poniedziałek, 31 października 2016

Nagroda pocieszenia - Adam Lang



POCIESZENIE CZY NAGRODA?

 

Okres nastoletniości to czas, kiedy wszystko boli najbardziej. Problemy, trudności, opinia… a w szczególności, oczywiście, miłość. Ile było o tym dzieł. Ile powieści, filmów i seriali. A jednak najnowszą książką wciąż jeszcze mało znanego Adama Langa warto się zainteresować. I warto zapamiętać jego nazwisko. Dlaczego? Bo „Nagroda pocieszenia” to ciekawa, dojrzała i znakomicie podana porcja wzruszeń i emocji dla młodych ciałem i duchem.

 

Kuba jest daleki od bycia popularnym uczniem. Zawsze uważany za kujona introwertyk nigdy nie należał do lubianych osób. Z uczuciami także nie miał szczęścia, jego pierwszą dziewczyną została Ola, która na koloniach zawsze brała sobie jakiegoś chłopaka, druga miłość, Karolina, zostawiła go dla… dziewczyny. W świecie, w którym bycie ofiarą to jeden z najgorszych możliwych wstydów, a żadne zasady się nie liczą, Kuba nie ma już nawet większej nadziei, że liceum przyniesie jakąś zmianę, ale wtedy poznaje jego. Trotyl jest taki, jak jego przezwisko – głośny, daleki od delikatności i trudny do przeoczenia, to typowy samiec alfa. Wszyscy go lubią, dziewczyny na niego lecą, a znajdującemu się obok Kubie udziela się część jego popularności. Obu zaczyna łączyć przyjaźń, która zostanie wystawiona na próbę, kiedy obu w oko wpadnie ta sama dziewczyna. Co wybierze introwertyczny nastolatek? Czy zdecyduje się sięgnąć po nagrodę główną czy zadowoli nagrodą pocieszenia? I która z nich jest właściwie którą?

 

Takie książki pisałaby Ewa Nowak, gdyby była mężczyzną, tak w skrócie można scharakteryzować „Nagrodę pocieszenia”. Bo i tematyka, i styl – i nawet podział opowieści są podobne do tych, jakie spotykamy w książkach Nowak. O ile jednak mam wrażenie, że ostatnio autorka zepsuła się nieco, zamykając w monotematycznym kręgu bez pomysłu na przełamanie go (nadal jednak jej książki są bardzo dobre i warte polecenia), o tyle Adam Lang, który na rynku pojawił się dopiero niedawno („Nagroda…” to jego druga powieść) stanowi powiew świeżości. Może jego powieści nie są odkrywcze ani nowatorskie, ale doskonale wykorzystują zgrane motywy. I przy okazji dostarczają całkiem solidnej porcji emocji. Nic dziwnego, że jego debiutanckie „Klucze” były nominowane do Nagrody Polskiej Sekcji IBBY w kategorii „Książka Roku”.

 

Największą siłą „Nagrody…” jest jej warstwa obyczajowa i bardzo dobre oddanie uczuć. Dlatego też, kiedy autor zaczyna skupiać się na koszykówce, emocje opadają i treść mniej wciąga. Na szczęście nie na długo. I  na pewno nie w przypadku wszystkich czytelników – ja nie trawię sportowych tematów i potrzeba nie lada mistrza, żeby mnie nimi zainteresować. A przecież cała reszta urzeka: od znakomitego uchwycenia portretu współczesnych młodych ludzi, po żonglowanie niepewnością.

 

Dlatego polecam. Każdy, kto lubi udane młodzieżowe opowieści o uczuciach, będzie bawił się znakomicie. Ja bawiłem.

 

Dziękuję zatem Wydawnictwu Literackiemu za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Niebezpieczne związki (audiobook) - Choderlos De Laclos



NIEBEZPIECZNE LISTY

 

Klasyk Pierre’a Choderlosa de Laclosa jest z nami już ponad 230 lat i wciąż cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem i wielkością. Oczywiście wraz z upływem czasu musiał przejść ewolucję, zajmując kolejne media, więc naturalną koleją rzeczy musiało stać się powstanie wersji audio. I to bardzo udanej, angażującej do jej wykonania cały zespół aktorów.

 

Uczuć kobiety nie należy ranić. Przekonać się o tym ma pewien mężczyzna, bowiem odrzucona przez niego markiza de Merteuil szykuje zemstę na nim i dziewczęciu, które ten wybrał zamiast jej. W tym celu prosi o pomoc swojego dawnego kochanka, wicehrabiego de Valmont, by uwiódł i zniszczył niewinność owej rywalki. Kiedy ten odmawia, zainteresowany o wiele większą i trudniejszą zdobyczą, markiza zaczyna knuć…

 

I to właśnie na knowaniach i intrygach opiera się cała akcja tej epistolarnej powieści. Bohaterowie, których na jej kartach stworzył de Laclos to jednostki cyniczne i wyrachowane, kochające gierki i pozbawione moralności i zasad. W skrócie: libertynizm w całej okazałości. Jednakże w całym tym brudzie, perwersji i wyrachowaniu tkwi mnóstwo konserwatywności. Czystość zostaje zbrukana, lecz czy owo zbrukanie zostaje pochwalone? Na bohaterów czeka kara, czy adekwatna do ich czynów – to już osądzić musi każdy sam. Zaręczam, że warto. „Niebezpieczne związki” nie straciły nic na swej aktualności i atrakcyjności, a współczesne, średnio udane interpretacje („Szkoła uwodzenia”, „Untold Scandal”) ukazują tylko, jaka przepaść dzieli naśladowców od de Laclosa.

 

Wersja audio powieści doskonale natomiast wykorzystała jej konstrukcję. Dzieło opiera się bowiem na listach pisanych przez bohaterów, które przedstawiają całą akcję, co dało autorom odpowiedzialnym za dźwiękową interpretację tekstu możliwość wykorzystania ograniczeń literackiego pierwowzoru na jej korzyść. Listy każdej z postaci czyta oddzielny aktor, nad całością czuwa narrator i to właściwie tyle. Ale wystarczy. Taka intymna atmosfera, bez dźwiękowych fajerwerków, wpadająca w ucho, dodająca charakterystycznych cech postaciom. Po prostu bardzo udana.

 

Dlatego miłośnikom audiobooków polecam z czystym sercem. Dobrze, że taka klasyka pojawia się na nowo i to w atrakcyjnej formie. Szczególnie, że w zabieganym świecie łatwiej jest słuchać książek, niż je czytać, a to też dobra metoda na poznawanie literatury.

 

Ja natomiast dziękuję Bibliotece Akustycznej za udostępnienie mi audiobooka do recenzji.

Przewodnik Pani Bradshaw. Ilustrowany informator o drogach żelaznych - Terry Pratchett



KOLEJĄ ŻELAZNĄ PRZEZ ŚWIAT DYSKU

 

Wydawnictwo Prószyński i S-ka właśnie wydało pozycję, która zadowoli każdego fana „Świata Dysku”. Z jednej strony jest to spin-off serii powieści Terry’ego Pratchetta, z drugiej pozycja, która w cyklu ma swoje konkretne miejsce – tuż przed finałowym tomem, „Pasterką koroną”. W skrócie miłośnicy twórczości zmarłego autora powinni sięgnąć po nią koniecznie!

 

Pani Georgina Bradshaw dotychczas nie miała zbyt wiele wolnego czasu, kiedy jednak jej mąż, Archibald, nieszczęśliwie odszedł z tego świata, staruszka zaczęła dysponować jego dużą ilością. Dlatego też postanowiła spróbować wypraw niesamowitym novum w Świecie Dysku – drogą żelazną. Chociaż krytycy przestrzegali przed tym wynalazkiem, obawiając się wpływu na zwierzęta albo też wprost zwiastując koniec świata za jego sprawą, pani Bradshaw znalazła w tych podróżach mnóstwo przyjemności i zaczęła robić zapiski. Dzięki uprzejmości dyrektora HDŻAMRAS, Moista von Lipwiga, otrzymała także możliwość jazdy nie w pełni otwartymi liniami, dzięki czemu mogła stworzyć swój przewodnik po wszystkich stacjach i przystankach drogi żelaznej Ankh-Morpork i Równin Sto, który teraz trafia w Wasze ręce.

 

Przyznam, że bardzo lubię wszelkie dodatki do znanych tytułów. Niestety najczęściej są to propozycje, które jedynie czerpiąc ze sławy danej rzeczy, są niczym więcej, jak odcinaniem kuponików. Nie wnoszą nic, nie zawierają żadnych nowości, a treść – jeśli takowa w ogóle się pojawia – jest prosta, ogólnikowa i właściwie bez znaczenia. Jednakże czasem zdarzają się książki naprawdę ciekawe, zrobione z szacunkiem tak dla tematu, jak i odbiorcy i stanowiące dodatek, który jednocześnie doskonale łączy się z większą całością. I takim właśnie dziełem jest „Przewodnik pani Bradshaw”.

 

Co jest w nim dobrego? Na pewno mnóstwo dodatkowych informacji dla fanów. W końcu za jego napisanie odpowiada sam Pratchett, co jest już zapewnieniem wysokiej jakości. Dlatego czytelnicy jego „Świata Dysku” dostają tutaj wiele ciekawostek, jak i również szansę zobaczenia na własne oczy konkretnych miejsc. Dla mnie jednak, czytelnika, który z opus magnum autora nie miał dotychczas wiele do czynienia (dopiero zaczynam odkrywanie płaskiego świata, choć już bardzo dobrze się w nim czuję), bardziej istotnym okazał się fakt samodzielności tej pozycji. Brzmi osobliwie? W końcu to część wielkiego (liczącego ponad 40 tomów) cyklu, a jednak! Nawet nie znający „Świata Dysku” mogą bawić się tutaj znakomicie. Pratchett na łamach  „Przewodnika…” na nowo odkrywa początki kolei, snując ich alternatywną, chociaż bliską naszej wizję. Dzięki temu reinterpretuje zarówno przepisy podróżowania, podaje porady i snuje wizje wspaniałych miejsc, które mogłyby istnieć w rzeczywistości. Jest w tym jakaś namiastka realizmu, jest nieskrępowana wyobraźnia i jest też coś, co działa najmocniej – fascynacja z odkrywania nieznanego, jaka towarzyszyła klasykom fantastyki i podróżnikom.

 

Wszystko to zyskało wspaniałą oprawę graficzną. Ilustracje Petera Denisa, jakże bogato rozmieszczone, prezentują miejsca, rzeczy i osoby (szkoda jednak, że w polskiej wersji nie w kolorze). Mamy także mapy, pięknie stylizowane pisma i listy oraz najprzeróżniejsze, drobne zdawałoby się, a jakże istotne, ozdobniki. Ogląda się to z przyjemnością, a zamknięcie całości w również stylizowanej twardej oprawie tylko dopełnia pozytywnego wrażenia.

 

Dlatego też polecam gorąco, bo to jeden z najlepszych około książkowych dodatków, jakie miałem okazje trzymać w rękach. Rzetelny, ciekawy, zrobiony z pomysłem, a nie tylko dla szybkiego dodatkowego zysku. Sięgnijcie zatem.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Jednoroczna wdowa - John Irving



REWELACYJNA WDOWA

 

„Jednoroczna wdowa” to jedna z najbardziej znanych powieści Johna Irvinga (spora w tym zasługa filmu „Drzwi w podłodze”, który powstał na jej podstawie sześć lat po publikacji), a przy okazja także jedna z najlepszych książek, jakie w swojej długiej przecież karierze napisał autor z New Hampshire. Poruszająca, kontrowersyjna, mocna, odważana i ważna, intryguje, wciąga i zapewnia emocjonalny rollercoaster. W skrócie – Irving w szczytowej formie!

