niedziela, 31 lipca 2016

Spectacular Spider-Man (Dobry Komiks Extra #3 ) - Paul Jenkins i Daimon Scott



OPOWIEŚĆ LIZARDA

 

O Lizardzie opowieści jest wiele, ale czy istnieją jakieś naprawdę znakomite? Niewiele takich czytałem. Kultowy, wydany przed laty w Polsce album „Torment” (pierwszy Mega Marvel – kochanka Kravena po jego śmierci mści się na Spiderze, trując go i rzucając na pożarcie Jaszczura), nieznana w naszym kraju historia „Shed” (mój prywatny numer 1 -  przejmująca opowieść o tym, jak Lizard pozbywa się ludzkiego pierwiastka, a cel ma tylko jeden – zabić swojego ludzkiego potomka…) i wreszcie ta niepozorna historyjka, którą omawiam poniżej.

 

Życie Curta Connorsa nigdy nie było łatwe, kiedy stracił rękę, chcąc ją odzyskać, dopuścił się eksperymentów, które zamieniły go w żądną krwi bestię. Potem rozdarty między swoją ludzką i zwierzęcą postać, miotał się jak oszalały, ale gdzie jest teraz? Po stracie żony, która umarła na raka, Curt odcina się od swojego syna, szukając szans na ułożenie życia. Pomysł na eksperymenty medyczne mające pomóc stworzyć lek na raka mogą także ułożyć jego losy i pomóc wyjść na prostą. Ale czy Lizard naprawdę się zmienił? Czy to Curt rządzi ciałem? Peter nie jest pewien. A tymczasem sam Connors nie ułatwia sprawy – pomimo twierdzenia, że przyjmuje leki, nie robi tego, a jego kłamstwa przestają kogokolwiek przekonywać. Wkrótce okazuje się, że nie dostał funduszu na proponowane badania. Odwiedza więc rywala. Chwilę potem budynek wylatuje w powietrze, a ze środka wychodzi Lizard. Czyżby Curt zabił? Wrócił na ścieżkę zła? A może jest tak, jak twierdzi – doszło do wypadku, a on sam jest niewinny?



Ten zeszyt został znakomicie napisany, świetnie poprowadzony i… bardzo źle narysowany. Taka jest o nim smutna prawda. Smutna tym bardziej, że tego typu scenariusz aż prosił się o piękną stronę graficzną. Paul Jenkins, autor całej historii, kiedy pisał Spectacular Spider-Mana, przechodził bardzo ciężki okres w życiu. Szukanie sensu w cierpieniu, wahania wiary i nastroju, nieradzenie sobie z własnym ciałem… To wszystko pobrzmiewa w pisanych przez niego zeszytach. Zaczęło się „Głodem”, poruszającą opowieścią o Venomie, którego nosiciel umiera powoli na raka, kontynuowane było w znakomitym „Odliczaniu” traktującym o Doc Ocku i jego szalonej akcji, każącej mu przypomnieć sobie o tragicznych zdarzeniach z dzieciństwa, a tu nie zwalnia tempa. Z tym, że tamte historie były specyficznie, acz z talentem narysowane, czego nie można powiedzieć o „Opowieści Lizarda”. Dwie trzecie zeszytu to tragedia, w ostatnim segmencie kolor Edgara Delgado ratuje stronę graficzną, ale niestety nie na tyle, by można się było nią zachwycić. A szkoda.

 

Jednakże po komiks sięgnąć warto. Cały run Jenkinsa (jeśli ktoś nie kojarzy nazwiska – są tacy? – to podpowiem, że napisał takie dzieła, jak „Wolverine: Origin” czy „Universe”) to kawał mocnego, poruszającego i mądrego komiksu dalekiego od prostych odpowiedzi i taniego mainstreamu. A na dodatek zawierającego sporą porcję odniesień do Polski.



Polecam!

sobota, 30 lipca 2016

Żona plantatora herbaty - Dinah Jefferies



HERBATA NIECO OSTYGŁA

 

Lubię herbatę. Może nie piję jej litrami, a w lato przede wszystkim sięgam po wersję mrożoną, ale jest to jeden z tych napojów, które cenię i chętnie poznaję nowe smaki. Co zatem z książką o herbacie? Odpowiadam: czemu nie! Opowieść o plantacji roślin służących do sporządzania tego naparu, o miłości i tajemnicach przeszłości brzmiała intrygująco. Sięgnąłem. I chociaż nie jest to historia, na jaką liczyłem, chociaż ta herbata ostygła nieco wraz z moim zapałem, nie mogę powiedzieć by była to zła książka.

 

Początek dwudziestego wieku. Młoda, zaledwie dziewiętnastoletnia Gwen Hooper, porzuca życie w Anglii i przenosi się w sam środek zupełnie egzotycznego jej świata, bo do Cejlonu. Jak można domyślić się po nazwie miejsca, jej życie w mocny sposób związane ma być z herbatą. Jej mąż, Laurence, jest bowiem plantatorem herbacianych krzewów, należących do jego rodziny od pokoleń. Czyżby na pięknej wyspie czekała ją sielanka i wspaniałe życie u boku wyśnionego mężczyzny? Wprawdzie Gwen tęskni za rodzinnymi stronami i bliskimi jej ludźmi, a na samym Cejlonie dzieje się istna robotnicza rewolucja, nie mniej czy może to stanowić wielki problem? Szybko jednak młoda kobieta zauważa, że jej mąż jakby stracił nią zainteresowanie, a wkrótce, snując się w samotności po okolicy, natrafia na dziwne znaleziska. Zarośnięty grób, dziecięce ubranka, zamknięte pomieszczenie… Rodzinne sekrety Laurence’a są tak ciekawe, jak pilnie strzeżone, ale i Gwen już niedługo przekona się co to znaczy posiadać podobne tajemnice…

 

To osobista książka. I przy okazji także powieść o ciekawej fabule (a właściwie ciekawie się zapowiadającej, bo autorce wkradło się wiele oczywistości i zbyt prostego podejścia do rzeczy, które powinny być woltą albo przynajmniej zaskoczeniem). Największym jednak jej minusem jest styl. Chociaż, co muszę podkreślić od razu, jest to kwestia subiektywna. Dinah Jefferies pisze bowiem w stricte kobiecy sposób, który do mnie nie przemówił. Co przeszkadzało? Na pewno nie rozpisywanie się nad widokami, bo nigdy nie przeszkadzają mi obszerne opisy, czy powolne prowadzenie akcji  (pod warunkiem, że jest to literacka wyższa półka i coś z tego płynie – wartość stylu, nieprzeciętność podejścia czy siła wizji). Więc co? Jej styl jest w pewien sposób naiwny, czasem brzmiący, jak z taniego romansu. Prosty w prezentacji, pomimo szczegółowości. Styl charakterystyczny dla literatury kobiecej, może więc do czytelniczek bardziej przemówi niż do mnie, niestety odbiorcy płci męskiej (i miłośnicy wyższej literatury) nie odnajdą się w takim klimacie.

 

Sama opowieść, jej poprowadzenie i emocje, które się pojawiają są jednak całkiem udane i potrafią spełnić swoje zadanie. I chociaż nie wszystkim „Żona plantatora herbaty” się spodoba, grupa docelowa odbiorców nie będzie zawiedziona.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Harper Collins za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

piątek, 29 lipca 2016

Fight Club 4 Kids - Chuck Palahniuk




FIGHT CLUB – PODZIEMNY KRĄG DLA DZIECI



Chuck Palahniuk to jeden z tych autorów, których trudno kojarzyć z literaturą dziecięcą czy choćby młodzieżową. Bo chociaż ma na swoim koncie komiks (gdzie nie brak erotyki i kontrowersji, krwi, seksu i brutalności) a nawet serię bajek (te napisane zostały w formie satyrycznych tekstów piorących mózgi dzieci krajów komunistycznych, podburzając do nienawiści wobec USA), trudno powiedzieć by cokolwiek z tego nadawało się dla młodych odbiorców. Jak jest więc w przypadku „FC”, którego podtytuł sugeruje grupę docelową w takim właśnie wieku? Oczywiście tak samo!



Fabuła tutaj przedstawiona nie jest nawet fabułą. To wybór kilku scen z książki/filmu „Fight Club” i ukazanie ich w pseudo dziecięcej formie. Główny bezimienny bohater pewnego dnia poznaje przyjaciela z włosami na jeża. Przyjaciela, który… nie istnieje. Razem oddając się wygłupom wpadają na pomysł założenia Klubu Wygłupów właśnie. wygłupów do krwi. Często tej ostatniej…


Treść kończy się w chwili walki bohatera z Aniołem, oczywiście słowami „I żyli długo i szczęśliwe”. No prawie. Bo w końcu Palahniuk nie jest ani happy ani tragic endowy w swoich książkach. A właściwie jest i tak i taki na raz, zmuszając do myślenia. Zaskakując. Szokując. Tu szoku jest mniej, przemoc cartoonowa, ale nie brak wulgaryzmów, a całość przetykana jest emocjami Chuka, który czytając napisany wierszem tekst daje się ponieść i zaczyna rzucać mięsem, zmuszając do cięć w nagraniu.



