piątek, 30 września 2016

Uwaga, wilk! i inne bajki Ezopa - Cristóbal Joannon



BAŚNIOWE OPOWIEŚCI

 

Kiedy myślimy o „Baśniach”, do głowy od razu przychodzą nam bracia Grimm albo Hans Christian Andersen. Nie można jednak zapomnieć o greckim autorze, Ezopie, który już sześć wieków przed naszą erą tworzył swoje bajki. Szczególnie, że Nasza Księgarnia wznowiła te najważniejsze opowiedziane na nowo przez Cristóbala Joannona.

 

I jest to bardzo „nowe” ujęcie tematu. Zresztą przez wieki najróżniejsi twórcy przygotowywali swoje wersje klasycznych opowieści Ezopa. Ze szkoły każdy z nas pamięta z pewnością te, które na ich podstawie sporządzili klasycy rodzimej literatury, w szczególności Ignacy Krasicki. Uwaga, wilk!, Lis i kruk i wiele, wiele innych bajek, zarówno tych doskonale wszystkim znanych, jak i mniej kojarzonych powraca teraz w kolejnej, mocno uwspółcześnionej wersji przeznaczonej dla młodych odbiorców żyjących w XXI wieku.

 

Ezop to jeden z tych jakże nielicznych autorów, których utwory znają wszyscy (nawet jeśli nie kojarzą ich z jego nazwiskiem), a o którym wiadomo bardzo niewiele. Nie znamy daty jego urodzenia ani śmierci, a wszystkie pozostałe „fakty” zostały już tak zmitologizowane, że nie mamy pewności czy rzeczywiście był niewolnikiem, jak to się utarło, ani czy jego brzydota naprawdę była taka, jak przedstawiono na rzeźbach. Wiemy natomiast jedno – bajki, kiedy je pisał, nie były utworami dla dzieci. Stanowiły raczej satyryczny komentarz, który miał piętnować i moralizować. I te cechy, nawet jeśli teraz inspirowane nim opowieści przeznaczone są dla dzieci, przetrwały.

 

Cristóbal Joannon nie skopiował ich treści. Postanowił pójść inną drogą, inspirując się nimi i ubierając w zupełnie nowe szaty. Bohaterowie posługują się więc współczesnymi przedmiotami, a nawet sami stają się postaciami teraźniejszymi, jak w bajce o… gitarzyście. Co więc pozostało z twórczości Ezopa? Samo sedno, rdzeń jego opowieści, przesłanie i wydźwięk. Sens i ponadczasowość. I to w tym wszystkim pozostaje najważniejsze.

 

Każdą z krótkich, napisanych w prosty z sposób bajek ilustrują równie proste, klasyczne w formie ilustracje, które czasami zahaczają o komiksowe korzenie. Dobrze współgrają z tekstem, są miłe dla oka, a całość doskonale nadaje się dla dziecięcych odbiorców. Polecam zatem.

 

I dziękuję wydawnictwu Nasza Księgarnia za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Ślady - Jakub Małecki



PO ŚLADACH DO CELU

 

Małecki to autor nietypowy. Z jednej strony jego twórczość jest dziwna, z drugiej porusza popularne tematy, to znów z kolejnej sięga wyżej, ku ambitnym szczytom. Ale przede wszystkim jest autorem, którego warto poznać, czy się lubi fantastykę (i to bardzo szeroko pojmowaną) czy obyczajowe, dramatyczne historie z nietuzinkowymi bohaterami, czy też wreszcie teksty traktujące o najnowszej historii Polski. I taka właśnie jest jego nowa książka, zabierająca czytelników w serię bardzo osobliwych podróży zebranych pod wspólnym mianownikiem.

 

W życiu tak właśnie bywa. Czasem coś niezwykłego wsącza się w nie tak niespostrzeżenie, że trudno jest nam w ogóle zwrócić na to uwagę, a czasem wdziera się w ten żywot gwałtem. Dla Tadeusza śmierć to właściwie dopiero początek. Ginie na wojnie, kula trafiła go w głowę, ale coś po nim pozostaje. Non omnis moriar, chciałoby się rzec. Historie bliskich mu osób splatają się ze sobą, niby oderwane od wszystkiego, niezależne, dalekie od jego losów, powoli składając się w jedną, intrygującą całość…

 

Dziwna jest to książka. Ani zbiór opowiadań, ani powieść, a zarazem i powieść i zbiór opowiadań jednak. Jest tu trochę, jak w „Opętanych” Palahniuka, chociaż nie istnieje fabuła splatająca całość, a są raczej tytułowe ślady. Powracające motywy i kwestie, które łączą w całość wątki, jak życie łączy w sobie żywoty różnych ludzi. Krok po kroku, rozrzucone tropy zbiegają się w jedną całość. Jest tutaj coś z fantastyki, jednakże dominuje przekonująca warstwa obyczajowa, pełna ciekawych (także pod względem psychologicznym bohaterów). I jest jeszcze ta rzeczywistości, jakże nam bliska, bo odtwarzająca autentyczne miasta, gdzie akcja toczy się na tle dobrze znanych wydarzeń. Ba, są tu nawet mapy owych miast i ich okolic stanowiące swoiste strony działowe.

 

Jak Małecki to wszystko opisuje? Jego styl nie jest stylem popowym, nie ma tutaj rozrywkowej lekkości i prostoty. Autor snuje swoją opowieść w sposób ambitny, bardzo klasyczny, choć z emocjami, a czasem nawet nutą szaleństwa. Przede wszystkim rządzi jednak stonowana, bardzo realistyczna stylistyka. Wysmakowana i wymagająca. Coś w sam raz dla czytelników, którzy pragną czegoś z rodzimej wyższej półki, nieoczywistego i niegłupiego.

 

A zatem nie pozostaje mi nic innego, jak polecić Wam „Ślady”. Małecki po raz kolejny udowadnia, że jest jednym z najciekawszych młodych polskich twórców, a jego karierę warto jest śledzić. Dlatego nie wahajcie się i sięgnijcie, naprawdę warto.

 

A ja dziękuję wydawnictwu SQN za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Lalka - Bolesław Prus



BO TO ZŁA KOBIETA BYŁA

 

Któż z nas nie zna tego kultowego cytatu z „Psów”? Zestawianie ze sobą obu tych dzieł nie ma większego sensu, bo film Pasikowskiego choć kultowy wielki nie jest, podczas gdy „Lalka” należy do jednego z najwyższych osiągnięć polskiej literatury, ale tekst ów dość dobrze podsumowuje powieść Prusa. Genialny utwór o niewłaściwie ulokowanych uczuciach i trudach miłości do „złej kobiety”.

 

Stanisław Wokulski jest bogatym warszawskim kupcem, na drodze którego los stawią ją. Przepiękna Izabela Łęcka, zubożała arystokratka, nie jest ideałem, ale Wokulski zakochuje się w niej do szaleństwa. Z tej miłości zaś zaczyna starania, by być jej godnym, co przekłada się na próby zwielokrotnienia majątku. Jednakże Izabela należy do osób, które nie są w stanie pokochać chyba nikogo…

 

„Lalka” jest z nami już od prawie 130 lat, jeśli liczyć rozpoczęcie publikacji prasowej. Przez ten czas doczekała się nie tylko statusu lektury szkolnej, ekranizacji, musicali i sztuk, ale także i przekładu na kilkadziesiąt języków, a przede wszystkim wielkiego uznania. I nic dziwnego, bo powieść Prusa to dzieło wybitne, ambitne i doskonale zgłębiające psychologię swoich nowatorskich, jak na tamte czasy postaci. Sam Wokulski ciekawi i fascynuje, symbol przedsiębiorczości, kiedy zaczyna się miotać pomiędzy ślepym zauroczeniem Izabelą, a prawdą, którą momentami dostrzega, po prostu zachwyca. Jeszcze bardziej intrygująca jest Izabela właśnie. Chociaż jej ród bliski jest upadkowi, ta piękna, choć zimna kobieta, typowa femme fatale, nie potrafi związać się z niżej urodzonym mężczyzną. Jest w niej coś z nieświadomej swojego stanu psychopatki, która krzywdzi innych i siebie, co pociąga i skłania do myślenia.

 

W parze ze znakomitą treścią idzie także absolutna wielkość pióra. Językowo i stylistycznie Prus wspina się na literackie wyżyny. Jego wysmakowane pisarstwo, niespiesznie prowadzona akcja, rozbudowane zdania i opisy oraz wielki talent czynią z „Lalki” coś więcej, niż tylko powieść. Jakby ostateczna wartość była wyższa, niż suma wszystkich poszczególnych składników. Jakby między słowami kryło się coś jeszcze.

 

Podsumowując – warto. A wręcz trzeba. koniecznie. Bez uprzedzeń, że to szkolna lektura, bez brzemienia niemalże półtora wieku tradycji i kultury. Sięgnijcie, zostawcie za sobą wszystko, co sądzicie o Prusie i jego książkach i dajcie się uwieść. Polecam.

 

I dziękuję wydawnictwu MG za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

czwartek, 29 września 2016

Opowiadania zebrane, tom 1 - Frank Herbert



MISTRZOWSKIE OPOWIADANIA

 

Przyznam się bez bicia – nie lubię Herberta. A właściwie nie tyle Herberta, co jego „Diuny”. Być może jest w tym pewna wina filmu, który widziałem najpierw, a który mnie rozczarował, a może opus magnum tego autora nie trafia w mój gust klimatem, trudno mi jednak zachwycić się tym dziełem. Natomiast z opowiadaniami Herberta rzecz ma się zupełnie inaczej. Bo to naprawdę znakomite teksty, które zachwycają, urzekają, fascynują i przede wszystkim pokazują mistrzostwo na polu fantastyki naukowej.

 

Przede wszystkim ten zbiór nie jest zbiorem opowiadań ze świata „Diuny”. Teksty, które wchodzą w jego skład to przekrój przez całą twórczość Franka Herberta. Mamy tutaj historie bardziej przyziemne, rozgrywające się w bliskich nam realiach, mamy także te zupełnie fantastyczne i wreszcie takie, które swoją tematyką, wykonaniem i stylem przypominają „Diunę”. Niezależnie od tego w którym podgatunku porusza się autor, zawsze robi to w znakomitym stylu, przekonując do swoich (często jakże proroczych) wizji i zabierając w światy jakże odległe, a przy tym pozostające bardzo bliskie każdemu czytelnikowi.

 

Chociaż Herberta nie ma z nami już od ponad trzech dekad, a jego opowiadania powstawały od lat czterdziestych do osiemdziesiątych, czasami aż trudno uwierzyć, że nie jest on pisarzem nam współczesnym. Podobnie jak to jest w przypadku antologii opowiadań innego giganta fantastyki (także wydawanych przez Rebis), tak i tutaj mamy do czynienia z tym, co w gatunku najlepsze – wielkością i ponadczasowością. Nawet, kiedy przedstawione nowinki czy obce światy zatracają po latach swoją futurystyczność, pozostaje w nich coś takiego, co z miejsca zjednuje sobie czytelników. W konsekwencji „Opowiadania zebrane” czyta się z wypiekami na twarzy i ochotą na więcej.

 

Stylistycznie Herbert bywa różnorodny. Wraz z rozwojem jego kariery zmieniało się jego pióro, ale we wszystkich przypadkach to, jak pisze przykuwa uwagę. Bywa lekki i przyjemny, bywa także cięższy, trudniejszy, zahaczający o hard SF, nie mniej na swojej pisarskiej robocie zna się znakomicie. I ma przy okazji bardzo bogatą wyobraźnię oraz inteligencję, którymi wypełnione są jego krótkie formy literackie.

 

Podsumowując: warto. Jeśli kocha się fantastykę, a w szczególności Science Fiction, ten zbiór to prawdziwy skarb. Ale nie tylko wtedy. Twórczość Herberta stanowi kilka dekad historii literatury, które na stałe zadomowiły się w popkulturze i nieprzerwanie wywierają wpływ na kolejne pokolenia. I już choćby dlatego warto jest „Opowiadania…” poznać. Nie wahajcie się więc, sięgnijcie. Polecam!

 

I dziękuję wydawnictwu Rebis za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Kubuś i przyjaciele. Dekoracje świąteczne



PUCHATKOWYCH ŚWIĄT!

 

Powoli zbliżają się Święta. Wprawdzie, kiedy piszę te słowa kończy się dopiero wrzesień, ale jak wiemy wszyscy z doświadczenia lat ubiegłych, już wkrótce w sklepach pojawią się pierwsze gwiazdkowe produkty i dekoracje. A co za tym idzie warto zacząć powoli myśleć o prezentach i gadżetach, żeby uniknąć późniejszej gorączki. Szczególnie takich, które pomogą w przygotowaniach. A ta przeurocza książeczka należy właśnie do nich należy!

