środa, 28 grudnia 2016

Amazing Spider-Man Vol 4 #18: Before Dead No More - Part Three: Full Otto - Dan Slott, R.B. Silva



PRZED „JUŻ NIE MARTWI” CZ III: OTTO W PEŁNI

 

„Before ‘Dead No More’” wreszcie znów nieco podnosi poziom. Wprawdzie nie oznacza to, że historia jest naprawdę udana – zbyt wiele tutaj naciąganych teorii i powtórek – ale czyta się bez bólu, a kilka rzeczy potrafi zaciekawić i optymistycznie nastroić na przyszłość. Przy okazji w końcu dostajemy odpowiedź na ciągnące się od początku tego volume’u pytanie – skąd Otto wziął się w ciele Living Braina.

 

Jakiś czas temu, za czasów „Spider-Verse” Spider-Man z teraźniejszości stoczył swoją ostatnią walkę z Superior Spider-Manem, który z przeszłości (afery z Tiberiusem znanej z wydawanej właśnie w Polsce serii) trafił tu w wyniku zawirowań czasowych. Wprawdzie kiedy Otto powrócił do przeszłości, miał już wymazaną pamięć, ale coś jednak w nim pozostało. I to coś kazało mu sposobić się na wypadek powrotu Parkera.

Obecnie Octavius powoli przymierza się do wielkiego powrotu, a tymczasem Anna Maria wciąż przeżywa swój dawny z nim związek. Living Brain zbliża się do niej, ale czy to oznacza, że Otto ujawni swoją obecność?

 

Sprawa z tym zeszytem jest o tyle dziwna, że jest to typowy zapychacz miejsca. Odpowiada wprawdzie na pytanie o Otto, ale wystarczyłyby trzy strony na tę kwestię. Cała jest absolutnie zbędna. A jednak czyta się to lepiej, od głównych wydarzeń. Dlaczego? Mniej jest nowego, drażniącego Petera, darowano sobie też nudnego Prowlera, nieudolnej kopii wszystkich innych wersji Spidera, jakie mieliśmy do tej pory okazję widzieć, a więcej kwestii obyczajowych. Wątek New U nie zostaje rozwinięty, tak samo jak sprawa klonów i to wyszło opowieści na dobre. Niestety fani spragnieni kontynuacji tych elementów mogą się poczuć niezadowoleni.

 


Za to trudno mieć zastrzeżenia do grafiki. R.B. Silva („Superboy”, „Red Hood and the Outlaws”, „Spider-Man and the X-Men”) rysuje bardzo dobrze. Nie wybija się szczególnie ponad innych artystów, ale też i nie rozczarowuje. Realistyczny, pasujący stylem do treści, o wiele lepszy niż np. Camuncoli.

 

Całość natomiast sprawia całkiem przyjemne wrażenie. Naciągane, to prawda, bez większego pomysłu na fabułę, ale i tak lepsze, niż to się zdarza ostatnio. Oby jednak także samo „Dead No More” zawyżyło poziom, bo tak słabego eventu nie było od czasów, nomen omen, Clone Sagi, którą Slott teraz odświeża.

Sherlock Lupin i ja #2: Ostatni akt w operze - Irene Adler (Pierdomenico Baccalario i Alessandro Gatti)



NASTOLETNI DETEKTYWI POWRACAJĄ!

 

Przyznam, że choć od dziecka uwielbiam postać Sherlocka Holmesa, do serii z jego młodzieńczymi przygodami podchodziłem z pewną obawą. Czy naprawdę trzeba było robić taką opowieść, skoro całe mnóstwo oryginalnych opowiadań nadaje się jak najbardziej dla młodszych odbiorców? Tego akurat nie wiem, ale jedno mogę powiedzieć z całą pewnością: po „Sherlock, Lupin i ja” naprawdę warto jest sięgnąć! Dlaczego? Bo to po prostu znakomita seria, bawiąca się elementami legendarnych pierwowzorów, która kupiła moja serce.

