środa, 31 sierpnia 2016

Jamilti i inne historie -Rutu Modan



JAKI PIĘKNY KOMIKS

 

Jamilti po arabsku znaczy mniej więcej tyle, co „moja piękna” i słowo to doskonale nadaje się do podsumowania całego komiksu. Kiedy jakiś czas temu przeczytałem „Araba Przyszłości” album, który absolutnie mnie zachwycił i poruszył, nie sądziłem, że szybko spotkam drugi w podobnej tematyce, który zachowałby jednocześnie tak wysoki poziom. A jednak „Jamilti” udowodniło mi, jak bardzo się myliłem i zafundowało całą paletę rewelacyjnych emocji.

 

Na album składa się siedem krótkich opowieści graficznych, w których zwyczajni ludzie stają w obliczu niezwykłych sytuacji - o co nie trudno w kraju takim, jak Izrael. Dwie siostry zajmujące się wraz z matką fałszywym interesem oferującym leczenie bioprądami będą musiały zmierzyć się z kryzysem w postaci zasłabnięcia „pacjentki”. Inne dwie dziewczyny, które wraz z rodzicielką prowadzą hotel tematyczny „Panorama” zostaną postawione w zgoła odmiennej sytuacji, której konsekwencje jednak będą bardzo podobne – sekret zdjęcia sprzed lat, który sekretem wcale nie był wychodzi nagle na jaw zmieniając wszystko. W kolejnej opowieści młody muzyk mierzy się z trudnymi realiami swojego zawodu, a w jeszcze innej tajemniczy morderca zabija ludzi zostawiając na ich głowach majtki.



W „Jamilti” groteska i szara codzienność splatają się ze sobą w nierozerwalnym tańcu, w którym może zdarzyć się wszystko, ale w ramach jasno określonych, realnych reguł. Najlepiej czuć to w trzech absolutnie wspaniałych historiach, które pokazują paradoksy życia na krawędzi. W otwierającym zbiór tytułowym komiksie młoda pielęgniarka, która przed ślubem pokłóciła się z narzeczonym i wysiadła z taksówki, staje się świadkiem zamachu terrorystycznego i rusza nieść pomoc. Prawdziwy absurd wkracza na scenę w „Powrocie do domu”, gdzie mieszkańcy kibucu wychodzą na plażę czekać na lądowanie samolotu. Są przekonani, że wraca nim do domu bliski im Gadi. Niestety władze uważają, że lotnik jest terrorystą przygotowującym zamach… Jeszcze mocniej podobny nastrój daje odczuć „Król wszystkich Lilly”. Jego bohaterem jest chirurg, który pewnego dnia stracił pacjentkę, która prosiła go o przeszczep… brody. Po tej tragedii oddał się tylko i wyłącznie poprawianiu piękna, a na gruncie prywatnym zatroszczył się o osieroconą córkę zmarłej. Kiedy po wielu latach noszenia się z zamiarem oświadczyn dowiaduje się, że dziewczyna zaginęła bez śladu, obsesyjnie zaczyna przerabiać pacjentki na jej podobieństwo…



Jak widać powyżej, „Jamilti” to album bardzo zróżnicowany. Siedem fascynujących komiksów, które się na niego złożyło urzeka pomysłowością i stawianymi pytaniami, przeraża zdarzeniami i prawdziwością i cieszy przewrotnością zakończeń. I chociaż zbiór utrzymany jest w smutnym tonie, nie zbrakło w nim także miejsca na szczyptę humoru i pewną nutę nadziei – choć bardzo są one przygaszone.

 

Od strony graficznej „Jamilti” wygląda, jakby wyszło spod ręki Janka  Kozy skrzyżowanego czasami z typowo europejską kreską, a czasami („Majątkowy zabójca”)… Simonem Bisleyem, dodatkowo utrzymanymi w kolorystyce „Tria z Belleville” . Być może są to skojarzenia za daleko idące, Rutu Modan posiada w końcu charakterystyczny styl (co znakomicie widać w finałowej historii), nie mniej trudno było mi je całkowicie odrzucić. I nawet jeśli nie podzielicie w tej kwestii mojego zdania, jestem pewien, że zgodzicie się, iż jest to naprawdę rewelacyjny i oszałamiający komiks, do którego chce się wracać. Komiks mocny, odważny, ważny i przede wszystkim piękny. Dlatego jeśli jeszcze nie mieliście okazji go czytać, sięgnijcie koniecznie.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Kultura Gniewu za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

My Little Pony. Sztuka improwizacji - Marta Jamrógiewicz



KUCYKI Z… KUCYKIEM

 

Któż nie lubi „My Little Pony”? Chyba tylko ten, kto ich nie poznał. Jak bowiem można nie polubić tej uroczo infantylnej słodyczy, kiedy stanie się oko w oko z… wielkookim, kolorowym kucykiem, który poprawia humor i porywa do zabawy? Właśnie! A teraz na dzieci, które zakochały się w świecie przygód tych stworzonek czeka absolutnie wspaniała pozycja oferująca przygody, zabawę i… najprawdziwszą figurkę „My Little Pony”!

 

Akcja książeczki zaczyna się w momencie, w którym Rarity żegnana jest przez inne kucyki na stacji Ponyville. Cóż to za okazja? Kucyczka wybiera się na Letni Obóz Artystyczny, gdzie wykładowcami będą wspaniali artyści za całej Equestrii. Wszystko idzie dobrze, pierwsze warsztaty przez nią poprowadzone odnoszą sukces, ale widząc chaos na stanowisku pracy swojej współlokatorki, Rarity postanawia pokazać jej jak profesjonalnie prowadzić zajęcia. Niestety skutek jest odwrotny do zmierzonego…

 

Krótka prosta, acz urocza opowiastka z puentą dotyczącą przyjemności płynącej z robienia tego, co się lubi, wystarczyłaby dziecięcym odbiorcom sama w sobie, jako sympatyczny dodatek do popularnego serialu. Egmont jednak nie poprzestał na tym i w najnowszej publikacji „My Little Pony” w ramach serii „Teczka z prezentem” zaoferował wspaniały zestaw łączący czytanie z iście interaktywną zabawą.

 



Co się złożyło na tą (swoją drogą bardzo ładnie wydaną) publikację? O tekście już wiemy, przejdźmy więc do tego, że książeczka oferuje także porcję naklejek. Znamy to? Owszem, ale nie tak znowu często zdarzają się naklejki, które wraz z postępami lektury czytelnik musi naklejać w odpowiednie miejsce. I chociaż zdawałoby się, że to ledwie drobiazg, intensyfikuje doznania i dostarcza naprawdę sporo dodatkowej zabawy.

 

W tym wszystkim nie można jednak zapomnieć o najważniejszym dodatku do „My Little Pony. Sztuka improwizacji” a tym zdecydowanie jest urocza figurka Rarity – i to limitowana, bo brokatowa. Figurka, która z pewnością zachwyci tych najmłodszych, jak i tych zdecydowanie starszych miłośników serii (których wcale nie brakuje). Dlatego też polecam Wam gorąco niniejszą pozycję.

 

I dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Nowa książka Małeckiego "Ślady"

Pamiętacie świetną powieść Małeckiego "Dygot", którą jakiś czas temu miałem przyjemność recenzować? Wielkimi krokami zbliża się premiera kolejnego dzieła tego młodego, acz jakże utalentowanego pisarza. "Ślady", bo taki tytuł będzie nosiła, ukażą się już 28 września, z tej okazji wydawca książki SQN przygotował darmowy e-book zawierający tekst ze "Śladów" - "Senność" dostępny pod adresem http://www.publio.pl/sennosc-jakub-malecki,p147110.html Sięgnijcie, bo warto! 

Czarnoksiężnik z Archipelagu (audiobook) - Ursula K. Le Guin (czyta: Andrzej Ferenc)



CZARNOKSIĘŻNIK Z ZIEMIOMORZA

 

Od premiery tej otwierającej cykl „Ziemiomorze” powieści minęło już niemal 50 lat, a jednak „Czarnoksiężnik z archipelagu” nieodmiennie bawi i urzeka wszystkich miłośników fantastyki. Adaptowany na różne media, w tym skrytykowany przez autorkę serial telewizyjny, zagościł także na półkach, jako bardzo dobrze przygotowany audiobook, którego słucha się z prawdziwą przyjemnością.

 

Bohaterem opowieści jest chłopiec imieniem Duny, żyjący w małej wiosce na wyspie Gont syn kowala, zajmujący się wypasanie kóz na górskich stokach. Duny wychowuje się bez matki, pod okiem surowego taty i nawet ciotka, która zastępowała mu rodzicielkę tak naprawdę nigdy nazbyt się nim nie interesowała. Zmiana nadchodzi pewnego dnia, kiedy owa ciotka, a przy okazji także i wiejska czarownica, odkrywa w nim magiczne zdolności i rozpoczyna naukę chłopca. Niestety daleką od tego, czego można by się spodziewać. Kilka lat później dochodzi do ataku korsarzy i to właśnie nie kto inny, jak sam Duna ratuje dzięki swojej mocy wioskę. Niestety czyn ten niemal przypłaca życiem, zapadając w śpiączkę. Z pomocą przybywa mu czarodziej Ogion, który postanawia nauczyć chłopaka prawdziwej magii i w tym celu zabiera go do swojego domu. Od tej chwili zacznie się zupełnie nowe życie Duny, życie pełne niezwykłości, przygód, niebezpieczeństw i… czyżby na horyzoncie czaiła się miłość?

 

Wbrew pozorom akcja „Czarnoksiężnika z Archipelagu” nie ma szaleńczego tempa, a wręcz przeciwnie. Wszystko tu toczy się przyjemnie leniwym rytmem, odpowiednim dla wiejskiej scenerii, w której wszystko ma swój początek. I początek ma także podróż bohatera do dojrzałości, którą obserwujemy od chwili gdy Duny ma zaledwie pięć lat. A właściwie nie tyle obserwujemy ile towarzyszymy mu w poznawaniu siebie, magii i znakomicie skonstruowanego świata.

