środa, 30 listopada 2016

Vertical - Rafał Kosik



VERTICAL NA POZIOMIE

 

Mogę to w końcu powiedzieć – skończyłem czytać Kosika. Nie na zawsze, oczywiście, do czasu kolejnej książki tylko, ale „Vertical” był ostatnim tytułem z jego dorobku, którego dotychczas nie miałem okazji poznać. I – trzeba to zaznaczyć już na początku – jednym z najlepszych, ciekawie eksplorujących zarówno fantastyczne, jak i obyczajowe strony opowieści.

 

Wszyscy dążymy do jakiegoś celu. Wszyscy razem i każdy z nas z osobna. Tak jest też w osobliwym świecie „Verticalu”, gdzie ludziom przyszło żyć w stalowych miastach wspinających się po linach. Po co ta cała osobliwa podróż w górę? Cel istnieje, nie wiadomo jednak co nim jest. Zresztą czy to ważne? W świecie, w którym nie liczy się ani przyszłość, ani przeszłość, nikogo już to nie obchodzi. Nikogo? Nastoletni Murk chciałby poznać prawdę, chciałby dowiedzieć się co jest celem i kto to wszystko zbudował. Niestety reszta mieszkańców nie jest temu pomysłowi przychylna, dlatego chłopak decyduje się na desperacki krok, chce opuścić miasto i dostać się na dół, żeby dotrzeć do miejsca, z którego wyruszyli i poznać konstruktorów…

 

Ta druga „dorosła’ powieść Kosika (i czwarta z kolei) to kawał dobrej fantastyki w charakterystycznym dla autora stylu. Zaczynając od świetnego pomysłu wyjściowego, snuje pisarz naprawdę ciekawą opowieść o dziwnym świecie, gdzie wciąż pobrzmiewają trzy pytania: skąd się wzięli, dokąd zmierzają i dlaczego. Wszystko to oczywiście sprowadza się do zasadniczej kwestii „o co w tym wszystkim chodzi”, ale prostota tego pytania zostawia czytelnikom wielkie pole do domysłów – a autorowi daje szansę popisania się swoją wyobraźnią. I Kosik znakomicie udźwignął temat.

 

Oczywiście nie zabrakło też innych kwestii. Jest miłość, ale bez romansu, jest dojrzałość, ale z nastoletnim bohaterem, jest fantastyka, ale bardzo przyziemna. W skrócie jest wszystko to, za co Kosika tak bardzo się lubi. Łącznie z lekkim, wciągającym stylem narracji i ciekawymi bohaterami. Nic dziwnego, że powieść zdobyła nagrodę Nautilusa i  nominacje do Zajdla oraz Sfinksa.

 

I cóż tu więcej mówić? Chociaż „Vertical” to tylko rozrywkowa fantastyka, to jednak fantastyka naprawdę znakomita, pomysłowa i warta poznania. Dlatego polecam – jak każdą książkę Kosika zresztą.

 

I dziękuję wydawnictwu Powergraph za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Kubuś i przyjaciele. Pierwsza gwiazdka z Kubusiem. Poradnik świąteczny



KUBUSIOWYCH ŚWIĄT

 

Kiedy tylko spadnie pierwszy śnieg, a Święta Bożego Narodzenia zbliżają się wielkimi krokami, każdy z nas chętnie sięga po książki i filmy z Gwiazdką w tle. Wiedzą o tym wszyscy, stacje telewizyjne prześcigają się w świątecznych filmach, wydawcy oferują więcej tytułów związanych z tym okresem, a sklepy produkty pakowane w dostosowane wzorami opakowania. Lubię ten klimat i lubię się w niego wczuwać, więc chętnie sięgam po tego typu rzeczy, szczególnie jeśli są dobre, a ta książeczka taka właśnie jest.

 

Gwiazdka to czas magiczny szczególnie dla najmłodszych. Jej barwna, rozświetlona blaskiem lampek otoczka fascynuje dzieci i dostarcza wiele radości. Szczególnie jeśli można ją spędzić w gronie ulubionych bajkowych bohaterów! A nawet coś więcej – przygotować się z nimi do Świąt, tworząc razem urocze drobiazgi. Choinkowe dekoracje? Witraż z Kubusiem Puchatkiem? Bombka Kłapouchego z charakterystycznym ogonkiem? Prosiaczek na choinkę? Łańcuch w tygrysie paski? Gwiazdki, girlandy i nawet ciasteczka? Każdy z bohaterów kultowej animacji Kubuś Puchatek przygotował tutaj całe mnóstwo propozycji w swoim charakterystycznym, niepowtarzalnym stylu!

 

Jako dziecko zawsze uwielbiałem zabawę w tworzenie różnych rzeczy. Czy to były dekoracje, czy też modele, spędzałem nad tym sporo czasu. Szkoda, że nie miałem wówczas takich książeczek, jak ta. Stworzenie świątecznych dekoracji z Kubusiem, Tygryskiem, Prosiaczkiem, Kłapouchym i całą resztą bajkowych bohaterów byłoby nie lada gratką. Ale nawet teraz publikacja dostarczyła mi wiele radości. W końcu w każdym dorosłych pozostaje wiele wspomnień z dziecięcych czasów, temu chyba nikt nie zaprzeczy.

 

Skupiając się jednak na samej książce, dostarcza wiele pomysłów na świąteczne dekoracje, a także porad i możliwości ich wykonania. Przejrzyste zdjęcia, równie przejrzyste opisy i bardzo ładne wydanie dostarczają wiele radości i zachęcają do tworzenia. I warto im ulec, bo efekt końcowy prostych zabiegów wygląda naprawdę wspaniale.

 

Dlatego polecam bardzo gorąco. To kolejna publikacja od Zielonej Sowy na Święta, której naprawdę warto jest się bliżej przyjrzeć. Sięgnijcie, nie pożałujecie.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Zielona Sowa za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Maus. Opowieść ocalałego (wydanie zbiorcze) - Art Spiegelman



TEN KOMIKS KRWAWI HISTORIĄ

 

Są dzieła, o których nie trzeba nic mówić, bo już wszystko zostało powiedziane, a i zrobiły to całe rzesze ludzi – zarówno mądrzejszych, jak i głupszych. Ale są też takie dzieła, o których mimo to mówić wciąż się chce. Jednym z nich bezwzględnie jest „Maus” Arta Spiegelmana, kameralne komiksowe arcydzieło. Absolutne must read nawet dla tych, którzy opowieści rysunkowych po prostu nienawidzą.

 

Mieszkający w Nowym Jorku Art Spiegelman wpada na pomysł stworzenia komiksu opowiadającego losy jego ojca, Władysława, któremu udało się przeżyć Holocaust. Zaczyna więc wypytywać rodzica o szczegóły życia zarówno tuż przed wojną, jak i w jej trakcie. Ich wspólne, bardzo intymne rozmowy prowadzą obu w przeszłość, na tereny Polski. Pierwsze miłości, spotkanie przyszłej żony, kłopoty z firmą… Nagłe wezwanie do wojska zwiastuje wybuch konfliktu, Władek trafia na front, musi walczyć, musi zabijać, trafia do niewoli, próbuje przetrwać katorżniczą pracę, zyskuje wolność, ale to zaledwie początek. Wojna dopiero się zaczyna, tak jak opowieść. Opowieść ocalałego, którą po latach jego syn, Art, stara się opowiedzieć na swój sposób.

 

Od pierwszego polskiego wydania „Mausa” minęło już piętnaście lat. Jego odświeżenie więc to strzał w dziesiątkę ze strony Wydawnictwa Komiksowego, chociaż zarazem bardzo odważny krok. Może nie wszyscy o tym pamiętają, ale przed laty komiks ten wywołał wiele kontrowersji. Winnym było sportretowanie w nim Polaków jako cartoonowych świń. Nie miało znaczenia, że Spiegelman nie zrobił tego by kogokolwiek poniżyć czy obrazić, posypały się oskarżenia o antypolskość, a sam komiks długo nie mógł znaleźć wydawcy – aż w końcu dziennikarz „Gazety Wyborczej” zdecydował się opublikować go na własną rękę. Co więcej, kiedy „Maus” pojawił się wreszcie na polskim rynku, protestujący palili jego egzemplarza przed redakcją „Wyborczej…”. Brzmi, jak duża przesada? I tak właśnie jest. Równie dobrze można by uznać, że dzieło Spiegelmana propaguje nazizm, bo Niemcy przedstawieni są jako koty, a koty przecież nie kojarzą nam się negatywnie, prawda? „Maus” to jednak nic innego, jak relacja z Holocaustu, prawdziwa i dla wielu pewnie niewygodna, ale tak akurat mogą uznać wszystkie zainteresowane strony – łącznie z bliskimi autora, który przedstawia ojca z jego wadami i złymi stronami.

 


Poza tym to po prostu wielki komiks. Opowieści rysunkowe nigdy nie były szczególnie szanowane na tle innych dziedzin sztuki, „Maus” udowodnił, że absolutnie niesłusznie. Że za jego pomocą można opowiadać o najtrudniejszych tematach. I że powieść graficzna może dostać Pulitzera. Zasłużonego zresztą. Komiks Spiegelmana to solidny kawał rzetelnej historii o osobistej tragedii, stanowiącej jednocześnie tragedię całego świata. Porażkę i triumf humanitaryzmu i hartu ducha. „Maus” nie ocenia, nie komentuje – ogranicza się do pokazania prawdy, cała reszta jest zbędna.

 

Graficznie w komiksie dominuje mroczna prostota. Cartoonowe przedstawienie postaci dodaje opowieści intensywności. Dziecięca infantylność zderzona zostaje z szokiem i brutalnością, przejmując do szpiku kości. W rysunkach pobrzmiewa także pewna undergroundowa nuta, brud i prostota, które do „Mausa” pasują znakomicie.

 

I nie jest to może komiks łatwy, na dodatek podany specyficznym językiem Władka, który angielskiego nigdy do końca nie opanował (ukłony dla tłumacza!), ale wart przeczytania pod każdym względem. Docenili go krytycy zarówno literaccy i komiksowi (ci drudzy przyznali mu m.in. dwie nagrody festiwalu w Angoulême, Eisnera i Harvey Award), jak również czytelnicy, a album trafił na pierwsze miejsce listy stu najlepszych wg magazynu „Wizard” pokonując takie legendy, jak „Powrót Mrocznego Rycerza” czy „Strażnicy”. Sięgnijcie więc koniecznie i przekonajcie się na własnej skórze o jego wartości. Ja ze swej strony polecam gorąco, szczególnie, że zbiorcza edycja została wydana w rewelacyjny sposób w doskonałej cenie.

