czwartek, 30 czerwca 2016

Rachel Rising #42 - Terry Moore



RACHEL ZMARTWYCHWSTAJE PO RAZ OSTATNI

 

Oto nadeszła ta chwila. Fani wreszcie otrzymali to, czego chcieli. Seria „Rachel Rising” ze względu na sprzedaż musiała przyspieszyć, by osiągnąć finał, ale mimo pewnego pośpiechu w poprowadzeniu ostatnich kilku części, udało się Terry;emu Moore’owi  w satysfakcjonujący sposób zamknąć opowieść.

 

Malus, główny zły został wreszcie pokonany, zagrożenie zniknęło, pomoc z góry okazała się nieodzowna, a Rachel i Lilith mogą wreszcie złapać oddech. No prawie. Została jeszcze jedna kwestia – kwestia tego kto i dlaczego zabił Rachel. Dziewczyna ma już jednak trop i rusza rozliczyć się z mordercą, nieświadoma, co takiego spotka ją na miejscu…

 

Udał się ten zeszyt Moore’owi, oj udał. Świetna fabuła, genialny klimat i znakomite rozwiązanie. Aż chciałoby się zacytować słowa mordercy z filmu „8mm”, który po zdarciu maski okazał się zwyczajnym, prostym człowiekiem, pytając przy tym detektywa, który go zdemaskował, czy spodziewał się zobaczyć potwora. Tutaj jest podobnie, ale nie zdradzę tożsamości i motywów oprawcy Rachel. Wprawdzie mam wrażenie, że Moore nieco się zapomniał w minionych częściach i błąd ten powiela – chodzi mi o fakt, że ciało Rachel zwrócone był twarzą do dołu – ale z drugiej strony nieścisłości można dość łatwo samodzielnie wyjaśnić, jeśli nieco przymknie się oko. A warto to zrobić, bo wreszcie całość ułożyła się w piękną, emocjonującą i wzruszającą całość a sam finał…

 

Cóż, to można było przewidzieć, to było oczywiste. Wiedziałem, że taki będzie koniec i taki też będzie epilog całej opowieści, a jednak nie mogłem się nie wzruszyć i nie mogłem także nie wybuchnąć śmichem. Tragiczny happy end, wesoły tragic end, a może coś jeszcze? Czy to istotne? Liczy się, że zabawa była świetna.

 

Świetne były także rysunki – tak niewiele czerni, tak mangowa stylistyka, tak nieamerykańskie podejście, a przy okazji takie piękno, taki nastrój i taka siła, że trudno oderwać wzrok.

 

Polecam gorąco.

 

I mam nadzieję, że ktoś to (a także opus magnum Moore’a, „Strangers In Paradise”) wyda w naszym kraju.

Amazing Spider-Man Vol 4 #8: The Dark Kingdom - Part 3: Black & White - Dan Slott, Matteo Buffagni



MROCZNE KRÓLESTWO 3: CZERŃ I BIEL

 

Czytając ten komiks miałem wrażenie, że wreszcie poziom czwartego volume’u Spider-Mana nieco się zawyżył, że nawet osiągnął poziom przeciętności, ale jednak było to jedynie złudne wrażenie wywołane oczekiwaniem na zapowiadany na jesień event. Szkoda, nie mniej ten zeszyt przeczytałem akurat bez żadnego bólu.

 

W szanghajskim laboratorium Parker Industries udaje się oczyścić krew ofiar z narkotyku Mister Negative’a, ale to nie koniec kłopotów. Podczas prezentacji Spider-Mobilu, Lian – zgodnie z obietnicą złożoną Zodiacowi – przygotowuje się do zabicia Spider-Mana. Gdy Negative atakuje, Spider wykorzystuje technologię by spróbować przywrócić Cloak i Dagger na stronę dobra…

 

Jak zwykle nie dzieje się nic, co miałby pomysł albo chociaż wykazało jakiś polot w wykonaniu. Męczy mnie ta szanghajska przygoda Petera i chciałbym, żeby zakończyła się jak najszybciej, ale na to się nie zanosi. Taka sceneria i takie pogrążenie się w technologicznym świecie  nie pasuje do tej serii. Stark czułby się w tym dobrze, niestety Peter nie jest typem naukowca, który występuje przed dużymi tłumami i podbija cały świat swoimi pomysłami na nowinki techniczne. Jego charakter także jest odmienny i drażni, a przeciwnicy są jakby wyrwani z kiepskiej parodii.

 

Graficznie jest nieźle, acz nie ponad przeciętność. Nie drażni, nie razi, ale też nie fascynuje.

 

Jednym słowem: tylko dla najwytrwalszych fanów.

środa, 29 czerwca 2016

Czarny Wygon: Bisy - Stefan Darda



CZARNY NA WYGONIE

 

Po drugim tomie „Czarnego Wygonu” zdawałoby się, że Darda nie ma już wiele do powiedzenia. Wyjaśnione zostały wszystkie przyczyny klątwy, rozliczenie ze Starzyzną i jej mechaniką także miało miejsce, w finale doszło nawet od swoistego exodusu bohaterów. Nawet historia Witolda Uchmana, który był naszym po tym świecie przewodnikiem, zdawała się znaleźć swoje rozwiązanie. Zostało niewiele – dopowiedzenie finału jego losów, wyjaśnienie po co Dobrowolski „zbierał” samobójców i kilka słów wytłumaczenia w kwestii postaci syna Witka oraz pewnego księdza. Ale autor w rękawie krył jeszcze niejednego asa i wraz z trzecim tomem postanowił wyłożyć na stół kilka kart.

 

A wszystko zaczyna się od poznania Czarnego. Kim jest ten Cygan, który zdobył sobie zaufanie? Jakie skrywa tajemnice? Część wiadomości o nim szybko wychodzi na jaw, ale dopiero wtedy rodzą się nowe pytania…

Wkrótce na scenie pojawiają się kolejne nieznane wcześniej postacie tego dramatu. Jaka będzie rola Adamowicza i Bisów w nadchodzących wydarzeniach? A wydarzenia nadchodzą niebagatelne. Witoldowi Uchamnowi udało się jednak opuścić Starzyznę, odciętą od świata wieś, która za sprawą klątwy trwała oderwana od czasu i możliwości dotarcia do niej (poza drobnymi wyjątkami) ze świata poza nią. Zło zostało pokonane, Dobrowolski nie stanowił już zagrożenia. A tak przynajmniej się wydawało. Wciąż zostało kilka wątpliwości, kilka pytań nadal pobrzmiewało gdzieś wokół. Jednak Witold nie mógł się spodziewać jednego – że istnieje ktoś jeszcze gorszy od sprawcy całego nieszczęścia Starzyzny, Dobrowolskiego. Ktoś, o kim dotąd nie miał pojęcia, a z kim przyjdzie mu stawić już wkrótce czoła…

 

Darda jak zwykle nie zawiódł. Właściwie udało mu się zrobić powieść lepszą od tomu drugiego, bardziej przesyconą akcją i mnogością zdarzeń. I ciekawie zgłębiającą temat, który już wydawał się tak dobrze przecież zgłębiony. Zniknęło główne miejsce akcji, zmienił się także klimat, ale wszystko, co najlepsze pozostało. Nastrój zagrożenia, specyficzna atmosfera, a wreszcie także nowa porcja zagadek. Wplątane w całą akcję nowe postacie wprowadzają powiew świeżości, jednak to wciąż ten sam stary dobry „Czarny Wygon”, który urzekł przed laty czytelników.

 

Zmiany dosięgły powieść także w warstwie stylistycznej. Tym razem nie ma już miejsca na powieść w powieści, w powieści. Pewne wtrącenia się zdarzają, jednak nie dominują już tak, jak niegdyś. Ale w najmniejszym stopniu nie psuje to odbioru książki, bo Darda, jak to on, pisze lekko, przyjemnie i intrygująco. Umiejętnie zawiązuje akcję, umiejętnie prowadzi wątki, wreszcie zaś pobudza apetyt na kolejną część serii. Jeśli więc dobrze bawiliście się czytając poprzednie tomy „Wygonu…”, nie wahajcie się i sięgnijcie po „Bisy” – będziecie usatysfakcjonowani.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Vidograf za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

The Amazing Spider-Man 12/1998 - Tom Lyle, Mark Bagley, Robert Brown, Roy Burdine

Z PUDŁA WYGRZEBANE

Maximum Clonage - Conclusion to wreszcie wielki finał sagi klonów Petera Parkera. Gdy Scarlet Spider ranny i znarkotyzowany zmaga się z tym co pozostało po setkach klonów, klon Petera waha się czy zaufać Jackalowi. Wkrótce na jaw wychodzą prawdziwe plany Jackala, który na początek chce sklonować pracowników Daily Bugle i zabić prawdziwych dziennikarzy, a potem to samo zrobić z całym światem. W ostatecznym pojedynku wyjdzie wreszcie na jaw czemu Ben sądził, że jest klonem, a nie prawdziwym Peterem, a Peter-klon podejmie decyzje, które zaważą na całym życiu ich obu...