 

John Ronald Reuel Tolkien zapoczątkował swoim „Władcą pierścieni” gatunek, który dziś określamy mianem fantasy, Ursula Le Guin natomiast była jednym z tych autorów, którzy podtrzymali go i starali się rozwijać – ze znakomitym zresztą skutkiem. Patrząc na „Czarnoksiężnika z archipelagu” trudno nie odnieść wrażenia, że jest to jedna z podwalin dzisiejszej fantastyki. Ciekawa, niegłupia, przemyślana i bardzo konsekwentna. Wszystkie te cechy docenili krytycy przyznając powieści Lewis Carroll Shelf Award i to stanowi chyba jeden z ważniejszych wyznaczników jakości niniejszej książki.

 

Wersja audio natomiast doskonale nadaje się do słuchania w trakcie spaceru czy jazdy samochodem przez jakąś spokojną, wiejską okolicę.



Przyjemny głos lektora wpada w ucho, a treść chłonie się szybko i przyjemnie. Dlatego zachęcam Was do sięgnięcia po audiobook.

 

I dziękuję Bibliotece Akustycznej za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

wtorek, 30 sierpnia 2016

Droga do piekła - Przemysław Piotrowski



PIEKŁO GORSZE OD… PIEKŁA



Przemysław Piotrowski zadebiutował ledwie rok temu całkiem niezłym „Kodem Himmlera”. Po jego drugą powieść, zapowiadający się naprawdę ciekawie thriller graniczący z horrorem sięgnąłem więc z ochotą. I, muszę to przyznać już na wstępie, dostałem nawet więcej, niż się spodziewałem.



To miał być naprawdę miły wieczór, ale były żołnierz John Pilar, który służbę porzucił na prośbę swojej żony jak zwykle wszystko zawalił. Jego córeczka czekała na tatę, żeby móc świętować urodziny, jednak z powodu korka na drodze wywołanego wypadkiem, John musiał uprzedzić bliskich, że się spóźni. Jego żona Lisa czekała więc, rozczarowana, zawiedziona, rozgoryczona, kiedy nagle zauważyła, że w pokoju, w którym są dzieci zapadła podejrzana cisza. Wzięła więc nóż, ruszyła ostrożne szukać pociech i… Cios w twarz zwalił ją z nóg. Wkrótce potem zaczął się jej koszmar – ktoś na jej oczach zamordował jej dzieci, a potem i ją samą. W ostatnim przebłysku świadomości ujrzała jeszcze swojego męża i…

Za zabicie całej rodziny skazany zostaje John. W dniu, w którym ma na nim zostać wykonany wyrok śmierci żałuje tylko jednego – że nie miał możliwości złapania człowieka, który naprawdę to zrobił. Egzekucja zostaje wykonana, ale dla Johna to dopiero początek – w mrocznym miejscu budzi go woń siarki…

Tymczasem jego młodszy brat, były policjant, obecnie zaś alkoholik-detektyw, podejmuje się prywatnego śledztwa w sprawie wątpliwej winy barta. Pomaga mu młoda dziennikarka, ale żadne z nich nie ma najmniejszego pojęcia jaki koszmar stanie się  ich udziałem…



Co przykuło moją uwagę na tyle, żeby sięgnąć po tę powieść? Opis. W pierwszym odruchu blurb skojarzył mi się z kultowym już komiksem „Spawn” – podświadomie zaś pewnie przywołał wspomnienia o rewelacyjnej powieści, jaką byli „Potępieni”. I chociaż już wtedy wiedziałem, jak rozwiązany zostanie najciekawszy wątek – wątek Johna i jego losów w nowej, chorej rzeczywistości (i, oczywiście, tak właśnie się stało), mogę śmiało powiedzieć, że na to właśnie liczyłem. Bo, owszem, każdy lubi, kiedy powieść go zaskoczy, są jednak takie sytuacje, że chcemy by wszystko potoczyło się po naszej myśli i tak jest właśnie w przypadku „Drogi do piekła”.



Pozostałe aspekty powieści także prezentują się bardzo dobrze. Styl i język są bardziej dopracowane niż w „Kodzie Himmlera” i przyjemne w odbiorze. Mroczny klimat miewa swoje znakomite momenty, ale – co dla mnie osobiście bardzo ważne – udało się autorowi oddać charakterystykę Stanów Zjednoczonych. Piotrowski w USA spędził zresztą trochę czasu, nie mniej tak dobrze uchwyconego nastroju tego kraju chyba jeszcze w książkach rodaków nie czułem. Do tego otrzymujemy ciekawą zagadkę, znakomite sceny z Johnem po egzekucji i dużo konkretnej, dynamicznej akcji – typowo męskiej, ale satysfakcjonującej wszystkich miłośników grozy i literatury spod szyldu thriller.



Reasumując, jeśli lubicie horrory/dreszczowce, sięgnijcie, bo zabawa z „Droga do piekła” jest znakomita i bardzo optymistycznie nastraja na kolejne powieści tego autora.



A ja dziękuje portalowi Kostnica za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Ostatnie lato w Nebrasce - Nele Neuhaus



OSTATNIE LATO NIEWINNOŚCI

 

Kiedy widzimy nazwisko Nele Neuhaus mamy od razu jednoznaczne skojarzenia z thrillerem. I owszem, seria o przygodach Olivera von Bodensteina i Pii Kirchhoff to zdecydowanie najbardziej znane dokonanie niemieckiej autorki, ale nie ogranicza się ona przecież tylko i wyłącznie do pisania powieści dla dorosłych. Stworzyła przecież także serię książek dla dzieci zatytułowaną „Charlotte i…”, a teraz oferuje również powieść skierowaną do odbiorców określanych mianem young adult.

 

Sheridan ma szesnaście lat, niebywałą urodę i wiele życiowych pasji, wśród których na pierwszy plan wysuwają się fascynacje literaturą, muzyką i końmi. Jednakże nad jej głową, niczym klątwa ciąży przynależność do rodziny Grantów, która ją adoptowała, a której nazwisko zobowiązuje. I krępuje wolność. Szczególnie, kiedy mieszka się na typowej amerykańskiej prowincji. Sheridan chce jednak swobody, a tę znajduje, uciekając w świat książek zgromadzonych w bibliotece jej ciotki, które otwierają przed nią prawdziwie erotyczny świat, zmieniający jej podejście do ludzi i fizyczności. W konsekwencji w życiu nastolatki pojawiają się oni – prawdziwi mężczyźni, z którymi przeżywa swój pierwszy raz i wszystkie inne pierwsze doświadczenia seksualne. I chociaż wybory te nie zawsze są trafne, Sheridan podoba się to, jak działa na mężczyzn i to, że może pogrążyć się w świecie seksualnych fantazji. Kusi więc, prowokuje, szuka, dąży do spełnienia, błądzi… Czy znajdzie miłość czy może też coś, z czym wolałaby nie mieć do czynienia? Kiedy w jej ręce trafia pamiętnik niejakiej Caroline, która zniknęła przed laty, wszystko się zmienia…

 

Jak widać po powyższym opisie Nele Neuhaus nie zrezygnowała całkiem ze swoich kryminalnych zapędów literackich, wrzucając do jednego worka erotyzującą (choć nie erotyczną – pamiętajmy, że „Ostatnie lato w Nebrasce” przeznaczone jest dla młodzieży i seks przedstawiono w nim łagodnie, choć z dużą dozą prawdziwości) i intrygującą zagadkę. Efekt jest bardzo przyjemny i lekki w odbiorze. Dorosłe powieści pisarki wprawdzie bardziej przypadły mi do gustu, a i w „Ostatnim lecie…” zdarzyło się nieco monotonni, to jednak wciąż jest to udana lektura i młodzieżowi odbiorcy będę bardzo zadowoleni. Szczególnie, że Neuhaus pisze dobrze, lekko i przyjemnie, a fabuła – zwłaszcza kiedy do głosu dochodzi zagadka i szybkie tempo połączone z zagrożeniem – wciąga.

 

Oczywiście jest to pozycja przede wszystkim dla nastolatków, nie ma więc tutaj ostrości czy brutalności. Wszystkie sceny, które mogłyby stać się mocne bądź też kontrowersyjne ujęte zostały w sposób delikatny. Nie odbiera to jednak lekturze siły i znaczenia, a i na przesłanie znalazło się miejsce. Dlatego jeśli lubicie młodzieżowe pozycje, a wspomniana wyżej tematyka znajduje się w sferze Waszych zainteresowań, nie wahajcie się – „Ostatnie lato w Nebrasce” na pewno Was nie zawiedzie.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Media Rodzina za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Przez ciemne zwierciadło - Philip K. Dick



KATALIZATOR LĘKÓW DICKA

 

Każdy kto czyta prozę Dicka i choć trochę interesuje się fantastyką i jej najważniejszymi autorami, na pewno wie, że autor takich dzieł, jak „Blade Runner: Czy androidy śnią o elektrycznych owcach” czy „Ubik” cierpiał na różne schorzenia psychiczne i eksperymentował z narkotykami. A właściwie hurtowo łykał wszelkie psychoaktywne środki, który miały niebagatelny wpływ na jego psychikę i życie. „Przez ciemne zwierciadło” to swoisty zapis doświadczeń Dicka na tym polu i zarazem jedna z największych powieści, jakie wyszły spod jego ręki.