 

I dziękuję Wydawnictwu Komiksowemu za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

wtorek, 29 listopada 2016

Fantastyczne zwierzęta. Magiczny przewodnik po filmie - Michael Kogge



FANTASTYCZNY ŚWIAT POWRÓCIŁ

 

Ten rok jest dobrym rokiem dla miłośników Harry’ego Pottera. Najpierw po latach przerwy ukazał się scenariusz sztuki kontynuującej serię książek, a teraz do kin wkroczył pierwszy z pięciu planowanych filmów z serii „Fantastyczne zwierzęta…”, dziejącej się na długo przed wydarzeniami z „Kamienia filozoficznego”. Fani znów mogą poczuć tę magię, a na dodatek dołączyć do swojej kolekcji kilka pozycji. Nie mogło również zabraknąć przewodnika po filmie, który choć niepozorny, zawiera wiele ciekawych rzeczy.

 

Zanim jednak przyjrzymy się mu bliżej, rzućmy okiem na fabułę kinowych „Fantastycznych zwierząt…”. Chociaż film dzieli tytuł z niewielką publikacją wydaną przed laty, wspomniana książeczka prezentowała różne rodzaje stworzeń występujących w świecie Harry’ego Pottera – zarówno tych pojawiających się na łamach serii, jak również zupełnie nowych. O samym Newtcie Skamanderze (pod takim pseudonimem Rowling napisała swój bestiariusz, jako że to właśnie on był jego autorem w powieściach) faktów było niewiele. Teraz nadszedł czas by to zmienić.

Fabuła filmu rozpoczyna się zimą 1926 roku, kiedy to Newt przybywa do Nowego Jorku z walizką pełną niezwykłych stworzeń, których szukaniu i poznawaniu się poświęcił. Jednak te przypadkiem trafiają w ręce niemaga, który nieświadomie wypuszcza je na świat. Kiedy więc w mieście zaczyna dochodzić do dziwnych ataków, nikt nie wierzy Newtowi, że to nie jego znaleziska, a istota nazywana obskurus stoi za wszystkim…

 

Przewodnik po filmie zabiera nas w sam środek akcji i zdradza kilka szczegółów odnośnie fabuły, jak i postaci. Nie jest wprawdzie gruby, a wydanie sprawia wrażenie naprawdę niepozornego, nie mniej wystarczy zacząć lekturę, by przekonać się, że jednak zawiera w sobie wiele ciekawych faktów dla fanów. Bohaterowie są omówieni dość dokładnie, znalazło się tu także miejsce na kilka fantastycznych zwierząt oraz miejsca z filmu. Nie zabrakło również kadrów z kinowego obrazu bogato ilustrujących książeczkę. Teksty nie są długie, nie zdradzają zbyt wiele, ale osobom pragnącym zobaczyć film z pewnością rozbudzą apetyt.

 

Tak więc polecam. Wprawdzie nie pogardziłbym bardziej rozbudowaną książką, nie mniej dzieci na pewno będą zadowolone. A powrót do fantastycznej krainy wykreowanej przez Rowling sprawi wiele przyjemności.

 

I dziękuję wydawnictwu Media Rodzina za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Piąta pora roku - N.K. Jemisin



PIĄTA PORA ROKU – KONIEC ŚWIATA

 

Sięgając po niniejszą powieść miałem dość jasno sprecyzowane oczekiwania. Mianowicie chciałem dostać konkretną porcję fantastycznej rozrywki w niezłym stylu. Nie spodziewałem się jednak, że otrzymam coś aż tak dobrego. N. K. Jemisin stworzyła bowiem opowieść, w której schematy gatunkowe stanowią jedynie –naprawdę udane, ale jednak tło – dla bardzo ludzkiej historii o zmaganiach z własnymi problemami w obliczu końca wszystkiego, co nas otacza.

 

Kończy się świat. A przynajmniej to my nauczyliśmy się tak to określać, bo planeta jak istniała, tak istnieć będzie, zginą tylko istoty na niej żyjące, ale z ich perspektywy to faktyczny koniec wszystkiego. A może tym razem będzie inaczej? Może rzeczywiście skończy się wszystko? Czas pokaże. W krainie zwanej Bezruchem żyją ludzie, którzy osiedlili się tu nie z wygody, a odwagi. Wiedzą, że w końcu nastąpi katastrofa, a ta właśnie nadchodzi. Kiedy superkontynent zostaje rozdarty na dwoje, a z czerwonej szczeliny buchają popioły przysłaniające niebo, nastaje długa zima. Zima zbyt długa by przetrwały rośliny i zwierzęta. Kiedyś z pewnością ustąpi. Kiedyś.

Czterdziestodwuletnia Essun ma jednak inne zmartwienia. Po powrocie do domu znalazła ciało swojego trzyletniego synka – jego własny ojciec pobił go na śmierć. Co więcej zniknęła jej córka. Zrozpaczona Essun wyrusza na poszukiwania dziewczynki, gotowa właściwie na wszystko.

 

To jedna z najlepszych książek z gatunku fantasy/SF jakie (jeśli nie liczyć absolutnej klasyki mistrzów) czytałem w ostatnim czasie. Co sprawiło, że powieść tak przypadła mi do gustu? Na pewno znakomita sceneria i świat o konkretnej, ciekawej mechanice, w którym kryje się wiele intrygujących tajemnic (już na początku oprócz wspomnianych zdarzeń na scenę wkraczają dziwne obeliski, pamiątka po dawnych czasach, które mają swój udział w końcu świata, a także dziwny przedmiot, z którego „wykluwa” się równie dziwny człowiek(?)). Sama główna treść z poszukiwaniami Essun też została poprowadzona w ciekawy i satysfakcjonujący sposób, łącząc w sobie coś z przygodowej historii drogi, opowieści o zemście i kryminału. I jest też świetny, niebanalny styl. N. K. Jemisin pisze dojrzale, łącząc w sobie coś z klasyki, coś z nowoczesności, a nawet coś z Chucka Palahniuka, i żonglując motywami. Wymaga od czytelnika nieco więcej, niż to zwykle bywa w literaturze rozrywkowej, do jakiej zdecydowanie należy gatunek szeroko pojmowanej fantastyki, ale w zamian także więcej daje. Chociażby zaangażowane politycznie treści, które stanowią ciekawe odbicie problemów współczesnego świata.

 

Jak dla mnie znakomita rzecz. Aż szkoda, że na kolejny tom musimy jeszcze poczekać co najmniej kilka miesięcy – a na finalny, jeszcze nie wydany w Stanach, zdecydowanie dłużej. Ale jestem pewien, że będzie warto po nie sięgnąć. Polecam gorąco! Nagroda Hugo i nominacje do Nebuli i World Fantasy Award w pełni zasłużone.

 

A na koniec dziękuję wydawnictwu SQN za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Zima Mikołajka - René Goscinny i Jean-Jacques Sempé



MIKOŁAJEK NA ŚWIĘTA

 

„Mikołajek” to zdecydowanie najlepsza seria humorystycznych książeczek dla dzieci, jaka powstała. Dlatego od blisko sześćdziesięciu lat nieprzerwanie urzeka kolejne pokolenia czytelników, zarówno tych najmłodszych, jak i również najstarszych. Z okazji nadejścia zimy i zbliżających się Świąt wydawnictwo Znak Emotikon przygotowało wybór opowiadań z psotnym chłopcem dziejących się w tym właśnie okresie. Zbiór doskonale poprawiający humor, przynoszący wiele ciepła w zimne dni i znakomicie nadający się na mikołajkowo/świąteczny prezent!

 

Nadeszła zima, spadł śnieg, zbliżają się Święta Bożego Narodzenia. Co w tym czasie dzieje się u naszego niezwykle kłopotliwego Mikołajka i jego rodziny oraz przyjaciół? Jak zwykle bardzo dużo! Pogoda sprzyja wirusom, tata zaczyna więc chorować, a jak choruje mężczyzna, wiadomo co się dzieje. Poza tym zaczynają się zimowe ferie, czeka więc mnóstwo zabawy, bitwy na śnieżki… I nie zapominajmy o Świętym Mikołaju! Chociaż tata twierdzi, że Mikołaja nie stać na te wszystkie prezenty, które Mikołajek chciałby otrzymać, a najlepiej gdyby nie chciał nic dla siebie, tylko dla innych, co szkodzi napisać list, w którym wszystkie prezenty dla krewnych i znajomych byłby także bardzo użyteczne dla niego? A kiedy już nadejdą Święta… cóż… katastrofa też może mieć swoje dobre strony i wiele uroku, prawda?

 

„Mikołajka” darzę wielkim sentymentem i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że jego przygody poznałem całkiem niedawno temu. Skąd się bierze to uczucie? Po części z faktu, że m.in. na komiksach Goscinnego (a w szczególności jego „Asterixie”) się wychowałem, pamiętam więc ten rodzaj humoru, klimat i zabawy z czytelnikiem, których pełne są także opowiadania o psotnym chłopcu; po części natomiast dlatego, że wciąż pozostało we mnie wiele z dziecka. Zresztą te książeczki potrafiłyby obudzić dziecko w każdym. I potrafią także kupić serce każdego – nie ważne czy ma dziesięć czy sto lat. Goscinny stworzył bowiem dzieło, które opiera się granicom wiekowym, tak jak oparło się upływowi czasu. Dzieło pełne dziecięcej magii i energii, z jednoczesnym uniknięciem infantylności i dojrzałym spojrzeniem na ogół. Lektura „Zimy Mikołajka” doskonale ukazuje to wszystko. Każdy z tekstów bawi, poprawia humor i wprowadza w miły, przedświąteczny nastrój, a absolutnie genialne opowiadanie, w którym Mikołajek pisze list do Świętego Mikołaja, rozbraja i zachwyca.

 

Książeczka doczekała się oczywiście znakomitej, choć prostej oprawy graficznej w wykonaniu francuskiego ilustratora Jeana-Jacquesa Sempé. Jego delikatne i zabawne rysunki doskonale uzupełniają tekst, ciesząc oko. A wszystko to zostało bardzo ładnie wydane, w tomiku zamkniętym w twardej oprawie.

 

Polecam gorąco! Jak już wspominałem niniejsza książeczka to znakomita propozycja na prezent, szczególnie dla najmłodszych. Kupcie dla dzieci, przeczytajcie sami i… nie zapomnijcie czasem oddać „Mikołajka” własnych pociechom.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Znak Emotikon za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

poniedziałek, 28 listopada 2016

1001 albumów muzycznych. Historia muzyki rozrywkowej - Robert Dimery (i inni)



1001 DŹWIĘKÓW

 

Kolejna, obok „1001 filmów, które musisz obejrzeć” oraz „1001 książek, które musisz przeczytać” propozycja od wydawnictwa Elipsa zabiera nas w świat muzyki rozrywkowej. Na 960 stronach pięknie wydanego tomu twórcy omawiają ponad tysiąc albumów muzycznych wydanych od roku 1955 do 2010, przybliżając nam dzieła znane wszystkim, jak również zespoły, o których słyszeli nieliczni.