Pierwsze co przychodzi mi do głowy na myśl o finale klonowania to: pomieszanie z poplątaniem. Fabuła co chwila traci tu na logice i spójności, a na dodatek rysunkowo dzieło - łagodnie powiedziawszy - rozczarowuje. Z jednej strony Bagley (słaby jak chyba nigdy) z drugiej mało znani artyści, których prace nadają sie na komiks dla małych dzieci... dysonans za dysonansem burzy dodatkowo i tak słabą akcję.

Szkoda.

Po takim zeszycie nikt się chyba nie może dziwić, że TM - Semic zaprzestało wydawania Pająka.

Fani mogą przeczytać, reszta: przykro mi.

The Amazing Spider-Man 11/1998 - Bill Sienkiewicz, Todd Dezago, Tom Lyle, Mark Bagley, J. M. DeMatteis, Sal Buscema

Z PUDŁA WYGRZEBANE

 

Wielkiego finału klonowania część druga. Peter przyłącza się do Jackala. Odnajduje go Scarlet Spider (prawdziwy Peter) i próbuje przekonać do powrotu do normalnego życia. Niestety dopada go Jackal, zatruwa narkotykami i zostawia na pastwę setek żądnych krwi klonów. Tymczasem Spidercide spotyka Scriera i poznaje cel własnej egzystencji...

 

Po niezłej pierwszej części Maxiumum Clonage miałem całkiem spore oczekiwania, na liście scenarzystów widząc znakomitego DeMatteisa, ale przyznam szczerze - rozczarowałem się. Fabuła nie tylko jest przesadnie patetyczna, wręcz do granic śmieszności, to jeszcze pod koniec staje się niezamierzoną parodią i wraca do czasów, kiedy twórcy w ramkach wyjaśniali, co dzieje się na każdym z kadrów. Przykry zabieg, przez który dzieło staje się infantylną bajeczką akcji.

 

Rysunki są lepsze niż poprzedni (przynajmniej część w wykonaniu Bagleya - tego od Ultimate Spiderman), choć nawet te z tuszem Billa Sienkiewicza rozczarowują. Smuci też fakt, że pominięto dane autorów (poza tymi od 1/3 albumu - a co z resztą pytam?) a tłumaczenie zapewniono nam momentami żałosne.

 

Tak więc konkluzja jest przewidywalna: jeśli czytaliście Spidera od początku i chcecie dotrwać do końca, czytajcie. Reszta nie ma po co zaglądać do tego zeszytu.

Co nas nie zabije - David Lagercrantz



TO, CO NAS ZABIJA

 

W świecie kina czy komiksów kontynuowanie serii, kiedy ich twórcy albo porzucili swoje dzieci, albo też odeszli z tego świata nie tylko nie jest niczym dziwnym, ale wydaje się wręcz czymś oczywistym – nie zarzyna się w końcu kury znoszącej złote jajka. W literaturze jednak tego typu sytuacje są rzadkością, wyjątkiem, potwierdzającym regułę. Ale przecież się zdarzają i tak było w przypadku niezwykle popularnej trylogii „Millenium”. David Lagercrantz stanął przed nie lada zadaniem kontynuowania losów bohaterów, które pokochały miliony – jak wybrnął z tego zadania?

 

Frans Balder, specjalista od badań nad sztuczną inteligencją, porzuca pracę i w znacznym stopniu odmienia swoje życie, odbierając byłej żonie i jej obecnemu partnerowi swojego chorego na autyzm syna. Wydawałoby się, że wszystko jest w porządku, wkrótce jednak odkrywa, że ze względu na posiadaną widzę o działaniu amerykańskich służb specjalnych, znajduje się w poważnym niebezpieczeństwie. O pomoc prosi Mikaela Blomkvista, który popadł w depresję i zawodowy kryzys i rozważa możliwość porzucenia dziennikarskiego zajęcia. Informacje od Baldera mogą jednak ożywić jego karierę, a zainteresowanie Mikaela podsyca jeszcze fakt, że Fransowi pomagał nie kto inny, jak genialna hakerka i dobra znajoma, Lisbeth Salander. Wkrótce Balder zostaje zabity. Mikael zaczyna pracę nad artykułem, ale będzie potrzebował pomocy Lisbeth, która tymczasem angażuje się w hakerski atak, który może ją kosztować wolność…

 

Czwarty tom „Millenium” wywołał wiele kontrowersji i to jeszcze na długo przed tym, nim w ogóle pojawił się na rynku. Autor trzech poprzednich powieści, Stieg Larsson, zmarł przedwcześnie na atak serca w 2004 roku. Po sukcesie serii jego spadkobiercy, ojciec i brat, którzy jedynie przez błąd prawny stali się odpowiedzialni za spuściznę pisarza, zdecydowali się zatrudnić autora, który miałby dopisać ciąg dalszy. Dla jednych było to świętokradztwo, dla innych spełnienie marzeń, a tymczasem sama partnerka Larssona dolała jeszcze oliwy do ognia mówiąc, że posiada niedokończony manuskrypt czwartego tomu Millenium napisany przez Stiega; manuskrypt, który nie został zawarty w „Co nas nie zabije”, choć nowy pisarz opierał się na notatkach poprzednika. Po takich rewelacjach i oczekiwaniach powieść napisana przez Davida Lagercrantza znalazła się w dość niewygodnym położeniu. A jednak okazała się naprawdę udaną książką, chociaż w pewnym stopniu odcinała się od tego, co oferował pierwowzór.

 

Jakie są te zmiany? Lagerkrantz pisze w sposób odmienny od Larssona. Inaczej podszedł także do postaci, odmieniając Mikaela, a także upraszczając najważniejszą bohaterkę „Millenium”, Lisbeth. Trzeba jednak oddać mu, ze starał się zachować charakterystyczne dla poprzednika ujęcie wielu kwestii, podział książki czy literackie niuanse. „Co nas nie zabije” czyta się więc szybko i lekko, nawet kiedy nic się nie dzieje, a poruszane tematy do lekkich nie należą. Poza tym są też przecież te postacie, do których się tęskniło – i nie chodzi tylko o głównych bohaterów, ale też wszystkich tych pobocznych, czy drugoplanowych, do których przyzwyczaiły nas poprzednie tomy. I chociaż można było z kontynuacji losów duetu Blomkvist/Salander więcej wycisnąć, Lagercrantz wykonał kawał dobrej roboty i pobudził apetyt na więcej. Mam więc nadzieję, że na tym „Millenium” się nie skończy i w przyszłości na księgarskie półki trafi kolejny tom, bo to wciąż jedna z najlepszych szwedzkich serii kryminalnych, jakie powstały.

 

I dziękuję wydawnictwu Czarna Owca za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

wtorek, 28 czerwca 2016

Czerwona kartka dla Sprężyny - Jacek Podsiadło



PIŁKARSKA SZKOŁA ŻYCIA

 

Ta książka w chwili obecnej jest bardziej nawet niż na miejscu. Po ostatnich sukcesach Polaków w piłce nożnej ten sport, który w naszym kraju i tak cieszył się największą ze sportów popularnością, zyskał jeszcze większe zainteresowanie. Książek o piłce jest wiele, tak dla młodych, jak i starszych czytelników, jednak niewiele jest w tym temacie powieści. Macie ochotę na jedną z nich? Sięgnijcie po „Czerwoną kartkę dla sprężyny” – książkę roku 2009 nagrodzoną przez polską sekcję IBBY, która właśnie ponownie trafiła na księgarskie półki.