 

Fabuła jest pozornie prosta, chociaż jej paranoiczny ton, przepełniony dziwnymi wizjami prowadzi bohaterów i czytelników w zupełnie zdumiewające rejony. Akcja toczy się w latach 90 dwudziestego wieku, okresie, który dla autora był odległą o ponad piętnaście lat przyszłością. Hrabstwo Orange, Kalifornia. To tu przyszło żyć grupie ludzi, którzy zatracili się w przyjmowaniu olbrzymich dawek substancji A, znanej także jako „wolna śmierć”. Ich codziennością stanowią schizofreniczne wizje, którym nadają logicznych pozorów i zmagania z prawem usiłującym zwalczyć narkomanię. Próby znalezienia kolejnych dostawców przeplatają się z wciąż nowymi fantazjami rozgrywającymi się na jawie, którą coraz trudniej oddzielić od urojeń. Jednym z tych ludzi jest Bob Arctor – a przynajmniej takim się wydaje. W rzeczywistości jest bowiem tajnym agentem o imieniu Fred, który ma inwigilować swoich „kolegów” narkomanów żeby dotrzeć do handlarzy substancją A. Niestety sam będąc od niej uzależnionym i na dodatek zakochanym w jednej z dealerek, przekroczył granicę, za którą rozmywa się jego tożsamość…

 

„Przez ciemne zwierciadło” to nie tylko jedna z najlepszych książek, jakie napisał Dick, ale przede wszystkim książka najbardziej osobista. Pomimo osadzenia jej w świecie przyszłości (który dla nas stał się już przeszłością, ale przez to możemy dostrzec, jak niewiele autor w swej wizji się pomylił) i zamknięcia w ramach konkretnej fabuły, „Zwierciadło…” to nic innego, jak powieść autobiograficzna, tylko bardziej zawoalowana. Sam Dick przyznaje, że nazwiska, doświadczenia i omamy zaczerpnął z tego, co sam przeżył. I to – niestety albo stety – czuć bardzo mocno, a realizm nawet najbardziej oderwanych od rzeczywistości wizji uderza i przeraża. I taki właśnie nastrój towarzyszy całej lekturze, uczucie oszołomienia, zagubienia i paranoi. Otwierająca powieść scena ukazuje bohatera zanurzonego w analizie robactwa, które towarzyszy mu na każdym kroku. Z niezachwianą pewnością grzebie w książkach poświęconych owadom, bada ich zachowanie i rozwój i wkrótce przekonuje o ich istnieniu innego człowieka, który wcześniej niczego nie widział. Tym symbolicznym momentem wkracza Dick na grunt, w którym spotyka się z czytelnikiem, przekonując go do wiary w coś, czego nie ma, ale co zarazem jest tak realne, że nie sposób jest w to nie uwierzyć.

 

I taka właśnie jest literatura tego autora. Niby proste, jakże nierealne wizje, nabierają nagle prawdziwych kształtów i trafiają tak do serca, jak i umysłu. I chociaż my, czytelnicy, doskonale zdajemy sobie sprawę, że nic z tego tak naprawdę nie istnieje, zaciera się gdzieś wyraźna granica i zostaje świat, który z fascynacją chłoniemy, jakbyśmy nagle do niego trafili. W przypadku „Zwierciadła…”, swoistego katalizatora lęków Dicka, nadchodzi też nieubłagany kres i konsekwencja zachowań i czynów, które jeszcze bardziej podkreślają wymowność całości.

 

Polecam zatem gorąco i dziękuję wydawnictwu Rebis za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Przygody Stasia i Złej Nogi - Tomasz „Spell” Grządziela



PRAWA NOGA, KTÓRA BYŁA ZŁEM

 

„Ostatniego przystanku” Spella nie czytałem. Trochę obawiałem się powtórki klimatów „Osiedla Swobody” uchwyconych tylko w inne ramy, a trochę – taka prawda – zagapiłem się. Teraz żałuję, bo po lekturze „Przygód Stasia  złej nogi” muszę przyznać, że oto pojawiło się kolejne naprawdę gorące nazwisko na polskiej scenie komiksowej.

 

Staś to chłopiec jakich wiele. Lubi komiksy, lubi gry komputerowe, nie lubi szkoły i chciałby mieć kolegów. Wyróżnia go jedna rzecz – ma złą nogę. Co to w praktyce oznacza? W bardzo bogatej wyobraźni chłopca noga o fantazyjnym kształcie, psotna i posiadająca opinię rozrabiaki, żyje własnym życiem i stanowi pełnoprawną personę – kogoś na kształt przyjaciela Stasia dzielącego z nim szkolną ławkę. W rzeczywistości jest to chora kończyna, której stan pogarsza się wciąż i wciąż, przez co chłopiec porusza się na wózku (chyba, że akurat ma lepszy dzień), a mnóstwo czasu spędza na rehabilitacji, byle jej nie stracić. Poznanie Marcelego, kolegi z nogą w gipsie, staje się dla niego szansą na zrozumienie i prawdziwą przyjaźń. Ale w życiu nie ma lekko. Wkrótce wychowywany samotnie przez mamę Staś, który na swej liście życzeń ma także to o posiadaniu taty, przekona się o tym w aż nazbyt dosadny sposób…

 


„Przygody Stasia i złej nogi” to przejmujący do głębi, przygnębiający i wzruszający komiks dla dużych i małych czytelników. Temat niepełnosprawności nie jest tematem lekkim, łatwym ani tym bardziej przyjemnym, ale Tomasz „Spell” Grządziela znalazł sposób by przedstawić go lekkimi, łatwymi i przyjemnymi metodami. Dodatkowo przez cały album (a właściwie przez serię kilkudziesięciu krótkich, jednostronicowych opowiastek łączących się w jedną narracyjnie całość) stara się rozweselić czytelników. W efekcie finałowa scena, swoisty epilog rozpisany na trzy kończące album strony, zyskują jeszcze większej paralelnej mocy na polu wzruszeń, choć mają w sobie też tą ciepłą nutkę optymizmu, tak potrzebną bohaterowi, jego mamie i nam.

 


Od strony  graficznej charakterystyczna prostota „Przygód Stasia i złej nogi” z miejsca kupiła moje serce. Cartoonowe ilustracje i mimika, praktyczny brak teł i sporadyczna czerń zastąpiona przez paletę szarości zamiast wypaść infantylnie, zachwyciły. A zderzenie ich dziecinności z mocnym tematem i takimiż scenami zrobiło na mnie naprawdę wielkie wrażenie. Dlatego też zachęcam do poznania tego komiksu. Nie wahajcie się i sięgnijcie po niego – naprawdę jest tego wart.

 

I dziękuję jeszcze wydawnictwu Kultura Gniewu za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Proces - Franz Kafka



OSKARŻONY FRANZ K.

 

Są powieści, są dzieła do zrecenzowania których ciężko jest się zabrać człowiekowi. Bo wielkie, bo ważne w jego życiu, bo już wszystko zostało o nich powiedziane. Wszystko powyższe można odnieść do „Procesu”, bo to powieść absolutnie wspaniała, jedna z tych, które wprost kocham i przede wszystkim dzieło zanalizowane na każdy możliwy sposób. Nie mam więc szans na oryginalność, ale coś jednak mogę zrobić – powiedzieć to, co czuję i to, jak sam odbieram najsłynniejsze dzieło Franza Kafki. Nie wierzę bowiem w jego profetyzm, wyznając natomiast teorię, że Kafka popełnił najdoskonalszy w dziejach literatury surrealistyczny horror.

 

Józef K. jest oskarżony. Pytanie brzmi o co? Odpowiedź jednak zdumiałaby każdego - najwyraźniej nie jest upoważniony do uzyskania owej wiedzy. Kiedy pewnego ranka budzi się rano i odkrywa, że gosposia nie przygotowała śniadania, trafia w sam środek koszmaru. W jego mieszkaniu są obcy ludzie, urzędnicy, którzy mają go pilnować, a ona sam jest aresztowany, chociaż dziwny to areszt, bo nie odbierający mu swobody. Józef K. decyduje się dociec prawdy i zrozumieć swoje położenie w trybach urzędniczo-prawnej maszyny, które dosłownie mielą jego osobę…

 

Wielu mój wstęp mógł oburzyć, bo horror w naszym - i nie tylko - kraju, jest gatunkiem niedocenianym. Poniżanym. A przecież tak jak wśród literatury, która trafia na wyższą półkę, pełno jest, kolokwielnie rzecz ujmując, gniotów, jakie ciężko jest czytać, tak w horrorze zdarzają się arcydzieła, które przechodzą do historii. Nikt jednak nie poniża takich gatunków, jak dramat czy powieść socjologiczna, bądź psychologiczna, nawet kiedy jej przedstawiciele sięgają dna. Dlatego też prywatnie, z upartością będę nazywał arcydzieło literatury, jakim niewątpliwe jest „Proces” horrorem.

 

Czymże innym jest bowiem, niż koszmarem sennym, który zdarza się na jawie? Jak bohater "Głowy do wycierania" Lyncha, Józef musi zmierzyć się z bezsensowną grozą, która wdziera się do jego życia, a której nic nie uzasadnia. Wciśnięty w tryby machiny, która powoli odziera go ze wszystkiego, co miał, choć pozornie wszystko to mu pozostawia, przeistacza się w desperata gotowego na każdy rodzaj działania. I jest w tym niewątpliwa wielkość, jest siła, jakiej niewiele w literaturze się zdarza, jest obezwładniająca prawda i przekonująca strona społeczna. Ale jest też wszystko to, co mieści się w ramach gatunku nazywanego "Horrorem" czy "Grozą", czasem thrillerem, jako że bark tu stricte paranormalnych zdarzeń. Horrorem wyrosłym na gruncie osobistym autorami, napisanym po zerwaniu zaręczyn i mocno osadzonym w codziennej pracy urzędnika. Nie jest to może oryginalne podejście, bo spory, jakie toczą się wokół interpretacji powieści objęły już chyba wszystkie możliwe tematy, ale jest to podejście moje, takie, jakie czuję ja i przy jakim będę uparcie obstawał, jednocześnie uznając wielkość także społeczno-psychologiczno-politycznych stron powieści.

 

Niezależnie jednak od tego, jak nazwiemy "Proces", jest to literackie arcydzieło i przeczytać je trzeba. Przeczytać, poznać, zachwycić się - jest bowiem czym. Szkoda jedynie, że powieść nie jest powieścią ukończoną, że Kafka kazał spalić multum fragmentów, i że sam nie skończył pisać jej nigdy. Z drugiej strony, finał - rwany i symboliczny, oniryczny wręcz, to finał, który pasuje doskonale i nie pozostawia wrażenia braku. Dlatego kto jeszcze nie czytał, niech jak najszybciej nadrobi ten błąd! Szczególnie, że wydanie od MG zachwyca jakością i bogactwem ilustracji autorstwa tłumacza powieści, Bruna Schulza.

