pokazał go w znakomity sposób, aż mam ochotę na więcj przygód tej postaci. Poza tym podejście do tematu i brutalność przypominają w tym tomie dzieła Marka Millara, a to jest jak najbardziej in plus.



Minusy? Ekipa Deadpoola to ludzie po operacja, które nadać im miały mocy. Cóż z tego wynikło? Ich wygląd kojarzy się z kiepskimi postaciami ze Spawna, a to drażni. Drażni też Anuual 2, w którym Jean wreszcie ginie, ale jest to śmierć bez polotu.



Efekt końcowy? Bardzo dobry, choć ocierał się o rewelacje i niewiele brakowało mu do czegoś wielkiego. Polecam i mam nadzieję, że nadchodzący tom Sagi Klonów w wykonaniu Bendisa pokaże prawdziwą klasę.

Krew i stal - Jacek Łukawski



KRWIĄ I MIECZEM



W ostatnim czasie polskie Fantasy ma się bardzo dobrze. Różne odmiany tego gatunku wychodzą spod ręki najróżniejszych autorów. Od humorystycznego ujęcia tematu, przez klasyczne Heroic Fantasy po głęboko osadzone w historycznych realiach. Najnowsza propozycja od wydawnictwa SQN, powieść debiutanta, wpasowuje się gdzieś w środek tej rozpiętości, zabierając nas do twardego świata męskiej fantastyki.



W świecie, w którym jeden krok za daleko oznacza śmierć, rozpoczyna się wyprawa zainicjowana przez lorda Aurissa, której celem jest odnalezienie pewnych tajemniczych, acz cennych przedmiotów. A właściwie przedmiotów bardzo niebezpiecznych, gdyby wpadły w niepowołane ręce. Mieli odzyskać je z klasztoru u podnóża Smoczych Gór i sprowadzić z powrotem do królestwa, jednak kiedy minęło dość czasu by wrócili albo chociaż dali jakiś znak, okazało się, że zaginął po nich wszelki słuch. Pomimo, iż opóźnienie może wynikać z błahych nawet przyczyn, sytuacja jest na tyle delikatna, a cała wyprawa tak tajna, że z wyjaśnieniem wszystkiego wyrusza zaprawiony w bojach Dartor. Wraz ze swoim oddziałem wkracza na stepy, nieświadomy co takiego czeka na niego i jego ludzi i jakie mogą być konsekwencje ich czynów…



„Krew i stal” to całkiem udany debiut polskiego autora, który choć z wykształcenia jest na zupełnie innym biegunie zainteresowań niż sugeruje to tematyka jego książki – bo informatykiem – to już jego prywatne zamiłowania do miecza i dział doskonale wpasowują się w te realia. Z umysłu człowieka łączącego obie te rzeczy zrodziła się fantastyka, ale fantastyka przyziemna i realistyczna. Pierwszy tom „Krainy Martwej Ziemi” to nie satyra, a solidna dawka twardej Fantasy, gdzie na bohaterów czekają potyczki, przelana krew i – oczywiście – porcja magii. Jest też intryga z przewodzącą jej tajemnicą, ale nade wszystko jest także własny pomysł na autorski świat. Czymże bowiem byłby autor parający się tym popularnym gatunkiem, bez oryginalnej krainy rządzącej się własnymi prawami. W przypadku „Krwi i stali” takim charakterystycznym akcentem staje się Martwa Ziemia. Terytorium o ruchomej w pewnym stopniu granicy, której przekroczenie choćby w najmniejszym stopniu oznacza śmierć.



Stylistycznie powieść wpasowuje się w klasyczne ujęcie tematu. Lekko archaiczna, swojska w klimacie Średniowiecza, posiadająca konieczne dla gatunku elementy, jak choćby inicjujący wszystko quest, przyozdobiona porcją ilustracji i tolkienowskich nawiązań… Coś w sam raz dla fanów gatunku.



A ja dziękuję wydawnictwu SQN za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Fantastyczne konstrukcje - Steve McDonald



W GĄSZCZU ZDUMIEWAJĄCYCH KONSTRUKCJI



Wśród olbrzymiej różnorodności kolorowanek dla dorosłych i ich autorów, jaka wykwitła w ostatnim czasie na naszym rynku, pojawia się właśnie nowy artysta, który zdecydowanie wysokie miejsce w rankingach tych, którzy pokochali antystresowe nakładanie barw.



O kim mowa? O Steve’ie McDonaldzie, rysowniku tradycjonaliście, który jest przy okazji zapalonym podróżnikiem. Efektem jego pracy są dwa wydane właśnie po polsku tomiki z ilustracjami do kolorowania: „Fantastyczne konstrukcje” i „Fantastyczne miasta”. Mnie do sięgnięcia po „Konstrukcje…” zachęciła okładka i uważam, że był to trafny wybór. Steve bowiem na stronach książki zaprezentował kilka ciekawych rzeczy i zrobił to w świetnym stylu.



Po pierwsze: sam dobór grafik. To nie są wymyślone budynki ani miejsca wzięte z wyobraźni (choć czasem mogą tak wyglądać). Każda z zaprezentowanych tu ilustracji przedstawia autentyczne miejsca. Mamy więc tokijski budynek Fuji Television, tańczący dom z Pragi, Pałac wiatrów z Indii, Plac Czerwony a nawet – i to cieszy nas, Polaków – Krzywy Domek z Sopotu. A to tylko fragment tego, co ze swoich podróży niby pocztówki wyniósł autor.



Drugą z ważnych rzeczy jest wykonanie. Tradycyjne, tworzone piórem i tuszem, tym bardziej imponujące ilością włożonej w nie pracy, że rysowane odręcznie, bez linijki, bez ingerencji komputera. Prosto, acz skomplikowanie. Z masą niesamowitych detali i niezwykłym ujęciem całego planu. Stopień drobiazgowości poszczególnych plansz jest niemal niespotykany w innych, podobnych publikacjach.



Poza tym Steve przygotował kilka mandali opracowanych na podstawie wcześniejszych prac, dla tych, którzy mieliby ochotę na nieco bardziej fantastyczne podejście do tematu.



Złóżcie to wszystko razem i co otrzymacie? Świetną pozycję dla fanów kolorowania. Bardzo udaną, wymagającą, przyjemną dla oka i przy okazji zabierającą nas w podróż dookoła świata pozycję, którą bardzo Wam polecam.



A wydawnictwu Egmont składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Co? Jak? Narysować. Szkicownik - George Edwin Lutz



ODKRYWANIA RYSOWANIA CIĄG DALSZY



Równolegle z wydaną właśnie w Polsce książką „Co? Jak? Narysować” trafia na nasz rynek jej uzupełnienie. Jeśli wspomnianą już książkę nazwać można – a jest to właściwe dla niej określenie – podręcznikiem rysowania, to niniejsza publikacja stanowi dla niej zestaw praktycznych ćwiczeń z miejscem na ich wykonywanie.



E. G. Lutz to człowiek, którego warto znać i zapamiętać. Choć zyskał mniejszą, niż Walt Disney sławę, to właśnie on stał się inspiracją dla tego artysty, by zająć się rysunkiem i animacją. Jego książka do nauki podstaw rysowania, której pierwsze wydanie miało miejsce ponad sto lat temu, to dzieło wiecznie aktualne, tak samo, jak zaprezentowane tam metody, które powielali niezliczeni rysownicy i powielają do dziś.



„Szkicownik” przypomina najważniejsze z porad, jak wykonać dany rysunek, obejmując wszystkie kategorie z książki, dając nam zachętę do praktycznych ćwiczeń. W efekcie otrzymujemy 64 strony, a na nich 32 prezentacje krok po kroku jak z prostych figur i linii uzyskać najróżniejsze rzeczy: twarze, ludzi, zwierzęta czy przedmioty. Pozostałe strony to miejsce ćwiczeń z zachętą do stworzenia własnych wersji owych prezentacji.



Razem obie książki stanowią ciekawy pakiet dla tych, którzy chcą wejść w świat rysunków. Zacząć swoją przygodę i nabrać wprawy, zanim wykształcą w sobie umiejętności, które pozwolą im bez sprytnych pomocy osiągać zamierzony efekt.