 

Ruth Cole dorastała w rodzinie, którą roztrzaskała tragedia. Gdy jej dwaj bracia, których nawet nie poznała, zginęli w nastoletniości, małżeństwo jej rodziców zaczęło się rozpadać. Jeszcze starali się je ratować, poczęli nawet dziecko mające im zastąpić utraconych synów – ją – niestety nie przewidzieli, że może im się urodzić córka. Zimni w stosunku do niej, odcięci… Mała Ruth za bardziej realnych członków rodziny uważała braci, których zdjęcia wisząc na ścianach pobudzały wyobraźnię, niż tych, którzy żyli przy niej, ale nie z nią. Żyli obok, chociaż na jednej przestrzeni życiowej, zdradzając się nawzajem i wywołując traumy i problemy.

Teraz Ruth jest już dojrzałą kobietą i bestsellerową pisarką, której wraz z sukcesem komercyjnym udało się zdobyć coś, co stało się udziałem nielicznych autorów – uznanie krytyków. Nie zdobyła jednak jednego – miłości. Powracająca samotność to jej zmora, a przeszłość cieniem kładzie się na każdej chwili jej życia. Czy prawdziwym ratunkiem mógłby być książę z bajki, czy i on nie dałby rady złamać fatum wspomnień, które ją ukształtowały?

 

Dziewiąta powieść w karierze Johna Irvinga to kontrowersyjny, bo kontrowersyjny, ale jakże piękny – jak zwykle zresztą – pean na cześć kobiet. Bardziej dogłębny jednak niż dotychczas, bo opowiedziany z perspektywy przedstawicielki płci pięknej właśnie. W końcu kobiety uważa autor za najlepsze czytelniczki – czemu więc jedna z nich nie miałaby być w końcu (po tylu męskich postaciach) także najlepszą główną bohaterką?

 

Irving tradycyjnie zachwyca dwoma rzeczami. Pierwszą jest psychologia postaci, które nie są papierowymi tworami złożonymi z kartek i tuszu, żyjącymi tylko od pierwszej do czwartej strony okładki. Każdy z bohaterów jest realny i jakże indywidualny, chociaż jak zwykle w pisarstwie autora przenikają się te same motywy, postawy i zachowania. Drugą rzeczą, która urzeka jest styl. Irving pisze soczyście, jest w jego piórze coś z największych mistrzów literatury, coś z nieśmiertelnych klasyków, ale podane w nowej formie, atrakcyjnie dla współczesnych, choć zarazem wysmakowanie i niespieszne. Dodatkowo autor atakuje nasze zmysły kontrowersjami. Tematy prostytucji czy aborcji, tak charakterystyczne dla jego twórczości, przeplatają się z odniesieniami do jego wcześniejszych utworów i życia, skłaniając do myślenia i zajęcia swojego stanowiska. Coś wspaniałego.

 

Dlatego nie wahajcie się, nie zastanawiajcie tylko sięgnijcie. Koniecznie! John Irving to jeden z najwybitniejszych żyjących pisarzy, autor, który zachwyca, fascynuje, magnetyzuje i zostawia czytelnika sponiewieranym, ale usatysfakcjonowanym. Polecam gorąco.

 

I dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Toradora! #1 (Light Novel) - Yuyuko Takemiya (ilustracje: Yasu)



NIE ZADZIERA SIĘ Z… TYCIM TYGRYSEM

 

Po „Toradorę” sięgnąłem przekonany, że to manga. Kiedy więc otworzyłem tomik – zadziwiająco gruby, jak na typowy komiks – byłem, łagodnie rzecz ujmując, zaskoczony. Po chwili jednak przyszła myśl – przecież to może być ciekawe. Japońskich powieści czytałem niewiele – młodzieżowych z Kraju Kwitnącej Wiśni, zero. Jest szansa, że mi się spodoba. I spodobało. Bo „Toradora” to urocza, nieco naiwna, ale sympatyczna historia o miłości w czasach szkolnych.

 

Nowa klasa to zawsze szansa na nowy początek. Nowi ludzie, nowe perspektywy. Ryuuji Takasu ma nadzieję, że uda mu się coś zmienić, ale kiedy ma się wzrok, na widok którego ludzie chętnie uciekliby z krzykiem, trudno jest znaleźć punkt zaczepienia, który pomógłby zacząć wszystko od nowa. W domu nie ma lekko, bo nieodpowiedzialna matka, kobieta zachowująca się w nieprzystający do wieku i roli sposób, kokieteryjna i traktująca Ryuujiego jako kogoś, bez kogo nie będzie „ciepłego papu” daleka jest od ideału rodzica, w szkole także nic mu się nie układa. I nagle wszystko się zmienia, bo oto pierwszego dnia ledwie zjawia się liceum wpada na nią. Taiga Aisaka wygląda niepozornie, filigranowe dziewczę wydaje się niewinne, ale w jej oczach tli się coś takiego, co przeraża nawet jego. Z Tycim Tygrysem, bo tak ją nazywają, lepiej nie zadzierać. Relacje, które ich połączą i dzielony sekret sprawią, że oboje zaczną walkę o uczucia tych, których kochają. A jak taka ekipa, jak oni, za coś się zabiera, można spodziewać się dużej porcji zabawy!

 

I tak właśnie jest. W całej swojej naiwności light novel napisana przez Yuyuko Takemiyę to urocza i zabawna opowieść w japońskim stylu, która spodoba się zarówno czytelniczkom, jak i czytelnikom. Warunek by się nią cieszyć jest właściwie jeden – trzeba mieć ochotę na prostą komedię romantyczną w młodzieżowych realiach. Jeśli takie lubicie, jeśli z chęcią czytaliście podobne mangi o licealnych uczuciach, nie zawiedziecie się na pewno.

 

„Toradora” została napisana prosto i lekko, bez literackich fajerwerków, ale też bez zbytnich uproszczeń czy infantylności. Bohaterowie, choć zabawni, a czasem skrajnie odrealnieni (tu mam oczywiście na myśli matkę głównego bohatera) mają swój niezaprzeczalny urok (trudno nie ulec słodkiemu „Psieplasiam…”) i przekonują do siebie i kreacji, jaką tworzy autorka. Może czasem wyrażają się w nie do końca właściwym stylu, ale niczego to nie psuje. A że zarazem oferują porcję niewymagającym wzruszeń, nie można mieć zastrzeżeń tak do nich, jak i fabuły.

 

Podobnie jest z prostymi, ale miłymi dla oka ilustracjami Yasu. Dzięki niemu „Toradora” nabiera bardziej mangowej stylistyki, szczególnie, że grafiki są zarówno kolorowe (początkowe strony), jak i czarnobiałe (potem).

 

Podsumowując: polecam. Fanom mangi i japońskich klimatów, ale nie tylko. W końcu każdy czytelnik z romantyczną duszą, szczególnie jeśli ma kilkanaście lat, znajdzie tutaj coś dla siebie.

 

I dziękuję wydawnictwu Studio JG za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

niedziela, 30 października 2016

Orgazmokalipsa - Krzysztof T. Dąbrowski (z gościnnym udziałem Michała Drzazgi)



APOKALIPSA DOCHODZI

 

Swego czasu „Straszny film 5” reklamowano hasłem „Zło dochodzi, zabezpiecz się”, ale teraz już zabezpieczyć się nie możecie. Dochodzą bowiem wszyscy. Dochodzą do apokalipsy. Do orgazmokalipsy. Ale kto powiedział, że koniec świata musi być nieprzyjemny?

 

Hubert „Hubi” Płaczkowski to typowy polski trzydziestoletni metal. Długie włosy, czarne ciuchy, wielki brzuch, na nogach glany, a przy tych glanach szwęda się kot o imieniu Wikary. Kot dość nieszablonowy, bo gadający. A właściwie gadający tylko do Hubiego. Wróć… Tylko Hubi rozumie co on gada, albo więc ma dar, albo psychika mu szwankuje. Cóż, bywa. Ale naszemu metalowemu nie najmłodszemu już bohaterowi życie mija nie tylko na gadaniu z kotem, słuchaniu Buka Bloody Buka Anal Warriors of Lilith i żłopaniu piwska zagryzanego pizzą, podczas oglądania TVN69.



Na taki duet czeka wiele ciekawych rzeczy. Ot czasem Wikary wlezie na drzewo i trzeba będzie go ściągać, narażając się na bycie posądzonym o dendrofilię, a to znów smok (smog?) krakowski zionąc ogniem podpalał będzie sklepy monopolowe, a ciasto ożyje zmuszając do poradzenia sobie z tymi problemami, to jeszcze innym razem w towarzystwie metalowej staruszki wyruszy nasz Hubi na ratowanie zaginionej Edytki. Z apokalipsą także przyjdzie mu się uporać, kiedy wszyscy ludzie nagle zaczną dostawać niekontrolowanych orgazmów, tak miłych, jak uprzykrzających życie. A wszystko to w niezdarnym, wulgarnym i zabawny stylu.

 

I taka w skrócie jest ta książka. Antologia właściwie. Niezdarna, wulgarna, ale śmieszącą, choć czasem także zniesmaczająca. Momentami potrafi przysporzyć spazmatycznych skurczów – przepony, żeby nie było – momentami wciągnąć w całkiem niezłą fabułę, a ogólnie bawi w niezobowiązujący sposób. Dąbrowski, którego teksty poznałem przed laty, jako nastolatek zaczytujący się „Magazynem Fantastycznym”…hmm… trysnął (to dobre słowo) tutaj swoim specyficznym talentem, tak mocno czerpiącym z seksu. I z paru szalonych koncepcji w ten sposób poczętych narodził się zbiór, który spodoba się miłośnikom takiego rodzaju humoru.

 

Poza tym Dąbrowski naprawdę dobrze pisze, styl ma lekki, przyjemny i szybki w odbiorze. Można więc uznać, że w konwencji, jaką obrał, marnuje się. Mógłby tworzyć zdecydowanie lepsze opowiadania i powieści, bo te, zebrane w „Orgazmokalipsie”, nie ma się co oszukiwać, trafią jedynie do nielicznego grona czytelników. Ci, którzy cenią wyższe wartości, przesłanie etc. nie znajdą tutaj nic dla siebie, nie mniej – co już wspomniałem powyżej – grupa docelowa odbiorców będzie zadowolona.

 

Zatem jeśli lubicie lekkie, proste, wulgarne historie pełne fizjologiczno-koszarowo-sprośnego humoru, będziecie bawić się dobrze. Może nie jest to szczytowe osiągnięcie Dąbrowskiego, ale szczytujące jak najbardziej. Czujecie te klimaty? Sięgnijcie.

 

A ja dziękuję Kostnicy z udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

I zachęcam do zajrzenia na stronę książki: http://orgazmokalipsa.blogspot.com/

sobota, 29 października 2016

Relax - Antologia opowieści rysunkowych



RELAX Z DOBRYM KOMIKSEM

 

Magazyn „Relax”, który ukazywał się od 1976 do 1981 roku był prekursorem wszystkich polskich pism komiksowych. Przez niemal sześć lat wydawania opublikowanych zostało 31 numerów, prezentując najróżniejsze opowieści graficzne. Teraz Egmont z okazji dwóch jubileuszy – pierwszym z nich jest czterdziestolecie publikacji pierwszego „Relaxu”, drugim wydanie tysięcznego albumu w ramach Klubu Świata Komiksu – przygotował nie lada gratkę dla miłośników polskich historii obrazkowych. W rewelacyjnej antologii zebrał najciekawsze opowieści z tego kultowego magazynu, dając szansę młodemu pokoleniu poznać legendarne dzieła.

 

Co się znalazło na łamach tej publikacji? Komiksy różnorodne pod względem tematyki, jak i długości. Mamy więc zarówno opowieści historyczne, Science Fiction, jak również humorystyczne i sensacyjne. Niektóre mają formę shortów, w innych przypadkach ich rozmiar śmiało wystarczyłby na zapełnienie samodzielnego albumu. Nie mogło zabraknąć także „Orient Mana”, który pojawił się w debiutanckim „Relaxie”, ale Tadeusz Baranowski to nie jedyny znany twórca, jaki zagościł w antologii. Właściwie nazwiska autorów, tych tak dobrze nam znanych i cenionych także dzisiaj, jak również kultowych, choć nieco zapominanych, stanowią najsilniejszą stronę albumu. Grzegorz Rosiński, Jerzy Wróblewski, Janusz Christa czy Bogusław Polch prezentują swoje wczesne komiksy i zabierają nas w podróż w czasie.

