wtorek, 31 maja 2016

Klaudiusz i Messalina - Robert Graves



WŁADZA I NAMIĘTNOŚĆ



Nie ma co ukrywać, że literatura historyczna nie leży stricte w obszarze moich czytelniczych zainteresowań, ale są takie książki i tacy autorzy, po których każdy czytelnik sięgnąć powinien, niezależenie od swoich preferencji. Do nich zdecydowanie należy Robert Graves i jego dylogia o cesarzu Klaudiuszu, której pierwsza część stała się kanwą głośnego serialu „Ja, Klaudiusz”.



Jest już rok 41 naszej ery, Klaudiusz, o którym powiedzieć można wiele, od kuternogi, przez jąkałę, po rodzinnego głupka, jest cesarzem, zyskał władzę, zyskał pozycję i kilka przymiotników pozytywnych, mówiących o jego lojalności i sprawiedliwości. Mniej pozytywów rzec można jednak o jego małżonce, Messalinie. Opowieści o jej seksualnych dokonaniach i niespożytych w tej materii siłach przeszły do legendy. Messalina wywiera także niezwykle silny wpływ na Klaudiusza, na jego decyzje i postrzeganie niektórych spraw. Jak jednak zareaguje cesarz, kiedy jego własna żona zacznie zagrażać nie tylko jego pozycji, ale także i życiu?



Można nie znać innych dzieł Roberta Gravesa, ale jeśli chodzi o „Ja, Klaudiusz” i „Klaudiusz i Messalina” po prostu nie wypada zignorować zupełnie tych dzieł. Po pierwsze ich aktualność i siła nie zmalały od chwili ich wydania w roku 1934 i wciąż trafiają do serca i umysłu. Po drugie zyskały także uznanie krytyków, którzy przyznali pierwszej części losów Klaudiusza nagrodę James Tait Black Memorial Prize a tygodnik TIME zamieścił ją na liście 100 książek wszech czasów. Po trzecie wreszcie to po prostu znakomita powieść, broniąca się bez całej otoczki kultowości. Bo Graves nie tylko stworzył biografię słynnego cesarza (a w tym tomie także jego równie (nie)sławnej, choć z innych przyczyn żony), ile korzystając z jego życia i faktów historycznych, postanowił opowiedzieć nam historię fascynującego człowieka, zamkniętą w ramach namiętności, intryg i wielkiej polityki. Klaudiusz w jego wykonaniu to nie jedynie relikt przeszłości, a naprawdę realna postać – ze swoimi słabościami (szczególnie tymi zdrowotnymi), mocnymi stronami i wizerunkiem, który powoli ewoluuje.



Dodatkowo Graves to wszystko w pewnym stopniu uwspółcześnił. Nie zmienił realiów, nie zmienił postaci, zmienił natomiast drobne szczegóły (choćby nazewnictwo miejsc), a z całej reszty wycisnął to, co najlepsze i najciekawsze. Także w warstwie słownej, choć posługuje się bardzo pięknym językiem literackim, dokonał zmian na rzecz łatwiejszego odbioru. Tekst nie jest więc archaiczny, choć wierny historii, czyta się go łatwo i przyjemnie, a w połączeniu ze wspomnianą treścią, robi znakomite wrażenie.



Podsumowując, jeśli jeszcze nie czytaliście „Ja, Klaudiusz”, ani „Klaudiusz i Messalina”, nadróbcie ten błąd. Nie jesteście przekonani? Dajcie choć szansę, a z pewnością zmienicie zdanie, nawet jeśli hasło „literatura historyczna” Was odrzuca. Polecam.



I dziękuję grupie wydawniczej Publicat za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

To nie jest las dla starych wilków - Tomasz Samojlik



TO ŚWIETNY KOMIKS DLA WSZYSTKICH CZYTELNIKÓW



Tomasz Samojlik, autor bardzo ciepło przyjętej „Sagi o ryjówkach”, powraca właśnie z kolejnym komiksem rozgrywającym się w puszczy. Tym razem jest to dzieło samodzielne (choć kilka znajomych dziobów pojawia się w tle), składające się z osiemnastu krótkich historii, ale jakie są to historie! Chyba najlepsze dotychczas przez niego stworzone!



To nie jest las dla starych wilków. W tej puszczy panuje nowoczesność, zwierzęta lubią tańczyć break dance, łasica bawi się w ninja, wiewiórka odkrywa, że przyroda przepełniona jest matematycznymi wzorami i zasadami, a łosie chętnie strzeliłyby sobie słitfocię przed fotopułapką, gdyby nie nakaz zachowania pozorów. Szalone życie przeplatane jest jednak niebezpieczeństwami, z których największym okazują się być chcące zdobyć władzę szopy, ale wbrew pozorom najczęściej okazuje się, że to właśnie tradycja (ot choćby taki brak supermarketu w lesie) może uratować mieszkańców puszczy!



Sięgając po ten komiks spodziewałem się, że będzie to świetny album, ale nie spodziewałem się, że aż tak bardzo! Samojlik, którego „Saga o ryjówkach” urzekła mnie jakiś czas temu, tym razem przeszedł samego siebie. W „To nie jest las dla starych wilków” zawarł wszystkie elementy, które pojawiały się u niego dotychczas, ale w myśl olimpijskiej zasady jest ich więcej, jest bardziej, ale przede wszystkim jest jeszcze lepiej, a niektóre opowieści zachwycają absolutną wielkością – jak choćby ta o uciecze z ZOO żubra Żorża i małpy oraz najlepszy komiks albumu, przedstawiający genialny pojedynek werbalny lochy z żubrem; absolutna perełka.



Wszystko to oczywiście bawi, cieszy, śmieszy i raduje, wciąga i intryguje, ale na równi z całą tą zabawą uczy. I to nie tylko w głównym przedmiocie wykształcenia autora - biologii (rozwój grzybów, ciekawostki z życia mieszkańców lasu czy fascynujące sekrety pewnego gatunku ptaków), ale także i matematyki. Fraktale czy ciąg Fibonacciego przedstawione są tu w jasny i prosty sposób, a przy okazji w fascynującej korelacji z przyrodą. Na miejscu dziecięcych odbiorców tego komiksu zachwyciłbym się możliwościami matematyki i chętniej uczyłbym się tego przedmiotu.



Poza tym jest to tak uroczo narysowane i tak zabawnie przedstawione (tytuły poszczególnych historii to parafraza tytułów filmowych, ale i w samej akcji nie brak scen odwołujących się do znanych obrazów kinematografii, jak chociażby małpa chcąca tańczyć z wilkami), że trudno nie dać się uwieść temu komiksowi niezależnie od wieku. Jeśli więc szukacie idealnego komiksu na Dzień Dziecka (czy inną podobną okazję) „To nie jest las dla starych wilków” (i właściwie wszystkie inne dzieła Samojlika) to jeden z najlepszych pomysłów na prezent. Polecam gorąco!



I dziękuję wydawnictwu Kultura Gniewu za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.



A jeśli chcecie poznać kilka przykładowych stron, kliknijcie tutaj i delektujcie się – jest czym.

Niezrównani - Alyson Noël



GWIAZDY NA KRWAWYM DYWANIE



Literatura młodzieżowa zyskuje coraz to lepszą pozycję na rynku. Gatunek ten nie wydaje się już tylko być zarezerwowany dla szkolnych, bądź też wakacyjnych opowieści, przygodówek ani Science Fiction czy Fantasy, ale zdobywa coraz to nowe grunty. Także te na polu thrillerów, na które zabiera nas właśnie Alyson Noël.



Madison Brooks to celebrytka, o której wciąż jest głośno. Plotki o jej imprezowym życiu są na językach wszystkich, ale prasa nie jest w stanie wydobyć na światło dzienne jej przeszłości i prywatnego życia. Madison bardzo pilnie go strzeże, a mozolnie wypracowany wizerunek jest czymś, o co dba za wszelką cenę.

To jej postać stanie się czynnikiem łączącym trójkę osiemnastolatków, którzy staną przed życiową szansą, kiedy wezmą udział w konkursie na promocję klubów Niezrównane Nocne Życie Iry Redmana. Nagroda finansowa jest niewyobrażalna, a na dodatek na zwycięzców czeka sława. Dla Layli to możliwość spełnienia marzeń o własnym popularnym blogu plotkarskim, poczatkująca aktorka Aster może zyskać rozgłos, a Tommy ma możliwość zbliżyć się do Iry – ojca, który dawno temu go porzucił. Dla każdego główny cel to jedynie środek do celu zupełnie innego, a szansą na jego realizację jest ściągnięcie do klubu Madison, jednak dziewczyna nagle znika…



Alyson Noël zabiera nas do Los Angeles, na Sunset Boulevard, gdzie miasto lśni od gwiazd i bilbordów, gdzie spotkać można znanych aktorów i cały blichtr, ale gdzie przede wszystkim czeka na nas mrok. Mrok tajemnic, mrok narkotyków, zbrodni i szemranych interesów. Mrok wielkich biznesów i wielkich pieniędzy. Kusząca sława i pociągające bogactwo.



Jest to jednak thriller przede wszystkim dla młodzieży, a więc bez szczególnej brutalności, napisany w prosty sposób i choć jednocześnie stanowi satyrę na wyścig szczurów i ociekające kiczem plotkarskie magazyny i blogi, w pewien sposób wpasowuje się w tę formułę. Atrakcyjną dla młodych? Tak, jednak dla dorosłych czytelników może być to konwencja nie do końca strawna. Skoro jednak jest to książka dla grupy wiekowej young adult, czytelnicy, którym jest przeznaczona odnajdą to, czego w niej szukają, podane lekko i z przepychem opisów pięknych ludzi.