Pamiętajmy jednak, że całe nagranie to żart. Połączenie odczytu live z animowanymi wstawkami zostało zarejestrowane w trakcie trasy promującej „Make Something Up” i „Fight Clubu 2”. Ale jest to żart udany, ciekawy i aż proszący się o spisanie, jaki transkrypcja. Ogląda się to miło, ciekawie i z uśmiechem, a fani „Fight Clubu” odnajdują tutaj wszystko to, na co mogli liczyć. I chociaż dzieci powinny trzymać się od niniejszego nagrania z daleka, czy ktokolwiek sądził, że może być jednak inaczej?



Cały filmik znajdziecie na stronie autora: http://chuckpalahniuk.net/news/its-fight-club-4-kids

środa, 27 lipca 2016

Ultimate X-Men #15 - It Doesn't have to be this Way - Mark Millar, Adam Kubert



TO NIE MUSI TAK BYĆ

 

Kiedy jakiś tydzień temu zacząłem na nowo czytać wydane kilka lat temu w Polsce zeszyty „Ultimate X-Men”, pomyślałem, że może warto by przy okazji przeczytać jeden pominięty zeszyt autorstwa Millara. Zeszyt, w którym nie dzieje się wiele, ot zawiązane zostają przyszłe wątki, które czytać można bez znajomości tego wstępu (poza tym w polskim wydaniu je streszczono), ale jednak pewne znaczenie dla całości posiada.

 

Po tym, jak X-Meni wpadli w ręce Weapon X i byli zmuszeni do robienia rzeczy wbrew ich woli, przekonaniom i ludzkim odruchom, wrócili do normalności i zwyczajowych działań. Jean Grey pomaga policji w szukaniu ofiar i wyjaśnianiu kryminalnych spraw, Hank podbudowuje się rozmowami na czacie, nieświadomy tego, kto kryje się po drugiej stronie, a Colosus ma okazję zobaczyć co robi Magneto po wydarzeniach z „Tommorow People”. Tymczasem Charles Xavier pracuje nad artykułem dla gazety mającym przybliżyć zagadnienia mutacji zwyczajnym zjadaczom chleba…

 

Naprawdę nie dzieje się tu wiele, nie mniej najbardziej istotnej rzecz, jaką ma do zaoferowania ten zeszyt, warta jest poznania. Dowiadujemy się z niej bowiem co naprawdę stało się podczas walki z Magneto, kiedy wszyscy myśleli, że Charles zabił wroga, a zarazem poznajmy dalsze losy mistrza magnetyzmu. Losy, które zapowiadają się ciekawie. I choć akcja jest tu leniwa, a narracja bardzo stateczna, czuć mistrzowsko Millara – pomimo faktu, że „UXM” to jedno z najsłabszych jego dokonań.



Gorzej jest graficznie. O ile Kuberta lubię i to bardzo i album wygląda znakomicie, o tyle kilka scen w jego wykonaniu wypadło nad zwyczaj drażniąco. W wydanych w Polsce zeszytach pokazał zresztą, jak zaburza proporcje (Wolverine, Jean) albo zwyczajnie rysuje coś, czego nie da się umiejscowić (znikająca noga Petera w scenie zniszczenia pociągu). Tutaj czasem szwankuje perspektywa, a biust Jean (młodej dziewczyny zresztą) osiąga kosmiczne i śmieszne rozmiary.

 

Ale komiks czyta się i ogląda bardzo dobrze i taka też jest ostateczna jego ocena – bardzo dobry. Szczególnie na tle większej całości. Polecam więc i czytam dalej!

poniedziałek, 25 lipca 2016

Nieboszczyk wędrowny - Małgorzata J. Kursa



NIEBOSZCZYK W SPADKU

 

Literatura kobieca i czarny humor rzadko idą ze sobą w parze, ale czasami zdarzają się wyjątki. „Nieboszczyk wędrowny” jest takim właśnie wyjątkiem, splatającym w jednej opowieści kobiecy styl pisania z mało kobiecymi tematami (żywy trup!) i porażającą dawką wisielczego humoru, który spodoba się fanom podobnej rozrywki niezależnie od płci.

 

Śmierć to tragedia. Śmierć to łzy. Śmierć to strata. Ale czy aby na pewno? Marylka i Sławek Lipscy są nieco innego zdania, kiedy z tego świata odchodzi ciotka Marylki. Dwójka farmaceutów z wykształcenia (i ich czarny kot o imieniu Belzebub, który doskonale wytresował swoich właścicieli) nie miała zbyt dobrych perspektyw na życie, ale nagły spadek po krewnej staje się szansą na spełnienie marzeń. I to jeszcze jaki spadek! Nie dość, że domostwo jest całkiem niczego sobie, to jeszcze i apteka także wchodzi w skład spuścizny! A jakby tego było mało, całość nie trafiła jakimś cudem w ręce syna zmarłej, który był przecież ukochanym dzieckiem mamusi. O co tu chodzi? Co się dzieje? Spokojna okolica, przyjemne perspektywy… Wścibskie sąsiadki, które wszystkich obgadują i okazują się być nad wyraz żywotne szybko się znajdują, ale to przecież żaden problem, prawda? A co problemem by być mogło? Na przykład taki szwendający się truposz, który włóczy się po okolicy. Czy na tym jednak koniec?

 

Bohaterem tej powieści nie jest ani Sławek, ani Marylka, ani nawet tytułowy nieboszczyk, któremu nie chciało się spokojnie leżeć w ziemi i wąchać kwiatków od spodu, a Belzebub. Czarny kot należący do Lipskich rozbraja już w pierwszej scenie książki, kiedy to wkracza do akcji i nie przestaje bawić do finału. Bo co tu się dużo oszukiwać – ta kocia bestia, której imię doskonale pasuje do charakteru to taki nasz odpowiednik Garfielda. Jego logika jest niepodważalna i rozbrajająca. Jest piasek? No to trzeba rozsypać po dywanie i zrobić sobie kąpiel. Jedzenie? Po co czekać, aż właściciele coś dadzą, skoro wyćwiczyło się niezwykłą sztukę niezauważonego opróżniania wszystkiego, co wpadnie w łapki! Przy wyczynach Belzebuba blednie cała reszta, ale jest przecież obecna i wcale nie mniej ciekawa, a pewne dwie staruszki starają się nie ustępować mu kroku. I bardzo dobrze im to wychodzi, bo gdy wkraczają do akcji (przyjęte przez krewnego, który czeka na ich zgon, nieświadom, że wrobiły go właśnie w przygarnięcie pod swój dach), trudno przestać się śmiać z ich wspomnień o zgonach.

 

Małgorzata J. Kursa stworzyła naprawdę udaną i zabawną powieść. Kobiecą, ale o niebo lepszą od większości stricte kobiecej literatury humorystycznej, która zazwyczaj prezentuje bardzo niski poziom i miałkość fabularną. Tu fabuła jest konkretna, humor ma swoje umotywowanie, a stylistyka jest lekka i przyjemna. „Nieboszczyka…” czyta się szybko, a w trakcie lektury uśmiech nie schodzi z twarzy. I chociaż nie ma co szukać tutaj głębi, jako powieść rozrywkowa historia Belzebuba, jego właścicieli i trupa sprawdza się znakomicie i doskonale nadaje na spokojne, wakacyjne wieczory.

 

Polecam, bo warto.

 

I dziękuję wydawnictwu Nasza Księgarnia za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

sobota, 23 lipca 2016

Złap mnie, jeśli potrafisz - Frank William Abagnale, Stan Redding



CO MU ZROBISZ, JAK GO ZŁAPIESZ?

 

Czytelnicy i widzowie uwielbiają niepokornych bohaterów, którzy igrając z wszelkimi zasadami i normami, bez czynienia komukolwiek krzywdy, uciekają przed stróżami prawa walcząc o wolność i nutę szalonego bogactwa w swoim życiu. Tym bardziej, kiedy takie historie oparte są na faktach. A ta właśnie, rozsławiona przez film Stevena Spielberga z 2002 roku, nie tylko napisana została na kanwie autentycznych zdarzeń, ale przede wszystkim jej współautorem jest nie kto inny, jak główny bohater przedstawionej w niej historii!

