czwartek, 31 marca 2016

Wojna - Gro Dahle, Kaia Dahle Nyhus



MAMA I TATA NA FRONCIE



Wojna ma wiele odcieni. Może objąć cały świat, może także toczyć się lokalnie, ale też i w bardziej kameralnej atmosferze. Bo i samych wojen mogą być różne rodzaje. Niezależnie od tego, jaki jest to konflikt, ofiar nie brakuje nigdy. Nawet jeśli jest to jedynie wojna prowadzona w domu przez jej mieszkańców.



W takiej sytuacji znajduje się nagle mała Inga. Do tej pory wszystko było dobrze, mieszka bowiem w bezpiecznym kraju, gdzie wojna to jedynie pojęcie znane z telewizji i prasy. Ale nadchodzi czas zmian, a dziewczynka stanie się ofiarą konfliktu bliższego, niż wszystkie inne, bo konfliktu którego stronami są jej rodzice. Tu nie ma widocznych bomb i zasieków, ale te mentalne są równie realne, jak zimny metal. Mury stawiane przez wzajemne pretensje, ostrzał prowadzony kłótniami, bombardowanie rozbitymi na odłamki talerzami. Jak na prawdziwej wojnie, tak i w przypadku rozpadającego się związku dwojga ludzi cierpią przede wszystkim nie oni, a ci najbardziej niewinni – dzieci. Po której stronie ma opowiedzieć się mała Inga, która znajduje się na granicy, na linii demarkacyjnej? I jak otrząsnąć się po upadku ostoi spokoju i bezpieczeństwa, która zdawała się być niezniszczalnym fundamentem wszystkiego?



Ta książka jest poniekąd jak jej mała bohaterka: na granicy. Na granicy prozy i poezji, balansuje w wyważony sposób pomiędzy poważną i ważną treścią, a sposobem prezentacji odpowiednim dla dzieci. Na granicy jest też balans pomiędzy tekstem a ilustracjami. Ilością miejsca dominuje grafika, stanowiąca tło dla treści, a jednak jest ona tylko dodatkiem. Bo liczy się przede wszystkim słowo pisane i to, co ze sobą niesie. A niesie naprawdę wiele. Gro Dahle, norweska pisarka i poetka, upodobała sobie trudną tematykę przemocy w rodzinie i rodzinnych problemów. I choć pisze o nich prosto, tak by zrozumiały ją dzieci, nie jest to pisanie infantylne. Wręcz przeciwnie. Psychologiczny realizm i prawda zawarta w obrazowych opisach, jakie dominują w jej utworach, spotkały się z uznaniem tak ze strony czytelników, jak i krytyki, a nawet rodzimego ministerstwa kultury. I „Wojna” doskonale pokazuje wszystkie te aspekty jej twórczości, stanowiąc zarówno materiał przestrzegający przed podobnymi sytuacjami, oswajający z nimi, ale zarazem posiadając też pewien wymiar terapeutyczny.



W stronie graficznej dominuje prostota kreski i koloru. Jednym się ona spodoba, innym nie, ale -niezależnie od wrażeń ogólnych, „Wojna” posiada kilka ilustracji, które przemówią nie tylko do dzieci, ale także i dorosłych. I wywołają wiele emocji i przemyśleń.



Efekt całościowy jest naprawdę mocny i godny polecenia. Szczególnie, że temat to ważny i potrzebny w literaturze także dziecięcej.



A ja dziękuję wydawnictwu Ene Due Rabe za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Czarny kwiat - Young-ha Kim



KOREA W… MEKSYKU?



Tego typu fakty historyczne są zazwyczaj mało znane. Przeznaczone bardziej dla konkretnego grona osób zainteresowanych tematem, które nie należy przecież do szczególnie wielkich. A szkoda, bo jak pokazuje powieść „Czarny kwiat”, fascynujące to rzeczy i warte poznania niezależnie od tego, czy temat leży w sferze zainteresowań czytelnika czy jest mu zupełnie obojętny.



Początek dwudziestego wieku. Rok 1904. Konsekwencje zakończonej wojny Japońsko-Koreańskiej sprawiają, ze tysiące Koreańczyków opuszczają własny kraj, by szukać szczęścia gdzieś indziej. Ich podróż doprowadza ich na nowy kontynent. Południe Ameryki wita ich nie tylko upalnym klimatem, ale też i olbrzymią odmiennością kulturową. Bogaci, biedni, różni stanem i mentalnością, wszyscy ci ludzie stają u progu nieznanego, by zmienić swój los. Jak przywitała ich ta nowa ziemia? Jakie życie czekało na nich w Meksyku i jaki wpływ na Koreańczyków wywarła rewolucyjna natura tego kraju?



Young-ha Kim oferuje nam poznanie fragmenty koreańskiej historii, o którym głośno się nie mówi, a którego nietypowość to jego największa siła. O Korei w czasach obecnych słyszy się ze względu na napięcia między Północą i Południem, na myśl o tym kraju większość ma przed oczami obraz dyktatury i mniej lub bardziej udanych prób rakietowych, a jednak przeszłość rozdartego na dwoje państw kryje w sobie wiele fascynujących sekretów i jeden z nich odkrywa przed czytelnikami „Czarny Kwiat”. Jaka jest ta książka Kima? Nie jest na pewno opracowaniem historycznym, choć o historii traktuje. Nie jest też fikcją, chociaż do tematu podchodzi z przygodowym zacięciem. Najlepiej chyba byłoby określić ją mianem fabularyzowanego dokumentu, bo takiej formule jest najbliższa. Ale nie bójcie się wszyscy czytelnicy dostający dreszczy niechęci na myśl o literaturze faktu: „Kwiat…” to w końcu powieść z całym inwentarzem tego gatunku. I przy okazji powieść lekko i przyjemnie napisana. Ciekawym stylem i podejściem do tematu.



Chcecie intrygującej, orientalnej książki w sam raz dla spragnionych i fikcji i prawdy, „Czarny kwiat” to dobra propozycja. Tak samo jak do tego, by to z nią zacząć przygodę z literaturą koreańską.



A ja dziękuję wydawnictwu Kwiaty Orientu za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Żubr Pompik. Zapach wiosny - Tomasz Samojlik



WIOSNA ŻUBRA POMPIKA



 „Żubr Pompik i zapach wiosny” wchodzi na nasz rynek w nowym wydaniu równocześnie z pierwszy tomem przygód tego przesympatycznego bohatera. Tak, jak to było w przypadku znakomitych „Tropów na śniegu”, tak i tutaj zabawa, która uczy, a może nauka, która bawi, wciąga tych większych i tych mniejszych czytelników w niezwykły świat rodzimej przyrody.



Tym razem Pompik nie jest już najmniejszym żubrem w puszczy ani nie brakuje mu towarzystwa. Obie te role przypadły młodszej siostrze Pompika, Polince, która wraz z nim chętnie oddaje się psotom i odkrywczym zabawom na żubrzej polanie. Kiedy nadchodzi wiosna i życie w lesie zaczyna budzić się do życia, a świat znów nabierać barw. Z nową porą roku przybywa także dźwięków i zapachów, skąd się jednak biorą i co oznaczają? To trzeba odkryć!



I tak oto młody czytelnik, w towarzystwie Pompika i jego siostry – a przy okazji też i całej zwierzęcej ferajny zamieszkującej puszczę – wyrusza w podróż nie tyle przez konkretne miejsca, ile przez samą porę roku i jej dziwy, tajemnice i uroki. Co w lesie wydaje odgłos CAK, CAK, CAK, a co STUK, STUK, STUK? Jakie zwierzę ma największy apetyt? Czym są barwy ochronne? Po co bobrom tamy? Sekrety wiosennego lasu i zwierząt powracających do swoich obowiązków po zimie to fascynujący świat intrygujących pytań i prostych, łatwych do zapamiętania odpowiedzi. Samojlik, biolog z wykształcenia, pokazuje jak duże zdolności do nauczania posiada. Wiedza podawana przez niego czytelnikom, to wiedza która nie nuży. Wręcz przeciwnie! Takie fakty i ciekawostki chce się zapamiętywać i chce się ich poznawać więcej.



Całość jest także prześlicznie zilustrowana przez samego autora. Ale cóż się dziwić, skoro Tomasz Samojlik, obok bycia pisarzem i biologiem jest także, a może przede wszystkim, autorem komiksów dla dzieci. Prosta kreska, żywe, piękne kolory, do tego świetne wydanie, bo i papier kredowy i twarda oprawa i duża czcionka, którą czyta się z łatwością. Wszystko razem tworzy uroczą pozycję dla tych małych i tych większych, łatwą w odbiorze i przyjemną dla oka.



Polecam, bo to lektura tak miła, jak wartościowa. I co ważne samodzielna, niezależna od pierwszego tomu, chociaż razem z nim (i dwoma kolejnymi) tworząca większą całość.



A ja dziękuję wydawnictwu Media Rodzina za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

środa, 30 marca 2016

Ballada o drobnym karciarzu - Lawrence Osborne



BALLADA O TYPOWYM KARCIARZU I NIETYPOWEJ CALL GIRL



Wszystko może się pobrudzić. Człowiek także. Jest jak ta tkanina, która zderzyła się z błotem. Piękna, porządna osoba ulega pokusom tego świata, bo taka jest ludzka natura, taki jest człowiek od początków swego istnienia. I taki będzie zawsze. Zbrodnia, grzech, granice przestają mieć znaczenie. Każdy może unurzać się w błocie. Ale w każdym błocie można też znaleźć perły.



I tak, jak te dwie perły odnajdują się oni. On to dawniej szanowany człowiek, który dopuścił się czegoś, przez co musiał uciekać z kraju, ona to call girl, ale inna niż wszystkie prostytutki. Kasyno staje się miejscem, które ich połączy. Lord Doyle, bo każdy tak nazywa go tu, w największym w Makau kasynie, co noc w oparach dymu drogich cygar i wśród równie drogich dekoracji, przetraca pieniądze na grze w bakarat. Przegrywanie stało się dla niego drugim wygrywaniem, liczy się zabawa, zapijana alkoholem. W świecie, gdzie gracz nie ma szans z kasynem, gdzie królują przesądy i tandetny przepych, wśród wielu jednonocnych kontaktów seksualnych za pieniądze z kolejnymi przypadkowymi prostytutkami w łózkach luksusowych hoteli, znajduje Lord Doyle ją. Jest jakaś inna, wspólnie spędzona noc, choć za pieniądze, różni się od podobnych doznań. Czy jakiekolwiek uczucie i zaufanie ma szansę narodzić się w takim brudzie?



Lawrence Osborne, autor „Przebaczenia”, zabiera nas w moralizatorską podróż nie tyle do egzotycznej Azji ile w głąb nie mniej barwnej i nie miej zarazem czarnej ludzkiej natury. Natury chronicznego kłamcy, uzależnionego od gry człowieka, dla którego nawet popełnione przestępstwo nosi znamiona rozkoszy. Żal za winę czy żal, że ta wina ujrzała światło dzienne? Lord Doyle czystość na przekór wszystkiemu odnajduje w poznanej prostytutce. Co jedna z uczuciem? Moc sprawcza przemiany czy brak nadziei na prawdziwą szczerość grzebiący wszystko?



Osborne wnikliwie analizuje umysł i naturę ludzką, snując przy tym niebanalną opowieść o parze wyrzutków, jakich trudno mimo wszystko nie polubić. Ludzcy, żywi, nie papierowi, a z krwi i kości, soczyście przedstawieni są jak lustro dla naszych negatywnych cech. Nie ma tu kontrowersji, jest za to głębia. I liryczne piękno języka. Świat oddaje autor z piękną prostotą, blichtr odziera z błyszczącej otoczki, brud obleka w miękkie kształty i ciepłe kolory, a jednak z realizmem i prawdą.



Nic tylko polecić wszystkim, którzy wolą naprawdę wspaniałe, piękne powieści, gdzie proza zmienia się w poezję, zamiast wszechobecnych książek środka, które są może i łatwe i szybkie w odbiorze, za to najczęściej brak im jakichkolwiek wartości – tak literackich, jak i w wymiarze zdecydowanie bardziej duchowym.



I dziękuję wydawnictwu Znak Literanova za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Całkiem zabawna historia - Ned Vizzini



CAŁKIEM ZABAWNA TRAGEDIA



Tragedię i śmiech ciężko jest oddzielić. Tak jak ciężko jest oddzielić normalność od szaleństwa. Jednych śmieszy to, co innych boli – stąd niesłabnące zainteresowanie filmikami, na których rzesze idiotów wyrządzaj sobie krzywdę w spektakularny sposób – dla innych zaś to sposób radzenia sobie z traumą. Te dwie skrajności łączą się jednak ze sobą w nierozerwalnym tańcu, a kroki i figury te zręcznie wykorzystuje „Całkiem zabawna historia”, która przypomina nam, jak osobistą i wewnętrzną sprawą jest tragedia.