 

W 1955 roku pojawiła się płyta „In the Wee Small Hours” Franka Sinatry. Artysty, którego czas i kariera praktycznie się skończyły, a który nagle otrzymał drugą szansę i zdołał ją wykorzystać. I to właśnie od niej zaczyna się ten album, krok po kroku wiodący nas przez kolejne muzyczne dekady i artystów. Miles Davies, Elvis Presley, Simon and Garfunkel, Queen, Rolling Stones, Beatles, Abba, Eagles, The Offspring, Eminem, Green Day, Coldplay, Nirvana… Aż po płytę „The Suburbs” Arcade Fire, przemierza najróżniejsze tracklisty, obserwuje narodziny gatunków i ich rozwój, a także zagląda za kulisy powstawania albumów i życia artystów.

 

Seria „1001…” jak zwykle nie zawodzi. Nie jestem jakimś wielkim fanem muzyki, mam swoje ulubione zespoły, których słucham, chętnie odkrywam nowe, ale nie jest to pasja, która miałaby wielkie znaczenie dla mojego życia. A jednak po album sięgnąłem z ochotą i z wielką przyjemnością przeczytałem. Bo jak zawsze w przypadku tych publikacji od Elipsy, książka przedstawia rzetelny (choć dyskusyjny) przegląd muzyczny, napisany ciekawie i przede wszystkim z profesjonalną znajomością tematu.

 

Bardzo przyjemnie prezentuje się także oprawa graficzna. Większość opisywanych albumów zdobią ilustracje z ich okładek, nie zabrakło również zdjęć wykonawców, często także koncertowych. Teksty na dodatek pełne są ciekawostek, a przed każdym rozdziałem obejmującym kolejną dekadę podane zostały najważniejsze wydarzenia historyczne, które miały miejsce w danym okresie. Dzięki temu otrzymujemy kontekst historyczno-kulturowy, stanowiący przyjemną ciekawostkę. Do tego dochodzi jeszcze tradycyjnie rewelacyjne wydanie, które bardzo ładnie prezentuje się na półce.

 

Dlatego polecam gorąco Waszej uwadze niniejszą propozycję. Jeśli fascynujecie się muzyką, koniecznie powinniście ją poznać. Nieważne, czy zgodzicie się z autorami czy nie (podobne zestawienia zawsze będą subiektywne i wywołujące kontrowersje, ale to jeden z ich uroków), możecie dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy. I kto wie, może poznacie przy okazji kilka wartych przesłuchania zespołów? Poza tym muzyka to w końcu język uniwersalny, o czym mogliśmy przekonać się na różnych polach, nawet w kinie, kiedy w „Bliskich spotkaniach trzeciego stopnia” to za jej pomocą kosmici kontaktowali się z Ziemianami, więc nawet ci, których ciężko nazwać jej fascynatami znajdą tutaj coś dla siebie.

 

A ja dziękuję grupie wydawniczej Publicat za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Opowieść o Kullervo - John Ronald Reuel Tolkien (redakcja: Verlyn Flieger)



GDZIE KALEVALA SPOTYKA DZIECI HÚRINA

 

Tolkien nie żyje już ponad czterdziestu lat, ale jego twórczość ani na chwilę nie została zapomniana. Wciąż na nowo odkrywają ją nowe pokolenia i media, a co więcej na rynku nadal pojawiają się kolejne dzieła odzyskane z jego notatek i materiałów. W przypadku autora z tak pobudzającym wyobraźnie dorobkiem, jak on, każda z tych książek stanowi nie lada gratkę. Nie inaczej jest w przypadku „Opowieści o Kullervo”, która na nowo opowiadając fiński mit staje się jednocześnie podwaliną dla późniejszych opowieści, w szczególności „Dzieci Húrina”.

 

Rzecz działa się w czasach, kiedy magia była jeszcze młoda. Pewna łabędzica wychowywała swoje dzieci u brzegów spokojnej rzeki. Jednakże pewnego dnia najpierw jedno, a potem drugie zostały porwane przez ptaki drapieżne i rzucone w różne miejsca świata. Jedno tylko zostało u boku matki, a wraz z upływem lat wyrosło na złego czarnoksiężnika o imieniu Untamō. Tymczasem jego jeden z jego porwanych braci dorósł stając się Kalervo, dobrym człowiekiem cieszącym się żoną i dziećmi. Do czasu. Pewnego dnia Untamō zabija jego, a bliskich zabiera w niewolę, by mu służyli. Syn Kalervo, Kullervo, który rośnie nadzwyczaj szybko i równie nadzwyczajną włada siłą, poprzysięga zemstę za los ojca i swoich bliskich, kiedy tylko osiągnie odpowiedni wiek. Przestraszony Untamō zaczyna podejmować próby zabicia go…

 

„Opowieść o Kullervo” to dzieło bardzo ważne dla miłośników twórczości Tolkiena. Dlaczego? powodów jest wiele. Jednym z nich na pewno jest szansa na poznanie wczesnego etapu pisarstwa autora, drugim jego prywatnych fascynacji mitami fińskimi i „Kalevalą”, a trzecim – i chyba najważniejszym – możliwość poznania własnej interpretacji jednego z tych mitów, która stanowi jakby pierwszą próbę napisania „Dzieci Húrina”, a co za tym idzie zawiera wątki, jakie przewijać się miały w dalszych utworach Tolkiena.

 

Oczywiście nie na samym tekście „Kullervo…” opiera się niniejsze wydanie. Tego zresztą nie jest dużo, a na dodatek nie został przez autora ukończony. Tom został więc uzupełniony o szkic tytułowej opowieści, zawierający streszczenie Tolkiena, jak zamierzał go zakończyć, a także wybór tekstów o „Kalevali” – oraz obszerne przypis, w tym analizę „Kullervo…” na tle innych utworów pisarza. Dla fanów jego twórczości to dzieło, które absolutnie muszę przeczytać. A puryści Tolkiena dostają na dodatek wszystkie z zawartych tu tekstów również w wersji oryginalnej, wzbogaconej o fotografie ręko- i maszynopisów.

 

Po prostu coś wspaniałego. I przy okazji świetnie wydane. Warto po „Kullervo…” sięgnąć pod każdym względem, dlatego polecam gorąco.

 

I dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Kubuś i przyjaciele. Pocztówki na Święta - Disney



SŁODKI MIŚ O MAŁYM ROZUMKU I ŚWIĄTECZNE POCZTÓWKI

 

Czy istnieje ktoś, kto nie lubi Kubusia Puchatka? Słodkiego misia o małym rozumku, który nieprzerwanie od dziewięćdziesięciu lat urzeka czytelników, a od pięćdziesięciu znany jest ze swego najsłynniejszego wizerunku stworzonego przez Disneya? Chyba nie ma nikogo takiego! Kochają go najmłodsi, uwielbiają też ci starsi i ci całkiem starzy również, dlatego doczekał się tak wielu przygód – w tym także tych świątecznych. A ponieważ zbliża się Boże Narodzenie, jak zwykle przed tym czasem pojawia się zatrzęsienie gadżetów, w tym ta, niepozorna, ale jakże urocza książeczka z pocztówkami.

Tak, ta pozycja to nic innego, jak zbiór kilkunastu pocztówek do wyrwania. I właściwie nic innego – poza krótkim wstępem o tworzeniu własnych kartek świątecznych oraz tym, jak je napisać – nie zawiera. Wydaje się, że to mało? Nic bardziej mylnego! Nawet w takiej prostocie kryje się całe mnóstwo zabawy i przyjemności. Bo, owszem, kartkę może wydrzeć, podpisać i wysłać, wpisując do niej kilka słów od siebie, ale tak naprawdę to jedynie część tego, co można z nimi zrobić. A niniejsza książeczka skutecznie do tego zachęca!

 

Co więc takiego czeka na małych odbiorców? Na przykład mogą (a wręcz powinni) przyozdobić wiele z pocztówek. Inne natomiast wymagają od nich pokolorowania, czy dorysowanie na nich własnych rzeczy. Poza tym pocztówki przygotowane zostały specjalnie dla różnych członków rodziny, chociaż nie zabrakło także tych ogólnych. A wszystkie utrzymane w kolorowej, uroczej świątecznej tonacji, pełne choinek, bożonarodzeniowych strojów i dekoracji. Pełne śniegu i zimowych, acz bardzo ciepłych obrazków.

 

Na przedświąteczny okres to pozycja, jak znalazł. Ciekawa, bardzo ładna, oferująca nieco zabawy i dającą możliwość wysłania uroczych, po części samodzielnie wykonanych kartek bliskim. Polecam gorąco!

 

I dziękuję wydawnictwu Zielona Sowa za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

NARODZINY MOCY – GWIEZDNE IMPERIUM GEORGE’A LUCASA - zapowiedź



GEORGE LUCAS.
GWIEZDNE WOJNY I RESZTA ŻYCIA
BRIAN JAY JONES
premiera 7 grudnia 2016 r.

Równolegle z amerykańską premierą do rąk polskiego czytelnika trafia biografia George’a Lucasa, jednego z najważniejszych filmowców w historii kinematografii, wizjonera, twórcy Gwiezdnych Wojen. Jako syn właściciela sklepuz artykułami biurowymi miał przejąć rodziny interes i żyć dostatnio na małomiasteczkową modłę. Stanął jednak za kamerą i zrewolucjonizował oblicze kina popularnego.

– Lubiłem przygody, których akcja rozgrywała się w kosmosie – wyznał z prostotą po latach, dlatego gdy zasiadał do pisania pierwszej wersji scenariusza, marzyło mu się połączenie rozmachu Odysei kosmicznej 2001 z akcją godną przygód agenta 007. W 1977 roku Gwiezdne wojny: Nowa nadzieja weszły na ekrany zaledwie trzydziestu dwóch amerykańskich kin, jako niezależny film science-fiction. Czterdzieści lat później „The Telegraph” ocenił, że marka Star Wars jest warta więcej niż Harry Potter i James Bond razem wzięci. A pomyśleć że niewiele brakowało, by zamiast za gwiezdną sagę Lucas wziął się za kręcenie Czasu Apokalipsy.