 

Frank Abagnale był zwykłym chłopakiem, jakich wielu, jednak ten stan rzeczy odmienił się diametralnie w wieku szesnastu zaledwie lat. Co takiego się wówczas stało? Rodzice Franka rozwiedli się, a chłopak zmuszony zdecydować z kim chce zostać, znalazł trzecie wyjście – uciec z domu i radzić sobie samemu. Ponieważ wyglądał na więcej lat, niż miał w rzeczywistości, młody Abagnale postanowił wykorzystać ten fakt, ale zamiast zacząć normalną pracę, zaczął fałszować czeki. Wykorzystując luki i słabości bankowego systemu szybko zdobył pieniądze. Kolejne sukcesy na przestępczym polu sprawiły, że zaczął sięgać po więcej. Fascynacja lotnictwem pchnęła go do sfałszowania dokumentów pilota i korzystania z dobrodziejstw linii lotniczych pomagających swojemu personelowi. Potem został… nauczycielem, kierownikiem rezydentów szpitala, a nawet… prawnikiem. Przede wszystkim jednak został kimś innym. Najmłodszym oszustem w historii. Ściganym przez FBI Podniebnym Jamesem Bondem, który po latach wykorzystał swoją wiedzę, by… pomagać bankom.

 

Ta książka zdumiewa, bawi, zaskakuje, urzeka i daje do myślenia. Zupełnie jak bardzo udany film Spielberga o tym samym tytule, korzystając z rozrywkowych zabiegów snuje opowieść, w którą trudno jest uwierzyć, ale trudno jednocześnie odrzucić jej prawdziwość, skoro jednak wydarzyła się naprawdę. Wprawdzie od zdarzeń tu opisanych minęło już ponad czterdzieści lat, nadal są tak żywe, że równie dobrze mogłyby się wydarzyć tu i teraz. Może nie w tej formie, może nie na tych samych polach, zważywszy na obecne usprawnienia, nie mniej kto z całą pewnością powie, że drugi taki Frank Abagnale nie pojawi się na tym świecie? A może już gdzieś tam jest, tylko nikt jeszcze nie zdołał tego zauważyć?

 

Wracając do treści, rzadko zdarza się by autobiografia była tak emocjonującą, wypełnioną akcją i humorem opowieścią, po którą sięgnąć śmiało mogą wszyscy chcący dobrej książki. Lekki, przyjemny styl, ciekawa narracja, mnóstwo akcji i wydarzeń i solidna porcja wrażeń. Czyta się świetnie, aż chce się więcej, a po lekturze ma się ochotę zobaczyć film – nienależnie czy już się go wcześniej widziało, czy nie. Cieszy więc fakt, że wydawnictwo Amber zdecydowało się wznowić tę pozycję, warto ją bowiem poznać i to bardzo.

 

A ja dziękuję wydawcy za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Ptasiek - William Wharton



LOT NAD PTAŚKOWYM GNIAZDEM

 

Czasem w literaturze tak się zdarza, że już sam debiut jakiegoś autora przechodzi do historii, stając się jego opus magnum i nigdy już niedoścignionym wzorem – jakości to, czy popularności. Podobnie było z Williamem Whartonem, którego „Ptasiek”, nawet jeśli i pisarz stworzył potem większe dzieła, na zawsze pozostanie tą najbardziej znaną (i znaczącą) powieścią w dorobku autora.

 

Druga Wojna Światowa właśnie się skończyła, nie trzeba już udawać wariata, żeby dostać kategorię D, ale zamknięty w szpitalu psychiatrycznym po wojennej zawierusze Ptasiek nie udaje. A może jednak? Jego przyjaciel z dzieciństwa Al, który także trafił do szpitala – z tym, że oczekuje na operację twarzy uszkodzonej w wyniku bombardowania – stara się dotrzeć do Ptaśka i ożywić go nieco dla świata. Zaczyna więc snuć wspomnienia z życia ich obu, kiedy byli jeszcze dziećmi. Próbuje przypomnieć mu, jak wtedy było. Jak kochał ptaki, jak hodowali gołębie, jakie problemy miał z matką i jakie ciągoty ku wolności i chęci poznania jak najdogłębniej ptasich przyjaciół. I chociaż Ptasiek mimo wszystko starał się być jak inni, starał się być zwykłym dzieckiem, a potem nastolatkiem, przede wszystkim starał się zostać tym, czym marzył. Czuł bliższe powinowactwo ze skrzydlatymi stworzeniami, próbował więc ze wszystkich sił stać się ptakiem, aż w jego umyśle fikcja i rzeczywistość zaczęły splatać się w nierozerwalne jedno…

 

Niewiele brakowało by William Wharton dostał w roku 1980 nagrodę Pulitzera za „Ptaśka” właśnie. Dotarł do finału, przegrywając z Normanem Mailerem i jego „Pieśnią kata”, ale tak czy inaczej zyskał wielkie uznanie, zdobywając jednocześnie National Book Award w kategorii Pierwsza powieść. Na tym nagrody się nie skończyły, bowiem filmowa adaptacja książki zdobyła Grand Prize na festiwalu filmowym w Cannes, ale to już inna historia. A wracając do literackiego debiutu Whartona, trzeba zaznaczyć, że nie jest to książka łatwa. Z jednej strony styl – niby potoczny, bo, jakby spisał autor słowa narratora tej opowieści, pełne wulgaryzmów i czasem zwyczajnej prostoty, a jednak trudny, ciężki i bardzo literacki. Z drugiej zaś sami bohaterowie, postacie żywe, o ciekawej psychologii, ale przy tym postacie, które ciężko jest polubić. A przecież i sama treść nie jest lekka i łatwa. To nie popowa lektura, przyjemna i szybka w odbiorze, to powieść z górnej półki, dla koneserów, nie weekendowych czytelników. Wymagająca, a jednak dająca satysfakcję. I skłaniająca do myślenia. Pod pewnymi względami podobna do „Lotu nad kukułczym gniazdem”, choć jakże przy tym odmienna.

 

Poza tym to jedna z najważniejszych współczesnych powieści amerykańskich, rozliczeniowa, ale przesycona także filozofią życia pisarza. Jej popularność doprowadziła do powstania dwadzieścia lat później kontynuacji zatytułowanej „Al”. Wszystko jednak zaczęło się tu, od „Ptaśka” i powieść tą warto jest poznać.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Rebis za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

piątek, 22 lipca 2016

Testując Apokalipsę - Tom Kaczynski



NASZA MAŁA APOKALIPSA

 

Na przełomie lat 1978-1995 amerykański terrorysta Ted Kaczynski, znany także jako unabomber, dopuścił się szesnastu zamachów bombowych. Chociaż bilans jego działalności to „tylko” trzy ofiary śmiertelne, dla każdego poszkodowanego – i jego bliskich także – była to swoista apokalipsa. Teraz inny Kaczynski, Tom, oferuje nam swoje małe komiksowe apokalipsy, które często są jak ten ładunek wybuchowy podłożony pod nasz konsumpcyjno-rozwojowy umysł.

 

Nawet w najbardziej uporządkowanym życiu każdego z nas zdarzyć się może katastrofa. Prawdziwa apokalipsa, przed którą nie ma pewnego ratunku. Czy jesteś mieszkańcem wielkiego miasta, czy neandertalczykiem towarzyszy ci trauma cywilizacji. Nie trzeba wiele, by zmieniło się wszystko. Prawdziwy koniec świata także zaczyna się małymi krokami. Medialne informacja o nowych dowodach potwierdzających istnienie życia na Marsie, budowa nowego wieżowca w okolicy, pomysł otwarcia hotelu, przeprowadzka… Zaczyna się od iskry. Potem w ogniu stanąć może cały świat – ten mały, prywatny, jak i ten, który otacza nas wszystkich…



Ten zbiór dziesięciu krótkich komiksów Toma Kaczynskiego to dzieło dziwne. Komiksowa narracja staje się tu jedynie ramą dla swoistego traktatu o naturze ludzkiej i lękach dopadających nas wszystkich. Bohaterowie nie są do końca normalnymi jednostkami, światy stworzone przez Kaczynskiego zaludniają neurotycy i introwertycy, jednostki niedostosowane, które dostosować się nie chcą. Czasem im się to udaje, czasem nie, czasem walczą, czasem się poddają, innym znów razem znajdują jeszcze odmienne wyjście. Ich koszmar zaczyna się niewinnie, konsekwencje zaś bywają apokaliptyczne, chociaż najczęściej jest to bardzo cicha apokalipsa.

 

Graficznie album prezentuje poziom typowy dla niszowej, dalekiej od głównego nurtu opowieści komiksowej. Przypomina pod tym względem dokonania Daniela Clowesa – podobna prostota w ujęciu tematu i scenerii miejskiej, podobne zastosowanie cieniowania, rastrów i sporadycznego koloru. Ale nie jest to kreska Clowesa, Kaczynski ma swój styl, którego rozwój śledzimy przez kolejne opowieści rysowane na przestrzeni lat.



Nie jest to może komiks dla wszystkich, ale każdy kto chciałby przeczytać wymagającą, dającą do myślenia i daleką od uogólnień opowieść (a raczej serię przypowieści, bo im najbliższe są poszczególne historie), doceni „Testując apokalipsę”. Tom, podobnie jak dzielący z nim nazwisko Ted, także ma swój manifest, może mniej radykalny, może nie tak głośny, ale czasem to, co ciche wybrzmiewa najmocniej, a tak właśnie jest w tym przypadku.