Craig wydaje się dorastającym chłopakiem, jakich wielu. Kumple, szkoła, zwykłe życie w zwykłym świecie,. Jednak utrzymanie pozorów jest dla niego koszmarnym wyzwaniem. To harówka taka sama, jak ta, którą wykonuje by co rano wstać z łóżka. Depresja dopada niezależnie od wieku, jego dopadła i nie chce opuścić, a otoczenie nie ułatwia życia – ciągłe oczekiwania, brak wsparcia w rodzinie, nawet miłość jest poza zasięgiem rąk, bo dziewczyna, która mogłaby być z Craigiem jest z jego przyjacielem. Terapia u psychologa także nie przynosi skutków, bo ciągle powtarzane formułki i brak prawdziwej pomocy nie potrafią zasiać tego ziarna nadziei. W końcu w Craigu coś ostatecznie pęka, nagromadzone emocje i rosnąca presja znajdują ujście w postaci próby samobójczej. Próby, którą chłopak przeżywa, ale w efekcie której trafia na oddział psychiatryczny. Jak się okazuje Craig wśród chorych psychicznie pacjentów odnajduje w końcu wszystko to, czego brakowało mu w normalnym życiu. Ale czy zmieni go to całkowicie? I jakie będą efekty?



O odnajdywaniu siebie wśród szaleńców wiele było już dzieł. Od genialnych pokroju „Lotu nad kukułczym gniazdem”, który nie ograniczał się tylko do tego jednego tematu, po pseudo-filozoficzne, acz nieudane „Weronika postanawia umrzeć”. „Całkiem zabawna historia” plasuje się w tej lepszej części owej skali. Bo i jest lekko i przyjemnie, pozornie jak w książce środka, pozornie bez filozofowania, a jednak jest też mądrze, z pełnią emocji i wzruszeń i bardzo życiowo. Ned Vizzini sprawnie i konkretnie poprowadził akcję, w przekonujący sposób przedstawił także codzienność i umysł osoby dręczonej depresją. Osoby, która nie ma czego szukać wśród reszty normalnych ludzi, bo wie, że i tak nie zostanie zrozumiana. Jak na książkę z kategorii wiekowej young adult, zaskakujące dojrzały to i prawdziwy portret.



Poza tym po prostu znakomicie się to czyta. Bez dłużyzn, bez wpadek. Z nadzieją za to i nieco naiwnym, acz jakże miłym optymizmem. Powieść zresztą spodobała się na tyle, że doczekała także filmowej adaptacji. A ja po jej lekturze mam wielką ochotę poznać ten film, co chyba stanowi dobra rekomendację. Dla formalności jednak dodam: polecam „Całkiem zabawną historię”, bo jest tego warta.



A wydawnictwu Harper Collins dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Fight Club 2 #10 - Chuck Palahniuk, Cameron Stewart




ABORCJA CHUCKA PALAHNIUKA



Wielki finał wreszcie nadszedł. Jak to wielkimi finałami bywa towarzyszą mu fajerwerki i huk wystrzałów. Powód do świętowania dobry jak każdy inny – cywilizację trafił szlag.



Grzyb atomowy tłem dla Statuy Wolności. Londyn w ruinie. Wieża Eiffla rozbita o glebę. Rakiety spadające na Rosję. Zatopione statki. Atomowa zima zalega w wielkich miastach. Plan Tylera obejmuje całą Ziemię, kultura i cywilizacja zredukowane zostają do dymiących ruin. „I żyli długo i szczęśliwie!” – wykrzykuje w swoim nietkniętym domu, w nietkniętym mieście, w nietkniętym świecie nie kto inny, jak sam Chuck Palahniuk. „No co?” – pyta chwilę potem, widząc miny towarzyszek. „Dobrze rozegrane, panie Palahniuk”, słyszy w końcu jedną odpowiedź. Ale co jest w rzeczywistości grane?



Deus Ex Machina? Trochę tak, w tym konkretnym tomie wyskakuje maszyna, a z niej wyskakuje bóg, nie mniej jest to bóg-palahniuk, któremu wiele ujść może na sucho. Ale czy wszystko? „To zakończenie jest do dupy!” – oznajmia jeden z czytelników komiksowego Fight Clubu, który stoi wśród rządnego krwi i ofiary tłumu pod domem Palahniuka. I wbrew pozorom ma sporo racji. To zakończenie jest przewrotne, chore, satyryczne… Przesadzone? Tak! Naciągane? Niestety też… A jednak w pewnym sensie udane mimo swoich mankamentów. Bo inaczej skończyć się nie mogło. Nasze życie przenika do treści, treści przenikają do naszego życia. Co tu jest prawdą, a co prawdą nie jest?



Ale jednocześnie zostaje ten pewien niesmak. Niedosyt. I uczucie, jakoby Palahniuk nie do końca wszystko ogarnął. Szczególnie gdy spojrzeć przez pryzmat całej serii. Przez pryzmat powieściowego „FC” nawet nie śmiem, inna to liga. Inny Palahniuk. Inne wszystko. Chuck za bardzo odchodzi od ustalonych granic, odrywa się od Ziemi. Satyra na samego siebie? Ok, lecz czy taka?



Marla w pewnym momencie powiedziała, że chciałaby mieć kiedyś z Tylerem aborcję. Wielu uzna, że to Palahniuk taką aborcję powinien mieć z tym pomysłem, który w kilku momentach jest poroniony, ale zachował swoją płodność. Ja mimo wszystko jestem zadowolony. I jestem rozczarowany. Cieszę się i wkurzam. Najważniejsze, że nie przyjąłem go obojętnie, choć jak na możliwości tego autora to jednak za mało.

wtorek, 29 marca 2016

#me - Joanna Fabicka



CZTERY LITERY



„Tak się pije tu na wschodzie

(…)

Jechać wozem, nie ma sprawy,

tu potrzeba trochę wprawy,

będą stać, to będą brać,

nam nie straszne są obławy.”

Sidney Polak, „Chorwat”



Ewa nie jest, jak inni alkoholicy. Nikt nie widuje jej wymiotującej na czworakach na ulicy, policja nie przyprowadza jej do domu. Wszystko wydaje się być w najlepszym porządku. Wielka dziennikarka największej w okolicy gazety, samotna matka, która radzi sobie z wychowaniem nastoletniej córki. Czy ktoś mógłby powiedzieć na nią jakieś złe słowo? Sara, jej jedyne dziecko, z pewnością. Dziewczyna z nadwagą, introwertyczka w za dużych koszulach i martensach wciśniętych na nogi chciałaby mieć normlany dom i normalne życie. Matka jednak nie potrafi jej tego zapewnić. To Sara często zmuszona jest zadbać o rodzicielkę i troszczyć się o podstawowe sprawy, podczas gdy Ewa smutki kolejnych nieudanych związków, jak problemy z nerkami, leczy piwem. Matczyne rady zaś ograniczają się do prostych stwierdzeń, że w paleniu trawki nie mam nic złego, a cnotę stracić warto jest najlepiej jak najwcześniej. Co jednak nie przekłada się na obronę córki, gdy tej zdarzy się podobne odstępstwo od regulaminu, bo pozory jednak zachować trzeba. Poza tym, pijana czy nie, Ewa w jednej chwili potrafi przejść od skrajnie miłej osoby w prawdziwą furiatkę. Ale w szkole Sara też nie ma lekko, niepasująca do durnych, uprzywilejowanych, pięknych, aroganckich (DUPA – jak w skrócie nazywa ich czterema literami) próbuje zdobyć przyjaciół, bez większych jednak efektów. Kiedy pewnego dnia alkohol wreszcie doprowadza do tragedii, kiedy pijana Ewa potrąca człowieka, nastoletnia dziewczyna podejmuje walkę o własny los…



Alkoholizm to jeden z tematów wiecznie aktualnych, choć bardziej mam wrażenie głośnych w ostatnich latach. Pijani kierowcy, skatowane dzieci, noworodki z promilami we krwi, okazje do świętowania przemienione w tragedie. Kultura picia i alkohol z wyższej półki, alkohol traktowany jako część zabawy, przyćmiewają obraz, jakby chcąc wmusić w nas wizję, że problemy z wysokoprocentowymi napojami mają tylko osobnicy zebrani pod szyldem „Żul”. Rodziny patologiczne. Wizerunek alkoholika wysoko funkcjonującego zdarza się rzadko. A taki osób wcale nie jest mniej. Pozornie zwyczajnych, dobrze sytuowanych. Ewa taka właśnie jest: znana, zadbana, pozornie jak wszyscy inni. Spokojna kobieta, po której nikt nie spodziewałby się, że może być sprawczynią czyjegoś nieszczęścia, ale czyż wciąż nie słyszy się podobnych historii zwieńczonych słowami, „Ale to był taki spokojny człowiek”?



Joanna Fabicka, autorka powieści, podobnie jak jej bohaterka Ewa swojej córce, zapewnia nam emocjonalny rollercoaster, nie mniej na zupełnie innych zasadach, bo oczyszczający. Katharsis i rodzaj rozliczenia z tym, co jest naszym narodowym problemem. Choć styl jest lekki i przyjemny, całość przepełniona jest goryczą. Złością nastoletniej Sandry, która ma dość otaczającego ją świata. Rozliczenie następuje, pojawia się nadzieja, ale na szczęście w całość nie wkrada się naiwność ani infantylność. Jest realizm, jest prawda, są emocje i jest siła. „#me” jest jak jej narratorka, Sara, której daleko do wzoru cnót, która wypluje z siebie niejedno przekleństwo i zrobi wiele głupot, ale jednak zależy jej tylko na jednym – naprawieniu tego, co ją otacza. A my, czytelnicy postawieni obok niej, choć nie możemy z naszej bezpiecznej perspektywy wiele zdziałać, kibicujemy dziewczynie. Trzymamy za nią kciuki. Chcielibyśmy pomóc, ale pomóc musi sobie sama.



„#me” to powieść ważna, mądra, potrzebna, ale przede wszystkim bardzo dobrze napisana. Konkretna, nie owijająca w bawełnę, życiowa. Po prostu godna polecenia. Sięgnijcie więc, premiera już 30 marca, i przekonajcie, co ma do zaoferowania.



A ja dziękuję grupie wydawniczej Foksal za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.



Poniżej zaś link do filmowego zwiastuna powieści:

https://youtu.be/UGPanQeav5w

Żubr Pompik. Tropy na śniegu - Tomasz Samojlik



JESIENNY ŻUBR ZIMĄ



Nie ma co ukrywać. Po przygody „Żubra Pompika” sięgnąłem nie z powody tematu czy treści, a ze względu na autora. Tomasz Samojlik bowiem urzekł mnie jakiś czas temu uroczą serią komiksową o Ryjówkach, która w moje ręce wpadła poniekąd przypadkiem, i jego nazwisko na okładce podziałało jak magnes. Ale wiedziałem także, że po tym twórcy mogę spodziewać się konkretnej, dobrej książki dla dzieci, która z humorem uczy poprzez zabawę i nie zawiodłem się na żadnym z tych pól.



Największy żubr w całej puszczy, Pomruk i jego wybranka Porada, spodziewają się potomka, kiedy jednak nadchodzi wiosna, a potem lato, dziecka zaś wciąż nie widać, Pomruk zaczyna się niepokoić. Mały Pompik przychodzi na świat dopiero jesienią i z tego powodu staje się najmniejszym żubrem. Najmniejszym, ale także i najbardziej ciekawskim, który chce wiedzieć wszystko, ale póki co zadowoli się zrozumieniem zmian, jakie zachodzą w przyrodzie w dziwnym czasie zwanym zimą, kiedy znikają liście, które nagle stały się kolorowe, a cały świat pokrywa biały puch…



I młodzi czytelnicy wraz z nim odkrywają sekrety najzimniejszej z pór roku, a zarazem cyklu życia zwierząt i ciekawostki lasu. Bo z tego czy to w medium komiksowym, czy gdy zabiera się za pisanie książki, słynie Samojlik. Każdy, skonstruowany jak samodzielne opowiadanie, rozdział to inna przygoda, inna okoliczność przyrody, której nasz jesienny żubr stawić musi czoła i kolejna porcja znakomitej i mądrej zabawy nie tylko dla najmłodszych. Z komiksów autora dowiedziałem się niejednego, choć myślałem, że wiedza biologiczna nie jest mi obca (cóż się dziwić, skoro za treść odpowiada przecież doktor nauk z tej dziedziny), więc i w formie książkowej czeka na czytelników mnóstwo łatwo przyswajalnej wiedzy.