Brian Jay Jones, autor bestsellerowej biografii Jima Hensona, „ojca” Muppetów, znalazł klucz do portretowania postaci w sposób ciekawy zarówno dla fanów, jak i tych, którzy lubią czytać dobre biografie. Lucas Jonesa to postać totalna – idol, ikona, przyjaciel Francisa Forda Coppoli i Stevena Spielberga – uchwycony w chwilach powszednich i zwyczajnych; chuderlawy chłopak z odstającymi uszami, mający trudności z pisaniem i ortografią, który odważył się podążyć za swoją pasją. Towarzyszymy mu w tej drodze ze stutysięcznego kalifornijskiego miasta na tunezyjską pustynię – gdzie zmagając się z ograniczonym budżetem i szwankującymi prototypami robotów, kręci sceny, które fani sagi zapamiętają jako krajobrazy planety Tatooine – aż po szczyty box office’ów i pierwsze strony gazet.

George Lucas. Gwiezdne wojny i reszta życia to biografia reżysera wypełniona anegdotami z planów filmowych, odsłaniająca arkana pracy w przemyśle filmowym, męki pisania scenariuszy, morderczych walk o budżet, ale przede wszystkim pierwsze tak otwarte zaproszenie za kulisy Gwiezdnych Wojen. Jak wyglądała praca z zaawansowaną techniką w latach 80.? Czym inspirował się Lucas, tworząc kultowe postaci: Luke’a Skywalkera, Hana Solo, mistrza Yody? Jakie kłopoty sprawiał niedopasowany kostium C3PO? Prawdziwa gratka dla kinomaniaków.

George Lucas. Gwiezdne wojny i reszta życia to wyśmienita książka! Brianowi Jay Jonesowi udała się rzadka sztuka napisania takiej biografii, która będzie interesująca nie tylko dla najwierniejszych fanów, ale i dla pozostałych czytelników. Naszpikowana ciekawostkami, wsparta rzetelnym materiałem źródłow ym, ubrana w lekką i wartką narrację, z łatwością wciąga w świat Lucasa. ― Debby Applegate, laureatka nagrody Pulitzera w 2007 za książkę The Most Famous Man in America: The Biography of Henry Ward Beecher

 

Jak słynna scena otwierająca pierwsze Gwiezdne wojny, George Lucas. Gwiezdne wojny i reszta życia natychmiast przenosi w świat szalonego marzyciela. Nerdzi wszystkich krajów łączcie się! Wreszcie mamy książkę, która opowiada historię herosa, który naprawdę zmienił nasze życie. ― Brad Meltzer

Świetnie napisana i wciągająca: dokładnie taka, na jaką czekali fani Lucasa i wszyscy maniacy, którzy uwielbiają opowieści z planów filmowych. ― Kirkus

Mistrz biografii mierzy się z kolejną wielką osobowością świata rozrywki. Znamy George’a Lucasa jako reżysera, który dał nam Gwiezdne wojny, jedną z najbardziej kultowych hollywoodzkich superprodukcji w historii, ale pogłębione, fascynujące i wciągające spojrzenie Jonesa ukazuje Lucasa jako kogoś więcej niż tylko uzdolnionego twórcę ciekawych opowieści. Jones sięga głębiej, by naświetlić blaski i cienie kariery i życia Lucasa, portretując jego pasję i nowatorstwo w przejrzystej, porywającej prozie. Mistrzowska i niezbędna lektura dla każdego fana filmu i popkultury. ― Booklist

W detalach opisuje proces powstawania jego filmów: od pierwszych pomysłów i szkicu scenariusza, przez kompletowanie obsady i wybór lokalizacji planu, po kręcenie i, co szczególnie istotne w pracy Lucasa, montaż. ― Publishers Weekly



 

Brian Jay Jones urodził się 1 sierpnia 1967 r. Jest

wiceprezesem Międzynarodowej Organizacji Biografów. Pracował jako analityk ustaw i doradca w amerykańskim senacie, ale w 2008 roku zdecydował się porzucić politykę dla pisarstwa: wtedy ukazała się jego nagradzana biografia Washington Irving.

W Polsce wydano jak dotąd jedną jego książkę: Jim Henson. Tata Muppetów. Mieszka z żoną i córką w Damascus w stanie Maryland.

 

sobota, 26 listopada 2016

Bracia Burgess - Elizabeth Strout



CHŁOPAKI BURGESSÓW

 

Elizabeth Strout to autorka niezwykle subtelna, pisząca w sposób stonowany, wyważony i prosty. Jej powieść „Na imię mam Lucy” mnie urzekła, „Bracia…” podtrzymują te uczucia, wprowadzając w świat rodzinnych relacji i problemów. W świat prawdziwy i przejmujący swoją delikatnością.

 

Jim i Bob to dwaj bracia, którzy opuścili rodzinne miasto Shirley Falls po śmierci ojca, który zginął w wypadku samochodowym. Na miejscu pozostała ich siostra Susan. Po latach obaj żyją w Nowym Jorku robiąc prawnicze kariery, które głośnym echem odbijają się w mediach. Ich losy różnie się potoczyły, czasem praca nadrabia braki w życiu rodzinnym, czasem sytuacja się odwraca, ale utrzymują ze sobą kontakt, zapominając jednak o Susan. Do czasu. Wkrótce kobieta zacznie potrzebować ich pomocy. Wychowywany przez nią syn, Zach, wpada bowiem w kłopoty z prawem. Głupi żart zostaje odebrany jako przestępstwo na tle wyznaniowym i rasowym, napięcie narasta. Zdesperowana Susan prosi braci o pomoc, szczególnie, że Jim ma wielki talent prawniczy. Odnowiony kontakt staje się dla wszystkich jednocześnie testem więzi rodzinnych, jak i ich postrzegania…

 

„Bracia Burgess” to kolejna znakomita powieść Elizabeth Strout, autorki nagrodzonej wieloma wyróżnieniami, w tym Pulitzerem oraz nagrodą Faulknera. Stonowana i wyciszona, zabiera nas w pełen emocji świat codziennych problemów rodziny i trudnych chwil, które zmuszają nas do zjednoczenia. Wydarzenia nie są jednak najważniejsze, liczą się przede wszystkim postacie i ich wzajemne relacje. Sprzeczne charaktery, ludzkie uczucia, wierność psychologiczna i piękno różnorodności. Na otwierających powieść stronach autorka kreśli obraz matki i córki, dawniej skłóconych, teraz odbudowujących więzi i rozmawiających o tytułowych braciach, i ta scena staje się zapowiedzią tego, co czeka nas przez resztę książki. streszczeniem, które powoli będzie rozwijane w zdumiewający portret zwykłych ludzi. Ludzi jakże nam bliskich. Szarych, barwnych ludzi, którzy zdają się żyć naprawdę.

 

To właśnie wielka siła powieści Strout. Ta prosta prawda i skomplikowane postrzeganie tych samych kwestii z różnych perspektyw, osadzone na dodatek w bardzo aktualnych ramach. Ale w twórczości autorki cenię coś jeszcze, a mianowicie fakt, że nie rozpisuje się, nie tworzy jednej powieści za drugą, a tylko wtedy, kiedy naprawdę ma coś do opowiedzenia. To odróżnia artystę od wyrobnika, a Strout zdecydowanie jest artystką. I to wartą poznania.

 

Przez blisko dwadzieścia lat kariery autorka napisała zaledwie sześć książek. Ja z jej dorobku przeczytałem dotychczas dwie, ale bez wahania mogę stwierdzić, że warto jest poznać każdy jej utwór. Miłośnicy niebanalnej, spokojnej literatury z wyższej półki będą usatysfakcjonowani. Polecam gorąco.

 

I dziękuję wydawnictwu Wielka Litera za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

piątek, 25 listopada 2016

Zagroda zębów - Wit Szostak



ODYS ZDEMITOLOGIZOWANY

 

Ciężko będzie mi ocenić tę książkę. Książkę, bo nie zakwalifikuję jej ani do grona powieści, ani do zbioru opowiadań. Szostak, jeden z ciekawszych i ambitniejszych rodzimych autorów działających na polu szerokorozumianej fantastyki stworzył utwór daleki od uogólnień. Dziwny. Nietypowy. Własny, acz reinterpretujący klasykę. Ambitny, choć przy tym jakby na siłę wielki. Nieoczywisty, ale też i nie dla wszystkich.

 

„Każdy z nas jest Odysem co wraca do swej Itaki” pisał przed laty Leopold Staff. I chyba każdy z nas musiał w szkole interpretować ten wiersz, jak również czytać „Odyseję”. Zna więc losy Odysa i jego przygody. A może wcale nie? Szostak wkracza na grząskie tereny rozważań „co by było gdyby…” i zaczyna rozpisywać różne warianty jego życia, osadzając je w psychologicznym kontekście. Odys zakłada dom gdzie indziej, Itaka przestaje być mu potrzebna, nie wraca. Odys odbudowuje Troję, porzucając swoją ojczyznę. Odys powraca w rodzinne strony, ale nie zostaje rozpoznany. Odys ginie. Odys… Odys… Odys… I jego życie. To, które rozgrywa się na różnych polach, spełnia się, rozpada, ucieka i wraca.

 

Granica pomiędzy tekstem wystylizowanym a przestylizowanym jest jak ta, która rozdziela sztukę od kiczu – niewielka i płynna. Obie strony co chwila przenikają się wzajemnie, uzupełniają, chociaż przeczą same sobie. I tak też jest w „Zagrodzie zębów” – bardzo ambitnej antologii krótkich form demitologizujących opowieść o Odysie. Rozważających, rozkładających na czynniki pierwsze naszą ludzką naturę i świat poprzez pryzmat wszystkim znanego mitu. Stylizacja jednak, ta, która ma sprawić, by teksty brzmiały jak pisane dawnym językiem, czasem staje się zbyt kwiecista. Zbyt usilna. Jakby po prostu musiała być wielka, a wielkość przecież i tak płynie z samej interpretacji losów Odysa.

 

Pod tym względem nie wszystko udało się Szostakowi, choć trzeba mu oddać, że styl posiada niebanalny, charakterystyczny i wymagający. Taki, jak lubię. Pod względem treści też jest ciekawie, nawet jeśli nie trawi się mitologicznych historii. W „Zagrodzie…” to na szczęście tylko płaszczyk, pod którym kryje się o wiele więcej, choć podane w prosty sposób. I chociaż nie wszystkie pokładane w książce nadzieje zostały spełnione, a całość miewa aż nazbyt eksperymentalną formę, warto po najnowsze dzieło Szostaka sięgnąć. Szczególnie jeśli znacie już jego twórczość. Polecam zatem.