A ja dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Co? Jak? Narysować - George Edwin Lutz



JAK KOŁA I KWADRATY PRZEMIENIĆ W PIĘKNE RYSUNKI



Minęło już ponad sto lat od dnia, w którym ta książka ujrzała światło dzienne, a my wreszcie mamy okazję dostać ją w swoje ręce. Ale jak to mówią, lepiej późno niż wcale, w tym zaś wypadku powiedzenie to pasuje idealnie. W końcu niniejsza pozycja nie zestarzała się ani odrobinę i wciąż inspiruje tak, jak przed wiekiem, kiedy to jej autor stał się inspiracją dla samego Walta Disneya.



Ta książka jest prosta i to w tej prostocie właśnie tkwi jej wielka siła. Autor pokazuje nam, jak zaczynając od zwykłej linii, krok po kroku przemienić ją w złożony, pełen szczegółów i realizmu rysunek. Najprostsze figury geometryczne, które potrafi narysować każde dziecko, koło, kwadrat, trójkąt itd. na naszych oczach przemieniają się w ludzi (ujętych bardziej cartoonowo, acz uroczo), zwierzęta, przedmioty, budynki, samochody, rośliny… A kiedy tylko chwycimy za ołówek i spróbujemy powtórzyć wszystkie etapy, szybko przekonamy się, że rysowanie wcale nie jest trudne. Trzeba mieć tylko dobrego nauczyciela, chęci i odrobinę ambicji, by poznane tajniki przenieść na nowe, własne pola.



„Co? Jak? Narysować” to przy tym także bardzo obszerny poradnik. Lutz na blisko dwustu stronach nie tylko prezentuje cały wachlarz możliwości i tematów, ale przede wszystkim często owe tematy przedstawia z różnych stron, oferując nam naukę nie tylko narysowania takiej na przykład kaczki, ale także przedstawienie jej z różnych perspektyw. Do tego porcja porad ze strony autora, kilka stron szkicownika i świetne wydanie w twardej oprawie, i otrzymujemy znakomity podręcznik rysowania dla dużych i małych. Oczywiście książka przybliża jedynie najistotniejsze podstawy, Lutz nie zabiera czytelników na przykład w świat perspektywy, ale oferuje doskonałe wprowadzenie w temat. I zachęca do szukania dalej samemu. Pogłębiania wiedzy, odkrywania nowych rzeczy i sięgania po inne książki tematyczne.



Dlatego jeśli szukacie pozycji idealnej dla początkujących pasjonatów rysowania, „Co? Jak”…” nada się do tego znakomicie. Nauczy wielu przydatnych rzeczy i dostarczy porcji rozrywki tym, którzy po niego sięgną. Polecam. A tych, którym będzie mało, zachęcam do sięgnięcia po wydany równolegle „Szkicownik” z kolejną porcją wzorów i dużą ilością miejsca do ćwiczenia materiału.



A wydawnictwu Egmont składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

sobota, 20 lutego 2016

Calvin i Hobbes, tom 9: To magiczny świat - Bill Watterson



NIEPODWAŻALNA LOGIKA SZEŚCIOLATKA



Calvin i Hobbes to bohaterowie kultowi. Paski z ich przygodami ukazywały się nieprzerwanie przez dziesięć lat, zdobiąc strony najróżniejszych gazet świata. Pierwszy tom zbiorczego wydania pojawił się już w roku 1987, całość zaś zebrana została w dwunastu wcale nie cienkich książeczkach, z których dziewiątą przypomina właśnie Egmont.



Bohaterami tego komiksu są sześcioletni Calvin i jego pluszowy tygrys, Hobbes, który – w oczach chłopca jedynie (choć czy to tak do końca prawda?) – jest żywym i psotnym stworzeniem, z którym zarówno wieść można filozoficzno-społeczne dysputy o życiu i kondycji świata, jak i także doskonale się bawić. A sposób na zabawę Calvin ma jeden: czas wolny bez bezsensownych, ryzykownych często psot, to dzień stracony. Dzień stracony to także dzień spędzony w szkole, dlatego chłopiec toczy nierówną walkę z nakazami i zakazami rodziców i całego systemu. I cóż, że czasem zdarzy mu się sprzedać Ziemię obcej cywilizacji w zamian za zadanie domowe, którego nie chciało mu się odrobić? Takiego jak on i jego tygrys po prostu nie da się nie lubić!



Gdybym miał szukać porównania dla tego komiksu, powiedziałbym, że to ta sama kategoria, jaką reprezentują „Fistaszki” czy „Garfield”. I to nie tylko ze względu na stripową formę i najczęściej, choć nie zawsze, czarnobiały charakter całości. „C&H” to nie tylko wyśmienita cartoonowa rozrywka, ale przede wszystkim cięta satyra na świat, społeczeństwo i kulturę oraz cywilizację. Calvin, który może i wygląda i zachowuje się jak sześcioletnie dziecko, to już w swoich rozważaniach wykracza dalece poza swój wiek. W bezlitosny, choć zarazem nadający się także dla najmłodszych czytelników, sposób obśmiewa głupotę, konkretne postawy czy nielogiczności otaczającego go świata. Podobnie jest z Hobbesem, którego zdanie stanowi doskonałe uzupełnienie poglądów Calvina. I nie ma się co dziwić, obaj bowiem zawdzięczają swoje imiona wielkim postaciom tego świata – reformatorowi chrześcijańskiemu, Janowi Kalwinowi i filozofowi Thomasowi Hobbesowi i to chyba najlepiej oddaje charakter tych postaci.



Czymże jednak byłby komiks bez swojej szaty graficznej? Ta natomiast, choć klasycznie cartoonowa, przypominające wspomniane już „Fistaszki”, potrafi naprawdę uwieść czytelnika. A najmocniejszą jej stroną są oczywiście – co widać na samej już okładce – sceny, w których oddaje Watterson przyrodę. Jego drzewa to dla mnie coś cudownego. A dodajcie do tego jeszcze kolorowe strony, które i na tym polu potwierdzają jego talent i wreszcie niesamowite poczucie humoru. I co otrzymacie? Znakomity, kultowy, wspaniały komiks, który spodoba się każdemu, niezależnie od wieku, a na dodatek da satysfakcję także tym, spragnionym wyższych wartości.



Nie znacie? Sięgnijcie koniecznie. Warto pod każdym względem.



A ja dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

piątek, 19 lutego 2016

Czas na komiks #1 – bezpłatny magazyn komiksowy



Kochani, wszyscy, którym mało komiksów. Oto jest, pierwszy, premierowy, świeższy niż bułka nawet numer Czasu na komiks - inicjatywy komiksowej strony o takim samym tytule. Tym ważniejsze to wydarzenie, że magazyn dostępny jest za darmo tutaj. Ściągajcie, czytajcie, informujcie. Pokażcie, że nadszedł Czas na komiks!



A czytać jest co. Komiksowe podsumowanie roku 2015, próba obalenia pokutującego stereotypu, że komiksów w pewnym wieku czytać po prostu nie wypada, słów kilka o kultowej mandze "Ghost in the Shell", porcja wywiadów, w tym z profesorem Jerzym Szyłakiem, nawet konkurs się znalazł, a w nim do wygrania "Batman: Rok Pierwszy" - komiks wielki, kultowy i absolutne must read dla fanów Gacka i tego medium. Jest też wreszcie i mój w całym przedsięwzięciu udział, bo tekst o komiksowym "Fight Clubie".



I cóż tu mogę dodać. Sięgnijcie, poznajcie, czytajcie, komentujcie.

Sisters, tom 3: To ona zaczęła! - Christophe Cazenove, William Maury



MIEĆ SIOSTRĘ I… ZNIEŚĆ SIOSTRĘ



Jak to jest mieć siostrę? A właściwie rodzeństwo w ogóle? Nie każdemu dane jest doświadczyć tego na własnej skórze, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by przekonał się, jak to wygląda w humorystycznym, choć jakże przy tym trafnie ujętym komiksowym odbiciu.