A ja dziękuję wydawnictwu Harper Collins za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

poniedziałek, 30 maja 2016

Nocny film - Marisha Pessl


MOCNA KSIĄŻKA Z FILMEM W TLE



Jeżeli jest się miłośnikiem horrorów i thrillerów, już sam opis tej powieści wystarczy by poczuć przyjemny dreszcz podniecenia na samą myśl o lekturze. I wcale nie chodzi o to, że pada tam porównanie do dzieł Stephena Kinga i Davida Lyncha, bo jest ono jednak porównaniem na wyrost, ale o samą treść łączącą zbrodnię, miejskie legendy i rzut oka za kulisy branży filmowej. W skrócie: przygotujcie się na niezły seans!



Każdy chyba słyszał o Stanislasie Cordovie, bo o takim ekscentryku trudno byłoby nie usłyszeć. Jego filmy szokowały, przerażały, inspirowały nawet zbrodnie, ale od trzydziestu lat reżyser nie pojawił się publicznie ani razu, a o tym, że w ogóle jeszcze żyje świadczą nieliczne tylko fakty, bliższe już poszlakom, niż realnym dowodom. Jego filmy też ciężko jest dostać, ot czasem w sieci wypłynie jakaś nielegalna kopia, czasem natomiast pojawia się podziemny seans, na który wstęp mają nieliczni uprzywilejowani. Jedni obrazy Cordovy wielbią i darzą osobliwym kultem, inni wyłapują je i niszczą. Jedynie córka reżysera jest widoczna w życiu publicznym ze względu na pianistyczny talent.



Wkrótce jednak o dziewczynie robi się głośno z zupełnie innych przyczyn – znalezione zostają jej zwłoki. Policja śmierć uważa za samobójstwo, jednak innego zdania jest Scott McGrath, dziennikarz, który tropiąc przed laty mroczne sekrety Cordovy, został przez niego sprytnie zmanipulowany i utracił reputację i właściwie wszystko, co było mu drogie w życiu. Zaintrygowany całą sytuacją i zmotywowany chęcią zemsty, Scott decyduje się poznać mroczne sekrety rodziny Cordovów i chorych filmów Stanislasa…



Młoda amerykańska autorka Marisha Pessl zebrała w „Nocnym filmie” wszystkie znaczące motywy, jakie rozpalały umysły fanów grozy, ale grozy realnej, nie nadnaturalnego (ale czy aby na pewno, oto jest pytanie) pochodzenia, i połączyła w pokaźną, bo liczącą ponad 750 stron powieść. Cały motyw filmów Costovy to nic innego, jak znane wszystkim miejskie legendy o filmach snuff czy nieocenzurowanych wersjach horrorów, a sama postać szalonego reżysera z tajemnicami inspirowana była rzeszą podobnych postaci ze świata filmu. Ale te motywy znane od dawna wciąż fascynują i wciąż rozpalają wyobraźnię. Fikcja to? Owszem, ale miejska legenda opiera się na fikcji podanej jako prawda, a Pessl i o tę stronę historii zadbała. W jaki sposób?



Znaczna część „Nocnego filmu” to dokumentacja. Zdjęcia, artykuły, transkrypcje, nawet kadry z filmów Cordovy. Autorka dołożyła starań, by wszystko to brzmiało i wyglądało realistycznie, i udało jej się osiągnąć ten efekt. Zresztą owe skrawki sfabrykowanej prawdy to najlepsza i najbardziej fascynująca część powieści. Nie oznacza to, że reszta nie ciekawi, bo tak nie jest. Zagadka wciąga, wszystko przeplata się ze sobą, a chęć poznania rozwiązania pcha naprzód. Jest też całkiem niezły klimat, świetnie nakreślony już początkową sceną, w której bohater biegając widzi dziewczynę w czerwieni, są i udane zwroty akcji. Trochę oczywistości też się znalazło, ale nic, co raziłoby czytelnika. Poza tym „Nocny film” czyta się niezwykle sprawnie i szybko, chociaż Pessl, podobnie jak młody King, serwuje całkiem sporo (czasem aż za dużo) porównań.



Lubicie połączenie thrillera z horrorem, przesycone popkulturowym puszczaniem oka, ta książka dla Was. Sprawna, miła, nastrojowa i przede wszystkim solidnych rozmiarów, co zapewnia zabawy na wiele godzin. Na dodatek dla tych, którzy znają angielski i ściągną aplikację, czeka porcja interaktywnych dodatków. Jednym słowem: warto.



A ja dziękuję portalowi Kostnica za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.



Miasto psów, część 1 - Yohan Radomski, Jakub Rebelka



GRA O WŁADZĘ



Europejski komiks fantasy rysowany przez Polaka kojarzy się jednoznacznie – z „Thorgalem”. Ale jak pokazują w szczególności ostatnie lata, Rosiński to nie jedyny rodzimy artysta tego medium, który zdobywa popularność na świecie, a „Thorgal” to nie jedyna taka pozycja warta poznania. Nadszedł czas na „Miasto psów”, które nie tylko jest naprawdę znakomitym albumem, ale także doskonale wpasowuje się w oczekiwania i trendy współczesnych opowieści fantasy.



Enora jest ledwie nastoletnią dziewczyną, kiedy pchana zemstą i słowami Sarmuny Wilczycy wyrusza w drogę na Wyspę Wisielców. Szuka tam pomocy w zgładzeniu Volasa, swojego wuja, który niegdyś był zaledwie sługą władcy Miasta Psów, ale za sprawą podszeptów swojej żony, zabił go i przejął tron. Jego władza bierze się z Cienia, rośnie im bardziej Volas jest nikczemny. Zabija każdego, kto stanie mu na drodze, poszerza swoje wpływy, nie zawahał się uśmiercić nawet własnej żony, a po jej śmierci za żonę wziął swoją siostrę, a matkę Enory. Ale ją też zabije prędzej czy później, a Enora stanie się jego kolejną nałożnicą, by w końcu także stracić życie, jak jej poprzedniczki. Dlatego szuka pomocy w zgładzeniu Volasa, by mogła przy okazji zająć jego miejsce i uwolnić lud Miasta Psów. I ową pomoc znajduje. Jaka jednak będzie jej cena? I jakie czekają na
wszystkich konsekwencje?



Trochę szkoda, że „Miasto psów” to dylogia ledwie, bo dwójce autorów – Francuzowi polskiego pochodzenia i naszemu rodakowi – udało się stworzyć ciekawą historię, fantasy acz osadzoną dość mocno w średniowiecznych realiach. Z drugiej strony lepsza krótka, a świetna opowieść, niż rozciągnięta do granic seria, która szybko zaczyna zjadać swój ogon. A „Miasto psów” się udało. Tak fabularnie, jak i graficznie.



Akcja tego albumu toczy się w quasi-przeszłości, w świecie, gdzie można natknąć się na dziwne moce, nieumarłych umarłych czy nietypowe stworzenia, ale jednak całość zasadza się nie na magicznej otoczce. Treść jest bardzo przyziemna, poruszane tematy – walka o władzę, zdrada czy wojna – realne dla każdego z nas, a bohaterowie – na szczęście – brudni i dalecy od kryształowych postaci, jakie zapełniają ten gatunek. I nie mówię tu tylko o postaciach negatywnych. Jednocześnie Yohan Radomski zachowuje w tym wszystkim poszukiwane przez czytających tego typu opowieści schematy fantasy.




Graficznie jest, jak z treścią. Prosto, acz mrocznie. Kreska Rebelki („Doktor Bryan”) przypomina tu dokonania Mike’a Mignoli (a patrząc bliżej, Janusza Pwalaka), choć ma swój charakter. Kolor zaś jest bliski naszej, europejskiej tradycji – bez fajerwerków, stonowany, doskonale podkreślający rysunki.



Do tego duży format, świetne wydanie i dodatki (list bohaterki, który pozwala nam lepiej ją poznać, szkice) i mamy świetny komiks dla fanów fantasy. Polecam.



I dziękuję wydawnictwu Kultura Gniewu za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.



A fragmenty komiksu możecie przeczytać tutaj.

Star Wars. Stacje bojowe. Książka z modelem do złożenia - SzokolaiGergely



KOSMICZNA ZABAWA DLA MAŁYCH I DUŻYCH



Książki takie, jak ta uwielbia każde dziecko i, jak łatwo mogą przekonać się dorośli, którzy sięgną po tę pozycję, również wewnętrzne dziecko każdego z nas nie wyrasta z nich tak szybko – jeśli w ogóle. Czy chłopiec to czy dziewczynka, czy jest fanem „Star Wars” czy też nie, ta pozycja (a zarazem wydana równocześnie z nią identyczna poświęcona Sokołowi Millenium) urzeknie każdego!



Pamiętacie maszynę kroczącą AT-AT z filmów „Imperium Kontratakuje” czy „Powrót Jedi”, a ostatnio z „Przebudzenia mocy”? Chcielibyście sami zbudować ją sobie od podstaw, a przy okazji dołączyć do Rebelii, wypełnić mnóstwo powierzonych Wam zadań i pokonać wrogów, przywracając spokój we wszechświecie? Teraz macie ku temu niesamowitą okazję dzięki wydawnictwu Egmont i jego publikacjom z serii „Star Wars: Stacje bojowe – książka z modelem do złożenia”!