 

Większość chłopców marzy, żeby zostać piłkarzami. Daniel nie jest wyjątkiem, ale w jego przypadku to marzenie może się spełnić. Ma talent, ma także zapał więc pewnego dnia zostaje zauważony przez trenera i wkracza w świat profesjonalnego futbolu dla młodych. Wkrótce przekonuje się co to trening piłkarski z prawdziwego zdarzenia i poznaje nowych, często osobliwych kolegów, którzy tak jak on realizują się w szkółce piłkarskiej. Kiedy nadchodzi czas sprawdzianu, rozgrywki Złotej Ligi Juniorów, Daniel i reszta chłopaków stają przed szansą zdobycia tytułu mistrza Warszawy. Takiej okazji nie mogą przepuścić, taka wygrana byłaby spełnieniem kolejnych ich marzeń. Gotowi na wszystko zaczynają przygotowania do meczów…

 

Szkółka piłkarska szkołą życia? Dlaczego nie. Wszystko w końcu może być okazją do nauczenie się co to znaczy życie. Wzloty i upadki, przyjaźnie i wrogości, rywalizacja i wspieranie się. Jacek Podsiadło, literacki człowiek orkiestra, bo i poeta, i prozaik, i tłumacz, i felietonista, przy okazji także dziennikarz, zabiera czytelników na wyprawę po spełnienie marzeń i poznanie wielu prawd. Jego bohaterowie to chłopcy z krwi i kości, ze swoimi charakterami i cechami – tak dobrymi, jak i złymi. Czasem wulgarni, czasem wciąż dziecinnie naiwni, balansują na tej krawędzi, na której balansuje każdy nastolatek.

 

Całość została jednak napisana w sposób właściwy dla młodych odbiorców, lekko, przyjemnie, głęboko wnikając w sportowe realia i świat piłkarskich emocje. Nie ma tu infantylizmu, choć dydaktyzm znalazł dla siebie miejsce. Jest przede wszystkim to, czego oczekują czytelnicy sięgając po tę książkę – sportowa adrenalina i towarzystwo nastolatków takich, jakimi są oni sami oraz sporą porcję ciekawostek futbolowych.

 

Podsiadło w swojej karierze zdobył wiele nominacji i nagród, tak literackich, jak i poetyckich. I czuć w nim tę klasę pisarką. I chociaż pewnie nie do wszystkich sportowa tematyka trafi, młodzi kibice będą bardziej niż zachwyceni, dlatego to im głównie polecam niniejszą pozycję.

 

I dziękuję wydawnictwu Nasza Księgarnia za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Pięć dni ze swastyką - Artur Baniewicz



PIĘĆ DNI Z WOJNĄ W TLE

 

Artura Baniewicza czytelnicy kojarzą przede wszystkim z jego powieści fantasy, które składają się na Cykl o czarokrążcy. Od czasu do czasu jednak autor ten zapuszcza się na zgoła odmienne tereny gatunkowe, tworząc thrillery i powieści sensacyjne. I tak też jest w jego najnowszym dziele, dalekim od oczywistości kryminale, w którym noir przeplata się z wojenną przypowieścią pokazującą, że bohaterowie nie istnieją.

 

Rok 1942. Druga Wojna Światowa trwa, jej końca wciąż nie widać, a koszmar codzienności wydobywa z ludzi to, co najgorsze. Kiedy we wsi pod Kielcami zamordowany zostaje niemiecki żandarm, każdy wie, jakie konsekwencje dla ludności cywilnej może przynieść ta sytuacja. A jednak nadal jest szansa, nadal istnieje możliwość ratunku. Paweł Bujnicki, niegdyś policjant, obecnie człowiek od brudnej roboty, zabijający dla AK konfidentów, nie jest bohaterem. Idea? Wartości? To nie dla niego, egzekucje wykonuje, bo mu za to płacą. Teraz zaś stanąć będzie musiał poniekąd po drugiej stronie barykady, kiedy przełożony zabitego właśnie żandarma, Bruno, zechce by to on pomógł w wyjaśnieniu tej sprawy. Argumentem ostatecznym jest Irena, dawna ukochana Pawła, a obecnie kobieta Bruna. Sytuacja jest patowa, a dwaj wrogowie mają zaledwie pięć dni by znaleźć odpowiedzi na pytania: kto dokonał zbrodni i dlaczego?

 

Baniewicz to zdecydowanie człowiek z pomysłem. Udowodnił to w szczególności powieścią „Drzymalski przeciw Rzeczpospolitej”, w której tytułowy bohater stanął sam jeden przeciw własnemu krajowi. Teraz natomiast potwierdza swoją klasę, talent i przede wszystkim dojrzałość pisarską. I to nie tylko, jeśli chodzi o styl, ale także – a może przede wszystkim – w kwestii podejścia do omawianego tematu. Podejścia niejednoznacznego i pozbawionego jasnego podziału na to co dobre i co złe. Podejścia prawdziwego, ludzkiego i bardzo dosadnego.

 

W „Pięciu dniach…” jest jak w powieściach noir. Praktycznie nie ma tu bohaterów dobrych – są tylko źli i gorsi, a ich status zmienia się z upływem czasu i w zależności od sytuacji. Niemiec przymykający oko na działania Polaków, Polacy wydający swoich sąsiadów. Było? Owszem, ale Baniewicz nie poprzestaje na tym. Wszystko tu jest względne, dobra prawie nie ma, bo na wojnie zdaje się nie być dla niego miejsca. Są tylko priorytety i sprawy, które mogą okazać się dobrymi, ale czy rzeczywiście takie będą, skoro środki do ich osiągnięcia są takie, a nie inne?

 

Ta wieloznaczność moralna stanowi zdecydowanie największą siłę powieści. Dodaje jej kolorytu, wkracza w ciekawe rejony psychologii bohaterów, intryguje i skłania do przemyśleń. Nie można jednak zapomnieć o wątku głównym, czyli zagadce kryminalnej. Ale także i tu Baniewicz dał z siebie wszystko, co najlepsze. Śledztwo, tropy a wreszcie rozwiązanie, tak jak cała reszta, nie są oczywiste. Nie da się ich przewidzieć, zaskakują, a przede wszystkim przynoszą satysfakcję. A to w przypadku liczącej ponad 650 stron powieści ma duże znaczenie.

 

Reasumując: Baniewicz po raz kolejny napisał powieść wartą poznania. Świetny pomysł i zagadka, ciekawie przedstawione tło historyczne, a wreszcie bohaterowie – ludzcy i prawdziwi, wszystko to sprawia, że „Pięć dni ze swastyką” zapada w pamięć i znakomicie się czyta. Polecam – nie tylko czytelnikom, którzy celują w takiej tematyce.

 

I dziękuję wydawnictwu Znak Horyzont za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Siódmy syn - Orson Scott Card



PIERWSZY ALVIN

 

Orson Scott Card, ten jeden z najbardziej kojarzonych i cenionych współczesnych pisarzy fantastyki, ma na swoim koncie dwa cykle, które można uznać za opus magnum jego twórczości. Pierwszym z nich są znane również z kin przygody Endera, drugim „Opowieść o Alvinie Stwórcy”, której pierwszy tom przypomniało niedawno wydawnictwo Prószyński i S-Ka.

 

Świat, w którym przyszło żyć emigranckiej rodzinie Millerów jest światem niezwykłym. Nie mniej niezwykły ma się także okazać ich potomek. Alvin, który jeszcze się nie narodził, będzie siódmym synem siódmego syna. Co to oznacza w praktyce? Alvin posiądzie wielkie moce, moce Stwórcy. Pomimo trudów i czyhania na jego życie, gdy wciąż jeszcze przebywa w łonie matki, chłopiec przychodzi na świat. Zaczyna się jego dorastanie i droga do stania się Stwórcą, ale kim tak naprawdę jest Alvin? I jakie jest jego przeznaczenie?

 

Pierwszy tom „Opowieści o Alvinie Stwórcy”, nagrodzony w 1988 roku Locus Award (a przy okazji nominowany do Hugo i World Fantasy Award), zabiera nas do Ameryki Północnej XIX wieku, ale nie takiej, jaką znamy. Jej losy potoczyły się inaczej, niż współczesnych Stanów Zjednoczonych, a ludzie zamiast pójść w stronę cywilizowanego narodu, zanurzyli się w gusłach, przesądach i dziwacznych wierzeniach. Ślepa wiara, wiara tak bardzo zakorzeniona i w naszej kulturze, choć przeinaczona przez zwierciadło alternatywnej rzeczywistości, stanowi prawdziwą siłę napędową powieści. Alvin musi stawić czoło swojemu przeznaczeniu, ale przed nim długa droga, a „Siódmy syn” przedstawia ledwie wczesne lata jego życia. Ale Card ukochał młodych bohaterów, postacie dziecięce i nastoletnie i taka jest specyfika jego powieści. A, jak łatwo można się przekonać, w niczym nie umniejsza to ich wartości.

 

W związku z poruszaniem tematu religii, wiary i konsekwencji naszych wyborów na tym polu, „Siódmy syn” wkracza w kontrowersyjne, choć dające do myślenia obszary. Trudno nie odnaleźć w jego postaci przedstawienia zbawicieli właściwie wszystkich możliwych religii. Ale rodzi to przy okazji wiele pytań, w których wadze nie przeszkadza wcale lekkość pióra Carda.