A jak więc jest mieć siostrę zdaniem bohaterek? Oj nielekko, choć każda z sióstr podała by inne powody. Nastoletnia Wendy z pewnością powiedziałaby, że posiadanie młodszego rodzeństwa to utrapienie ze względu na kopiowanie przez nie każdego twojego zachowania. I męczarnia w postaci zachowań, których nie sposób przewidzieć. Jakieś plusy? Cóż, kto jak nie młodsza siostra swoją infantylnością, tak potrafi poprawić humor? Marine mogłaby natomiast powiedzieć, że starsza siostra to męczarnia, bo we wszystko się wtrąca, wszystko obśmiewa, wszystkiego co twoje nie lubi. Pozytywy? Czasem znajdzie sposób by pomóc ci dorosnąć, ale… czy aby na pewno.

Na szczęście z siostrą można się także bawić, sprzymierzyć przeciw rodzicom i rozwiązać problemy. A że przy tym narobi się więcej kolejnych, cóż, taki urok posiadania rodzeństwa.



I taki jest też urok niniejszego komiksu. Każdy tom to zbiór ponad 40 jednostronicowych szortów komiksowych utrzymanych w typowo francuskiej stylistyce, z której wyrosło mnóstwo kultowych komediowych postaci i albumów. Choć graficznie Siostrom bliżej „Titeufowi”, to w odróżnieniu od niego, jest łagodniejszy i przeznaczony dla młodszych czytelników. Bliższy „Kidowi Paddle”, zajmuje podobną niszę, co on – „Kid…” dedykowany był głównie chłopcom, „Sisters” bardziej zdaje się być przeznaczony dla przeciwnej im płci, wypełniając poniekąd lukę obok wspomnianego dzieła. Oczywiście, jak w przypadku „Kida…” , tak i w tym seria doskonale nadaje się tak dla dziewczynek, jak i chłopców, a zarazem i dla małych i dla dużych. Każdy znajdzie tu coś dla siebie, każdy da się na kilka chwil porwać do zabawnego świata perypetii dwójki sióstr.



Szczególnie, że jest to także seria bardzo uroczo narysowana. W nowoczesnym stylu, szczególnie pod względem barw, ale przy tym utrzymany w klasycznych ramach tradycji podobnych mu dzieł. Fajnie wydana, w fajnej cenie i z fajną zawartością. A więc i miło i warto.



Dlatego polecam serdecznie.



A wydawnictwu Egmont składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Smerfy - Nie igra się z postępem Ludo Borecki, Thierry Culliford i inni




NIE IGRAJ ZE SMERFAMI



Twórcy Smerfów, Peyo, od dawna nie ma już wśród nas, ale jego małe, niebieskie dzieci wciąż mają się doskonale. Kolejne komiksy z ich przygodami ukazują się nieprzerwanie, a dzięki Egmontowi możemy cieszyć się właśnie czwartym tomem kontynuacji stworzonej przez spadkobierców zmarłego mistrza.



Tym razem Smerfy dopada całkowite rozleniwienie. A wszystko za sprawą wynalazku Pracusia dla najmłodszych smerfiątek – nakręcanych zabawek. Jego pomysł przeszczepia się szybko na inny grunt, każdy ze Smerfów chce więcej udogodnień, ale w końcu nawet największe usprawnienia ułatwiające codzienne życie i obowiązki przestają wystarczać. Pracuś konstruuje więc roboty mające całkowicie wyręczyć Smerfy we wszystkim, jednak pojawiają się konflikty a w końcu także i poważniejsze problemy. Czyżby naszych małych, sympatycznych niebieskich bohaterów czekał bunt… drewnianych maszyn?



Czytanie „Smerfów” to jak zawsze przyjemność, ale przecież nie tylko. Każdy z komiksów o ich przygodach (czy też każdy z odcinków serialu, na którym sam się wychowałem, a który należał do czołówki moich ulubieńców tamtego okresu) niesie ze sobą przecież wartość dydaktyczną, a dla starszych – nutę satyry. I tak jest też, oczywiście, i tym razem. Jakby więcej pojawiło się za to humoru. W żartach zaś znalazło się także miejsce dla dowcipów dla nieco starszych odbiorców, jak choćby scena, w której jeden ze Smerfów podejmuje się próby podejrzenia biorącej prysznic Smerfetki. Oczywiście scena ta podana jest w bardzo łagodnej formie, odpowiedniej dla każdego wieku.



Najmocniejszą stroną nowych albumów o przygodach Smerfów jest jednak grafika. Rysunki Ludo Boreckiego i Pascala Garraya są identyczne z tymi, do jakich przyzwyczaił nas przez lata sam Peyo. Ta sama kreska, takie samo kadrowanie, identyczny wygląd postaci i tła, miękkie linie, stonowany, klasyczny kolor… Dla oka to prawdziwa przyjemność, nie tylko gdy ma się jednocyfrową liczbą lat.



Fanom humorystycznego komiksu, tym, którzy wychowali się na Smerfach a także tym, którzy mają w sobie po prostu coś z dziecka, polecam.



A wydawnictwu Egmont składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

czwartek, 18 lutego 2016

Krocząc w ciemności - Leonie Swann



ILE PCHEŁ MIEŚCI SIĘ NA CZUBKU SZPILKI



Długo Leonie Swann kazała nam czekać na swoją najnowszą powieść, oj długo. Po udanym debiucie, którym narobiła niemałego kulturalnego szumu i jeszcze lepszej jego kontynuacji, aż pięć lat kazała polskim czytelnikom wypatrywać kolejnego dzieła. Czy było warto? Jak najbardziej!



Tym razem autorka zrezygnowała z owiec, do których nas już doskonale przyzwyczaiła, ale nie porzuciła tematów zwierzęcych. Jej bohaterowie, choć w przypadku „Krocząc w ciemnościach” zdecydowanie większy niż we wcześniejszych powieściach jest udział postaci ludzkich, nie mają kopyt i nie meczą uroczo swoich niepodważalnych wniosków, za to skaczą. I to bardzo wysoko. Są nimi bowiem pchły, należące do Juliusa Birdwella. Kiedy tylko unosi się kurtyna, na scenie pojawiają się one. I on. I nic już nie jest takie, jak dotychczas. A wszystko przez to, że pewnej nocy nasze małe, bardzo skoczne stworzonka padają ofiarą mrozu, a zaraz potem w życiu bohatera pojawia się Elizabeth. W końcu z książką, jak z występem cyrkowego magika – bez kobiety się nie uda. Wszystko, co następuje potem, to szaleńcza jazda, w której splata się wszystko – i wszystko się odmienia…



Czy powyższy opis brzmi jakoś dziwnie? Chaotycznie, tajemniczo? Czy wiele rzeczy jest tu niejasnych, do wzięcia na domysł, a nie na suchy fakt? Jeśli choć odrobine tak, także odrobinę poczuliście się, jak osobą czytająca tę powieść. Kiedy sięgałem po „Krocząc w ciemnościach” nie spodziewałem się czegoś takiego. Znałem już twórczość Leonie Swann, znałem i bardzo ceniłem, a jednak, jak dobry cyrkowiec, jak prawdziwy sztukmistrz, wyjęła asa z rękawa i zaskoczyła. I to jak najbardziej pozytywnie.



W jej najnowszej powieści jest dosłownie wszystko. Są magia i fantastyka splecione z realizmem, jest wiele rzeczy podanych wprost i mnóstwo jest także niedopowiedzeń. Czytelnik trafia w świat, jakby skryty za oparami mgły, gdzie prostota splata się z filozofią. Tu nawet styl jest równie niezwykły jak sama treść. Czasami prosty, ascetyczny, czasem bogaty i rozbudowany – zawsze intrygujący i wbrew pozorom spójny.



Całość zaś urzeka i oczarowuje. Zabiera w miejsca niezwykłe i pozostawia uczucie niedosytu. A także satysfakcję. Chcecie naprawdę udanej powieści stanowiącej gatunkową hybrydę, nie musicie już dalej szukać. Swann znów udowodniła swoją klasę literacką i zaprezentowała książkę, której szybko się nie zapomina.



Polecam.



A wydawnictwu Prószyński i S-ka składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

1000x połącz kropki: Arcydzieła - Thomas Pavitte



STAĆ SIĘ MISTRZEM



Lubicie antystresowe kolorowanie dla dorosłych? Uwielbiacie? Kochacie? Więc poznajcie to! Łączenie punktów, kolejna rzecz kojarząca nam się z dzieciństwem, powraca do nas w formie dla dorosłych odbiorców, a „Arcydzieła” od Insignis to chyba najwspanialsza książka, jaka mogła się w tym temacie pojawić na rynku!