Co oferuje ta pozycja? „Zbuduj własnego AT-AT” proponuje każdemu, kto po nią sięgnie tytułowy model oraz liczącą trzydzieści sześć stron książeczkę z zabawami i instrukcją budowy zabawki. Sam AT-AT zresztą to figurka naprawdę udana. Prosta w złożeniu, wysoka, bo licząca 14 centymetrów, stojąca i realistycznie wyglądająca. Elementów także składa się na nią nie mało, a ich wykonanie jest bardzo dobre – styropian oklejony papierem. Możliwość połączenia płaskich kształtów w trójwymiarowy model dostarcza mnóstwa zabawy, prawdziwie kosmicznej bym rzekł, ale więcej nawet dostarcza jej sama książeczka.




To, co się w niej znalazło, to zadania i zabawy, jakie angażują różne dziedziny – rysowanie, tworzenie własnych szyfrów, odtwarzanie ilustracji, szukanie współrzędnych, różnic na obrazkach, drogi w labiryncie czy szczegółów. Jest tu nawet gra planszowa, a dla znających sagę „Gwiezdnych wojen” czekają też krzyżówka i wykreślanka. I wszystko to bardzo ładnie wydane, w twardej oprawie i na dobrym papierze. Czy potrzeba czegoś więcej?



Jeśli więc szukacie idealnej książki dla młodych fanów „Star Wars” (ale oczywiście nie tylko!), koniecznie sięgnijcie po „Star Wars: Stacje bojowe”. To pozycja ciekawa, oferująca mnóstwo zabawy, a po przeczytaniu dająca także coś więcej, niż odłożenie książki na półkę, bo całkiem realny, namacalny model.



Polecam bardzo gorąco.



I dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.



Recenzja zilustrowana została zdjęciami zadań z książki rozwiązanych przez moją lepszą połowę i fotografią złożonego wspólnie modelu :)

sobota, 28 maja 2016

Van Gogh. Pokoloruj swojego własnego Van Gogha



MISTRZOWSKA PUBLIKACJA



Lubię kolorowanki dla dorosłych. Choć na samym początku byłem do nich dość sceptycznie nastawiony, dałem się porwać ich urokowi i godzinom zabawy, jakie oferują, ale dopiero teraz w moje ręce trafiła pozycja, która stanowi spełnienie marzeń w tym temacie, bo dająca mi możliwość pokolorowania dzieł mojego ukochanego malarza, niedoścignionego szalonego mistrza – Van Gogha. A co więcej wydana w imponujący sposób!



Ciężko mi powiedzieć co jest takiego w obrazach Van Gogha (choć osobiście bardziej cenię nie te najsłynniejsze, znane każdemu, a mniejsze raczej dokonania), ale wyzwalają we mnie wielkie emocje i sprawiają, że mogę przyglądać się im godzinami. Po części jest to zasługa faktu, że wiele z jego dokonań wygląda tak, jakby żywcem wyrwana została z moich snów – i to snów, które zapamiętam do końca życia – ale cała reszta to jakaś ich wewnętrzna magia. Oniryczne szaleństwo grubych pociągnięć pędzla, niezwykłe kształty a zarazem zachowany realizm i niesamowity dobór barw. I tematyka, w jakiej celował. Wszystko to składa się na jednego z największych artystów, jacy żyli na tym świecie.



A teraz, dzięki wydawnictwu Amber, każdy z nas może przekonać się, jak poradziłby sobie z dziełami wielkiego mistrza i jak by one wyglądały, gdyby zechcieć nadać im zupełnie inne barwy!



Ta przepięknie wydana kolorowanka, zawierająca wybór trzydziestu obrazów Van Gogha, przygotowana została przez muzeum jego imienia w Amsterdamie, które posiada największa kolekcję jego dzieł, we współpracy z Karakter Uitgevers. Co to oznacza w praktyce, poza oficjalną pieczą sprawowaną nad publikacją? Przede wszystkim największą jakość i gwarancję oryginalności. Świetny dobór prac i ich wykonanie. To drugie powierzono studiu Willemien Haagsma bNO, które dołożyło starań, by niesamowite obrazy Van Gogha przenieść w formie szkiców na papier. Szkiców dokładnych, tak by nie stracić żadnych szczegółów, a zarazem zostawiających dość miejsca dla swobody twórczej.



A jakie dzieła mistrza znalazły się w tej publikacji? Bardzo różne, od „Słoneczników”, „Pokoju…” czy dwóch autoportretów, przez „Jedzących kartofle II” i cudowne „Pole pszenicy przed burzą”, po „Krajobraz o zmierzchu”, „Kwitnący migdałowiec” i „Korzenie i pnie drzew”. Aż ciężko zdecydować się od czego zacząć, co zrobić najpierw i w jakiej kolejności. I tylko zabrakło mi mojego ulubieńca, „Gwiaździstej nocy nad Rodanem” (co jednak jest uzasadnione, jako że obraz ten znajduje się w Musée d’Orsay, a nie w Amsterdamie).



Poza tym nie można zapomnieć, że każdy z obrazów wydrukowany został na arkuszach formatu A3, całość podtrzymuje dodatkowa tektura, a na dodatek na wewnętrznych stronach okładek znalazło się miejsce dla reprodukcji wszystkich oryginalnych dzieł Van Gogha zebranych na tych stronach. I wszystko to na znakomitym papierze za naprawdę świetną cenę.



Czy potrzeba czegoś więcej dla fanów malarstwa, którzy dali się uwieść modzie kolorowanek dla dorosłych?



Polecam gorąco, bo to najlepsza tego typu publikacja z jaką miałem do czynienie.



I dziękuję wydawnictwu Amber za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.



A poniżej jeden z obrazów w trakcie malowania:

Krasnolud Nap, tom 1: Smocza kraina - Maciej Jasiński, KrzysztofTrystuła



NASTĘPCY CHRISTY



Oto kolejna z egmontowych publikacji rozwijających krótkie komiksy nagrodzone w Konkursie im. Janusza Christy. Jak wszystkie inne, tak i „Krasnolud Nap” to humorystyczny album przeznaczony dla dzieci i młodzieży, ale to właśnie on – przynajmniej graficznie – najbliższy jest nieśmiertelnym dziełom samego Christy.



Księżniczka Klara to niewiasta kochająca szalone zabawy, które jakże często oznaczają dla niej (i jej przyjaciela Rodricka oczywiście) kłopoty. I oto pewnego dnia ta osobliwa dwójka znajduje tytułowego Krasnoluda Napa, który uciekł z twierdzy lorda Dartora. Zły Dartor chciał wykorzystać go do zdobycia władzy nad światem, teraz Nap musi powrócić do Smoczej Krainy, z której pochodzi. Jeśli nie uda mu się to przed najbliższą pełnią, cały świat spowije ciemność, a magiczne stwory i niezwykłe zwierzęta stracą swoją moc. Sam nie da jednak rady tam dotrzeć, potrzebuje pomocy, ale nie pomocy dorosłych, dla których Kraina jest bardzo nieodpowiednim miejscem. Klara i Rodrick wyruszają z nim na wyprawę, ale czy na pewno mogą mu ufać, skoro krasnoludy znane są z tego, że oszukują i okradają swoich towarzyszy z sakiewek…



Maciej Jasieński, scenarzysta komiksów dla dzieci o przygodach Misia Zbysia, i Krzysztof Trystuła, rysownik „Ucznia Heweliusza”, stworzyli uroczą humorystyczną opowiastkę fantasy dla dzieci. Modny gatunek połączyli z klasycznym bardzo dla komiksu polskiego i europejskiego podejściem. Mamy tu więc dużo przygód, dużo dowcipów sytuacyjnych, szybką akcję, cartoonowe ilustracje i dużo pięknych krajobrazów uwiecznionych na kadrach.



Lektura jest miła i przyjemna, szybka i nastrojowa, ale to znakomite ilustracje wzorowane na samym Chriscie wydają się być najistotniejszą rzeczą tego albumu. Trystuła zachował jego charakterystyczne ujęcie postaci, obłe, proste, zabawne – i zachował także prezentację świata. Na kadrach dzieje się więc dużo, tła są dopracowane, a przyroda, budynki i cieniowanie utrzymane w odpowiedniej stylistyce. Tutaj nawet komputerowo kładziony kolor stworzony został z głową i szacunkiem dla tradycji, bo zarówno prosta paleta, jak i brak efekciarstwa utrzymują ducha starych komiksów. A to we współczesnych opowieściach graficznych wydaje się rzadkością, a szkoda.



Cóż więcej mogę dodać? Znów bawiłem się bardzo dobrze i dlatego polecam ten komiks Waszej uwadze.



A wydawnictwu Egmont składam podziękowania za udostępnienie mi albumu do recenzji.

Pasterska korona - Terry Pratchett



FINAŁ ŚWIATA DYSKU



Świat Dysku stworzony przez zmarłego niedawno Terry’ego Pratchetta to jeden z najbardziej znanych i cenionych światów fantasy. To też olbrzymi, bo liczący ponad czterdzieści tomów cykl, który pokochały miliony czytelników na całym świecie. Przed ostatnim tomem stanęło więc nie lada wyzwanie godnego podsumowania całej opowieści; zadanie o tyle trudne, że autor zmarł przed skończeniem pisania „Pasterskiej korony”.