 

Co konkretnie ma do zaoferowania? Jak mówi sam tytuł, w przypadku „Kubusia i przyjaciół. Dekoracji świątecznych” możemy liczyć na bożonarodzeniowe dekoracje właśnie. Pytanie co to oznacza w praktyce? Książeczka proponuje przede wszystkim mnóstwo naklejek i wypychanek. Na tym jednak nie koniec, bo w środku znalazło się także miejsce na porady, jak krok po kroku przygotować własną bombkę czy nawet upiec miodowe pierniczki. A wszystko to w utrzymane w Świątecznym klimacie i – oczywiście – otoczone całym wianuszkiem puchatkowych postaci, które lubi chyba każdy z nas, nie tylko dzieci.

 

Jak widać „Kubuś i przyjaciele. Dekoracje świąteczne” to znakomita propozycja dla miłośników misia o małym rozumku i jego przyjaciół. Szczególnie jeśli dziecko nie może już doczekać się świat i uwielbia ich atmosferę. A czy jest ktoś, kto jej nie uwielbia w młodym wieku? Niniejsza książka dobrze wykorzystuje oba tematy prezentując ciekawe i przydatne rzeczy, które wykonać może każdy (w towarzystwie rodziców oczywiście), doskonale się przy tym bawiąc.

 

Edytorsko pozycja została wydana bardzo ładny sposób. Kolorowe, wesołe, ciepłe wnętrze, wspomniane już naklejki i wypychanki (które nie są tylko dodatkiem, ale elementem nierozerwalnie związanym z zawartością książki). Wszystko to składa się na ciekawą i godną polecenia publikację dla najmłodszych. Sięgnijcie zatem i pamiętajcie, że w ofercie wydawnictwa znajduje się jeszcze wiele podobnych tytułów. Polecam gorąco!

 

I dziękuję wydawnictwu Zielona Sowa za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

środa, 28 września 2016

Zielone martensy - Joanna Jagiełło



FELIKS, OPTA I WIKA

 

Kiedy zapoznałem się z opisem tej powieści, pomyślałem, że ktoś postanowił stworzyć kopię serii „Felix, Net i Nika” z tym, że pozbawioną elementów fantastyki. Główny bohater nazywa się Feliks, a jego przyjaciółką jest rudowłosa dziewczyna w martensach. Brzmi znajomo? A jednak Joanna Jagiełło zasiała na tym gruncie ziarno, z którego wyrosła niesamowita powieść o nastolatkach, ich problemach i uczuciach.

 

Feliks ma czternaście lat i nie należy do najpopularniejszych uczniów. Outsider, który ze względu na mizerny stan sił fizycznych nie znosi sportu, przez rówieśników uznawany jest za mięczaka. Nie chce być taki, jak inni, wszelkie rywalizacje uważa za głupotę, a wolny czas woli spędzić z książką w ręku lub na spacerze. Niestety „czas wolny” to dość abstrakcyjne pojęcie, kiedy ma się pracującą za granicą matkę pielęgniarkę, młodszą o cztery lata wiecznie narzekającą siostrę i babcię, której stan zdrowia zaczyna się niebezpiecznie pogarszać. I nagle pewnego dnia poznaje ją. Opta, jak każe na siebie mówić, Otylia, jak nazwali ją rodzice (co przez rówieśników zostało szybko zinterpretowane jako Otyła, szczególnie, że dziewczyna ma nieco nadwagi) wydaje się inna, niż reszta dzieci w szkole. Po pierwsze jest chętna z nim rozmawiać. Po drugie jest w niej coś takiego, że nie potrafi nie być przy niej rozbrajająco szczery. A po trzecie jest outsiderką, jak on sam. Chora na astmę, kolorowo ubierająca się dziewczyna w zielonych martensach nie przejmuje się ani tym, że ma kilka kilogramów za dużo, ani traktowaniem ze strony niektórych rówieśników. To spotkanie będzie brzemienne w skutkach, odmieniając życie obojga nie do poznania…

 

Ta książka jest urocza, mądra, znakomicie napisana i czyta się ją po prostu jednym tchem. Najważniejsze są w niej jednak niesamowite emocje towarzyszące lekturze, dzięki którym po prostu wpada się z literacki świat i życie trójki głównych bohaterów, Feliksa, Wiki i Opty, z perspektywy których poznajemy wydarzenia. A jest to życie naprawdę intrygujące, zwyczajne, a jednak fascynujące.

 

Co warto nadmienić „Zielone martensy” to nie naiwna, infantylna opowiastka dla młodych, ale realistyczna i bardzo prawdziwa historia z ludzkimi bohaterami. Nie brak jej dojrzałości, nie stroni od trudnych tematów, a także oferuje solidną porcję nadziei i pocieszenia. Oraz, oczywiście, płynący z całości morał. Jednym słowem literatura idealna dla wszystkich nierozumianych outsiderów, którzy czują się, jakby nie pasowali do szkoły, świata i wypełniających go ludzi. Pamiętajcie, że gdzieś tam są osoby takie, jak Wy. I są też książki, które opowiadają o nich właśnie. O Was. „Zielone martensy” to taka właśnie pozycja – i to jedna z najlepszych w swoim gatunku. Dlatego polecam bardzo gorąco.

 

I dziękuję wydawnictwu Nasza Księgarnia za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Spider-Man. Encyklopedia postaci - Daniel Wallace



KOMPENDIUM WIEDZY O SPIDER-MANIE

 

Książki nie należy oceniać po okładce. To prawda tak dobrze wszystkim znana, że stanowiąca już frazes, a jednak warto o niej pamiętać. Weźmy na przykład tę pozycję. Po okładce spodziewałem się lekkiej i prostej książki dla dzieci i, owszem, po części to właśnie otrzymałem, ale przede wszystkim w moje ręce trafiła wspaniała i kompleksowa encyklopedia, która spodoba się także dorosłym fanom Spider-Mana.

 

Człowiek Pająk jest z nami już 54 lata. Przez ten czas doczekał się kilkunastu tytułów prezentujących jego przygody i grubo ponad tysiąc zeszytów (sama główna seria „Amazing Spider-Man” doczekała się już ponad 730 numerów), a co za tym idzie całej rzeszy bohaterów; zarówno tych dobrych, jak i złych. „Encyklopedia…” zbiera ponad dwieście najważniejszych z nich od tych bardzo znanych (Gwen Stacy, Green Goblin, Venom, Vulture, Mysterio) po te, o których prawie nie słyszeliśmy w naszym kraju (Nightmare, Paper Doll, Sentry). Całość została uzupełniona także o bohaterów innych serii Marvela gościnnie działających z Pajęczakiem, takich jak członkowie Avengers, X-Menów czy wreszcie Fantastycznej Czwórki. A wszystko to w bogato ilustrowanym tomie, który wpada w oko.

 


Zacznijmy od dziecięcej strony „Encyklopedii…”, bo w końcu to najmłodsi miłośnicy Spider-Mana są grupą docelową. Mamy więc dużo kolorowych ilustracji, podstawowe informacje o bohaterach i ich losach, status (czy jest wrogiem, przyjacielem czy kimś neutralnym), a także profil oceniający posiadane moce w skali 1-7. Treść została napisana w prosty, przystępny sposób, a dobór ilustracji nie tylko dobrze obrazuje temat, ale także stanowi swoisty przekrój przez graficzną historię serii. John Romita Sr.,John Romita Jr., Terry Dodson, Mark Bagley, Todd McFarlane czy Humberto Ramos to zaledwie część jakże bogatej listy autorów, których prace tutaj wykorzystano. I to można uznać za pierwszy z powodów, dla których nawet dorośli fani Pająka powinni sięgnąć po tę publikację, ale przecież nie jedyny.

 


Najistotniejszą bowiem rzeczą dla miłośników Spider-Mana okazuje się możliwość poznania treści, które nie ukazały się w naszym kraju. Wraz z opisami losów postaci otrzymujemy streszczenie wątków aż po wydawanego aktualnie w naszym kraju „Superior Spider-Mana”. W efekcie dowiadujemy się wielu ciekawych rzeczy zarówno z początków serii, dalszych momentów niedokończonej w Polsce Sagi Klonów, runu Straczynskiego (Morlun, pajęcze totemy etc.), „Brand New Day” czy „Big Time”. A także pobocznych wątków, jak chociażby tych z historii „American Son”, „Grim Hunt”, „Civil War”, a nawet serii „Ultimate Spider-Man” i losów Milesa Moralesa.

 


Brzmi ciekawie? I tak też jest! Nawet jeśli jest to książka przeznaczona dla dzieci, fakt ten nie zmienia jej wartości. I choć w tekście zakradło się kilka błędów (choćby ten, że Jackalem jest Kingsley), jako całość to wspaniała, świetnie wydana propozycja dla miłośników Spider-Mana i komiksów Marvela w ogóle. Dlatego polecam ją bardzo gorąco Waszej uwadze.

 

I dziękuję wydawnictwu Zielona Sowa za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

wtorek, 27 września 2016

Panika - Jeffery Deaver



PANIKA CZAI SIĘ WSZĘDZIE

 

Jeffery Deaver, autor popularnego cyklu o przygodach Lincolna Rhyma (pierwsza część tej serii doczekała się filmowej adaptacji pod tym samym, co powieść tytułem - „Kolekcjoner kości”), od dekady poświęca czas także na drugą cykliczną opowieść. Losy Kathryn Dance zyskały sobie całkiem spore grono oddanych fanów, którzy teraz mogą się cieszyć, bo na naszym rynku pojawiła się właśnie najnowsza ich odsłona.

 

Każdy z nas wpada czasem w panikę. Boimy się o różne rzeczy, martwimy… Sytuacja w domu, w pracy, w kraju, na świecie, moment zagrożenia… Wystarczy tylko chwila, żeby ulec emocjom, a wtedy o tragedię nie trudno. Przekonują się o tym klienci przydrożnego klubu Solitude Creek w Monterey, kiedy rozlega się alarm ostrzegający przed pożarem. Panika. Szał. Ludzie chcą uciekać, szukają ratunku, każdy chce przecisnąć się przed każdego, każdy gotów jest biec po każdym byle tylko przetrwać. Zdarzenie kończy się tragicznie: są ranni i zabici.

Sprawą zajmuje się Kathryn Dance, która szybko odkrywa, że w budynku nie było pożaru. Błąd systemu? Prawda okazuje się o wiele gorsza. Tragedia nie była bowiem bezsensownym przypadkiem, a zaplanowaną przez kogoś akcja. Kogoś, kto chciał, żeby walczący o życie ludzie pozbawiali się nawzajem zdrowia i owego życia właśnie. Kto jednak mógł się tego dopuścić? I dlaczego? Brak jakichkolwiek śladów sprawia, że śledztwo nie ma solidnego punktu zaczepienia, a pewne jest tylko jedno – sprawca nie zamierza przestać, a miejsc, w których ma możliwość wywołania paniki nie sposób zliczyć…

 

Najnowsza powieść Deavera to sprawnie skonstruowany, dobrze napisany thriller, który zasadza się na prostym przecież, a jakże przy tym skutecznym motywie. Każdy z nas słyszał chyba o przypadkach tragicznie zakończonej paniki. O stratowanych na śmierć ludziach. Zazwyczaj wiąże się to z konkretnym niebezpieczeństwem, ale co by było gdyby ktoś celowo je wywoływał? Sytuacja opisana w „Panice” mogłaby – może! – zdarzyć się wszędzie, ofiarą może być każdy z nas. I to bardzo mocno oddziałuje na naszą psychikę i wewnętrzne lęki. Deaver, prawnik z wykształcenia, autor thrillerów publikujący od blisko trzydziestu lat, wie jak wykorzystać nasze obawy. Snując swoją opowieść zabiera czytelników na emocjonującą wyprawę w dobrym stylu.

 

Lubicie thrillery? Oczekujecie udanej powieści sprawnej tak fabularnie, jak i językowo? Macie ochotę na porcję realistycznych, mocnych wrażeń? Sięgnijcie więc po „Panikę”, nawet jeśli nie czytaliście poprzednich części, bo warto.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Opowieści o pilocie Pirxie (audiobook) - Stanisław Lem



OPOWIEŚCI, KTÓRE POWINNI POZNAĆ WSZYSCY

 

Stanisław Lem to zdecydowanie najbardziej znany z polskich pisarzy uprawiających fantastykę i jeden z najbardziej znanych i cenionych naszych autorów w ogóle. Znać jego dzieła wypada, ale przede wszystkim warto. Bo Lem pisał pięknie, pisał imponująco i potrafił wykrzesać ze słów takie emocje, jak niewielu. „Opowieści o pilocie Pirxie” to jedno z najsłynniejszych dzieł w jego dorobku i zarazem kolejne, które doczekało się naprawdę udanej wersji audio.