Co jest w niej takiego wspaniałego, zapytacie. Wymieniać można by długo, ja zacznę od artyzmu całości i stopnia skomplikowania. Wystarczy otworzyć i spojrzeć – czy to na same plansze z numerowanymi kropkami, czy też na gotowe obrazki, których miniaturki czekają nas na koniec – by poczuć się zdumionym i zachwyconym. Plątanina punktów, które czekają na połączenie aż woła, by złapać za ołówek czy cienkopis i zacząć rysować. By podjąć wyzwanie odnalezienia się w tym gąszcz prostych przecież znaków i w ostatecznym rozrachunku odtworzyć na planszy jedno z arcydzieł światowego malarstwa.

I tu przechodzimy do drugiego punktu wspaniałości tej publikacji – doboru dzieł i malarzy. Dzięki tej książce przyjdzie nam odwzorować w zdumiewający sposób takie legendy, jak „Słoneczniki” Van Gogha, „Pocałunek” Klimta”, „Autoportret…” Fridy Kahlo, „Płaczącą kobietę” Picassa, czy „Autoportret” Leonarda da Vinci. A to tylko niektóre, z wielu wspaniałych arcydzieł.



A co potem? Co, kiedy połączymy już wszystkie kropki? Stworzymy komplet największych dzieł malarstwa? Nic nie stoi na przeszkodzie, by złapać za kredki, farby może, pastele, co lubimy, co tylko chcemy i ożywić je jeszcze bardziej, nadając barw.



W całym tym zamieszaniu łatwo jednak zapomnieć o jednym, istotnym aspekcie. Zachwycamy się dziełami sztuki, więc powinniśmy także zachwycić się pracą, jaką w powstanie niniejszej publikacji włożył autor, Thomas Pavitte. Az trudno uwierzyć, że udało mu się znaleźć sposób by tak niepowtarzalne dzieła tak wielkich artystów przenieść na papier za pomocą tylko 1000 kropek. A jednak!



I cóż więcej mogę dodać. Chyba zostaje mi jedynie – a i to dla formalności tylko, bo nie sądzę by po tym, co już napisałem było to konieczne – zachęcić Was do sięgnięcia po tę książkę i polecić ją z całego serca. Zasługuje na to.



I składam jeszcze serdeczne podziękowania wydawnictwu Insignis, że zechciało udostępnić mi niniejszą pozycję do recenzji.



A jeśli chcecie zobaczyć filmik z łączenia kropek z tej właśnie pozycji, zajrzyjcie koniecznie na stronę wydawcy: http://www.insignis.pl/ksiazki/1000x-polacz-kropki-arcydziela/

środa, 17 lutego 2016

Ultimate Spider-Man, Vol. 15 - Silver Sable Autorzy: Brian MichaelBendis, Mark Bagley i inni




ZE SREBRNĄ SZABELKĄ



Poziom znów szybuje w górę. Wprawdzie otwierający całość „Annual” nierysowany przez Bagleya graficznie jest kiepski, to już scenariuszowo pokazuje poziom. I nie odpuszcza do końca.



Ot potyczka z Rhyno kończy się tradycyjnym zwycięstwem Spidera. Ale wtedy w jego życiu pojawia się Kitty Pride, rzucona przez Bobby’ego. Szansa na przyjaźń czy coś więcej? Szczeglnie, że oboje są sobą zainteresowani, a nade wszystko Parker w jej przypadku nie będzie musiał się obawiać o bezpieczeństwo mutantki, tak jak musiał obawiać się o MJ. Ale problemów także nie brakuje. Tajemniczy człowiek wynajmuje Silver Sable by sprowadziła do niego Spider-Mana. Jednak ofiarą jej i ich ludzi pada… Flash, który po ucieczce staje się medialną gwiazdą…



I znów Spider trafia do tv, ale tym razem za sprawą filmu o Flashu. Ale nie zdradzam nic więcej. Znów jest bowiem wspaniale, dynamiczna akcja i znakomite wątki obyczajowe. Bagley pokazuje co potrafi graficznie, a finał jak zwykle nastraja optymistycznie na kolejny tom. I mam nadzieję, że będzie się działo, bo choć Deadpool, który ma się pojawić to dla mnie nieudana kopia Lobo, to w wykonaniu Bendisa nabrać może w końcu odpowiedniego charakteru.

wtorek, 16 lutego 2016

Ultimate Spider-Man Vol. 14 - Warriors - Brian Michael Bendis, MarkBagley




WOJOWNICY



Czternasty tom. Można już się nieco wypalić, kiedy przyszło ci stworzyć ponad 80 zeszytów jednej serii. I trochę tak jest w tym wypadku, nie mniej zabawa nadal jest znakomita.



W mieście pojawia się Hammerhead i zaczyna wojnę gangów, chcąc przejąć teren Kingpina. Kingpin decyduje się prosić o pomoc Spidera, ale także i podejmuje własne działania, wysyłając Elektrę. Na scenie jednak pojawia się więcej postaci, Iron Fist czy Moonknight, a także powraca nie kto inny, jak Black Cat. I tylko problemy z MJ są wiecznie żywe…



Za dużo tu akcji, za mało osobistych problemów. Nie żeby Peter się ich wyzbył, ale zeszły na dalszy plan i nawet mocny finał, nie jest tak wyrazisty, jak być powinien. Choć sceny z DeWolff na szczęście pokazały klasę i wprowadziły miły akcent.



Rysunkowo znów jest nieco słabiej, ale na poziomie.



Ogólnie więc rzecz ujmując – co tam minusy, i tak warto.

Droga umarłych - Kevin Brooks



TANIEC ZE ŚMIERCIĄ



Kiedy przeczytałem „Candy” Kevina Brooksa, nie mogłem się powstrzymać, by nie sięgnąć po kolejną jego powieść. Spotkanie z twórczością brytyjskiego autora okazało się dużo bardziej niż udane, niedosyt pozostał i tak w moje ręce trafiła „Droga umarłych”. Czy spełniła oczekiwania? Powiem tak – od „Candy” okazała się słabsza, nie mniej to wciąż naprawdę dobra książka, którą czyta się z wielką przyjemnością.



Dziewiętnastoletnia Rachel pewnego wieczoru, po wyjeździe w odwiedziny do przyjaciółki, zostaje zaatakowana, zgwałcona i zabita. Policja znajduje ciało i powiadamia rodzinę, jednak najmłodszy brat zamordowanej, Ruben, nie potrzebuje informacji od żadnych służb. Jako jedyny był świadkiem całego zajścia, chociaż nie znajdował się nawet w pobliżu Rachel – potrafi bowiem czasami widzieć myśli innych, a tego tragicznego wieczoru widział to, co było w głowie siostry. Policja szuka winnego, ale chłopak doskonale wie, że nie mają na to szans – zabójcą nie był nikt żywy… Co jednak dokładnie się wydarzyło i dlaczego, tego chce się dowiedzieć starszy z braci, Cole. Chce także sprowadzić ciało Rachel do domu by móc je pogrzebać, choć policja nie zamierza go wydać dopóki trwa śledztwo. Ruben rusza za nim a ich prywatne poszukiwania zaprowadzą obu do miejsc, jakich się nie spodziewali…



„Droga umarłych” potwierdza talent pisarki Kevina i jego literacką wyobraźnię. Połączenie thrillera z horrorem i nutą fantastyki w postaci paranormalnych zdolności narratora tej powieści wyszło mu całkiem dobrze. Nie oderwał się przy tym od ziemi i od poruszanych tematów. A tematy, choć powieść należy do kategorii young adult przecież, są odważne i potrzebne. W „Candy” była to między innymi prostytucja, tutaj jest to choćby gwałt i zabójstwo – bezpieczeństwo młodych ludzi we współczesnym świecie, jeśli chcieć się w interpretacji posunąć dalej. Podanie podobnych kwestii lekkim stylem bynajmniej nie tworzy sprzeczności. Brooks nawet prostym językiem potrafi przekazać coś w sposób przejmujący i bardzo nasycony emocjami. Jego powieści natomiast nadają się doskonale nie tylko dla młodszej grupy wiekowej czytelników.