 

Polecam.

 

I dziękuję Wydawnictwu Komiksowemu za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

czwartek, 21 lipca 2016

5 cm na sekundę #2 - Makoto Shinkai, Yukiko Seike



JESZCZE WIĘCEJ EMOCJI NA SEKUNDĘ

 

Wszystko przemija, jak te spadające na ziemię płatki kwiatu wiśni. Pierwszy tom „5 cm na sekundę”, przejmująca i urzekająca opowieść o miłości dwojga młodych ludzi, którym los nie pozwala być razem, zakończył się w sposób smutny i niepewny. Nowe uczucia, nowe życie, ale wciąż gdzieś w sercu głównego bohatera tej opowieści tli się dawny sentyment. Co z tego wyniknie i jak zakończy się ta opowieść?

 

Takaki Tono i Akari Shinohara poznali się w szkole podstawowej i z miejsca zapałali do siebie sympatią, która powoli zaczęła przeradzać się w coś o wiele głębszego i silniejszego. Rozdzieleni przeprowadzkami starali się zachować ze sobą kontakt, jednak życie zweryfikowało ich plany – wymiana listów urwała się nie wiadomo z czyjej winy, ale w sercu Tono Akari pozostała już na zawsze. Choć kochały go inne dziewczyny, chociaż sympatyczna Sumida szalała za nim, nie potrafiąc wyznać swoich uczuć, Takaki nadal pozostawał emocjonalnie gdzieś zupełnie indziej, gdzieś daleko, tak w czasie, jak i przestrzeni. Teraz jest już dorosłym mężczyzną, ma dziewczynę, ma pracę, ale czegoś w życiu mu brakuje. Wciąż szuka, wciąż się miota… Jego rozpadający się związek wymusza szczerą rozmowę i równie szczerą podróż z obecną partnerką. Czy jednak ma jeszcze szansę spotkać Akari, dziewczynę spod wiśniowego drzewa? Czy ma szansę wsiąść w pociąg i dogonić dawne uczucie, które na zawsze odmieniło jego życie?

 

Czytając ten tom czułem się, jakby siedział na szpilkach. Wciśnięty w fotel, wrzucony w sam środek miażdżących emocji, obserwowałem jak rodzą się i upadają związki miłosne, nie wiedząc już sam komu mam kibicować. Chciałbym rzec, że jedynym słusznym wyjściem byłoby stanięcie po stronie głównego bohatera i trzymanie kciuków za spełnienie się miłości, która żyje w nim od tylu lat, ale co w takim razie z tymi dziewczynami, które skrzywdził przez owe lata, nie potrafiąc zaangażować się w związki? Co z sympatyczną Sumidą, co z poruszającą do głębi Risą? Komu kibicować, kiedy sercem jest się za postaciami stojącymi po dwóch różnych stronach barykady?



Makoto Shinkai, znany twórca anime (swoją drogą „5 cm na sekundę” jest mangą opartą właśnie na jego wcześniejszym filmie o takim samym tytule, który doczekał się także i powieściowej adaptacji) pisząc scenariusz tego dzieła pokazał się od jak najlepszej strony. „5 cm…” angażuje emocjonalnie, poraża, zachwyca, wzrusza (niejeden czytelnik z pewnością uroni łzę) i daje do myślenia. Niejednoznaczność postaci, ciekawa psychologia, eksplozyjny ładunek emocji i jakaś taka przejmująca prawda. Tu nie ma epickich wydarzeń, dynamicznej akcji, która nie pozwala złapać tchu – a jednak cała historia jest epicka, a oddech więźnie w gardle dławiony na przemian smutkiem i nadziejami.

 

Rysunki w wykonaniu Yukiko Seike pasują do tej historii, jak ulał. Czasem lekkie i uproszczone, zaraz znów szczegółowe i przepięknie odmalowujące krajobrazy – tak te zielone, jak i miejskie. W nich też czuć emocje, smutek łez płynących po policzkach dziewczyny, delikatność sentymentu spadających płatków wiśni, piękno uśmiechu i oczu kochanej osoby…



Tego komiksu się nie czyta. Ten komiks się przeżywa. Pochłania łapczywie, wydziela fragmentarycznie, żeby starczyło na dłużej, ale przede wszystkim przeżywa. Odbiera sercem, umysłem, duszą. I zachwyca. I tylko szkoda, że to już koniec, że już więcej nie spotkamy Takakiego Tono i Akari Shinohary. A może jednak?

 

Polecam gorąco. Polecam całym sobą.

 

I dziękuje wydawnictwu Studio JG, dzięki uprzejmości którego mogłem zrecenzować niniejszą pozycję.

środa, 20 lipca 2016

5 cm na sekundę #1 - Makoto Shinkai, Yukiko Seike



SETKI EMOCJI NA SEKUNDĘ

 

Pięć centymetrów na sekundę to prędkość z jaką spada z drzewa na ziemię płatek kwiatu wiśni. Szybciej spadają krople deszczu, bo w sekundę pokonując odległość pięciu metrów. Nikt jednak nie zmierzył jednego – z jaką prędkością spadają na nas wszystkie te sytuacje, które na zawsze odmieniają nasze życie…

 

Byli zaledwie chodzącymi do szkoły podstawowej dziećmi, kiedy się spotkali. Ona, Akari Shinohara, przeniosła się właśnie z rodzicami do Tokio, on, Takaki Tono, również wie, co to przeprowadzki do obcych miast; na dodatek oboje pochodzą z wiejskich, chociaż różnych od siebie, terenów. Dzieci szybko znajdują wspólny język, zaczynają spędzać ze sobą czas, dorastają, mają już iść do gimnazjum, kiedy następuje coś, czego nie przewidzieli – rodzice Akari znów się przenoszą. Rodzące się uczucie między dwojgiem młodych ludzi zostaje brutalnie przerwane. Oboje starają się utrzymać listowny kontakt, pamiętać o sobie, wymieniać wiadomościami i przeżyciami, ale wkrótce nadchodzi kolejna zła wiadomość. Tym razem to Takaki musi się przenieść, a odległość, jaka od teraz będzie ich dzielić, stanowi barierę, której nie pokonają tak łatwo, dlatego też chłopak, póki wciąż jeszcze się nie przeprowadził, postanawia chośby po raz ostatni spotkać się z Akari…

 


Pozornie w tej mandze nie dzieje się wiele, bohaterowie spacerują, rozmawiają, podziwiają widoki, komentują wygląd kotów spotkanych na ulicy, wymieniają się poznanymi ciekawostkami ze świata nauki… po prostu wiodą zwyczajne życie. Ale jaki tkwi w tym ładunek emocji, jakie wzruszenia, jaka siła i jaka przykuwająca uwagę czytelnika moc! Fabuła brzmi w stricte romantyczny sposób, jednak „5 cm na sekundę” to przede wszystkim obyczajowy dramat o dwójce młodych osób, która coś do siebie czuje, ale nie jest w stanie w pełni owych uczuć rozwinąć, bo na ich drodze wciąż stają kolejne przeciwności losu. Oczywiście klasycznych zabiegów znanych z miłosnych opowieści nie zabrało także, w tym oczywiście w pewnym momencie na scenę wkroczyć musi kolejna postać tego dramatu, która pała miłością do jednego z głównych bohaterów. Uczucia się komplikują, emocje narastają. Co zwycięży? Kto okaże się ważniejszy?



Znakomicie napisana manga zyskała także tradycyjną dla Japończyków piękną oprawę graficzną. Ilustracje Yukiko Seike są proste w prezentacji postaci, ale cudownie szczegółowe w ukazywaniu scenerii. A ponieważ bohaterowie przykładają wielką wagę do detali i piękna otaczającego ich świata, wszystko musiało zostać przedstawione w należyty sposób. I zostało, a wiele z kadrów „5 cm na sekundę” po prostu zachwyca i urzeka odbiorcę.

 

Konkluzja? Oczywista, każdy, kto szuka emocjonującego, przejmującego i pięknego komiksu, powinien sięgnąć koniecznie. Na pewno się nie zawiedzie.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Studio JG za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

wtorek, 19 lipca 2016

Zuźka w necie i w realu - Dorota Suwalska



ZUŹKA W SIECI ZDARZEŃ

 

Kiedy piszę te słowa, wakacje trwają w najlepsze, a co jest lepszego od znakomitej, wakacyjnej lektury, kiedy pogoda nie dopisuje albo życie rozczarowuje brakiem przygód, w które warto by się było zaangażować? Właśnie! Zuźka powraca by pokazać fragment swoich letnich miesięcy wolnych od szkoły i opowiedzieć młodym czytelnikom o korzyściach i niebezpieczeństwach surfowania po Internecie.