Oczywiście poza samą treścią „Żubr Pompik” to także niezwykle sympatyczna szata graficzna – w tym wypadku, ze względu na komiksową pracę autora, równie istotna co sama fabuła. Owszem, słowo pisane mogło by istnieć bez ilustracji, a jednak te ujmujące prostotą rysunki Samojlika stają się integralną częścią całości. Doskonałym uzupełnieniem znakomitej książki.



Książki, którą oczywiście polecam z czystym sumieniem. Polecam tak tym, którzy dali się uwieść jego komiksom o Ryjówkach, jak i czytelnikom zupełnie nowym. A także rodzicom, jako znakomitą lekturę dla ich pociech. Naprawdę warto, a na dodatek na rynku ukazał się już kolejny tom przygód najmniejszego żubra („Zapach wiosny”) a dwa kolejne czekają na pojawianie się.



I dziękuję wydawnictwu Media Rodzina za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Wróżenie z wnętrzności - Wit Szostak



JAK UCIEC OD WSZYSTKIEGO, KIEDY NIE MA SIĘ NIC



„Słowa czołgają się cicho, chłopiec pisze szeptem.”

Pidżama Porno, „Chłopcy idą na wojnę”



Zdumienie, zachwyt, oszołomienie. Emocja za emocją, depresyjna nadzieja, dziecięca radość zmieszana z goryczą. Bardziej czuł to bohater/narrator tej opowieści czy ja, nie wiem sam. Ale wiem jedno: tej książki prędko nie zapomnę. I jedno też zrozumiałem: dlaczego Wit Szostak jest tak bardzo ceniony. Bo to po prostu literatura z naprawdę wysokiej półki, do smakowania bardziej, niż pochłaniania za jednym posiedzeniem.



Mateusz i jego żona Marta zostawili wszystko, co dla innych stanowiłoby sens egzystencji. Odcięli się od świata na zamkniętej stacji kolejowej w pobliżu gór i lasów Beskidów. Żyją tu w ciszy i spokoju, z naturą i z natury, z dziećmi i bratem Mateusza, Błażejem. Za nimi zostały perspektywy i widoki na dobrą zdaniem innych przyszłość, z nimi jest ucieczka od świata. Błażej, który od dwudziestu lat nawet się nie odezwał, upośledzony, zamknięty w sobie Błażej, który nie może przed niczym uciec, bo nic nie ma, pisząc szeptem portretuje codzienne życie na stacji, gdzie pozornie nie dzieje się nic, a dzieje się jakże wiele, przesycając każdą swoja wzmiankę specyficznymi przemyśleniami…



Kiedy ma się do czynienia z książką taką, jak ta, stając przed zadaniem napisania o niej kilku słów napotyka się na pustkę. Nie żeby zabrakło przemyśleń i nie ponieważ nie ma o czym pisać. Jest o czym i są myśli, a jednak, jak uważa Błażej, czasem lepiej nie pisać, bo słowa mogą ukraść piękno. Bo piękna jest to powieść. Stylistycznie wysmakowana, w warstwie treści niebanalna, intrygująca, mądra i głęboka. Moje pierwsze skojarzenia podczas czytania – „Zrodzony z męża i niewiasty” Mathesona. Bo podobna narracja z perspektywy osoby inaczej postrzegającej świat, niż my, bo podobne zabiegi stylistyczne. A jednak wszystko jest zupełnie inne, własne, nie ciążące tak w fantastykę. Ujmujące jest i przekonujące, a sceny, gdzie gości erotyka, jak przemyślenia Błażeja, nabierają lirycznej, poetyckiej wręcz nuty o niezwykłej sile wymowy.



Trudna to książka, to prawda, nietypowa, ale jakże przy tym satysfakcjonująca. Depresyjna? Tak. Dająca nadzieję? Owszem. Taki kontrapunkt, dla polskiej prozy dominującej na listach bestselerów. Warto sięgnąć, pod każdym względem warto. I warto z uwagą śledzić karierę Szostaka, bo to nazwisko zostanie zapamiętane.



Polecam gorąco.



A wydawnictwu Powergraph składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

piątek, 25 marca 2016

The Amazing Spider-Man: Nigdy więcej Spider-Mana! - Stan Lee, JohnRomita Sr.




JESZCZE WIĘCEJ SPIDER-MANA



W każdej dekadzie każda seria komiksowa ma – poza oczywistymi crossoverami – opowieści zamknięte we własnych ramach, które coś w niej odmieniają i przechodzą do historii i „Spider-Man” nie jest wyjątkiem. Cofając się wstecz od dnia dzisiejszego, w latach 2010+ zdecydowanie w pajęczych seriach królowało Spider-Verse, w latach 2000+ „Powrót do domu”, dekadę wcześniej marna acz epicka Saga Klonów, jeszcze dziesięć lat wstecz „Ostatnie Łowy Kravena” i Venom oraz zgon Jean DeWolff, a w końcu w latach 70 śmierć Stacych. I tak oto docieramy do szalonego okresu pomiędzy rokiem 1960 a 1969, kiedy to zdarzyły się trzy istotne dla Spider-Mana rzeczy. Po pierwsze to wtedy powstał, po drugie w zeszytach 31-33 ratował Peter zdrowie i życie swojej ciotki, a wreszcie fabuła znana jako „Nigdy więcej Spider-Mana!”, która właśnie ukazała się na polskim rynku.



Tym razem młody Parker zostaje sam na włościach. Ciocia May wyjeżdża nabrać sił, ale sytuacja w Nowym Jorku jest trudna. Daily Bugle z zaciętością atakuje Spider-Mana, Curt Connors ponownie staje się Lizardem, a i pozostali wrogowie nie śpią. Powrót Kravena i Vulture’a, a także pojawienie się nowego wroga, jakim jest Shocker, nie tylko osłabiają chłopaka fizycznie, ale też i psychicznie. W Peterze zaczyna dojrzewać myśl, by porzucić rolę Spider-Mana. Stał się nim jako licealista, teraz dorósł, jest studentem, ma przyjaciół i coraz trudniej mu ukrywać tożsamość. Ciężko jest też zarabiać pieniądze, gdy co chwila wdziewa kostium i rusza do walki ze złem. Czy jednak jest w stanie przestać być bohaterem? Czy ciężkie życie Spidera nie za bardzo zrosło się z jego osobą?



Ten komiks to typowe dziecko swoich czasów, a zarazem dzieło stojące w opozycji z tym, jak na co dzień wyglądał Spider-Man. Z jednej strony mamy bowiem historię tak naiwną i zalatującą taki kiczem i patosem, że aż znakomitą, z drugiej całkiem logiczne przemyślenia i mądre podejście, czego w brakowało w kolejnych zeszytach prezentujących następne walki w niewiele zmienionych konfiguracjach. Połączenie tego wszystkiego w jedną opowieść daje ciekawy i wciągający efekt, który sprawia, że tęskni się za takimi opowieściami. Bo komiksów w tym stylu nikt już nie robi. Marvel w ostatnich latach (choćby opowieścią o Clashu, który na stałe wszedł do panteonu spiderowych bohaterów) próbuje nawiązać, oddać ten klimat, ale bezskutecznie. Obecnie 20 stron zeszytu to szybka akcja, konkretne tempo i często używane splshpage’e, kiedyś na tych 20 stronach było średnio dwa, trzy razy tyle akcji. Nie pokazywano wszystkiego, wiele rzeczy dopowiadano tekstem, bohaterowie mieli bogate przemyślenia w trakcie walk, wciąż każdy z każdym rozmawiał, a i jeszcze akcję na bieżąco niemal komentowano w kadrach. Czasem to drażniło, czasem budziło uśmiech politowania, ale miało swój urok. I dokładnie to, w bardzo reprezentatywnym, acz jednocześnie najlepszym stylu znajdziemy w tym znakomitym albumie. Jest tu jakaś taka dziecięca naiwność, szczeniacki zachwyt super-mocami, jest też wreszcie sporo emocji. Mamy w końcu miłosny czworokąt w postaci Petera-MJ-Gwen Stacy-Harry’ego Osborna. Czworokąt potraktowany purytańsko, tak by cenzura Comics Code nie miała się do czego przyczepić, a zarazem dający pewne sugestie „dla wtajemniczonych”, jak choćby gdy Peter wspomina, że wieczor z MJ (a właściwie noc, jak wynika z dalszych przemyśleń) był bardziej wyczerpujący, niż 12 dni świąt. Gdzie teraz w głównym nurcie, mimo całej drażniącej poprawności politycznej, znajdziecie coś takiego? Na aluzje do sytuacji politycznej Stanów (a więc wiadomych działań wojennych) też znalazło się miejsce.



Graficznie jest równie przyjemnie, co pod względem treści. Romita Sr. nie należy do moich ulubieńców, podobnie jak Ditko ma pewien problem z twarzami i oczami postaci, a jednak ta oldschoolowa kreska, bez nadmiaru czerni, bez eksperymentów, z prostą paletą barw (tu odtworzonych już na podstawie starego druku) urzeka. Jest w niej jakaś magia. Jest urok. jest także siła. A naiwność w przedstawieniu szczególnie bohaterek, jak żywcem wyjętych a reklam z lat 50, trąca jakąś nostalgiczną nutę.



To wszystko, plus świetne wydanie (choć przekład nieco bym poprawił, żeby był bliższy temu, co polscy fani znają tak doskonale – a więc np. nie Pajączku, a Pajęczaku i nie Tygrysku, a Tygrysie) z porcją dodatków, w świetnej cenie, sprawia, że komiks aż chce się polecić każdemu. Spider-Man, tak za woda, jak i u nas, jest najpopularniejszym bohaterem Marvela, w Polsce nie mieliśmy zbyt wielu okazji do poznania jego starych przygód z czasów studiów czy liceum, jest więc doskonała szansa, by to nadrobić. Szczególnie, że w Anglii w ramach kolekcji „WKKM” wyszedł niedawno także tom o śmierci Satcych, jeden z najlepszych, jakie powstały, i jest wielka szansa, że zagości także na naszym rynku. jednym słowem: jest co czytać teraz i jest na co czekać na przyszłość.

Łaska - Anna Kańtoch



ŁASKA ZAPOMNIENIA



Czasem lepiej jest nie pamiętać. Są rzeczy, które nasza psychika chętnie wymazuje, których unika, z którymi woli się nie mierzyć. Z tym jednak mierzy się Anna Kańtoch, znana i ceniona pisarska-fantastka, w swojej pierwszej pozbawionej znamion fantastyki powieści, a wraz z nią jej najnowsza główna bohaterka Maria.



Był rok 1955, kiedy Jan Peczek, mężczyzna jakich wielu, poszedł na grzybobranie. To miał być rutynowy wypad, trochę darów lasu do zjedzenia już teraz, trochę do przetworzenia na najbliższe miesiące. Wśród drzew znalazł jednak coś więcej, niż się spodziewał. Sześcioletnia dziewczynka o imieniu Marysia, która zniknęła tydzień temu, odnalazła się nagle cała zlana krwią. Niestety wydarzenia ostatnich dni skryła mgła tajemnic – dziecko nie pamiętało nic.

Teraz, trzydzieści lat po tej tragedii, która mimo wszystko skończyła się szczęśliwie, Marysia, a właściwie Maria, uczy w szkole podstawowej. Wystarczy jednak chwila by zmienić wszystko i sprawić, aby koszmar sprzed lat ożył naprawdę. Uczeń, który zamiast sprawdzianu oddaje jej dziwny rysunek, uczeń, który prosi ją o pomoc, zostaje znaleziony martwy. Kiedy giną kolejne osoby, Milicja stara się znaleźć mordercę, ale i Maria także działa na własną rękę, bowiem czuje, że obecna sytuacja ma związek z tym, czego nie pamięta…

Czasem zapomnieć to łaska, jak mówi ciotka Marii. Ale czasem przypomnieć sobie po prostu trzeba.



O twórczości Kańtoch słyszałem wiele dobrego, lista nagród, jakie otrzymała jest naprawdę imponująca, ale dotychczas tak się złożyło, że nie miałem okazji obcować z jej literaturą. Bywa. Cieszę się jednak, że nadrobiłem ten błąd, bo błąd to był niewątpliwy. I choć czasem zapomnienie to łaska, warto jednak pamiętać o autorach takich, jak Anna Kańtoch.