Pozostaje mi już więc jedynie polecić „Drogę…” Waszej uwadze i mieć nadzieję, że wkrótce na rynku pojawią się kolejne powieści Kevina Brooksa. Warto bowiem śledzić karierę tego autora i warto dać się porwać światom przez niego kreowanym. Światom brudnym, ale przez ten brud prawdziwym i zarazem pełnym nadziei.



A wydawnictwu Media Rodzina składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

poniedziałek, 15 lutego 2016

Ultimate Spider-Man: Śmierć Spider-Mana - Brian Michael Bendis, MarkBagley, David Lafuente, Sarah Pichelli i inni








To nie tak, że na tytuł nie mam pomysłu – bo mam. Czasem jednak zamiast kilku słów określających całość, lepiej jest milczeć. Uczcić minutą ciszy. Peter Parker, Ultimate Spider-Man, nie żyje. Zginął. Umarł. Został zabity. Jak wolicie. Nie ma go i wbrew temu, czego można by się spodziewać, już nie wróci. Nie ożyje. Zostało nam tylko przeczytać, jak do tego doszło.



Ultimates decydują się szkolić Petera tak, by poradził sobie, jako heros. Niestety pierwsze szkolenie z Iron Manem kończy się na polu walki pomiędzy Black Cat a Mysterio o Klucz Zodiaku – artefakt, który dał władzę Kingpinowi, a który potrafi spełniać wolę posiadacza. Efekt jest katastrofalny, ale prawdziwa katastrofa dopiero nadchodzi. Z Triskelionu uciekają Osborn, Kraven, Dock Ock, Electro, Sandman i Vulture. Cel – zamordować Petera. Niestety Spider-Man nie może liczyć na pomoc herosów, wybucha bowiem wojna między Ultimates. Zaczyna więc walkę o przetrwanie, na które nie ma co liczyć…



Ten komiks to był strzał w dziesiątkę. Uśmiercić jednego z najbardziej lubianych bohaterów i zarazem uśmiercić tak, by już nigdy nie wrócił. Od tego momentu minęło 5 lat i Parker nie powrócił zza grobu a to dobrze świadczy o Bendisie i jego twórczości. Można by powątpiewać, czy ogłoszenie już w tytule, że Peter umrze to dobre rozwiązanie, ale ewentualne głosy przeciw takiemu podejściu do tematu milkną bardzo szybko. Chwyt reklamowy? Owszem. Podniesie się sprzedaż? Pewnie. Ale Bendis pokazał coś jeszcze – wiemy, że śmierć nadciąga, każdy moment zbudował więc tak, by wypełniały go emocje. MJ wraca do Parkera, J. Jonah Jameson jest gotów zrobić dla niego wszystko w ramach podzięki za ocalenie życia. Kapitan Ameryka jest jemu przeciwny. Każda z tych relacji to mały brylant wypełniony smutkiem, bo wiemy co nadciąga. Wiemy co będzie. Chcemy do ostatniej chwili łudzić się, oszukiwać, mieć nadzieję, bo przecież pojawia się pomoc, bo Peter jakoś sobie radzić, bo… bo… Ale nadziei nie ma. I to przejmuje do głębi.



Bendis doskonale rozkłada akcenty. Akcja jest poprowadzona z mangową niemalże dynamiką. Czułe chwile trafione są w punkt. Spokojne momenty… tych prawie już nie ma. Od połowy jest tylko jedna wielka walka z czasem. Pojedynek, który wyczerpuje i bohaterów i nas. Potem zostaje już tylko smutek.



Szkoda jednak pewnej konkretnej rzeczy, a mianowicie tego, że nie dane nam było poczytać „Avengers vs. New Ultimates” Millara, który to album stanowi wyjaśnienie całej wojny herosów, która jest przecież jednym z istotnych, choć nie wyjaśnionych aspektów „Śmierci…”.



Graficznie komiks stoi na wysokim poziomie. Wprawdzie początek (po świetnym wstępie, kojarzącym się z początkowymi scenami „Z jak zagłada”) kuleje, kiedy Sarah Pichelli sobie radzi, szczególnie w przypadku tła i twarzy, jest ok, to jednak Spider i Iron wypadają blado. Dalej przez chwilę jest gorzej, kiedy to Chris Samnee przejmuje ołówek, ale gdy na scenę wraca Bagley, pokazuje co potrafi. Przez trwanie „Ultimate Spider-Mana” różnie z jego kreską bywało, często okazywała się zła, w tym albumie jednak, jakby także i on chciał oddać hołd Peterowi, wspiął się na wyżyny. Nie boi się czerni, nie unika szczegółów. Po prostu urzeka. Podobnie, jak z głową położony kolor.



To wszystko, plus znakomite wydanie w świetnej cenie, doprawione wstępem streszczającym najważniejsze wątki, sporą galerią (w tym ilustracją Quesady, która stanowi przejmujący epilog całości) i dodatkiem opowiadającym o genezie i ewolucji całego pomysłu, sprawiają, że ten album to absolutne musisz-to-mieć nie tylko dla fanów Spider-Mana, ale komiksów w ogóle. Poza tym ostatnie miesiące, jak i te, które nadejść dopiero mają, to zdecydowanie dobry czas dla Pajęczaka. W zeszłym roku mieliśmy okazję przeczytać śmierć Petera na łamach Amazing Spider-Mana, teraz mamy okazję regularnie sięgać po przygody „Superior Spider-Mana”, a już za nieco ponad miesiąc „Wielka kolekcja komiksów Marvela” szykuje nam „Nigdy więcej Spider-Mana” z klasycznymi zeszytami z lat 60 (numery 44-50). Co dalej? Gościnne występy Petera, ale także i w przyszłości mam nadzieję, że czeka nas „Śmierć Stacych”, która wyszła w Anglii w ramach WKKM jako tom 98, „Spider-Man Tem-Up” (tom 91) czy „Spider Island”… Jeśli tylko będą po polsku, a myślę, że tak, jest na co ostrzyć sobie zęby. I polecać już teraz.



Ale póki co polecam „Śmierć Spider-Mana” i zamiast jakiegoś słowa końcowego, poświęcam mu minutę ciszy



Ultimate Spider-Man, Vol. 13 - Hobgoblin - Brian Michael Bendis, MarkBagley




„WESOŁY” GOBLIN



Duet Bendis/Bagley znów uderza z całą mocą, by uwieść czytelników i pokazać historię, która emocjami osobistymi wgniata w fotel!



Peterowi nie układa się z MJ. Boi się o jej życie, po śmierci Gwen nie umie znaleźć sobie miejsca. Wszystko pogarsza powrót Harry’ego Osborna, który nie dość, że zna tożsamość Spidera to jeszcze obwiania go o śmierć ojca – pomimo iż Norman wciąż żyje. Na domiar złego wychodzi na jaw, że on i MJ chodzili ze sobą, o czym Peter dotychczas nie miał pojęcia. Rozdarty między miłość, a pretensję, między odpowiedzialność za innych, a solidarność z przyjacielem, staje do walki w przemienionym w Goblina Harrym, starając się zarazem chronić niewinnych, jak i uratować życie jemu…



Super, super, super! Emocje, klimat i te życiowe kłótnie pary! Świetny scenariusz, udana grafika i ten niedosyt, jaki zostaje po lekturze…



Polecam!

Facet z prostą instrukcją obsługi - Agata Mańczyk



KSIĄŻKA Z PROSTYM PATENTEM NA ŚWIETNĄ LEKTURĘ



Ich trzech, ona jedna i szkolne problemy. Typowa powieść dla młodzieży? Być może, ale jakże przyjemna to zarazem lektura i, co najistotniejsze, bardzo trafna. A nade wszystko podana w dobry, daleki od infantylności sposób.