 

Wakacje zbliżają się ku końcowi i prawie nastoletni Zuźka po powrocie z podróży, w którą pojechała wraz z rodzicami, przyjaciółką i jej bliskimi, stara się spędzić ostatnie wolne dni jak najlepiej. Fascynacja starszym kolegą, który, tak jak ona, fascynuje się naukami przyrodniczymi to jedno, zjedzenie potencjalnie trujących jagód, bo inny kolega zjadł to druga strona medalu dziecięcych szaleństw. Bo nie tylko na wyjeździe może dziać się dużo i w szalony sposób, dom, znajomi, tajemniczy człowiek z dredami… Prawdziwe szaleństwo zaczyna się, kiedy w domu dochodzi do rewolucji informatycznej. Tata Zuźki instaluje stałe łącze, kończy się więc przeliczanie Internetu na pieniądze, zaczyna się zaś swobodne serfowanie, a wraz z nim dużo humoru, dużo zabawy i… Tak, tak, zawsze musi być jakieś „ale”, bo komputer i Internet to nie tylko zabawa, ale także i zagrożenia czyhające na użytkowników…

 

W dobie cyfryzacji książki dla dzieci i młodzieży przestrzegające przed niebezpieczeństwami wynikającymi z postępu technologicznego są bardzo ważne. Bo niestety to właśnie najmłodsi są najbardziej narażeni podczas cyfrowych rozrywek, a odpowiednie uczulenie ich na te kwestie – a właściwie przeniesienie znanych już, realnych ostrzeżeń na wirtualny grunt – jest rzeczą niezwykle istotną. A żeby tak jeszcze zrobić to w sposób zabawny i przykuwający uwagę odbiorcy… Właśnie! „Zuźce…” to się udaje, łącząc lekką, zabawną wakacyjną opowieść z pouczającą treścią i uroczymi, komiksowo-cartoonowymi ilustracjami.

 

W drugim tomie przygód prawie nastoletniej już dziewczynki dzieje się dużo i w przyjemny sposób. Styl, tradycyjnie w tego typu publikacjach, jest lekki i prosty, układ całości natomiast przypomina serial telewizyjny, którego poszczególne odcinki łączą bardziej bohaterowie, niż motyw przewodni, chociaż wzajemnie się przeplatają. Czyta się więc przyjemnie i szybko, a jeszcze przyjemniej na całość patrzy, bo rysunki po prostu zachwycają. Młodzi czytelnicy będą więc bardziej, niż zadowoleni.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Nasza Księgarnia za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Mechaniczny (Wojny alchemiczne 1) - Ian Tregillis



NAKRĘCANA DUSZA

 

Sztuczna inteligencja, która się buntuje to motyw znany w literaturze (a więc przy okazji w kinie, komiksie i innych mediach) od dawna, czy można więc napisać w jego ramach jeszcze coś intrygującego? Ian Tregililis postanowił podejść do tej kwestii z innej nieco strony, zabierając nas do świata, w którym clockwork punk zbiega się z filozofującą opowieścią z gatunku alternate history.

 

Historia ludzkości potoczyła się zupełnie inaczej, kiedy w XVII wieku Christian Huygens, holenderski naukowiec i zegarmistrz, wynalazł coś, co zyskało nazwę klakiera. Czymże ów twór był? Wyprodukowany z mosiądzu, napędzanym siłą mechanizmów zegarowych i alchemii pomocnikiem. Myślącym bytem mechanicznym, który miał służyć człowiekowi. Za sprawą klakierów Holandia zwyciężyła wyścig zbrojeń, stając się supermocarstwem i krajem rządzącym Europą.

Trzy wieki po tych wydarzeniach klakierzy są nieodzowną częścią codziennego życia w Królestwie Niderlandów. Właściwie stanowią swoistą społeczność niewolników, związanych ze swymi panami za pomocą geas, które wykonywanie rozkazów wymusza cierpieniem pojawiającym się w chwili choćby zwlekania w obowiązkach. Jednakże pośród mechanicznych „ludzi” krążą plotki, krążą opowieści. Czy możliwe jest by klakierzy byli czymś więcej, niż tylko mechanizmami? Czy, jak uważa Francja, która jako jedyna buntuje się przeciw Królestwu, wbrew stworzeniu przez człowieka, mogą być istotami żywymi, które powinny mieć swoje prawa? Pewnego dnia jeden z klakierów, Jax, staje się świadkiem publicznej egzekucji zbuntowanego klakiera, który – na co wszystko wskazuje – uzyskał wolność i możliwość decydowania o sobie. Czy tak jest w rzeczywistości, czy też może stał się jedynie narzędziem wroga, jak przekonują władcy? Ostatnie słowa zabijanego są bardzo wymowne: „Zegarmistrzowie kłamią”. Od tej chwili Jax wkracza na niebezpieczną ścieżkę…

 

Pierwszy tom „Wojen alchemicznych” to kawał znakomitej lektury dla fanów niegłupiej fantastyki i steampunkowych klimatów. Pomysł wyjściowy nie jest może zbyt odkrywczy, eksploatowany był w końcu od wieków przez pisarzy – zaczynając od dawnych legend (choćby Golem) przez „Frankensteina” po powieści Asimova – nie mniej dobra jakość wykonania i ciekawe poprowadzenie akcji gwarantują czytelnikom dobrą zabawę. Co tutaj się znajduje, domyślić się łatwo. Dużo akcji, filozoficzne pytania o naturę człowieka i to, co o człowieczeństwie decyduje, intrygujące zagadki i walka jednostki z ciemiężycielem. Uniwersalna walka o tożsamość, wolność i władzę nad samym sobą. W powieści pobrzmiewają także echa polityczno-historyczne, ale nie bójcie się, każdy, kto chciałby sięgnąć po „Mechanicznego” jako po książkę stricte rozrywkową także się nie zawiedzie – filozofia nie jest tutaj nachalna, a dynamika akcji i struktura całości dodają powieści lekkości.

 

Mniej lekki jest jednak styl. Ian Tregillis zagłębia się w techniczne (i quasi techniczne) szczegóły i nazewnictwo (w tym wypadku trzeba docenić pracę tłumacza, bo wybrnął z tego trudnego zadania znakomicie), a w jego pisarstwie nie brak ozdobników i porównań. Ale taki styl pasuje właśnie do tej historii.

 

Omawiając jednak „Wojny alchemiczne” nie można nie wspomnieć także o wydaniu. Rewelacyjna ilustracja na okładce, oprawa bardzo przyjemna w dotyku, wnętrze również pokazuje się od świetnej strony, bo i dobry papier, i miłe dla oka ozdobniki na stronach. Trzeba przyznać, że SQN stara się pod tym względem, a pozycje wydawane pod szyldem Imaginatio prezentują się bardzo ciekawie.

 

Polecam i czekam na kolejne podobne publikacje.

 

I dziękuję wydawnictwu SQN za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

poniedziałek, 18 lipca 2016

Rytuał - Graham Masterton



RYTUAŁ PRZEJŚCIA

 

Wiele rzeczy można powiedzieć o Grahamie Mastertonie, od skrajnej krytyki po ślepy zachwyt, nie mniej każdy, fan to, czy przeciwnik, zgodzić się musi z jego znaczącym miejscem w świecie literackiego horroru. Teraz Rebis wznowiło być może nie najbardziej znane, ale na pewno jedno z najlepszych dzieł tego autora – brutalny thriller, który posiada wszystko, co najlepsze z pisarstwa Mastertona.

 

Ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Bohater „Rytuału” przekonuje się o tym w bardzo brutalny sposób. Charlie jest inspektorem restauracyjnym. Wędrując przez Stany wraz ze swym nastoletnim synem Martinem dowiaduje się o tajemniczym lokalu zwanym LeReposoir. Lokalu, do którego nikt nie ma wstępu, poza zapraszanymi wybrańcami. Elitarne grono, wielki sekret skrywany przez lokal i jego klientelę. Charlie postanawia dostać się do LeReposoir za wszelką cenę, niestety dla niego, nie jest świadom jaka to cena będzie. I jakiemu koszmarowi przyjdzie mu stawić czoła…

 

Pozycja Mastertona na arenie grozy nie jest tak wysoka, jak Stephena Kinga, nie mniej ten brytyjski autor zdołał dokonać naprawdę wiele – tak w kwestii ilości wydanych powieści, jak i kultowości wielu tytułów. Szczególnie ważny jest jednak dla nas, Polaków, ze względu na żonę Polkę (obecnie już zmarłą), dzięki której nie tylko pisał o naszym kraju, ale też i często robił światowe premiery swych powieści po polsku, a swego czasu nawet doczekał się komiksowej adaptacji swoich prac w wykonaniu naszych rodzimych rysowników.