 

Fabuła „Opowieści…” jest z założenia bardzo prosta. Tytułowy pilot Pirx przemierza kosmos w kolejnych statkach przeżywając kolejne przygody. Nie brak w jego życiu także i problemów i osobliwych sytuacji, z których wychodzi zawsze w znakomitym stylu.

 

„Pirx…” to wzorcowy przykład dziecięco-młodzieżowej literatury z gatunku science fiction, która przedstawia podróż bohatera ku dojrzałości przychodzącej wraz z upływem czasu i doświadczeniem. Co ważne zawarte tu historie nie tracą na jakości w oczach dorosłego odbiorcy, a wręcz przeciwnie – z wiekiem jej nabierają. Pamiętam, jak to właśnie dzięki „Opowieściom…” czytanym w szkole podstawowej poznałem Lema i jakie rozbiły na mnie wrażenie. Jak większość chłopców uwielbiałem kosmiczne przygody, odległe światy i tajemniczą niezwykłość tego, co poza Ziemią i właśnie to znalazłem u Lema. Teraz, po latach, książka trąca we mnie jakąś taką sentymentalną nutę, ale nie tylko to stanowi o jej wartości. Lem to klasa sama w sobie i niezależnie od tego do jakiej grupy wiekowej skierowany jest jego utwór, czuć to za każdym razem.

 

Skupmy się jednak na wersji audio i jej zaletach, a tych nie brakuje. „Opowieści o pilocie Pirxie” to kawał solidnie podanego audiobooka. Dobrze odczytany przez lektora o przyjemnym głosie, który stara się ów głos modulować w zależności od odgrywanej postaci, słucha się bardzo przyjemnie. Zresztą Maciej Kowalik, brzmieniem przypominający trochę Borysa Szyca, naprawdę pasuje do tych opowieści. Lekki ton i wczucie się w prezentowaną opowieść dobrze o nim świadczą.

 

Dlatego też polecam Waszej uwadze niniejszy audiobook. Jeśli lubicie słuchać książek, a Lem należy do grona autorów, po których utwory chętnie sięgacie, „Pirx…” to pozycja dla Was. Polecam.

 

I dziękuję Audiotece za udostępnienie mi audiobooka do recenzji.

poniedziałek, 26 września 2016

Interwencje 2 - Michel Houellebecq



MALKONTENT SKANDALISTA

 

Powiem to już na wstępie – tak dobrego zbioru tekstów non fiction nie czytałem od lat, od czasu znakomitej książki Chucka Palahniuka, „Stranger than Fiction”. Zresztą obu tych pisarzy, Palahniuka i Houellebecqa, łączy bardzo wiele. Obaj są literackimi enfant terrible, obaj uwielbiają kontrowersje i wyrażają poglądy dalekie, od poprawnych politycznie. Jednak równie wiele ich dzieli, bo gdy Palahniuk snuje opowieści przede wszystkim o innych, Houellebecq wypowiada się głównie o samym sobie i swoich interpretacjach istotnych kwestii, z perspektywy dziwacznego malkontenta, któremu trudno jednocześnie odmówić słuszności.

 

Islam najgłupszą religią świata? Feministki to idiotki? Pedofile zaś stanowią ofiary, a literatura nie ma najmniejszego sensu? Houellebecq, ceniony pisarz, którego utwory nacechowane są niechęcią do siebie samego, jak i odrazą do gatunku ludzkiego, w „Interwencjach 2” pokazuje nam prywatne oblicze uwiecznione w licznych felietonach, tekstach, wywiadach i listach publikowanych przez lata w różnych miejscach. Zebrane w jednym tomie ukazują wewnętrzny świat autora i jego komentarz do współczesności. Houellebecq piętnuje naszą głupotę i kierunek, w którym zmierza świat. Pokazuje konsekwencje nadmiernego rozpasania seksualności, z jakim mamy do czynienia w mediach i kulturze. Kpi z poglądów. Wskazuje palcem konkretne osoby i nurty. Nie jest poprawny politycznie, a choć często w jego narzekaniu (bo tak najprościej i najdokładniej można określić teksty, które pisze – jak zresztą inaczej rzecz ująć, kiedy Houellebecq nie potrafi powstrzymać się od krytyki czegoś, co jednocześnie sam chwali?) brak jest konsekwencji, odsłania przed nami obraz tragicznego, depresyjnego świata i równie smutnej psychiki własnej, i nie sposób nie przyznać mu racji.

 

I takie są właśnie „Interwencje 2” – przygnębiające, choć bardzo prawdziwe. Nawet kiedy pisarz stawia tezy naprawdę osobliwe, jak te o pedofilii, z jego argumentami trudno się nie zgodzić. Oczywiście nie ze wszystkimi, Houellebecq, jak na malkontenta przystało potrafi sobie znaleźć powód do narzekań we wszystkim, nie zawsze słuszny. Ale, o dziwo, nie umniejsza to wartości książki. Przez tę osobliwą manierę autora jesteśmy bardziej skorzy do szukania, myślenia, zastanawiania się, analizowania. Aż szkoda, że nie można wejść w dysputę z Houellebecqiem, stanąć z nim w cztery oczy i posprzeczać się o niektóre sprawy.

 

Stylistycznie „Interwencje 2” to doskonale napisany zbiór, w którym czuć literacką klasę i inteligencję autora. Jego teksty są mądre, a zarazem przewrotne, prowokujące, czasem na siłę kontrowersyjne, jakby Houellebecq chciał potwierdzić swój status, ale za każdym razem tkwi w tym także pewna metoda. I można się z nim nie zgadzać (choć chyba nie znajdzie się nikt, kto w całości odrzuciłby jego komentarze), ale trudno nie docenić wartości tej pozycji. Dlatego też gorąco zachęcam Was do poznania jej.

 

A Wydawnictwu Literackiemu składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Żywe Trupy. Tom V i VI - słuchowisko - Robert Kirkman



WSZYSTKO, CO W TRUPACH NAJLEPSZE

 

Pierwsze dwa tomy słuchowiska „The Walking Dead” były niesamowitą przygodą dla miłośników grozy. Znakomicie wykonane pod względem dźwiękowym, cieszyły uszy i działały na wyobraźnię. Treścią także były całkiem udane, ale dopiero teraz nadszedł czas by także na tym polu zachwyciły, dzięki czemu trzecia część trupiego słuchowiska okazuje się najlepszym, co seria ma do zaoferowania.

 

Rick i jego ludzie nigdy nie mieli lekko i to się nie zmienia. Znaleźli schronienie w więzieniu, starają się jak najlepiej ułożyć sobie tam życie, ale prace mające na celu przygotowanie terenu placówki wcale nie należą do bezpiecznych. Nikt nie wie jednak co już wkrótce zgotuje im los. Pewnego dnia Rick, Michonne i Glenn w trakcie rutynowego wypadu poza więzienie stają się świadkami katastrofy helikoptera. Pospiesznie udają się na miejsce zdarzenia zamierzając pomóc ewentualnym ocalałym, ale odkrywają, że ktoś ich ubiegł. Przyjaciel? Wróg? Ruszając tropem zabranych ze śmigłowca ludzi odkrywają istnienie niewielkiej społeczności rządzonej przez człowieka każącego nazywać się Gubernatorem. Jak się szybko okazuje, Gubernator to najgorszy z psychopatów jakich mogli spotkać. Ocalałych z katastrofy lotniczej potraktował jako karmę dla hodowanych przez siebie żywych trupów, a plany wobec Ricka i towarzyszy ma jeszcze gorsze…

 

Tak dobrze w „The Walking Dead” nigdy nie było i podejrzewam, że równie dobrze już nie będzie. Im gorsze rzeczy dzieją się bohaterom, tym większe rosną emocje w odbiorcach, a postać Gubernatora fascynuje i przeraża. To zresztą jeden z najlepszych czarnych bohaterów komiksów oderwanych od superbohaterskiego nurtu, który tak zaciekawił miłośników serii, że doczekał się cyklu powieściowego odkrywającego jego przeszłość i ukazującego wydarzenia z perspektywy jego obozu. Wszystko wzięło jednak swój początek w tych właśnie zebranych tu zeszytach komiksowych. A słuchanie ich w wersji audio to wielka, wielka przyjemność. Choć, ze względu na brutalność i elementy grozy, skierowana do zdecydowanie starszych odbiorców.

 

Na największe pochwały jednak zasługuje w tym przypadku nie świetna fabuła, a wykonanie. Studio Sound Tropez dołożyło wszelkich starań by wykonać jedno z najlepszych słuchowisk dostępnych na naszym rynku. Dobrze dobrani aktorzy, ograniczenie do minimum wtrąceń narratora, rewelacyjna ścieżka dźwiękowa z doskonale dobraną muzyką i wspaniałe efekty to gwarancja świetnej rozrywki. Komiksowy świat ożywa nagle w uszach i to we wspaniałym stylu. Lubicie „Żywe trupy”? Nie wahajcie się, naprawdę warto!

 

A ja dziękuję Bibliotece Akustycznej za udostępnienie mi słuchowiska do recenzji.

Gregor i kod Pazura - Suzanne Collins



OSTATNIA PRZEPOWIEDNIA GREGORA

 

Wszystko ma swój koniec, a ten właśnie nadszedł dla bardzo udanej serii o przygodach Gregora, chłopca-wybrańca. Czy jednak finał jego zmagań z przepowiedniami i wrogami podziemnego świata będzie oznaczał także finał jego… życia?

 

Problemy nie opuszczają Gregora nawet na chwilę. Po tym, jak był świadkiem myszobójstwa, od kilku dni nie może zasnąć, ale w najbliższym czasie raczej nie będzie mu dane wypocząć. Przez długi czas mieszkańcy Podziemia, krainy rozciągającej się pod naszymi stopami, nie chcieli dopuścić chłopca do poznania ostatniej z przepowiedni dotyczących jego osoby. Wszystko sugerowało, że przyszłość przyniesie coś osobiście dla niego strasznego. Teraz jednak staje w obliczu owej wizji Sandwicha, przepowiedni Pazura, jak brzmi jej prawidłowa nazwa, a ta wyraźnie mówi o śmierci wojownika. Śmierci Gregora! Chłopiec nie zamierza jednak uciekać wraz z bliskimi i zostawić przyjaciół na niemal pewną zgubę. Chce im pomóc, chce stanąć z nimi ramię w ramię do wielkiej wojny o Regalię. Gdy wielka armia szczurów zbliża się nieubłaganie, a jego mama i siostra są zagrożone, Gregor po raz kolejny – i być może ostatni – musi pokazać swoją wartość, jako wojownika…

 

Piąty, finałowy tom „Kronik podziemia” to nie tylko pożegnanie z serią, ale przede wszystkim dojrzalsze niż dotychczas podejście do tematu. Zresztą sam wątek tego właśnie wymagał, a że przy okazji powieść zachowała swój dziecięcy charakter i lekkość, tak fabularną, jak i stylistyczną, miłośnicy poprzednich części dostaną dokładnie to, czego oczekiwali.

 

A czego można oczekiwać? Dużo przygód, niebezpieczeństw, niezwykłych istot, przyjaźni, braterstwa i odważnych dzieci, które stawić musza czoła zagrożeniu, z jakim nie poradziłby sobie niejeden dorosły. W skrócie dziecięco-młodzieżowe urban fantasy w pełnej krasie. Tutaj bowiem magiczny świat z legend i baśni (czerpiący zarówno z kultowych książek, jak i wyobraźni autorki) egzystuje tuż obok naszego. A właściwie pod naszym. Dzięki temu w świat przedstawiony łatwiej jest uwierzyć, a bohaterowie stają się bliżsi odbiorcy.

 

Całość natomiast jest lekka, prosta i przyjemna. Spodoba się więc młodym czytelnikom spragnionym fantastycznych, prostych opowieści. Należycie do tej grupy? Sięgnijcie.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Iuvi za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

niedziela, 25 września 2016

Krwawnik 2. Opowiadania z pozornie martwej strefy



SIEDEMNAŚCIE KROPLI KRWI

 

Nadeszła jesień, zbliża się październikowa pora, a skoro październik to i Halloween. Jak co roku na miłośników horroru czeka więc wiele mocnych wrażeń, a portal Kostnica nie zapomniał o swoich miłośnikach. Po ponad dwóch latach od publikacji tomu pierwszego ukazuje się wreszcie „Krwawnik 2”, zbiór opowiadań grozy napisanych zarówno przez znanych i cenionych autorów, jak i zdolnych debiutantów. Na miłośników literackiego strachu czeka więc cała gama różnorodnych tekstów wzbogaconych o bonus: ponad czterdziestostronicowy komiks.