Jej najnowsza powieść to niby nic takiego. Fabuła to schemat thrillera/kryminału przecież, umiejscowiony w czasie w popularnym literacko PRL-u, a jednak jak to się świetnie czyta. Ile w tym emocji, zaciekawienia i mocnych wrażeń. A przy tym jak przyjemnie napisana. Bez przyciężkiej stylistyki, bez zbędnego wodolejstwa, za to z lekkością, acz niebanalnością. A przecież w przypadku thrillera, gatunku w którym nie dzieje się już prawie nic nowego, w banał popaść łatwo. Kańtoch na szczęście z walką z tą materią wychodzi obronną ręką, może za sprawą wyczucia to, może dzięki przełamaniu całości momentami zaczerpniętymi ze stylistyki grozy, z pewnością jednak dzięki talentowi.



I dlatego po „Łaskę” sięgnąć jest warto. Przyjemna to lektura, dla fanów dreszczowców i silnych doznań, sprawna, może nie nazbyt oryginalna, ale na pewno satysfakcjonująca i udana. Polecam.



A portalowi Kostnica dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

czwartek, 24 marca 2016

Hotel New Hampshire - John Irving



PIĘCIOGWIAZDKOWY HOTEL



Są na tym świecie książki, które potrafią zmienić ludzkie życie. Przejmujące dzieła, po których nic już nigdy nie jest takie samo. Wchodzą do umysłu, trafiają w sam środek serca, a gdy już po lekturze znajdą się na półce, to jest to półka honorowa. Takich dzieł jest niewiele, do takich dzieł chce się wracać. I jednym z nich jest bezsprzecznie „Hotel New Hampshire” – najlepsza powieść, jaką moim zdaniem stworzył jeden z najwybitniejszych żyjących pisarzy, John Irving.



Właściwie trudno jest powiedzieć coś o fabule "Hotelu…” bez zdradzania jakichś ważnych dla rozwoju akcji treści. Gdyby szukać wątku przewodniego, byłby to temat hotelarski. Rodzina Berrych chce stworzyć dochodowy biznes. Poszukiwanie idealnego miejsca tak pod interes, jak i do życia sprawia, że angażują się w najróżniejsze, czasem zabawne, czasem tragicznie sytuacje, które odbijają na nich swoje piętno. Tak naprawdę jednak jest to opowieść o życiu. Saga rodzinna snuta z perspektywy jednego z synów, Johna, który kazirodczą miłością kocha swoją siostrę. Nad wszystkim jak fatum wisi martwy, wypchany pies Smutek, który zawsze wypływa na wierzch…



Ta książka to tragikomiczna farsa, którą można uznać za siostrę bliźniaczkę poprzedniej powieści Johna Irvinga, a zarazem dzieła jego życia – „Świata według Garpa”. Ale siostrę bliźniaczkę o wiele bardziej nawet urodziwą. O ile Irving słynie z powtarzania stałych dla siebie motywów w każdej powieści, o tyle w tym przypadku przerósł samego siebie. Autoplagiat? Jeżeli nawet to nie ma w nim, wbrew wszelkim pozorom, wtórności. Wszystko, co w twórczości pisarza już było, nabiera tu zupełnie nowej jakości. Jakby Irving wybrał wszystko, co najlepsze i dopracował w najdrobniejszych szczegółach. Czuć to szczególnie w momentach, w których ociera się o absurd. Nagle bowiem Irving uderza w nas scenami pozornie niepasującymi, scenami, które wydają się nieproporcjonalne do reszty, a wtedy rzuca nagle kilka zdań wyjaśnienia, następuje wolta, wszystko nabiera sensu i w jednej chwili to, co rodziło obawy o śmieszność czy infantylność, staje się genialnym motywem. Czymś wspaniałym porywającym i zachwycającym. A że na dodatek autor operuje stylem tak lekkim, tak wspaniałym i urzekającym, lirycznym, o przepięknej frazie i klasycznym, choć nowoczesnym podejściu, trudno nie zachwycić się tą powieścią. I trudno jest oderwać się od niej choćby na chwilę, choć zarazem chciałoby się wydzielać ją fragmentarycznie, by móc delektować się nią jak najdłużej.



Trzeba jednak zauważyć, że nie jest to książka dla wszystkich. Lekkość stylu i prosty temat to tylko pozory. Owszem „Hotel New Hampshire” odczytywać można na wielu płaszczyznach – od lektury tylko dla mocnej rozrywki, po analizę jego głębi i przemyślenia nad ważkimi, aktualnymi zawsze kwestiami – jednak tematy poruszane przez Irvinga do łatwych nie należą. Homoseksualizm, aborcja, terroryzm, kazirodztwo, prostytucja, gwałt, pedofilia nawet – każdy czytelnik prozy autora zna je już dobrze, jak zna wiecznie pojawiające się u niego niedźwiedzie, bohaterów-pisarzy czy Wiedeń. Ktoś nowy jednak, kto sięgnąłby po powieść, mógłby zderzyć się z murem szoku. Szczególnie, gdy Irving często kwestie te podaje w sposób kontrowersyjny i przepełniony czarnym humorem, przewrotnie i bez zbędnej łagodności, za to z prawdziwą mocą i emocjami. I jaką prawdą.



Zresztą cała ta powieść to emocjonalny rollercoaster. Czasem źródłem poruszenia są genialnie przecież skonstruowane postacie (Jajo, Franie), czasem wydarzenia (za wiedeński lot nie wiem czy bardziej chciałem uściskać Irvinga za jego pisarską potęgę czy – kolokwialnie mówiąc – dać w mordę za to, co mi zgotował, popychając na krawędź łez) a czasem przerażająca prawda, wśród której króluje analiza umysłu i zachowań zgwałconej dziewczyny. Trudno jednak ograniczyć się do tych kilku zdań, by zawrzeć wszystko, co chce się powiedzieć. Ale czy z drugiej strony rozpisywanie się ma sens? Pisać i mówić o „Hotelu…” można (i trzeba) wiele, najważniejsze jednak co można w tej kwestii rzec, to po prostu polecić książkę każdemu czytelnikowi spragnionemu mocnym wrażeń z najwyższej literackiej półki. Wszystko bowiem sprowadza się do niej samej i nieważne, co powiem ja, ten hotel – zdecydowanie hotel pięciogwiazdkowy, gdzie łóżka są idealnie miękkie, wystrój wspaniały, a obsługa jak rodzina – powie Wam to o wiele lepiej.



Sięgnijcie, poznajcie, dajcie się zachwycić.



A ja dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

środa, 23 marca 2016

Pina, zrób coś! - Maciejka Mazan



PINA COLADA



Choć to dopiero jej debiut literacki, ciężko jest powiedzieć, że Maciejka Mazan to nazwisko zupełnie nieznane. Większość czytających powieści prędzej czy później musiała się z nią zetknąć, Maciejka bowiem to znana tłumaczka, która na koncie ma blisko 100 przełożonych książek, a wśród nich znajdują się dzieła tak popularnych twórców, jak Stephen King, James Patterson, Peter Straub, Dean Koontz, Joe Hill, Orson Scott Card czy Ursula Le Guinn. Praca w tym zawodzie dała jej całkiem spore obeznanie ze słowem pisanym i literackim rzemiosłem i wszelkie wyniesione przez nią doświadczenie przelała z bardzo dobrym skutkiem na karty własnej powieści.



Ten teatr amatorski powstał po trosze z potrzeby tak serca, jak i działania, po trosze pod wpływem alkoholu, ale powstał i miał się całkiem dobrze. Pina, Monia, Adrian i reszta ekipy do występów się urodziła, choć woleliby raczej nieco lepszą widownię niż ta przedszkolna, która stanowi najczęstszą grupę wiekową, przed jaką występują. W tym co robią są nieźli, ale czy nadają się do odnoszenia prawdziwych sukcesów? Życie wymusza na nich przekonanie się, jak mogą poradzić sobie na dużej scenie i przed wielką widownią. Kiedy siostrze Moni zaczyna grozić amputacja nogi, a jedyną szansa jest kosztowna operacja, której ZUS nie zamierza refundować, Adrian znajduje sposób by zebrać pieniądze. Talent show. Mnóstwo ludzi, olbrzymia szansa nagłośnienia ich akcji, nadzieja na zdrowie i normalne życie dla nastoletniej dziewczyny. Ale ten medal ma też i drugą stronę – ryzyko śmieszności. Są jednak ważniejsze rzeczy, niż opinia ludzi z Internetu. Jaki będzie jednak wynik ich działań? I jak odebrane zostanie to, co robią?



Tłumaczka jako pisarka? Dlaczego nie! Maciejce Mazan zmiana stanowiska wyszła całkiem nieźle, a jej debiutancką powieść czyta się z prawdziwa przyjemnością. Przygody Piny i jej towarzyszy są książką dość prostą, jednak napisaną z takim humorem (czasem satyrycznym, czasem czarnym – zawsze uroczym), że trudno jest nie dać się jej uwieść. Lekka i optymistyczna, choć bardziej przeznaczona dla kobiet, nadaje się właściwie dla każdego. Styl Mazanki jest prosty, przyjemny i szybki w odbiorze, pasujący do treści. I do tych szalonych, zabawnych bohaterów, którzy stają do walki z niesprawiedliwością. Ciężki się z nimi nie zgodzić, trudno im także nie ulec. I równie trudno byłoby nie polecić.



Dlatego też zachęcam Was do spotkania z Piną i jej ekipą i spędzenia w ich towarzystwie kilku przyjemnych dni.



I dziękuję wydawnictwu Nasza Księgarnia za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

V jak Vendetta - Alan Moore, David Lloyd


VENI, VIDI… VICI?


Każdy, kto widział filmową wersję tej opowieści, ma jako takie pojęcie o fabule „V”, ale nie oszukujmy się – to co zrobili bracia (a teraz, od niedawna siostry, nie Andy i Lary tylko Lilly i Lana) Wachowscy jest płaskie i tanie w porównaniu z komiksowym pierwowzorem. Komiks Moore’a i Lloyda to dzieło wielkie, pokazujące, że nawet na początku kariery Alan był geniuszem. Zdumiewająca głębia, dojrzałość, siła wymowy i tematyka oraz wnioski, które nigdy nie stracą na aktualności sprawiają, że ten album jest absolutnym must read dla każdego fana komiksu i jednym z tych dzieł, które przeczytać powinien po prostu każdy.


Totalitarna Anglia po wojnie, która wyniszczyła większość świata. Piątego listopada 1998 roku szesnastoletnia Evey Hammond, dziewczyna bez perspektyw na życie w świecie, w którym każdy jest pilnowany na każdym kroku, ale nikt nie jest bezpieczny, postanawia sprzedać siebie za pieniądze. Do aktu jednak nie dochodzi, zaczepieni przez nią mężczyźni okazują się być funkcjonariuszami państwowymi. Kara za prostytucję? Taka jaką oni wymierzą. Co to znaczy w rzeczywistości? Przed gwałtem i śmiercią ratuje ją on. Tajemniczy, zamaskowany terrorysta. Człowiek w masce Guya Fawkesa. V, jak każe o sobie mówić. To z jego ręki, ręki człowieka, który zabija oficjeli i wysadza  budynki dla osiągnięcia swojego celu, nadchodzi jedyna pomoc. Od teraz wplatana w jego zamachy Evey, stanie się częścią jego vendetty w imię anarchii i przywrócenia władzy ludziom, ale także i prywatnej zemsty…


Świadomie czy nie, Alan Moore, anarchista z przekonań, osiągnął tym komiksem o wiele więcej, niż można by sądzić i zawarł treści znacznie głębsze, niż tylko własne poglądy. Retrofuturystyczny świat, jaki widzimy na stronach albumu (genialnie, choć niezwykle przy tym prosto zilustrowany przez Lloyda) to świat opresyjny. Połączenie wizji nazistowskich rządów z „Rokiem 1984” jest mocne i sugestywne. Działania V na tym tle wydają się uzasadnione. Ale całość rodzi kilka istotnych pytań. I nie tych stawianych wprost, czy jest sens by grupka ludzi tylko była odpowiedzialna za miliony, ale też tych bardziej istotnych. Działania V każą się zapytać samego siebie czy jego Vendetta ma sens. Jednych władców zamieniamy na innych, anarchia nie ma szans, zło zostaje przemianowane na inne zło. Czy opresyjny system może mieć swoje dobre strony, kiedy mimo wszystko pomaga podźwignąć się ludziom, kiedy ich świat niemal przestaje istnieć? Na własnych, złych zasadach, bez poszanowania jednostki, godności, wartości, ale… Ale czy V jest wiele od nich lepszy? I czy jego zmiany okażą się sensowne? Czy naprawdę coś zmienią? Wolność wydaje się nie tyle stanem faktycznym, a stanem ducha. Jest z nią, jak z symbolem – symbol zawsze jest większy, niż ludzie, którzy go reprezentują. Wolność natomiast jest w nas, nawet jeśli dalej robimy to samo, co dotychczas i życie nie uległo zmianom – jesteśmy wolni. Sami to wybraliśmy. Kwestia tylko czy warto?