Na nastoletnią Tiffany Obolałą czeka wielkie wyzwanie. W Kredzie coś się budzi, dawne zło gromadzi siły, co czują wszyscy – także ona. Jej światu zagrażają hordy elfów, które chcą za wszelką cenę przejąć nad nim władanie, a ona sama nie jest nawet pewna czy podoła zadaniu, jakie na nią czeka. Pełna wątpliwości, wzywa do pomocy wszystkie czarownice by stanęły przy niej w obronnej walce. Zło ściera się z dobrem, wszystko miesza się ze sobą, nadciąga koniec, ale jaki to koniec będzie? Kto wygra, a kto zginie? Kto wróci, a kto nie wróci już nigdy? Jaki los czeka Świat Dysku?



Odpowiedzi są tutaj, tu kończy się cała historia i tu kres swój osiągają wszystkie (no prawie) wątki. Ale zostaje pytanie, które od śmierci Pratchetta zadawali sobie wszyscy fani „Świata Dysku” i jego twórczości w ogóle – czy owe odpowiedzi przyniosą satysfakcję. Wątpliwość to uzasadniona nie tylko wielkimi oczekiwaniami czytelników rozbudzonymi przez lata publikacji kolejnych części, ale przede wszystkim dlatego, że sam autor napisał jakieś 90% „Korony…” – dopisanie reszty przypadło już Robowi Wilkinsowi. I trzeba przyznać, że Rob wybrnął dobrze z tego zadania, choć wiele kwestii może budzić wśród miłośników cyklu kontrowersje. Co konkretnie? Część spraw zostaje niewyjaśnionych – dla jednych to wada, dla innych zaleta, jako że nowy autor nie dopisał na siłę niczego ponad to, co pozostawił Pratchett. Poza tym samo zakończenie także może budzić wątpliwości. Wilkins oparł się na tym, co napisał Terry, jednak jak wynika z opowieści przyjaciela zmarłego autora, Neila Gaimana, inaczej miał wyglądać sam finał. Przede wszystkim miał być bardziej poruszający, choć i tak „Korona…” wywołuje mnóstwo emocji, i dopowiedzieć miał kilka rzeczy.



Nie zależnie jednak od tych niuansów, finałowy tom „Świata Dysku” to dzieło i tak bardzo udane i niezwykłe. Typowo dla Pratchetta napisane, lekkie, zabawne, mroczne, gdy tego potrzeba, emocjonujące gdy emocje są konieczne, znakomicie czerpiące z najróżniejszych mitów i legend. A przy okazji „Pasterska Korona” to także dowód na hart ducha autora, który wiedząc, że śmierć zbliża się wielkimi krokami, poświęcił ile tylko mógł czasu, by spisać liczne historie, jakie chodziły mu po głowie. I udało mu się to, a ta właśnie powieść jest ostatnią, jaka wyszła spod jego ręki.



Polecam gorąco.



I dziękuje wydawnictwu Prószyński i S-ka za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

piątek, 27 maja 2016

Wojtek i Rudy, tom 1: W tarapatach - Piotr Hołod



WOJTEK I RUDY W NIEZŁYM KOMIKSIE



Wszelkie konkursy to doskonała szansa by wyłowić z tłumu młodych zdolnych i pokazać ich szerszemu odbiorcy. Konkurs im. Janusza Christy daje taką możliwość twórcom komiksów dla dzieci, oferując nie tylko konkretne nagrody, ale przede wszystkim okazję wydania własnego pełnego albumu. A oto jeden z takich właśnie albumów – zbiór krótkich humorystycznych opowieści dla dużych i małych.



Poznajcie Wojtka i Radka zwanego Rudym. Wojtek to pełen temperamentu i nieokiełznanej wyobraźni nosorożec, Rudy jest bardziej opanowanym i wyluzowanym łosiem. Obaj się przyjaźnią i wiodą typowe życie uczniów, których szkoła nudzi, a wszelka zabawa pociąga i to jeszcze jak! A dla takich kolegów, jak oni, zabawą może być wszystko! I wszystko także może oznaczać dla nich kłopoty. Ale od czego mają siebie nawzajem?



Na album „Wojtek i Rudy: W tarapatach” złożyły się krótkie, jedno, dwustronicowe zabawne opowiastki, w których dwaj bohaterowie w komiczny sposób interpretują świat, jak i sytuacje, w jakich się znaleźli. Czy są w szkole, czy w domu, pomagają w codziennych czynnościach, czy chcą porzucać się śniegiem, humor ich nie opuszcza. Pod tym względem album Piotra Hołoda przypomina podobne współczesne francuskie komiksy (jak choćby „Sisters”), z tą różnicą, że tu swoje przygody przeżywają mówiące zwierzęta, których jednak jedynie wygląd różni od ludzkich postaci.



Graficznie komiks jest bardzo prosty, acz uroczy. Cartoonowa kreska, stonowane barwy i prostota w wypełnieniu teł kadrów wyglądają mile dla oka i atrakcyjnie dla dziecięcych odbiorców. Spora część humoru bierze się zresztą z grafiki właśnie – od ekspresyjnej mimiki bohaterów, po humor sytuacyjny i slapstickowy. Trochę tu szaleństwa, trochę oczywistości, a wszystko to dobrze ze sobą współgra i zapowiada się ciekawie na przyszłość.



Lubicie polskie komiksy humorystyczne? Sięgnijcie po „Wojtka i Rudego” – czy żeby podarować dziecku, czy też może przeczytać samemu. Porcja rozrywki przydaje się każdemu, niezależnie od wieku.



A ja dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.



Pax. Pal przekleństwa - Åsa Larsson, Ingela Korsell, Henrik Jonsson



O DWÓCH TAKICH, CO MUSIELI STAWIĆ CZOŁO ZŁU



Co może wyjść z połączenia sił jednej z najpopularniejszych szwedzkich autorek powieści kryminalnych, jej koleżanki po fachu zajmującej się literatura dziecięcą i młodzieżową oraz rysownika znanego z pracy nad komiksami dla tak wielkich amerykańskich wydawnictw, jak DC Comics? Znakomita seria dla młodzieży, którą czyta się jednym tchem!



Oto Marifred, miasteczko zdawałoby się jak wszystkie inne. Ale coś zaczyna dziać się w nim nie tak, czas zaczyna pulsować, nadchodzi ciemność. Trzeba strzec biblioteki, ale teraz nie będzie już łatwo. Magnar i Estrid wiedzą o tym doskonale. Złapany imp to jedno, przepowiednia widoczna w kartach przestrzega przed śmiercią niewinnych, ale także daje nadzieję…

Nieświadomi niczego nastoletni bracia Viggo i Alrik zamieszkują w Marifred u zastępczej rodziny. Jako dzieci porzucone przez matkę alkoholiczkę nie mają łatwo w szkole, gdzie uprzedzenia nauczycieli sprawiają, że ci nie chcą wierzyć w ich wersję zdarzeń, kiedy wdają się w bójkę wszczętą przez jednego z uczniów, Simona. Jest jednak ktoś, kto pokłada w nich wielkie nadzieje, a tym kimś okazuje się być nie kto inny, jak Magnar właśnie. Sądzi bowiem, wbrew wahaniom Estrid, że Viggo i Alrik są ową nadzieją, o której mówiła przepowiednia. Od teraz na obu chłopców czeka niebezpieczeństwo o wiele większe, niż mogliby sądzić…



Ależ to się szybko i przyjemnie czyta. Horror dla nastolatków, balansujący od przygodowej opowieści uczniowskiej przez urban fantasy po klasyczną grozę, zabiera nas do literackiego świata, jaki namalować słowami potrafią chyba tylko szwedzcy autorzy. Co takiego odróżnia ją od podobnych opowieści? Napisana jest lekko, prosto i przyjemnie, ale zarazem w sposób, jakiego nie spotyka się na zachodzie. Chyba jest coś w tych zimniejszych, północnych krajach, że ich powieści się wyróżniają. Jakaś większa swoboda literacka i fakt, że nikt nie traktuje tu dzieci z naiwnością czy pobłażaniem. Nastoletni bohaterowie wcale nie są kryształowi, wulgaryzm też im się wymknie, a i myśli miewają niebezpieczne. Ale to dobrze, bo dzięki temu są prawdziwsi i bliżsi każdemu z nas – i nawet za ich przykładem można nauczyć się czegoś pożytecznego i pozytywnego.



Od strony graficznej książka jest połączeniem powieści z komiksem. Henrik Jonsson, autor, który w USA współpracował przy rysowaniu serii „Batman: Detective Comics”, „”Suicide Squad” czy „Creepy”, zna się na sowim fachu. Jego lekko mangowa kreska, wyrosła na szkole rysunku Joego Kuberta, jest odpowiednio atrakcyjna i mroczna, a kiedy trzeba potrafi pokazać mocniejszą scenę. W samych rysunkach nie ma co prawda dialogów, ale stanowią one ilustrację dla akcji już opisanej, tak więc nie jest to żaden minus. Właściwie rysunki w „Paxie” prezentują się tak dobrze, że aż szkoda, iż seria nie powstała jako czysty komiks.



Polecam każdemu młodemu czytelnikowi, który lubi fantastkę i grozę, bo to dzieło spółki Larsson, Korsell i Jonsson naprawdę warto jest poznać.



I dziękuję wydawnictwu Media Rodzina za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.