*Zawsze daleko im było do spokojnych, poukładanych gimnazjalistów. A to ogolili kota, a to nielubianą dziewczynkę wymazali gencjaną. Chcieli się dobrze bawić, czasem zapalić papierosa, czasem łyknąć piwa. Czejen mieszka sam, rodziców muzyków praktycznie nie ma w domu. Emeryt pozornie jest ułożony, spokojny, ale daleko mu do wizerunku, jaki chciałyby jego histeryczna matka i babka. Sznita zaś, syn policjanta, przeciw któremu chętnie się buntuje, jest cynicznym mistrzem słowa, które potrafi przekonać każdego do największej głupoty. Łobuzerka to ich radość, lecz pewnego dnia przychodzi kres ich szaleństwa. Szeroko zakrojona akcja podczas szkolnego apelu z początku idzie doskonale. Pomalowane samochody nauczycieli, przerobione zdjęcia ciała pedagogicznego zdobiące transparent, śmiechy uczniów… Gdyby tylko nie zostali przyłapani, żart udałby się idealnie, ale niestety. Porażka wymusza na nich posłuszeństwo, chęć buntu zaczyna być tłumiona. A tu na dodatek pojawia się ona. Zgaga. Bogini w ludzkiej skórze, ideał dziewczyny, o którą Czejen i Emeryt gotowi są skakać sobie do gardeł. Zgaga. Dziewczyna, którą niegdyś wymazali gencjaną…

Tak zaczyna się najdziwniejsze pół roku ich życia, które odmieni całą trójkę już na zawsze…



Ten opis mówi doskonale sam za siebie. Awanturnicza wręcz fabuła, bohaterowie dalecy od bycia wzorami do naśladowania i problemy, jakie nękają każdego nastolatka – miłość, dziewczyny, zainteresowanie ich walorami. Agata Mańczyk w świetny i prawdziwy sposób pokazała nastoletnich facetów. Nie ma tu słodzenia, nie ma naiwności, oczywiście nie ma też przesadnej ostrości – powieść wyważona jest dla wieku docelowego odbiorców. Jest za to dużo dobrej i niegłupiej zabawy dla czytelników w wieku gimnazjalnym i licealnym. Choć oczywiście wiek odbiorców, to jak zawsze sprawa umowna i powieść przypadnie do gustu każdemu, kto celuje w tym właśnie gatunku. Lekko napisana, przyjemna w odbiorze. Właściwie czyta się sama.



Dlatego też, bez przedłużania, polecam serdecznie.



A wydawnictwu Nasza Księgarnia składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Karolina Korwin Piotrowska - Krótka książka o miłości



KSIĄŻKA Z MIŁOŚCI DO FILMÓW



Kiedy kocha się filmy, nie tylko chce się je oglądać. Gdy widz zostaje wciągnięty przez jakiś obraz kinowy, chce jak najbardziej przedłużyć ta przyjemność. Kupić wydanie dla kina domowego, sięgnąć po książkę, jeśli takowa powstała. Często chce poczytać o filmie, albo podzielić się swoimi wrażeniami. I z takiej właśnie chęci i pasji powstała „Krótka książka o miłości”. I niech nie zmyli Was tytuł – krótka oznacza w tym wypadku niemal 700 stron!



Książek o filmach jest wiele. Odnoszące się do wybranego- gatunku, ułożone tematycznie czy według innych kryteriów. Co więc ma do zaoferowania w tym temacie Karolina Korwin-Piotrowska? Przede wszystkim inne nieco podejście. Wystarczy spojrzeć na listę omawianych przez nią tytułów by zadać sobie proste pytanie: według jakiego dobrała je kryterium. „Gwiezdne Wojny”, „Brudny Harry”, „Drive”, „Cztery wesela i pogrzeb”, „Gwiazd naszych wina”, „Zgaga”, „Tajne przez poufne”... Nie są to ani przedstawiciele jednego gatunku, ani nie reprezentują także żadnej konkretnej szkoły filmowej. Różni twórcy, różni aktorzy, różne daty powstania, tu nawet kultowe obrazy przeplatają się z tymi, które nie zdobyły ani większego statusu ani szczególnie wielkiego rozgłosu. Co więc jest wspólnym ich mianownikiem? Odpowiedź jest oczywista – każdy z nich w jakiś sposób trafił do autorki i wiele dla niej znaczy. I tym dzieli się ona z nami, zachęcając do sięgnięcia, przekonania się, może odkrycia czegoś wspaniałego.



Czy to książka tylko dla kinomanów? Ani trochę. Czytelnik nie musi znać się na temacie, bo i nie atakuje go Korwin-Piotrowska terminologią znaną tylko nielicznym. Nie ma tu także typowo krytycznego spojrzenia na kino, wielkich słów i wielkich analiz. Jest pasja i miłość, a te przemawiają do każdego, komu kino nie jest obojętne. Oczywiście nie brak także bardziej profesjonalnej perspektywy, która satysfakcję przyniesie także znawcom tematu, przede wszystkim jednak jest to pozycja nie dla wąskiego grona odbiorców, a po prostu dla każdego.



Zamiast jednak wdawać się w głębszą analizę książki, zrobię to, co zrobiła sama autorka – opowiem o moich uczuciach. Kino to pasja równie dla mnie wielka, jak książki. Filmów obejrzałem więcej, niż przeczytałem powieści, nie ukrywam, ale to głównie zasługa różnicy czasu, jakiego wymagają oba media. Kocham więc filmy oglądać, ale i o nich czytać. Dowiadywać się rzeczy, których nie dostrzegłem, poznać zdanie zbieżne z moim, ale też i odmienne. „Krótką książką o miłości” pokazała mi autorka często inną perspektywę i wnioski, a własnymi wspomnieniami przywołała emocje, które czułem pierwszy raz stykając się z danym obrazem. I choć nie zawsze się z nią zagadzałem, zawsze jej zdanie doceniałem, a kilka polecanych przez nią filmów, których jeszcze nie miałem okazji zobaczyć, chętnie poznam, gdy nadarzy się taka okazja.



I cóż jeszcze mogę dodać? Jeśli lubicie kino, sięgnijcie koniecznie. „Krótka książka o miłości” to solidna, filmowa lektura, przyjemnie napisana i wzbogacona o wcale niemałą porcję zdjęć, lektura, którą czyta się szybko i chętnie wraca by po seansie omawianych w niej filmów, skonfrontować raz jeszcze to, co się zobaczyło, ze słowami autorki. Polecam więc gorąco.



A wydawnictwu Prószyński i S-ka składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

niedziela, 14 lutego 2016

Ultimate Spider-Man Vil. 12 - Superstars - Brian Michael Bendis, MarkBagley




GWIAZDORZY



Oto jeden ze słabszych tomów serii. Nie żeby Bendis stracił werwę, bowiem wątki obyczajowe urzekają, ale tym razem akcja zawodzi, a humor nie powala na kolana.



To, co otrzymujemy to tak naprawdę trzy, luźne opowieści tylko właśnie życiem osobistym ze sobą złączone. W pierwszej z nich Peter odkrywa, że jest w ciele Wolverine’a, podczas, gdy Wolvie trafił w jego ciało. Wątek jak z dziesiątków filmów i „Archiwum X” jest w tym wypadku przewidywalny i niespecjalnie śmieszny, choć finał z wyznaniem MJ ma swój urok.

W drugiej opowiastce Johnny Storm z powodu nie skończenia liceum, trafia dokończyć edukację do szkoły Petera i zaczyna spotyka się z jedną z doskonale znanych nam postaci. I tu jest lepiej. Ciekawiej.

Całość kończy udana, ale także nie do końca spełniona opowieść o tym, jak Ben Urich na rozkaz JJJ zabiera Petera w teren – zrobić artykuł o Dr. Strange’u. Spotkanie to przejdzie oczekiwania wszystkich…



Mam takie wrażenie, jakby ten tom, po serii tragedii i ważnych kwestii, miał być swoistym wytchnieniem. Odpoczynkiem. Szkoda trochę, nie mniej nadal bawiłem się znakomicie i bez wahania gotów jestem polecić każdemu  lubiącemu tą serię.

sobota, 13 lutego 2016

Ultimate Spider-Man, Vol. 11: Carnage - Brian Michael Bendis, MarkBagley




RZEŹ



Pamiętam początki serii Ultimate. Ileż to było kontrowersji, kiedy kolejni bohaterowie stawali się bohaterami opowiedzianymi na nowo pod szyldem U, ileż pytań, czy Marvel ostatecznie zastąpi tak stare serie i ile dociekań, co znajdzie się ostatecznie z doskonale znanych już fabuł, które Bendis i Millar zamierzali odtwarzać po swojemu. W przypadku Spidera Bendis powiedział wówczas, że chce przyziemnych opowieści. Żadnych kosmicznych symbiontów, żądnych klonów… Venoma uczynił eksperymentem medycznym, a więc trzymał się swojego postanowienia. Do czasu…