 

A ja dziękuję wydawnictwu MG za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

niedziela, 28 sierpnia 2016

Ktoś we mnie - Sarah Waters



KTOŚ OBCY

 

Sarah Waters na rynku wydawniczym jest obecna od 1998 rok i przez te osiemnaście lat napisała zaledwie sześć powieści. Niedługi staż, niedługa bibliografia, a jednak. W każdej dziedzinie, i w literaturze także, nie liczą się cyferki a jakość i tego właśnie możemy spodziewać się od autorki, której lista nagród i nominacji jest wielokrotnie dłuższa od listy publikacji.

 

Lata 50 XX wieku. Wiejski lekarza, doktor Faraday, zostaje wezwany do osiemnastowiecznej posiadłości Hundreds Hall należącej do rodziny Ayresów, która lata świetności ma już niestety za sobą. Cel jego wizyty jest dość oczywisty – zachorowała pokojówka, a dotychczasowy lekarza zajmujący się rodziną w chwili obecnej nie może zatroszczyć się o zdrowie kobiety. Zresztą sam Farady nie jest kimś obcym w posiadłości, jego matka pracowała tu przed laty jako służąca. Kiedy jednak przybywa na miejsce, okazuje się, że Hundreds Hall, które zapamiętał z dzieciństwa zmieniło się nie do poznania – i to, oczywiście, na gorsze. Nie wie jeszcze jednak jak bardzo. Pomoc medyczna zapewniona nie tylko pokojówce zbliża Faradaya do rodziny i wplątuje go w sekrety Hundreds Hall. A tych bynajmniej nie zabraknie. W posiadłości dzieje się coś dziwnego. Czy stoi za tym jakaś nieczysta siła czy może ktoś z domowników, nie wiadomo. Jedno jest pewne, tajemnicze zdarzenia nabierają tempa i wyrazistości i mogą zagrażać każdemu…

 

Wiktoriańskie domostwo i historie o duchach to połączenie, które pasuje do siebie idealnie. Jest klasyczne jak w kulinariach łączenie mięsa z owocami. I podobnie jak ono sprawdza się znakomicie niemalże za każdym razem. To jednak byłoby zdecydowanie za mało, by powieścią się zachwycić, a „Ktoś we mnie” zdecydowanie zachwyca. Czym?

 

Zacznijmy od tego, że jest to lektura z wyższej półki i fakt ten daje odczuć już sam styl. Głęboki, treściwy, powiedziałbym wręcz, że pełny, choć wcale nie trudny, ani ciężki. Język powieści to wzorcowa literacka robota, która bez kompleksów mierzyć się może z niejednym klasykiem. Drugą kwestią potwierdzającą klasę prozy Waters jest treść. Brzmi trochę niedorzecznie? Po opisie można by spodziewać się kolejnego horroru, jakich multum zalega księgarskie półki. Jednakże autorka pokazała, że nawet z tematu, który od wielu dekad stanowi jedynie kliszę, można wykrzesać coś zdumiewającego. Inaczej rozłożyć akcenty, znakomicie słowami namalować klimat przepastnego domostwa, które popada w ruinę i wydaje się być puste, opowiedzieć kilka przejmujących historii w tym także tą, odnoszącą się do świeżych jakże (w okresie, w którym dzieje się akcja „Kogoś we mnie”) wydarzeń drugiej wojny światowej. Jest też jakaś nieokreślona nuta dziwności i zagadki. I napięcia nie brak także.

 

Jeśli więc cierpicie na niedosyt ambitnej literatury grozy, która zaspokoi także Wasz estetyczny apetyt, sięgnijcie. Nominacje do Bookera i nagrody imienia Shirley Jackson w pełni zasłużone.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Batman: Hush - Część 1 - Jeph Loeb, Jim Lee, Scott Williams, Bob Kane, Bill Finger



CICHO SZA

 

W przypadku tego komiksu tytuł „Hush” ma jedno, konkretne znaczenie – taki pseudonim nosi nowy, potężny przeciwnik Batmana, którego twarz kryją bandaże. Słowo to w języku angielskim oznacza „ciszę” i tak akurat się składa, iż mam wrażenie, że zasłona ciszy spadła na ten album. Każdy go chwali, każdy się nim zachwyca, oceny też ma świetne, a prawda jest taka, że – owszem, niezły to komiks, ale – „Batman: Hush” to dość przeciętna opowieść dla fanów hollywoodzkich blockbusterów, w których dzieje się dużo, ale już niekoniecznie z sensem.

 

Nadszedł trudny czas dla Batmana. Udaje mu się uratować porwanego dla okupu chłopca, ale cos w tej sprawie się nie zgadza. Nie dość, że porywaczem jest Killer Croc, co absolutnie do jego Modus Operandi nie pasuje, to jeszcze okup kradnie Catwoman, a pościg za nią kończy się dla Batmana upadkiem z dużej wysokości, kiedy ktoś przecina jego linę. Stan herosa jest krytyczny. A jakby tego było mało na horyzoncie pojawia się tajemniczy mężczyzna o zabandażowanej twarzy. Dość problemów? Ani trochę! cała plejada wrogów Batmana zeszyt po zeszycie pojawia się na horyzoncie, zmuszając go do walki.

 

Oto komiks, który powstał z założenia, że musi być hitem. Na rok serię Batmana powierzono scenarzyście, który zrewolucjonizował go jaki niegdyś Frank Miller, Jephowi Loebowi („Długie Halloween” „Mroczne zwycięstwo”, „Superman: Na wszystkie pory roku”), a ten skonfrontował Batmana z zagadką tajemniczego nowego wroga, panteonem starych łotrów, uczuciami do Catwoman, a także własną przeszłością. Niestety czasem logika szwankuje, w fabułę z powodu nadmiaru postaci wkrada się chaos, a jednak całość jest przewidywalna – tak finał tego zeszytu, jak i runu Loeba (choć kilka miłych zaskoczeń się zdarzy).



Album natomiast znakomicie zilustrował Jim Lee („WILD Cats”, „X-Men”, „Batman & Robin”). Jego współczesna, wyrazista i nieco brudna kreska uzupełniona o świetny kolor, cieszy oko. Szczególnie męskie, bowiem Lee z seksownych kobiet wręcz słynie. Poza tym zaprezentował on kilka scen retrospekcji, których nie powstydził by się rewelacyjny ilustrator, Tim Sale, który tworzył z Loebem większość jego najlepszych dzieł. Lee jednak lepiej tu pasuje. Sale był bardziej mroczny i artystyczny, Lee jest komercyjnie nowoczesny, a tego oczekiwano od „Husha”. Czy to dobrze, czy źle nie mi oceniać. Nie mniej historii jako ogółowi brak czegoś ponad. Jest to niezła rozrywka, ale tylko rozrywka, która świetnie sprawdziłaby się jako gra komputerowa. Artyzm podniósłby wartość komiksu, ale zapewne zmniejszyłby sprzedaż, a na to DC nie zamierzało sobie pozwolić.

 

Szkoda.



Komiks ten otwiera nową serię, Wielką Kolekcję Komiksów DC i przy okazji omawiania go warto przyjrzeć się także i samej linii wydawniczej. WKKDC powstało jako bliźniaczka na fali popularności Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela, ale widać, że jest to brzydsza z sióstr. WKKM prezentuje naprawdę znakomite i przełomowe tytuły, WKKDC wśród kilkudziesięciu tomów ma do zaoferowania tylko kilka, kilkanaście naprawdę znaczących. Natomiast wiele wielkich komiksów nawet nie ma szans ukazać się w jej ramach – i nie można tego zwalić na fakt, że w Polsce były już publikowane, bowiem większość zapowiedzi z tej serii też już była dostępna na naszym rynku. Poza tym kolekcja Marvela dzieliła na części tylko naprawdę olbrzymie historie, DC zaś nawet cienkie komiksy publikuje w dwóch tomach. Dodatków też jest mniej, chociaż na szczęście są lepsze – nie ma publicystki, omówienia wcześniejszych wydarzeń czy genezy są powierzchowne, za to każdy tom zawiera jeden kultowy komiks, w tym wypadku jest to pierwsza przygoda Batmana z maja 1939 roku, a to o wiele lepszy bonus. Co jeszcze in minus? Cieńszy niż w WKKM jest papier i oprawa, chociaż cena pozostała taka sama. Szata graficzna też nie zachwyca, a i brak jest stron działowych poszczególnych zeszytów.

 

Nie mniej komiks naprawdę gorąco polecam. Pierwszy tom cenę ma świetną, wydanie nadal jest bardzo miłe i na tle publikacji innych wydawnictw prezentuje się za swą cenę atrakcyjnie, a wiele historii  aż kusi nawet jeśli nie należą do komiksowego top. Do tego zawarty w tym tomie pierwszy zeszyt losów Batka to jedna z tych historii, których nie wypada nie znać. A więc marsz do kiosków, jeśli jeszcze coś z nakładu zostało.

sobota, 27 sierpnia 2016

Thanos powstaje - Jason Aaron, Simone Bianchi



THANOS PRZEGRYWA



Po „Thanos powstaje” nie sięgnąłbym gdyby nie fakt, że historia stanowi prolog do „Nieskończoności”, a to wydarzenie Marvela, które na naszym rynku pojawi się już w październiku zamierzam przeczytać. Niestety geneza powstania fioletowoskórego psychopaty o boskich mocach jest tak powtórkową, że ociera się o plagiat, a sam album nie oferuje praktycznie niczego ciekawego.



Zanim przejdę do omówienia fabuły, poproszę Was o coś, dobrze? Wyobraźcie sobie antybohatera, którego nie da się zabić, a który ma niezwykłe zdolności w zadawaniu śmierci innym. Proste, prawda? teraz dodajcie do tego potężną sylwetkę i drobiazg, że pochodzi on z kosmosu. Coś jeszcze? Tak, antybohater ów wymordował wiele planet, a wśród nich jest także świat, w którym się narodził i wychował, a który zamieszkiwała pokojowa, nieznająca wojny wysokorozwinięta rasa. Co z tego mamy? Odpowiedź ciśnie się sama na usta – Lobo! Szalony rzeźnik z Czarni, którego nie sposób nie lubić! Prawda? Niestety nie…Wszystko, co napisałem powyżej odnosi się do Thanosa.