 

Na ponad 230 stronach niniejszej publikacji zabrała się grupa osiemnastu twórców, żeby przedstawić co ich zdaniem znaczy słowo „lęk”. Czym w ich mniemaniu jest koszmar i strach. Niejednokrotnie zmieszany z jakże bliskim mu humorem. Rogata bestia biegająca po ulicach, domowe problemy mające w końcu szansę na rozwiązanie, nawiedzony samochód, demoniczne siły… Pomiędzy pierwszą a czwartą stroną okładki „Krwawnika 2” kryje się bardzo wiele.



Można powiedzieć, że wychowałem się na horrorach. Groza towarzyszyła mi od dzieciństwa, od chwil, kiedy przez zasłaniające oczy palce podglądałem pojedyncze odcinki „Z archiwum X”. W nastoletniości odkryłem uroki slasherów i slash teen movie, a wkrótce potem sięgnąłem po pierwsze dorosłe książki – Mastertona, Kinga i Koontza. Polskiej grozy natomiast uczyłem się na magazynach zawierających opowiadania, dlatego „Krwawnik” budzi we mnie jakąś taką sentymentalną nutę. Krótkie, różnorodne teksty, które czasami są pełnoprawnymi horrorami, a czasem o horror zaledwie się ocierają są czymś, co lubię, cenię i po co chętnie sięgam. Bo choć nie oferują tak długiej zabawy, jak powieści, rozczarowanie z trafienia na zły tekst jest również mniejsze. „Krwawnik 2” pod względem jakości trzyma całkiem niezły poziom. Oczywiście są w nim teksty wyróżniające się, a do tych najlepszych zdecydowanie zaliczają się komediowy „Porror” Dąbrowskiego (Adolf, którego natura nie obdarzyła urodą, postanawia stracić cnotę niemalże za wszelką, nawet magicznych rytuałów, cenę), „Samogon” Pauliny Król (pędzący bimber Heniek przypadkiem odkrywa, że pewien najwyraźniej nieistniejący gatunek ćmy, który wpadł do trunku nadaje mu niesamowity posmak) i „Wzór” Radeckiego (główny bohater wpada w fascynację wzorem, w jaki układają się pieprzyki na ciele jego dziewczyny).



Zbiór zamyka wspomniany już komiks, „Ostatni ciepły dzień tej jesieni”, traktujący o zbiorowym samobójstwie całej ludzkości i dwójce kosmicznych cieciów, którzy pozostając na unoszącej się w przestrzeni stacji, stają się świadkami tego wydarzenia. Jednakże z racji faktu, iż jestem autorem tej graficznej opowiastki, pozwolę sobie pominąć jej ocenę.

 

Natomiast wracając do całej reszty „Krwawnika 2” to jest to pozycja godna polecenia miłośnikom rodzimych opowiadań grozy. Jeśli więc należycie do tej grupy, sięgnijcie. To książka dla Was.

 

Ja natomiast dziękuję Kostnicy za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji. A poniżej zamieszczam stronę z komiksu, która nie znalazła się w „Krwawniku”.

sobota, 24 września 2016

Wszystko to, co wyjątkowe - Matthew Quick



JAK LEKTURA ZMIENIA ŻYCIE

 

Są na świecie książki, których przeczytanie zmienia całe nasze życie. Wie o tym każdy, kto sięga po literaturę i wiedzą także autorzy. Ale mniej jest książek poświęconych właśnie temu zagadnieniu; historii, w których bohater mierzy się z taką właśnie lekturą i konsekwencjami z niej wynikającymi. Matthew Quick, autor bestselerowego, sfilmowanego „Poradnika pozytywnego myślenia” zdecydował się pójść właśnie w tym kierunku i pokazać, co dobra książka potrafi zrobić z życiem właściwego odbiorcy.

 

Pewnego dnia, tuż przed bożonarodzeniowymi feriami, nastoletnia Nanette O’Hare dostaje od swojego nauczyciela, pana Gravesa prezent. Dziewczyna jest wzorową uczennicą, stoi na czele szkolnej drużyny piłkarskiej, a jej relacje z wychowawcą wykraczają poza typowo pojmowane, granicząc z koleżeństwem. Prezent w postaci książki nie jest więc tutaj niczym dziwnym. Ale sama powieść okazuje się być darem niezwykłym, który zmieni życie Nanette. „Kosiarz balonówki”, bo taki jest jej tytuł, przed laty wpłynął na Gravesa. Teraz pewnie jest coś wart, nakład bowiem dawno się wyczerpał, ale nauczyciel obiecał sobie oddać swój egzemplarz właściwemu uczniowi lub uczennicy i właśnie ten czas nadszedł. Nastolatka zagłębia się w treść przedstawiającą losy outsidera, introwertyka i buntownika, który pragnie jednego – zrezygnować. Tak bardzo przypomina jej ją samą, że Nanette powraca do lektury raz za razem, starając się zrozumieć urwane zakończenie książki, tak szeroko od lat omawiane w Internecie. Niczego nie zmienia także spotkanie z autorem, który okazuje się mieszkać w okolicy. W nieprzystosowanej dziewczynie narasta bunt i chęć rezygnacji, ale za jaką cenę?

 

Było wiele książek, które miały wpływ na moje życie, ale – podobnie jak to jest w przypadku bohaterki „Wszystkiego…” – największe wrażenie zrobiła na mnie powieść będąca swoistym anarchistycznym manifestem. Historia o buncie nieprzystosowanej jednostki przeciwko światu i jego wymogom, presji wywieranej na człowieku. Nie był to wprawdzie fikcyjny „Kosiarz balonówki”, ale z powodu tego podobieństwa najnowsza powieść Quicka przemawia do mnie i to bardzo, chociaż miałem co do niej pewne obawy. Wystarczył bowiem rzut oka na tytuły rozdziałów i ich nadmierną kwiecistość, bym zaczął zastanawiać się czy Quick nie popadł nagle w jakieś klimaty pozorujące jedynie wyższą wartość literacką. Na szczęście wszystkie wątpliwości rozwiały się, kiedy tylko zacząłem lekturę. I nie powróciły.

 

„Wszystko to, co wyjątkowe” to Matthew Quick jakiego znamy i uwielbiamy. Lekki, trafiający w sedno, trochę smutny, trochę optymistyczny, młodzieżowy, ale zachowujący wartości, które spodobają się także dorosłym odbiorcom. Warto jest po tę jego najnowszą powieść sięgnąć i warto posłuchać co ma do powiedzenia. I chociaż nie jest to raczej książka, która zmieni Wasze życie, z pewnością się nie zawiedziecie i spędzicie miło wiele chwil w towarzystwie nastolatki, która ma nie jedno do przekazania.

 

A ja dziękuję wydawnictwu HarperCollins za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Gry i zabawy z dawnych lat - Katarzyna Piętka



DOBRA ZABAWA NIE PRZEMIJA

 

Każde czasy mają swoją specyfikę. Te, w których żyjemy obecnie stanowią okres, w którym szara codzienność nierozerwalnie spleciona jest z techniczno-cyfrowymi gadżetami. Na dobre zniknęła telewizja analogowa, zastąpiona przez jej cyfrową, młodszą siostrę, komputeryzacja dosięgnęła niemal wszystkich sfer życia, a o grach i zabawach najczęściej myśli się w kontekście rozrywki wirtualnej. Moda na Pokèmony, która powróciła ostatnio sprawiła, że gracze z czterech ścian wyszli na świeże powietrze, ale pozostaje zasadnicze pytanie – co, kiedy zabraknie prądu? Co wtedy pozostanie? Czekać? Nudzić się? Telefony rozładowane, telewizja nie działa, tak samo komputer. Koniec świata? Jednakże pokolenie obecnych 30-40 (i więcej) latków pamięta czasy, kiedy podobne gadżety tkwiły w większości w sferze marzeń autorów Science Fiction, a jednak jego przedstawiciele bawili się doskonale, miło spędzali czas i praktycznie potrafili wykrzesać rozrywkę z niczego. Pora przypomnieć te zabawy, szczególnie, że wiele z nich nadal nie zanikło wśród młodzieży.

 

Do napisania niniejszej książki skłonił autorkę widok dzieci grających na Powsinie w ziemniaka. Na starych osiedlach budowanych z wielkiej płyty, na tych osiedlach posiadających rozległe podwórka, wciąż istnieje pewne zainteresowanie dawnymi grami. Dlaczego więc nie wybrać najciekawszych i najważniejszych z nich i nie przedstawić w formie książki? Od przyśpiewek, rymowanek i wyliczanek prowadzi nas autorka przez najróżniejsze zabawy, które mogą przynieść rozrywkę w domu w czasie niepogody (kalambury, szubienica, bitwa morska) i na dworze, kiedy pogoda akurat dopisuje (dwa ognie, gra w zielone, berek, komórki do wynajęcia). Nie zabrakło także miejsca na zabawy z tradycjami (jaworowi ludzie, uciekła mi przepióreczka w proso) oraz te, które nie należą do najbezpieczniejszych, ale mają swoja historię i znaczenie (pikuty). A wszystko to ukazane w sposób prosty, przejrzysty i naprawdę intrygujący.

 

Prawda o tej książce jest taka, że już ona sama stanowi nie lada zabawę. Czytanie o grach, w które grali rodzice i dziadkowie docelowych odbiorców niesie wiele przyjemności i zachęty do spróbowania ich samemu. Nie trzeba bowiem nowoczesnej technologii, drogich gadżetów i aplikacji, żeby przyjemnie (i często pożytecznie) spędzić czas. Czasem wystarczą tylko kartka papieru i długopis, albo nawet nie tyle, wspomagane przez wyobraźnie, by otworzyć niesamowite możliwości. Cieszy więc fakt, że ktoś zdecydował się opowiedzieć o tym wszystkim młodym pokoleniom. I to opowiedzieć w tak znakomity sposób.

 

Świetna jest także oprawa graficzna, na którą składają się proste kolorowe ilustracje, jak żywcem wyjęte z książeczek, jakie ukazywały się w czasach PRL-u, uzupełnione o zdjęcia pochodzące również z tamtych lat. Jest więc mile dla oka, jest kolorowo, jest prosto, ale bardzo przy tym ładnie. Do tego znakomite wydanie w twardej oprawie prezentuje się równie przyjemnie jak cała reszta. Sięgnijcie więc – dla dzieci, by pokazać im jak się kiedyś bawiło, i dla samych siebie, żeby przypomnieć sobie z sentymentem minione czasy – bo to naprawdę rewelacyjna propozycja dla dużych i małych.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Nasza Księgarnia za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Dżus&dżin - Magda Skubisz



POZBAWIONE ZŁUDZEŃ SPOJRZENIE NA MŁODYCH

 

Magda Skubisz tym razem przeszła samą siebie! Doskonale bawiłem się czytając „LO Story” i równie dobrą rozrywkę zapewnił mi „Chałturnik”, ale to „Dżus i dżin” sprawił, że nie mogłem opanować śmiechu, a jednocześnie uderzył prawdziwością i sentymentalną nutą, połączonymi z drapieżną satyrą.

 

W życiu Ryby źle się dzieje. Strzała Amora utkwiła nie tam gdzie trzeba, a jak wiadomo nieszczęścia lubią chodzić parami. Kiedy okazuje się, że Haskal, profesor, do którego dziewczyna czuje o wiele więcej, niż powinna, wyjeżdża do Warszawy (bo dobra praca w IPN-ie, bo lepiej, żeby zniknął nim wycieknie historia z molestowaniem), zaczynające się ferie okazują się dla niej katuszą. Miłość, która miała szansę się rozwinąć, kończy się brutalnie, a Ryba smutki postanawia zapić tanim alkoholem zza wschodniej granicy. Metoda dobra, jak każda inna, szczególnie, że jej rodzice zajmują się przemytem tak procentów i papierosów, jak wszelkiej maści zwierząt, które teraz w samopas biegają gdzieś po domu, a ktoś przecież wątpliwej jakości trunki musi kosztować. Szczególnie, że i jej przyjaciele, Master, Luśka i Burak też do osób wolnych od nałogów nie należą. Oczywiście los dla Ryby przygotował nie tylko to. Pewnej nocy budzi ją telefon od rodziców, którzy pojechali właśnie na Ukrainę w służbowych sprawach. Wszystko miało być dobrze, właściwa zmiana celników, każdy element dopięty i przemyślany, ale nie wzięli pod uwagę, że wspólnik podrzuci im narkotyki. Teraz trzeba wpłacić kaucję, a rozwiązanie problemów spada na Rybę…

 

Nie mogłem przestać się śmiać. Chociaż Skubisz pisze o młodzieży w sposób brutalnie prawdziwy, przedstawiając ich wady i wątpliwe zalety, to jednocześnie robi to z tak zadziornym humorem, że nie ma chyba czytelnika, który nie parsknąłby śmiechem. Ten tom, najbardziej sensacyjny i przygodowy ze wszystkich, jest także najzabawniejszym, a przez to najlepszym z całej trylogii. I nie żeby pozostałym czegoś brakowało, „LO Story” i „Chałturnik” to naprawdę rewelacyjne powieści, pełne wulgarnego słownictwa i licealnych realiów przepuszczonych przez specyficzny filtr, ale „Dżus…” w jeszcze lepszy sposób wykorzystuje wszystkie składowe. Mamy więc emocje, mamy więc wspomniany humor, mamy wreszcie pozbawione złudzeń spojrzenie na młodych i ciekawie poprowadzoną fabułę.