 

I dziękuję wydawnictwu Powergraph za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

czwartek, 24 listopada 2016

Anomalia - Krzysztof T. Dąbrowski



ŚMIERĆ TO DOPIERO POCZĄTEK

 

Ta książka była dla mnie wielkim zaskoczeniem. I nie chodzi mi o nietypowy format czy podobne detale. Kiedy ją otworzyłem ze środka wypady zakładki i pocztówki, a na jednej z tych drugich Dąbrowski spoglądał na mnie spomiędzy żółtych kwiatów z miną oświeconego rastamana. Gdzie biceps, gdzie goła klata i karabin w łapie? Gdzie stylizacja na Rambo? To na pewno ten sam autor? Pisze jak ona, klnie jak on, ale bez głupich żartów, z powagą, z emocjami. Przyjemna odmiana. I to bardzo. Taka anomalia. Ale naprawdę znakomita, satysfakcjonująca miłośników grozy, fantastyki, jak i obyczajowych opowieści o stracie.

 

Adrian jest już prawie pełnoletni, ale nie czuje tego. Wciąż ograniczany przez rodziców nie potrafi pogodzić się z takim stanem rzeczy. A najgorsze, że dopóki z nimi mieszka – a jeśli chce nie musieć rzucić nauki i szukać pracy, ani tym bardziej trafić do wojska – osiągnięcie pełnoletniości nie zmieni niczego. Jedyny prawdziwy kumpel, Adam, też go nie rozumie. Bo jak to kochać nieznajomą dziewczynę tak by pisać wiersze, by traktować ją w myślach jak księżniczkę i nocami marzyć o ratowaniu jej? Nieśmiałość miesza się w chłopaku z chęcią buntu. Uczucia szaleją. Pewnego dnia wsiada do samochodu, nieświadomy, że za dwie godziny zginie. Wypadek. Tragedia. Śmierć. Śmierć? To dopiero początek.

 

Dąbrowski naprawdę mnie zaskoczył w najbardziej pozytywny sposób z możliwych. Lubiłem jego humorystyczne opowiastki, bo operuje świetnym, przyjemnym w odbiorze stylem, ale też narzekałem przy okazji na to, że się marnuje. Że mógłby pisać o wiele lepszą, wyższą literaturę. I teraz dostałem do rąk doskonały dowód na to. „Anomalia” z miejsca trafiła mnie w czuły punkt, poruszyła kilka strun i zjednała moją sympatię. Adrian w swoich marzeniach i naiwnym romantyzmie, jest tak podobny do mnie z czasów, kiedy sam miałem tyle lat co on, że po prostu nie mogłem go nie polubić. Do tego doszła świetna fabuła, znakomite postacie i przekonująca psychologia. Plus te świetne emocje, o których wspomniałem już na początku. Znakomita rzecz.

 

I przy okazji znakomicie podana, z artystyczną nutą i ujmującą prawdą. Łyżka dziegciu do tego wszystkiego? Chyba tylko taka, że szkoda, iż Dąbrowski nie pisze wyłącznie takich książek. Ale to w końcu jego wybór, a dla takich perełek warto pogrzebać w jego bibliografii. Polecam gorąco!

 

I dziękuję portalowi Kostnica za udostępnienie mi egzemplarza  do recenzji.

Krew zapomnianych bogów



KILKA SŁÓW O SŁOWIANACH

 

Horror ma wiele odcieni. Strach pojawiał się od wieków i pojawia nadal w równej formie. Boimy się duchów, kosmitów, wampirów, wilkołaków. Tradycja i nowoczesność mieszają się w jedno. Grupa młodych autorów spróbowała swoich się w temacie grozy osadzonej w słowiańskich ramach. Co z tego wyszło?

 

Pradawne bóstwa, przesądy, rytuały, amulety, magia, demony i mrok. W minionych czasach lęków był więcej niż teraz. A nasi przodkowie mieli też całe mnóstwo sposobów radzenia sobie z nimi. Ich codziennością było życie na granicy tego, co zwykłe z tym, co mroczne, przerażające i nieziemskie. Kruchy rozejm? Koegzystencja oparta na konkretnych zasadach? Wzajemna tolerancja czy próby przetrwania w obliczu tego, co potężniejsze? W czasach słowiańskich lęk był warunkiem przetrwania, unikania tego, co mogło nas zabić. Ale nie zawsze. Teraz dawne lęki powracają w nowej odsłonie.

 

Trzynastu autorów napisało piętnaście tekstów, które mierzą się z grozą odległych czasów, zarówno przenosząc nas do minionych wieków, jak też przenosząc tamtejsze zło do naszej teraźniejszości. I jest nieźle, niestety czuć zarazem, że za opowiadania odpowiadają debiutanci. Brak im pewnego wyważenia i doświadczenia, ale kryje się w tym pewien urok. Infantylność i naiwność młodych niewprawionych autorów prosperujących do tego, by zostać zapamiętanymi. Czy są tego warci? W tej chwili trudno ocenić, ale nie czuję by powinni darować sobie pisanie. Za parę lat może wyjść z tego coś ciekawego, póki co jest poprawnie, momentami naprawdę nieźle, choć momenty gorsze także się zdarzają.

 

Na szczęście „Krew zapomnianych bogów” czyta się bez bólu. Każde z opowiadań o typowy lekki tekst do poczytania w ponure jesienne wieczory, kiedy nie ma nic w telewizji, a nosa nikt nie chciałby wyściubić za próg. Na kolana nie powalają, ale jako niezobowiązująca rozrywka znajdzie swoich zwolenników.

 

A ja dziękuję portalowi Kostnica za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Odkurzacz czarownicy - Terry Pratchett



CZAROWNICA JUŻ NIE NA MIOTLE

 

Terry Pratchett znany jest przede wszystkim jako twórca kultowego i niezwykle obszernego cyklu o Świecie Dysku. Czasem zdarzało mu się napisać jakieś inne utwory fantastyczne, ale historie dla dzieci? Bajki niemalże? Dlaczego nie! Bajki to tylko inna odmiana fantastyki, napisana prościej i mogąca sobie na więcej pozwolić. Jak poradził sobie z nimi Pratchett? Całkiem przyzwoicie, chociaż wolę jego dojrzalsze prace.

 

Głównym bohaterem tytułowego tekstu jest Pan Ronald Swimble, znany jako wujek Ron, który dorabia jako iluzjonista. Urodziny to więc dla niego idealna okazja do zarobku, ale tym razem coś idzie nie tak. Zamiast iluzji na scenie pojawia się czysta magia, której Ron nie kontroluje, zamieniając przypadkowo najróżniejsze przedmioty w coś zupełnie innego. Ludziom się podoba, ale nie głównemu zainteresowanemu. Co się stało? Czemu tak się dzieje?

 

To tylko część z pytań. I zaledwie jedno z czternastu opowiadań dla młodszych czytelników zebranych w tym tomie. W pozostałych czeka nas nie mniej przygód i szaleństwa. W towarzystwie Pratchetta wybierzemy się bowiem na drugi Dziki Zachód, który znajduje się w Wielkiej Brytanii, weźmiemy udział w bitwie na lody, wejdziemy na pokład łodzi podwodnej i sterowca także, a nawet będziemy mogli przeżyć przygody w towarzystwie mrówki. Magii, niezwykłych zdarzeń i wcale nie mniej niezwykłych bohaterów jest tutaj bez liku. Dzieje się dużo i w szalony, zabawny sposób. A całość została podana w stylu stricte przeznaczonym dla dzieci. Prosto, infantylnie, lekko, bez rozpisywania się – i, oczywiście, z bogactwem równie prostych co tekst ilustracji. Grupę docelową odbiorców jasno określa także duża, wyraźna, ułatwiająca czytanie czcionka. Ale czy to wszystko oznacza, że po książkę sięgnąć powinny tylko i wyłącznie dzieci?

 

Po części można tak powiedzieć, to w końcu młodzi odbiorcy będą bawić się najlepiej czytając „Odkurzacz czarownicy”, ale starsi też znajdą tu coś dla siebie. Co? Niesamowita wyobraźnia autora nie zniknęła, zmieniła tylko formę. Jego wizje i przenoszenie klasyki na nowe grunty pozostały takie same z tym, że lżej podane.

 

Podsumowując, warto. W szczególności podarować dziecku, jeśli chcemy by polubiło udaną fantastykę, którą równie dobrze można zastąpić (albo też uzupełnić) klasyczne bajki, jak ten tytułowy odkurzacz może zastąpić miotłę. Polecam.

 

I dziękuję wydawnictwu Rebis za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

środa, 23 listopada 2016

Operacja Dzień Wskrzeszenia - Andrzej Pilipiuk



WESOŁA ZAGŁADA

 

Postapo to gatunek w ostatnich latach modny i zdobywający coraz większą rzeszę czytelników. Apokalipsa tradycyjna, apokalipsa militarna, z kosmosu, z innego wymiaru, nie do końca określona, zombie-apokalipsa… Długo można by wymieniać. Jedne przedstawione są na poważnie, inne zagładę oferują nam w lekkim stylu, temat traktując z przymrużeniem oka. I właśnie do tej drugiej kategorii zalicza się niniejsza, udana zresztą powieść Pilipiuka.

 

Rok 2012. Polską rządzi prezydent, Paweł Citka, o którego mądrości trudno powiedzieć coś dobrego. Kiedy pewnego lipcowego dnia terroryści przejmują kontrolę nad naszym rodzimym systemem wyrzutni rakiet z głowicami atomowymi, sytuacja staje się patowa. Zaraz, zaraz. Polska i broń atomowa? Właśnie. Citka wpadł na ten „genialny” (i w sekrecie przed innymi państwami realizowany) pomysł, a teraz rakiety wymierzone zostały w inne kraje, a wojsko nie jest w stanie nic na to poradzić. Przydałoby się zadzwonić do przedstawicieli rządów zagrożonych państw, przyznać do winy, ostrzec, ale nim Citka może to zrobić, jest już po sprawie…

Rok 2014. W ruinach świata spustoszonego wojną atomową wywołaną przed dwoma laty życie toczy się w nowym, postapokaliptycznym rytmie. Czwórka młodych ludzi trafia do Instytutu Fizyki Doświadczalnej w Warszawie, mając odbyć szkolenie przygotowujące ich do podróży w czasie. Cel? Cofnąć się do XIX wieku, zlokalizować przodka Citki i zaaplikować mu modyfikowany wirus, który pozbawi go możliwości posiadania potomstwa. Łatwe? Carska ochrona to jedno, ale pozostaje jeszcze inny problem – Instytut pełen jest tablic w pamięci tych, którzy z podróży w czasie nigdy nie wrócili…

 

O ile zawsze powtarzam, że Pilipiuk sprawdza się jedynie w krótkich formach, psując powieści nadmiarem wątków i brakiem panowania nad fabułą, o tyle w przypadku „Dnia Wskrzeszenia” nie mogę mu tego zarzucić. Historia bowiem, osnuta wokół prostego, ale ciekawego pomysłu, została poprowadzona sprawnie i w przyjemny sposób. Treść (i styl) bardziej nadaje się dla grupy wiekowej young adult, niż stricte dorosłego czytelnika fantastyki, ale i ci drudzy bawić będą się dobrze. Wystarczy chwila przyzwyczajania dla komediowego tonu całości – a co za tym idzie mniejszej ilości powagi w poruszanych kwestiach, potem zostaje już tylko czysta, lekka w odbiorze zabawa.