Moja Ananke - Ewa Nowak



KAŻDY JEST ANANKE



Ewa Nowak to jedna z najlepszych rodzimych autorek opowieści dla młodzieży. Jej bohaterowie nie muszą podróżować w czasie, zwiedzać całych wszechświatów ani mieszać się w wielkie wydarzenia, by zdobyć miłośników. Uwagę czytelników przykuwają czymś innym – zwyczajnością, realizmem i problemami, które mogą dotknąć każdego z nas.



„Ananke…”, jej najnowsza powieść, która na rynku pojawi się już 16 czerwca, doskonale wpasowuje się w podany powyżej opis. Oto osiemnastoletnia ledwie Jagoda wiedzie całkiem udane życie. Prawdomówna, skromna, wycofana, spokojna i z jasno sprecyzowanym celem życiowym w szkole nie ma zbyt lekko, jednak poza murami placówki edukacyjnej układa jej się niemal idealnie. Jej brat, Ignacy, jest jak spełnienie marzeń, chwali się nią, zabiera na próby grupy teatralnej czy imprezy, spędza z nią czas, znajduje jej nawet doskonałego chłopaka, który w niczym nie przypomina znienawidzonych szkolnych głupków. Jej rodzice natomiast są wyrozumiali i układa się między nimi znakomicie. Właśnie udało się jej także w nowej uczennicy Justynie znaleźć pierwszą prawdziwą przyjaciółkę, a gdy nawet rodzinę dopada nieoczekiwany wypadek Ignacego, wszystko kończy się dobrze. Czy taki stan rzeczy może utrzymywać się już zawsze? Niestety nie, o czym Jagoda przekonuje się już wkrótce…



Tytułowa Ananke to grecka bogini przeznaczenia i temat przeznaczenia właśnie staje się pytaniem, na które Jagoda stara się znaleźć odpowiedź. Czy nasz los z góry jest już ustalony czy może jednak każdy z nas jest swoją własną Ananke? Kiedy rozpada się całe nasze życie i świat, każdy chciałby wierzyć, że to nie przepadek jedynie, że istnieje w tym jakiś większy sens – a przynajmniej ktoś, kto jest za to odpowiedzialny. Kwestie, które roztrząsa Ewa Nowak w swoich książkach, zadawane przez nią pytania i psychologia postaci to – wraz z budzonymi w czytelniku emocjami – największa siła jej powieści. Dzięki temu trafiają do serca, do umysłu, do pamięci. I chce się do nich wracać i sięgać po kolejne. Nawet jeśli czasem absolutnie z autorką się nie zgadzam.



Co ważne dla współczesnych młodych czytelników, nastawionych na szybki odbiór, powieści Ewy Nowak są napisane lekko, żywym językiem, w sposób nowoczesny i łatwy w odbiorze. Spełniają więc ich oczekiwania, a że przy okazji niosą ze sobą ważne treści i dotykają kwestii, które dotyczą każdego nastolatka, dają nadzieję, na zainspirowanie ich do przemyśleń nad naturą rzeczy, które ich spotykają.



Polecam więc.



I dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

środa, 25 maja 2016

Córki niczyje - Wilkie Collins



WSPANIAŁE CÓRKI



Jak wiele jeszcze wspaniałej klasyki literatury nie mieliśmy jeszcze okazji przeczytać po polsku, ciężko byłoby zliczyć. Aż dziwne, że taka sytuacja w ogóle ma miejsce, skoro tyle marnych pozycji zalega na księgarskich półkach. Na szczęście są jeszcze wydawnictwa takie, jak Mg, dzięki któremu po ponad stu pięćdziesięciu latach od premiery trafiła właśnie na nasz rynek powieść „Córki niczyje” – przejmująca opowieść o rodzinnych sekretach, które zmienić mogą wszystko.



Bohaterkami tej powieści są dwie siostry, 26-letnia Nora i o osiem lat młodsza Magdalen, które mają idealne zdawałoby się życie. Magdalen nawet jest bliska ślubu z mężczyzną, który uosabia wszystkie najlepsze cechy. Ich życie zmienia się jednak całkowicie, gdy rodzinę dosięga tragedia. Nagła śmierć zarówno ojca, jak i matki obu młodych kobiet sprawia, iż na jaw wychodzą fakty, które wstrząsają ich światem. Okazuje się bowiem, że małżeństwo rodziców trwało krótko, a one obie urodziły się jako nieślubne dzieci. W efekcie, mimo jasnej woli zmarłych, tracą wszystko, co miało stać się ich dziedzictwem – rodzinna fortuna, dom, w którym się wychowały, nawet ich nazwisko; wszystko to przepada. Pozbawione wsparcia i środków do życia, zmuszone zostają stawić czoła życiu, jakiego nigdy nie zaznały. Zawsze spokojna Nora znajduje sobie zajęcie, jednak jej inna charakterem siostra decyduje się wykorzystać swoją urodę i talenty, by odzyskać rodzinne dobra i dokonać zemsty…



Wilkie Collins to wielki dziewiętnastowieczny pisarz, którego powieści – jak większości klasyków – nie tylko przeszły do historii, ale mimo upływu lat nie straciły nic ze swej siły i aktualności. Poza tym w trackie swojej trwającej blisko czterdzieści lat kariery stworzył wiele imponujących dzieł, z których najsłynniejszą (i najbardziej cenioną, bo uznawaną przez BBC za jedną ze stu najlepszych powieści w historii) jest „Kobieta w bieli”, zapoczątkował poniekąd literaturę sensacyjną i detektywistyczną, a w pisaniu łączył nawet siły z nikim innym, jak samym Dickensem. To niezaprzeczalnie robi wrażenie i wrażenie robi także sama opowieść o córkach niczyich.



Collins pisze bowiem w sposób piękny i bogaty. W sposób, w jaki pisali przez lata najwięksi pisarze, zupełnie jakby najlepsi ludzie pióra rodzili się tylko przed wiekami. Sposób prowadzenia akcji jest w jego przypadku leniwy, niespieszny, ale w tym właśnie tkwi moc i tkwią też emocje. Rozważane problemy, komentarz społeczny, świetnie skonstruowane postacie, wreszcie fabuła, która skłania do myślenia i angażuje. Aż dziw, że dopiero po tak długim okresie doczekaliśmy się polskiego wydania „Córek…”. Ale ważne, że w końcu je mamy i możemy cieszyć się wspaniałą powieścią dla wymagających i ceniących klasę i jakość czytelników.



Polecam gorąco.



I dziękuję wydawnictwu Mg za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Mapa przyszłości - Tomasz Minkiewicz



CAŁY ŚWIAT ZABAW



Tomasz Minkiewicz, rysownik znany przede wszystkim z pracy nad niezwykle popularnym cyklem komiksowym o przygodach superbohatera „Wilqa”, czasem popełnia także ilustracje przeznaczone dla dzieci. I do takiej grupy wiekowej skierowana jest ta właśnie publikacja, intrygująca wykonaniem i wydaniem i ciekawa także pod względem samej zawartości.



Tak to bywa, jak nieopatrznie zada się na lekcję przygotowanie eksperymentu. To przecież wina nauczycieli, którzy nie powiedzieli, że najlepiej byłoby gdyby eksperyment się NIE udał, bo czasem, niestety, udaje się aż za dobrze. Tak dzieje się w tym przypadku (więc jednak poniekąd wina leży także i po stronie uczniów): stworzony przez dzieci portal do podróży w czasie działa. Efekt? Cała klasa zostaje wessana do niego i wyrzucona w przyszłości, w świecie odmiennym od tego, który znają, a w którym muszą się teraz odnaleźć. Zagubieni i rozdzieleni stają przed nie lada wyzwaniem. Czy poradzą sobie sami? Mało prawdopodobne. Dlatego potrzebują Waszej pomocy! Gotowi? A więc do dzieła! Nie ma czasu do stracenia!



Ta książka to tak naprawdę jeden bardzo długi arkusz papieru, zadrukowany z obu stron i złożony tak, by dało się go zamknąć w twardych okładkach, które przemieniają go w ładny tom. Jedna strona tego arkuszu to świat przedstawiony wzdłuż, od futurystycznego, bardzo ludnego Bieguna Północnego, przez industrialną Europę i zamieszkałą przez dziwne mniej lub bardziej znane stworzenia Afrykę, po pełen pingwinów Biegun Południowy. Druga więc, analogicznie, zabiera nas w podróż wszerz naszej planety – od Stanów Zjednoczonych Ameryki, które tętnią kolorowym i zróżnicowanym życiem, przez (znów) Europę, ukazaną jednak z innej nieco perspektywy, po pełną tradycji Azję. A czytelnicy, wędrując z północy na południe i ze wschodu na wschód, muszą pośród całego mnóstwa doskonale znanych budynków i charakterystycznych miejsc oraz obfitości postaci odnaleźć najprzeróżniejsze rzeczy i osoby.



Jak się można domyślić, zabawy jest tu wiele i na długi czas. Wystarczy tylko wejść w ten świat, a nie chce się tylko i wyłącznie wykonać powierzonych zadań. Rysunki Minkiewicza są urocze, przyjemne dla oka, ale także fascynując możliwością wyłapywania obiektów znanych z naszych czasów i szukania przeróżnych smaczków.



Jak dla mnie super!



Dlatego polecam tę pozycję Waszej uwadze.