 

Przede wszystkim jednak „Opowieść o Alvinie Stwórcy” to kawał dobrej fantastyki, która broni się sama w sobie, bez tych wszystkich paralel i analogii. Świetna mechanika świata, mnóstwo smaczków dla znających historię i nuta satyry i komentarza społecznego. A przede wszystkim świetne pomysły i znakomite podejście do tematu.

 

Warto! I jest też na co czekać, bo wydawca zapowiada wznowienie wszystkich tomów cyklu w nowej szacie graficznej.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

niedziela, 26 czerwca 2016

Amazing Spider-Man Vol 4 #7: The Dark Kingdom - Part 2: Opposing Forces - Dan Slott, Matteo Buffagni



MROCZNE KRÓLESTWO CZ II: PRZECIWNE SIŁY

 

Kiepski jest ten czwarty Volume Spider-Mana, oj kiepski. Tak źle chyba jeszcze nigdy nie było, nawet za czasów Clone Sagi – wtedy przynajmniej tandetne zeszyty przeplatały się z niezłymi, a pomysły potrafiły zaintrygować, nawet kiedy były wtórne czy źle przedstawione. Tutaj Slott sprawia wrażenie, jakby się nie starał nawet. Wziął wszystko, co najgorsze w serii i splótł w nie posiadającą w sobie nic nowego opowieść. A ten zeszyt po raz kolejny pokazuje, że nawet nie próbuje przełamać schematyczności i tandety.

 

Mister Negative opętuje Petera – a przynajmniej tak myśli, nieświadomy, że ten jest Spider-Manem, a co za tym idzie był wystawiony na działanie jego corruption touch już dawno temu, a po raz drugi ów dotyk nie działa. Tymczasem w okolicy pojawia się Regent, postać, która wraz z zakończeniem Tajnych Wojen powinna przestać istnieć…

 

Czy jest w tym komiksie coś dobrego? Gdyby nie było, szkoda by mi było czasu na recenzowanie go, ale pozytywów nie jest wiele. Pojawienie się Regenta oznacza, że wiele wątków z „Renew Your Vows” mogło nie umrzeć tak zupełnie. A co za tym idzie, gdyby na nowo pojawiła się córka Petera i MJ, a oni dwoje wrócili do siebie, istniałaby też szansa na powrót dawno zapomnianych wątków. Co zresztą już w pewnym stopniu ma miejsce – kilka dni temu Marvel ogłosił, że fabuła Dead No More, która jest realizowana w tej „Amazingu…” od kilku zeszytów będzie się w rzeczywistości nazywać „The Clone Conspiracy”. Czyli? Tak, powraca monumentalna Saga Klonów, chociaż już kiedyś niemal doprowadziła serie o Spiderze do upadku. A kimże było dziecko Parkerów, jak nie jednym z istotniejszych wątków tamtej opowieści? Na razie to tylko gdybania, „Spisek Klonów” pojawi się dopiero w październiku, ale mam wrażenie, że Slott nada się do niego idealnie – tylko zły scenarzysta może się w tym odnaleźć, a on udowadnia od wielu miesięcy, że się wypalił.

 

Rysunkowo jest nieźle, acz bez rewelacji. Kreska jakich wiele, komputerowy kolor, który też nie jest popisem zdolności kolorysty. Nic, co ratowałby całość.

 

Podsumowując to komiks tylko dla fanów, ale i oni będą już zmęczeni.

Web of Spider-Man #127 - Maxiumum Clonage Part 2: The Last Temptation of Peter Parker - Todd Dezago, Steven Butler



MAKSYMALNE KLONOWANIE CZ 2: OSTATNIE KUSZENIE PETERA PARKERA

 

W setnym polskim zeszycie „Amazing Spider-Mana” pojawiła się zapowiedź, że kolejny numer przedstawi ostatnie kuszenie, ale w 101 zeszycie pojawiła się historia stanowiąca bezpośrednią kontynuację „Kuszenia…”. Z tym, że trzeba przyznać jedno, tez zeszyt jest zbędny. Nie wnosi prawie nic, a treść jest bardzo miałka…

 

Peter po dołączeniu do Jackala pomaga mu uciec z dachu budynku przed oddziałem SWAT, ale jak się okazuje nie tylko policja poluje na nich dwóch. Ich tropem podąża także Punisher, który ma z Jackalem prywatne rachunki do wyrównania.

Tymczasem MJ jak zwykle rozważa kwestie posiadania męża klona i spłodzonego z nim dziecka, a Kaine, po ucieczce z więzienia, wreszcie odkrywa tożsamość człowieka ze swoich wizji – tożsamość mordercy MJ!



Z tym że czytelnicy nie dowiadują się niczego. Z tego komiksu nie wynika ani jakie zatargi z Jackalem ma Punisher (by się tego dowiedzieć trzeba – czy kogoś to dziwi? – sięgnąć po „Duble Edge Omega”), ani tym bardziej nie ujawnione zostaje kogo widzi Kanie. Co gorsza jest tu kilka scen bez sensu (ratowanie Petera przez Jackala, jego słowa wprowadzające zamęt, o którym twórcy zapomną w kolejnych zeszytach, a wreszcie wizje Kaine’a, który w kontynuacji tego numeru znów doświadczy wizji mordercy i znów będzie zaskoczony jego tożsamością, jakby sceny z „Kuszenia…” wcale nie miały miejsca).

 

Do tego średnie ilustracje i słabe dialogi…

 

Szkoda, aczkolwiek fani powinni przeczytać i tak, jeśli chcą poznać całą Clone Sagę.

sobota, 25 czerwca 2016

The Amazing Spider-Man 10/1998 - Todd Dezago, Ronald Lim, Tom DeFalco, Al Milgrom, Tom Smith

Z PUDŁA WYGRZEBANE, CZ XVII

Jackal dopuszcza się ludobójstwa. W wyniku uwolnienia przez niego nowej odmiany wirusa Carriona umiera całe miasteczko. Dziwnym trafem jednak przeżywa tajemnicza postać. By odkryć tego powód Jackal wysyła Spidercide'a by to sprawdził. Doprowadza to do spotkania Scarlet Spidra, Spidercide'a jak i The New Wariors...
Tymczasem Peter nie mogąc poradzić sobie z faktem, że okazał się klonem, postanawia uciec...

Seria o klonach Petera Parkera stała się swego czasu kamieniem u szyi Marvela. Ciągnąca się przez kilka lat i kilkadziesiąt numerów kilku pałąkowych serii (w Polsce mieliśmy ja przez dobre 3 lata), pochłaniała pieniądze i czas czytelników, a nie wiele oferowała. Scenariusze stawały się coraz słabsze i naciągane, nie wiadomo już było kto jest klonem, a wszystkie rzekome rewelacje przyjmowało się raczej ze znudzeniem. Sprzedaż komiksów o Pająku drastycznie malała, więc w końcu postanowiono zakończyć klonowanie i wstępem do tego było właśnie Maxiumum Clonage - 3 zeszyty, które w Polsce zakończyły ukazywanie się Spidermana.

Czy są to zeszyty złe?
Czy ma sens czytanie ich jeśli nie zna się całej sagi? 

Cóż... Wielki komiks to to nie jest i nie będę Was tu oszukiwał, ale wcale nie jest aż tak źle. Trzy ostatnie Polskie Pająki, to przede wszystkim samodzielna opowieść mająca na celu przypomnienie wszystkiego w paru zdaniach i doprowadzenia do konkluzji. 100 zeszyt wydany u nas 15 lat temu dość dobrze spełnia tę rolę. Streszcza wydarzenia z ostatnich 2 lat wydawnictwa i wprowadza wątki mające na celu wytłumaczenie wszystkiego. Oczywiście jest to dopiero początek i niczego konkretnego nie otrzymujemy, ale całkiem niezły to początek, choć średni narysowany.

Dla fanów Pająka, rzecz warta poznani, ale dla całej reszty niestety już nie. Szczególnie, że w Polsce tak w tym, jak i w kolejnych zeszytach (wcześniejszych także) pominięto wiele stron.

Spider-Man: The Lost Years - J. M. DeMatteis, John Romita Jr. i Klaus Janson



STRACONE LATA

 

Po pewnym czasie przerwy powracam do czytania największego Spider-eventu w historii. Wciąż jeszcze tkwię w dobrych zeszytach tej serii, wciąż jeszcze czytam te, których TM-Semic w Polsce nie wydało, ale już powoli zbliżam się do momentu, kiedy fabuła stanie się niezamierzona parodią, a poziom spadnie na łeb na szyję. Ale nie uprzedzajmy faktów, bo miniseria „The Lost Years” to naprawdę niezły komiks.