 

Pilipiuk pisze znakomicie. Jego styl jest prosty i przyjemny, czysto rozrywkowy, ale bardzo udany. Nie przynudza, nie przedłuża, szybko wprowadza w akcję, poprawia humor i sprawia, że „Dzień Wskrzeszenia” czyta się jednym tchem. Tekst został dodatkowo wzbogacony o naprawdę przyjemne dla oka ilustracje.

 

A zatem polecam Waszej uwadze. Jeśli lubicie lekką, wesołą, przygodową fantastykę podlaną ciekawostkami historycznymi, będziecie zadowoleni. Pilipiuk w naprawdę dobrej formie.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Fabryka Słów za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Sherlock, Lupin i Ja, cz. 1: Trio Czarnej Damy - Irene Adler



PRZYGODY MŁODEGO SHERLOCKA HOLMESA

 

Któż z nas nie zna najlepszego detektywa w historii? Sherlock Holmes cieszy się niesłabnącą popularnością już od niemal 130 lat, wciąż pojawiając się a to na ekranach kin, a to w serialach, to znów książkach, a nawet komiksach i grach. Powstała także seria powieści dla dzieci, która ukazuje losy nastoletniego Sherlocka i dwójki jego przyjaciół, którzy przeszli do legendy. Seria udana i ciekawa, potrafiąca przynieść wiele rozrywki nawet dorosłym czytelnikom.

 

Irene Adler ma dwanaście lat i wakacje roku 1870 spędza Saint-Malo. Tak się jednak składa, że jednocześnie w mieście przebywa dwóch nieco od niej starszych chłopców, których los postawi na jej drodze. Pierwszym z nich jest Sherlock Holmes. Za kilka lat zostanie sławnym na cały świat detektywem, ale w chwili obecnej jest niezwykle mądrym i dociekliwym nastolatkiem zainteresowanym piratami. Drugi to Lupin, a właściwie Arsène Lupin, ale kto by chciał być nazywany takim imieniem? Obecnie jest kolejnym zwykłym-niezwykłym nastolatkiem, chociaż w przyszłości zostanie (nie)sławnym złodziejem/dżentelmenem. Irene pasuje do nich znakomicie – buntownicza, inteligentna, mądra i wygadana. Ale czy któreś z nich mogłoby sądzić, że wpakują się razem w kryminalną aferę? Kiedy znika diamentowa kolia, morze wyrzuca na plażę zwłoki, a na dachach widywana jest dziwna postać, trójka dzieci angażuje w prywatne śledztwo, które przerasta miejscowych stróżów prawa…

 

Powieści i opowiadania o przygodach Sherlocka Holmesa nigdy nie były opowiedziane z jego perspektywy. To jego drogi przyjaciel Watson spisywał zawsze to, co spotykało detektywa, kto jednak mógłby załapać za pióro, w czasach, kiedy ci dwaj jeszcze się nie znali? Wybór padł na Irene Adler, postać, z którą łączyły Sherlocka pewne romantyczne więzy. Co ciekawe w książkach Conan Doyle’a pojawiła się ona tylko raz, w jednym opowiadaniu. Resztę dopisała tradycja, czyniąc ją jedną z najważniejszych postaci holmesowego kanonu. A teraz także i narratorką/autorką nastoletnich przygód tego bohatera.

 

Kto kryje się za jej postacią? Pomysł na połączenie losów trzech bohaterów literackich w opowieści dla młodzieży narodził się w głowie włoskiego pisarza Pierdomenico Baccalario, autora chociażby „Ulyssesa Moore’a”, a całość wykonał pisarz kryminałów dla młodych czytelników, Alessandro Gatti („Kieliszek trucizny”). Jak wyszło? Bardzo ciekawie, bo choć to utwór dla dzieci, zdecydowanie powstał z fascynacji tematem, a puszczenie oka do starszych czytelników, którzy znają przygody Sherlocka i Lupina dodaje całości smaku. Poza tym sama fabuła, wraz z zagadką i młodzieżowymi przygodami, jest naprawdę udana, a lekki styl spodoba się młodym odbiorcom.

 

Podsumowując, bardzo ciekawa publikacja. Ładnie wydana i ilustrowana, z porcją stylizacji. Warto ją polecić młodym, warto też sięgnąć samemu, jeśli młodym pozostało się już tylko duchem. Polecam.

 

I dziękuję wydawnictwu Zielona Sowa za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

wtorek, 22 listopada 2016

Everyman - Philip Roth



ELEGIA EVERYMANA

 

„Everyman” Rotha to powieść dziwna. Właściwie należałoby rzec, że nie tyle powieść, co relacja ze stypy, na której spotykają się bliscy zmarłego, wspominać jego życie. Elegia. Pełna życia historia o codzienności i godzeniu się z tym, co nieuniknione.

 

Umarł. Człowiek jakich wielu, mężczyzna mający już swoje lata odszedł z tego świata i właśnie trwa jego pogrzeb. Wokół grobu na zaniedbanym cmentarzu zbierają się jego bliscy i znajomi by pożegnać go po raz ostatni. Pożegnać, a przy okazji powiedzieć kilka słow. Powspominać. Opowiedzieć sobie nawzajem to, co o nim wiedzieli i jak wyglądało jego życie. życie proste, zwyczajne, życie jak setki innych. Życie. Po prostu życie, to które właśnie się skończyło. Młodość, pierwszy kontakt ze śmiercią, przyjaźnie, miłości, małżeństwo, problemy w związku i w życiu, starzenie się, starość… Podróż od narodzin, do śmierci. A właściwie od śmierci do śmierci. Podróż, w której towarzyszymy bohaterowi na każdym kroku.

 

„Everyman” jest powieścią tak zwyczajną, jak to tylko możliwe. Po ludzku prostą, po ludzku codzienną. Nie znajdziecie tutaj wielkich zdarzeń, przełomowych momentów czy wielkich zaskoczeń. Co więc jest? Prawda. Życiowa, czasem optymistyczna, czasem pesymistyczna, ale prawda. na końcu wszyscy umieramy, nie ma ratunku, ale liczy się coś innego – to jak żyjemy i co przez ten czas osiągniemy. Jaki wpływ wywrzemy na innych.

 

Patrząc przez pryzmat autora natomiast „Everyman” jest powieścią mocno inspirowaną losami autora. Może nawet swoistym rozliczeniem z tematyką nieuchronnej śmierci. Próbą zrozumienia i pogodzenia się z tym, co nadejdzie. W tekście głośno pobrzmiewają echa z biografii Rotha, od daty urodzenia, przez miejsce zamieszkania po podobne problemy zdrowotne.  Na tym tle bezimienność głównego bohatera staje się bardzo wymowna.

 

W skrócie: Roth jak zwykle nie zawiódł. I po raz kolejny udowodnił, że nie trzeba pisać grubych, ciężkich powieści, żeby osiągnąć znakomite efekty. Polecam gorąco.

 

I dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Powrót z gwiazd (audiobook) - Stanisław Lem (czyta: Roch Siemianowski)



POWRÓT NA ZIEMIĘ

 

Skąd Lem brał te wszystkie pomysły? Trudno nie zadać sobie tego pytania czytając czy też słuchając jego powieści. Niby to wszystko proste, niby takie oczywiste, ale czemu nikt nie zrobił tego przed nimi w taki sposób? Lem był wielkim pisarzem i upływ lat tego nie zmienił, co świetnie widać w przypadku audiobooka „Powrotu z gwiazd”.

 

Wyprawa badawcza w okolice gwiazdy Fomalhaut kończy się po dziesięciu latach i jej członkowie, w tym główny bohater Hal Bregg, na pokładzie statku „Prometuesz” wracają na Ziemię. Jednakże nieubłagane prawa fizyki sprawiły, że w tym czasie na ich rodzimej planecie minęło ponad 120 lat. Świat zmienił się nie do poznania, postęp technologiczny sprawił, że ludzkość wyeliminowała wszelkie zagrożenia, nawet te przypadkowe, pogrążając się w życiu bezpiecznym, statecznym i wydawałoby się nudnym. Utopia? Na pewno nie dla Hala i reszty, którzy próbują się odnaleźć w nowej, obcej rzeczywistości, będąc jedynymi ludźmi pamiętającymi jak wszystko wyglądało przedtem…

 

Siłą pomysłu na tę fabułę jest pozorna prostota. Historie Science Fiction zaczynają się zazwyczaj w momencie wyprawy do obcego świata, tutaj Lem odwraca ten motyw. Wyprawa już była. Teraz to Ziemia jest obcym światem, a bohaterowie są na niej zagubieni nie mniej, niż byli w kosmosie. Szybko rodzi się jednak pytanie: Co dalej? Wrócili, zastali zmiany, co jednak z tego wynika i do czego doprowadzi? Lem jak zwykle nie zawodzi, ale o tym musicie przekonać się sami.

 

Wersja audio jak zawsze w przypadku Lemoteki jest solidna, choć prosta. Roch Siemianowski ma dobry głos do tego typu utworów, radzi też sobie całkiem nieźle. Kilka wpadek mu się zdarza, ale nie są one niczym, co zakłóciłoby lekturę czy przeszkadzało w jakikolwiek sposób. „Powrotu z gwiazd” słucha się przyjemnie, z ciekawością i ochotą na więcej. Cieszy więc fakt, że do tej pory powstało tak wiele dźwiękowych adaptacji prozy Lema.

 

Lubicie dobrą fantastykę z wyższej półki? Posłuchajcie, naprawdę warto. Lem to jeden z najlepszych rodzimych autorów. Polecam.

 

I dziękuję Audiotece za udostępnienie mi audiobooka do recenzji.