Thanos na świat przychodzi na Tytanie, największym księżycu Saturna, ale nie jest dzieckiem normalny. Dziwna mutacja zabarwiła na fioletowo jego skórę, on sam zaś ma niezwykłe zdolności – tak fizyczne, jak i umysłowe (jak na Marvela przystało, jest typowym nerdem). Lata prób zgłębienia przyczyn własnej odmienności doprowadzają go do bestialskich czynów. Wkrótce pod wpływem kobiety, którą pokocha, zaczyna Thanos ludobójstwa całych planet byle tylko zdobyć jej miłość i uznanie…
 

Brzmi głupio, to fakt, ale opowieści o Thanosie (choć znajdują się na liście 100 najlepszych) nigdy nie należały do zbyt inteligentnych. Gorzej, że przedstawiona po latach geneza jego postaci jest żywcem wyrwaną kopią powstania Lobo. Aż dziw, że nikt nie pozwał Aarona za ten scenariusz. Abstrahując od tego wszystkiego, też trudno jest doszukać się jakichś ciekawych kwestii i wątków. Kilka zbrodni Thanosa może zrobić wrażenie na tych, którzy nie czytali przygód Lobo, ale częściej nużą one czytelnika, tak jak i nużą głównego bohatera. Stylistyka też nie jest porywająca. Poważny ton całości nie robi wrażenia, a kosmiczna sceneria, jak żywcem wyrwana z „Gwiezdnych Wojen” (swoją drogą Aaron ostatnio pisze scenariusze „SW” dla Marvela) jest sztampowa i sprawia wrażenie powielonej w nieskończoność kliszy. Nawet najciekawszy wątek albumu, a mianowicie Śmierć i podważenie jej istnienia (co stoi w opozycji ze znanymi wcześniej faktami) wypada blado.


Lepsze są rysunki, które zawyżają ocenę, jednak i one nie robią należytego wrażenia. Utrzymane w manierze, która panuje w ostatnich publikacjach Marvela, balansują od zachwycających plansz, po niechlujne kadry.



Reasumując „Thanos powstaje” to kolejny, przeciętny komiks. Pozycja tylko dla zagorzałych fanów, którzy chcą przeczytać wszystko, co wyjdzie po polsku, bądź też ostrzą sobie zęby na „Nieskończoność”. Niestety, po „Avengers: Preludium Nieskończoności” i tym albumie zaczynam się obawiać co okaże się w październiku.

piątek, 26 sierpnia 2016

The Amazing Spider-Man: Śmierć Stacych - Stan Lee, Gerry Conway, JohnRomita Sr., Gil Kane



NOC PODCZAS KTÓREJ UMARŁA NIEWINNOŚĆ MARVELA



„Jeszcze ta noc

Tak różna od tamtych nocy

Noc podczas której zasnąć strach

Na sekundę zmrużyć oczy”

Pidżama Porno



Chyba żadna śmierć w historii Spider-Mana, łącznie ze śmiercią wujka Bena, nie wywarła takiego wpływu na losy tej postaci, jak tragedia Gwen. Po zeszycie „Noc podczas której zginęła Gwen Stacy” nic już nigdy nie było takie samo, a co więcej na zawsze odmienione zostało całe uniwersum Marvela.



Album zaczyna się jednak od powrotu doktora Octopusa. Po długim pobycie w więzieniu Otto udaje się wreszcie przywołać swoje macki i Spider-Man znów musi stanąć z nimi do walki. Nie wie jednak jaką cenę zapłaci za ten pojedynek ktoś inny. Ratując małego chłopca przed spadającym gruzem kapitan Stacy, ojciec ukochanej Petera, zostaje śmiertelnie ranny. Zanim jednak odejdzie z tego świata wyzna Pająkowi coś zdumiewającego i poprosi go o coś, czego – jak się z czasem okaże – nasz heros nie będzie w stanie spełnić. A co gorsza Spider-Mn posądzony zostanie o zabicie Stacy’ego…

Wkrótce jednak czeka go coś o wiele gorszego. Peter po powrocie z Kanady, gdzie stoczył bitwę z Hulkiem musi stoczyć walkę z nękającą go chorobą, jak również faktem, że jego najbliższy przyjaciel po narkotykach doczekał się schizofrenii. Niestety to najmniejsze ze zmartwień, jakie spadają na głowę naszego herosa. Norman Osborn z każdą chwilą popadając coraz bardziej w psychozę niebezpiecznie zbliża się do granicy przypomnienia sobie, że to Parker kryje się za pajęczą maską. Powrót Green Goblina staje się kwestią czasu. A co wtedy? Pojedynek, który na zawsze odmienia wszystko…



Ten tom nie zaskoczy Was fabułą, taka jest o nim prawda. Dodajcie do siebie powyższy opis i tytuł albumu, a otrzymacie streszczenie całej opowieści. Czasem jednak, niezależnie od medium, dzieje się tak, że nawet kiedy doskonale znamy wszystko, dana fabuła porusza do głębi. Dlaczego tak się dzieje, odpowiedź jest prosta – całość stanowi coś o wiele więcej, niż tylko sumę poszczególnych składników. I tak się dzieje w przypadku tego tomu WKKM.




Co jest w nim niezwykłego? Właściwie można by powiedzieć, że nic. Spider-Man toczy kolejne boje z przeciwnikami w śmiesznych strojach, noszącymi równie śmieszne ksywki, rzuca swoje żarciki i romansuje, jednocześnie zmagając się z problemami w nauce wynikającym z drugiego, sekretnego życia. Czasem wygrywa, czasem zawodzi – zdarza się i się zdarzało. Nie zdarzyło się jednak nigdy wcześniej by twórcy uśmiercili postać tak bliską głównemu bohaterowi. Teraz nie jest to żadne novum, pamiętajmy jednak, jaki wtedy stanowiło to szok. Gerry Conway dobrze jednak wiedział co robi. Ten znany ze stworzenia postaci Punishera scenarzysta chciał kogoś uśmiercić, ale ciotka May była postacią, której zgon nikogo by nie zdziwił. Po rozmowach z rysownikiem, Johnem Romitą, który często dokładał do fabuł swoje pomysły, doszli do wniosku, że najlepiej byłoby zabić Gwen. Szczególnie, że irytowała ona Conwaya swoją doskonałością, któr-ą uważał za mdłą, nudną i nie przystającą do miłości głównego bohatera – zdecydowanie wolał u jego boku postawić M.J. (czego podwaliny położył od razu po śmierci Stacy). Streszczać historii genezy nie ma sensu, jest dołączona do albumu, a w jeszcze lepszej i bardziej rozbudowanej wersji dostaniecie ją w „Niezwykłej historii Marvel Comics” od wydawnictwa SQN. Liczy się to, czego dokonała sama opowieść, a dokonała wiele.
 

Teraz, z perspektywy ponad 40 lat, możemy ocenić to najlepiej. Conway sam przyznaje, że zabicie Gwen przyczyniło się do powstania swoistego kultu tej postaci i nie można nie przyznać mu racji. Z jej legendą mierzyli się najróżniejsi twórcy. Genialnie scenę jej śmierci ukazał duet Busiek/Ross w „Marvels”, a do samego zgonu seria „Spider-Man” powracała raz po raz przez całe lata. I powraca nadal, bowiem w Stanach trwa właśnie fabuła „The Clone Conspiracy”, przy okazji której znów mogliśmy widzieć Gwen, a właściwie jej klona. Chociaż czy na pewno? Stacy jest jedną z tych postaci, których nie ośmiela się przywrócić na łamy nikt (Conway po powodzi listów od czytelników dostała w latach 70 rozkaz przywrócenia dziewczyny, nie mniej uczynił to po swojemu – zapoczątkowując sagę klonów, a prawdziwą blond miłość Petera pozostawiając w grobie), nie wiadomo tylko jak do tematu podejdzie Slott.



Wracając jednak do „Śmierci Stacych” to jest to album niemal idealny. Album, który na każdej liście najlepszych historii o Pajęczaku znajduje się bardzo wysoko, tak jak i w każdym zestawieniu top komiksów Marvela. Jest to komiks naiwny, jest infantylny i przepełniony duchem sowich czasów (prawa czarnoskórych obywateli USA, problemy z narkotykami, pozostałości po czasach Drugiej Wojny Światowej etc.), ale przede wszystkim jest tego świadom i wykorzystuje wszystkie wspomniane aspekty w najlepszy sposób. Także graficznie, chociaż jakość przedruku w tym wypadku pozostawia sporo do życzenia (miałem okazję czytać reedycje oryginalnych zeszytów i nie rzucało się to tak w oczy, jak tutaj). Romita i Kane pokazują się od najlepszej strony. Sceny są przesadnie (melo)dramatyczne, a niektóre pozy trącą skrajną naiwnością, ale jest też realizm, jest wielka nuta emocji i jest przede wszystkim to, za co czytelnicy kochali Spider-Mana w latach 70, a czego brakuje w obecnych komiksach.


Reasumując, sięgnijcie koniecznie. Nie znać tego albumu, jeśli jest się fanem komiksu (nawet jeśli nie znosicie Pająka) to po prostu wstyd. A że mamy go po polsku, świetnie wydanego, z dodatkami, z genezą powstania, galerią itp., na dodatek w znakomitej cenie, nie ma się chyba co zastanawiać, prawda? I nawet jeśli nie detronizuje on „Ostatnich łowów Kravena” z podium najlepszych spiderowych opowieści, to z pewnością dzieli z nim owo pierwsze miejsce.



p.s. Pamiętacie jeszcze pierwsze wydane po polsku zeszyty „Amazing Spider-Mana” i to, jak tłumacz, nie znając tematu, przełożył wspomnienia o Gwen, jako wspomnienia o Gwenie?

czwartek, 25 sierpnia 2016

Baśniobór (audiobook) - Brandon Mull (czyta: Janusz Zadura)



BÓR PEŁEN BAŚNI

 

Jesteście młodymi czytelnikami i lubicie fantastykę? A właściwie urban fantasy? Szukacie ciekawej pozycji z tego gatunku, mając ochotę na pełną niebezpieczeństw i niezwykłości przygodę, która wydaje się być na wyciągnięcie ręki? A więc „Baśniobór” to dobra książka, a właściwie seria, do polecenia Waszej uwadze.