A wydawnictwu Nasza Księgarnia dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

wtorek, 24 maja 2016

Zosia z ulicy Kociej. W podróży - Agnieszka Tyszka



ZOSIA Z KŁOPOTAMI



Doskonale wszystkim znana Zosia z ulicy Kociej powraca w ósmym tomie swoich przygód i na czytelników jak zawsze czeka mnóstwo dobrej zabawy w towarzystwie tej spokojnej dziewczyny, której życie (czytaj „rodzina”) nie chce dać spokoju.



Tym razem na naszą bohaterkę czeka, jak wskazuje sam tytuł, podróż. W rodzinie Zosi dotychczas zagraniczne wyjazdy zdarzały się niezwykle rzadko, wszystko z przyczyny (winy?) mamy, dla której tego typu wypady równały się katastrofie, ale tym razem sytuacja się odwraca. Najazd rodzinny, który dziewczyna ledwie jest w stanie znieść, zajęta własnymi problemami z budzącą się w niej burzą hormonów, przemienia się w obwieszczenie babci, że oto zamierza zabrać Manię, Zosię, Misia i Krzysia na wakacje. I to nie byle jakie, bo do Grecji. Wszystko już załatwione, wszystko sprawdzone, oferta last minute… Ale zaraz, zaraz, do Grecji? A kryzys? A kłopoty w kraju? I jeszcze lot samolotem! Ale skoro wszystko jest już gotowe, Zosia i reszta wyruszają w podróż, a co tam na nich czeka? Przekonacie się sięgając po tę uroczą książkę!



Co w niej takiego uroczego zapytacie? Może zacznijmy od samej bohaterki rezolutnej, trochę wyciszonej, mądrej i zabawnej. Dziewczyny jakich wiele, a jednak niezwykłej. Potem warto wymienić wesołe, ciekawe przygody, które spełniają się także na dydaktycznym polu, a dla nastoletnich czytelniczek są jak odzwierciedlenie ich codzienności i dotyczących ich problemów. Co dalej? Lekki, prosty styl, dużo humoru, ale humoru stonowanego jak sama główna bohaterka i urocze ilustracje.



To co na łamach serii o przygodach Zosi stworzyła uhonorowana Nagrodą im. Kornela Makuszyńskiego  niegdyś dziennikarka, a od lata ceniona pisarka Agnieszka Tyszka, to kawał naprawdę udanej literatury dla dziewcząt, ale i młodzieży w ogóle. Przedstawicielki płci pięknej odnajdą tu cząstkę swojego życia, chłopcy zaś, którym w rękę wpadłaby ta książka, mieliby szansę na lepsze poznanie swoich koleżanek. Poza tym same przygody i ich wakacyjny ton idealnie nadają się do tego, by wziąć książkę i wciągnąć się w jej świat najlepiej na łonie natury, wśród pięknej pogody. Spotęgowanie wrażeń gwarantowane!



Tak więc jeśli szukacie jakiejś lektury na lato, a z Waszej daty urodzenia wynika, że macie kilkanaście (czy może nawet mniej) lat, sięgnijcie koniecznie. I świetnie się to czyta, i przyjemnie patrzy na ilustracje Agaty Raczyńskiej. Polecam!



I dziękuję wydawnictwu Nasza Księgarnia za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Wywiad z Andrzejem Ziemiańskim


 

"Pomnik Cesarzowej Achai" dobiegł właśnie końca, z tej okazji dzięki uprzejmości wydawnictwa Fabryka Słów miałem okazję zadać kilka pytań jej autorowi, Andrzejowi Ziemiańskiemu - a przy okazji poprosić go o fragment nigdy nie wydanej powieści. Jesteście ciekawi szczegółów? Zapraszam poniżej!



Michał Lipka:  Właśnie na naszym rynku ukazuje się finałowy piąty tom „Pomnika cesarzowej Achai”, co wraz z otwierającą całość trylogią daje nam 8 powieści. Skąd się wziął pomysł na całą tę opowieść, która zdobyła takie uznanie i zainteresowanie?

Andrzej Ziemiański: Niestety napisanie powieści zaciera w pamięci proces jej powstawania. Niewiele mogę powiedzieć o prapoczątkach. Wiem tylko, że wzięła się ze snów i wniosków płynących z wnikliwego badania procesów historycznych.



ML: Pierwotnie „Achaja” wydawała się być zaledwie trylogią, która powiedziała już ostatnie słowo i nie ma w niej wiele do dodania, a jednak rozrosła się o kolejne tomy. Teraz znów wydaje się, że nastąpił finał, lecz czy jest tak w rzeczywistości czy może jednak bohaterowie serii powrócą jeszcze, choćby tylko w jakichś krótkich formach?

AZ: Bohaterowie (niektórzy) na pewno powrócą. Historia Achai jest opowiedziana dopiero w dwóch trzecich. Ale też nie będzie żadnych krótkich form. Po prostu do napisania pozostała jeszcze jedna część opowieści.

W międzyczasie planuję napisanie prequela czyli historii natchnionego szermierza Viriona. To będzie historia człowieka, który również przeszedł ciężką drogę. Chciałbym pokazać co sprawiło, ze został mistrzem, którego nie sposób było pokonać.



ML: Tytułowa Achaja to bardzo ciekawa postać nie tylko pod względem charakteru ale także jej miejsca w wykreowanym świecie. Z jednej strony to główna bohaterka, która ma swoją pozycję i urodzenie, z drugiej wydaje się, że – jak każda kobieta w tych realiach – wszystko, co osiągnęła zawdzięcza jednak mężczyznom. Jaka jest pańskim zdaniem rola kobiet w stworzonej przez pana rzeczywistości?

AZ: To czasy antyku (a w późniejszej części: antyku po tysiącu latach, bez upadku cesarstwa rzymskiego). Czasy więc bardzo brutalne dla wszystkich, nie tylko dla kobiet. Trzeba sobie radzić bez służby zdrowia, ZUSu i opieki społecznej. Bez świadczeń gwarantowanych, bez pomocy rządu i bez możliwości spytania króla/cesarza: „jak żyć?”. W takich realiach, nawet w sytuacjach ekstremalnych, jak żeńska armia, kobiety radzą sobie doskonale.



ML: A w pańskim życiu?

AZ: Zawsze wolę rozmawiać z kobietami niż z mężczyznami. One wnoszą do życia wiele pozytywnych emocji i wartości często obcych mężczyznom. Niektórzy koledzy po fachu woleliby pewnie świat uporządkowany, racjonalny, najlepiej za Platonem, rządzony przez filozofów. Ja jednak Platona przeczytałem z uwagą i przestraszony jego wizją zdecydowanie wolę świat wypełniony kobietami, mimo pewnej dozy chaosu.



ML: „Achaja” pełna jest odniesień do literatury i świata. Czuć też wpływy orientalne. Czy jest jednak jakaś szczególna kultura, która inspirowała pana przy kreowaniu świata? I czy są w serii jakieś wątki osobiste?

AZ: Wątki osobiste są w każdej książce, którą napisałem. Tego nie da się uniknąć.

Natomiast z kultur zawsze jednak wybieram europejską - najlepiej mi znaną. Wszystkie opisane procesy dziejowe są zaczerpnięte z naszej tradycji.



ML: Zastanawia mnie jedna kwestia z „Achai”, kobiety w armii, mimo zimnego klimatu, nosiły skąpe przecież spódniczki. Dlaczego nie spodnie, skoro i tak wykonywały już męskie zajęcia?

AZ: Trudno mi odpowiedzieć na pytanie dlaczego Szkoci nosili spódniczki mimo zimnego klimatu. :-) Pewnie to kwestia tradycji. I tak samo chyba było w Arkach: kobieta ma nosić spódnice, a skoro trudno w czymś takim jeździć konno, w męskim siodle, to im je błyskawicznie skrócili.



ML: Trudno nie uznać „Achai” pańskim opus magnum, czy istnieje jednak jakieś dzieło, powieść bądź krótka forma, w pańskiej twórczości, które stanowi kwintesencję pisarstwa Ziemiańskiego?

AZ: Bardzo mnie cieszą opowiadania „wrocławskie”. To próba zainteresowania Czytelników fantastyką, która nie dotyczy innych światów, ani dalekiej przyszłości, tylko dzieje się tu i teraz. Wokół nas, współcześnie. Na pewno będę wracał do tych klimatów.



ML: Zostawiając na chwilę temat „Achai”, czy zamierza Pan rozwinąć w dłuższą formę, któreś ze swoich opowiadań (np. „Zapach szkła”) a może je kontynuować?

AZ: Ciągle chodzi mi to po głowie. Kiedyś bardzo chciałem napisać ciąg dalszy „Bomby Heisenberga”. Czytelnicy, co wiem z maili i rozmów, chcieliby widzieć dalszy ciąg „Autobahn nach Poznań”. W pewnym sensie to już miało miejsce. „Legenda” jest przecież kontynuacją „Bomby”. Ale wszystko jeszcze przede mną.



ML: W swojej karierze poruszał się Pan w najróżniejszych formach fantastyki, co jednak pisze się Panu najlepiej – SF czy Fantasy?

AZ: Nie wiem. Nigdy w życiu nie napisałem ani jednego utworu fantasy.



ML: A jaki gatunek (gatunki?) preferuje Pan jako czytelnik?

AZ: Literaturę faktu, różne, dramatyczne wspomnienia. Lubię książki historyczne, napisane przez wnikliwych naukowców. Powieści czytam rzadko i generalnie tylko z polecenia. Czasem też dostaję prezenty od kolegów po piórze i wtedy zawsze pochłaniam te książki łapczywie.