 

Wszystko to jednak nie byłoby tak dobre, gdyby nie świetny styl autorki. Skubisz pisze lekko, pisze z pazurem i pisze w sposób trafiający do czytelnika. Dobra zabawa przeplata się tu z refleksją, a ujęte w krzywym zwierciadle realia Polski z pogranicza stanowią doskonały komentarz do sytuacji, która w podobnych miejscach nie zmieniła się po dziś dzień. Wszystko to daje razem rewelacyjną powieść o młodzieży, ale zdecydowanie nie tylko dla niej. Nie wahajcie się więc, sięgnijcie koniecznie. Polecam, zachęcam, namawiam. Naprawdę warto.

 

I dziękuję wydawnictwu Videograf z udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

czwartek, 22 września 2016

Nowe zagadki archeologii - Luc Bürgin



ZAGADKOWA ARCHEOLOGIA

 

Zacznijmy od tego, że jestem sceptykiem. Choć trudno powiedzieć by to był sceptycyzm – najczęściej ludzie wierzący we wszelkie paranormalne zjawiska i niewyjaśnione zagadki kierują się nie logiką (która w bardzo prosty sposób tłumaczy wszystko), ale ślepą wiarą odrzucającą dowody przeciw ich teoriom, podczas gdy ja prywatnie wolę pomyśleć i dostrzec oczywistą prawdę. Ale chętnie sięgam po zajmującą się tematem literaturę, szczególnie jeśli podchodzi do niego z analitycznym chłodem, bo lubię zagadki i możliwość ich przeanalizowania. Jakiś czas temu miałem okazję przeczytać „Tajne archiwa archeologii” Luca Bürgina, teraz pojawiła się okazja poznania wznowienia swoistego ciągu dalszego. Co ma do zaoferowania?

 

Luc Bürgin konsekwentnie kontynuuje swoje poszukiwania zagadek i tajemnic naszego świata, które nie znalazły oficjalnych wyjaśnień, bądź też doczekały się wielu hipotez. Wraz z nim mamy okazję poznać wyniki badań komór znajdujących się w piramidzie Cheopsa, poznać tajemniczą płytę z Uralu czy liczące 4000 lat figurki dinozaurów. To jednak tylko część tego, co znajdziecie w pierwszej części publikacji, zatytułowanej „Tajemnicze odkrycia”. Co czeka dalej? „Zaginiona wiedza” oferuje nam informacje o swoistym kalkulatorze sprzed 20 tysięcy lat czy mechanizmie różnicowym sprzed 3000 lat, a w „Tajemniczych pomnikach” mamy okazję dowiedzieć się więcej o Jaskini Burrowsa, poznać nowe fakty o Eldorado czy natrafić na ślad mumii w Wielkim Kanionie.

 

Brzmi ciekawie? Brzmi śmiesznie? Wszystko zależy od punktu widzenia, a w tym przypadku muszę docenić autora. Bo choć zdarzają mu się wpadki (choćby w przypadku nierdzewiejącej kolumny, o której rdzewieniu czytałem już dawno temu), dołożył starań by przedstawić różne punkty widzenia i naukowe, logiczne wytłumaczenia poruszanych zagadnień. Przede wszystkim jednak jest to propozycja dla miłośników tego, co niewyjaśnione. Nie rozwiewa więc wszystkich wątpliwości narosłych wokół niektórych rzeczy i podsyca ciekawość, ale jednak oferuje dla każdego coś miłego. Pod warunkiem, że w sferze zainteresowań leżą tajemnice historii.

 

„Nowe zagadki archeologii” zostały napisane lekko i w sposób łatwy w odbiorze. Treść nadaje się więc dla laików, choć i bardziej obeznani z tematem znajdą tutaj coś dla siebie. Do tego porcja ciekawostek i duża ilość zdjęć ilustrujących całość i mamy przyjemną rozrywkową książkę dla wszystkich zainteresowanych. Lubicie taką tematykę? Sięgnijcie więc.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Amber za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Biblioteka dusz - Ransom Riggs



BIBLIOTEKA OSOBLIWOŚCI

 

Wreszcie jest! Wraz ze zbliżającą się premierą filmu Tima Burtona, przenoszącego na kinowe ekrany losy bohaterów pierwszej części „Osobliwego domu…”, na księgarskie półki trafia w końcu ostatni tom serii. Jak zwykle dzieje się dużo, fabuła pędzi na złamanie karku a bohaterowie ani przez chwilę nie mogą poczuć się bezpieczni. Przygotujcie się na szalone pożegnanie z fascynującą trylogią Ransoma Riggsa.

 

Jeszcze nie tak dawno temu szesnastoletni Jacob Portman był zwyczajnym chłopakiem, który nie wierzył w żadne paranormalne bzdury, a stare zdjęcia, na których uchwycono niezwykłych ludzi w równie niezwykłych okolicznościach traktował jak oszustwa. Teraz jednak znajduje się w samym środku koszmaru, który dzieje się na jawie, stojąc wraz ze swoimi towarzyszami przed Głucholcem, który w każdej chwili może ich zaatakować. Udało mu się go sparaliżować, ale nieświadomie użyty dar nie chce się ponownie uaktywnić. Wszystko idzie nie tak, po ataku na lodową kryjówkę jest już za późno, ale Jackob i jego przyjaciele nie zamierzają zrezygnować. By ratować swoją ukochaną ymbrynkę, panią Peregrine oraz porwane dzieci, gotowi są na wszystko. Nawet gdyby mieli odnaleźć tylko ich zwłoki, bądź też zginąć, nie cofną się przed niczym. Łącznie z wyprawą do wiktoriańskiej Anglii i jej najgorszego miejsca noszącego bardzo wymowną nazwę Diablekskiego Poletka…

 

Ransom Riggs nie zawodzi. Po udanym, choć jeszcze dość infantylnym (z perspektywy czasu) tomie pierwszym i jego znakomitej, wciągającej kontynuacji w postaci „Miasta cieni” powraca by dopowiedzieć ostatni rozdział i zamknąć losy bohaterów. Czas i przestrzeń nie stanowią dla niego ograniczeń, tak jak niebezpieczeństwa i magia nie mają końca w snutej przez niego opowieści. Ogranicza go jedynie wyobraźnia, a ta dała znów znakomity popis swoich możliwości.

 

Bohaterowie, jak i poprzednio, tkwią w samym środku kłopotów. Zmagają się z niesprzyjającymi okolicznościami i hordami wrogów. Wątków jest wiele, pytań także. Wszystko jednak sprowadza się do fantastycznego, ciekawie skonstruowanego świata, w którym zbiegają się wszystkie niewyjaśnione rzeczy znane z naszej rzeczywistości, a symbolizowane przez (w znacznej większości) niezmienione zabytkowe fotografie prezentujące niezwykłe wydarzenia, miejsca i postacie. Ransom Riggs znakomicie wykorzystuje możliwości, jakie otworzyła przed nim osobliwa mechanika świata, a splatając je z prawdziwymi zdjęciami, które jakże bogato zdobią strony książki, dodaje całości miłego posmaku autentyzmu. Wraz z nim idzie oczywiście także coś jeszcze – wielka przyjemność z oglądania ich i odkrywania tajemnic niezwykłości na nich ukazanych.

 

Podsumowując, jeśli czytaliście poprzednie tomy, sięgnijcie koniecznie. Zabawa jest przednia, a „Biblioteka dusz” w znakomitym stylu zamyka historię rozpoczętą „Osobliwym domem pani Peregrine”. Jeśli zaś nie mieliście dotychczas przyjemności czytać tej serii, dajcie jej szansę i przekonajcie się ile ma do zaoferowania. Naprawdę warto!

 

A ja dziękuję wydawnictwu Media Rodzina za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

środa, 21 września 2016

Osaczenie - Carl Frode Tiller



T(hr)ILLER

 

Przy olbrzymiej popularności skandynawskiej literatury w naszym kraju aż dziw, że Carl Frode Tiller dopiero teraz pojawił się po polsku. Jak to jednak mówią, lepiej późno niż wcale. A w tym wypadku naprawdę dobrze się stało, że mamy okazję poznać jego twórczość, bo „Osaczenie” różni się od zdecydowanej większość thrillerów dostępnych w sprzedaży.

 

Czasami pamięć zawodzi każdego z nas, ale bywają sytuacje, kiedy tracimy wszystkie wspomnienia. Co wtedy? W takiej sytuacji znajduje się młody mężczyzna, David. W gazecie pojawia się ogłoszenie skierowane do ludzi, którzy go znają, by odezwali się i listowanie opowiedzieli o jego życiu. Przypomnieli mu wszystko. Pomogli.

Jon ma dość. Niespełniony basista, którego koledzy nie mogę znieść jego narzekania, załamuje się gdy rozpadają się jego nadzieje na karierę. Arvid bliski jest śmierci, konając na raka. Silje natomiast, zmagając się z kryzysem, zastanawia się nad rozwodem. Całą tę trójkę łączy jedno – postać Davida, który jest im bliski. Wszyscy odpowiadają na ogłoszenie i zaczynają snuć opowieści o wspólnie spędzonych chwilach. Przypomniane przyjaźnie, związki, historie… Każdy widzi je nieco inaczej, każdy nieco inaczej je przedstawia, dokładając kolejnych elementów do układanki, ale najważniejsze pytanie wciąż pozostaje bez odpowiedzi – kim jest David?

 

Zacznijmy od tego, że „Osaczenie” nie jest thrillerem, do jakich przyzwyczaił nas ten gatunek. Nie jest nawet thrillerem, jakiego można by oczekiwać po skandynawskich korzeniach. Nie zaczyna się zbrodnią, nie ma kryminalnej afery, pozornie nie ma także zagadki. Są ludzkie, intrygujące prawdziwością ich uchwycenia i wiernością psychologiczną losy bohaterów, którzy mają swoje problemy i starają sobie z nimi radzić. Paradoksalnie odskocznią staje się dla nich zaangażowanie w kłopoty Davida i zagadkową sytuację.

 

Brzmi prosto? Na szczęście „Osaczenie” nie jest ani tak proste ani oczywiste, jak mogłoby się wydawać. Czym się zatem różni? Niełatwą stylistyką i położeniem nacisku na kwestie mniej rozrywkowe, natomiast zmuszające do myślenia. Proza Tillera jest wymagającą, ale daje przy okazji wiele satysfakcji. Jeśli macie więc ochotę na niejednoznaczną, ambitna i trudną lekturę, sięgnijcie i przekonajcie się, co jeszcze ma do zaoferowania literatura z zimniejszych krajów. Polecam.

 

I dziękuję wydawnictwu literackiemu za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Sprawiedliwi zdrajcy.Sąsiedzi z Wołynia - Witold Szabłowski



ZABIJĄ CIĘ CI, KTÓRYCH KOCHASZ

 

„Dookoła sąsiedzi

Strach płakać

Strach wołać”

Strachy na lachy

 

Tak brzmią słowa piosenki Krzysztofa Grabowskiego „Ten wiatrak, ta łąka” i chociaż Grabaż śpiewa w niej o innej zbrodni, bo tej, do której doszło w Jedwabnem, trudno znaleźć lepiej oddające to, co działo się na Wołyniu. Czystki etniczne na Polakach doprowadziły do sytuacji, w której Ukraińcy mordowali swoje polskie żony, swoje polskie dzieci, swoich polskich krewnych. Ludzie nie bali się już tylko obcych, śmiertelnym zagrożeniem byli dla nich także i Ci najbliżsi – sąsiedzi, małżonkowie, rodzice… Ale wszystko ma swoją drugą stronę, a o tej postanowił opowiedzieć Witold Szabłowski w swojej wstrząsającej, a zarazem dającej nadzieję reporterskiej relacji o ludobójstwie.

 

Było lato roku 1943, kiedy ukraińscy nacjonaliści na dobre rozpoczęli masowe mordy na zamieszkujących ich tereny Polakach. W świecie, który oszalał, w świecie, w którym zabójcami potrafili być nawet najbliżsi, znalazło się jednak światełko w tunelu. Bo tam, gdzie zagłada, tam gdzie najgorsze ludzkie strony, istnieje także dobro, które sprzeciwia się wszechogarniającemu złu. Czy są to dezercje popełniane by uniknąć wykonywania nieludzkich obowiązków czy też otwarta pomoc w postaci zapewnienia schronienia, nadzieja wciąż się tli.