 

O czym jest to opowieść? Jak to w takich przypadkach bywa o nastoletnim rodzeństwie Sorensonów, które nieoczekiwanie trafia w sam środek magicznej przygody! Piętnastoletnia Kendra i jej o cztery lata młodszy brat, Seth, dalecy są od zachwytów, kiedy okazuje się, że najbliższe wakacje spędzić mają u swojego dziadka, Stana. Szczególnie, że ten nie należy do najsympatyczniejszych ludzi, jakich spotkali. Na wstępie dziadek oferuje im całe mnóstwo zakazów, których młodzi ludzie nie zamierzają jednak słuchać, nieświadomi jaką Stan pełni rolę. I czym tym naprawdę jest las, do którego nie powinni się jego zdaniem zbliżać. Konsekwencje są jednak przerażające. Las okazuje się być Baśnioborem, niezwykła krainą, którą od wieków zamieszkują stworzenia znane z legend, mitów i baśni właśnie, dziadek zaś osobą stojącą na jego straży. Niestety złamanie zakazu doprowadza do uwolnienia się zła, do walki z którym stanąć musi Kendra. Od teraz na barkach dziewczyny spocznie los bliskich jej osób i być może także całego świata…

 

Ten schemat znamy wszyscy. Dzieci, które wbrew swej woli trafiają pod opiekę dorosłego, który wydaje się być przeciw nim, by w rzeczywistości okazać się zupełnie niezwykłą postacią to coś, do czego przyzwyczaili nas najróżniejsi twórcy w ciągu ostatnich dobrych sześćdziesięciu lat. Wystarczy wspomnieć tylko tych najważniejszych, jak C. S. Lewis i jego „Opowieści z Narnii” czy bliżej naszych czasów, rozsławiony przez filmowe adaptacje cykl Luca Bessona „Artur i Minimki”. Czy więc ma to jeszcze sens? Czy jest jeszcze po co pisać podobne opowieści? Jak się okazuje tak, a „Baśniobór” dobrze wpasowuje się w tę tradycję.

 

Fabuła, oczywiście, jak na skierowaną dla dzieci (ewentualnie młodszych nastolatków) przystało, jest prosta. Prosty jest także styl, lekki przy tym i szybki w odbiorze. Akcja dynamiczna, bohaterowie pełni dobrych cech (chociaż, jak widzicie po nieposłuszeństwie, które wpakowało ich kłopoty, wcale tacy kryształowi nie są), a nawiązania do znanych dzieł dopełniają całości. Młodzi odbiorcy będą więc zadowoleni.

 

Wersja audio natomiast nadaje się znakomicie do rozpoczęcia przygody z „Baśnioborem”. Słuchanie powieści jest bardzo przyjemne, pozbawione monotonności i dobrze odczytane. Lektor, Janusz Zadura, wpada w ucho, a całość po prostu wciąga, dlatego polecam.



 

I dziękuję Audiobookiba za udostępnienie mi audiobooka do recenzji.

Zgnilizna - Siri Pettersen



W PIERŚCIENIU UDANEJ FANTASTYKI

 

Pierwszy tom „Kruczych Pierścieni”, otwierający zdobywający szczyty popularności cykl, był książką poprawną, ale nie zwalił mnie z nóg. Ot kolejna, udana, to prawda, ale nie wybijająca się ponad podobne propozycje lektura fantasy dla młodzieży. Coś jednak miała w sobie ta powieść, pewną obietnicę alternatywnych światów i ciekawego ich wykorzystania, że pociągała. I na szczęście ten właśnie kierunek obiera Siri Pettersen w dalszym ciągu losów rudowłosej Hirki.

 

Początek daleki jest od typowej powieści fantasy. Oto na jak najbardziej współczesnym peronie pojawia się niejaki Stefan. Słuchawki na uszach, dźwięki muzyki Trenta Reznora z nich płynące – człowiek, jakich wiele. Wkrótce w tunelu odnajduje jego, Roasta, bezdomnego i… Finał ich spotkania trudno było przewidzieć. Ucieczka, pościg, wreszcie wyrwane zęby i krew kończą osobliwą konfrontację.

Akcja przenosi się do doskonale znanego nam świata fantasy, krainy Ym, ale to tylko chwilowa zmiana. Zaraz potem na scenę wkracza Hirka, główna bohaterka opisywanych tu zdarzeń, a same zdarzenia osiągają nie lada poziom. Hirka, po przejściu przez Krucze Pierścienie, co miało pomóc ocalić Ym przed Ślepymi, trafia do współczesnego nam świata. Europa, która dla nas jest zwyczajną codzienności, dla Dziecka Odyna wychowanego w zupełnie odmiennych realiach rozwój technologiczny, samoloty, samochody i wszelkie udogodnienia są szokiem. Nieznająca języka i uznana za wariatkę dziewczyna musi szybko odnaleźć się w rzeczywistości, która okazuje się być zupełnie inna, niż wszystko na to wskazywało. Ten świat pełen jest zgnilizny. Umiera. Hirka nie ma pojęcia jak wielkie jest niebezpieczeństwo. I jakich rzeczy dowie się już wkrótce…

 

Jak nie przepadam za powieściami zamkniętymi w stricte gatunkowych ramach fantasy, tak lubię kiedy ta odmiana fantastyki przełamuje schematy i bariery wchodząc w korelacje ze współczesnością. I nie ważne czy odbywa się to na zasadzie schematów z urban fantasy, postępu świata w czasie czy tak, jak tu bawiąc się alternate reality – cenię, kiedy nawet najbardziej wymyślne fabuły mają jakieś korzenie w tym, co mogę dostrzec za oknem. I to właśnie oferuje Siri Pettersen w „Zgniliźnie”, łącząc jednocześnie z klasycznym podejściem do tematu, przygodą, walkami, wyprawą, która nie tylko ma na celu ratowanie świata, ale także i doprowadzenie bohaterów do dojrzałości oraz szczyptą niezwykłości i całkiem sporą porcją zagadek, które czekają na swoje rozwiązanie.

 

Styl jest lekki i przyjemny, akcja wartka, a przejścia w treści od „świata przeszłości” do „świata teraźniejszości” płynne, ale i zaznaczające wyraźną granicę. W zestawieniu z częścią pierwszą „Kruczych Pierścieni”, „Zgnilizna” wydaje się być inną książką, a jednak zarazem to wciąż ta sama historia, tylko przeniesiona na nowy, dla mnie osobiście lepszy, grunt.

 

A zatem bez zbędnego przedłużania polecam i czekam z niecierpliwością na finałowy tom sagi.

 

I dziękuję wydawnictwu Rebis za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

środa, 24 sierpnia 2016

Na ostrzu noża - Miroslav Žamboch



AWANTURNICZE FANTASY

 

Gatunek fantasy nigdy nie był odległy od awanturniczo-przygodowych korzeni. Znany czeski pisarz, chyba najsłynniejszy fantasta z tamtych rejonów, Miroslav Žamboch w swojej trylogii o Koniaszu zdecydował się na pójście w tę właśnie stronę. Jak się jednak można było po tym autorze spodziewać, podlał to wszystko mocno męskimi motywami i bez zbędnego ociągania wrzucił w wir akcji i niebezpieczeństw.

 

Koniasz jest najemnikiem. I to bardzo typowym najemnikiem, który potrafi udowodnić, że pozory mylą, a nawet persona dość wątpliwa, jak on, może mieć swój własny kodeks honorowy i konkretne zasady. Koniasz wygląda więc jak na najemnika przystało, wielki, silny, uzbrojony, poprzecinany bliznami, jakby został zjedzony żywcem, nawet wyraz twarzy (a i zachowanie plus sposób wyrażania się) posiada bardzo ograniczony, by nie rzec tępy. Głupiec z mieczem w dłoni, co to nie zna wartości pieniądza? Tak woleliby o nim myśleć ci, którzy najmują go do najróżniejszych zadań, najczęściej kosztujących kogoś głowę, a i samemu Koniaszowi taki wizerunek jest jak najbardziej na rękę. Tym razem nasz bohater dostaje jednak zgoła odmienne zadanie – zleceniodawca nie chce by kogokolwiek zabijał, wręcz przeciwnie. Koniasz musi przeprowadzić ponad tysiąc ludzi na ziemię niczyje, gdzie mają założyć kolonię. Warunek jeden – co najmniej tysiąc z nich musi dotrzeć tam żywych. Jeśli będzie choćby o jednego mniej, horrendalna zapłata przepadnie. Koniasz, który na swojej pracy zna się jak mało kto, zlecenie oczywiście przyjmuje. Wie, że nie będzie lekko, ale czy może spodziewać się jakim naprawdę kosztem przyjdzie mu wykonać powierzoną misję?

 

Literatura Žambocha to taki książkowy odpowiednik kina akcji ze Schwarzeneggerem – dzieje się dużo, z humorem, bohaterowie są twardzi i na wskroś męscy, takie samce alfa, które i pysk obiją i niewiastę do łóżka zaciągną, a w życiu wiedzie im się dobrze, nawet jeśli wiedzie się źle. Coś więcej? Walki, pojedynki, ucieczki, pościgi, piękne kobiety, silni wrogowie, seks, przemoc… Wszystko podane stylem lekkim i szybkim w odbiorze, bo Žamboch literacko radzi sobie bardzo dobrze. Inna sprawa, że czytelnik sięgający po jego powieści musi być do pewnej stylistyki przyzwyczajony – zbiegi okoliczności, czasem niekonsekwencja i bardzo współczesne potraktowanie tematu. Nie jest to więc klasyczne fantasy, nie ma tu nazbyt rozbudowanego świata czy przesadnie oderwanego od ziemi podejścia, bardziej już pastisz, który spodoba się męskim odbiorcom.