Ania z Zielonego Wzgórza (audiobook CD) - Lucy Maud Montgomery (czyta: Joanna Pach-Żbikowska)



ANIA W KRAINIE PRZYGÓD

 

„Ania z Zielonego Wzgórza” to jedna z tych książek, które od lat uwielbiane są zarówno przez dzieci, jak i dorosłych, nie tracąc nic ze swej atrakcyjności i uroku, chociaż zmieniają się czasy i czytelnicy także się zmieniają. Mimo iż od jej premiery minęło już ponad sto lat, dzieło Lucy Maud Montgomery wciąż zdobywa nowych czytelników. A co ze słuchaczami? O nich także nie zapomniano przygotowując naprawdę znakomitą adaptację audio.

 

Zanim jednak opowiem o niej więcej, dla formalności – wszyscy chyba znają bowiem tę opowieść – przytoczę o czym w skrócie traktuje książka. Wiek XIX. Rodzeństwo Cuthbertów, Mateusz i Maryla, chce adoptować z sierocińca chłopca, który mógłby im pomagać w gospodarstwie. Dochodzi jednak do pomyłki i pod ich opiekę trafia dziewczynka. Ale dziewczynka bez dwóch zdań niezwykła. Rudowłosa jedenastolatka, Ania Shirley, posiada niezwykle bogatą i płodną wyobraźnię, a do tego buzia wręcz jej się nie zamyka. Maryla chce odesłać ją z powrotem, ale wkrótce zmienia zdanie. Co cieszy jej brata, który zaczyna darzyć sympatią rude dziewczę. Od teraz dla Ani zaczyna się niezwykła przygoda, która trwać będzie wiele długich lat.

 

Opowieść przedstawiona na kartach powieści to urocza komedia obyczajowa o niełatwym dziecku, które swoim charakterem oczarowuje wszystkich wokoło. Nawet jeśli czasem ich drażni. Podobnie jest z czytelnikami, a sukces, jaki odniosła jest wprost imponujący. Sama seria natomiast doczekała się jeszcze dziesięciu kolejnych książek, w których Ania albo była wiodącą postacią, albo też pojawiała się w tle.

 

I doczekała się także znakomitej adaptacji dźwiękowej, która doskonale pokazuje, że wystarczy tylko lektor z talentem by zastąpić cały zespół aktorów. Joanna Pach-Żbikowska zaczęła dość zwyczajnie. Ciekawy, infantylnie brzmiący głos pasował do tej opowieści, ale czy na dłuższą metę? Szybko okazało się, że lektorka postanowiła nie tyle odczytać tekst książki, ile po prostu nadać życia i jemu i postaciom. Każdy z bohaterów zyskał w jej interpretacji odmiennie brzmiący głos, nawet sposób mówienia i jego tempo zmienia się w zależności od postaci i ich charakteru. Brzmi to znakomicie, z miejsca wpada w ucho i naprawdę umila słuchanie.

 

I cóż pozostaje mi na koniec, jak nie słowa: polecam gorąco? Świetny to audiobook, znakomity dla tych, którzy nie czytali książki a chcieliby poznać jej treść, jak również jako dodatek dla miłośników pierwowzoru. Sięgnijcie – warto.

 

A ja dziękuję Bibliotece Akustycznej za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

poniedziałek, 21 listopada 2016

Nowe idzie



NOWI LUDZIE

 

Można powiedzieć, że moja edukacja fantastyczna – przynajmniej jeśli chodzi o polskich autorów – rozpoczęła się od lektury takich pism, jak „Magazyn Fantastyczny”, „Fantastyka: Wydanie specjalne” i (kupowanych sporadycznie dla konkretnych nazwisk) „Nowa Fantastyka” oraz „Science Fiction, Fantasy & Horror”. Dlatego też wiele nazwisk z tego zbioru kojarzy mi się w przyjemnie sentymentalny sposób – a przy okazji także i z naprawdę udanymi tekstami. „Nowe idzie” tylko potwierdziło te odczucia, bo to naprawdę udany zbiór, w którym pobrzmiewają najróżniejsze fantastyczne echa.

 

Świat się kończy. Czasem dla ogółu ludzkości, czasem tylko dla grupki ludzi, których dotyka prywatna tragedia. A czasem świat to za mało, skoro we wszechświecie tyle jest do zobaczenia i podbicia. Nowe idzie. Nowa broń, nowe zagrożenia, objawienia też nowe. Nowy świat na starym świecie i zupełna nowość gdzieś tam, gdzie wzrok nie sięga. Jedenastu młodych polskich autorów wzięło na warsztat najróżniejsze odmiany fantastyki – od klasycznej space opery, przez Science Fiction religijne i postapokaliptyczne, po horror, po drodze zahaczając zarówno o tematykę militarną, jak i wciąż aktualną społecznie – tworząc serię opowiadań, które nie przełamują wprawdzie schematów, ale bardzo dobrze je wykorzystują.

 

Nie jest to zbiór równy, ale równe naprawdę rzadko się spotyka. Jednak co istotne każde z zawartych w nim opowiadań ma swój niezaprzeczalny urok. Owszem, w „Nowe idzie” trafia się kilka perełek (o tych poniżej), ale nawet te słabsze teksty są ciekawe i warte poznania. Weźmy na przykład „Smak apokalipsy” Przechrzty. Za utworami autora osobiście zbytnio nie przepadam, ale za to tutaj pokazał naprawdę udaną historię o końcu świata. Nieoryginalną, nie odkrywczą, ale lekką, przyjemną i dobrze realizującą założenia (pod)gatunkowe. Podobnie zresztą jest z teksem Skalskiej, która zapadła mi przed laty w pamięć przy lekturze „Magazynu Fantastycznego” i nie zawiodła także tym razem.

 

Najbardziej jednak liczyłem na Wegnera. Jego „Opowieści z Meekhańskigo pogranicza” to jedno z najlepszych polskich fantasy – i zdecydowanie najlepsze rodzime hard fantasy, jakie miałem okazję czytać. I dostałem to, czego chciałem. Konkretną historię militarną, przyziemną mimo otoczki, ciekawie poprowadzoną i znakomicie napisaną. Ktoś inny jednak zaskoczył mnie jeszcze bardziej pozytywnie, a mowa tu o Jakubie Małeckim, który ostatnio święci triumfy ze swoimi tekstami, ale niemal dekadę temu, kiedy „Nowe idzie” pojawiło się na rynku nie miał wyrobionego nazwiska. Jego opowiadanie „Każdy umiera za siebie” o ludziach uwięzionych na zatopionej łodzi podwodnej, którzy w oczekiwaniu na pomoc próbują jakoś sobie radzić, z miejsca zjednało moją sympatię. Znakomity, niebanalny styl, który już wtedy miał coś w sobie, prosta, acz skuteczna fabuła i świetny klimat. Mocny akcent na koniec zbioru, po którym jeszcze bardziej zapamiętuje się książkę. Jak dla mnie najlepszy tekst „Nowego…”.

 

Patrząc na ten zbiór i te nazwiska z perspektywy lat można ocenić, co wyszło z karier poszczególnych autorów. O jednych się nie słyszy, inni mają się całkiem dobrze w swojej niszy, jeszcze inni zdobyli i sławę i uznanie. Szansa na przeczytanie ich wczesnych prac to bardzo dobra okazja by przekonać się, co z ich wizji się ziściło i jak fantastyka i oni sami zmienili się przez osiem lat. Polecam, szczególnie jeśli posiadacie inne zbiory z Powergraphu, bo układają się w naprawdę intrygującą całość.

 

I dziękuję wydawnictwu Powergraph za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Zostaw mnie - Gayle Forman



ZOSTAWIĆ SIEBIE

 

Gayle Forman uwielbia temat bohaterów z problemami zdrowotnymi i życiowymi. W najsłynniejszym dziele pisarki, sfilmowanej powieści „Zostań jeśli kochasz”, główna bohaterka tkwiła na granicy życia i śmierci, duchem oderwana od ciała, a w „Zawsze stanę przy tobie” nastolatka zamknięta przez macochę w ośrodku wychowawczym starał się odnaleźć w nowym życiu. Tematu tego nie mogło zabraknąć także w nowym utworze autorki, przeznaczonej dla dorosłych czytelników książce o rekonwalescencji i próbach zmienienia własnego życia.

 

Maribeth Klein dostaje zawału. Tego dnia siedzi w pracy, zajmując się przygotowaniem nowego numeru magazynu o gwiazdach „Frap”. Pieczenie, ból… Uznaje to za zgagę, w końcu ma tylko 44 lata, niestety prawda nie jest tak niegroźna. Maribeth trafia do szpitala, zmuszona zostawić za sobą stresującą pracę, którą miała być spełnieniem jej marzeń. A co z obowiązkami domowymi? Przecież to ona dotychczas zajmowała się wszystkim, włącznie z dziećmi pomimo własnych problemów służbowych. Jak się jednak wkrótce przekonuje, mąż nie zamierza zająć jej miejsca na czas rekonwalescencji. Jego brak zrozumienia dla niej zaczyna rodzić bunt. W Maribetth powoli dojrzewa niepokojąca myśl by uciec od codzienności. Uciec od samej siebie, której styl życia doprowadził do zawału i zadbać o swoje zdrowie i los. Odpocząć. Zrelaksować się. Zmienić coś. Zrewidować własny świat. Pakuje się więc i wyjeżdża do innego miasta, zostawiając wszystko za sobą. Znajduje nowych przyjaciół, a wkrótce zaczyna odkrywać rzeczy o samej sobie, o których wcześniej nie miała pojęcia…

 

Podróż przez świat, która staje się przede wszystkim podróżą ku dojrzałości to znany motyw w powieści młodzieżowej. Można więc śmiało powiedzieć, że w Gayle Forman wcale tak bardzo nie odcięła się od swojej wcześniejszej twórczości. Czy to źle? Jeśli powieść jest udana wcale nie, a trzeba przyznać, że „Zostaw mnie” wyszło autorce całkiem przyjemnie. Lekko napisana, z emocjami porusza tematy trudne i ważne. Tematy kobiece, ale podane w sposób, który nie ogranicza grupy odbiorców tylko i wyłącznie do płci pięknej.

 

Poza tym miłośnicy prozy Forman w „Zostaw mnie” znajdą wszystko to, co podobało im się w jej młodzieżowych książkach. Trudne kwestie, wątpliwości moralne, szukanie siebie i zmiana życia – stały repertuar autorki przeniesiony został  w nieco odświeżone ramy. Z bardzo dobrym zresztą skutkiem. Jeśli więc autorka przypadła Wam do gustu, albo po prostu lubicie przyjemne współczesne powieści obyczajowe przeznaczone dla kobiet, nie rozczarujecie się. Polecam.