 


„Relax” nie jest pozycją równą, nie jest także pozycją wybitną, ale każdy szanujący się fan komiksu powinien ją przeczytać i posiadać na swojej półce. W końcu w magazynie, któremu album zawdzięcza swój tytuł karierę rozpoczynali giganci, a on sam ukształtował wygląd rynku opowieści obrazkowych i ich współczesnych wydawców. Prezentuje więc kawał naszej historii i pod tym względem – niezależnie od jakości zawartych w nim treści – jest dziełem nieocenionym.

 

Jak jednak prezentują się poszczególne komiksy? Większość naprawdę znakomicie. Baranowski i Christa jak zwykle nie zawodzą snując urzekające humorystyczne opowiastki; zresztą „Dżdżownice” tego drugiego to najlepsze, co w „Relaxie” się znalazło. Poważniejsze opowieści rzadziej są udane pod względem fabularnym, za to graficznie wypadają świetnie. Przy okazji trzeba jednak pamiętać w jakich powstawały czasach, nawet jeśli teraz ich propagandowy wydźwięk potrafi nużyć. Urzeka natomiast mnogość tematów – mamy więc pojedynek dwóch obcych ras, historię kipu z Niedzicy, opowieść wojenną, sensacyjną, długą fabułę o terrorystach (którą śmiało można uznać za polską „Szklaną pułapkę”) czy wcale nie krótszy komiks traktujący o podróży w czasie by obserwować dinozaury. Wszystko to natomiast czyta się znakomicie, a naiwność niektórych treści budzi sentyment i dziecięcą tęsknotę za fikcją.

 


Całość, tradycyjnie dla Egmontu, została świetnie wydana i uzupełniona o dodatek przybliżający historię i zawartość Relaxu. Nie ma więc się co zastanawiać – sięgnijcie koniecznie, bo znać po prostu trzeba. I warto. Polecam zatem gorąco.

 

I dziękuję wydawnictwu Egomnt za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

piątek, 28 października 2016

Batman: Rok setny - Paul Pope



DAWNO ZAGINIONY OSTATNI SUPERBOHATER

 

To zdecydowanie najbardziej wyczekiwany przeze mnie komiks o Batmanie w ostatnich kilku latach. W Stanach wydany dokładnie dekadę temu, zdążył przez ten czas stać się opowieścią kultową, a przede wszystkim jedną z najbardziej cenionych historii o Nietoperzu. Teraz możemy cieszyć się nim po polsku, a co równie ważne we wspaniałej edycji oferującej jeszcze trzy inne komiksy Paula Pope’a z tej serii.

 

Rok 2039. Gotham City pod rządami federalnej policji FPC staje się świadkiem niezwykłego zdarzenia. Na ulicach miasta znów pojawia się on, Batman, Mroczny Rycerz, o którym już zapomniano. Dawno zaginiony ostatni superbohater. Jak wynika z akt działał przez kilka dekad od roku 1939, by potem zniknąć i powrócić dopiero w roku 1986. Nie jest jednak możliwe by to wciąż ten sam człowiek krył się pod maską mściciela. A może jednak? Oskarżony o morderstwo funkcjonariusza, poraniony i ścigany przez wszystkie siły Batman staje do nierównej walki o odkrycie tego, co tak naprawdę dzieje się w Gotham. Jak przed laty nie jest jednak sam, ma pomocników: Robina oraz pewną policjantkę i jej córkę.

Tymczasem do śledztwa zaangażowany zostaje wnuk Jamesa Gordona, który wkrótce zauważa, jak bardzo rzeczywistość różni się od twierdzeń policji…

 

„Rok setny” to nie typowy komiks o Batmanie. Świadczy o tym już samo nazwisko twórcy, który przede wszystkim pracuje nad niszowymi komiksami artystycznymi, dla wielkich wydawnictw przygotowując tylko okazjonalne pozycje. Dlatego każdy jego komiks jest znaczącym wydarzeniem na rynku, szczególnie, że kiedy Pope za coś się zabiera, to robi to w znakomitym stylu. Tak też jest w przypadku tej opowieści nagrodzonej najważniejszym komiksowym wyróżnieniem, nagrodą Eisnera (za Najlepszą Miniserię oraz dla Najlepszego Scenarzysty/Rysownika), która daleka jest od tego, co na co dzień ma do zaoferowania „Batman”. Oczywiście z jednoczesnym oddaniem wielkiego hołdu całej jego tradycji.

 


Jaka jest więc interpretacja tej postaci dokonana przez Pope’a? Mógłbym rzec, że zrobiona w stylu Marka Millara. Jest więc momentami brutalnie, a świat, który rozliczył się z problemami wciąż uciekających z Azylu Arkham superprzestępców, ocieka brudem, który łączy w sobie cyberpunkowe klimaty z tradycją noir. Batman przede wszystkim rozwiązuje więc zagadkę kryminalną, w której jest i trup i tajemnica, i całe mnóstwo mylnych tropów. Ale sam również zagadkę stanowi – kim jest i dlaczego walczy ze złem? Czy to możliwe, że pod maską kryje się Bruce Wayne? Pytania podsycają ciekawość, coraz bardziej wciągając w świetną, klimatyczną opowieść.

 

Co więcej Pope w rewelacyjnym stylu oddał hołd postaci i komiksowej tradycji, umiejscawiając zarazem przygody Batmana w konkretnych realiach czasowych. Działalność Bruce’a Wayne’a zaczyna się więc w roku 1939, czyli wtedy, kiedy opublikowany został pierwszy komiks z jego przygodami. Najważniejsze wydarzenia z historii tej postaci także mają miejsce w latach, w których były publikowane – łącznie ze słynnym „Powrotem Mrocznego Rycerza” Franka Millera. Co ciekawe udało się Pope’owi wyprzedzić nieco swoje czasy, wspominając o roku 2016 w kontekście Batmana właśnie, a co warto zauważyć to właśnie teraz trwa publikacja „DK III” wspomnianego już Millera, pokazująca ostatni rozdział działalności Mrocznego Rycerza po emeryturze. Wszystko zatacza więc koło, a fani postaci – jak i po prostu miłośnicy znakomitych komiksów – są zachwyceni.

 


Od strony graficznej „Rok setny” to typowa, bardzo charakterystyczna kreska. Rysunków Pope’a nie da się pomylić z żadnymi innymi, mroczne, nietypowo przedstawiające światło oraz proporcje, czerpią nieco z mangi i amerykańskiej klasyki. Przede wszystkim jednak są po prostu znakomite. I świetnie pasują do opowieści o Batmanie.

 

Na deser polskie wydanie oferuje trzy krótsze komiksy. W pierwszym z nich widzimy alternatywą wersję Człowieka Nietoperza żyjącego w Berlinie w roku 1939, w drugim (także nagrodzonym Eisnerem) jesteśmy świadkami walki z Jokerem, który chce zabić Robina. Trzeci i ostatni, znany nam już z „Batman: Black and White II” przedstawia irytację Batmana na złamany podczas walki nos. To jednak nie wszystko, bo wśród pozostałych materiałów dodatkowych znajdziemy m.in. komentarze autora i całe mnóstwo szkiców. W skrócie: coś wspaniałego. Tak pod względem jakości historii, jak i wydania.

 

Dlatego jeśli lubicie komiksy, a nie macie jeszcze „Roku setnego” nie wahajcie się i sięgnijcie koniecznie. Warto pod każdym względem.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Magiczna dżungla. Koloruj i odkrywaj tajemnice tropików - Johanna Basford



KOLOROWA DŻUNGLA

 

Johanna Basford to jedna z najciekawszych i najlepszych autorek modnych w ostatnich latach kolorowanek dla dorosłych. Spod jej ręki wyszły takie pozycje, jak „Tajemny ogród” czy „Zaginiony ocean”. Za jej sprawą odwiedziliśmy już wodę i las, krzewy i morskie dno, teraz nadszedł czasy byśmy zagłębili się w dżunglę.

 

Soczysta zieleń, zatrzęsienie roślinności. Liście i pnącza splatają się ze sobą, to odsłaniając to znów ukrywając konary drzew. Wchodzimy głębiej, a tam spomiędzy krzewów przebijają kolorowe kwiaty. Piękne płatki, różnobarwne, wzorzyste. I… co to? Tak! Kolorowe ptaki wzbijają się w powietrze, spoglądają na nas z gałęzi, ale nie tylko one. Wśród gęstej roślinności czają się także bardziej niebezpieczne stworzenia, jak chociażby Tygrysy!

Odważycie się stawić im czoła?

Jesteście gotowi zabłądzić w gąszczu na wiele długich godzin kolorowania?

Chcecie odprężyć się w egzotycznej scenerii bez wychodzenia z domu?

Ta kolorowanka jest dla Was!

 


Kolorowanki dla dorosłych tworzone przez Johannę Basford to bardzo ciekawe propozycje, które oferują bardzo ładne ilustracje, łączące prostotę ze skomplikowanymi wzorami. Do tego proponują także coś jeszcze – więcej interaktywności w formie poszukiwania na stronach konkretnych elementów. W tym wypadku są to zwierzęta, jak papugi, małpy, motyle, ryby czy ślimaki. Przede wszystkim jest w tym jednak jakiś urok, który potrafi kupić serce czytelnika. Może to fakt, że autorka z sentymentu inspiruje się florą i fauną szkockiej wsi (chociaż czy to może być widoczne w przypadku książki z ilustracjami przedstawiającymi dżunglę? Pewnie tak, nie mniej nie szczególnie wyraźne), a może talentu. Cokolwiek jednak to jest, warto po „Dżunglę…” sięgnąć.

 

Poza tym jeśli lubicie kolorowanie dla dorosłych znajdziecie tutaj wszystko to, czego chcecie, podane w bardzo ładnym stylu. Sięgnijcie zatem i cieszcie się odstresowującym kolorowaniem dla dorosłych. Czasem warto jest pobawić się w ten sposób.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Nasza Księgarnia za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

czwartek, 27 października 2016

Seksmisja i inne moje misje - Tomasz Miłkowski, Olgierd Łukaszewicz



OLGIERDZIK, NIE KRĘPUJ SIĘ, AUTOBIOGRAFIA USTNA

 

„Seksmisję” zna chyba każdy z nas. Nic więc dziwnego, że tytuł ten stał się także tytułem wywiadu rzeki z Olgierdem Łukaszewiczem. Nie dziwnym będzie zatem także fakt, że i tytuł tej recenzji parafrazuje znany cytat z owego filmu, „Albercik, nie krępuj się, usta – usta”. Kończąc jednak z żartami ta (auto)biografia to naprawdę wspaniała książka, która porusza najróżniejsze tematy i zabiera nas w podróż poprzez życie (a więc także i filmy oraz sceniczne występy) Łukaszewicza, znakomitego polskiego aktora.

 

Niezapomniana twarz, niezapomniany głos i role także niezapomniane. Albercik z „Seksmisji’, Jaś z „Perły w koronie”, Adam z „Awantury o Basię”, Stregobor z „Wiedźmina” czy premier z „Kariery Nikosia Dyzmy”. Przez blisko pięćdziesiąt lat aktorskiej kariery zagrał w takich kultowych filmach, jak „C.K. Dezerterzy”, „Kingsajz”, „Jańcio Wodnik” oraz „Katyń”. Znamy go z jego wcieleń, ale jaki jest naprawdę? Od rodzinnych korzeni przez wszystkie te lata swojego życia i kariery po czasy obecne, kiedy to wciąż nie schodzi ze sceny, pomimo wieku. Z odpowiedzi udzielanych Tomaszowi Miłkowskiemu rodzi się powoli obraz prawdziwego Olgierda Łukaszewicza, w którym odbijają się lata jego doświadczenia i życiowej mądrości.