ML: Wielu pisarzy opowiada o swoich rytuałach towarzyszących procesowi twórczemu, czy Pan także jakieś posiada?

AZ: Trudno powiedzieć. Usiłuję się zamienić w człowieka, który pracuje regularnie. Ale w moim przypadku to generalnie nieudane próby zracjonalizowania absurdu. Nic z tego nie wychodzi. Chyba się z tym pogodziłem.



ML: A na koniec pozwolę sobie zapytać, a właściwie poprosić bardziej, czy nie zechciałby Pan podzielić się choćby fragmentem jakiegoś swojego nie publikowanego dotąd tekstu?

AZ: Jasne. Załączam fragment powieści „Das Building”, która od dawna jest ukończona, ale nigdy się nie ukaże.



Korzeniowski zerknął na kolegów przyczajonych pod ścianami wąskiego korytarza oświetlonego dość dobrej jakości jarzeniówkami. Wokół nie było żadnego okna, a korytarz długi jak w bunkrze.

- Nie wyciągajcie broni – mruknął widząc ich ręce gmerające przy kaburach. – Przecież to tylko staruszek.

- A jak zamierzasz wyważyć drzwi? Trzeba było wezwać AT.

- Od razu czołgi i samoloty.

Korzeniowski energicznie zapukał do drzwi. Dopiero po dłuższej chwili usłyszeli cichy zgrzyt zamka. Ich oczom ukazał się staruszek ubrany w tużurek, z białą chustą na szyi.

- Słucham panów?

- Policja - Korzeniowski pokazał legitymację i plik papierów. – Mam nakaz aresztowania pana i nakaz rewizji...

Nie zdołał dokończyć. Staruszek nie okazując cienia zdziwienia ani strachu ukłonił się grzecznie i wskazał ręką wnętrze mieszkania. Było zastawione meblami z jakiejś epoki, której policjanci nie byli w stanie rozpoznać.

- A proszę, proszę – jeszcze jeden ukłon. – Napiją się panowie czegoś? A może mała przekąska? – podsunął na środek stołu bogato zdobiony półmisek z croissantami oraz maleńką wazę z bulionem. Korzeniowskiego zatkało.

- Czy zostałem dobrze zrozumiany? Wie pan, że przyszliśmy pana aresztować?

- Ależ oczywiście, przecież pan to przed chwilą powiedział.

Pozostali policjanci zerkali na siebie lekko skonfundowani.

- Mamy niezbite dowody! Zamordował pan Lecha Rolskiego na tej klatce schodowej – wskazał ręką kierunek. – Zadał pan sześć ciosów sztyletem, na którym są pańskie odciski palców. Jest jeszcze rana postrzałowa dużego kalibru. Broni jeszcze nie znaleziono. ale...

- A po co szukać? – przerwał mu znowu staruszek. – Jest tutaj – podszedł do kredensu, z którego wyjął jakiś staromodny, jednostrzałowy pistolet.

Ręce policjantów skoczyły do kabur. Tamten jednak podał broń rękojeścią do przodu.

- To krócica – w*yjaśnił. - Pamiątkowa. Też z moimi odciskami. – dodał prawie z dumą.

Korzeniowski zdębiał.

- Czy pan rozumie co do pana mówię?! Jest pan aresztowany. Wszystko co pan powie...

- Może być wykorzystane przeciwko mnie – dokończył staruszek. – Proszę, oto mój dowód – wyjął z kieszeni tużurka plastikowy prostokąt i podał oficerowi wyprowadzając go z równowagi. – Też z odciskami – zakpił wyraźnie. 

- Pan Gerard Gepfert?

- Tak to ja.

- A wie pan skąd mamy pańskie odciski?

- Tak wiem.





ML: Dziękuję za wywiad i pozdrawiam serdecznie.

AZ: Dziękuję bardzo :-)



Zdjęcie autora pochodzi z jego strony copyright © by Monika Ziemiańska

poniedziałek, 23 maja 2016

Spotlight. Zdrada - Sacha Pfeiffer, Michael Rezendes, Walter Robinson,Matt Carrol



W BLASKU REFLEKTORÓW



W naszym życiu różnie bywa. Czasem dzieje się dobrze, czasem źle. Czasem ci, po których tego nigdy byśmy się nie spodziewali, przychodzą nam z pomocą, czasem natomiast ci, którzy powinni być dla nas ostoją, ratunkiem i nadzieją, wyrządzają nam największą krzywdę, a cały świat robi wszystko, by prawda nie wyszła na jaw. Tak było w przypadku dzieci seksualnie wykorzystywanych przez księży. Zmowę milczenia przełamali nie bez trudu dziennikarze, którzy postanowili ujawnić prawdę. Oto szokujący zapis i wyniki ich śledztwa.



Był rok 2001, kiedy zespól reporterów dziennika „Boston Globe” postanowił zbadać sprawę księdza pedofila, który od lat był podejrzewany o kontakty seksualne z dziećmi. Szybko odkryli, że większość oskarżeń wystosowanych przeciwko niemu została rozwiązana prywatnie, często za sprawą wypłacanych przez jego zwierzchników odszkodowań, a kiedy nawet niektóre przypadki trafiały do sądów, rozprawy były utajniane, a dokumenty niszczone. Zmowa milczenia obejmowała nie tylko księży, biskupów czy kardynałów, ale także świeckie osoby. Księża-pedofile zamiast odpowiadać za swoje czyny, przenoszeni byli z parafii na parafię, najczęściej mając możliwość dalszej pracy z dziećmi, a więc i molestowania ich. Ba, otrzymywali nawet listy polecające i zachwalające ich. Dzięki usilnym staraniom dziennikarzy prawda wreszcie zaczęła wychodzić na jaw, a milczenie kościelnych hierarchów zostało przerwane. Sprawa jednego tylko księdza natomiast okazała się jedynie czubkiem góry lodowej identycznych sytuacji…



„Spotlight – Zdrada” to książka mocna, to książka szokująca, ale ważna i potrzebna. Rzetelne śledztwo dziennikarskie pozwoliło po latach ujawnić tragedię setek dzieci i jedyne, czego w tej sprawie żal, to tego, iż musiało to trwać tyle. Wiele ofiar zdążyło bowiem odebrać sobie życie, a wielu księży miało możliwość krzywdzenia kolejnych. Ale liczy się, że prawda w końcu wyszła na jaw i zmieniła postawę wobec podobnych przypadków.



Autorzy nie epatują tu tanim skandalizmem, starają się także powstrzymać od komentarza, a skupić na zaprezentowaniu faktów. Te zaś poruszają, wstrząsają, zniesmaczają, wywołują cała gamę emocji. Nie znajdzie się chyba nikt, kogo pozostawiłyby obojętnym wobec omawianych tragedii. Wszystko to poparto dokumentami, listami i obszernymi przypisami, a także galerią zdjęć. Choć oczywiście zakradło się tu kilka uogólnień tematu – czasem brzemiennie wypowiedzi sugeruje winę całego Kościoła, a trudno uznać to za niepodważalną prawdę. Owszem, księża popełniali wspomniane czyny, a ich przełożeni – także ci na najwyższych stopniu – robili wszystko by wyciszyć owe sprawy, ale Kościół to przede wszystkim ludzie – także ofiary księży – i to także trzeba mieć na uwadze.



Oczywiście to jedynie kwestia nomenklatury, każdy czytający doskonale zrozumie o co chodzi. Bo nie ma ze strony autorów oskarżeń dla wiary, ani wspólnoty kościelnej, a jedynie pewnych jej członków i hermetyzmu, jaki panuje w jej strukturach. I są to oskarżenia słuszne i powinny wybrzmieć.



Polecam. Dla poznania prawdy. Dla zrozumienia. Dla wyrobienia sobie zdania. Ale przede wszystkim, jako przestrogę. Bo takie sytuacje zdarzyć się mogą wszędzie, w każdej społeczności, w domu, szkole czy dowolnej instytucji i nie można pozwolić by dla czyjejś wygody i opinii ukryte zostały przed światłem reflektorów.



A ja dziękuję wydawnictwu Harper Collins za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Azymut. Niech Piękna zdycha - Wilfrid Lupano, Jean-Baptiste Andréae



TO PIĘKNO NIE ZDYCHA



Europejczycy wiedzą, jak robić komiksy, a „Azymut” to doskonały na to dowód. Znakomita fabuła, rewelacyjne pomysły na świat i jego mechanikę i zniewalająca szata graficzna. Tytuł tego tomu to „Niech Piękna zdycha”, ale piękno tego komiksu najlepiej niech trwa jak najdłużej.



Każdy chciałby żyć wiecznie. Każdy chciałby znaleźć sposób by zatrzymać czas, a najlepiej ten czas zabić. Każdy też ma swoje metody, choćby taka królowa Etera, której służy woda z klepsydry Klepsydrawi, kto zaś metody swej jeszcze nie odkrył – szuka. Szuka więc także i Piękna, która wraz ze swoją szaloną ekipą indywiduów przybywa do latającego zamku barona Smutka. Baron to postać legendarna, ktoś, kto odkrył, jak młodość i życie czerpać z cierpienia innych ludzi i to właśnie on może spełnić marzenia Pięknej. Jaka jest jednak ich cena?