 

Spider-Man bez Spider-Mana? Czemu nie. Bohaterów tej opowieści jest trzech. Trzej mężczyźni, ich uczucia do trzech kobiet i obowiązek wobec świata. Pierwszy z nich to Ben Reiley, który jeszcze nie wiedział, że tak naprawdę jest Peterem Parkerem i starał się (bezskutecznie zresztą) pogodzić z rolą klona. Drugim okazuje się kolejny klon Parkera, podążający za nim psychopata Kane. Trzecim stanie się Jacob Raven, policjant. Ich drogi przetną się w mieście tego ostatniego, Salt Lake City, gdzie uciekając przed samym sobą trafi Ben. Reiley nie chce ulec własnym odczuciom, które popychają go do ratowania kolejnych ludzi. Nie jest Peterem, chce zacząć nowe życie. Znajduje pracę, poznaje piękną kobietę podobną do MJ, Janine, a jednak tli się w nim coś więcej. Kane także wpada w sidła uczuć, kiedy poznaje policjantkę Louise Kennedy, partnerkę Ravena z komendy, i stanie się jej cichym aniołem stróżem. Niestety Raven nie ma swojego obrońcy, a na niego czyhają bandyci, którzy nie cofną się przed uprowadzeniem go i wysadzeniem jego domu, wraz z ukochaną żoną i dzieckiem znajdującymi się w środku…

 

Saga Klonów w Spider-Manie jest wiecznie żywa. Pojawiła się po raz pierwszy w roku 1975, by potem co raz przypominać o sobie, aż do lat 90, kiedy przejęła rządy i z początku fascynując, niemal pogrążyć ten tytuł. W kolejnych latach tematy i postacie z nią związane przewijały się przez serię, pisał o nich Straczynski, pisał też Slott, który (w niewydanych jeszcze w Polsce zeszytach) rozwinął kilka wątków z Kane’em, jakie zapoczątkował wspomniany Straczynski. A teraz, na październik tego roku, Marvel zapowiada powrót tematu w „Dead No More: The Clone Conspiracy”. Ale kiedy myślimy o Sadze Klonów, wciąż przede wszystkim myślimy o tym, co działo się dwie dekady temu, a ta opowieść wypełnia lukę w przeszłości najważniejszych klonów Parkera.

 

Dzieje się dużo, ale dzieje się głównie w sferze uczuć i takie podejście do tematu mi pasuje. DeMatteis, autor, który napisał legendarne „Ostatnie łowy Kravena”, skupił się w „Straconych latach” na miłości, zdradzie, zbrodni i wykorzystywaniu seksualnym, a także – choć wydaje się to schodzić na drugi plan – poszukiwaniu własnej tożsamości. Czy klon może mienić się człowiekiem? Czy może złamać genetyczne uwarunkowania zachowań i myśli?



Rewelacyjnie ilustruje to John Romita Jr. Świetna kreska, świetny kolor, znakomite kadrowanie i dynamika. Aż szkoda, że TM-Semic tego nie wydało… Cóż jednak można na to poradzić? Może w końcu ktoś zdecyduje się w naszym kraju przypomnieć tę największą opowieść o Człowieku Pająku, bo mimo miażdżącej krytyki, to wciąż warta przeczytania opowieść, która już na zawsze będzie wywierała wpływ na życie Parkera.

piątek, 24 czerwca 2016

Żubr Pompik. Letni zmierzch - Tomasz Samojlik



LATO JEST ŻUBRZE!

 

Przesympatyczny żubr Pompik powraca we wznowieniu trzeciego tomu jego przygód. Jak zawsze na czytelników, tak tych młodszych, jak i starszych, czeka całe mnóstwo wspaniałej zabawy, wypełnionej ciekawostkami i faktami z życia zwierząt i całą masą uroczych ilustracji w wykonaniu samego autora, znanego twórcy komiksowego, Tomasza Samojlika.

 

W puszczy nastaje nowa pora roku, lato. Żubr Pompik, syn Porady i Pomruka, jest dzieckiem wciąż nieco słabowitym, jako że przyszedł na ten świat zbyt późno, ale nadrabia to swoją ciekawością świata. Jednak to jego siostra Polinka wykazuje nie tylko co najmniej równie wielkie zainteresowanie wszystkim, co ją otacza, ale przede wszystkim udowadnia jak nieskończone posiada siły w realizacji swoich poznawczych celów. Teraz gdy puszcza przeżywa nowa porę roku, znów do odkrycia jest wiele rzeczy, których nie miały do zaoferowania zima i wiosna. Zaskrońce, koszatka, ryjówki, łosie, krety… Każdy mieszkaniec lasu ma swoje sekrety, które warto jest poznać. Czasem jednak warto zatrzymać się i uspokoić, by przekonać, że i w ten sposób dostrzec można wiele, więcej nawet, niż w pogoni za kolejnymi ciekawymi rzeczami…

 

Samojlik jak zwykle nie zawodzi. Ten doktor biologii, który na równi z przyrodniczymi naukami ukochał sobie twórczość dla dzieci, po raz kolejny pokazuje, że ma wielki talent. I to talent jak najbardziej wszechstronny. Bo Samojlik nie tylko napisał przygody żubra Pompika, ale również je zilustrował. I to jak! Nic dziwnego, że odniósł także duży sukces w branży komiksowej, bo jego urocze, proste, ale trafiające do serca rysunki potrafią naprawdę urzec!

 

Przede wszystkim jednak to opowiedział serię przygód uroczych żubrzyków, które w ekosystemie polskiej puszczy poznają zmiany, jakie zachodzą wraz z kolejnymi porami roku i specyfikę jej mieszkańców. Każde ze zwierząt jest fascynujące, każde z nich skrywa także nie wszystkim znane sekrety, które potrafią zafascynować. Wystarczy przedstawić je w odpowiedni sposób, a Samojlik zrobił to znakomicie. Lekkie pióro, przyjemny styl i dużo wiadomości podanych w przystępnej, interesującej formie. Książki takie, jak ta, czytają się po prostu same!

 

Jeśli więc szukacie mądrej, wartościowej i uroczej lektury, bardzo ładnie przy tym wydanej, seria o Pompiku będzie doskonałym wyborem. Nie wahajcie się.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Media Rodzina za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

czwartek, 23 czerwca 2016

Dziecko Odyna - Siri Pettersen



DZIECKO BEZ OGONA

 

Fantasy coraz to przeżywa może nie tyle swój kolejny renesans, ile wzmożone zainteresowanie tym gatunkiem. Każdy z nas w końcu ma w sobie coś z dziecka, a fantastyka, której akcja toczy się w rzeczywistości czasów przeszłych względem naszej perspektywy, przenosi baśnie i legendy na dojrzały, dorosły grunt. Przygody, wartości, magia i niebezpieczeństwa, hołdowanie konkretnym postawom i niezwykłości świata przedstawionego rozpalają umysły i serca. Teraz na literackim rynku wykwitł kolejny talent, który zdobył sławę i uznanie na polu fantasy. Czy słusznie?

 

Pewnej srogiej zimy jeden z mieszkańców krainy Ym znajduje niemowlę, ale dziewczynka nie jest typowym dzieckiem, jakie można spotkać. Ten świat zamieszkuje rasa ætlingów, każdy z jej przedstawicieli posiada ogon, a także zdolność do korzystania z naturalnej magii nazywanej Evną. Dziewczynka nie posiada jednak ogona, co oznacza, że jest Dzieckiem Odyna, człowiekiem, czymś gorszym, roznosicielem zgnilizny. Mężczyzna, który ją znalazł decyduje się na desperacki krok – zamiast zabić niemowlę, okalecza je tak, by sprawiało wrażenie, że ogon straciło w ataku dzikiego zwierzęcia. Niestety takie udawanie nie może trwać wiecznie. Dziecko dorasta, staje się nastolatką i wtedy nadchodzi moment Rytuału. Każdy piętnastolatek musi pokazać swoje umiejętności czerpania z Evny, każdy czeka na tę chwilę z wytęsknieniem, ale nie dziewczyna bez ogona, Hirka. Jako Dziecko Odyna nie posiada bowiem takiego talentu, a co za tym idzie czekać ją może nawet śmierć. A właściwie czeka ją na pewno…

 



Debiutancka powieść Siri Pettersen zdobyła kilka nagród i została okrzyknięta tym dla fantasy naszych zimniejszych sąsiadów, czym saga „Millenium” była dla thrillera. Być może są to słowa nieco na wyrost, ale trudno im odmówić pewnej słuszności. Bo pierwszy tom „Kruczych pierścieni” ewidentnie ma swój urok i wnosi pewien powiew świeżości, dzięki odwołaniem do nordyckich mitów i legend, chociaż na początku aż tak kolorowo nie jest. Sam pomysł do najoryginalniejszych nie należy, podobnie jest z wykonaniem. Nazewnictwo czerpie autorka na równi z kultury i folkloru Norwegii, co z Tolkienowskich korzeni, od których chce się odciąć. Bliżej jest „Dziecku Odyna” do komiksów z przygodami Thorgala, niż typowej europejskiej fantastyki, nie mniej wszystkie schematy i mechanizmy świata zostają zachowane. Wydaje się, że to, co odróżnia debiut Siri od innych dzieł, to jedynie otoczka, sceneria i korzenie, z których czerpie. Ale potem akcja przyspiesza, zaczyna się więcej dziać, początkowa gęstość treści nie rozwiewa się, ale nabiera klarowności. Przybywa też poruszanych tematów i aspektów świata przedstawionego oraz jego mechaniki. Ale to, co przede wszystkim rozpala wyobraźnię – i pobudza apetyt na kolejne tomy – to drobne smaczki, sugestie i niuanse, które warto wychwycić.