 

Dal mnie prywatnie Masterton to postać ważna jeszcze z jednego względu: to jego "Drapieżcy" były pierwszą dorosłą książką jaką przeczytałem dawno temu, a przez którą na dobre pokochałem literaturę i jeszcze bardziej umocniłem swoją fascynację grozą.

 

Ale wracając do "Rytuału" to jest to kawał dobrego horroru dla fanów sadomasochistycznych powieści grozy w stylu Clive’a Barkera. Świetnie napisany, mocny, brutalny, odważny... Wiele scen aż boli, wiele scen atakuje zmysły naprawdę świetnym klimatem. Bliżej „Rytuałowi” do thrillera, niż horroru, ale niewielu jest pisarzy, którzy potrafią tak, jak Masterton przerazić krwawymi scenami, bez popadania w infantylność czy przesadę. Oczywiście w powieści nie zabrakło też typowych dla tego autora (który swoją drogą pisze także od czasu do czasu poradniki seksu) przesadzonych scen erotycznych, ale taki już urok i Mastertona, i horrorów w ogóle. A że „Rytuał” jest i wyważony i dobrze napisany, i – przede wszystkim – nie stanowi tworu inspiracji graniczącej z plagiatem, co autorowi zdarzało się w przeszłości, z czystym sumieniem polecam go fanom gatunku. Zabawa jest znakomita, a wznowienie w przyjemny sposób nastraja do lektury już samą świetną okładką.

 

I dziękuję wydawnictwu Rebis za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Secesja w Poznaniu - Jan Skuratowicz, Magdalena Adamczewska, Piotr Walichnowski



CUDZE CHWALICIE, SWEGO NIE ZNACIE

 

Secesja. Art Nouveau. Jugendstil. Stile floreale. Stworzony pod koniec XIX wieku styl europejskiej sztuki ma wiele nazw i na równie wielu płaszczyznach artystycznych był realizowany, obejmując swym zasięgiem kraje starego kontynentu. Polska nie jest szczególnie kojarzona z tym kierunkiem, ot taki Wyspiański jedynie ciśnie się na usta. A jednak jest to mylne przekonanie, o czym zaświadczają autorzy wznowionego właśnie przez Media Rodzina pięknego albumu.

 

Każdy, kto chciałby obcować ze sztuką secesyjną, z pięknymi dokonaniami architektów, zdobiących swoje budowle misternymi ornamentami i detalami, za radą przewodników najchętniej wybrałby się do Belgii bądź też Austrii. A czy nie można bliżej? Czy nie można bez uciekania za granicę? Ależ oczywiście, że tak! Jedno z polskich miast, Poznań, to miejsce, w którym wystarczy przejść ulicą, zadrzeć głowę do góry, rozejrzeć się i już można sycić wzrok imponującymi kamienicami, wspaniałymi witrażami i zdumiewającymi balkonami. Trzeba tylko chcieć. Trzeba tylko wiedzieć. A ten album nie tylko pokazuje wszystko jak na dłoni, ale przede wszystkim staje się kierunkowskazem dla każdego, kto chciałby zwiedzić Poznań pod tym kątem.

 

Po raz kolejny potwierdza się więc powiedzenie: „Cudze chwalicie, swego nie znacie”. Niestety, równie często taki stan rzeczy wynika z niewiedzy, co i ignorancji biorącej się z błędnego przekonania, że trawa zieleńsza jest po drugiej stronie płotu. Trzeba więc mówić, trzeba pokazywać, żeby nasze własne dobra kulturowe nie zanikły, a tego typu pozycje czynią to w znakomity sposób.



Co znajduje się na łamach „Secesji w Poznaniu”? Bardzo wiele. Przede wszystkim są to zdjęcia, wysokiej jakości, dużego formatu (sam tom do małych także nie należy) i całego bogactwa architektonicznych dokonań sztuki secesyjnej. Setki zdjęć, porcja informacji, szczypta historii miasta opowiedziana przez pryzmat głównego tematu, wreszcie zaś podział na architektów, których dzieła po dziś dzień mamy okazję podziwiać. Wraz z autorami, wędrujemy poprzez Poznań, oglądamy budynki z zewnątrz, zanurzamy się w ich wnętrzach, przypatrujemy detalom i chłoniemy wzrokiem sztukę. A gdybyśmy zechcieli wybrać się tam sami i na własne oczy poznać to wszystko, twórcy przygotowali dla nas także mapę miasta z oznaczonymi wszystkimi budowlami, które omówione zostały w niniejszej publikacji.



A publikacja to naprawdę piękna, szczegółowa, ciekawa i wspaniale wydana. Świetny papier, znakomita jakość fotografii, twarda oprawa i porcja ponad 70 nowych zdjęć, których nie posiadało poprzednie wydanie. Jeśli kochacie sztukę, jeśli fascynuje Was secesja albo sam Poznań, sięgnijcie koniecznie – warto!

 

A ja dziękuję wydawnictwu Media Rodzina za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

 

Powyższe zdjęcia autorstwa Magdaleny Adamczewskiej i Piotra Walichnowskiego pochodzą z książki.

sobota, 16 lipca 2016

Amazing Spider-Man #405 - Exiled, part II: The Worth of a Man - Todd Dezago, J. M. DeMatteis i Darick Robertson



SAGA KLONÓW: WYGNANIEC, CZ II: WARTOŚĆ CZŁOWIEKA

 

Decyzje podjęte, plany ułożone, dla Petera (Bena) i jego klona zaczyna się nowe życie, jak się jednak potoczy i jakie będą przeszkody na ich drodze?

 

Ben Reily, prawdziwy Peter Parker, który wierzył dotychczas, że jest klonem, odstępuje swojemu klonowi strój i żywot Pająka, a także MJ, która z jego klonem zaszła w ciążę. Każdy ma bowiem prawo do życia, a każdy z nich jest inny i równie ważny. Sam natomiast wraca do miasteczka Rachel, do Sewarda Trainera, genetyka, którego poznał, chcąc zgłębić swoje pochodzenie jako klona. Jak się wkrótce okazuje Trainer ma spore kłopoty, a co gorsza być może zza grobu wrócił właśnie jeden z największych wrogów Spider-Mana…

 

Kiedy DeMatteis bierze się za scenariusz, wiadome jest, że nawet w ramach kiepskiej serii zdoła pokazać coś przynajmniej niezłego. I tak jest w tym wypadku, bowiem druga część „Wygnańca”, po średniej pierwszej, prezentuje naprawdę dobry poziom i przede wszystkim oferuje intrygującą fabułę. Oczywiście nie jest to nic odkrywczego, ale mamy mroczną fabułę, ciekawe pytania i przede wszystkim próby pogłębienia psychologii Bena/Petera. Ważne jednak, że nawet z perspektywy czasu i świadomości tego, jak potoczyła się ostatecznie akcja „Sagi Klonów”, zeszyt ten broni się sam w sobie.

 

Graficznie też jest miło dla oka. Fajna kreska, próbująca wzorować się na dokonaniach Romity Jr. z „Lost Yeras” (także z „Sagi klonów”), podobny jak tam kolor, większy realizm i niezły klimat.

 

Owszem, zeszyt to dla fanów Pająka, a na dodatek dla tych, którzy czytali poprzednie części „Sagi klonów”, ale udany i to bardzo, jak na możliwości tej miałkiej, choć epickiej opowiastki o klonowaniu.

piątek, 15 lipca 2016

Zapiski luzaka. Odlot! - Lincoln Peirce



SZKOŁA, KSIĄŻKI I KOMIKSY

 

„Dziennik cwaniaczka” to seria, która odniosła chyba największy sukces w gatunku humorystycznych książek dla dzieci od czasów kultowego „Mikołajka”. Jak to w takich sytuacjach bywa, pociągnęła za sobą całą falę naśladownictw, z których większość niestety nie miała szans się z nią równać. Na szczęście „Zapiski Luzaka”, stanowiące połączenie prozy z komiksem, korzeniami sięgającym gazetowych pasków, to znakomity cykl i godny następca „Cwaniaczka…”.