 

Po przygodzie na wakacjach, Sherlock, Lupin i Irene rozstali się, ale obiecali sobie, że kiedy tylko będą mieli taką możliwość, spotkają się znowu. Niestety sytuacja we Francji jest niebezpieczna, Paryż oblegają wojska pruskie, a kraj jest już można rzec pokonany. Wkrótce pojawia się jednak okazja do spotkania – wszyscy troje mają zobaczyć się w Londynie. Niestety Lupin nie zjawia się w wyznaczonym miejscu. Oto bowiem jego ojciec został oskarżony o kradzież i zabójstwo i trafił właśnie do aresztu. Kto podejmie się próby oczyszczenia go z zarzutów i rozwiązania całej zagadki, nie trudno się domyślić. Przyjaciele łączą siły i zaczynają działać, sprawa jednak jest o wiele bardziej złożona, niż którekolwiek z nich mogłoby się spodziewać…

 

Powieści o przygodach młodego Sherlocka, Lupina i Irene stworzone przez działający pod pseudonimem Irene Adler duet Pierdomenico Baccalario i Alessandro Gatti można czytać na dwa sposoby. Pierwszy tyczy się czytelników nieznających powieściowych klasyków, z których zaczerpnięto główne postacie, drugi wszystkich tych, którzy kochają pierwowzory lub też są po prostu z nimi dobrze zaznajomieni. W obu przypadkach zabawa jest udana, nie mniej to właśnie zorientowani w temacie znajdą w tej serii najwięcej przyjemności. Dla nowych odbiorców będzie to bowiem jedynie udany młodzieżowy kryminał, lekki, przyjemny i potrafiący zaskoczyć zwrotami akcji, dla fanów urzekająca gra na polu czytelnik-autorzy, pełna odniesień, ciągłego puszczania oka i zabawy charakterystycznymi elementami. Sherlock, Lupin i Irene nie są tutaj jeszcze tymi osobami, które tak dobrze znamy z ich przyszłych losów. To niewprawni, ale mądrzy i inteligentni nastolatkowie z talentem do pakowania się w kłopoty. Widać w nich przyszłe cechy, nie mniej mamy również okazję zobaczyć rzeczy dotychczas nieznane. I to naprawdę dobrze do nich pasuje.

 

Swoje robi także tło historyczne. Przywoływanie prawdziwych wydarzeń dla jednych będzie dodatkową kotwicą zaczepioną o rzeczywiste dno, dla innych inspiracją by sprawdzić o co właściwie chodziło. A to kolejny ze smaczków, jakich pełen jest „Ostatni akt w operze”.

 

Co więcej powieść została napisana w sposób lekki, przystępny dla nastoletnich czytelników (nie mam więc brutalności czy innych niewłaściwych treści), ale nie infantylny. Dobrze będą się więc bawić także starsi odbiorcy, a to coś, co trzeba docenić. Do tego seria sama w sobie stanowi bardzo ciekawe uzupełnienie klasyki. Warto więc ją poznać, bo ewidentnie posiada swój urok. Dlatego też polecam gorąco i jestem ciekaw jak to wszystko się rozwinie i zakończy.

 

A także składam podziękowania wydawnictwu Zielona Sowa za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

czwartek, 22 grudnia 2016

Człowiek o 24 twarzach - Daniel Keyes



24 TWARZE Z ŻYCIA CZŁOWIEKA

 

Mówi się, że każdy z nas ma wiele twarzy. Czasem jednak nie zdajmy sobie sprawy, jak dosłowne może być to określenie. Zapewne wszyscy słyszeli o przypadkach rozdwojenia jaźni, ale niewielu zdaje sobie sprawę, że istniały przypadki o wiele bardziej skomplikowane. O jednym z nich, przerażającym przypadku Billy’ego Milligana, opowiada właśnie ta książka. Fabularyzowany reportaż, który czyta się jak naprawdę znakomity thriller.

 

Ile jaźni może dzielić jeden człowiek? I jakie mogą być tego konsekwencje?

Lata 70. XX wieku. Kiedy kilka studentek uniwersytetu w Ohio pada ofiarą gwałtu, do akcji wkracza policja. Sprawcę na szczęście szybko udaje się znaleźć i zatrzymać, ale coś jest nie tak. Młody Billy Milligan zachowuje się jakby nie miał najmniejszego pojęcia o co chodzi, a wkrótce po zamknięciu w areszcie próbuje się zabić. Wna miejsce wezwana zostaje psycholog, która przeżywa wielkie zaskoczenie – okazuje się, że w głowie gwałciciela żyje wiele odmiennych jaźni. I to jakich! Dziecko, młody mężczyzna ze skłonnościami samobójczymi, kolejny pełen nienawiści i brutalności, a wreszcie szukająca uczucia lesbijka. Jedno z alter ego popełniło zbrodnie, o które oskarżany jest Billy, ale czy na pewno można odkryć które? I pozostaje jeszcze jedna kwestia – czy Milligan naprawdę posiada aż 24 jaźnie czy też może jest genialnym oszustem  starającym się za wszelką cenę uniknąć odpowiedzialności za swoje czyny?