 

Dobre biografie czy też dobre wywiady ze znanymi ludźmi czyta się nie jak nużącą literaturę faktu, a naprawdę porywającą beletrystykę, z tym że z o wiele większymi emocjami wynikającymi z faktu, że wszystko, co poznajemy wydarzyło się naprawdę. Że ludzie, o których czytamy żyli, bądź też żyją nadal, a miejsca z tego życia znane istnieją rzeczywiście, nawet jeśli w zmienionej już formie. Żaden posmak autentyzmu, nawet najbardziej udany, nie zastąpi bowiem prawdy, a to właśnie prawda od zawsze sprzedaje się najlepiej. Trzeba tylko dobrego wykonania, a to właśnie – pośród wielu innych zalet – oferuje „Seksmisja…”.

 

Oczywiście można się zastanawiać co wykonanie ma do wywiadu. Żadna to sztuka zadawać pytania, słuchać odpowiedzi, a potem wszystko to spisać, prawda? Trzeba jednak wiedzieć, jakie pytania zadać i przy okazji mieć plan na poprowadzenie rozmowy. Nie można także zapomnieć o reaserchu, który stoi za całością wywiadu. Nie mniej i tak to Łukaszewicz kradnie naszą uwagę i zapewnia najwięcej emocji, snując w niespiesznym tempie swoją opowieść.

 

Co dla mnie ważne (i przy okazji przyjemne) książka została bogato zilustrowana zdjęciami. Nie kilkoma fotografiami rzuconymi tu i tam, ani stanowiącymi krótką wkładkę, a naprawdę solidną ich porcją. Na koniec zaś dołączono kalendarium zawierające wszystkie kinowe, telewizyjne i teatralne role Łukaszewicza. W skrócie: konkretne, rzetelna i fascynująca lektura dla miłośników polskiego kina. Polecam więc gorąco. Premiera już 3 listopada!

 

I dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za udostępnienie mu egzemplarza do recenzji.

1Q84. Tom 1 (audiobook) - Haruki Murakami (czytają: Maria Seweryn i Piotr Grabowski)



ROK 1984 WG MURAKAMIEGO

 

Spotkałem się z najróżniejszymi określeniami Murakamiego – także z zarzutem, że to taki japoński Paulo Coelho. Po tym ostatnim zacząłem się nieco obawiać jego twórczości, bo cokolwiek o Coelho by nie mówić, jest to jeden z najbardziej przecenianych pisarzy w historii; autor o ciekawych pomysłach, ale bardzo prostym wykonaniu, w którym zatraca się głębia i jakość. Na szczęści „1Q84” okazało się bardzo udaną, nieoczywistą opowieścią do tego bardzo dobrze podaną w wersji audio.

 

Tokio roku 1984, ale roku dalekiego od tego, który znaliśmy. To on staje się scenerią dla dwóch osób pozornie ze sobą niezwiązanych. Oboje są w okolicach trzydziestki, oboje  także żyją we wspomnianym mieście, ale to praktycznie jedyne, co mają wspólnego. Co zatem ich dzieli? Właściwie wszystko, także płeć. Ona, Aomame, uczy sztuk walki, fascynuje się akupunkturą, a w międzyczasie morduje ludzi wymierzając im własną sprawiedliwość, przekonana przy okazji, że żyje w alternatywnym świecie, który nazywa tytułowym 1Q84 (Q w języku japońskim jest tożsame z 9). On, Tengo, naucza matematyki i uwielbia czytać, a przy okazji sam pisze, jednocześnie pomagając w tym nastolatce. Co łączy oboje? Nieudolne poszukiwania miłości i życie przeszłością. Przeszłością, w której oboje się spotkali…

 

„1Q84” to dziwna, fascynująca i magnetyzująca powieść, obok której ciężko jest przejść obojętnie. Murakami splata w niej wszelkie możliwe tematy. Jego bohaterowie właściwe dla siebie czymś na kształt przeciwwagi – podobni, a jakże różni. I taki sam balans można dostrzec w tematach. Fantastyka egzystuje tutaj z przyziemnością. Miłość z kompulsywnym seksem. Realizm magiczny to określenie, które najlepiej oddaje powieść.

 

Najciekawsza nie jest jednak otoczka czy fabuła, a postacie, które naprzemiennie pojawiają się w kolejnych rozdziałach. Ciekawe psychologicznie, cudownie oddane, choć zarazem tajemnicze i niejednoznaczne. Słuchając tej powieści miałem wrażenie, że podsłuchuję prawdziwe osoby. Zaglądam w ich życie, ale ponieważ nie jestem nimi, nie wszystkiego mogę doświadczyć. I to jest wielką siłą tej wspaniałej powieści.

 

Twórcy audiobooka także dobrze wykorzystali tutaj podział na dwoje bohaterów. Rolę każdego z nich czyta więc inna osoba. I chociaż jest to zaledwie dwójka lektorów (w rolę Aomame znakomicie wcieliła się Maria Seweryn, Tengo zinterpretowany został przez Piotra Grabowskiego) w zupełności wystarcza i zapewnia niesamowity efekt. Efekt intymny i dodający zróżnicowania charakterów.

 

Dlatego polecam gorąco. Chcecie ambitnego audiobooka, „1Q84” to znakomity wybór. Nie zawiedziecie się.

 

A ja dziękuję Audiotece za udostępnienie mi go do recenzji.

środa, 26 października 2016

Zdumiewający, fantastyczny, niesamowity Stan Lee: Cudowne wspomnienia - Stan Lee, Peter David i Colleen Doran



TYGRYSKU, TRAFIŁEŚ W DZIESIĄTKĘ

 

Te słynne słowa wypowiada w 42 zeszycie Spider-Mana przyszła ukochana głównego bohatera, Mary Jane Watson. Napisał je oczywiście nie kto inny, jak Stan Lee i to właśnie one doskonale podsumowują jego życie. Lee trafił w dziesiątkę. Ze swoimi pomysłami. Scenariuszami. I z życiem także. I w dziesiątkę również trafia ta komiksowa (auto)biografia, która przybliża życie i twórczość najważniejszego autora graficznych opowieści w historii.

 

Kiedy Stan Lee, a wtedy jeszcze Stanley Lieber, przyszedł na świat w 28 grudnia 1922 roku, nikt nie mógł spodziewać się, jaki status osiągnie za kilkadziesiąt lat. Jego dzieciństwo przypadło na lata Wielkiego Kryzysu, nie miał więc szczególnie lekko, ale był chłopcem z wielką wyobraźnią, którą żywiła się kolejnymi łapczywie pochłanianymi powieściami, by z czasem pokazać, że sama także potrafi coś wydać na ten świat. Teraz, kilka dekad później, Stan Lee staje przed nami i zaczyna snuć historię swojego życia, barwną opowieść o swoistym American Dream, który stał się jego udziałem, wiodąc nas przez lata wzlotów i upadków, tak tych osobistych, jak i zawodowych. Jednocześnie ukazuje nam przemiany na rynku komiksowym, jego kulisy i to, jak kształtowały się najważniejsze postacie i fabuły, które zrodziły się w głowie mężczyzny niegdyś nazywającego się Stanley Lieber…

 


Stan „The Man” Lee, który miłośnik komiksu go nie zna? Nie ma drugiego takiego autora kojarzącego się z tą branżą, jak on, bo i nie istniał drugi taki autor, który stworzyłby tyle postaci będących symbolami popkultury. Spider-Man, Hulk, Fantastyczna Czwórka, Avengers, Thor, Daredevil, Iron Man, X-Men, Silver Surfer, Nick Fury… Znamy ich z komiksów, znamy ich z kinowych ekranów, gier komputerowych, gadżetów, rozpoznajemy, kochamy, nienawidzimy. Możliwość spojrzenia za kulisy i poznania genezy powstania poszczególnych z nich to prawdziwie wspaniała okazja. Tym ciekawsza, że stworzona w formie powieści graficznej. Czy jednak w takiej sytuacji mogłaby przybrać inny kształt?

 


Fabularnie to bardzo ciekawa, nielinearnie prowadzona historia, daleka od obiektywności, ale tym bardziej pozwalająca wniknąć w umysł i charakter Stana Lee, naszego narratora. Bolesne momenty osobiste są tylko zaznaczone, rzeczy, którymi warto się chwalić Stan wykrzykuje z charakterystycznym entuzjazmem i humorem. Zresztą tymi dwoma emocjami komiks jest przesycony, choć nie brak mu bardziej stonowanych i poważnych scen. Co zresztą może być zasługą pomagającego przy pisaniu scenariusza Petera Davida.

 


Całość w dość prosty, ale przyjemny dla oka, a przede wszystkim trafny sposób zilustrowała wielokrotnie nagradzana (Eisner Award, Harvey Award) Colleen Doran. Artystka w Polsce niezbyt znana, nie mniej wystarczy wspomnieć listę tytułów, nad którymi pracowała („Amazing Spider-Man”, „Sandman”, „Wonder Woman”) by przekonać się co potrafi. Do tego oczywiście dochodzą ilustracje innych autorów. W końcu mówiąc o konkretnych komiksach trudno jest pominąć zarówno słynne okładki, jak i znaczące momenty z ich historii, a tych tutaj nie brakuje. W skrócie: jest na co popatrzeć.

 


To wszystko (plus solidna ilość stron i świetne wydanie) składa się na absolutne must read dla fanów komiksów (nie tylko tych spod szyldu Marvela) i pozycję godną polecenia każdemu. Pozycję fascynującą, bawiącą i mocno osadzoną we współczesnej popkulturze. Polecam zatem bardzo gorąco, z całego serca.

 

I dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Gospodyna. Zaradnik domowy - Kasia Dyna



TRADYCYJNA HOUSE MANAGER

 

Z określeniem House Manager w odniesieniu do Kury Domowej spotkałem się sam już nie wiem gdzie kilka lat temu. Świat idzie naprzód, wszystko się zmienia, także nazewnictwo, nie mniej mimo upływu lat pozostają zarazem rzeczy niezmienne. Porady naszych babć, ich matek i matek ich matek to nie tylko ciekawostki, ale przede wszystkim sprawdzone sposoby na wiele rzeczy. Warto je przypomnieć i to właśnie, w uroczy i dowcipny sposób zrobiła Kasia Dyna.

 

Jak usunąć z ubrań gumę do żucia? Co zrobić by skóra nie podrażniała się przy goleniu a hodowanie zarostu nie wiązało ze swędzącymi niedogodnościami? Jak samemu stworzyć kosmetyki, a jak pozbyć rdzy w blachach do pieczenia? Co poradzić na plamy tłuszczu? A może jesteście ciekawi jak przygotować dobrą, kruchą panierkę czy pieczone skórki ziemniaków? Coś jeszcze? Bardzo dużo! W końcu w domu bez trudu możecie zrobić płyn do mycia naczyń czy proszek do odświeżania dywanów, trzeba tylko wiedzieć jak, a to już Wam powie niniejsza książka.

 

I to powie w naprawdę ciekawym stylu. Kasia Dyna wpadła na pomysł genialny w swej prostocie. Postanowiła przypomnieć najważniejsze porady, przepisy i ciekawostki gospodyń domowych sprzed lat, a nawet wieków, które nie straciły na aktualności. Kiedyś kobiety (i nie tylko przecież) musiały radzić sobie bez ogólnodostępnych produktów, czemu więc ich sprawdzone metody miałby nie pomóc w obecnych czasach? Właśnie! A to nie jedyne, co oferuje „Gospodyna”!

 

Jest w książce bowiem coś na kształt powracającej rubryki, która jako ciekawostki przytacza pisane staropolszczyzną przepisy na różne rzeczy. Z jednej strony stanowi intrygujące świadectwo historyczne, z drugiej otrzymujemy element rozrywkowy, bo lektura pisanych w dziwny sposób słów i archaicznych zwrotów potrafi wywołać uśmiech na twarzy. Szczególnie, kiedy mowa o suszeniu żab i na co działa proszek z nich uzyskany.

 

Całość została ciekawie zilustrowana fotografiami odnoszącymi się do przeszłości. I bardzo ładnie wydana. Dlatego polecam gorąco, bo to naprawdę znakomita lektura i z pewnością przypadnie do gustu nie tylko gospodyniom.