 

W najnowszym tomie swoich przygód Natan musi zmierzyć się z wprowadzeniem nowego kolegi w szkolne życie. A zadanie to nieszczególnie łatwe. Natan jest bowiem dzieckiem psotnym, dalekim od bycia ulubieńcem nauczycieli i wybitnym uczniem, chociaż akurat w swoją wielkość nie wątpi ani trochę. Uwielbia komiksy i uwielbia humor, którego nigdy sobie nie odmawia. Nowy uczeń, Breckenridge Puffington III, zachowuje się natomiast nie jak normalne dziecko, a brytyjski książę. Dystyngowany, wyciszony, zafascynowany roślinami… jednym słowem: nudziarz! Jak z kimś takim ma spędzić czas Natan? Szczególnie, że już samo nazwisko stawia Breckenridge’a na przegranej pozycji w oczach kolegów. Na dodatek Puffington, nie znając nikogo innego, uznaje Natana swoim przyjacielem i snuje się za nim, jak cień, a wszelkie próby pozbycia się jego towarzystwa, pełzną na niczym. Czy jednak Natan nie odnajdzie w nim przypadkiem czegoś fascynującego? Szczególnie, że Breckenridge tak jak on potrafi świetnie (czytaj: lepiej od niego) rysować, a na dodatek nasz bohater ma wrażenie, że skądś go kojarzy, jakby znali się już wcześniej…



To już ósma książka o przygodach Natana, ale każdy, kto chciałby zacząć lekturę w tym miejscu, nie musi się niczego obawiać – znajomość poprzednich tomów nie jest ani trochę wymagana. Co nie znaczy, że na tym jednym czytelnik poprzestanie – przygody Luzaka są tak urocze i zabawne, że od razy chce się chwycić za poprzednie części. Dużo humoru, dużo przygód, ciekawa akcja (znakomity jest wątek toczący się równocześnie z główną treścią, a mianowicie znalezienia wspomnień uczennicy Edny, która uczyła się w tej samej, co bohaterowie szkole, z tym że dokładnie 100 lat wcześniej), nuta dydaktyzmu i interesujące pytania, na które chce się jak najszybciej znaleźć odpowiedź, więc pochłania się powieść jednym tchem. A że „Odlot” został napisany w sposób lekki, prosty i przyjemny, stylem, który aż skrzy się od humoru, lektury nie chce się odłożyć na półkę przed zakończeniem.

 

Omawiając jednak tę pozycję nie można zapomnieć o jej stronie graficznej. Lincoln Peirce Natana stworzył 25 lat temu, w roku 1991, jako komiks do gazety. Od tamtej pory jego dziecięcy bohater, inspirowany „Fistaszkami”, gościł w blisko ćwierć tysiąca pismach w USA, aż wreszcie stał się także postacią wiodącą w literackim rozwinięciu swoich przygód. Lincoln nie zapomniał jednak o korzeniach, z których wyrósł Natan, dlatego też chłopiec fascynuje się komiksami (które sam także tworzy, komentując na bieżąco sytuacje, jakie stają się jego udziałem), ale również i same książki z jego przygodami łączą słowo pisane z komiksem właśnie. I to w nierozerwalny sposób. Ilustracje i tekst zajmują podobną ilość miejsca, a kadry (czy też całe plansze) dopowiadają wiele rzeczy, wychodząc bezpośrednio z opowiadania i w opowiadanie na powrót przechodząc.

 



Czyta się to i ogląda po prostu znakomicie. Rysunki są cartoonowo proste, wywodzące się ze wspomnianych „Fistaszkowych” korzeni, może bardziej nowoczesne, ale znakomicie spełniające swoją rolę. Na dodatek płynie z nich wiele humoru, a uproszczone ilustracje w wykonaniu Natana częstokroć rozbrajają.

 

Podsumowując, „Zapiski Luzaka” to po prostu kawał świetnej serii dla dzieci i młodzieży (spokojnie, dorośli także znajdą w niej coś dla siebie), która spodoba się zarówno czytelnikom sięgającym po zwykłe książki, jak i tym, którzy czytają jedynie komiksy (ci drudzy mogą przy okazji przekonać się do słowa pisanego). Dlatego polecam i czekam, aż na naszym rynku pojawi się kolejny, zapowiadany już tom pod tytułem: „Natan Wymiata”.

 

I dziękuję wydawnictwu Nasza Księgarnia za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

czwartek, 14 lipca 2016

Web of Spider-Man #128: Exiled, Part 1 - Who Will Wear the Webs? - Todd Dezago, Tom DeFalco, Steven Butler



SAGA KLONÓW: WYGNANIEC, CZ I: KTO ZAŁOŻY PAJĘCZYNĘ

 

Amerykańskie komiksy o superbohaterach zacząłem regularnie czytać dokładnie w wieku 10 lat, od października 1998 roku. Wcześniej sięgałem po nie sporadycznie, od tamtego momentu jednak – z drobnymi wyjątkami – kupowałem wszystko, co wydawało legendarne, nieodżałowane wydawnictwo TM-Semic. Skąd mogłem wiedzieć, że grudzień tego roku będzie ostatnim tak dobrym dla tytułów z tej stajni? „Batman&Superman” czy „Mega Marvel” na tej dacie zakończyły swoje żywota, a wraz z nimi także najsłynniejszy tytuł „Amazing Spider-Man”. Tytuł, który był rekordzistą zeszytowej serii wydawanej w Polsce, doczekawszy się 102 zeszytów. Tytuł, którego pierwszy numer sprzedał się w naszym kraju w nakładzie, w jakim nie sprzedaje się większość komiksów w Stanach, gdzie są o wiele bardziej popularne. Tytuł, który miał być kontynuowany „Wygnańcem” właśnie, ale tak się nie stało. A teraz, po prawie osiemnastu latach, wreszcie miałem okazję przeczytać pierwszą część wspomnianej historii, w której Peter i Ben decydują kto będzie Spider-Manem, kto zostanie z ciężarną MJ, a kogo czeka los tytułowego wygnańca.

 

Black Cat nie jest w stanie w pełni zaakceptować faktu, że niegdyś spotykała się nie z Petrem, a jego klonem. Sytuację wykorzystuje D’Spayre.

Tymczasem Peter i Ben szykują się na poważną rozmowę nad grobami ciotki May i wujka Bena, ale odkrywają, że oto ktoś ich śledzi. Natomiast MJ decyduje się wrócić do pracy…



Nie jest zbyt dobrze, ot prosta historia ze średnimi bardzo ilustracjami, ale jaki tkwi w niej sentyment. Dla każdego, kto wychował się na TM-Semickowych komiksach, a jest tego duża rzesza fanów, ta historia stanowi jak powrót do lat młodości. Aż szkoda, że nikt nie chce się pokusić by zacząć wydawać Sagę Klonów – od początków najlepiej, żeby ukazały się wszystkie pominięte zeszyty. Egmont, który publikuje obecnie „Superior Spider-Mana”, mógłby sięgnąć w tym kierunku, czytelnicy z pewnością by dopisali. Bo chociaż jest to naiwne, jest też czasem kiczowate, patos bije ze stron, a ilustracje są ani niespójne, ani tym bardziej realistyczne, jednak wciąż tkwi w tym jakaś siła. jakiś mrok, którego brak teraz i pewna baśniowość.

 

Jeśli macie więc możliwość, przeczytajcie. Chociaż oceny dużej nie wystawiam, wszystkim tym, dla których „Spdier-Man” nie był tylko jednym z wielu tytułów dostępnych w kioskach, polecam z czystym sercem. Warto wrócić do dzieciństwa, choćby tylko na kilkanaście minut lektury.

środa, 13 lipca 2016

Miroslav Žamboch SERIA AUTORSKA od Fabryki Słów!

Wyjątkowa kolekcja książek Miroslava Žambocha wydana w nowej autorskiej serii w nowych oprawach graficznych.

Niezmiennie doskonała treść, zupełnie nowa świetna forma - czyli heroic fantasy w najlepszej odsłonie!



 

W serii ukażą się m.in.:

  • Wojna absolutna NOWOŚĆ! PREMIERA 14.09.2016

  • Posledni bere vse (Dlouhy sprint s ozvenou) NOWOŚĆ! PREMIEA 2017

  • Sierżant PREMIERA nowego wydania 14.08.2016

  • Na ostrzu noża PREMIERA nowego, jednotomowego wydania 14.08.2016

  • Krawędź żelaza PREMIERA nowego, jednotomowego wydania 14.09.2016

  • Koniasz. Wilk samotnik PREMIERA nowego, jednotomowego wydania 14.09.2016

  • Bez litości PREMIERA nowego wydania PAŹDZIERNIK 2016

  • Mroczny zbawiciel PREMIERA nowego, jednotomowego wydania 2017

  • Czas żyć, czas zabijać PREMIERA nowego wydania 2017


SIERŻANT


Premiera nowego wydania 14.08.


Pierwsza książka Miroslava Žambocha wydana w Polsce, kultowa powieść mistrza czeskiego heroic fantasy.

„... Mówią, że nadzieja umiera przedostatnia. Dłużej przeżywa tylko czarny humor...”

Sierżant Lancelot Gievitz - Kompania Zwiadowcza 17 Batalionu Sił Szybkiego Reagowania Królestwa

Sierżant Lancelot  został karnie wcielony do batalionu zwiadu Jej Wysokości. Tu przeciętna długość życia jest krótsza niż okres służby.

A gdy jego jednostka wylądowała na granicy z ziemią niczyją, życie sierżanta Lancelota zdaje się w przyśpieszonym tempie dobiegać końca.

 

 

 

NA OSTRZU NOŻA


Premiera nowego wydania 14.08


Na ostrzu noża, pierwsza spośród czterech części przygód Koniasza, przebojem wdarła się na polski rynek książki przygodowej z miejsca zyskując ogromną rzeszę fanów.