 

Wszystko to jest przy okazji sprawnie napisane i podane w dobrym stylu; tak, jak przyzwyczaiła nas do tego ta odmiana fantastyki. Jak na debiut, powiedziałbym, że jest wręcz znakomicie. I choć „Dziecko Odyna” nie zrewolucjonizuje gatunku, naprawdę warto je poznać, bo wśród zalewu popowej literatury fantasy, ta norweska gwiazda lśni całkiem jasno i zmierza w ciekawym kierunku.

 

A ja dziękuję portalowi Kostnica za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Tajemniczy brat - Virginia Cleo Andrews



TAJEMNICA KWIATÓW NA PODDASZU

 

Bohaterowie „Kwiatów na poddaszu” powracają po raz ósmy (po raz trzeci goszcząc na łamach trylogii „Pamiętnik Christophera”) by znów rozwiązać kilka tajemnic i dopowiedzieć do historii rodziny Dollangangerów ostatni rozdział. Chociaż tym razem wydawać by się mogło, że to zupełnie inna, nie związana z poprzednimi częściami opowieść.

 

Nastoletnia Clara Sue musi zmierzyć się z sytuacją, która jest dla niej nie do zaakceptowania. Jej dziadek, który w życiu przeżył wiele tragedii – stratę zięcia, córki i żony – teraz w wypadku samochodowym traci także wnuka. Nie potrafiąc poradzić sobie z sytuacją, starszy mężczyzna przelewa swoje uczucia na tajemniczego chłopca, który trafia do tego samego szpitala, w którym umarł właśnie jego wnuczek. Co jest takiego niezwykłego w owym dziecku? Chłopiec cierpi na amnezję i nie ma najmniejszego pojęcia kim może być i co takiego przeżył. Przegarnięty przez dziadka Clary, staje się częścią rodziny, ale nastolatka nie akceptuje przyszywanego brata. Zbuntowana przeciw jego obecności w domu postanawia dowiedzieć się prawdy o jego tożsamości, a tym samym zwrócić ewentualnym krewnym. Nie jest świadoma, jakie sekrety skrywa dziecko…

 

Pisząc „Pamiętnik Christophera” ghostwriter, który dokończał po Virginii C. Andrews cykl „Kwiaty na poddaszu” (zaczynając od finału „Ogrodu cieni”, jak głoszą plotki) – jakże płodny autor Andrew Neidermann, zdecydował się sprzeniewierzyć nieco temu, co pokazywał pierwowzór. Owszem, zachował i tematykę i treść, i styl także starał się oddać, jednak zrobił ryzykowny krok w stronę ożywienia pewnej postaci, która w powieściach Andrews jasno i wyraźnie była martwa. Efekt podzielił fanów – jedni zmieszali pisarza z błotem, inni byli zachwyceni. Trzeba jednak przyznać, że stworzył ciekawą trylogię, która nadawała się tak dla fanów serii, jak i zupełnie nowych odbiorców.

 

Finałowy tom „Pamiętnika Christophera” jest dla serii tym, czym dla cyklu „The Ring – Krąg” jego ostatnia niegdyś odsłona (czas jak zawsze zweryfikował ten status) „Loop”. W „Loop” dziecięcy bohater, tak jak tu, skrywał w sobie wielką (choć nieuświadomioną) tajemnicę, a cała akcja pozornie zdawała się nie mieć związku z poprzednimi częściami. Podobnie jest w „Tajemniczym bracie”, a kiedy następuje wolta, wszystkie elementy wskakują na swoje miejsce i autor może dopowiedzieć właściwe zakończenie. A jakie ono będzie? Przekonacie się już niedługo. Powieść trafi do księgarń już piątego lipca. Ja powiem tylko tyle – jeśli jesteście fanami „Kwiatów na poddaszu” albo dobrze bawiliście się czytając poprzednie dwa tomy „Pamiętnika…”, na pewno się nie zawiedziecie.

 

I dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Bzik & Makówka przedstawiają: Maliny zza żelaznej kurtyny - Rafał Witek



SENTYMENTALNA PODRÓŻ DO KRAINY DZIECIŃSTWA

 

Polska powieść przygodowa dla młodzieży to gatunek, który przede wszystkim kojarzy nam się z czasami PRL-u. Książki Bahdaja, Nienackiego czy Niziurskiego wychowały wiele pokoleń czytelników. I, oczywiście, także przyszłych pisarzy, którzy kontynuują teraz tę pisarską tradycję. Jednym z nich – i to zdecydowanie jedynym z najlepszych i najciekawszych – jest Rafał Witek, który proponuje właśnie czytelnikom najnowszy tom przygód Bzika i Makówki.

 

Gabrysia Bzik i Nilson Makówka to dwójka nastoletnich przyjaciół, którzy doskonale wiedzą, jak wpakować się w kłopoty i przeżyć wielkie przygody. Im do doświadczenia czegoś niezwykłego wystarczy wspólna praca nad szkolną ścienną gazetką. A właściwie tej pracy brak. Bo popołudniem, którego Nilson miał pomóc Gabrysi w takiej gazetce właśnie (tworzonej przez nią poniekąd za karę), niestety nie zjawił się w domu dziewczyny. Zirytowana Bzik złościła się na przyjaciela do chwili, w której zadzwoniła jego mama z zapytaniem czy chłopak wyszedł już od niej. Nie wrócił bowiem do domu i wszystko wskazuje na to, że zaginął! Po niemal nieprzespanej nocy Gabrysia decyduje się samodzielnie odnaleźć przyjaciela. Ktoś taki jak ona, ktoś z detektywistycznymi zapędami, musi sobie poradzić! I w ten oto sposób Bzik trafia na pokład autobusu, ale autobusu niezwykłego, w którym nic się nie zgadza i który potrafi zabrać swoich pasażerów – bez wiedzy kierowcy – do lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku!

 

Jak tą powieść świetnie się czyta! Wystarczyło, że wziąłem ją w ręce, zacząłem pierwsze zdanie, a kiedy odłożyłem, byłem bliski połowy i aż szkoda mi było zbyt szybko kończyć. Ale czy można się powstrzymać, kiedy książka tak wciąga  jest tak przyjemna w odbierze? Właśnie! Rafał Witek, autor nagrodzony nagrodą literacką im. Kornela Makuszyńskiego i laureat konkursu im. Astrid Lindgren, nie przypadkiem jest pisarzem tak utytułowanym. Pisze lekko, prosto, szybko i niezwykle skutecznie. Właściwie to ta prostota jest jego największą siłą, podobnie jak to było u klasyków literatury młodzieżowej. Zaginięcie, poszukiwania, przypadkowe zetknięcie z czymś nie z tego świata i pean na cześć przyjaźni. „Maliny…” to znakomita historia przygodowa w sam raz na wakacyjne dni, a przy okazji sentymentalna podróż w przeszłość, do czasów, kiedy ten gatunek przeżywał swój największy rozkwit. Czasów szarych, ale pod pewnymi względami także bardzo kolorowych, co widać na stronach niniejszej pozycji.

 

Całość świetnie dopełniają rysunki Magdy Wosik, balansujące na pograniczu tradycji i nowoczesności, tak jak balansują na krawędzi skrajnej prostoty i szczegółowości. Rysunki urocze i przyjemne dla oka.