Tymczasem towarzysze Pięknej zwiedzając osobliwą, zupełnie wypraną z barw posiadłość Smutka, wpadają w kłopoty, które mogą się dla nich źle skończyć…



To, co obok zachwycających ręcznie malowanych rysunków urzeka w „Azymucie” najbardziej, to konstrukcja świata. Nikt nas tu zbytnio nie wprowadza w całość, ot kilka faktów podanych w otwierającym komiks bestiariuszu, i nagle zostajemy wrzuceni w świat, w którym niemal nic nie jest takie, jak w naszym, za to możliwe jest chyba wszystko. Tu obok ludzi żyją mówiące zwierzęta czy istoty z piasku, a całą faunę stanowią zwierzęta inne, niż myślicie, bo na wpół mechaniczne. Z tym, że nie ingerencja człowieka je takimi stworzyła (a przynajmniej tego wszystkiego zbyt dokładnie jeszcze nie wiemy), a sama natura, jakby nakręcane mechanizmy je wypełniające były biologicznymi organami. Poza tym rzeczywistość bohaterów to alternatywny kierunek naszej (r)ewolucji technologicznej. Podczas gdy nasz świat poszedł w stronę maszyn parowych, a w rezultacie znanych nam napędów, świat „Azymutu” wybrał rozwój mechanizmów zegarowych. Jednym słowem to świat clockwork punkowy, chociaż osadzony przy tym jakby w retrofuturystycznym klimacie.



Ramię w ramię z przemyślanym światem idzie także przemyślana fabuła, pełna szalonego tempa, przygód, zwrotów akcji, humoru, miłości i drobnej nuty erotyki. A gdzieś w tym wszystkim pobrzmiewają niegłupie całkiem pytania egzystencjalne. Czy trzeba czegoś więcej w komiksie popularnym?



Graficznie „Azymut” to realistyczna, choć utrzymana w komediowej konwencji perełka z genialnym kolorem. Tu każda plansza, każdy kadr i szkic nawet stanowią małe dzieło sztuki, na które chce się patrzeć godzinami. Aż szkoda, że ta seria liczyć ma jedynie 5 albumów, ale z drugiej strony zakończenie jednego etapu oznacza najczęściej początek innego, a co za tym idzie można mieć nadzieję na kolejne komiksy spółki Lupano i Andreae. Oby było ich jak najwięcej!



Polecam gorąco.



I dziękuję Wydawnictwu Komiksowemu za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

1001 filmów, które musisz zobaczyć (edycja 2015) - praca zbiorowa,Steven Jay Schneider



1001 POWODÓW BY SIĘGNĄĆ PO TĘ KSIĄŻKĘ



Oto pozycja, którą powinien przeczytać każdy kinomaniak. Przepięknie wydana, kompleksowa wyprawa przez najważniejsze filmy, jakie powstały w całej historii istnienia ruchomych obrazów. Ponad tysiąc filmów, blisko tysiąc stron i dziesiątki tysięcy twórców i aktorów. Kochacie filmy? A więc usiądźcie, chwyćcie w dłonie tę publikację i dajcie się porwać w ich świat!



Od roku 1903 i słynnego obrazu „Podróż na księżyc”, przez rozkwit filmowego biznesu i złote lata tak całego kina, jak i poszczególnych jego gatunków, po czasy obecne, a dokładniej po rok 2014 i „Grand Budapest Hotel”. Ta książką jest jak „Baśnie tysiąca i jednej nocy”, przybliża piękne opowieści traktujące właściwie o wszystkim. Romantyczna miłość, odczłowieczający seks, relacja z codzienności czy wyprawa w kosmos. Daleka przyszłość, a może zamierzchła przeszłość. Wojna i pokój. Narodziny i śmierć. Dla dzieci czy dla dorosłych. To wszystko tu jest. Przypomniane, omówione, zilustrowane zdjęciami i plakatami. Jak we wspomnianych baśniach, z tym że bardziej realne, bo niemal na wyciągnięcie ręki. W erze cyfryzacji filmy są łatwo dostępne, jak nigdy wcześniej, wystarczy tylko po nie sięgnąć, a ta publikacja jak chyba żadna inna zachęca by to zrobić.



Zespół kilkudziesięciu krytyków, wykładowców i znawców kina wybrał najważniejsze filmy, jakie ich zdaniem powstały (ja od siebie dodałbym jeszcze kilka pozycji, a kilka bym usunął, ale to już kwestia bardzo indywidualna) i w skrócie opowiedział ich fabułę, ciekawostki związane z dany tytułem i najważniejsze fakty. Ale wszystko to nie brzmi, jak typowo naukowe opracowanie. To po prostu książka dla każdego, kto kino kocha, ceni lub choćby tylko lubi, a kto chciałby poszerzyć swoją o nim wiedzę i poznać inne warte obejrzenia filmy. A jakie filmy poznać może na tych stronach? „Nosferatu”, „King Kong”, „Dracula”, „Metropolis”, dzieła Hitchcocka , braci Marx czy Chaplina. „Absolwent” spotyka się tutaj ze spaghetti westernami Sergio Leone, „Halloween” z obrazami Kurosawy, a „Ostatnie tango w Paryżu” z „Toy Story”. Dzieci odnajdą tu klasykę Disneya. Fani kina nowej przygody „Gwiezdne Wojny”, „Indianę Jonesa”, „Powrót do przyszłości”, „Parku Jurajski” i „Awatara”. Miłośnicy horrorów z lat 70  i 80 bez trudu wypatrzą obrazy od „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”, przez „Koszmar z ulicy wiązów” po „Muchę”, a fani grozy współczesnej będą mogli przeczytać chociażby o tetralogii „Krzyku” czy „The Ring – Krąg”. Co dalej? „Władca pierścieni”, „Titanic”, „Terminator”, seria „Obcy”, „Pulp Fiction”, „Trainspotting”, „Cienka czerwona linia”, „Matrix”, „Angielski pacjent”, „Rocky”, „Deszczowa piosenka”, „Sprzedawcy”, „Django”… Po prostu wszystko to, co warto znać. I o czym aż chce się czytać.



Całość wydana została na świetnym papierze, w pełnym kolorze, ze świetnej jakości zdjęciami. Do tego autorzy postarali się o kilka intrygujących indeksów (filmy skatalogowano w książce wg dat, ale mamy też ułożone je tytułami, gatunkami czy reżyserami), a wśród nich także ten, przy którym znalazło się miejsce na zaznaczanie obejrzanych już dzieł. Jak dla mnie super. Szczególnie, że poprawione i zaktualizowane wydanie sięga po filmy najnowsze, które wciąż pozostają gorącymi tytułami.



Dlatego też polecam gorąco, bo to jedna z najlepszych (jeśli nie najlepsza) filmowych publikacji, jakie miałem w rękach, a całkiem sporo ich już czytałem.



I dziękuję grupie wydawniczej Publicat za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

niedziela, 22 maja 2016

The Simpsons - Annual 2015 - praca zbiorowa




PREZENT OD SIMPSONÓW


Simpsonowy Annual 2015 to zbiór nierówny zarówno poziomem scenariuszy, jak i rysunków, ale kogo to obchodzi, kiedy kilka perełek komiksowych sprawia, że czytelnik znosi się nieskrępowanym śmiechem!


Co znalazło się na tych blisko 70 stronach różnych, głównie świątecznych opowiastek?


W historii „Wszyscy czują miłość do parady” Homer budzi rodzinę wczesnym świąteczny porankiem, a właściwie nocą, by zająć najlepsze pozycje na paradę, gdzie ma być prowadzony ostrzał z darmowych pączków.

I trzeba przyznać, że to świetnie napisany i narysowany komiks w sam raz na początek.

 
Słabiej wypada jednak „Kupa kłopotów”, w którym Lisa plami ubrania i stara się uporać z tym problemem, bo ani fabuła niczym nie zaskakuje, ani nie śmieszy zbytnio, a i grafika jest aż nazbyt prosta i toporna. Choć nadal to dobry komiks.


„Pete Za Party” podwyższa na szczęście poprzeczkę. Burnes chce ukarać niezadowolonych pracowników, Homer postanawia wszcząć bunt. Efekt? Dużo zabawy pysznej, jak radioaktywny pączek!

 
Ale potem znów jest gorzej, bo „Lot nad domem starców”, opowiadający o Barcie, który w ramach pracy domowej odwiedza dziadka w tytułowym przybytku by zmierzyć się z jego złą nadzorczynią, jest po prostu bardzo mocno przeciętną historyjką bez klimatu i humoru.


Niewiele lepszy, ale jednak, okazuje się „Niedźwiedzi patrol 2”, w którym Homer i spółka muszą poradzić sobie ze zbiegłymi ze świątecznej parady niedźwiedziami polarnymi. Głupią fabułę ratują na szczęście udane żarty (efekt cieplarniany rządzi!).


I choć „Fort Knocks” traktujący o Barcie i Milhousie chcącym znaleźć sobie fort znów nie zachwyca, to finałowa opowieść, w której Homer przetracił pieniądze na prezenty i stara się zbudować coś samemu, wywołała mój śmiech, a i graficznie przypadła do gustu.

 
Jak widać powyżej, różnie z poziomem w tym komiksie bywa, ale to wciąż stare, dobre przygody Simpsonów, może mniej satyryczne niż serial, bardziej nadające się dla młodych odbiorców, ale wciąż jednak udane i warte przeczytania. Szczególnie, kiedy – tak jak ja – jest się fanem serialu i ma do niego wielki sentyment.