Wracając jednak do samego scenariusza, Moore (z pomocą Lloyda) doskonale wykorzystuje pełnie całego pomysłu. Litera „V” symbolizuje tu mnóstwo rzeczy i staje się pretekstem do iście szkatułkowej konstrukcji. Pajęczyny wzajemnych relacji i powiazań. Każdy tytuł rozdziału zaczyna się od litery „V”, numery istotne dla treści to rzymsko pisana piątka. Dzieła wielkich tego świata, przeplatają się w tym dziwnym tańcu, a sam Moore udowadnia, że nie tylko pisze rewelacyjne dialogi, ale potrafi też wykrzesać z siebie imponująco poetycką nutę.


Zresztą nie tylko na tym opiera się siła jego pisarstwa. Szereg poruszanych tematów jest imponujący, a to, jak udało się wybrnąć Moore’owi bez onomatopei i didaskaliów to mistrzowska robota. Ważny i mądry jest też jego głos w kwestiach tolerancji i nawet jeśli czasem porusza tematy sztampowe (duchowny-pedofil), robi to w sposób daleki od sztampy. Wszystko zaś spaja konkretną zagadką – o tożsamość V. Próby odkrycia jego celów i „twarzy” to znacząca i jakże pobudzająca wyobraźnię część historii. Nie na wszystkie pytania dostaniemy odpowiedzi, ale Moore w odróżnieniu od Wachowskich przynajmniej daje nam jakieś konkrety.


Graficznie rzecz jest misterna, acz jednocześnie prosta. Kreska Lloyda wygląda, jak z kryminałów noir. Jak z ekspresjonistycznych filmów niemieckich lat 20. Ciekawe operowanie czernią, znakomite oddanie twarzy. Czasem zabawy z formą, czasem klasyczne pociągnięcia. Kadrowanie jest bardziej europejskie, niż amerykańskie, nie ma tu prób przypodobania się konkretnym odbiorcom, a jedynie wierność sztuce.

Kolorystyka „V” jest wyblakła i jakby niechlujna, a jednak doskonale korespondująca z kreską. Rysunki i barwy podobne są do dokonań Davida Mazzucchelliego i Richmonda Lewisa. Ich prostota to ich siła. A w każdym kadrze widać wielki talent.


Dlatego jeśli jeszcze nie mieliście okazji poznać tego komiksu (a od polskiej jego premiery minęło już kilak lat), nadróbcie ten błąd jak najszybciej. Szczególnie, że Egmontowska edycja wydana została znakomicie, z wstępami obu twórców, artykułem Moore’a o tworzeniu serii, galerią okładek, gotowych ilustracji i szkiców i w naprawdę świetnej jakości. Polecam gorąco.

wtorek, 22 marca 2016

Bestia z ławki obok #2 - Robico



BESTIA Z NASTĘPNEGO TOMU



Atmosfera się zagęszcza, relacje komplikują, sytuacja nabiera kolorów. Jak potoczą się dalsze losy jednej z najbardziej niedobranych par i jakie tajemnice kryją jeszcze życia naszych bohaterów? Znakomita zabawa trwa nadal!



Yoshida zerwał z Shizuku, ale nie tak do końca. Jego propozycja spędzenia wspólnie nocy brzmi bardzo dwuznacznie, ale nie ma w tym przypadku żadnego podtekstu. Nie mniej w całej sytuacji kryje się o wiele więcej, niż na pierwszy rzut oka się wydaje, bowiem Yoshida uciekając na noc do swojej już nie dziewczyny, ucieka przed pewną konkretną rzeczą. A właściwie osobą. Dlaczego? Z czym takim nie chce się zmierzyć?

Jednocześnie zbliżają się wakacje, które chłopak chce spędzić z Shizuku. Wcześniej jednak trzeba skończyć rok szkolny. I dokonać kilku zmian. Co się stanie, gdy Yoshida stanie się miły dla innych i zyska niezwykłą popularność? Jak przebiegną wakacje i jak pojawienie się na scenie kolejnych postaci tego dramatu wpłynie na związek naszych bohaterów?



Pierwszy tom tej mangi był bardzo dobry. Bardzo udana komedia romantyczna z przewagą komedii, w której działo się sporo a relacje zmieniały się dynamicznie. Tego samego spodziewałem się po tomie drugim i czekało na mnie spore zaskoczenie. Po pierwsze same relacje uległy już zmianie – jakby Yoshida i Shizuku zamienili się ze sobą miejscami. Teraz to ona musi zabiegać o jego uczucie i zrozumieć co tak naprawdę oboje czują. Po drugie komedia ustąpiła pola emocjom. Humor został zachowany, dominują jednak wzruszenia i uczucia. Wreszcie po trzecie w związek dwojga tych ludzi wchodzą kolejne postacie, które mogą zaburzyć cała relację, ale które także mogą ją wzmocnić. Jednym słowem, jak to w tego typu opowieściach, zaczyna się dziać. I to do tego stopnia, że drugi tom okazuje się dużo lepszy nawet niż pierwszy.



Znakomity humor, znakomite, trafiające do serca emocje, świetni bohaterowie i znakomita kreska; lekka, delikatna, jak sama Shizuku, ale jak i Shizuku potrafiąca uderzyć mocnym ciemnym akcentem. Po prostu aż chciałoby się więcej. I chociaż tym razem nie ma takiej retardacji na koniec, jak w tomie 1, chociaż wszystko jest stonowane i domknięte, całość jest tak znakomita, że trudno jest nie czuć niedosytu.



Dlatego polecam Wam całym sercem tą serię i zachęcam do poznania losów Shizuku i Yoshidy. Naprawdę warto.



I dziękuję gorąco wydawnictwu Studio JG za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

poniedziałek, 21 marca 2016

Spot filmowy promujący książkę #ME Joanny Fabickiej

W rolach głównych wystąpili: Magdalena Boczarska (RóżyczkaPaktZbrodnia), Michalina Olszańska (Córki Dancingu,Anatomia zła) i Tomasz Włosok (Bodo)

Reżyseria: Sławomir Fabicki (Męska sprawa – nominacja do Oscara, MiłośćZ odzyskuZbrodnia)

Scenariusz: Joanna Fabicka, Sławomir Fabicki

Zdjęcia: Piotr Szczepański

https://www.youtube.com/watch?v=UGPanQeav5w&feature=youtu.be

Twoja niezwykła podróż. 100 najpiękniejszych miejsc na świecie. Książkado kolorowania dla każdego - Lonely Planet Publications




CAŁY ŚWIAT TWOICH BARW



Sto miejsc.

Sto ilustracji.

Sto obrazków do pokolorowania.

Setki godzin wspaniałej rozrywki.



Kolorowanki dla dorosłych to już nie tylko ciekawostka, nie tylko chwilowa moda, ale wręcz odrębny gatunek. Samodzielna gałąź wydawnicza, która przyciąga rzesze spragnionych kolejnych tego typu zabaw czytelników. Samo kolorowanie jednak to już za mało, każdy sięgający po te pozycje chce czegoś więcej, czegoś nowego. I wydawnictwo SQN pierwszą swoją publikacją tego typu wychodzi naprzeciw ich oczekiwaniom, oferując nie tylko skomplikowane wzory, ale przede wszystkim wzory, które zabierają nas w podróż dookoła świata po najpiękniejszych miejscach naszej planety!



Od Bazyliki Świętego Piotra i Doliny Królów, przez malownicze okolice Bajkału i Chiński Mur, po Wielka Rafę Koralową i Zatokę Ha Long. Północ, południe, wschód i zachód, rozpalone słońcem pustynie i skute lodem ostępy, góry i doliny, soczysty bambusowy las i indyjskie pałace. Wszystko to spotyka się ze sobą, splata w szalonej wyprawie, która rzuca nami przez całą kulę ziemską, każąc czasem zadumać się nad pięknem miejsc historycznych, odkryć urok nowoczesności, spotkać na swojej drodze żywe zwierzęta, które dla pewnych regionów stanowią bardziej charakterystyczny obrazek niż uchwycenie konkretnego miejsca, a czasem stanąć oko w oko z Mona Lizą i ubrać ją we własne barwy.



Na rozrywce się jednak nie kończy. Możliwość współtworzenia najpiękniejszych miejsc Ziemi to nie jedyne, co czeka na podróżników, którzy na wyprawę pozwalającą im zdobyć tak najwyższe szczyty, jak i najgłębsze otchłanie, wyruszają tylko z kredkami, mazakami i pędzlami. Indeks wszystkich obrazków, jaki znajduje się na końcu książki, może służyć za swoisty przewodnik, który dokłada kilka słów wiedzy na temat poszczególnych miejsc. Informuje, ale też i zachęca do zgłębienia tematu na własną rękę – a przede wszystkim odnalezienia wszystkich rzecz, które widziało się na łamach „100 najpiękniejszych miejsc…” i skonfrontowania prawdy z własną wizją artystyczną: na zdjęciach to czy może osobiście.



Jednym słowem: polecam. I to gorąco. Na kolorowankowym rynku to pozycja naprawdę ciekawa i wyróżniająca się. Intrygująca, a że stworzona przy tym przez specjalistów z Lonely Planet, także wartościowa. Sięgnijcie więc, poznajcie i zanurzcie się w cały świat barw. Premiera już 30 marca 2016.



A kupić ją możecie już na http://www.empik.com/twoja-niezwykla-podroz-100-najpiekniejszych-miejsc-na-swiecie-opracowanie-zbiorowe,p1120932031,ksiazka-p



Ja zaś dziękuję wydawnictwu SQN za udostępnienie mi tej pozycji do recenzji.



Wszystkie ilustracje zamieszczona powyżej pochodzą z tej książki, kolor zaś to efekt starań moich i mojej lepszej połowy :)

Bestia z ławki obok #1 - Robico



YOSHIDA Z ŁAWKI OBOK



Romans ze szkolnej ławki i mnóstwo humoru w opowieści o parze, która nijak do siebie nie pasuje, a jednak coś ich w sobie nawzajem pociąga!



Shizuku Mizutani chłopak z ławki obok niezbyt obchodzi. Powody są dwa: po pierwsze marzy jej się bycie uczennicą numer jeden – a w dalszej perspektywie dobrze zarabiającą kobietą – a po drugie Haru Yoshidy w szkole zwyczajnie nie ma. Był dosłownie chwilę, wdał się w bójkę z uczniami, dorobił sławy Bestii i już więcej nie pojawił. Ale los chce, że Shizuku, na prośbę nauczycielki i bynajmniej nie bezinteresownie, trafia do Yoshidy z notatkami ze szkoły, żeby ocalić go przed całkowitym wyrzuceniem. Ich pierwsze spotkanie jest jednak dość specyficzne – chłopka na jej widok wyskakuje przez okno. Ale wkrótce między obojgiem zaczyna się coś dziać. Zbuntowany Yoshida, który wbrew obiegowej opinii, jest czuły i wrażliwy (acz przy tym skrajnie porywczy) wraca do szkoły, wyznaje nawet Shizuku miłość. Poukładana dziewczyna nie chce angażować się w związek, jest pewna, że nie czuje do niego nic. Skąd jednak to dziwne rozkojarzenie, które jej dotyka? Czemu jej myśli wciąż błądzą wokół Yoshidy? I co może wyjść ze znajomości z tą Bestią z ławki obok?



Chyba żaden rodzaj komiksu nie łączy ze sobą tak mocno rozbrajającego humoru, absurdalnych wręcz gagów i odrealnionej mimiki ze scenami poważnymi i przesyconymi emocjami, jak manga. Ale taka już specyfika Japończyków, którzy nawet w kulminacyjnych momentach wzruszeń, rozbroić potrafią do łez rzuconym z nagła żartem. I taka jest właśnie seria „Bestia z ławki obok”. Trzynastotomowa, zamknięta opowieść, której bohaterami są uczniowie tworzący najbardziej niedobraną parę. Ich wzajemne relacje to masa humoru, kiedy pełen sprzeczności Yoshida stara się odnaleźć w nowym uczuciu i szkole, ale przede wszystkim w towarzystwie dziewczyny, która pozornie jest jego kompletnym przeciwieństwem. Jest w tym jednak zarazem miejsce dla emocji i wzruszeń. Łez. Kłótni. Przeciwności losu. I losu też zrządzeń. Czyli jak w każdym szanującym się mangowym szkolnym romansie być powinno!