 

I dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Zamek z piasku który runął - Denise Mina, Andrea Mutti i Antonio Fuso



DZIEWCZYNA, KTÓRA KOPNĘŁA GNIAZDO SZERSZENI

 

Tak w wolnym tłumaczeniu brzmi amerykański tytuł finalnego tomu trylogii Stiega Larssona i taki też w oryginalnej edycji nosi jego komiksowa adaptacja. Jak widać w Stanach najciekawsza postać serii zdominowała wszystko inne. Ale nie ma się co dziwić, Lisbeth Salander od początku kradnie całe show, a wraz z rozwojem fabuły jest jej coraz więcej na stronach. Aż szkoda, że to już koniec, bo komiksowa adaptacja losów jej i Mikaela Blomkvista po raz kolejny udowodniła, że jest solidnym, udanym czytadłem dla każdego miłośnika pierwowzoru i mocnych wrażeń.

 

Piekło prawie się rozpętało. Są tacy, którzy chcą stłumić tę iskrę by nie wywołała pożaru mogącego pochłonąć wielu ludzi, ale Mikael Blomkvist zamierza im w tym przeszkodzić. Chce obronić Lisbeth Salander i wyjawić prawdę o jej przeszłości i machlojkach tych, którzy od lat pozostawali bezkarni. Gdy dziewczyna leży w szpitalu po postrzale w głowę, na jednym oddziale ze swoim niedoszłym oprawcą (i zarazem swoją niedoszłą ofiarę w jednej osobie), dziennikarz stara się zrobić wszystko, by pomóc przyjaciółce, nawet wbrew jej woli. Do procesu angażuje swoją siostrę, prawniczkę, a policji nie zamierza ułatwiać pracy. Czy jego krucjata coś zmieni? A może sprowadzi na nich wszystkich jeszcze większe niebezpieczeństwo? Lisbeth kopnęła w końcu gniazdo szerszeni, a on zamierza jeszcze bardziej drażnić owady…

 

W przypadku filmów następne części serii dzieli się na dwa rodzaje – kontynuacje i kolejne rozdziały sagi. Czym różnią się od siebie? Kontynuacja to po prostu jeszcze jeden zamknięty film, kolejny rozdział natomiast rodzi się wtedy, gdy część wcześniejsza zakończyła się w otwarty sposób, a teraz niezamknięte wątki otrzymują swoje rozwinięcie (a czasem nawet zakończenie). Za przykład można podać takie tytuły, jak „Matrix: Rewolucje” czy „Piraci z Karaibów: Na krańcu świata”. I tego typu dziełem jest także „Zamek z piasku, który runął”. Razem z „Dziewczyną, która igrała z ogniem” tworzy tak naprawdę jedną zamkniętą opowieść, z pierwszą częścią serii łączącą się na zasadzie kilku wątków i postaci. wszystko tu znajduje swoje rozwinięcie, wszystko też zostaje zakończone. Nie ostatecznie, jak wiemy – powstała w końcu czwarta powieść, napisana już jednak przez kontynuatora spuścizny zmarłego Larssona.

 


Scenariusz „Zamku…” jak zwykle nie zawodzi. O ile książka, choć świetnie napisana, czasem nużyła nadmierną ilością polityki w treści, o tyle komiks na jej podstawie skupił się na najistotniejszych rzeczach, godnie podsumowując serię. Mamy więc tajne służby, mordercę, sensacyjne wątki, szybką akcję, ale mamy również nieco thrillera prawiecznego, odrobinę politykowania (nie obyłoby się bez tego) i dziennikarskie śledztwo połączone z problemami osobistymi. A wszystko to zmiksowane w smakowitą, bardzo udaną i mroczną całość, którą czyta się z prawdziwą przyjemnością.

 

Graficznie też jest znakomicie. Z ekipy rysowników odszedł Manco, ale pozostał niezawodny Mutti, który rysuje realistycznie, nie szczędząc szczegółów i czerni. Większą rolę odegrał też Fuso. Jego rysunki są prostsze, bardziej kanciaste, ale pasują do całości. Czy burzą spójność? Pewnie znajdą się tacy, którzy tak uznają, ale komiks ogląda się znakomicie. Dlatego też ze swojej strony polecam go bardzo gorąco – tak jak zresztą całą udaną serię komiksową „Millennium”.

 

I dziękuję wydawnictwu Czarna Owca za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Fistaszki zebrane 1979 - 1980 - Charles M. Schulz



GENIUSZ CODZIENNOŚCI

 

Wydawnictwo Nasza Księgarnia podjęło się niezwykle ambitnego zadania publikacji serii kompletnych zbiorczych wydań legendarnych „Fistaszków” i sukcesywnie, od ośmiu już lat, realizuje ten cel. Najnowszy z imponujących tomów serii, piętnasty, zabiera nas do przełomu lat 70 i 80 ubiegłego wieku, oferując blisko 350 stron lektury, która nie zestarzała się przez ten czas ani odrobinę, zachwycając równie mocno, jak niemal trzy dekady temu.

 

O czym są „Fistaszki” chyba nie trzeba nikomu mówić. Sympatyczna ferajna reprezentowana przez dwójkę najbardziej rozpoznawalnych bohaterów, Charliego Browna i jego psa Snoopy’ego, jest z nami od 1950 roku, ukazując się w najważniejszych gazetach świata w formie codziennych pasków (w tym także w Polsce). Ale dla formalności warto wspomnieć, że komiks opowiada losy grupki dziecięcych bohaterów, w skład których – obok wspomnianej już dwójki – wchodzą m.in. Lucy i Linus van Pelt, Peppermint Patty, Sally Brown, Schroeder czy Woodstock. W krótkich opowiastkach, czasem łączących się w większą całość (wciąż jednak pozostających samodzielnymi tworami) przeżywają przygody, snują swoje opowieści i komentarze otaczającego ich świata. W zabawnych, satyrycznych dialogach i monologach ujawnia się filozoficzna natura i niezwykła głębia, dotykająca tematów wspólnych dla każdego z nas. W tym tomie Charlie choruje, Patty pozywa szkołę, a na łamach serii zaczyna się romans…

 


Każdy z albumów „Fistaszków” to absolutne arcydzieło komiksu, którego nie znać po prostu nie wypada. Chociaż opus magnum Charlesa Schulza powstało w Ameryce i z założenia odnosiło się do tamtejszego stylu życia i problematyki, poruszane kwestie okazały się uniwersalne, a komiks został znakomicie przyjęty na całym świecie. Przygody Charliego Browna zostały ostatecznie przełożone na ponad dwadzieścia języków, trafiając na rynki 75 krajów i zdobywając 355 milionów czytelników. O takim sukcesie marzą twórcy, ale lwia ich część właśnie tylko może pomarzyć. W przypadku Schulza nie ma się jednak czemu dziwić – wielkość jego komiksu jest niezaprzeczalna. To musiało się przyjąć. I przyjęło.

 


Poza tym jego komiczna strona skutecznie potrafi poprawić humor. Tak samo, jak niezawodna logika bohaterów, ich wnioski, pointy oraz wydarzenia, w które się angażują. I, oczywiście, rewelacyjna, prosta, ale skuteczna grafika, która ewoluowała przez lata by osiągnąć ten niezapomniany efekt. Przez dokładnie pół wieku publikacji (ostatni odcinek został wydany dzień po śmierci autora) powstało niemal 18000 pasków z Fistaszkami. I jeszcze więcej komiksów inspirowanych dziełem Schulza – wystarczy wspomnieć np. „Garfielda” czy „Calvina i Hobbesa”. Przedstawiają więc kawał historii; komiksowej, popkulturowej i Ameryki w ogóle. Warto więc je poznać. Co tam warto, trzeba. Koniecznie! Polecam, zachęcam, namawiam. Szczególnie, że polskie wydanie jest naprawdę znakomite.

 

A na koniec składam podziękowania wydawnictwu Nasza Księgarnia za udostępnienie m egzemplarza do recenzji.

sobota, 19 listopada 2016

Wszystko co można zrobić z papieru - Aniela Cholewińska – Szkolik



PAPIEROWY ŚWIAT

 

Co można zrobić z papieru? Chyba pierwsze co przychodzi nam do głowy to origami, ale nie zapominajmy o tym, co nasze. Bardziej tradycyjne. O prostych, acz uroczych dekoracjach, których uczymy się niekiedy w szkole, a które nadają się znakomicie na różne okazje. Również, a może w szczególność, na nadchodzące Święta. Bo czyż prezent zapakowany osobiście we własne pudełko nie sprawi o wiele większego wrażenia? A jak najlepiej zrobić tego typu rzeczy podpowie ta urocza publikacja.

 

Co konkretnie ma ona do zaoferowania? Serię porad jak krok po kroku wykonać wiele prostych, acz znakomitych ozdób z papieru. Ramki na zdjęcia odpowiednie dla konkretnej pory roku, domek, akwarium, kubek, koszyczek… Oddzielnie przedstawione zostały pomysły na stworzenie kartek na różne okazje (a tych nie brakuje, zaczynając od samochodów, na sowach kończąc), domowego teatrzyku a wreszcie te, które odnoszą się bezpośrednio do Świąt Bożego Narodzenia.

 

Brzmi ciekawie i ciekawie też jest. Oczywiście docelowa grupa wiekowa to młodsze dzieci, porady jak i wyzwania są więc proste i bardzo kolorowo przedstawione. Nie wątpię jednak, że i starsi czytelnicy, którzy mają w sobie coś z dziecka – i nadal lubią samodzielnie wykonać jakieś drobiazgi – znajdą tutaj coś dla siebie. Może nie w takiej formie, w jakiej prezentuje to sama publikacja, ale na pewno jako inspirację do czegoś podobnego. Czegoś, co pozwoli wykazać się własną inwencją twórczą, wyobraźnią i talentem.

 

Wracając jednak do dzieci, to znajdą one tu wiele ciekawych, szczegółowo rozpisanych i przedstawionych na zdjęciach porad, które pozwolą osiągnąć bardzo ciekawy efekt końcowy. Propozycje zebrane na stronach świetnie sprawdzą się w rodzinnym gronie, jako forma aktywnej i pożytecznej zabawy, ale również jako prace przydatne chociażby w szkole. Dzień babci, dzień dziadka, mamy, taty, urodziny, imieniny, Boże Narodzenie – okazji by podarować komuś ręcznie wykonany drobiazg jest wiele. Czemu ich nie wykorzystać? I czemu nie zrobić ozdób z papieru, skoro wyglądają naprawdę ładnie?

 

I ładnie również została wydana ta książka, w dużym formacie, na dobrym papieże, kolorowa i wyraźna, zamknięta została w twardej oprawie. Zachęca do wzięcia w ręce i zapoznania się z nią. Dlatego jeśli sami lub w swoim otoczeniu posiadacie dzieci, sięgnijcie po nią, bo jest tego warta.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Zielona Sowa za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.