 

Podczas swojej wędrówki nauczyłem się dbać sam o siebie i widać to po mnie na pierwszy rzut oka. Mam prawie dwa metry wzrostu, silną budowę, blizny gdzie tylko się da (zdziwilibyście się, gdzie), twarz upiększoną złamanym kilkakrotnie nosem. Jestem aż niezdrowo ciekawy i żeby zajrzeć w to czy inne miejsce, chętnie zaryzykuję parę następnych szram. I tak nie ma już czego na mnie popsuć.

Koniasz jest jednym z lepszych najemników. Nic zatem dziwnego, że otrzymuje bardzo trudne i nietypowe zlecenie. Szybko przekonuje się, że to zadanie jest również niezwykle niebezpieczne. Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy na jego drodze staje potężny przeciwnik gotowy zrobić wszystko, by nie dopuścić do realizacji przedsięwzięcia.

Mimo, że Koniasz konsekwentnie realizuje cel, nic nie układa się tak jak powinno. Wszystko wskazuje na to, że wyprawa może nie dotrzeć do celu. Jej los wydaje się przesądzony.

W obliczu klęski każdy rozsądny człowiek spakowałby manatki i ruszył w siną dal. Tymczasem „człowiek do wynajęcia” nie rezygnuje. W końcu, umowa jest umową, a dobry najemnik ma swój honor. Tak jak Koniasz.



 

Szczegóły na stronie wydawcy http://fabrykaslow.com.pl/zaczynamy-rok-zambocha/

 

Amazing Spider-Man Vol 4 #15: Power Play - Conclusion: Suit Yourself - Christos Gage, Dan Slott, Giuseppe Camuncoli



MOCNE ZAGRANIE – KONKLUZJA: W KOSTIUMIE

 

Rządy Regenta dobiegają końca. Zaczyna się wprowadzenie do opowieści „Before Dead No More”. Jak tym razem odmieni się życie Petera?

 

W kwaterze głównej Avengers Mary Jane wykorzystując fakt, że już kiedyś („The Other”) nosiła zbroje Iron Mana oraz przez krótki czas miała pajęcze moce („Spider Island”), przywdziewa kostium Iron Spidera i rusza pomóc na polu bitwy z Regentem.

Tymczasem Harry Osborn, nad zabiciem którego myślała pomocnica Regenta, wydostaje się ze zbiornika i zaczyna swoistą akcję dywersyjną, co będzie miało niebagatelny wpływ na finał rozgrywki.

Jakby tego było mało, May odkrywa, że jej mąż, Jay, ukrywa przed nią pewien fakt…

 

I po raz kolejny w tej serii dzieje się dobrze. Niezły scenariusz, niezłe rysunki i ciekawy finał całej opowieści, może nieco nazbyt niespodziewany (wątkowi z Jayem przydałoby się jakieś konkretniejsze wprowadzenie, nie mniej można to tłumaczyć faktem, że zbyt rzadko w „ASM” widzieliśmy jego i May), ale czyta się to naprawdę dobrze. I naprawdę dobrze ogląda. Przyjemne są echa przeszłości, które zawsze mnie miło nastrajają, a przede wszystkim echa przyszłości dają mi nieco nadziei na ponowne cieszenie się „Spider-Manem”.

 



Tak więc, jeśli jesteście fanami pajęczaka, sięgnijcie, bo warto. Przeciwników wprawdzie ten zeszyt do komiksu nie przekona, a niezdecydowanym poleciłbym lepsze opowieści („Powrót do domu” i w ogóle cały run Straczynskiego, „Ostatnie łowy Kravena”, „Śmierć Stacych” albo „Nigdy więcej Spider-Mana”), nie mniej stali czytelnicy będą zadowoleni.

wtorek, 12 lipca 2016

27 pięter - Bradley Somer



PRZYGODY ZŁOTEJ RYBKI

 

Zwierzęcych bohaterów, którzy w swoich zabawnych, pozornie lekkich przygodach ukazują nam więcej prawd o naturze ludzkiej i naszych zachowaniach, niż my sami było już wielu, ale nie było chyba dotychczas złotej rybki. Lukę tą zapełnił Bradley Somer, którego „27 pięter” ukazuje się właśnie na naszym rynku, przynosząc mnóstwo szalonej, ale mądrej zabawy.

 

Ian jest złotą rybką, dla której za mało jest akwarium. Żyje na balkonie tytułowego 27 piętra i w chwili, w której go poznajemy, korzystając z okazji wyskakuje ze swojej szklanego, kulistego domu, przeskakuje barierkę i zaczyna spadać w kierunku rozciągającej się poniżej ulicy. Jednak nie jest to typowy swobodny lot ku pewnej zagładzie, a prawdziwie filozoficzna podróż przez dwadzieścia siedem pięter wieżowca. Wielki budynek, anonimowe pudełko pełne życia, odsłania przed Ianem swoje bogate wnętrze wypełnione najróżniejszymi indywiduami. Wypełnione ludźmi, którzy mają swoje miłości, słabości, lęki, dziwactwa, problemy, szczęścia i tragedie. Pudełko, w którym miesza się wszystko: i piękno, i brzydota, miłość i seks, szara zwyczajność i niezwykłości. Tajemnicy pakunek, chłopiec wierzący, że podróżuje w czasie, ciężarna kobieta… Każda z tych osób żyje, każda coś robi i każda wywiera wpływ na innych i świat. A mała złota rybka obserwuje to wszystko w rwanych fragmentach, wraz z kolejnymi piętrami odliczając ku swojemu przeznaczeniu. 27… 26… 25… Jaki finał będzie miała ta nietypowa podróż?

 

Kilka lat temu zespół Naiv śpiewał, „a gdyby tak choć raz złamać kark, odważyć się i złamać kark”. Na taki krok decyduje się główny rybi bohater tej powieści, wyrywając się własnym ograniczeniom i decydując się na skok, który na zawsze odmieni jego życie. Ian jest jedynie obserwatorem, dostrzega tyle, na ile pozwala mu czas spadania, od środka losy widzianych postaci dopowiada sam autor. Pomiędzy owymi postaciami zaś zaczyna się rozciągać pajęczyna wzajemnych relacji, niepozornych przelotnych spotkań i niedostrzegalnych na pierwszy rzut oka wpływów. A wszystko to razem tworzy intrygującą, fascynującą i częstokroć przejmującą opowieść o ludzkim życiu. O naszych charakterach, lękach i miejscu pomiędzy innymi. Ale przede wszystkim o naszych marzeniach. Pragnieniach. I o tym, że każdy z nas potrzebuje czasem wyskoczyć ze swojego akwarium i w pełni doświadczyć życia, dostrzegając rzeczy, z których nie zdawał sobie dotychczas sprawy.

 

Stylistyka powieści jest lekka i przyjemna, ale ma swoją wagę i siłę. Ciekawe jest podejście autora do przedstawionej treści, jej opisy i rozkład akcentów. „27 pięter” czyta się szybko, miło, ale przede wszystkim z refleksją. Zaciekawienie miesza się tu z przemyśleniami, jak nicie żyć poszczególnych ludzi mieszają się ze sobą, tworząc coś wspaniałego.

 

Dlatego też polecam gorąco.

 

I dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

sobota, 9 lipca 2016

Amazing Spider-Man Vol 4 #14: Power Play - Part 3: Avengers Assemble - Christos Gage, Dan Slott, Giuseppe Camuncoli



MOCNE ZAGRANIE, CZ III: AVENGERS ZBIÓRKA

 

Temat Regenta zbliża się ku końcowi i zanim Peter i reszta bohaterów będą mogli wejść w nową fabułę, czeka ich rozliczenie z „herosem”, który wchłonął moce dziesiątek superpostaci…

 

Regent wykorzystując moce już schwytanych bohaterów, bez trudu pokonuje kolejnych, dołączając ich do swojej chorej kolekcji. Udaje mu się nawet schwytać Thor! Peter, Stark i MJ tymczasem dokładają wszelkich starań, żeby dowiedzieć się co takiego spotkało Milesa Moralesa, Harry Osborn natomiast zaczyna działania, które mogą kosztować go bardzo wiele, ale zarazem przyczynić się do pomocy naszym bohaterom…

 

Kolejny zeszyt Spider-Mana po raz kolejny nie zawodzi. Nie jest przełomowy, brak mu też czegoś ponad, a treść to głównie walka, której finał i tak nie jest trudny do przewidzenia, ale po tym, jak kiepsko działo się w serii jeszcze kilka tygodni temu, czyta się to naprawdę dobrze.



I ogląda. Camuncoli ma tym razem do rysowania mniej twarzy, w czym nie najlepiej się sprawdza, za to cała reszta wychodzi mu dobrze. Szczególnie, że wszystkie minusy naprawia udany kolor.

 

Podsumowując: fani będą zadowoleni.