 

I, oczywiście, dziękuję wydawnictwu Nasza Księgarnia za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Szepty - Dean Koontz



SZEPTY I WRZASKI

 

Zbliża się Halloween. Jedyny taki dzień w roku, który miłośnicy horrorów – niezależnie od jego celtyckich korzeni – mogą traktować, jak swoje święto. Koniec października to więc okres, kiedy do kin (i telewizyjnej ramówki) trafia najwięcej filmów grozy. Czemu więc nie sięgnąć wtedy po jakąś dobrą książę z tego gatunku? Szczególnie, że wieczory są długie, a pogoda ponura i mroczna. Jedną z propozycji, które znakomicie się do tego nadają są „Szepty” Deana Koontza, tym bardziej, że jej treść przypomina filmową serię „Halloween”.

 

Hilary Thomas jest mieszkającą w Beverley Hills młodą pisarką, którą wciąż nie potrafi pogodzić się z odniesionym sukcesem. Ma pieniądze, ma sławę, niczego jej nie brakuje… przynajmniej materialnie. Nie może bowiem zaznać spokoju ducha, przekonana, że dobra passa nie może trwać wiecznie, że wkrótce stanie się coś złego, a ona wszystko straci. I niestety ma rację. Pewnego dnia zostaje zaatakowana w swoim domu przez psychopatę i chociaż udaje jej się przeżyć i pokonać napastnika, koszmar dopiero się zaczyna. Morderca powraca, nie odpuszcza. Nawet kiedy ginie, nie przestaje prześladować Hilary. Kobieta zaczyna zadawać sobie pytania co się właściwie dzieje. W swoim poszukiwaniu prawdy zdobywa wkrótce sojusznika, ale czy ma szansę przetrwać i dowiedzieć się prawdy?

 

Dean Koontz był – obok Grahama Mastertona – pierwszym „dorosłym” autorem, po którego sięgnąłem, kiedy jako zafascynowany horrorami nastolatek zwróciłem się ku literaturze. Mam więc do niego sentyment, ale lubię także za to, że jest po prostu konkretnym i bardzo dobrym pisarzem, świetnie radzącym sobie z piórem i bardziej technicznymi aspektami swojego zawodu. „Szepty” natomiast to jedna z najlepszych książek jego autorstwa, które miałem okazję czytać. Mocna, ciekawa, świetnie podana i stanowiąca kwintesencję tego, co można uznać za amerykańską odmianę horroru.

 

Co najbardziej mi się podobało, to fakt, że Koontz uderzył w niemalże slasherowe klimaty. Mamy więc główną bohaterkę, którą śmiało możemy nazwać mianem final girl, muszącą mierzyć się z mordercą. I nawet, kiedy ten traci życie, wraz powraca by ją nękać. Kto nie zna tego schematu z popularnych w latach 80. XX wieku slasherów? „Piątek 13-ego”, „Koszmar z ulicy Wiązów” czy wreszcie najbliższy „Szeptom” „Halloween”. Zasadnicze różnice są jednak dwie – to nie psychopata, a final girl jest w tym wypadku postacią wiodącą, a poza tym Koontz wychodząc od tego prostego motywu snuje zdecydowanie bardziej rozbudowaną fabułę, ciekawszą, złożoną i eksplorującą o wiele więcej obszarów gatunkowych.

 

Jeśli zatem szukacie dobrej powieści z gatunku horroru czy mystery, nie wahajcie się i sięgnijcie po „Szepty”. Będziecie więcej niż zadowoleni, szczególnie, że ze świetną treścią idzie w parze także znakomita stylistyka. Polecam więc gorąco.

 

I dziękuję wydawnictwu Replika za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

wtorek, 25 października 2016

Brama piekieł - Bill Schutt, J.R. Finch



PIEKŁO WOJNY I DŻUNGLI

 

Druga wojna światowa to bardzo nośny temat i zarazem taki, który kryje w sobie wiele tajemnic. Po dziś dzień sekrety nazistów i niewyjaśnione sprawy rozpalają wyobraźnię ludzi (wystarczy wspomnieć głośny „złoty pociąg”). Dlatego też tak dobrze łączą się z przygodowo-sensacyjnymi klimatami, o czym przekonały nas chociażby filmy z Indianą Jonesem. I dokładnie to samo wykorzystał duet Schutt/Finch, snując naprawdę ciekawą opowieść o tajemniczej broni nazistów, która może odmienić losy wojny.

 

16 lutego 1944 roku, okolice rzeki Tykicz Gniły na Ukrainie. Front sowiecko-niemiecki. Oddział sierżanta Aleksieja Karasewa staje w obliczu niezwykłego wydarzenia. Kiedy nad głowami żołnierzy rozlega się przerażający huk naddźwiękowego samolotu, a sylwetka nienaturalnie szybko lecącej maszyny przemyka po niebie, nie wiedzą co to dla nich oznacza. Zrzucone na spadochronach kanistry wybuchają, a ich pokrywa dziwna, pachnąca kwiatowo substancja. Śmierć przybywa w mękach i krwi…

Akcja cofa się o miesiąc. Do Trynidadu w Indiach Zachodnich przybywa R.J. McCready, na którego czeka samobójcza misja. W środku głuszy na mokradłach znaleziona została japońska łódź podwodna. Największa, jaka powstała. Czemu trafiła do regionu, z którego wiedziano, że nie zostanie wydobyta? Co przewoziła? Co może im dać? Wysłany tam oddział znikną bez wieści, teraz wyjaśnienie zagadek spoczywa na McCreadym, a to, co na niego czeka może odmienić nie tylko oblicze wojny, ale także i całego świata. I to na gorsze…

 

„Brama piekła” to naprawdę udana powieść, która w lekkim stylu łączy historyczne fakty, piekło wojny i przygodową scenerię w pełnej akcji i zagadek fabule. Autorzy wykonali tutaj kawał dobre roboty sięgając po informacje z przeszłości (jak chociażby niezrealizowane plany podbojów Trzeciej Rzeszy) i splatając z fikcją. Całość została opowiedziana w iście filmowym stylu, nie wiem czy dla fanów Jamesa Rollinsa, bo akurat tego autora bliżej nie poznałem, nie mniej na pewno dla miłośników wspomnianych powyżej klimatów.

 

Co ciekawe na powieści nie ciążą żadne gatunkowe ograniczenia. Nie odrzuci zatem tych, którzy nie znoszą historii wojennych czy sensacyjnych, a spodoba każdemu, kto ma ochotę na lekką, rozrywkową literaturę środka. Czytelnik nie znajdzie tu żadnych ważkich tematów i głębi, ale solidną, dynamiczną zabawę z porcją emocji i bez nudy. Dlatego też polecam Waszej uwadze.

 

I dziękuję wydawnictwu HarperCollins za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Gorzka czekolada i inne opowiadania o ważnych sprawach



DOBRY SMAKOŁYK

 

Fundacja ABCXXI jest z nami już piętnaście lat i przez cały ten czas nieprzerwanie stara się wspierać promowanie czytelnictwa u dzieci i młodzieży. To za jej sprawą powstały między innymi akcja „Cała Polska czyta dzieciom” czy „Złota lista książek”. Z okazji jubileuszu Fundacji sześcioro autorów napisało piętnaście opowiadań – po jednym na każdy rok działalności – dla młodzieży w wieku 11-15 lat, które w ciekawy sposób prezentują różne wartości.

 

Szacunek. Życzliwość. Uczciwość. Odpowiedzialność. Odwaga. Samodyscyplina. Pokojowość. Sprawiedliwość. Wolność. Przyzwoitość. Optymizm. Przyjaźń. Solidarność. Piękno. Mądrość. Piętnaście wartości. Piętnaście opowiada. Sześcioro autorów. Dziewczynka pomagająca w Rodzinnym Domu Dziecka. Problemy finansowe w rodzinie. Koledzy namawiający do niewłaściwych rzeczy. Na bohaterów opowiadań zebranych w tym zbiorze czeka wiele niebezpieczeństw, problemów i emocji, które kryją się w życiu każdego młodego człowieka. Wszyscy z nas musieli sobie z nimi radzić, nie wszyscy jednak mieliśmy kogoś, kto mógłby nam w tym towarzyszyć. Kogoś, kto by rozumiał i pomógł.

 

I rolę takiego właśnie towarzysza może spełnić ta książka. Bo przecież każda dobra lektura może być, jak przyjaciel. I jak poradnik także być może. Dobrze jest poczytać, co inni zrobiliby na naszym miejscu, albo – może nawet jeszcze lepiej – jakie konsekwencje stały się udziałem osoby, która zrobiła dokładnie to samo, co i my zamierzamy. Ulec presji środowiska czy pozostać sobą? Co wybrać? Jak postępować? Co jest dobre, a czego lepiej unikać?

 

Grupa autorów, którzy zostali laureatami Konkursu Literackiego imienia Astrid Lindgren, bez nachalnego dydaktyzmu zabiera nas w świat udanych tekstów, które bawiąc uczą. I pouczają. Co ważne nie są infantylne, co stanowi największą bolączkę opowiadań dla dzieci. Są takie, jak ich odbiorcy i dlatego trafiają do czytelników. Cóż się jednak dziwić – grupa pisarzy, spod ręki których wyszły, zna się na swojej robocie. Mamy tutaj autorkę cenionego „Króla”, Katarzynę Ryrych, Wojciecha Cesarza, który stworzył Grzecznego psa, Barbarę Kosmowską (to ona napisała nagradzaną powieść „Pozłacana rybka”), Pawła Beręsewicza („Ciumki”) oraz Katarzynę Terechowicz.  Na deser swój  tekst dołożył sam Andrzej Maleszka, twórca znany z kinowych i telewizyjnych ekranów („Sto minut wakacji”, „Magiczne drzewo”) oraz serii powieści „Magiczne drzewo”.

 

Jak widać można spodziewać się nie lada mądrej zabawy i to właśnie oferuje „Gorzka czekolada”. I owszem, książka miewa momenty goryczy, ale proponuje także dużo słodkich chwil. Bo to naprawdę dobry smakołyk i wart polecenia. Sięgnijcie zatem.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka za udostępnienie zbioru do recenzji.

poniedziałek, 24 października 2016

Niedokończony eliksir nieśmiertelności - Katarzyna Majgier



KSIĄŻKOWY ELIKSIR NA PONURE DNI

 

Katarzyna Majgier, znana i cieniona polska autorka powieści dla młodych czytelników (chociażby serii „Dzienniki Ani Szuch”), powraca z kolejną dziecięcą propozycją. „Niedokończony eliksir nieśmiertelności”, bo o nim mowa, to nagrodzona w IV Konkursie Literackim im. Astrid Lindgren ciepła historia z nutką fantastyki, której akcja rozgrywa się na przestrzeni dwóch wieków.

 

Pewien mężczyzna, kiedy był jeszcze chłopcem, przejeżdżając z rodziną obok zaniedbanego domostwa zaczął mieć koszmary związane z tym miejscem. Koszmary, które nie minęły nawet, kiedy dorósł. Nie miał jednak pojęcia, jaką tajemnicę skrywało owo dziwne miejsce.

Wiele lat wcześniej mieszkał w nim chłopiec. Pewnego dnia jego bliscy pomogli wędrowcowi, jednakże wkrótce zjawili się żołnierze twierdząc, że przybysz jest groźnym przestępcą i pojmali go. Zanim jednak tego dokonali mężczyzna przekazał chłopcu buteleczkę z pewną niedokończoną substancją, błagając go by jej nie otwierał. Kiedy z czasem chłopiec dorósł, przekonał się, że wędrowiec był znanym alchemikiem, a zawartość flaszki to nic innego, jak eliksir nieśmiertelności. Niedokończony jednak, przez co jego działanie pozostawiało wiele do życzenia. Nim zdołał go udoskonalić, zmarł, a sto lat potem buteleczka trafia w ręce kolejnego mieszkańca domostwa, Artura. Chłopiec wypija trochę jej zawartości i tak zaczyna się niezwykła opowieść o jego losach…

 

Po autorce, która w swojej karierze była nominowana do nagrody literackiej Polskiej Sekcji IBBY w kategorii książka roku oraz zdobyła Nagrodę im. Kornela Makuszyńskiego spodziewałem się nieco lepszej powieści. Szczególnie, że „Eliksir…” dostał pierwszą nagrodę w swojej kategorii (powieść dla grupy wiekowej 6-10 lat). Nie mniej najnowsze dzieło Majgier to naprawdę udana, ciekawa, mądra i wciągająca opowieść o przyjaźni i tym, że każdy może się zmienić. Wystarczy tylko, że będzie tego chciał.