 

Jak dla mnie „Maliny zza żelaznej kurtyny” to jedna z najlepszych współczesnych książek młodzieżowych, jakie miałem okazję czytać w ostatnich latach. Znakomita dla młodych, ale znakomita także dla dorosłych, którzy wychowali się na takich książkach i wciąż tli się w nich sentymentalna iskra.

 

Polecam bardzo gorąco.

 

I dziękuję wydawnictwu Nasza Księgarnia za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

środa, 22 czerwca 2016

Siódma dusza - Andrzej Wardziak



DOM NAD JEZIOREM

 

Polska literatura grozy w ostatnich latach ma się znakomicie. Kolejne świetne książki starych wyjadaczy przeplatane są dokonaniami młodej, świeżej krwi, która udowadnia najczęściej, że nie musi mieć najmniejszych kompleksów odnośnie starszych kolegów po fachu. Podobnie jest z Andrzejem Wardziakiem, autorem młodym (wiekiem i stażem), ale pokazującym, jak pisze się znakomite horrory dla fanów gatunku.

 

Rozległa posiadłość, odludna okolica i niewielkie jezioro, czy może staw bardziej, stają się scenerią dla zdarzeń, których nikt się nie spodziewał. Antoni Mostowski ze spokojem wchodzi do wody, zanurza się w niej i pozwala by odebrała mu życie.

Pół roku później pod nieobecność rodziców nastoletni Marcin urządza w domu imprezę. Antoni był jego wujkiem, dom dostał się w spadku rodzicom chłopaka, ale w nastolatku posiadłość budzi dziwne uczucia. Lęk, niepewność, wrażenie, jakby wśród licznych, wiekowych pokoi nie był wcale sam. Spędzenie weekendu z przyjaciółmi wydaje się być najlepszym rozwiązaniem. Alkohol, narkotyki, seks… A może coś innego? Dziwne zachowanie jednej z dziewczyn, jeszcze dziwniejsze uczucia niepokojące zgromadzonych, czyjaś obecność towarzysząca im, jakby poza nimi był w domu jeszcze ktoś… Chęć odkrycia tajemnic odziedziczonego w spadku budynku przeradza się w koszmar.

 

Można rzec, że na takich właśnie horrorach się wychowałem. Okres nastoletniości to czas, kiedy pasjami oglądałem filmy grozy, a schemat domu nad jeziorem, do którego zjeżdżają młodzi ludzie, by w oparach alkoholu i buzujących hormonów popychających ich do przygodnego seksu, zmierzyć się ze złem w szczególności trafił w mój gust za sprawą „Piątku 13”. Już samo więc umiejscowienie akcji w takiej scenerii zawsze nastraja mnie optymistycznie, ale to byłoby zdecydowanie zbyt mało gdyby powieść miała okazać się co najwyżej przeciętna. Na szczęście „Siódma dusza” okazała się naprawdę znakomitą książką i przede wszystkim solidnym horrorem.

 

Wardziak nie rozpisuje się zbytnio, nie marnuje też czasu. W akcję wprowadza szybko, od razu zaczyna budować klimat i zadawać pytania. Na początku jeszcze jest lekko, młodzi ludzie rozmawiają, żartują, cieszą oczy piękną koleżanką, potem atmosfera zaczyna się zagęszczać. Pytań przybywa, dziwnych zdarzeń także, akcja przyspiesza, zagrożenie narasta. Schemat zostaje zrealizowany, ale także i przełamany. Są oczekiwane momenty, momenty konieczne w utworach grozy, ale są też i zaskoczenia. A wszystko napisane w sposób lekki, wciągający i klimatyczny. Ze świetnym poprowadzeniem akcji i nastrojem podkręconym dodatkowo rewelacyjną okładką w wykonaniu najlepszego polskiego autora tego typu grafik, Dariusza Kocurka.

 

Jeśli lubicie horrory, nie wahajcie się – warto „Siódmą duszę” przeczytać.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Videograf za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Mój Kucyk Pony - Przyjaźń to magia, tom 5 - Katie Cook, Andy Price



NIC NIE JEST POJEDYNCZE – TAKŻE SŁODYCZ KUCYKÓW

 

Kucyki powracają z kolejnym, piątym już, tomie swoich przygód. Tym razem na czytelników czeka jedna, długa na blisko sto stron opowieść wypełniona przygodami, niebezpieczeństwem, humorem, słodyczą, a nawet… miłością!

 

Ach jaki piękny wieczór! Czy w takiej chwili może wydarzyć się coś złego? Gdy księżniczka Luna przechadza się po pałacu, jej uwagę zwraca blask, a chwilę potem widzi, jak jej siostra, księżniczka Celestia, znika w lustrze. W tym samym czasie do Twilight Sparkle podchodzi tajemniczy kucyk i wypowiada nie mniej tajemnicze słowa: „Nic nie jest pojedyncze”. Nim Twilight może dowiedzieć się czegoś więcej, kucyk znika. Wkrótce zaś wszystkie nasze kucyki wezwane zostają przez Lunę by dowiedzieć się czemu księżniczka nie wraca z lustra i zażegnać kryzys. Wyprawa do równoległej rzeczywistości stanie się walką z jeszcze większym kryzysem, kiedy okaże się, że Celestia doprowadziła do zbliżenia się jej świata ze światem alternatywnym, a wynik tego zdarzenia doprowadzić może do końca Equestrii, jaką wszyscy znają…



 

Zebrana w tym tomie opowieść „Lustrzane odbicia” to jedna z najlepszych, jeśli nie najlepsza, z dotychczas wydanych w naszym kraju historii o kucykach Pony. To już nie tylko słodkie postacie, dużo humoru i szczypta odwołań do znanych dzieł popkultury. Wszystkie klasyczne dla serii elementy układają się tym razem w samodzielny, znakomity komiks, który sprawdza się w oderwaniu od swoich korzeni. A co za tym idzie każdy, kto chciałby przeczytać jakąś naprawdę udaną opowieść graficzną przeznaczoną dla każdej grupy wiekowej, nawet jeśli wydaje mu się, że na „My Little Pony” ma chroniczną alergię, będzie bawił się bardzo dobrze. Bo „Lustrzane odbicia” to znakomita, ciesząca i wzruszająca historia łącząca w sobie coś z kreskówek, coś z mangi, a wreszcie także coś z satyry i otaczającego nas świata.

 

Katie Cook, scenarzystka, która sprawiła, że pierwszy tom serii „Przyjaźń to magia” stał się jednym z największych komiksowych bestsellerów, pokazuje tu od najlepszej strony wszystko, co potrafi. Znakomicie wypada także kreska Andy’ego Price’a, który pracował nad wieloma tytułami wielu wydawnictw, ale to właśnie „My Little Pony” stało się jego najbardziej cenionym dziełem. Przyjemna dla oka kreska, świetna mimika i humor oraz udany kolor – wszystko tu znakomicie ze sobą współgra.

 

Dlatego polecam – tak fanom Kucyków, jak i wszystkim tym, którzy chcą uroczego, słodkiego komiksu, w którym znajdzie coś dla siebie każdy członek ich rodziny.

 

I dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

wtorek, 21 czerwca 2016

Gdzie jest Dory? Wielki zeszyt filmowy - Disney Storybook Art Team



DORY JEST TU!

 

Mała rybka Nemo, jego tata Marlin i ich przyjaciółka Dory, zapominalska ryba zwana przez niektórych akwamaryną powracają! Znów można ich spotkać w kinie i znów można się cieszyć przygodami wesołej ferajny znanej wszystkim widzom już od trzynastu lat. A przy okazji można także zagłębić się w świat licznych publikacji, jakie pojawiły się właśnie na naszym rynku i spojrzeć na film „Gdzie jest Dory?” z wielu odmiennych perspektyw.

 

Rybka Dory to przedstawicielka słynącego z akwamarynowej barwy gatunku pokolców królewskich. Trudno jednak rzec o niej by była jego typową reprezentantką – Dory ma bowiem problemy z pamięcią krótkotrwałą, przez co nie pamięta niczego, co wydarzyło się dawno, a aktualne wydarzenia zapomina niemal na bierząco. Odmiana była dla niej wyprawa w poszukiwaniu Nemo, dzięki której nie tylko przeżyła niezwykłą przygodę, ale przede wszystkim poprawiła swoją pamięć i znalazła przyjaciół. Teraz mieszka w sąsiedztwie małego Nemo i jego ojca i wszystko wydaje się układać idealnie. Aż pewnego dnia Dory zaczyna przypominać sobie, że przecież posiada także własną rodzinę i postanawia wyruszyć w podróż do zatoki kalifornijskiej by ją odnaleźć. Nemo i jego ojciec służą jej za towarzyszy, a pomaga im nie kto inny, jak doskonale znany całej trójce żółw Luzak. Wkrótce jednak Dory zostaje schwytana i trafia od Instytutu Oceanografii…

 

„Gdzie jest Dory? Wielki zeszyt filmowy” to bardzo ciekawa propozycja dla dzieci, którym spodobał się najnowszy filmowy hit od Disneya i studia Pixar – i to ciekawa z kilku powodów. Po pierwsze w sposób prosty i przystępny przybliża (przypomina) treść „Gdzie jest Dory?”, podając ją czcionką łatwą w samodzielnym czytaniu i w bogactwie ilustracji wykonanych przez Disney Storybook Art Team. Po drugie część stron książki to nic innego, jak kolorowanka z bohaterami  i scenami filmu. A wreszcie po trzecie na wszystkich czeka porcja ponad 60 naklejek z Nemo, Dory i całą plejadą postaci znanych z ekranu.