Strona graficzna jest podobnie urocza jak treść. Lekka, zwiewna kreska kojarząca się nieco z „Chobits” grupy Clamp, jasna, bez zbędnego epatowania czernią. Miła dla oka, przyjemna, znakomita gdy do gry wkracza humor i rozbrajająca mangową mimiką.



Nic, tylko polecić. Szczególnie, że niedawno wyszedł drugi tom, historia nabiera tempa, a całość czyta się bardzo dobrze i z dużą przyjemnością. Dlatego jeśli chcecie fajnej komedii romantycznej nie wahajcie się nawet i poznajcie Bestię z ławki obok i wybrankę jego serca.



A ja dziękuję wydawnictwu Studio JG za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

WYWIAD Z CELESTE NG



Drodzy czytelnicy,



Debiutancka powieść Celeste Ng, "Wszystko, czego wam nie powiedziałam", okazała się niesamowitą, przepełnioną emocjami książką, której lektura wprost mnie zachwyciła. Chyba każdy czytelnik będący pod takim wrażeniem dzieła, z którym przyszło mu obcować, chciałby zadać autorowi choć jedno pytanie i ja, dzięki wydawnictwu Prószyński i S-ka otrzymałem taką możliwość. Zadać trzy pytania, zawrzeć w nich wszystko to, co tkwiło mi w głowie i sercu i otrzymać na nie odpowiedzi. I oto jest, ów mini wywiad. Zapraszam do lektury:



Michał Lipka: W powieści maluje Pani przejmujący obraz rodziny zmagającej się z zaginięciem i śmiercią bliskiej im osoby. Jako ktoś, kto przeżył podobną tragedię, nie mogłem nie zauważyć realizmu oddania odczuć towarzyszących sytuacji, stąd moje pytanie: czy siła Pani opisów wynika z doświadczeń czy też niezwykle bogatej wyobraźni?

Celeste Ng: Jedno i drugie. Jak wielu ludzi, przeżyłam niejedną stratę – mój ojciec odszedł kilka lat temu, znałam też inne osoby, których już z nami nie ma. Jednak okoliczności tragedii rodziny Lee są całkowicie fikcyjne; fabuła zrodziła się w mojej wyobraźni.



ML: Związki rodzinne i rodzinne sekrety to siła napędowa Pani literackiego debiutu. A czym dla Pani samej jest rodzina i jej obecność w życiu?

CN: Stosunki rodzinne mnie fascynują, bo rodzina jest – na dobre i złe – tym, co kształtuje ludzką osobowość. Czy to się komu podoba, czy nie, relacje z rodziną, bądź ich brak, formują człowieka. Mogą być krzepiące, irytujące, inspirujące, nieprzyjazne – lub wszystko to naraz – ale od rodziny nie da się uciec, choćby się chciało.



ML: Jako fan serialu „Twin Peaks” dostrzegłem w powieści wiele scen, które w pewnym stopniu przypomniały mi ten obraz. Podobna tematyka dotycząca śmierci młodej dziewczyny czy scena, w której pojawia się jezioro i łódka sprawiły, że powróciły do mnie emocje towarzyszące oglądaniu „TP”. Dlatego chciałbym zapytać czy wzmiankowany serial nie jest Pani obcy, a jeśli miała go Pani okazję widzieć, jakie były Pani wrażenia z seansu?

CN: Nigdy nie oglądałam Twin Peaks! Teraz jednak chyba będę musiała to obejrzeć.

niedziela, 20 marca 2016

Web Warriors #1 - Electroverse - Part One: Static - David Baldeon,Robbie Thompson, Mike Costa, Dennis Medri




ELEKTROWERSUM CZ I: STATYKA



Jeśli chodzi o obecnie drukowane komiksy dziejące się w świecie Spider-Mana, ten właśnie jest jednym z najlepszych, jeśli nie najlepszym tytułem. I to nie tylko jeśli chodzi o wszelkie spin-offy, ale fabularnie jest lepszy nawet od jakże miałkiego głównego Amazinga.



Tu bohaterowie, którzy zrzeszyli się pod przywództwem Karna, przemierzają światy alternatywne, które w wyniku Spider-Verse pozbawione zostały Pająków, walcząc w ich miejsce. Spider-Man UK, Spider-Man India, Spider-Girl, Spider-Gwen, Spider-Ham, Spider-Man Noir i Spider-Woman trafiają tym razem jednak na przeciwnika, który tak jak oni, wędruje wzdłuż pajęczej sieci. Jest nim Electro, a raczej jego różne wersje zrzeszone… No właśnie, po co?

Z akcją ta przeplatają się losy May Parker działającej w steampunkowych realiach, gdzie jej przeciwniczką zostaje wiktoriańska Black Cat…



Zabawa jest całkiem niezła. Nie rewelacyjna, ale jednak dość udana. Konkretny, mało może oryginalny, ale przynajmniej nie rażący schematem, kopią i sztampą pomysł, fajna strona graficzna i miłe odniesienia do Spider-Verse. Dla fanów, jak znalazł.

sobota, 19 marca 2016

Pełnia piękna - Chuck Palahniuk




PALAHNIUK W SZCZYTUJĄCEJ FORMIE



Główną bohaterkę, Penny Harrigan, poznajemy w chwili rozprawy w sądzie. Jest jedyną kobietą w świecie bez kobiet. I jest właśnie gwałcona – na co nikt z zebranych na sali nawet nie reaguje. Jak do tego doszło? Penny zaczyna wspominać, jak była jedynie szarą myszką, Kopciuszkiem, marzącym o karierze, pracującym jako stażystka w firmie prawniczej BB&B. To tu poznała jego, C. Linusa Maxwella, znanego bardziej jako Fallinusa, playboya, miliardera, człowieka, który może mieć każdą kobietę na świecie – ma każdą – a wśród jego niezliczonych kochanek była oscarowa aktorka i sama pani prezydent Stanów Zjednoczonych. Teraz Maxwell to ją wybiera na swą kolejną ukochaną i doprowadza do rozkoszy przekraczającej wszelkie granice. Jak się szybko okazuje, Penny stała się jego obiektem testowym serii erotycznych zabawek stanowiących linię produktów „Pełnia Piękna”, które wchodzą właśnie na rynek. Penny szybko traci ukochanego, produkty uzależniają kobiety i doprowadzają do ich zamknięcia się w domach i ucieczki z nimi do podziemia, a sam świat pogrąża się w chaosie. Czy Penny zdoła coś na to zaradzić? Jakie sekrety skrywa Maxwell? I kim są tajemniczy mężczyźni – Anioły Stróże w garniturach – ratujący ją odkąd tylko pamięta, którzy teraz nagle zniknęli?



Oto najnowsza powieść czołowego minimalisty literatury. Człowieka, który za sposób przekazania czegoś obrał szok potrafiący doprowadzić czytelników do omdlenia. Powieść, którą można nazwać przedstawicielką jego szczytującej formy, czy to jednak oznacza, że szczytowej?



Geneza powstania „Pełni Piękna” (przekład tytułu trochę mnie irytuje – wolałbym wierne oryginałowi „Piękna Ty”, a i w samej treści znalazło się kilka wpadek translatorsko-redakcyjnych) jest taka, że mając kilka lat, Palahniuk został wysłany przez matkę na strych po jakieś rzeczy. Znalazł tam przypadkiem kolekcję porno powieści ojca. Nie rozumiał oburzenia matki, bo dla niego były równą głupotą z jej romansami. I tak lata potem narodził się pomysł by napisać ostre porno w stylu Markiza De Sade’a ale językiem łagodnym niczym w romansach dla kur domowych. Postanowił połączyć to z „Klanem niedźwiedzia jaskiniowego” i w ten oto sposób do rąk czytelników trafiła powyższa powieść.



Ale inspiracji w niej można doszukać się więcej. Mamy to bowiem i sceny pełne wschodnich wierzeń, mitologii przypominającej „Legendy Kung Fu” (pamięta ktoś jeszcze ten serial?) czy „Kill Billa”, podlane sosem SF i horroru w klimatach Deana Koontza, odrobiną baśni, romansu z pogranicza Harlequina a wreszcie szczyptą „Gwiezdnych wojen”. Przede wszystkim jednak jest to przegląd, wiwisekcja, przekrój twórczości samego autora. Powieść pełna jest motywów znanych z „Niewidzialnych potworów”, „Udław się „Kołysanka”,”Snuffu”, „Ranta”, czy „Doomed”. Dlatego nie ustrzeże się porównań z poprzednimi książkami autora o seksie, ale niestety nie wyjdzie z tego obronną ręką, choć powieścią jest naprawdę znakomitą.



Fabuła wciąga i emocjonuje i to jest jej wielka zaleta. Styl Palahniuka jest charakterystyczny, nieco bardziej liryczny niż dotychczas, ale to tylko kolejna kwestia in plus. Pomysły są jak zwykle ostre i szokujące. Seks przelewa się z kart. Nie do końca udało się to łagodnie pokazać, Chuck rzuci czasem mięsem, którego być nie powinno, ale załagodził to jednocześnie medyczną wręcz chłodnością terminów.



I super jest do 2/3 powieści. Potem jednak pojawiają się wątki z Nepalem i Babą Siwobrodą (inspiracja „Klanem niedźwiedzia…”) i psują wszystko. Psują także ostateczne starcie w kościele śmiesznymi rozwiązaniami fabularnymi i pewnymi oczywistościami. Oczywistości tych jest więcej, więc nie wszystkie zwroty akcji zaskakują, ale na pewno zaskakuje wszystko, to, co powinno.



W kwestii finału powiem jeszcze, że jest taki, jaki być powinien. Tragiczny happy end czy szczęśliwy tragic end. Tak, jak w dawnych dziełach. Świetne są także wątki apokaliptyczne, które dominują ostatnimi czasy u Palahniuka. Skali „Doomed” nie osiągają, ale dodają całości smaku. Szkoda tylko, że nie zachował Chuck większej powagi i nie poprzestał na zabawie z czytelnikiem w doktora – bo taką zabawą właśnie jest „PP”.



Nadal jednak jest to świetna, satyryczna powieść krytykująca nasz konsumpcjonizm, modę i celebrytów. Ośmieszająca literacką tandetę „50 twarzy Greya” czy „Zmierzchu”. W ciekawy sposób spoglądająca na feminizm i ludzką pogoń za hedonizmem. Wytykająca błędy ideologiczne i kulturowe… Itd., itd., wymieniać można by długo, ale po co? Każdy powinien przekonać się osobiście, jeśli jest na tyle odważny, by po Palahniuka sięgnąć. Wprawdzie to wszystko już u autora było niejednokrotnie i przydałoby się „Pełni piękna” więcej świeżości, ale nie zmienia to faktu, że każda powieść Palahniuka jest ważna i ważka i stanowi ewenement literacki a już samo to należy docenić.

piątek, 18 marca 2016

Amazing Spider-Man Vol 4 #4 - Worldwide: High Priority - Dan Slott,Giuseppe Camuncoli




WYSOKI PRIORYTET



Scorpio i jego ludzie decydują się pozbawić SHIELD jednego z ich największych pomocników – Spider-Mana. Tymczasem Fury, po poniesionej porażce, szykuje atak na wszystkie bazy organizacji Zodiac. Kiedy jednak życie May jest zagrożone, Peter wybiera ratowanie jej zamiast pomoc SHIELD…



I przez większość komiksu nie dzieje się nic, co by mgło wybić go na wyżyny przeciętności choćby, nie mówiąc już o tym, by stał się historią udaną, ale wreszcie w finale zaczyna się dziać. Jakiś czas temu Marvel zapowiedział event o nazwie Dead No More i Spider realizuje się w tym kierunku. Praktycznie co zeszyt ktoś powraca do życia i jak tak dalej pójdzie jeszcze Gwen albo wujek Ben ponownie zagoszczą na łamach serii (oby nie!), póki co jednak zaczyna się robić ciekawie. Bo kto ożywia bohaterów, po co i czy aby na pewno ożywia. To ostatnie pytanie w komiksach nie pada, ale jest uzasadnione po tych wszystkich klonach, oszustach i rzeczywistościach alternatywnych, jakich namnożyło się od kilkudziesięciu lat. Co wyjdzie, okaże się, ale mam nadzieję, że Slott znów pokaże, co potrafi.



Graficznie nadal jest bardzo przeciętnie, ale całościowo ten zeszyt zasłużył wreszcie na 5/10 gwiazdek oceny. I przy okazji sprawił, że wreszcie, od początku trwania tego volume’u, jest nadzieja na nadzieję, że może być nieźle.

KONKURS

Drodzy czytelnicy tego bloga!

Dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i S-ka mam przyjemność zaprosić Was do udziału w konkursie, w którym nagrodą jest najnowsza, znakomita powieść Leonie Swann. Konkurs chciałbym przede wszystkim zadedykować do mieszkańców Węgrowa (woj. Mazowieckie) i okolic, ale nie tylko. Zasady są proste: na adres mil18@onet.eu przyślijcie odpowiedź na proste pytanie - Dlaczego to do Was powinna trafić niniejsza pozycja? Autor najciekawszego uzasadnienia otrzyma egzemplarz powieści.

Konkurs trwa od 18 do 31 marca 2016 roku. Wszelkie pytania kierujcie także pod podany adres.

Tropiciele - Małgorzata Karolina Piekarska



DRUH BORUCH



Wydawałoby się, że powieść harcerska to nie gatunek na nasze czasy. Przygodowe książki, których bohaterami są młodzi ludzie należący do konkretnego zastępu, kojarzy nam się głównie z reliktem czasów minionych. Z PRL-em. Z propagandą jednym, z dzieciństwem innym. A tymczasem Małgorzata Piekarska udowodniła, że nie tylko temat nadal można śmiało wykorzystywać, ale przede wszystkim zaprezentować go w naprawdę atrakcyjny dla współczesnych czytelników sposób.



Gdyby trzeba było krótko scharakteryzować głównego bohatera/narratora tej powieści i jego stosunek do harcerstwa, chyba najlepiej oddałyby go słowa żartu, który sam przytacza: Czy jest druh Boruch? Kuba bowiem nie cierpi harcerzyków. Tych śmiesznych, chodzących w mundurkach dzieciaków, którzy kojarzą mu się z brakiem intelektu i niedomytymi stopami. Ale pewnego dnia będzie musiał zweryfikować swoje poglądy. Gdy wraz z mamą, tatą i siostrą przenosi się do odziedziczonego w spadku rodzinnego domu na Saskiej Kępie, zmiana szkoły i całego życia pchnie go przypadkiem na harcerską zbiórkę. Środowisko, które wyśmiewał staje się dla niego atrakcyjne ze względów zadań, jakie czekają na zastęp, do którego w końcu się przyłącza (odkrywanie sekretów przeszłości jego okolicy), ale także (a może przede wszystkim) z powodu Niej. Pięknej harcerki, której jego towarzystwo najwyraźniej nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie…



Ta powieść to taka klasyczna książka przygodowa, na jakich wychowało się niejedno pokolenie czytelników. Utrzymana w długiej tradycji literackiej, której najsłynniejszymi przedstawicielami byli Makuszyński, Niziurski, Nienacki czy Bahdaj, w znakomitym stylu powiela co najlepsze z ich książek, przenosząc w nowe czasy, ale jednak pozostawiając ten niesamowity klimat. Miłość, przygody, porcja dydaktyzmu i przybliżania faktów historycznych, a zarazem coś, czego nie dało się uświadczyć w dziełach dawnych twórców – bardziej ludzkie postacie. Bo Kuba święty nie jest, to wulgaryzm mu się wymknie, a to żart nieprzyzwoity. Jest też leniem, w harcerstwie nienawidzi obowiązków, a i pomaganie innym nie szczególnie jest mu po drodze. Chce przygody, chce znaleźć skarb, a na wzmiankę o takim natrafia wraz z kolegami z zastępu w starych dokumentach. Zaangażowanie wynikające z tych niskich pobudek odmienia go jednak i naucza prawdy o Powstaniu Warszawskim. A jednocześnie jemu i nam przybliża sylwetkę Wacława Chodkowskiego, malarza sprzed wojny i zarazem dalekiego krewnego autorki.



Wszystkie te treści zyskały także odpowiednią oprawę graficzną. Ilustracje są proste, lekko mangowe, ale urocze, zabawne, miłe dla oka, a przede wszystkim bardzo bogate.



Czy trzeba dodawać coś jeszcze? Zabawa z „Tropicielami” jest znakomita - a na tych, którzy czytali "Klasę Pani Czajki" jest kilka dodatkowych smaczków. To książka w sam raz na długie wieczory przełomu zimy i wiosny, by stworzyć miłą perspektywę na lato, albo na wakacje, by usiąść z nią gdzieś w cichym, spokojnym miejscu, i delektować lekturą. Polecam więc gorąco.



A wydawnictwu Nasza Księgarnia składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

czwartek, 17 marca 2016

Superior Spider-Man: Kłopoty z głową - Dan Slott, Humberto Ramos, RyanStegman




SZALEŃSTWO SPIDERA



W końcu jest. Trzeci tom Superior Spider-Mana właśnie pojawił się na naszym rynku i jest się z czego cieszyć, chociaż zarazem jest też spory powód do narzekań. Przeważa na szczęście to, co dobre. Ale po kolei.



Otto jako Superior Spider-Man kontynuuje swoje działania, czym zdobywa większe uznanie J. Jonah Jamesona, którego ośmieszenie z rąk Screwball i Jestera mści w brutalny sposób, ale zarazem Avengres zaczynają się niepokoić. Czują, że z Pająkiem jest coś nie tak, zastanawiają się nad wyrzuceniem go z grupy, ale zanim dojdzie między nimi do konfrontacji, Otto w ciele Petera podejmie za namową Anny Marii próbę załagodzenia stosunków z odpowiadającym za jego doktorat Donem. Co jednak najistotniejsze, Parker tkwiący wciąż w jego głowie zacznie przejmować część kontroli nad ciałem, a co za tym idzie zwróci na siebie uwagę Octaviusa. Kto ostatecznie zapanuje nad organizmem Spider-Mana?



Zacznę od minusów. Po pierwsze jest to najsłabszy z dotychczasowych tomów Superiora. Ogólna jego ocena jest bardzo dobra, ale to głownie zasługa tego, co dzieje się od połowy. I tego, jak wszystko się rozwiązuje. Sam początek bowiem jest nierówny, bezsensownie śmieszny i pozbawiony czegoś więcej. Niespójny jakby z całością. Potem jest nudno. Sprawa z Cardiaciem tylko bliżej finiszu i samej operacji nabiera odpowiedniej mocy, zanim to jednak nastąpi na czytelników czeka miałka bijatyka.



Na szczęście wątek operacji ratuje całość, a przejście do tematu walki Amazing Spider-Man kontra Superior Spider-Man o dominację nad pajęczym ciałem i wymazanie wroga zyskuje odpowiednią wagę i emocje. Wprawdzie wiele rzeczy Slott opowiedział tu za szybko, kilka drobiazgów, kiedy zna się ogólne zakończenie serii, szwankuje, ale całość klimatem i akcją przypomina sekwencje z „Zakochanego bez pamięci”. Powtórkowść? Pewnie, ale na niezłym poziomie.



Jest jednak jeden minus, który mnie rozdrażnił i na myśli mam tu kwestie wydania. Egmontowi rzadko zdarzają się wpadki (chyba, że wspominać czasy, kiedy tłumaczył Kreczmar…), ale zdarzają. Nie jest to błąd, jak w „Lobo”: Portret bękarta”, w którym zabrakło strony, w trzecim tomie Supriora jakimś cudem dopuszczono do wydrukowania jednej rozkładówki nie na dwóch sąsiadujących stronach, a na dwóch stronach tej samej kartki. Niewielki to błąd, ale przypomniał mi czasy i błędy Tm-Semic.



Ale też i jedna rzecz Tm-Semicowego Spidera przypomniała mi w sposób jak najbardziej in plus. Sekwencja walki Superior kontra Amazing to graficznie i kolorystycznie wypisz wymaluj stare dobre Pająki, z czasów, gdy rysowali tacy twórcy jak Sal Buscema. Miły to akcent i sentymentalny.



Jako całość ten tom broni się jednak znakomicie. Nie dość, że mimo mankamentów jest bardzo udany, to jeszcze jest to okazja by znów po latach regularnie czytać przygody tych bohaterów. Mam nadzieję, że taki stan rzeczy utrzyma się jak najdłużej, ze po Superiorze trafi na nasz rynek „Amazing Spider-Man Vol 3” a potem „Renew Your Vows” i „Vol 4” (choć akurat ten ostatni jest mocno poniżej przeciętności i z każdym kolejnym zeszytem czuję tylko rozczarowanie), a w końcu może i starsze, jakże udane zeszyty, które marzą się chyba każdemu fanowi postaci Niesamowitego Pajęczaka. byłoby pięknie.



P.S. Szkoda, że w tym numerze nie zagościł krótki przecież zeszyt „Superior Spider-Man 6 AU”, który opowiadał o misji Spider-Mana podczas „Ery Ultrona”, ale cóż, wszystkiego mieć nie można.

Zła krew - Max Bilski



KREW, ZŁO I MAX BILSKI W NOWYM GATUNKU



Max Bilski to autor młody stażem, a jednak już znany i ceniony. Ledwie rok jak zadebiutował na rynku, a wystarczyło by zaprezentował czytelnikom trzy tomy „Podróży ze śmiercią”, zapowiedział kolejne, a w międzyczasie popełnił to oto dzieło, „Złą krew”, odchodząc od kryminału w kierunku thrillera ocierającego się czasami o horror.



Niewielka mieścina staje się scenerią tragedii, która wstrząsa społecznością. Samobójstwo młodej, pięknej kobiety, Katarzyny Dunaj, sprawia, że aspirant Adam Zieliński, który ledwie zdążył wypocząć na spóźnionych wakacjach, trafia w sam środek krwawej łaźni. Że kobieta popełniła samobójstwo, nie ma najmniejszych wątpliwości, udział osób trzecich zostaje wykluczony, ale wiele rzeczy się nie zgadza. Samobójstwo kobiety jest niezwykle brutalne, ale co dziwniejsze w ciągu ostatnich dwudziestu pięciu lat kilkanaście innych przedstawicielek płci pięknej odebrało sobie życie w taki właśnie sposób. Co je łączyło? Dlaczego wybrały taką metodę? I czemu tak naprawdę umarły? Pytania te nie dają spokoju lokalnej dziennikarce, Magdzie, która do pomocy namawia byłego policjanta, którego żona była wśród ofiar. Do czego doprowadzi ich to śledztwo?



Temat znajomy, znane treści, ale Bilskiemu udało się to ująć w przyjemny i ciekawy sposób. Bo tak to już z thrillerami jest, wiemy, że jest ofiara i że jest morderca, a mordercę tego ściągają jacyś dobrzy bohaterowie, z którymi możemy się mniej lub bardziej identyfikować (a przynajmniej z nimi sympatyzować), a jednak wciąż interesuje nas kto zabija i dlaczego. Jak autorowi uda się spleść wątki i na jaki pomysł rozwiązania całej akcji wpadł, że zechciał się nim z nami podzielić. Bilski swój pomysł znalazł, nie zdradzę oczywiście jaki, ale logiczny dla całości. I sprawiający zarazem, że thriller przecież, jaki staje się udziałem naszych bohaterów, czasem zbliża się przyjemnie do estetyki horroru.



Styl, jakim operuje w powieści, jest stylem lekkim i przyjemnym, odpowiednio krwawym i humorystycznym, kiedy trzeba, choć zarazem stylem, do którego trzeba przywyknąć. Wystarczy jednak kilka stron na obycie się z piórem Maxa i zostaje już tylko przyjemność z lektury dla wszystkich, lubiących mocne wrażenia.



Efekt finalny jest naprawdę udany i wart polecenia. Fajna treść skryta pod znakomitą okładką mojego ulubionego polskiego ilustratora, Dariusza Kocurka. Całość, która intryguje i zachęca do śledzenia kariery Bilskiego. Lubicie powieści z dreszczykiem, sięgnijcie więc, bo warto.



A ja dziękuję wydawnictwu Videograf za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

wtorek, 15 marca 2016

Hej, Jędrek! Kto tu rządzi? - Rafał Skarżycki, Tomasz Lew Leśniak


TO KSIĄŻKA CZY MOŻE KOMIKS? NIE, TO HEJ, JĘDREK!


Rafał Skarżycki i Tomasz Lew Leśniak to kultowi autorzy, spod ręki których wyszły tak znane i kultowe już dzieła komiksowe, jak (zekranizowany nawet) „Jeż Jerzy” czy absurdalnie śmieszne przygody Tymka i Mistrza. Ale, ale, nie tylko na polu obrazkowym dwaj panowie znakomicie się sprawdzili. Ich seria „Hej, Jędrek” to porcja uroczej, humorystycznej literatury dla młodzieży, gdzie zwykła proza splata się nierozerwalnie z komiksem!