 

Okres dwustu lat to dobry pretekst by pokazać, jak wiele zmieniło się przez ten czas (szczególnie w zachowaniu dorosłych względem dzieci), a zarazem jak niewiele uległo zmianie. Bo obyczaje i tendencje to jedno, a ludzka natura wciąż pozostaje sobą. Co nie znaczy, że nie mamy wyboru. Majgier w prosty i lekki sposób zabiera dziecięcych czytelników w podróż przez czas i przestrzeń, ale także i w głąb nas samych.

 

Całość zaś w bardzo uroczy sposób zilustrowała Anita Graboś. Jej rysunki utrzymane w nieco muminkowej stylistyce pasują do historii i wpadają w oko – mnie osobiście szczególnie urzekły jej ilustracje bawiące się mrokiem i światłem w sposób podobny do obrazów Van Gogha.

 

Podsumowując pomimo kilku minusów (zbyt prosty styl i zbyt wiele powtórzeń na początku) to naprawdę wartościowa lektura. Eliksir na ponure dni, w które nie ma sensu wychodzić z domu. Dlatego też polecam ją Waszej uwadze.

 

I dziękuję wydawnictwu Nasza Księgarniaw za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Kajko i Kokosz: Szkoła latania (słuchowisko) - Janusz Christa



SŁYCHAĆ, ŻE KAJKO I KOKOSZ MAJĄ SIĘ REWELACYJNIE

 

Jeśli przy okazji słuchowisk z serii „The Walking Dead” pisałem, że tak powinno się robić dźwiękowe adaptacje komiksów (w zamyśle tych poważnych) to w przypadku „Szkoły latania” mogę powiedzieć, że tak powinno się adaptować komiksy humorystyczne. Wersja audio od studia Sound Tropez pokazała bowiem, że można osiągnąć znakomity efekt (przypominający ten, jaki na ekranach kin widzieliśmy w przypadku „Asterix i Obelix: Misja Kleopatra”) łączący szacunek dla tradycji z nowoczesną formą.

 

Akcja komiksu dzieje się w czasach słowiańskich, w należącym do kasztelana Mirmiła grodzie, który zamieszkują dwaj wojowie – Kajko i Kokosz. Ich największymi wrogami są Zbójcerze, którzy pod wodzą Hegemona często napadają na gród. Co to jednak ma wspólnego z lataniem? A to, że Mirmił postanawia nauczyć się podróżowania na miotle. Co z tego wyniknie, dowiecie się już jednak z samego komiksu, a zaręczam – warto!

 

„Szkoła latania” to pierwszy albumowy „Kajko i Kokosz”, który pojawił się w roku 1975, po trzech latach publikowania odcinkowych przygód dzielnych wojów na łamach „Wieczoru Wybrzeża”. Przypominające losy Asterixa i Obelixa historie z miejsca zyskały wielkie uznanie czytelników i po dziś dzień ta seria Janusza Christy, obok takich tytułów, jak chociażby „Tytus, Romek i A’Tomek” pozostaje najsłynniejszym rodzimym cyklem komiksowym. Nie przypadkiem zresztą. Christa w rewelacyjny sposób bawił się humorem i niesamowitymi wydarzeniami, a całość wprost przepięknie ilustrował.

 

Na słuchowisku spoczęło więc nie lada zadanie. Pozbawione możliwości dopowiedzenia wielu elementów obrazem, musiało przede wszystkim wydobyć z „Kajka i Kokosza” wszystko, co w warstwie słownej najlepsze. I trzeba przyznać – udało się! I to jeszcze jak. Wystarczy tylko posłuchać zwiastuna (dostępnego pod adresem http://audiobookiba.pl/kajko-i-kokosz-szkola-latania-cd,3,1878,1949) by się o tym przekonać. Autorzy wersji audio skupili się bowiem na nieśmiertelnym humorze serii, podając go w sposób, jaki zachwycił przed laty we wspomnianym już filmie „Asterix i Obelix: Misja Kleopatra” i decydując się podkreślać go na każdym kroku. Żeby wypadł jeszcze lepiej do kilku ról zatrudniono artystów kabaretowych znanych z nieistniejącej już formacji Limo, kilka charakterystycznych głosów (rządzi oczywiście Piotr Fronczewski w roli narratora) oraz parę gwiazd (Jakubik, Braciak). Do tego postarano się o znakomite efekty dźwiękowe i muzykę i powstał jeden z najlepszych audiobooków, jaki miałem okazję słuchać.

 

Dlatego polecam go gorąco Waszej uwadze. W znakomity sposób poprawia humor i wciąga w sam środek akcji. A że dzieje się dużo i w szybkim tempie, nie można się nudzić ani przez chwilę.

 

I dziękuję Bibliotece Akustycznej za udostępnienie mi słuchowiska do recenzji.

Raport mniejszości - Philip K. Dick



RAPORT Z SZALEŃSTWA

 

Od pewnego czasu Dom Wydawniczy Rebis wydaje serię opowiadań Philipa K. Dicka, która ostatecznie ma się zamknąć w pięciu tomach. Teraz pojawił się przedostatni z nich, zbierający osiemnaście krótkich tekstów mistrza Science Fiction opublikowanych pierwotnie w latach 1954 – 1964, które znów pokazują mnogość tematów przez niego poruszanych, jego wizjonerstwo i… szaleństwo.

 

Samoreplikujące się maszyny. Apokalipsa. Wojna. W mieszkaniu pewnego mężczyzny zjawia się dziwny serwisant. Staruszka wykorzystuje swoje zdolności by poróżować w czasie. Wirtualny człowiek zdobywa popularność. Inny, prawdziwy już, musi zmierzyć się z faktem, że w przyszłości kogoś zabije. Do tego na Ziemię przybywają obcy, a to jedynie część tego, co dzieje się w „Raporcie mniejszości”.

 

Chociaż zbiór eksploruje najróżniejsze obszary z fantastyką związane, od zaawansowanej technologii śledczej po analizę traum, jednakże motywem przewodnim większości tekstów pozostaje posatopakliptyczna wizja świata i wojny przyszłości, które często do owej apokalipsy doprowadzają. Cierpiący na najróżniejsze lęki, fobie, nerwice i paranoje Dick, który swoje dzieła pisał w trakcie trwania zimnej wojny, przelał to, co siedziało w jego głowie, to co napawało go przerażeniem, do swoich historii. W konsekwencji po raz kolejny zaprezentował światu opowiadania, które przejmują, trafiając tak do serca, jak i umysłu.

 

I to jest chyba największa siła jego tekstów. Niewielu bowiem autorów potrafiło tak, jak on przedstawić rzeczy niewyobrażalnych. Zasługa w tym nękającego go szaleństwa, żaden pisarz nie przekona czytelnika do swojej wizji, jeśli w nią nie wierzy, Dick natomiast nie tylko wierzył, ale był przekonany, że największe z jego paranoi, te najbardziej oderwane od rzeczywistości rzeczy, które ciągle pojawiały się w jego głowie, są prawdą. Są częścią jego życia. Są częścią życia wszystkich, chociaż nie wszyscy są ich świadomi – albo poznają je dopiero w przyszłości. Co więcej wszystko to łączył z wielkim literackim talentem i wyobraźnią pozwalającą mu snuć zaskakujące fabuły. A wszystko to osadzał  w rzeczywistym świecie w sposób tak realny, że trudno jest mu nie uwierzyć. I nie zachwycić się jego twórczością.

 

A zatem nie wahajcie się i sięgnijcie koniecznie. Po „Raport mniejszości”, po pozostałe tomy opowiadań i po powieści także. Krótka to forma, czy długa, Dick pozostaje równie przekonujący i rewelacyjny, a jego utwory stanowią kawał historii literatury – nie tylko fantastyczno-naukowej. Znać je więc nie tylko warto, ale wręcz trzeba. Dlatego też polecam i zachęcam.

 

I dziękuję wydawnictwu Rebis za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

niedziela, 23 października 2016

Amazing Spider-Man Vol 4 #16: Before Dead No More - Part One: Whatever the Cost - Dan Slott, Giuseppe Camuncoli



PRZED „JUŻ NIE MARTWI”, CZ I: BEZ WZGLĘDU NA KOSZTY

 

Dwa minusy dają zawsze plusa. Ta prosta, znana wszystkim zasada matematyczna znalazła przełożenie na grunt Spider-Mana. „Saga Klonów” z lat 90. XX wieku była tym, co niemal pogrzebało tytuł i wydawnictwo – przesadą, głupotą, brakiem spójności i logiki, czwarty volume Spider-Mana pod wodzą Slotta natomiast pogrążał się w tandecie, kiczowatości i nudzie. Kiedy więc Slott zapowiedział powrót klonów w jego wykonaniu byłem tak sceptycznie nastawiony, jak i ciekawy co z tego wyjdzie. Teraz mogę powiedzieć, że póki co jest bardzo przyjemnie, chociaż nadal nie mogę do końca strawić nowej odsłony Petera.

 

J. J. J. senior trafił do szpitala, jego stan jest ciężki, a syn obwiania o wszystko Parkera i jego działalność. Kiedy jednak okazuje się, że za chorobę odpowiadają geny, a tajemnicze New U Technologies może swoją eksperymentalną terapią wyleczyć konającego, zaczyna się wewnętrzna walka. Czy zaufać firmie i postawić na niezwykle kosztowne leczenie polegające na klonowaniu narządów, czy liczyć na cud? O dziwo szansą na rozwiązanie dylematu staje się wybuch w Parker Industries.

Tymczasem Jackal, który zebrał już część swojej ekipy, obiecuje Elektro przywrócenie mocy, a także ukochanej, którą ten przypadkiem uśmiercił…

 


Zacznę od minusów, a największym z nich jest ten, że to wszystko już było. Drugim jest Peter. Peter, który zdobył fortunę, siedziby jego firmy działają na całym świecie, a wielkie interesy są jego codziennością. Przez to stał się kimś na skrzyżowani Bruce’a Wayne’a i Tonyego Starka, co niestety kłoci się z wizerunkiem postaci, do jakiej wszyscy przywykliśmy. Ewolucja? Raczej brak pomysłu na coś oryginalnego i ciekawego.

 

Na szczęście intryga trzyma niezły poziom. Komiks czyta się lekko i przyjemnie, a co najważniejsze kilka pytań naprawdę ciekawi. Czy pójdzie to w dobrą stronę, czy nie, czas pokaże, ale mam nadzieję, że Slott nie rzuci nagle na scenę klonów Petera i nie zacznie podważać jego „oryginalności”.

 

Póki co mogę jednak z czystym sercem polecić „Before…” fanom Pająka, bo tak w warstwie fabularnej, jak i graficznej nie nudzi i nie odstrasza.

sobota, 22 października 2016

Doktorzy z piekła rodem. Przerażające świadectwo nazistowskich eksperymentów na ludziach - Vivien Spitz



RZEŹNICY Z OBOZÓW

 

Chyba nie ma osoby, która nie słyszałaby o tym, czego na więźniach dokonywali nazistowscy lekarze. A właściwie rzeźnicy, bo choć posiadali medyczną wiedzę i umiejętności, stosowane przez nich metody przypominały to, co nieraz możemy oglądać włączając krwawe horrory. Tylko że wszystko to wydarzyło się naprawdę. Prawdziwi ludzie cierpieli katusze, bo inni prawdziwi ludzie mogli im taką krzywdę wyrządzić. I to przeraża bardziej, niż najmocniejsza ekranowa fikcja.