Tę nadzieję postanawia zgłębić w czasach obecnych Witold Szabłowski, ruszając na Ukrainę by porozmawiać z ostatnimi wciąż żyjącymi świadkami Rzezi Wołyńskiej i poznać historie ludzi, którzy pomogli Polakom…

 

Ta książka przeraża. Ta książka wstrząsa. Ale także fascynuje. I nikogo nie pozostawia obojętnym. Witold Szabłowski z jednej strony podchodzi do tematu z chłodnym reporterskim profesjonalizmem, jednocześnie pozwalając dojść do głosu ludziom i ich emocjom. To oni, wraz z zadawanymi przez niego pytaniami o zachowanie, kondycję człowieczeństwa i konsekwencje, są głównymi bohaterami „Sprawiedliwych zdrajców”. Sama podróż pozostaje w tle, liczy się historia, liczy się opowieść o okrucieństwie, którego nie usprawiedliwia nawet wojna i o człowieczeństwie, jakie dochodzi do głosu w tych, którzy pozostali wierni swoim zasadom moralnym.

 

Szabłowski pisze, a właściwie relacjonuje, chociaż momentami z iście prozatorskim zacięciem, fakty i historie językiem prostym i nadającym się dla każdego odbiorcy. Królują emocje, uzupełnione zdjęciami wspomnienia, których nie zatarł czas oraz przerażająca prawda o nas samych bijąca ze stron.

 

„Sprawiedliwi zdrajcy” to ważna książka. Daleka od uogólnień, daleka od propagandy, szczera, rzetelna i angażująca. Warta poznania, w szczególności na tle zbliżającej się premiery „Wołynia” Smarzowskiego.

 

„Znad morza, zza morza

Nić urywa się z igły

Czy zapomnisz zapomnieć

Nie wrócisz tu nigdy”

Strachy na lachy

 

A ja składam podziękowania wydawnictwu Znak za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

wtorek, 20 września 2016

Mooncop - Tom Gauld



KSIĘŻYCOWA SAMOTNOŚĆ

 

Nie od dziś wiadomo, że brytyjscy twórcy komiksowi to nietuzinkowe persony z wielkim talentem. Nawet, kiedy ich twórczość nacechowana jest minimalizmem. Tak właśnie dzieje się w przypadku Toma Gaulda, którego drugi wydany po polsku komiks trafił właśnie na sklepowe półki.

 

Co się w nim znajduje? Bohaterem „Mooncopa” jest tytułowy księżycowy policjant. Ludzie skolonizowali już naturalną satelitę Ziemi, zbudowali infrastrukturę – ubogą, bo ubogą, ale jednak – i wiodą leniwe, proste życie. Takie samo jest życie policjanta. Na księżycu nie zdarzają się przestępstwa, a wykroczeń, do których zalicza się sporadyczne zapuszczenie się kogoś na niewłaściwie tereny, nawet nie zgłasza. Nie mając zgłoszeń, może pochwalić się stuprocentową skutecznością w swojej samotnie wykonywanej pracy. Jednakże to nie jedyna samotność, jaka czeka go na księżycu. Kiedy coraz więcej mieszkańców opuszcza srebrny glob, policjant zaczyna poddawać w wątpliwość sens swojej pracy w tym właśnie miejscu…

 

Melancholijno-depresyjny, tak można by w skrócie podsumować najnowszy komiks Gaulda, autora znanego i cenionego z takich dzieł, jak „Goliat”, „The Gigantic Robot” czy „You're All Just Jealous of my Jetpack”. W szarej scenerii, na tle nijakich gór i wciąż tak samo granatowego nieba łatwo stracić dobry humor, jak również zapomnieć o tym, co potrafi być tutaj piękne. Przełożeni podejrzewają, że mooncop cierpi na depresję i ten jego przygaszony nastrój udziela się czytelnikom. Czy jednak dominuje? Na klimat albumu Gaulda składa się wiele czynników – mamy tutaj coś w rodzaju romansu, mamy także pewien zachwyt scenerią, która nie ma wiele do zaoferowania, ale jej inność wpływa na postrzeganie ogółu, mamy wreszcie nieco humoru często okraszonego pewnym brakiem nadziei. Ale przede wszystkim mamy prawdę; prawdę o ludzkiej naturze i samotności.



Graficzna prostota Toma Gaulda zachwyca równie mocno, jak scenariusz. Bohaterowie przedstawieni zostali w cartoonowy sposób, ich kształty są więc obłe, pozbawione detali, a co ciekawe każda z postaci, bez wyjątku, zostaje ukazana z profilu. Czy idzie, jedzie, stoi czy śpi, nigdy nie widzimy bohaterów en face, en pied, czy z jakiejkolwiek innej perspektywy. A jednak w najmniejszym stopniu nie przeszkodziło to autorowi w ukazaniu ich emocji i mimiki prostym zestawem gestów – nieznaczną zmianą położenia głowy czy ruchami brwi.

 

Wszystko to razem pozostawia niezatarte, poruszające wrażenie. I ochotę na więcej. Polecam zatem gorąco, bo to prawdziwa uczta dla miłośników ambitnych, niszowych albumów, do których chce się wracać raz po raz.

 

I dziękuję Wydawnictwu Komiksowemu za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Faraon - Bolesław Prus



MECHANIZMY WŁADZY OBNAŻONE

 

Jeśli chodzi o Bolesława Prusa, „Faraon” jest unikatową powieścią w jego bibliografii. Autor znany z niechęci do dzieł historycznych nagle zaprezentował czytelnikom utwór, którego akcja nie dość, iż rozgrywała się w odległej przeszłości, to jeszcze dotyczyła wcale nie mniej odległych ziem, bo samego Starożytnego Egiptu. Jednakże wielcy autorzy wielcy pozostają na każdym literackim gruncie, a Prus zdecydowanie należy do naszych największych pisarzy. I to doskonale daje się odczuć w przypadku „Faraona”.

 

Kiedy faraon Ramzes XII po trzech dekadach rządów nad krajem decyduje się mianować swojego syna następcą tronu, sytuacja w Egipcie jest niedobra. Kraj pogrąża się w kryzysie na różnych polach, a przed młodym Ramzesem XIII stoi trudne zadanie zrozumienia mechanizmów władzy i poradzenia sobie z trudami sytuacji. Jednakże mimo młodego wieku syn dawnego faraona dobrze radzi sobie z problemami, ale chce także czegoś więcej – nie zamierza bowiem dłużej pozwalać, by Egiptem rządzili kapłani, którzy zawsze stali nad prawdziwymi władcami kraju…

 

Zapomnijmy na chwilę, że „Faraon” jest lekturą szkolną, bo niestety ale określenie to ma negatywne konotacje. Zresztą prawda jest taka, że szkoła skutecznie zniechęca do czytania, przez co wielu uczniów nigdy nie poznaje prawdziwej wartości obowiązkowych dzieł literackich. Ale przecież owe książki nie przypadkiem stały się kanonem, coś sprawiło, że – pomimo wszelkich reform szkolnictwa – trafiły na listy lektur. Może nie wszystkie, ale zdecydowana ich większość to utwory wielkie, mądre, imponujące i przede wszystkim ponadczasowe – tak samo, jak „Faraon” właśnie.

 

Co jest w nim takiego niezwykłego? Z jednej strony niebanalna i zachwycająca warstwa literacka. Prus pisze pięknym, bogatym językiem, językiem mistrzów słowa, snując swoją opowieść bez zbędnego pośpiechu, za to z pełnym wysmakowaniem. Z drugiej kryje się w „Faraonie” imponujące zaplecze historyczne. Egipt i mechanizmy jego władzy, wraz z realiami i szerszym kontekstem są przedstawione wspaniale, jak i cała reszta. Nie brak tutaj psychologii, polityki, przygodowej nuty, komentarza społecznego i drobiazgowości w ukazaniu każdego aspektu. Przede wszystkim jest jednak wspomniana już ponadczasowość. Obnażone mechanizmy władzy nie ograniczają się tylko do czasów starożytnych, ukazując jak niewiele zmieniło się na tym polu przez setki, tysiące nawet lat.

 

I podobnie z upływem czasu nie zmieni się także wielka wartość utworów Prusa. Sięgnijcie więc jeśli jeszcze nie czytaliście, dajcie szansę, nawet jeśli szkoła wywołała w Was niechęć do „Faraona”, bo to naprawdę znakomita powieść, która zdobyła uznanie na całym świecie. Szczególnie, że to wydanie wygląda po prostu pięknie. Polecam!

 

I dziękuję wydawnictwu MG za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Baśnie i legendy polskie



TRADYCJA WIELU POKOLEŃ

 

Baśnie, legendy, opowieści. Przekazy ustne i pisemne. Wszystko to towarzyszy nam od zarania dziejów, bawiąc, ucząc, pouczając i starając się w typowy dla siebie sposób wprowadzić nieco niezwykłości do naszego życia, a także usiłując wytłumaczyć to, co wytłumaczenia jeszcze nie miało. Warto więc je znać, co tam warto, trzeba!, a teraz jest ku temu kolejna dobra okazja, wraz z tomem zbierającym najważniejsze z nich.

 

Co znalazło się na jego łamach? Właściwie wszystko to, co powinno, czyli ponad pięćdziesiąt legend i baśni polskich. Nie zabrakło wśród nich opowieści o Twardowskim, który chciał przechytrzyć diabła, księciu Popielu i myszach, a także historii poznańskich koziołków. Wśród tekstów możemy przeczytać tak znane legendy, jak ta o Warsie i Sawie, Złotej Kaczce, Bazyliszku, Janosiku czy Wandzie, która nie chciała Niemca. Oczywiście swoje miejsce znalazły też podania mniej znane, choć wcale nie mniej znaczące. Zresztą trudno jest oceniać je z perspektywy popularności, która zależy przecież nie od faktu, iż któreś są mniej rozpowszechnione, a od regionu, którego dotyczą. Każda jednak to wspaniała, wartościowa opowieść dla każdego, niezależnie od wieku.

 

Za spisanie wszystkich zebranych tu legend i baśni wzięła się grupa pisarzy, którzy zasłynęli dzięki twórczości dla dzieci. Wśród nich znalazła się autorka „Karolci” Maria Krüger, twórca Detektywa Noska Marian Orłoń, poetka Wanda Chotomska oraz człowiek, któremu zawdzięczamy choćby „Króla Maciusia Pierwszego” Janusz Korczak. O jakość literacką można więc być spokojnym. Podobnie jest także z treścią – czytelnicy dostają do rąk dokładnie to, czego oczekiwali. Nie ma tu więc zaskoczenia, ale przecież nie o to chodzi. Jest natomiast wielkie świadectwo historyczne i kulturalne Polski, jest imponująca tradycja, która stoi za każdym tekstem i jest także wielki sentyment, bowiem każdy z nas w większym bądź mniejszym stopniu wychował się na tych historiach. Może opowiadali nam je rodzice, może przedstawiała je szkoła, a może trafiły do nas jeszcze inaczej, nie mniej wiele z nich jest czymś wspólnym dla każdego z nas.

 

Jednak „Baśnie i legendy polskie” to nie tylko absolutna klasyka, jeśli chodzi o teksty, podana w kompleksowy sposób, ale także i bardzo ładne wydanie. Świetnie zilustrowane, staranne edytorsko, zamknięte w twardej oprawie pięknie prezentuje się na półce i zachęca by po nie sięgnąć. I zachęcam również ja, jeśli jeszcze nie posiadacie tej pozycji w swojej kolekcji, nadróbcie ten błąd jak najszybciej.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Nasza Księgarnia za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

poniedziałek, 19 września 2016

Charlie i Fabryka Czekolady (audiobook) - Roald Dahl (czyta: Wojciech Żołądkowicz)



CZEKOLADOWA SŁODYCZ ZWYCIĘSTWA

 

Roald Dahl to jeden z niekwestionowanych mistrzów literatury dziecięcej. Spod jego ręki wyszły takie dzieła, jak „Matylda”, „BFO, czyli Bardzo Fajny Olbrzym” czy „Fantastyczny pan Lis”. Najważniejszym chyba jednak utworem owego brytyjskiego pisarza jest wielokrotnie filmowana, wciąż urzekająca kolejne pokolenia historia zatytułowana „Charlie i fabryka czekolady”.