 

Wznowienie od Fabryki Słów natomiast wygląda rewelacyjnie. Świetna, ujednolicona szata graficzna, znakomita okładka i bogato ilustrowane wnętrze składają się na tom, na który miło się patrzy i który jeszcze milej ogląda się w trakcie. A że i liczba stron jest solidna i wszystkie składowe również, warto jest  po „Na ostrzu noża” i pozostałe tomy cyklu sięgnąć.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Fabryka Słów za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Śledztwo (audiobook) - Stanisław Lem (czyta: Adam Bauman)



KIEDY LEM SPOTKAŁ KAFKĘ

 

Pamiętam, kiedy kilka lat temu obejrzałem teatr telewizji ze spektaklem opartym na tej właśnie powieści i pamiętam także, jakie wielkie było moje zdumienie co potrafi Lem. Znałem jego twórczość, przez moje ręce przewinęły się jego największe dzieła, a jednak takie niepozorne „Śledztwo” wywarło największe wrażenie. Teraz zaś, w końcu, mogłem w formie audiobooka poznać powieściowy pierwowzór i powiem jedno – ta książka zachwyca!

 

Fabuła „Śledztwa” jest z pozoru prosta. Zdawałoby się typowy kryminał, thriller ocierający się o horror. Młody śledczy ze Scotland Yardu Gregory staje przed problemem rozwiązania nietypowej zagadki. Z wiejskich kostnic znikają zwłoki, a podejrzanym może być każdy, o czym wkrótce przekona się sam główny zainteresowany. Kto za tym wszystkim stoi? Jaki ma motyw? Funkcjonariusz sukcesywnie prowadzi swoje śledztwo w dusznej angielskiej scenerii, a z każdą chwilą nasuwa się jeden jedyny słuszny wniosek – zmarli sami wrócili do życia. Tylko co takiego kryje się za zaistniałym stanem rzeczy…

 

Sięgając po „Śledztwo” słusznie możecie oczekiwać bardzo wiele – i z pewnością się nie rozczarujecie, jeśli cenicie literaturę z wyższej półki – jednak nie oczkujcie jednego, a mianowicie, że otrzymacie kryminał czy thriller. Owszem, wszystkie składowe tych gatunków znalazły tutaj swoje miejsce, jest więc swoista zbrodnia, zagadka do rozwikłania, są też trupy – chociaż kolejność nie ta, co w dreszczowcach – i śledczy, który musi zebrać wszystkie elementy w jedną całość, ale to tylko jedna strona medalu. Stanisław Lem, autor kojarzony przede wszystkim z Science Fiction i satyrą nigdy nie skupiał się tylko i wyłącznie na stylistyce, w której się poruszał. Gatunek i forma służyły mu do powiedzenia czegoś więcej i tak jest również w tym wypadku. Co oczywiście nie przeszkadza mu w osiągnięciu prawdziwego mistrzostwa na polu kryminału/horroru. Jest w Lemie bowiem jakaś zdumiewająca siła, a w jego słowach kryje się coś takiego, że napięcie, które wywołuje niebezpiecznie blisko graniczy ze strachem. Autor daje odczuć to już od pierwszych minut, kiedy główny bohater toczy rozmowę o przypadkach zaginięć zwłok. Nie ma tu literackiego rozmachu, scena jest wyciszona i wręcz klinicznie zimna, postacie po prostu wypowiadają swoje kwestie, ale dzięki temu znika gdzieś wrażenie obcowania z fikcją, a pojawia się przekonanie, że oto mamy przed sobą prawdziwą relację z dziwnych wydarzeń, które jeszcze nie znalazły swojego finału. I to przeraża. Fascynuje. Urzeka. Zachwyca.

 

„Śledztwo” nie jest typową powieścią w bibliografii legendarnego autora. Treść i styl bardzo różnią się od tego, co Lem prezentuje w innych utworach. Narracja jest iście angielska, ton niespieszny, a akcja snuje się z wolna. Emocje jednak narastają niepostrzeżenie, a dziwne zachowania, dziwne zdarzenia i dziwny świat – świat tak bliski nam i tak obcy zarazem – sprawiają wrażenie wyrwanych z głowy Kafki. Albo filmów Davida Lyncha. Solidnie przygotowana wersja audio doskonale wpasowuje się w namalowany przez pisarza klimat, oferując niemalże osiem godzin znakomitej rozrywki z najwyższej półki. Przyjemny głos lektora, doskonałe podejście do tematu i beznamiętny, rzeczowy sposób czytania sprawiają, że wersji dźwiękowej słucha się nie tylko łatwo i przyjemnie, ale przede wszystkim czytelnik czuje, jakby słuchał relacji świadka, a nie jedynie literackiej fikcji. Granica rzeczywistości zaciera się - pozostaje tylko przyjemność słuchania. I dreszcze.

 

Jeśli więc nie mieliście okazji dotychczas poznać „Śledztwa”, naprawcie ten błąd i sięgnijcie koniecznie – ta powieść warta jest poznania pod każdym względem.

 

A ja dziękuję Audiotece za udostępnienie mi audiobooka do recenzji.

Gałęziste - Artur Urbanowicz



POMIĘDZY GAŁĘZIAMI

 

Jeśli chodzi o fantastykę, to właśnie gatunek horroru jest mi najbliższy. W końcu, jakkolwiek paradoksalnie by to nie brzmiało, groza należy do najbardziej przyziemnych z odmian paranormalnej literatury. I chociaż polskie filmy nie potrafią niczego osiągnąć na tym polu, literatura radzi sobie znakomicie. Pytanie, jak na tym polu wypadł debiutujący „Gałęzistymi” Artur Urbanowicz?

 

Kiedy młoda kobieta, Anna, zmuszona sytuacją wyrusza w podróż na Suwalszczyznę, nie jest w najmniejszym stopniu świadoma tego, co spotka ją, kiedy zepsuje jej się auto. W mroku i ulewie, sama w lesie, gdzie każdy kształt przypomina ludzką postać zdecyduje się na pieszą wędrówkę, która… Czy coś w ogóle może jej grozić?

Karolina i Tomek są parą, której związek niestety wisi na włosku. Szansą na jego naprawę, a może i całkowite odbudowanie staje się wspólna wyprawa do Suwalszczyzny z okazji Świąt Wielkiej Nocy. Ciągle kłócąca się dwójka, która nie potrafi wytrzymać bez wzajemnych oskarżeń, a jej przekonania, zainteresowania i poglądy stawiają oboje po przeciwnych stronach barykady będzie musiała spędzić ze sobą jeszcze więcej czasu. Czy ich podróż może się udać? Wszystko wskazuje na to, że nie, a z każdą kolejną chwilą jest coraz gorzej. Przez problemy z cukrem we krwi Tomek omal nie zabija oboje w trakcie jazdy. Wkrótce okazuje się także, że będą musieli zamieszkać gdzie indziej, niż planowali, a miejsce to nie jest wcale lepsze od pierwotnego – budynek znajduje się obok dawnego cmentarza, a na dodatek pod dachem nie brak świeżo zmarłej osoby. Żeby jednak na tym skończyły się problemy Tomka i Karoliny, nie byłoby tak źle. Niestety. W domu zaczynają mieć miejsce dziwne zdarzenia, a bohaterów nawiedzają tajemnicze sny. Powoli wokół ich szyj zaciska się pętla…

 

Mroczny las i jego sekrety to temat stary, jak sama literatura grozy. Na wykrzesanie zeń czegoś oryginalnego nie ma więc już większych szans, ale nadal można mieć nadzieję na dobre powielenie znanych schematów i podanie ich w ciekawej formie. Są w końcu rzeczy i motywy, które nigdy się nie przejadają i tak jest w tym właśnie przypadku. Urbanowicz poradził sobie z nimi całkiem nieźle. Owszem, czuć w „Gałęzistych”, że jest to dzieło debiutującego pisarza, ale książkę czyta się przyjemnie i z napięciem, a warstwa obyczajowa ma swój urok.

 

Treść i poprowadzenie akcji także wciągają w świat, który wyłania się z mroku lasu i spokojnej zdawałoby się wsi. Pomiędzy gałęziami rozciąga się groza zakorzeniona daleko w przeszłości i pomiędzy tymi samymi gałęziami, jak pajęczyna, rozciąga się także dramat rozpadu związku. Wszystko dobrze znane, a jednak czyta się miło i przyjemnie, jeśli więc lubicie rodzime horrory sięgnijcie, nie zawiedziecie się.

 

A ja dziękuję autorowi za udostępnię mi egzemplarza do recenzji.

czwartek, 18 sierpnia 2016

Samotny smakosz - Jirō Taniguchi, Masayuki Kusumi



TAK SMAKUJE MANGA

 

Chociaż tradycja japońskich komiksów nie jest szczególnie długa (forma, w jakiej znamy je dzisiaj  wyklarowała się dopiero po drugiej wojnie światowej), to jednak zakres poruszanych przez nie tematów wprost imponuje. Nigdzie indziej w medium obrazkowym nie spotyka się bowiem takiej rozpiętości treści, jak w Japonii właśnie. Mangi omawiają właściwie każdy gatunek i każdą dziedzinę życia, wszystkie pasje. Rzadko udaje się je zaszczepić na obcy grunt, ale w każdej kategorii są dzieła, które zachwycają niezależnie od zainteresowań. I takim właśnie dziełem jest kulinarny „Samotny smakosz”, który sprawia, że czytelnik aż czuje na języku smak omawianych potraw.

 

Inogashira Gorō to samotny mężczyzna, który zajmuje się importem dóbr. Nie posiada jednak sklepu, bo uważa, że każda rzecz, o którą trzeba dbać to tylko jeszcze większe obciążenie, a on przecież się nie rozdwoi. Z tej też przyczyny nie związał się z nikim, nie założył rodziny i wiedzie życie w swoim spokojnym rytmie. Ma jednak jedną pasję, którą pomagają mu spełniać służbowe wyjazdy – a jest nią kuchnia. Jedzenie. Potrawy, którymi delektuje się, jak prawdziwy smakosz, poznając wciąż nowe smaki, odkrywając niesamowite knajpki i restauracje i podglądając ich codzienność, wraz z życiem ludzi przez nie się przetaczających…

 

W 1985 roku ukazała się kultowa już powieść „Pachnidło”, która jedynie za pomocą słów jako pierwsza zdołała uchwycić bogactwo zapachów świata i – co ważniejsze – przekazać je odbiorcy. Dwadzieścia jeden lat później sukces ten powtórzyła filmowa adaptacja, dając możliwość widzom poczuć, że celuloid także potrafi przekazywać woń. Teraz natomiast manga duetu Taniguchi/Kusumi prezentuje coś jeszcze bardziej zdumiewającego – że na papierze, zaledwie przy pomocy słów i rysunków można pokazać odbiorcy jak smakują różne dania; nawet jeśli ten nie miał możliwości wcześniejszego ich próbowania. A to wyczyn iście magiczny, mistrzowski, bo tylko częściowo odwołujący się do naszych prywatnych kulinarnych doświadczeń.