 

W roku 1945 rozpoczął się trwający blisko cztery lata szereg procesów, które znamy pod wspólną nazwą Procesu Norymberskiego. Oprócz tego głównego, zajmującego się winami najważniejszych zbrodniarzy wojennych, toczyły się także pomniejsze rozprawy osądzające poszczególne grupy, a pierwsza z nich dotyczyła nazistowskich lekarzy i ich asystentów. Vivien Spitz, wówczas zaledwie 22-letnia dziennikarka, została wysłana przez Departament Wojenny USA w celu dokumentowania przebiegu procesu. I to za jej sprawą poznajemy szczegóły eksperymentów dokonywanych na „podludziach” przez rzeźników w lekarskich fartuchach. Poparzenia fosforem, amputowanie bez znieczulenia całych nóg… Krok po kroku ukazuje się nam się cały ogrom okrucieństwa, z jakim spotkali się więźniowie obozów zagłady…

 

To nie jest propozycja dla wszystkich. Wprawdzie nie ma tu nadmiaru epatujących wspomnianym wyżej okrucieństwem zdjęć, nie mniej można natrafiać na kilka zdecydowanie nieprzeznaczonych dla ludzi wrażliwych. Szczególnie widok odciętych w pachwinie kobiecych nóg. Jeśli jednak temat Was interesuje, a nie należycie do odbiorców o słabych nerwach, sięgnijcie koniecznie. „Doktorzy z piekła rodem” robią duże wrażenie, a sama lektura potrafi wyzuć z sił, ale jest przy tym ważna, mocna i poruszająca.

 

Nie obyło się jednak bez minusów. Obyczajowe przerywniki czasami burzą ciągłość tematyczną, ale jednocześnie dodają nieco ludzkiej perspektywy. Wprawdzie obyłoby się bez nich, bo do treści niczego nie wnoszą, nie mniej autorce także należało się nieco odpoczynku od poruszania tylko bolesnych kwestii. Prawda?

 

Podsumowując wspomnę to, co powiedziałem już wcześniej – sięgnijcie koniecznie. Oczywiście jeśli nie przeraża Was perspektywa kilku drastycznych zdjęć i wcale nie mniej drastycznych opisów. Chyba jednak czytelnik sięgający po podobną lekturę nie spodziewa się niczego innego. Zatem polecam, bo warto. Szczególnie ku przestrodze bo po lekturze pozostaje tylko jedno – nadzieja, że takie okrucieństwo nigdy więcej się nie powtórzy. Co niestety, znając ludzkie zapędy, jest mało prawdopodobne.

 

A ja dziękuję jeszcze wydawnictwu Replika za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

piątek, 21 października 2016

Czarna Wdowa. Na zawsze czerwona - Margaret Stohl



CZERWONA WDOWA

 

Marvel przez większość czasu swojej kariery wydawniczej kojarzony był przede wszystkim z komiksami. Nawet kiedy udzielał licencji na niezbyt udane filmy, serie zabawek czy animacje pozostawał głównie jednym z dwóch największych komiksowych graczy na amerykańskim rynku. Ten stan rzeczy zmienił się z czasem, a obecnie Marvel nie tylko publikuje graficzne opowieści, ale podbija także kinowe ekrany, rynek gadżetów i wiele innych dziedzin. Nie dziwi więc fakt, że w księgarniach pojawiły się powieści sygnowane logo wydawcy, a jedną z nich jest wydana niedawno w Polsce „Czarna Wdowa: Na zawsze czerwona”; przyjemna lektura bardzo mocno osadzona w realiach filmowego Marvel Cinematic Universe.

 

Osiem lat temu, na przedmieściach Odessy na Ukrainie, Natasha ‘Czarna Wdowa’ Romanoff, agentka pracująca dla T.A.R.C.Z.Y. – dla rządu USA – wykonuje prostą z pozoru misję wykradzenia technologii Czerwonej Komnaty. Jednakże jest to zadanie bardzo dla niej emocjonalne. Przywódcą organizacji jest bowiem Ivan, człowiek, który przed laty zabrał ją rodzinie i wyszkolił na szpiega. Zadanie kończy się w dość gwałtowny sposób, a Wdowa ratuje z rąk swego byłego „nauczyciela” dziewczynkę imieniem Ava.

W czasach obecnych Ava próbuje wieść życie typowej amerykańskiej nastolatki, nie mniej przeszłość wkrótce się o nią upomni. Gdy pochodzące z Europy Wschodniej dzieci zaczynają ginąć, a na czarnym rynku pojawia się technologia Czerwonej Komnaty, losy nastolatki i Natashy znów się przetną, a one będą musiały działać razem, by rozwiązać zagadki teraźniejszości i przyszłości. A właściwie nie tylko one – inny nastolatek, Alex, chłopak potrafiący popisać się swoją siłą, znajdzie się w kłopotach, które rzucą go w wir tych samych wydarzeń…

 

Jak wspominałem powieści Margaret Stohl, autorki znanej głównie z „Pięknych istot”, a także pracy nad fabułami gier (choćby dwie części „Command & Conquer”), bliżej jest do kinowych filmów Marvela, niż długoletniej komiksowej tradycji (geneza postaci Czarnej Wdowy sięga w końcu samych początków wydawnictwa, bo roku 1964). A właściwie jej akcja toczy się w tym samym, co filmy uniwersum (Ziemia 1999999 – fani wiedzą o co chodzi). Takie podejście do tematu pozwoliło porzucić całe brzemię i skupić się na opowiedzeniu w iście filmowym stylu historii, mocno splecionej z tym, co widzimy na kinowych ekranach. Zresztą fani komiksów nie będą czuli się zapomniani. I nie chodzi tylko o to, że mają znanych bohaterów i świat, ale też o fakt, że „Na zawsze czerwona” kontynuuje zeszyt „Mockingbird: S.H.I.E.L.D. 50th Anniversary”, jednocześnie pozostając historią od niego (jak i od kinowych obrazów) niezależną.

 

Jaka jest więc ta powieściowa „Czarna Wdowa”? Na szczęście nie taka, jak zinterpretowana przez Scarlett Johansson, która niestety słabo wypadła w filmach. Natasha ma tu swój szpiegowski charakter, a jej przygody są szybkie, dynamiczne, a zarazem pełne zagadek, które czekają na swoje rozwiązanie. Nie jest tylko ładnie wglądającym elementem, jak w kinowym „Iron Manie 2” czy „Avengers” i to cieszy. Całość utrzymano oczywiście w młodzieżowej tonacji, styl jest więc prosty i lekki, ale nie ma tutaj zbytniej naiwności. Dlatego nawet starsi odbiorcy, kiedy przyzwyczają się już do pisarstwa autorki, będą bawić się całkiem nieźle. Szczególnie, że na kartach powieści pojawia się kilku znaczących bohaterów Marvela, a kilku innych zostaje wspomnianych.

 

Dlatego też polecam. Fanom komiksów. Fanom marvelowskich filmów. I tym, którzy lubią młodzieżowe historie sensacyjno-szpiegowskie. Ci odbiorcy na pewno znajdą tu coś dla siebie.

 

A ja dziękuje wydawnictwu Zielona Sowa za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Minnie & You. Modne dodatki



W STYLU MINNIE

 

Po bardzo udanej publikacji zatytułowanej „Minnie. Dekoracje i ozdoby” nadeszła kolej na analogiczną książeczkę zajmującą się tym razem kwestiami ubioru i dodatków do niego. „Minnie & You: Modne dodatki” to kolejna ciekawa disnejowska propozycja dla dziewczynek lubiących samodzielnie wykonywać różne drobiazgi utrzymane w stylu swojej ulubionej kreskówkowej bohaterki.

 

Każde dziecko lubi bajki spod szyldu Dsineya. A każda dziewczynka lubi się ubierać, przebierać i dobierać dodatki. Bawić kolorami tkanin, łączyć dodatki, dopasowywać różne elementy. Byłoby miło gdyby można to zrobić wspólnie z Myszką Minnie, prawda? I do tego w jej nieśmiertelnym stylu. Taką możliwość oferuje niniejsza książeczka, która pokazuje jak wykonać własny pasek, pierścionek, broszki, breloczek, opaskę, etui na okulary, wieszak na naszyjnik czy szkatułkę. A to tylko kilka przykładowych rzeczy, jakich przygotowania krok po korku uczymy się wraz z Minnie i dziewczynkami pokazującymi nam kolejność czynności. Wszystko to natomiast utrzymane w typowej dla Minnie czerwonej kolorystce i wzornictwie w grochy.

 

„Minnie & You: Modne dodatki” jest pozycją nieco słabszą, niż wspomniana już książeczka „Minnie. Dekoracje i ozdoby”, ale to nadal bardzo dobra publikacja dla dziewczynek, potrafiąca zainteresować robótkami ręcznymi. W prosty, przejrzysty i bardzo kolorowy sposób pokazuje jak samodzielnie zrobić ciekawe przedmioty. Przystępne opisy uzupełniono o całe bogactwo zdjęć wyjaśniających, jak osiągnąć wymarzony efekt i jak po wszystkim powinno wyglądać to, co robimy.

 

Nie bez znaczenie jest także towarzystwo sympatycznej mysiej bohaterki, której trudno nie lubić. Jej obecność na stronach z miejsca przyjemnie nastraja do książeczki i zachęca do działania. Podobnie jak perspektywa stworzenia własnych dodatków.

 

Do tego otrzymujemy ładne wydanie, niewielki format pozwalający zabrać książeczkę ze sobą i dobre wykonanie. W skrócie – znakomita rzecz dla dziewczynek. Dlatego polecam ją Waszej uwadze, jeśli jesteście w tej grupie wiekowej, bądź macie kogoś takiego wśród swoich bliskich; dobra zabawa gwarantowana.

 

I dziękuję wydawnictwu Zielona Sowa za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

czwartek, 20 października 2016

Ksin Koczownik - Konrad T. Lewandowski



KSIN ROZDARTY

 

Saga o Kotołaku to zdecydowanie jedna z najlepszych rodzimych opowieści fantasy, jakie kiedykolwiek powstały. Ciekawy bohater, intrygujący świat i niebanalne przygody w połączeniu z niesamowitą wyobraźnią autora i lekkością stylu dały porywającą rozrywkę. Po latach Lewandowski zdecydował się jednak poprawić swoje opus magnum, uzupełnić o nowe sceny i rozbudować niektóre wątki. W efekcie po niemalże ćwierć wieku Kotołak powrócił do księgarń. Najnowszy, piąty i przedostań zarazem tom właśnie się ukazał, jak zwykle dostarczając mnóstwa świetnej zabawy.

 

Ksin jest rozdarty. A może lepiej byłoby rzec – rozdwojony. Część jego osobowości, ta wolna wreszcie od klątwy, od pół roku żyje w Pierwszym Świecie i ma się całkiem nieźle. W jego ciele zaszły pewne zmiany, ale nie one są najważniejsze. Amerlis Dumna, księżna koczowników, została jego żoną, a chociaż pochodzenie wykluczało by Kotołak mógł się doczekać potomstwa, spodziewa się spłodzonego przezeń dziecka. I nie ma możliwości by jednakże ojcem mógł być ktokolwiek inny. Poza tym Ksin ma pod sobą ludzi, którymi dowodzi bez takich konsekwencji i problemów, jakie stawały się jego udziałem w Suminorze. Czyżby wreszcie znalazł swoje miejsce? Czyżby w końcu mógł być naprawdę szczęśliwy i wolny? Wrogowie jednak nie śpią, a przed Kotołakiem stoi ważna misja – osiągnięcia dojrzałości do roli męża, ojca i przywódcy…

 

Lewandowski jak zwykle nie zawodzi! Zabawa z najnowszym „Ksinem…” jest więc przednia, a co najważniejsze bardzo zaostrza apetyt na finałowy tom, który dotychczas był znany jedynie pod postacią krótkiego opowiadania. Zanim jednak Kotołak trafi na Bagna Czasu, przyjdzie nam towarzyszyć mu w jego przygodach po rozdwojeniu. Będzie więc niebezpiecznie, będzie zabawnie, będzie dramatycznie, a także romantycznie. I to w różnych odcieniach. Miłości zresztą u Lewandowskiego nigdy nie brakowało, więc i tym razem nie mogło być inaczej. Poza dojrzałym uczuciem Ksina mamy więc okazję zobaczyć nietypowy „związek” nastoletniej siostry Amarelis, Arpii, i jej niepewnego wybrańca serca, Hakonoża, który nie dość, że mógłby być jej ojcem, to jeszcze opinię również ma nieszczególną. Na scenie nie mogło zabraknąć oczywiście również Saro, ciągle opłakującego Bertię, a on jak zwykle potrafi poprawić humor.