 

Charlie Bucket jest biednym chłopcem żyjącym w niewielkim domku wraz z rodzicami i czwórką dziadków. Uwielbia czekoladę, ale niestety sytuacja rodzinna jest na tyle trudna, że może jej skosztować tylko raz w roku, w dniu swoich urodzin. Tak jest także tym razem. Charlie, dla którego słodycz jest niezwykłym skarbem, nie ma jednak najmniejszego pojęcia co czeka go tym razem. Willy Wonka, ekscentryczny właściciel fabryki czekolady, organizuje konkurs. W wybranych opakowaniach znajduje się pięć złotych biletów, które upoważniają ich posiadaczy do zwiedzenia fabryki i skorzystania z jej dobrodziejstw. Jednym ze zwycięzców jest nie kto inny, jak Charlie właśnie. Wkrótce chłopiec wraz z pozostałymi szczęściarzami, Augustusem, Verucą, Violet i Mike’iem trafia do prawdziwie czekoladowego królestwa, które skrywa w sobie wiele niezwykłości i tajemnic…

 

„Charlie i fabryka czekolady” to niezwykle sympatyczna, ciepła i urocza historia, która dla mnie osobiście (głównie za sprawą filmu Tima Burtona) pozostanie opowieścią idealną na Święta. Jest w niej bowiem jakaś taka dickensowska nuta i zachwycająca prostota. Urzekająca dziecięca niewinność i zachwyt rzeczami zwyczajnymi. Magia skryta w czymś, co wydaje się normalnością.

 

Stylistycznie „Charlie…”, pierwsza część trylogii, której finałowy segment niestety nigdy nie został ukończony (tak właściwie powstał tylko jego pierwszy rozdział), jest także prosty, ale jakże uroczy. Dahl posiadał wielki literacki talent i potrafił zrobić z niego użytek. Miał także imponującą wyobraźnię, która udziela się odbiorcom, nieważne dużym czy małym. I to nie zmieniło się nawet pomimo upływu lat.

 

Kilka osobnych słów należy się wersji audio. Nie ma tutaj fajerwerków, nie ma efektów ani muzyki, ale przez to książki słucha się, jakby ktoś snuł nam tę opowieść na dobranoc. I tak właśnie powinno być, staranne odczytanie, stonowany głos lektora mile wpadający w ucho i tylko brakuje trzaskającego ogniem kominka, przy którym można by było usiąść i poczuć się, jak wśród bliskich Charliego.

 

A zatem polecam gorąco ten audiobook i mam nadzieję, że wkrótce pojawią się kolejne opowieści Dahla w takiej wersji, w tym druga część losów biednego chłopca i ekscentrycznego wytwórcę czekolady.

 

I dziękuję Audiotece za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Kamienie elfów Shannary - Terry Brooks



ELFICKIE POSTAPO

 

„Kroniki Shannary” to seria, która jest z nami już od niemalże czterdziestu lat. Przez tan czas doczekała się blisko trzydziestu powieści, komiksu, gry, a ostatnio także i serialu telewizyjnego opartego na tomie „Kamienie Elfów Shannary”. I z tej właśnie okazji warto przypomnieć sobie książkowy pierwowzór, który jest całkiem udaną fantastyką dla miłośników gatunku.

 

Przed wiekami, jeszcze zanim narodził stary rodzaj ludzki i jego cywilizacja, doszło do Wielkich Wojen pomiędzy dobrem, a złem. Zło zostało pokonane, ale ponieważ ze względu na jego naturę nie mogło zostać zniszczone, skazano je na wygnanie. By zło nie powróciło, Elfy i ich sojusznicy stworzyli magiczne drzewo Ellcrys, które utrzymywało Zakaz – rodzaj bariery chroniącej Cztery Krainy. Wszystko jednak ma swój koniec, a ten nastanie dla Zakazu, kiedy drzewo straci swoje siły.

Teraz pilnujący go Wybrani zauważają, że Ellcrys zaczyna obumierać. Jest jednak szansa na ratunek – Odrodzenie. Drzewo osobiście podaruje wybranemu przez siebie osobnikowi ziarenko, które będzie musiał zanieść do źródła życia Ziemi, fontanny Krwawego Ognia, i tam je umieścić. Potem nasiono musi powrócić i zastąpić stare drzewo. Niestety informacje podane przez Ellcrys są bardzo ogólne i dziwne, a nikt z Elfów nie ma pojęcia jak można by było wypełnić powierzone zadanie…

 

Wbrew pozorom „Kroniki Shannary” to nie czyste Fantasy, a Science Fiction i to osadzone na postapokaliptycznym gruncie. Świat, w którym toczy się akcja cyklu to nasza daleka przyszłość. Ludzkość wyniszczyła się, a na resztkach upadłej cywilizacji pojawiły się zupełnie nowe gatunki i istoty, chociaż bardzo przy tym podobne do swoich poprzedników. I takie podejście do tematu podoba mi się bardziej, niż klasyczne fantasy. Nie znaczy to jednak, że Brooks zapomniał o gatunkowych wymogach. Pamiętajmy, że jego twórczość wyrosła na Tolkienowskim gruncie, co zresztą da się odczuć zarówno w przedstawieniu postaci, ich misji, jak i nazewnictwie.

 

Pisarstwo Brooksa pod względem stylu jest lekkie i łatwe w odbiorze. Nie ma tu dłużyzn, nie ma nudy, jest za to konkretna akcja, magia, przygoda, niezwykłe stworzenia i silna kobieca bohaterka postawiona w obliczu zagrożenia. W skrócie: wszystko co niezbędne by zadowolić miłośników fantasy. A właściwie fantastyki, która czerpie nie z jednego tylko gatunku. Jeśli lubicie takie klimaty, Elfy toczące walkę ze złem rozgrywającą się w niezwykłej scenerii, „Kroniki Shannary” to pozycja stworzona dla Was. Sięgnijcie zatem.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Replika za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Dziennik z podróży do Rosji - John Steinbeck, Robert Capa

 Z APARATEM WŚRÓD ROSJAN


Chyba każdy kojarzy nazwisko Johna Steinbecka, tak samo jak chyba każdy jest w stanie wymienić choćby kilka jego powieści. „Myszy i ludzie”, „Grona gniewu”, „Na wschód od Edenu”… Zdobywca Literackiej Nagrody Nobla wraz ze swoimi książkami przeszedł do historii, jednak czy potrafimy skojarzyć go z literaturą podróżniczą albo faktu? Nie, ale mamy teraz okazję to zmienić, bowiem na naszym rynku ukazuje się jego „Dziennik z podróży…”, który zabiera nas w sam środek powojennej Rosji i codzienne życie jej szarych mieszkańców.


W roku 1947 czterdziestopięcioletni wówczas, choć już znany i nagradzany, Steinbeck, postanowił się wybrać do Rosji. Skończyła się druga wojna światowa, zimna wojna dopiero się rozwijała, Stany Zjednoczone żyły propagandowym obrazem tego kraju, politycznie podsycaną wizją komunistycznego zła, stereotypami i wyobrażeniami. Steinbeck, razem z fotografem Robertem Capą zdecydował się w ten niełatwy czas wybrać do równie niełatwych krajów z ZSRR związanych i – stroniąc od „wielkich spraw” – opowiedzieć o prostej acz niełatwej codzienności zwykłych ludzi. Ludzi, w których pamięci wciąż pozostaje trauma wojennej zawieruchy, a przez ich pryzmat spogląda wstecz, na kraj, który na chwilę został za jego plecami i własnych rodaków…


Steinbecka znamy przede wszystkim jako wielkiego pisarza, który w mistrzowski sposób operuje emocjami i psychologią oraz porusza kwestie społeczne. Nie zapominajmy jednak, że oprócz tego był także dziennikarzem, a fakt ten bardzo mocno odciska się na „Dziennikach z podróży do Rosji”. Bo to właściwie taka dziennikarska relacja z wyprawy do obcych ziem i obcej kultury, ale napisana z pasją i wielkim talentem. W konsekwencji książkę czyta się jak powieść i to naprawdę bardzo dobrą.


Steinbeck zresztą nie skupia się tylko na jednym aspekcie poruszanego tematu, a stara się pokazać także większy kontekst. Przede wszystkim jednak podchodzi do zagadnienia z inteligentnym poczuciem humoru, które w dużej mierze wynika z jego relacji z Capą. Jednak zdjęcia tego drugiego (swoją drogą bardzo udane) szybko sprowadzają nas do szarej, trudnej rzeczywistości. Podobnie, jak ciężkie wspomnienia ludzi, którzy zostają uwiecznieni na kartach „Dziennika…”. Zostają wówczas emocje. I ciekawe zderzenie dwóch odmiennych światów, które są do siebie tak bardzo podobne.


I chociaż Steinbeck nie ustrzegł się frazesu w finalnym wniosku płynącym z całej relacji, to jednak trudno także odmówić mu w tym przypadku słuszności. Szczególnie, gdy całość wywiera tak wielki, niezatarty wpływ. Dlatego polecam gorąco i czekam na kolejne wznowienia jego utworów.


A wydawnictwu Prószyński i S-ka składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

I wrzucą was w ogień - Piotr Patykiewicz



BO I WŚRÓD ŚNIEGÓW MOŻNA SPŁONĄĆ

 

Wreszcie jest! Długo wyczekiwana (nie tylko przez mnie) kontynuacja znakomitej powieści postapo „Dopóki nie zgasną gwiazdy” w końcu doczekała się kontynuacji. I to jakże udanej! Patykiewicz konsekwentnie kontynuuje zaczęte wątki, rozbudowuje świat przedstawiony i wprowadza nowe, fascynujące postacie do tego dramatu.

 

Minęło już ćwierć wieku odkąd Kacper stracił wzrok i zaczął niełatwe życie o boku ukochanej. Przez ten czas wiele się zmieniło – oboje doczekali się potomstwa w postaci obecnie niemalże już dorosłych Maćka i Kaśki, a świat wokół nich przestał przypominać ten, który znali. Nadal istnieją zagrożenia, które na Ziemię sprowadził Upadek, wiecznie mroźna pogoda nie ułatwia życia, a podział na Ludzi Lasu i Ludzi Miasta odcina się na społeczeństwie jak blizna. Kacper radzi sobie, jak tylko może, podobnie jego żona, ale ich dzieci w sekrecie buntują się przeciwko zasadom. Maciek w swoich polowaniach zapuszcza się na tereny, których lepiej nie odwiedzać, jeśli chce się zachować zdrowie i życie. Kaśka jest bardziej bojaźliwa, chodząc co dzień w poszukiwaniu węgla. Wie, że będąc dziewczyną najlepiej uciekać z okolic torów, kiedy przejeżdża pociąg. Ci, którzy podróżują tym ewidentnym dziełem Szatana (bo jak inaczej coś działałoby w tym świecie?), chętnie zabierają ze sobą młode kobiety, by porzucić potem zgwałcone gdzieś na uboczu. A jednak kiedy pewnego dnia Kaśka daje się zaskoczyć nadjeżdżającemu pociągowi przekonuje się, że nie wszystko jest takie złe, jak się uważa. Poznany Grzegorz staje się miłością jej życia, spotykają się w sekrecie, planując ślub, którego z pewnością nie pochwalą rodzice dziewczyny. Dlatego dziewczyna decyduje się uciec z ukochanym, a w ślad za nią do Miasta ruszają Kacper i Maciek…

 

Powieść „Dopóki nie zgasną gwiazdy”, choć można ją było zaliczyć do książek przeznaczonych dla młodzieży, okazała się nie tylko lekko napisaną, bardzo sprawną fantastyką, ale przede wszystkim jedną z najlepszych postapokaliptycznych opowieści, jaką stworzyli Polacy. I nie tylko. Na głowę biła choćby takie popularne, acz niezwykle przeciętne „Merto 2033”, pokazując w iście filmowym stylu, jak z ogranych motywów złożyć znakomitą lekturę. „I wrzucą was w ogień” utrzymuje ten poziom, a na dodatek okazuje się być powieścią dojrzalszą od poprzedniczki i z większą świadomością wykorzystującą realia. Na największą pochwałę zasługuje wykreowany świat, świat pełen niedopowiedzeń i tajemnic, które mają swoje wyjaśnienia, ale przedstawione na zasadzie „dla każdego coś miłego”. Nie ma jednej właściwiej odpowiedzi, każda może być dobra, a może po prostu każda z nich skrywa w sobie fragment prawdy. Bądź też wielu rzeczy jeszcze nie wiemy – kto wie bowiem co przyniesie przyszłość? W świecie, w którym prawdziwa religia, przesądy i naukowe podstawy egzystują wzajemnie na zasadzie uzupełnień, gdzie spłonąć można wśród śniegów a przed światełkiem w mroku lepiej jest uciekać, zdarzyć może się wszystko.