Relacja między Peterem, MJ i Gwen zagęszcza się od kiedy Stacy wie o tym, kto kryje się pod pajęczą maską. Niestety kolejne pojedynki, w tym m.in. z Punisherem sprawiają, że ciało Petera wzbogaca się o kilka nowych ran. Nie chcąc mieszać w to ukochanej, którą urazy przyprawiają o mdłości, Parker udaje się po pomoc do doktora Curta Connersa. Nie wie, jak bardzo odmieni to jego życie. Conners decyduje się zbadać pozostawioną przez chłopaka krew, a zaintrygowany wynikami namawia go na eksperyment, który ma pokazać prawdę o mocach Pająka i tym, co zachodzi w organizmie Parkera. Peter nie jest jednak świadomy, że Conners wraz ze swoim pomocnikiem Benem Reillym posunie się za daleko, a wychodowana z krwi Petera istota, klon, stanie się zagrożeniem nie tylko dla mieszkańców NY, ale przede wszystkim bliskich Parkera…



Ben Reilly, Carnage, Punisher, Jaszczur, Jean De Wolff… Oj zaczyna się dziać i to ciekawie. Sprzeniewierzenie własnym zasadom, które miały uchronić serię od tego, co głupotą niemal pogrążyło starego „Amazing Spider-Mana”? A może doskonały pomysł, by wbrew pierwotnym zamierzeniom uczynić tę jedną z największych Pajęczych Sag wreszcie należycie znakomitą opowieścią? Cokolwiek przyświecało Bendisowi przy pisaniu tego tomu (a wierzę, że jest to druga opcja), udało mu się znakomicie. Wyważenie pomiędzy akcją, a momentami spokojnymi, prywatnymi, intymnymi wręcz, ciekawe rozwiązania fabularne i solidne retardacje uczyniły z tego komiksu kawał świetnej historii obrazkowej z porcją wzruszeń. A do tego wreszcie okazuje się co takiego Flash chciał od kilkunastu zeszytów od Petera.



Pod względem graficznym też jest ok, choć Bagley w tej serii nie jest u szczytu formy. Nie mniej radzi sobie, oferuje więcej czerni, a Carnage w jego wykonaniu (plus świetne sceny z kominem, pamiętane z pierwszej sagi klonów) to naprawdę udana robota.



A więc? Polecam gorąco. I mam ochotę na więcej.

Ultimate Spider-Man Vol. 10: Hollywood - Brian Michael Bendis, MarkBagley




HOLLYŁÓDŹ



Po nieco słabszym, choć nadal przyjemnym tomie 9, nasz Ultimatyczny Spider-Man ;) powraca w jednym z ciekawszych volume’ów oferując dużo świetnej zabawy, konkretną akcję, wątki obyczajowe, których ostatnio zabrakło a nawet… porcję satyry!



Gdy ciocia May wyjeżdża do krewnych, Peter i Gwen zostają sami w domu. I mogło być pięknie, mogło być spokojnie, szczególnie, że jak się wkrótce okaże MJ zniesiony został szlaban a sytuacja z ojcem wyklarowała się naszej rudowłosej, gdyby nie włączenie tv. Jak podają media, w NY trwa bowiem przenoszenie na ekran losów Spider-Mana! Sam Raimi za kamerą, Tobey w roli głównej, żona Otta konsultantką… To się nie może dobrze skończyć. Peter jest wściekły, zjawia się na planie jako Spider-Man, ale co gorsze to właśnie on będzie musiał ratować znienawidzoną produkcję przed atakiem oszalałego Doc Ocka…



Jest tu wszystko, co być powinno! Dynamiczna nawalanka, że powiem tak kolokwialnie, nieco miłości, dużo żartów, sporo przełomowych momentów (ktoś nowy odkryje tożsamość Spidera) i mnóstwo świetnej zabawy. Ta zaś płynie przede wszystkim z ukazania filmowych kulis i dyskusji autentycznych ludzi pracujących przy filmowym „Spider-Manie”, który w 2002 roku wszedł do kin.



Graficznie też jest nieźle. Albo to zasługa złego wrażenia, jakie wywarło „Ultimate Six” albo Bagley się poprawił, ale na komiks patrzy się miło i tego się trzymam.



Całościowo to jedna z lepszych historii USM, a na dodatek kolejny tom zapowiada się znakomicie.

piątek, 12 lutego 2016

Ultimate Spider-Man Vol. 9: Ultimate Six - Brian Michael Bendis, TrevorHairsine, Mark Bagley, Joe Quesada




OSTATECZNA SZÓSTKA



Ten tom Spider-mana to nie tak do końca historia o nim. Bendis stworzył miniserię, która miała przywołać jedno z ważniejszych zdarzeń Spiderowych serii, czyli powstanie Złowieszczej Szóstki. Zrobił to jednak po swojemu, samodzielnie, ale też na tyle złożenie, by w wydaniach tomowych pojawiła się ta historia, jako kolejny numer USM. A jak w jego wykonaniu wygląda szóstka? Tak, że składa się z pięciu członków i korzysta z metod… Cóż, przeczytajcie sami.



Z więzienia uciekają oni. Norman Osborn, Kraven Łowca, Electro, Sandman i Doc Ock. Rządni zemsty, gotowi, zabijać ale też i poinformowac media o przetrzymywaniu ich wbrew prawy, bez procesu, zaczynają wojnę z Furym i Spider-manem… Tylko kto będzie ich szóstym członkiem?



To, co składa się na ten tom to głównie walka i kilka trafnych spostrzeżeń. Działania tych złych, jako dyplomatyczny szantaż to strzał w dziesiątkę. Gorzej jednak jest z zaniedbaną sfera osobistą postaci, czyli najlepszymi motywami USM, jak i ze stroną graficzną. Rysownicy są tu znani i znakomici, a jednak całość nie zachwyca. Szczególnie Peter, który zamiast być tym, kim był zawsze, stał się jakby zahukanym nastolatkiem, który boi się właściwie wszystkiego. To nie wina scenariusza, ten jest znakomity, ale rysunki czasami naprawdę zabijają to, co napisze autor.



Abstrahując od minusów to po prostu kolejny znakomity komiks Bendisa. Nie powala na kolana, ale na to przyjdzie jeszcze czas, bo Peter rusza właśnie… na plan filmowy!

Wigilijne psy i inne opowieści - Łukasz Orbitowski



WŚCIEKŁE PSY



Od dnia, w którym po raz pierwszy wydano „Wigilijne psy”, trzeci w karierze Orbitowskiego zbiór opowiadań, mija w tym roku jedenaście lat. Przez tan czas początkujący wtedy autor nie tylko zyskał popularność, ale także i uznanie krytyków, czego zwieńczeniem było przyznanie mu właśnie „Paszportu Polityki”. Wydawnictwo SQN zaś zdecydowało się przypomnieć nam „Wigilijne psy” w nowym poprawionym i nieco rozbudowanym wydaniu. I trzeba przyznać, że jest po co sięgnąć.



Ten zbiór jest jak opowiadanie, któremu zawdzięcza swój tytuł. W „Wigilijnych psach” ojciec bohatera pewnego dnia pakuje do worka nadprogramowe szczeniaki, te, których nie udało mu się rozdać, żeby utopić je w pobliskim nurcie. Jeszcze obiecuje synowi porozmawiać z nim po powrocie, nie wraca już jednak, woda porywa go, jak psy, które chciał uśmiercić, ciało zaś pozostaje nieodnalezione. I podobnie jest z całą książką. Orbitowski niby ojciec bohatera, wrzuca do worka swoje wczesne prace i idzie z nimi do czytelników. Straszyć, przestrzegać, porwać niczym spieniona wodna kipiel i cisnąć tam, gdzie nie spodziewali się znaleźć, oferując tajemnicę, grozę i prostą, polską codzienność podane charakterystycznym dla niego językiem.