Jędrek jest super, Jędrek jest cool, jest popularny, przez wszystkich lubiany i właściwie najlepszy we wszystkim, z czym się tylko zetknie. Szkoda tylko, że nikt poza nim tych cech nie dostrzega, nawet Karolina, z którą z jako jedyną chyba dziewczyną, da się rozmawiać na normalne (czytaj: męskie) tematy. Tym razem problemem codzienności, który dopada naszego bohatera jest piła nożna. Ważny mecz to jedno, Jędrek nie zawali nawet, kiedy z nerwów nie prześpi kilku nocy (nie zawali, prawda?...), ale co kiedy trzeba będzie znaleźć nowego kapitana? Kto nadaje się lepiej, jak nie Jędrek, nawet jeśli nikt inny tej oczywistej prawdy nie zauważa? I czemu wszyscy tak zachwycają się nowym uczniem, do którego nawet Karolina gotowa jest robić maślane oczy? Żeby udowodnić swoją wartość Jędrek będzie musiał stanąć na głowie i pokazać wszystkim, co w nim tkwi za potencjał. Pytanie tylko, czy pokaże?


Urocza to książka. „Książka” bowiem trudno jest jednoznacznie ją określić: bardziej powieść to mocno ilustrowana komiksowymi kadrami, czy bardziej komiks przeplatany mocą wstawek prozy. Każdy będzie miał o tym swoje zdanie, ja natomiast trzymać się będę określenia: książka. Hybryda dwóch mediów. Tomik zarówno dla tych, którzy wolą obrazkową formę, jak i tych, do których bardziej przemawia słowo pisane.


Jakkolwiek by jednak nie odnosić się do tej publikacji, zabawa z Jędrkiem jest przednia. Ślepy swych wad, rozbrajająco przekonany o własnej wielkości bohater stanowi źródło niewyczerpanego humoru i perypetii. Zderzenie jego przekonań z prawdą i tym, jak wygląda w oczach innych rozbraja. Jednak Jędrek to nie tylko jego postawa, ale także źródło rozbrajających przemyśleń i wielkie serce. I to się w nim kocha. Czy jest się małym, czy dużym (do starszych czytelników puszcza Skarżycki nieraz oko), trudno nie ulec jego urokowi.


Podobnie jest od strony graficznej. Dawno nie oglądałem nowych ilustracji Leśniaka, ale rysunki w „Jędrku” są dużo lepsze, niż w przygodach Jeża Jerzego. Kreska jest bardziej czysta, mimika i humor sytuacyjny rozbrajające a prostota całości to największa jej siła.


Połączenie obu tych jakże bliskich i dalekich zarazem dziedzin narracji dało efekt na wskroś uroczy i zachwycający. Dlatego też polecam gorąco i zachęcam do poznania tego tomu (jak i wszystkich innych, których znajomość na szczęście nie jest wcale potrzebna do pełni cieszenie się poszczególnymi z nich).


I dziękuję serdecznie wydawnictwu Nasza Księgarnia za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Mędrzec kaźni - Tomasz Kowalski



BĄDŹ TU MĄDRYM W OBLICZU KAŹNI



Najpierw jest zbrodnia. Potem sąd, wyrok. Zabił, zabić i jego. Kara śmierci, którą ktoś przecież musi jednak wykonać. Kat. Sankcjonowany prawnie morderca czy człowiek prawa, potrzebny i godzien szanowania? Prawda leży tam, gdzie przekonania, ale gdzie leży ta prawda ogólna? I jak tu być mądrym w obliczu kaźni?



Wiosną roku 1939, wiosną niespokojną od wojennych obaw wywoływanych zapędami Hitlera, zjawia się w Paryżu młodym amerykański dziennikarz Steven Mullford. Przełożeni wysłali go by przeprowadził wywiad z katem, Thierrym Jakobem. W głowie ułożony ma konkretny scenariusz rozmowy, jaka odbyć ma w niewielkim mieszkaniu kata. Konkretne pytania, konkretne tory. Rzeczywistość szybko jednak weryfikuje jego plany, kiedy po wymienieniu zaledwie kilku zdań przekonuje się, że to wcale nie on rozdaje tutaj karty. Na dodatek w mieszkaniu znajduje się coś, co skrywa się za czarną zasłoną tajemnicy. Coś, co niezwykle intryguje Stevena. Coś, co Thierry obiecuje odsłonić, w swoim czasie…



To nie jest książka dla wszystkich i zabierając się do recenzji czuję się w obowiązku przestrzec o tym, co wrażliwszych. Już sam temat do łagodnych nie należy, rozważania nad karą śmierci i każdym rodzajem śmierci, jaką sankcjonują przepisy prawa zawsze budzić będzie kontrowersje, w jedną to czy drugą stronę. Ale nie o to chodzi. Treść i owszem, jest drastyczna, a napięcie potrafi sięgać zenitu (szczególnie w scenach przekonania się… nie, lepiej zamilknę, niech czeka na Was niespodzianka), ale autor posunął się jeszcze o krok dalej. Chciał zapewnić kurację szokową i udało mu się to osiągnąć, dodając powieści realizmu poprzez zilustrowanie jej, wśród ilustracji tych zamieszczając zdjęcia ściętych głów ofiar gilotyny. Czy to zabieg uzasadniony, można się spierać. Nie można jednak spierać się w kwestii znaczenia i mocy ”Mędrca kaźni”. Jego głębi i przerażającej prawdziwości.



„Mędrzec…” to, można chyba tak rzecz, bardzo czarny zbiór prawd i anegdot spod szubienicy. Spod gilotyny. Zza krzesła elektrycznego. Aż chce się zacytować Strachy na Lachy: „Wspinałeś się na stryczek, stałeś przy elektrycznych krzesłach”. Bo tak właśnie, wraz z każdym faktem, z każdą ciekawostką i relacją, wspina się Steven na specyficzny szafot prawd o ludzkiej hipokryzji. A czytelnik towarzyszy mu w tej drodze, niby podsłuchujący tą swoistą spowiedź, aż do samego końca, kiedy wszystkie karty zostaną wyłożone i…



Sięgnijcie i przekonacie się, co następuje po tym wielokropku i co kryje się w naturze każdego z nas. Zaręczam, że warto. Z przerażeniem, z bólem, ale z i satysfakcją – czytelnik wychodzi z tego spotkania sponiewierany, ale nie bez refleksji. Polecam, choć raczej tym, którzy mają w sobie dość odporności.



I dziękuję wydawnictwu MG za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

poniedziałek, 14 marca 2016

Cuda z koralików. Projektowanie, inspiracje, wykonanie - BurnhamStephanie, Sara Withers



CUDOWNE KORALIKI



Koraliki. Małe, okrągłe, błyszczące. Przede wszystkim kojarzą nam się nanizane na sznurek, zawieszone na szyi, tradycyjny dodatek do tradycyjnego stroju. Coś co nosiły nasze babcie bądź matki. Bo i cóż więcej można z tego zrobić. Prawda? Absolutnie nie! Koralik to może i rzecz prosta, ale w odpowiednich rękach te kolorowe kuleczki naprawdę mogą zmienić się w cuda. A każde ręce zmienić się mogą w te odpowiednie, wystarczy trochę chęci i podręcznik taki jak ten, by tego dokonać.



Co znajdziemy na stronach książki duetu Sara Withers/Stephanie Burnham? Właściwie wszystko, co mają koraliki do zaoferowania. Od absolutnych podstaw, po rzeczy dla wprawionych już w zabawy z tym gatunkiem rękodzieła artystycznego. W trzech częściach, na jakie podzielona została publikacja, omawiają autorki każdy z możliwych aspektów, zaczynając od materiałów i narzędzi potrzebnych do procesu twórczego, a na galerii i linkach do powiązanych z tematem stron internetowych kończąc. Pomiędzy natomiast rozciąga się bogactwo zdjęć, które przeplata się z bogactwem treści. Oprócz samych technik bowiem, czytelnik poznaje jakie są rodzaje koralików, materiały, na jakich można je wykorzystywać (a są to często rzeczy, o jakich bym nawet nie pomyślał), krok po kroku dowiaduje się, jak radzić sobie z pracą i jak wreszcie wykończyć finalny efekt. Co najważniejsze jednak, przekonuje się przy tym jakie rzeczy może wyczarować z czegoś tak prostego. Bransoletki i naszyjniki to jedno, ale przekonanie się, jakie trójwymiarowe prace można osiągnąć zwyczajnie zdumiewa i urzeka.



Jak przystało na książkę dla każdego, „Cuda z koralików” są przystępne i łatwe w odbiorze, a przy tym niezwykle inspirujące. I przyjemne dla oka. Strona graficzna bowiem (z galerią na czele) nie tylko pokazuje co, jak i dlaczego, ale przede wszystkim pięknie wygląda. Znakomita jakość wydania doskonale koresponduje z jakością zdjęć, całość zaś to naprawdę świetna pozycja dla każdego zainteresowanego koralikami, nie zależnie od wieku i zdolności manualnych.



Chcecie przekonać się, jakie i Wy możecie wyczarować cuda, sięgnijcie koniecznie, ta pozycja jest tego warta. Dlatego polecam gorąco.



A grupie wydawniczej Publicat składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Żniwa zła - Robert Galbraith (J.K. Rowling)



KARIERA ZŁA



Przyznam się szczerze, że ani pierwsza dorosła powieść Rowling, ani też pierwszy kryminał napisany pod pseudonimem Robert Galbright, nie zdołały mnie uwieść. Nie czułem ich i miałem wrażenie, że autorka jakby na siłę chce odciąć się od Harry’ego Pottera. Odczucia te zmienił jednak drugi tom przygód Cormorana Strike’a, „Jedwabnik”, teraz natomiast, wraz z trzecią częścią jego losów, wreszcie śmiało mogę powiedzieć, że w pełni przekonałem się do tej serii, a „Żniwa zła” to kawał naprawdę udanej powieści.



Rok 2011. Cormoran i jego asystentka, Robin, po wyjaśnieniu dwóch głośnych spraw stali się znani i modni. Nie rozwiązało to wszystkich problemów agencji, nie mniej sytuacja jest nieco lepsza niż na początku. Do czasu. Kolejna sprawa, w którą zostają zaangażowani poniekąd wbrew swej woli, atakuje ich na wszystkich możliwych polach. Ktoś bowiem przysyła do agencji odciętą kobiecą nogę – nogę, która została amputowana w tym samym miejscu, w którym amputowano nogę Cormorana. Przypadek? Bynajmniej. Morderca, który wysłał makabryczną paczkę owładnięty jest prywatnymi motywami, a celem jest nie tylko Strike, ale także i Robin, do której przesyłka została zaadresowana. Medialna burza pozbawia agencję klientów. Strike ma kilka typów, zna wielu, którzy zdolni byliby do czegoś takiego, a zarazem nie zgadza się z typem policji. Nie jest jednak świadom, jak blisko jego i Robin jest psychopata…



Udała się ta książka Rowling najbardziej z całej trylogii. Na dodatek sama autorka wreszcie w pełni wykorzystała stylistykę, w której poruszała się od samego początku swojej kariery. Bo czymże innym był „Harry Potter”, jak nie schematem kryminału/thrillera z jego piętrowymi zagadkami i składającymi się powoli w większą całość elementami, na grunt urban fantasy? Aż dziw, że początkowo J.K. nie odnalazła się w tym gatunku właśnie. Może to była wina czysto tematycznego podejścia, bez przełamania jakąś hybrydą, a może zbyt wielkiej chęci odcięcia się od wcześniaczych dokonań, cokolwiek by się za tym nie kryło, pisarka w pełni ma to już za sobą. „Żniwa zła” nie tylko znakomicie sprawdzają się jako rozrywkowa książka, ale dobrze też odnajdują się w schematach gatunkowych. Lekko napisany, mocno osadzony w brytyjskich klimatach i rzeczywistości, z dobrą akcją i momentami kojarzącymi się z Kubą Rozpruwaczem to rasowy kryminał na granicy thrillera. Czyta się go szybko i przyjemnie. Nie brak też jest napięcia, a i na porcję zaskoczeń również znalazło się miejsce. Sam powrót natomiast do tych postaci i wydarzeń, których echa pobrzmiewają nie raz w treści, jest jak spotkanie ze starymi znajomymi, co tylko dodaje całości czegoś przyjemnego. Po tym tomie nawet perspektywa telewizyjnego serialu na podstawie przygód Strike’a wydaje się miła i kusząca, choć dotychczas sceptycznie podchodziłem do tematu.



Dlatego też polecam „Żniwa zła”. Nie tylko tym, którym podobały się poprzednie części, ale także tym, których rozczarowały – to bowiem doskonała szansa by przekonać się do nowej serii Rowling i miło spędzić czas.



A ja dziękuję grupie wydawniczej Publicat za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.



A chętni do poznania fragmentu znajdą go tutaj.