 

W przypadku „I wrzucą was w ogień” najciekawszą rzeczą jest oczywiście Miasto. Miejsce wyrosłe na dawnych podwalinach, korzystające z dobrodziejstw resztek sprzed Upadku intryguje tak, jak w poprzednim tomie intrygowała tajemnica samego Upadku. Mniej jest może tym razem zagadek, mniej pytań pojawia się w głowie, ale na pewno nie mniejsza jest przyjemność z lektury. Świetnie skonstruowany świat, ciekawe postacie i bardzo przyjemny styl przykuwają uwagę i wywołują emocje. Ponadto przedstawiona tu fabuła spodoba się zarówno miłośników Science Fiction, jak i Fantasy, a także bardziej przyziemnych opowieści przygodowych z nutą czegoś nieziemskiego. Dlatego polecam ją Wam z czystym sumieniem i mam nadzieję, że już wkrótce Patykiewicz powróci z kolejnym tomem, bo mam ochotę na więcej.

 

I dziękuję wydawnictwu SQN za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

sobota, 17 września 2016

Batman: Hush - część 2 Autorzy: Jeph Loeb, Jim Lee i Bob Kane



HUSHTA LA VISTA, BATMAN

 

Z okazji Dnia Batmana postanowiłem zrecenzować drugi tom „Hush”, świeżo wznowionej w ramach WKKDC opowieści, która jest takim komiksowym blockbusterem. Po nienajlepszym pierwszym tomie, drugi zawyża na szczęście poziom. Wprawdzie tożsamość Husha jest kwestią oczywistą, ale scenarzysta serii dołożył starań by jak najbardziej namieszać w tropach, a także zaskoczyć finałem i mnogością wątków zamieszanych w całą zagadkę.

 

Oszalały po śmierci przyjaciela Batman jest gotów zabić Jokera, podczas gdy skryty za bandażami osobnik realizuje swój cel. Kim jest? Dlaczego tak nienawidzi Batmana? I jaką kryje tajemnicę? Gdy coraz nowe wątki i tropy mieszają się w szalonej układance, Nietoperz musi stawić czoła kolejnym wrogom a także własnym uczuciom…

 

Scenariusz to kawał solidnej, rzemieślniczej roboty, w której mnogość postaci i wątków nabiera wreszcie sensu. Jeph Loeb powtarza tu nieco to, co zrobił w „Długim Halloween” czy „Mrocznym zwycięstwie”, może nie z taką maestrią, ale za to bez nudy i z pełną świadomością, że nie tworzy ambitnego dzieła, a konkretny, emocjonujący hit, którym otwiera furtkę ewentualnym kontynuacjom – te oczywiście powstały, ale nie dane nam ich było czytać w naszym kraju, a szkoda.



Z udaną fabuła idzie w parze bardzo udana kreska, która w scenach retrospekcji, głównie za sprawą rewelacyjnego koloru, ociera się o geniusz podobnych sekwencji w wykonaniu Tima Sale’a. Na dodatek w wydaniu w ramach WKKDC nie zabrakło dodatków – galerii i przedruku pierwszego komiksu, w którym opowiedziano genezę powstania Batmana.

 

W skrócie – świetna, godna polecenia rzecz. Szczególnie, że za dwa tomy zapłacimy niespełna 45zł, a taka cena za 12 zeszytów, dodatek z Wizarda, 2 przedruki i porcję dodatków jest więcej, niż rewelacyjna. Zatem polecam i zacieram ręce na wznowienie „Green Arrowa” Kevina Smitha, które już w najbliższą środę trafi do kiosków.

Żywe Trupy. Tom III i IV - słuchowisko - Robert Kirkman



TRUPY MASZERUJĄ DALEJ

 

Pierwsza część słuchowiska, na które złożyły się dwa otwierające serię „The Walking Dead” tomy, była iście rewelacyjnym przeżyciem dla miłośników tematu. Po jego kontynuacji oczekiwałem więc bardzo wiele, na szczęście twórcy nie zawiedli i ciąga dalszy okazał równie wspaniałym, ekstremalnym przeżyciem pełnym akcji i emocji, jak jedynka.

 

Rick i ludzie, którym nieoficjalnie przewodzi, przemierzając Stany Zjednoczone, docierają do miejsca, które może stać się ich wymarzonym bezpiecznym azylem. Budynek więzienia, bo o nim mowa, ma w sobie wszystko to, czego pragną w tych trudnych czasach – trwałe, grube mury, ogrodzenie z siatki, wyposażenie wewnątrz, a nawet żywność, która pozwoli zabić głód i wreszcie poczuć, że żyją. Niestety są też minusy – teren trzeba oczyścić z żywych trupów, a na dodatek w więzieniu nie są sami. Wciąż pozostało kilku skazańców, a wśród nich człowiek, który dostał wyrok za morderstwo…

 

Historia opowiedziana tak w tym tomie, jak i w całej serii jest dość prosta. W świecie, w którym wybuchła dziwna zaraza przemieniająca ludzi w żywe trupy, grupka ocalałych walczy o przetrwanie, na co dzień mierząc się ze stratami wśród przyjaciół i brakiem spokoju. Tym razem dojdą jeszcze obawy o mieszkańców cel, którzy chodzą swobodnie po całej placówce, a także zagadka zbrodni, do jakiej dojdzie między więziennymi murami. To wszystko, plus moralne dylematy, a także kilka ciekawych zmian w życiu bohaterów składa się na bardzo przyjemną opowieść. Ale znakomita wersja audio wynosi całość na o wiele lepszy poziom.

 

Co tak świetnego się w niej kryje? Przede wszystkim staranne wykonanie. Aktorzy podkładający głos pod konkretne postacie to nie tylko znane nazwiska, ale także ludzie, którzy znają się na swoim fachu. Można mieć wątpliwości w kwestii doboru obsady, ale rozwiewają się one wkrótce po rozpoczęciu słuchania. Poza tym twórcy zamiast ułatwić sobie pracę wtrąceniami wyjaśniającymi to, co dzieje się poza naszym wzrokiem, zdecydowali się skupić na takim doborze dźwięków i efektów, by to one o wszystkim nam powiedziały. Oczywiście czasem słowa narratora są potrzebne, ale ograniczenie ich do minimum to wielki atut tej produkcji. Do tego wspomniane już efekty dźwiękowe, a także świetnie dobrana muzyka po prostu urzekają i budują rewelacyjny klimat. W skrócie: wspaniała rzecz.

 

Dlatego też polecam ją gorąco Waszej uwadze. Nawet jeśli znacie komiks czy (bardzo różny fabularnie) serial. Zabawa z tym słuchowiskiem jest przednia, a gdyby tak jeszcze zasiąść do niego jednocześnie mając przed oczami komiksowy pierwowzór, wrażenia będą niezapomniane.

 

A ja dziękuję Bibliotece Akustycznej za udostępnienie mi słuchowiska do recenzji.

Żywe Trupy. Tom I i II - słuchowisko - Robert Kirkman



TRUPY OŻYŁY

 

Marka „The Walking Dead”, bo tak chyba wypada nazywać już ten fenomen, podbiła cały świat i niemalże każdą gałąź sztuki. Zaczęło się od komiksu, który wyrósł na gruncie inspiracji filmami z lat 60. i 70. ubiegłego stulecia, potem był bijący rekordy popularności serial, a wraz nim posypały się gry, dodatki, gadżety, książki i całe mnóstwo innych rzeczy. Wśród nich także projekt niezwykły, bo zainicjowany przez polskich twórców, którzy zdecydowali się komiksowy pierwowzór przerobić na słuchowisko. Efekt finalny przeszedł moje oczekiwania, bo dźwiękowe „Żywe Trupy” to rewelacyjny przykład tego, jak powinno się robić podobne rzeczy.

 

Głównym bohaterem przedstawionych tu wydarzeń jest Rick, młody policjant, który zostaje ranny na służbie. Kiedy odzyskuje przytomność w szpitalu, budynek jest w opłakanym stanie, a cały świat wygląda, jakby wydarzyła się apokalipsa. W opustoszałej scenerii po tajemniczej zagładzie snują się żywe trupy, które są zagrożeniem dla każdego człowieka. Rick postanawia spróbować odnaleźć swoich bliskich, którzy być może wciąż żyją, ale by to zrobić musi przeprawić się przez zrujnowane, pełne zagrożeń tereny, chociaż nie do końca odzyskał sprawność…

 

Przyznam się szczerze, że nie jest wielkim fanem „The Walking Dead”. Serialu nie trawię zupełnie, powieści czytałem, ale nie zachwyciłem się nimi, a jedynie z tego wszystkiego komiksowy pierwowzór przypadł mi do gustu. Teraz jednak z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że słuchowisko okazało się jeszcze lepszym przeżyciem, łącząc uroki graficznego pierwowzoru z aktorskimi kreacjami, niesamowitymi efektami dźwiękowymi i muzyką.

 

Fabularnie wersja audio nie różni się niczym od serii pisanej przez Roberta Kirkmana. To jego scenariusz i dialogi zostały wiernie odtworzone – i to do tego stopnia, że każdy rozdział jest odpowiednikiem jednego zeszytu. Tych natomiast na płycie znalazło się dokładnie 12 – pierwsze dwa tomy losów Ricka i innych ocalałych w postapokaliptycznym świecie. Liczy się jednak nie ilość, a jakość, a ta jest naprawdę rewelacyjna. To, jak słucha się „TWD”, jak odbiera się uszami cały świat przedstawiony, fascynuje. Aktorzy, choć miałem co do niektórych z nich wątpliwości, świetnie się spisali, a cała pozostała dźwiękowa otoczka stoi na najwyższym poziomie. W konsekwencji słuchanie historii to czysta przyjemność, pobudzająca apetyt na więcej. A zatem jeśli lubicie „The Walking Dead” albo po prostu tematyka zombie, tudzież szerokorozumianego horroru, leży w polu Waszych zainteresowań, sięgnijcie koniecznie – naprawdę warto przekonać się, jak wspaniale zwykłe dźwięki ożywiły trupy.

piątek, 16 września 2016

Głodne słońce - Wojciech Zembaty



APOCALYPTO NA PAPIERZE

 

Fantastyka poświęcona Aztekom (a właściwie poazteckim plemionom, jeśli mam być dokładny) nie należy do najbardziej znanych. Wprawdzie można by wymienić kilku autorów poruszających się w tej tematyce, Zoe Saadię czy Aliette de Bodard, ale na naszym rynku to rzecz rzadko spotykana. I już choćby dlatego warto jest sięgnąć po „Głodne słońce”, ale przede wszystkim jest to bardzo udana i realistyczna powieść, która zadowoli zarówno fanów książek przygodowych, jak i stricte historycznych fabuł.

 

Historia, którą prezentuje nam Zembaty toczy się na kilku polach i prezentuje losy różnych postaci. Dzieje mieszkańców ziem Ameryki Północnej potoczyły się zupełnie inaczej, niż znamy to z podręczników. Po pierwsze nie doszło do najazdu białych ludzi – powstrzymała ich Klątwa, tajemnicza zaraza. Po drugie Azteków już nie ma, zostali niemalże zapomniani, ale ich krwawa tradycja składania ofiar nie zniknęła. Co uległo zmianie? W podziemnych kopalniach, z których wydobywa się braazatal, narkotyczną substancję, posiadającą zdecydowanie bardziej rozległe właściwości, niż można by sądzić, zamieszkują istoty, których nikt nie chciałby spotkać...

 

Walki, wojny, krwawe ofiary, dziwne wizje, biały udający rdzennego mieszkańca egzotycznego świata i mieszanka indiańskich kultur składają się na bardzo ciekawą, a przede wszystkim głęboko realistyczną opowieść z gatunku alternate history skrzyżowanego z lekką fantasy i nutą horroru. Efekt przypomina klimatem film Mela Gibsona sprzed dziesięciu lat „Apocalypto”, szczególnie początkiem pokazującym ucieczkę kobiet przez dżunglę, a wreszcie poród, kiedy nowe życie okupione zostaje śmiercią. Nie mniej oba dzieła dzieli bardzo wiele, zaczynając od podejścia do tematu, na wątkach fantastycznych kończąc.

 

Co ciekawe najistotniejszą dla mnie rzeczą okazała się nie sama fabuła, a podejście autora do niełatwej materii tematu, z jakim chciał się zmierzyć. Świat przedstawiony jest taki, jaki być powinien. Scenerie i kultura na wskroś przesyca klimatem tamtych miejsc i czasów, a ta wierność realiom historycznym przekłada się także na odbiór całości, a w szczególności prawdopodobieństwa tego, jak potoczyły się losy świata. Do tego otrzymujemy mnóstwo ciekawych postaci, kilka istotnych pytań i nawiązań. W efekcie powstała świetnie napisana, ciekawa powieść dla miłośników nie do końca typowych przedstawicieli fantastyki. Dlatego polecam.

 

I dziękuję wydawnictwu Powergraph za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.