Opowiadania Orbitowskiego pod pewnymi względami przypominają krótkie formy Stephena Kinga. Przenoszenie dawnej grozy na nowe grunty i w nowe czasy czy rozłożenie akcentów przypominają Króla Horroru. To, co przede wszystkim rządzi w owych tekstach to normalność. Polska codzienność. Fantastyka czy też groza schodzą jakby na dalszy plan, a jednak są cały czas obecne. Czuć je w nastroju wypełniającym strony, w bohaterach, wreszcie w samym klimacie, który niezależnie od tego czy akcja rozgrywa się w środku nocy czy przy słońcu w zenicie, zawsze jest duszny, przytłumiony. Niby jest światło, ale panuje półmrok. Jak w amatorskim filmie porno nakręconym gdzieś w starej piwnicy – skojarzenie nie pozbawione słuszności, skoro Orbitowski o seksie (choć nie samym akcie) pisze nader często. I nader często używa także wulgaryzmów, ale wulgaryzmów uzasadnionych, pasujących do całości.



Od nowych opowiadań, jakie autor wypuścił na rynek w ostatnim czasie, „Wigilijne psy” różni niewiele. Powstały z ręki młodego buntownika, są zadziorne, czasem nieokrzesane, ale już z własnym stylem i charakterem. To trochę takie wściekłe psy. Gryzące, ale nadające się doskonale na towarzyszy. Ciekawie poprowadzone, czasem nieco tylko dające odczuć, że wyszły spod ręki debiutanta niemal (otwierający, przypominający „Nocny pociąg z mięsem” tekst), znakomicie napisane, wciągające, intrygujące i przekonujące, że warto Orbitowskiego poznać.



Sięgnijcie więc koniecznie, jeśli lubicie dobrą, swojską fantastyką. Zbiór w księgarniach pojawi się już 17 lutego, a dla wszystkich, którzy zakupią powieść wydawca przygotował ciekawy bonus – dodatkowe opowiadanie w wersji cyfrowej. Polecam.



A wydawnictwu SQN składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

czwartek, 11 lutego 2016

Zaginiony ocean. Koloruj, ozdabiaj, znajdź ukryte skarby - JohannaBasford



ZATONĄĆ W OCEANIE KOLOROWANEK



Johanna Basford to jedna z ciekawszych i oryginalniejszych autorek kolorowanek dla dorosłych. Jej najnowsza pozycja z tego gatunku, „Zaginiony ocean”, który już 17 lutego ukaże się nakładem wydawnictwa „Nasza księgarnia”, wykracza poza ramy zabawy tylko kolorami. Co autorka oferuje tym razem? Interaktywną zabawę i kilka niestandardowych ilustracji, które potrafią uwieść.



Jak wskazuje na to tytuł, w najnowszej książce Basford zabiera czytelników/kolorystów na dno oceanu, gdzie czekają na nich ławice ryb, splątane wodne rośliny, muszle, bajkowe zamki a nawet syreny. A pośród tego wszystkiego, wśród koralowców i wraków dawno zapomnianych statków, czają się prawdziwe skarby. Czy znajdziecie je wszystkie i przekonacie się, jakie tajemnice skrywa ocean?



Skomplikowanie grafik w tym wypadku znajduje się na całkiem wysokim poziomie. Są oczywiście prostsze rysunki, w sam raz dla początkujących, nie mniej to właśnie stali „koloryści” stanowią grupę docelową niniejszej publikacji. Ludzie, którzy uwielbiają z kredkami czy mazakami zanurzyć się w świat kolorów i doskonale wiedzą już co i jak robić. Znaczna część ilustracji, jakie do zaoferowania ma „Ocean…” to plansze zajmujące po dwie strony książki. Kiedy spojrzeć na ich miniaturki zamieszczone na końcu książki, pod wieloma względami przypominają fraktalne struktury. Skomplikowane, powtarzalne, a jednak zróżnicowane. Niektóre zajmują mniej miejsca na stronie, jakby zachęcając by czytelnik dodał w nich coś od siebie, są też takie, które szczelnie wypełniają swoje plansze, wymagając dużej uwagi i dużo czasu. Na dodatek jest tu także dwustronna rozkładówka, dla wszystkich tych, dla których nawet największe wcześniejsze obrazki były za małe. I dla tych, których pokolorowane już ilustracje rozbudziły apetyt na coś większego.



Jeśli ktoś więc lubi antystresowe, pobudzające artystyczną duszę i uwagę, jakże modne i rozchwytywane pozycje, „Oceanem…” będzie zachwycony. Czeka tu na niego zabawa na wiele dni i o to właśnie w tym chodzi. A że na dodatek mamy też sporą porcję szukania szczegółów, jest się tylko z czego cieszyć.



Polecam.



A wydawnictwu Nasza Księgarnia składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.



Poniżej kilka wybranych ilustracji z „Oceanu…” pochodzących ze strony wydawcy:

   

środa, 10 lutego 2016

Star Wars Komiks 1/2016 - Księżniczka - Mark Waid, Terry Dodson, GregRucka i Marco Checchetto




(F)LEIA



Ciężko mnie nazwać fanem SW, ale na pewno można powiedzieć o mnie, że jestem fanem komiksów. Nie żebym SW nie lubił, bo tak nie jest. Doceniam tak filmy, jak i ich wpływ na kinematografię, ale znam całe mnóstwo o wiele lepszych dzieł – i to w gatunku SF czy Kina Nowej Przygody. Poza tym od kina – i właściwie każdej innej formy rozrywki – oczekuję czegoś więcej, niż tylko zabawy. Ale zostawmy to. Komiksy czytam z miłości, a że SWK to w chwili obecnej jedyne, co można dostać w kioskach poza komiksami stricte dla dzieci, sięgam po nie. W ostatnim czasie doszły do tego znane nazwiska. Gorące teamu tworzące poszczególne historie. Niestety, choć pierwszy numer spełniał oczekiwania rozbudzone grupą twórców, o tyle kolejne, w tym i ten właśnie, który teraz omawiam, podtrzymały tylko moje zdanie, że komiksy SW to jednak jedna z najniższych komiksowych półek.



A mogło być pięknie. Na ten numer złożyły się dwa komiksy. Pierwszy, o misji Lei, która po zniszczeniu Aldeerana szuka niedobitków by ocalić swój naród, napisał Mark Waid. Człowieka tego znamy z „Przyjdź królestwo” – i właściwie każdej serii DC i Marvela – ale także i „GateCrashera” i to właśnie to ostatnie „dzieło”, miałkie dość i bez polotu, przypomina najbardziej „Leię”. Bo co w „Lei” niby takiego jest? Sztampowa akcja, kilka ciekawych scen i brak spójności postaci. Przeczytałem, zapomniałem i pewnie nie wrócę więcej.

Graficznie ta część też jest słaba. Dodson to człowiek, którego nie zbyt lubię, bo nie pasuje do poważnych treści, ale do którego mam sentyment ze względu na ilustracje do znakomitych (scenariuszowo oczywiście) albumów „Trouble”, „Marvel Knights Spider-Man” (oba napisane przez Marka Millara) czy „Spider-Man/Black Cat: Evil That Men Do” (sc. Kevin Smith). Tu nawet pasuje, ale…



Całość ratuje dodatek. Ekipa, która za niego się wzięła, to ta sama, która stworzyła jakiś czas temu nowe przygody Punishera. Co jednak ważniejsze scenarzysta, Greg Rucka, to człowiek, który na koncie ma całą masę najważniejszych nagród branży i znakomite albumy z Batmanem, Supermanem czy Spider-Manem oraz doskonale znany tak z filmowej adaptacji, jak i listy 100 komiksów wszech czasów – „Whiteout”. I jego scenariusz do wstępu do „Przebudzenia mocy” to kawał niby prostej, ale jakże świtnie pokazanej fabuły. Otwierająca sekwencja walki, święto po zwycięstwie na Endorze, osobiste emocje i mniejszy, niż wszędzie patos.

Także graficznie jest udanie, bo Marco Checchetto to nie jakiś pośledni wyrobnik, a autor znający się na swoim fachu. Jego Spider-Man należy do moich ulubionych ostatnich lat, a SW spod jego ręki wyglądają urzekająco. Niestety przerabianie zdjęć twarzy aktorów na rysunki czasem psuje pełen detali zabaw światłem i cieniem efekt.



Podsumowując jednak całość, sięgnąć jest warto. Po pierwsze dla nazwisk, po drugie dla fajnego wydania w dobrej cenie, po trzecie, bo to w końcu nie najgorszy komiks, łatwo dostępny i mogący stać się początkiem przygody z tym medium.