Zadziwiające jest równie to, jak pozornie pozbawiona akcji manga może wciągać, zachwycać i emocjonować. Oczywiście nie jest tak, że bohater przez dwieście stron siedzi i je. Mamy jego przemyślenia, widzimy wycinki z życia ludzi, których spotyka na swojej drodze, mamy też konkretne zdarzenia dziejące się w trakcie, a jednak suma emocji i przyjemności jest większa niż suma poszczególnych elementów. A że manga została przy tym wspaniale zilustrowana – rysunki z pietyzmem oddają detale dań i ich składników - i uzupełniona o komentarze odnośnie potraw jej lektura jest jak delektowanie się wykwintnym daniem, które przyjemnie pieści podniebienie.

 

Dlatego polecam gorąco – nie tylko miłośnikom gotowani, bo ta sensualna manga smakuje przepysznie!

 

I dziękuję wydawnictwu Hanami za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Hobbit, czyli tam i z powrotem (Audiobook) - John Ronald Reuel Tolkien (czyta: Marian Czarkowski)



LEGENDA, KTÓRA ZAPOCZĄTKOWAŁA FANTASY

 

„Hobbit” to klasyka powieści fantasy dla dzieci i młodzieży, kultowa książka, która od blisko 80 lat zachwyca czytelników bez względu na wiek. To ona także stała się podwaliną gatunku Fantasy, stanowiącą pomost pomiędzy baśniowymi korzeniami a prawdziwie dojrzałym wykorzystaniem ich motywów. Dlatego nie znać jej to po prostu wstyd, a audiobook to forma równie dobra, jak każda inna by wkroczyć w pełen przygód świat Śródziemia.

 

O czym opowiada ta historia? Nikomu chyba nie trzeba tego mówić, nie mniej dla formalności (i dla tych, którzy rzeczywiście jeszcze nie mieli okazji obcować z tym dziełem) przypomnę, że o wyprawie krasnoludów, chcących odzyskać swe skarby i królestwo zagarnięte przez smoka Smauga. Z powodu ich przesądności do drużyny za namową czarodzieja Gandalfa dołącza hobbit Bilbo i tak zaczyna się wspaniała przygoda, w której bohaterowie stawić będą musieli czoło pająkom, olbrzymom i trollom, zyskując wrogów, przyjaciół i doświadczenie.

Przygoda i zarazem wstęp do trylogii "Władcy pierścieni".

 

Co trzeba powiedzieć, to to, że powieść w wersji audio słucha się po prostu znakomicie. Napisana lekkim językiem, pełna akcji i zaskoczeń nie pozwala czytelnikowi (niezależnie młodemu czy dorosłemu) przerwać przed samym finałem. I nawet kiedy lektorowi zdarzają się drobne wpadki (choćby uśmiech w zabawnych momentach) są one tak urocze i tak współgrające z treścią, że trudno jest je zaliczyć in minus.

 

W kwestii innych minusów, ciężko jest takowe znaleźć, jeśli rozpatruje się „Hobbita” jako samodzielną opowieść przeznaczoną dla dzieci. Jeśli jednak spojrzeć na „Tam i z powrotem” z szerszej perspektywy całej mitologii stworzonej przez Tolkiena, jej ton jest inny, niż w następnych dziełach nierozerwalnie z nią związanych. Można się jedna sprzeczać, czy jest to rzeczywiście minus – trzeba w końcu pamiętać, że „Hobbit” funkcjonuje w świecie przedstawionym jako wspomnienia autorstwa Bilbo Baginsa, co daje mu pełne prawo do odmiennej stylistyki i swobodnego, subiektywnego podejścia do omawianych wydarzeń.

 

Dlatego też polecam go całym sobą i z czystym sumieniem – szczególnie, że jest o niebo lepszy od popularnych, acz niezbyt udanych filmów Petera Jacksona, które chciały na siłę pokazać swoją wielkość.

 

I dziękuję Audiotece za udostępnienie mi audiobooka do recenzji.

Opowieści z Narnii. Książka do kolorowania - Clive Staples Lewis, Pauline Baynes



NARNIA DO POKOLOROWANIA

 

Dokładnie sześćdziesiąt lat temu, w roku 1956, ukazała się ostatnia powieść o przygodach rozgrywających się w fantastycznej krainie Narnii – „Ostatnia Bitwa”. Taka rocznica to doskonała okazja by przypomnieć sobie cała wspaniałą serię, która od ponad pół wieku rozpala wyobraźnię czytelników z całego świata. Nie omija jej także wydawnictwo Media Rodzina, które w naszym kraju odpowiada za publikację cyklu, wypuszczając na rynek kolorowankę zwierającą oryginalne ilustracje z książek. Ale nie tylko.

 

Witajcie w Narnii, niezwykłej krainie, w której splatają się motywy z mitów, religii chrześcijańskiej i baśni. Jak można do niej trafić? Sposobów jest naprawdę wiele. Można na przykład przejść przez starą szafę pełną futer, albo też przeniknąć przez obraz. Można również na wiele innych sposobów – jedynym ograniczeniem jest wyobraźnia. Jeszcze więcej jest przygód, jakie czekają w Narnii na każdego, kto odwiedzi jej ziemie. A Wy możecie teraz przeżyć je wszystkie – od pojawiania się królowej Jadis przez przygody Piotra, Łucji, Edmunda i Zuzanny po ostateczną bitwę o spokój fantastycznej krainy. Aslan i Kaspian. Święty Mikołaj i Biała Czarowania. Eustachy i Julia. Digory i Polly. Wszystkie postacie ze wszystkich książek serii spotykają się po raz kolejny, żeby znów przeżyć najważniejsze przygody…

 

A czytelnik ma okazję uczestniczyć w nich w aktywny sposób, nadając wszystkiemu własnych barw, ożywiając oryginalne, znane z książek ilustracje Pauline Baynes. Przy okazji publikacja nie ogranicza się jedynie do roli kolorowanki, ale także streszcza wszystkie siedem części „Opowieści z Narnii” poprzez krótkie fragmenty zaczerpnięte z samych książek. Dzieci otrzymują więc nie tylko szansę na zabawą kredkami, flamastrami czy mazakami, mogą przy okazji przypomnieć sobie (lub wprowadzić się w temat – książeczka nie wyczerpuje go bowiem) to, co napisał C. S. Lewis.

 

Dla młodych fanów Narnii i kolorowania ta pozycja jest jak znalazł. Klasyczne ilustracje doczekały się też nowej interpretacji, która urozmaica zaczerpnięte z powieści rysunki, a samo wydanie przygotowane zostało starannie, na dobrej jakości papierze i w ładnej oprawie.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Media Rodzina za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

środa, 17 sierpnia 2016

Epidemia - Suzanne Young



SAMOBÓJSTWA JESZCZE SIĘ NIE KOŃCZĄ

 

Wydawało się, że seria „Program” opowiadająca o świecie, w którym nastolatki w wyniku tajemniczej plagi popełniają samobójstwa zakończy się na drugim tomie. Potem jednak na naszym rynku pojawiło się „Remedium”, powieść prezentująca losy zupełnie nowej postaci żyjącej w okresie poprzedzającym dotychczasową akcję, a teraz nadszedł czas by historia ta została dopowiedziana do końca, budując most pomiędzy „Remedium” a „Plagą samobójców”.

 

Nastoletnia Quinlan McKee jeszcze całkiem niedawno korzystała ze swojego niezwykłego daru by pomagać ludziom, ale to się skończyło. Teraz sama potrzebuje pomocy, a nie może zaufać nikomu. Dosłownie. Nawet Deacon, którego miała za bardzo bliską sobie osobę, za przyjaciela i ukochanego, okazuje się być kimś zupełnie innym. To wszystko to jednak najmniejszy z jej kłopotów. Quinn dotychczas wcielała się w role zmarłych nastolatek by ułatwić ludziom pożegnania ze zmarłymi krewnymi. Nie była jednak świadoma, że w którymś momencie tak bardzo wcieliła się w swoją rolę, że przestała być sobą. Stała się Quinn, stała się czyjąś straconą córką. Ale kim była naprawdę? Pozbawiona własnej tożsamości i wszystkiego, co dotychczas stanowiło jej życie, stara się odkryć prawdę o samej sobie. Dowiaduje się jednak czegoś o wiele bardziej wstrząsającego. Są bowiem ludzie, którzy chcą ją wykorzystać do własnych celów, a ona sama jest częścią eksperymentu mającego pomóc w walce z plagą samobójstw. Nastolatka jednak nie zamierza brać w tym wszystkim udziału…

 

Może to i typowo młodzieżowa pozycja, ale cała seria publikowana pod wspólnym tytułem „Program” jest naprawdę ciekawą propozycją dla czytelników w różnym wieku. Warunek by się dobrze bawić? Właściwie tylko jeden – chęć przeczytania opowieści o dystopijnym świecie, w którym odbieranie sobie życia stało się chorobą, jak każda inna. Chorobą, z którą trzeba walczyć, a rząd znalazł na to metodę – pranie mózgu. Dzieło Suzanne Young wyrosło bowiem na dość młodej tradycji „Igrzysk śmierci” i podobnych opowieści i przypadnie do gustu każdemu, kto dobrze bawił się w trakcie ich lektury. Trafia się tutaj pewna umowność i często złagodzone podejście do tematu ze względu na wiek docelowych odbiorców, ale atmosfera jest ciężka, gęsta, depresyjna, a zagadki intrygujące.

 

Czy na wszystkie poznamy odpowiedzi w „Epidemii”? To już rzecz, której dowiedzieć się musicie z książki. A tę warto przeczytać. I warto także czekać na kolejny tom, nad którym autorka już pracuje, a który kontynuować będzie losy bohaterów „Plagi samobójców” i „Kuracji samobójców”.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Feeria Young za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.