 

Znakomicie skonstruowanym postacią przyszło żyć w równie ciekawie stworzonym świecie. Plątanina magii, osobliwych wierzeń, zwyczajów, mitów i legend mocno osadzonych w polskiej tradycji naprawdę fascynuje. Szczególnie, że Lewandowski wyciska z nich to, co najlepsze i łączy z przygodowo-awanturniczą nutą. Całość natomiast podaje w sposób prosty, lekki i trafiający do czytelnika. Jego fantastyka nie jest ciężka, nie nuży, nie epatuje quasi archaicznym słownictwem, ma bawić i bawi. I ja taką ją kupuję w całości, bez zastrzeżeń. I jednocześnie polecam Waszej uwadze. Naprawdę warto!

 

A także dziękuję wydawnictwu Nasza Księgarnia za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Czerwony Prorok - Orson Scott Card



ALVIN PRAWIE BEZ ALVINA

 

„Opowieść o Alvinie Stwórcy” to druga najsłynniejsza seria Orsona Scotta Carda, którą wraz z „Grą Endera” można uznać za jego opus magnum. Przez niemal trzydzieści lat, jakie gości na księgarskich półkach zdobyła wielkie uznanie krytyków i czytelników, liczne nagrody i status pozycji kultowej. Teraz, niemalże równocześnie z zapowiedzią autora, iż po kilkunastu latach cykl doczeka się kontynuacji w postaci powieści „Master Alvin”, wydawnictwo Prószyński postanowiło przypomnieć losy Alvina w nowej szacie graficznej i w ręce fanów trafił właśnie drugi tom tej nowej edycji.

 

Głównym bohaterem „Proroka…” nie jest jednak Alvin, a Indianin Lolla-Wossiki, który jest nikim inny, jak epizodycznym bohaterem poprzedniego tomu, znanym jako Jaśniejący Człowiek. Cierpiący po przeżyciach z dzieciństwa jest wrakiem człowieka, alkoholikiem zdawałoby się bez przyszłości. Jednak jego życie już wkrótce się zmieni. Spotkanie z Alvinem okaże się brzemienne w skutkach, a on sam zacznie dorastać do roli Proroka, duchowego guru Indian. Jednakże na horyzoncie czają się niebezpieczeństwa, jego poglądy na wspólną egzystencję Białych i Czerwonych sprawiają, że ludzie zwracają się ku jego bratu…

 

Zamienić głównego bohatera cyklu na innego – na taki zabieg decyzje się niewielu autorów. I niewielu może sobie na niego pozwolić, a tym bardziej wyjść z niego obronną ręką. A jednak Orson Scott Card poradził sobie znakomicie. I to do tego stopnia, że „Czerwony prorok” zdobył w 1989 roku Locus Award dla najlepszej powieści fantasy, a także nominacje do Hugo i Nebuli. I nie ma się co dziwić, w końcu książka trzyma poziom zapoczątkowany w „Siódmym synu”, a co najważniejsze w rewelacyjny sposób rewiduje historię Ameryki i najważniejszych jej momentów, które w świecie Alvina potoczyły się zupełnie inaczej.

 

Jest jednak w tym tomie większa zmiana, niż tylko bohatera. Zmienił się klimat, nastrój i świat. Niby wszystko jest po staremu, Card nie zapomniał nagle o tym, co sam pisał, jednakże pokazuje to wszystko od drugiej strony. Z perspektywy rdzennych amerykanów, którzy mają swoją specyfikę, mitologię i widzenie rzeczywistości. I właśnie te elementy, zderzone z tym, co mieliśmy okazję już czytać, są najlepszą i najciekawszą częścią powieści.

 

Oczywiście ciekawa jest także całość – i to bardzo, dlatego polecam ten cykl Waszej uwadze. Jeśli lubicie naprawdę dobra fantastykę, do tego mocno osadzoną w naszej przeszłości, sięgnijcie a nie zawiedziecie się. „Alvina…” nie przypadkiem darzy się takim uznaniem.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Niezwyciężony (słuchowisko) - Stanisław Lem



NIESAMOWITE SŁUCHOWISKO

 

Tego typu audiobooki po prostu uwielbiam! Z jednej strony rewelacyjna historia, napisana w znakomitym stylu i prezentująca najlepsze, co gatunek ma do zaoferowania, z drugiej mistrzowskie wykonanie dźwiękowe, które wprost zachwyca. Nic tylko słuchać!

 

Tytułowy „Niezwyciężony” to statek kosmiczny, który przybywa na pustynną planetę Regis III w poszukiwaniu zaginionego krążownika „Kondora”. Kontakt z nim urwał się bowiem właśnie tutaj, a cała sytuacja przedstawia się nadzwyczaj tajemniczo. Ekipa, która zjawia się na Regis III zaczyna szukać, jednocześnie badając samą planetę. Odnalezione dziwne szczątki jakiejś konstrukcji oraz sam „Kondor” nie przynoszą jednak upragnionych odpowiedzi. Wręcz przeciwnie, jego załoga nie żyje, a wraz z tym przybywa pytań. Tylko czy kosmonauci mogą się tu czuć bezpiecznie?

 

„Niezwyciężony” to obok „Blade Runnera” drugie słuchowisko od Audioteki wykonane w technice binauralnej. Co to oznacza w praktyce? Jak wpływa na jakość całości i odbiór? Warto zaznaczyć, że audiobooki binuralne należy słuchać w słuchawkach. W zamian jednak otrzymujemy prawdziwie przestrzenny dźwięk, dzięki czemu możemy poczuć się, jakbyśmy trafili w sam środek zdarzeń. Dźwięki nas otaczają, efekty wypełniają uszy, a aktorzy wydają się znajdować tuż obok. Brzmi intrygująco? I tak właśnie jest. Szczególnie, że użyczające głosu całości gwiazdy naprawdę się postarały, a ekipa odpowiedzialna za efekty dźwiękowe wykonała kawał świetnej roboty. Do tego podkład muzyczny przygotował grający alternatywnego rocka zespół Ścianka, który lubi zabawę dziwnymi dźwiękami, tak pasującymi do utworu Lema. Po prostu super!

 

Bardzo ważne jest jednak to, że treść w niczym nie ustępuje wykonaniu. Lem to jeden z największych polskich pisarzy i zarazem największy, jeśli chodzi o literaturę fantastyczną. Jego wizje nie tylko pozostają aktualne mimo upływu lat, ale także zawierają w sobie o wiele więcej, niż jedynie fantastyczny popis nieograniczonej wyobraźni. Do tego dochodzi niesamowity klimat osaczenia i tajemnicy.

 

Wszystko to w połączeniu ze wspomnianym powyżej rewelacyjnym wykonaniem, które nie tylko świetnie interpretuje treść, ale przede wszystkim jeszcze bardziej podkręca emocje i nastrój, prezentuje się wspaniale. Dlatego też polecam gorąco. Warto pod każdym względem.

 

I dziękuję Audiotce za udostępnienie mi słuchowiska do recenzji.

środa, 19 października 2016

Batman: Batman i syn - Grant Morrison, Andy Kubert



TRZY DUCHY BATMANA I SYN

 

Ten komiks ukazał się po polsku już kilka lat temu nakładem wydawnictwa Egmont, ale tamto wydanie (przy niemal identycznej cenie) było uboższe. Teraz „Batman i syn” powraca w pełniejszym albumie, zawierającym zarówno cztery zeszyty z tytułową historią, jak i ich kontynuację w postaci „Trzech duchów Batmana”, nie mniej niestety i tak zabrakło tu dwóch zeszytów wydania amerykańskiego, w tym jednego naprawdę ważnego dla całej opowieści.

 

Joker tym razem poszedł na całość. Zatruwa swoją toksyną Gordona, a Batmana tnie nożami, gotów zabić. I wtedy człowiek nietoperz strzela mu w głowę. Joker jeszcze żyje, ale już niedługo… Tylko skąd wziął się drugi Batman, który wkracza na scenę? Jak się okazuje zabójcą uśmiechniętego psychopaty jest przebrany za nietoperza policjant, ale fama o brutalności Batmana rozchodzi się wśród przestępców. Jakby tego było mało Bruce w końcu oczyścił Gotham z superłtrów. Co zostaje? Nuda? Emerytura? Nic bardziej mylnego. Na scenę powraca Talia Al-Ghul, a wraz z nią pojawia się Damian, chłopiec, który jest synem Batmana. Talia znika, szykować atak terrorystyczny, Damian zostaje pod opieką Bruce’a, nie mniej nie zamierza być grzecznym synkiem. Wychowany przez asasynów nastolatek gotów jest zabijać tak wrogów, jak i przyjaciół, byle udowodnić swoją wartość…

 

Sam komiks „Batman i syn” jest raczej przeciętną rozrywką. Morrison, który miewa genialne pomysły, ale równie często psuje je kiepskimi rozwiązaniami, a jeszcze częściej snuje popowe historyjki, jakich wiele, zaczął mocno i w szalonym stylu, potem jednak zgubił tą sił. Dopiero w dwóch zeszytach, w których Batman musi mierzyć się z Trzema duchami, odzyskuje werwę, rzucając swojego bohatera w wir zmagań z wypełnionym venomem policjantem, który morduje prostytutki. Wszystko to jednak tworzy ciekawą historię, która niestety nie otrzymuje swojego finału. Trzy duchy Batmana to motyw równie istotny, jak Damian. Pierwszym z nich jest policjant przebrany za Człowieka-Nietoperza, ten sam, który strzela Jokerowi w twarz. Drugim oszalały glina w stroju połowicznie łączącym cechy Batmana i Bane’a. Trzeci ma zaprzedać duszę diabłu i zniszczyć Gotham, ale jego już nie mamy okazji zobaczyć. A szkoda, bo w brakującym zeszycie, 666 jeśli chodzi o ścisłość, dowiadujemy się wszystkiego.

 


Jeśli nie chcecie tego wiedzieć, przerwijcie czytanie w tym momencie, jeśli jednak jesteście ciekawi co Was ominęło, zapraszam poniżej.

 

Bruce nie żyje, a jego miejsce zajął dorosły już Damian, który w stroju Batmana wymierza brutalną sprawiedliwość. W świecie, w którym upadły wartości i szerzy się brud, w świecie mocno nawiązującym do „Powrotu Mrocznego Rycerza”, na Batmana poluje Barbara Gordon. Tymczasem on sam stara się rozwiązać zagadkę mordercy o satanistycznych zapędach. Mordercy, który jest ostatnim z trzech Duchów Batmana, człowiekiem podającym się za antychrysta, który teraz powrócił dokonać Armagedonu. Ale sam Damian nie jest wiele lepszy, po śmierci Bruce’a na rozstajach dobił pewnego paktu.

Starciu obu towarzyszy wymiana zdań; Trzeci Duch także podaje się za syna Batmana, który zawarł pakt z diabłem. W końcu Damian wygrywa, bo jak się okazuje zaprzedał duszę za ochronę Gotham, a demon, jak to leży w jego naturze, oszukał Trzeciego Ducha. Apokalipsa nie nastąpi więc dopóki Damian o tym nie zadecyduje.



Czy to wszystko przesada czy nie, zależy od indywidualnych odczuć. Nie wszystko się wyjaśnia, wielu elementom brak też spójności, ale tak czy inaczej żal, że zeszyt ten nie ukazał się w niniejszym wydaniu. Trzeba się jednak cieszyć tym, co mamy, a mamy niezłą historię, dobrze narysowaną i nieźle wydaną. Do tego dodatek w postaci komiksu z 1971 roku, w którym po raz pierwszy pojawia się Talia, średni bardzo, ale wart poznania i tak. Dlatego jeśli lubicie postać Batmana i niezłe amerykańskie komiksy środka, sięgnijcie, nie zawiedziecie się.