 

Jest więc kolorowo, jest wesoło, jest też mądrze i poruszająco, bo cała opowieść zawiera przecież morał i przesłanie, a wreszcie jest także dużo zabawy kredkami, farbami i flamastrami. Jednym słowem: Polecam.

 

I dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Gdzie jest Dory? Złota księga – Suzanne Francis, Disney Storybook Art Team



ZŁOTA PAMIĘĆ NIEBIESKIEJ RYBKI 

 

W roku 2003 pojawił się w kinach film „Gdzie jest Nemo?”. Niepozorna animacja, która zdobyła Oskara dla najlepszego filmu animowanego, stała się także bezsprzecznie najlepszym obrazem, jaki wyszedł spod ręki twórców ze studia Pixar. Od jego premiery minęło już trzynaście lat, ale autorzy niezapomnieli o małej sympatycznej rybce, która niegdyś podbiła serca widzów na całym świecie i właśnie do kin trafiła kontynuacja „Nemo…” zatytułowana „Gdzie jest Dory?”. A co za tym idzie pojawiły się także produkty do niej nawiązujące, w tym też cała seria książek dla dzieci.

 

Rybka Dory to przedstawicielka słynącego z akwamarynowej barwy gatunku pokolców królewskich. Trudno jednak rzec o niej by była jego typową reprezentantką – Dory ma bowiem problemy z pamięcią krótkotrwałą, przez co nie pamięta niczego, co wydarzyło się dawno, a aktualne wydarzenia zapomina niemal na bierząco. Odmiana była dla niej wyprawa w poszukiwaniu Nemo, dzięki której nie tylko przeżyła niezwykłą przygodę, ale przede wszystkim poprawiła swoją pamięć i znalazła przyjaciół. Teraz mieszka w sąsiedztwie małego Nemo i jego ojca i wszystko wydaje się układać idealnie. Aż pewnego dnia Dory zaczyna przypominać sobie, że przecież posiada także własną rodzinę i postanawia wyruszyć w podróż do zatoki kalifornijskiej by ją odnaleźć. Nemo i jego ojciec służą jej za towarzyszy, a pomaga im nie kto inny, jak doskonale znany całej trójce żółw Luzak. Wkrótce jednak Dory zostaje schwytana i trafia od Instytutu Oceanografii…

 

Za napisanie książki na podstawie scenariusza filmowego hitu zabrała się Suzanne Francis, autorka doskonale znana z przeniesienia na papier licznych przygód bohaterów kinowych obrazów Disneya. Za towarzyszy miała natomiast Disney Storybook Art Team – ekipę specjalistów pochodzących niemal z samego źródła. Z połączenia ich sił powstała doskonała propozycja dla maluchów, które po wyjściu z kina z seansu „Gdzie jest Dory?” (albo też po obejrzeniu „Gdzie jest Nemo?”) odczuwać będą niedosyt towarzystwa małych, uroczych rybek. Ci pierwsi będą mogli jeszcze raz przeżyć emocje związane z najnowszym filmem studia, które zapoczątkowało modę na komputerowe filmy animowane, ci drudzy natomiast otrzymają możliwość poznania dalszych losów bohaterów „Nemo…”. A wszystko to przedstawione prosto, lekko (podane czcionką łatwą w samodzielnym czytaniu) i w otoczeniu bogactwa barwnych ilustracji przygotowanych przez ilustratorów Disneya. I pięknie przy tym wydane.

 

Polska edycja „Gdzie jest Dory? Złota księga” to znakomity papier kredowy, duży format i przyjemna w dotyku twarda oprawa wypełniona gąbką. Przykuwa wzrok i uwagę i znakomicie pasuje do tej uroczej opowieści o przyjaźni i więzach rodzinnych. Na dodatek zawiera względem publikacji „Gdzie jest Dory? Kocham ten film” całą masę nowych ilustracji jeszcze bardziej rozbudowujących zawartą na stronach opowieść.

 

Polecam, maluchy będą zachwycone!

 

I dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Zagrożeniologia - David O’Doherty i Chris Judge



ZAGROŻENIA CZAJĄ SIĘ WSZĘDZIE!

 

Myślicie, że w tym momencie jesteście bezpieczni? Pewnie siedzicie wygodnie w domu, przed monitorem komputera i uważacie, że nic Wam nie zagraża. Bo co może się przydarzyć w trakcie spokojnego czytania niedługiej zresztą recenzji? A jednak! I doktorr Noel Strefa z chęcią udowodni Wam, że to prawda, że NIEBEZPIECZEŃSTWA CZAJĄ SIĘ WSZĘDZIE. Wystarczy tylko… No właściwie wystarczy tylko byście robili cokolwiek!

 

Kim jest ów wspominany powyżej doktorr (nie, nie jest to tytuł napisany z błędem)? To człowiek na wskroś ostrożny. Specjalista w wymyślonej przez siebie dziedzinie nazwanej mianem Zagrożeniologii. Były ratownik na basenie, który stracił pracę po tym, jak usunął największe zagrożenie z tego miejsca – czyli wodę. Posiadacz pięknej sąsiadki Grety i dwóch dziwnych sąsiadów, Davida O’Doherty’ego i Chrisa Judge’a. Obecnie specjalista w przestrzeganiu przed zagrożeniami, niniejszą książką stara się przybliżyć najważniejsze zagrożenia, jakie mogą spotkać czytelników (tak, tak, jego książka też może stanowić jedno z nich, w końcu posiada ostre krawędzie, a i zaczytanie się w trakcie innych czynności grozić może tragedią), a zarazem wyszkolić wszystkich odbiorców na zagrożeniologów pierwszego stopnia. Pytanie czy obcowanie z nim samym może być w ogóle bezpieczne?

 

Jeśli jeszcze czytacie te słowa, to znaczy, że wbrew ostrzeżeniu na początku postanowiliście zaryzykować i jeszcze nic się Wam nie stało. Całe szczęście, bo przecież mógł Was porazić prąd z komputera, kurz spomiędzy klawiszy doprowadzić do silnej reakcji alergicznej albo samo czytanie wywołać łzawienie spowodowane pieczeniem przemęczonych oczu, a w efekcie ograniczoną widoczność i… Właśnie, wszystko co tragiczne przychodzi Wam do głowy mogło się zdarzyć! Myślicie, że przesadzam? A więc przeczytajcie „Zagrożenilogię”. Przekonacie się, że lepiej nie otwierać niektórych książek na stronie 9, że najbardziej niebezpiecznym środkiem transportu jest rower, a czasem chomik może okazać się hipopotamem. I co wtedy? Nie każdy jest tak rozważny, jak doktorr Strefa, nie każdy zamiast domowego zwierzęcia posiada główkę kapusty albo (jeszcze lepiej, mniej wymagająco i bezpieczniej) kamień z domalowanymi oczętami. Dlatego nasz zagrożeniolog przybywa z odsieczą. A właściwie z poradnikiem, bo odsiecz mogłaby stwarzać za duże zagrożenie. Zresztą poradnik także…

 

A na poważnie już, książka duetu O’Doherty/Judge to całkiem przyjemna, zabawna i szalona propozycja dla dzieci i młodzieży lubiących humorystyczne quasi poradniki. Dzieje się tu dużo i absurdalnie. Prosty styl, proste słownictwo, dużo prostych ilustracji i dużo humoru. A przy okazji przestroga przed niebezpieczeństwem. Bo choć czytelnik śmieje się ze skrajnej przesady doktorra, to jednak coś z lektury w nim zostaje. ZAGROŻENIA CZAJĄ SIĘ WSZĘDZIE. Szczególnie w dzisiejszym świecie. Warto mieć to na uwadze i warto o tym pamiętać.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Nasza Księgarnia za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.