 

Jak wspomniałem na wstępie, ten reportaż czyta się, jak znakomity thriller. Nie ważne, że sprawca zostaje schwytany na początku, a jego tożsamość znamy jeszcze zanim przystąpimy do lektury. W końcu zagadka nie zasadza się na tym kto (przynajmniej w fizycznym sensie) jest odpowiedzialny za zbrodnie, a która z jego osobowości i czy w ogóle jakieś są. To oczywiście rodzi kolejne pytania i wątpliwe moralnie kwestie – jeśli rzeczywiście Billy posiada 24 jaźnie, czy można skazać jego samego za gwałty? Co na to prawo, a co logika i sumienie?

 

„Człowiek o 24 twarzach” stara się odpowiedzieć na wszystkie stawiane pytania, ale zostawia także miejsce na własną opinię, zmuszając do myślenia. I nie robi tego wszystkiego w sposób typowo reportażowy. Daniel Keyes, znany przede wszystkim ze swoich utworów Science Fiction (choćby słynne i uznane „Kwiaty dla Algernona”), stworzył rasową powieść. Opartą na faktach, ale jednak powieść – choć lepiej tutaj brzmi określenie fabularyzowany reportaż.  Posługuje się więc narzędziami charakterystycznymi dla prozy, umiejętnie buduje napięcie i zagadkę, i naprawdę angażuje czytelnika, operując przy tym naprawdę znakomitym stylem.

 

Dlatego polecam gorąco. Warto po „Człowieka…” sięgnąć. Miłośnicy thrillerów, jak również ci, którzy uwielbiają literaturę faktu będą bardziej, niż zadowoleni.

 

I dziękuję wydawnictwu Wielka Litera za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

 

Starcie królów (audiobook) - George R.R. Martin (czyta: Krzysztof Banaszyk)



GDZIE DWÓCH SIĘ BIJE…

 

Saga „Pieśń lodu i ognia” to chyba największy sukces literatury fantasy od czasów dzieło J.R.R. Tolkiena (pomijam oczywiście „Harry’ego Pottera”, bo to jednak zupełnie inny rodzaj powieści, choć reprezentujących ten gatunek). Bestsellerowa, wciąż nie zakończona seria powieści, bijący rekordy popularności serial telewizyjny, którego treść już zaszła o wiele dalej, niż książkowy pierwowzór oraz wiele najróżniejszych dodatków. Nie mogło więc zabraknąć także wersji audio. Po znakomitym pierwszym tomie, który został stworzony w formie pełnoprawnego słuchowiska, dalsze części doczekały się adaptacji w interpretacji jednego tylko lektora. A jednak wciąż warto jest je poznać i wciągnąć się w pełen intryg i walk o władzę fantastyczny świat.

 

Śmierć króla doprowadza do niebezpiecznej sytuacji. Rozpoczyna się walka o tron, do którego roszczą sobie prawa różni członkowie rodu. Spiski, bratobójcze walki i próby zdobycia bądź utrzymania władzy stają się głównym motorem napędowym całej akcji. Jednak nie można zapomnieć o jednym – zbliża się w końcu zima, a w świecie Westeros oznacza ona prawdziwie wielkie niebezpieczeństwo…

 

Trudno jest jednoznacznie opisywać fabułę poszczególnych tomów „Gry o tron”, bowiem historia z jednej strony skupia się na spiskach i walkach, z drugiej pokazuje relacje między bohaterami, a tych bynajmniej nie brakuje. Z tego powodu liczba wątków w miarę rozwoju akcji narasta, ale na szczęście Martin nad wszystkim panuje. I oferuje przy tym czytelnikom naprawdę fascynującą opowieść fantasy, nie stroniącą od magii i niezwykłego, bogatego bestiariusza plus specyficznej mechaniki świata, ale bardzo realną i przyziemną.

 

Wersja audio także nie zawodzi. Po przepięknym słuchowisku, jakiego doczekał się pierwszy tom, zastanawiałem się, jak całość wpadnie w ucho tym razem, kiedy za opowieść odpowiada jeden lektor. Na szczęście Krzysztof Banaszyk z tekstem radzi sobie znakomicie i słucha się go z przyjemnością. A co ważne, nie odczuwa się braku efektów dźwiękowych. Historia broni się sama bez ozdobników.

 

Podsumowując, miłośnicy pierwowzoru, dobrych powieści fantasy i naprawdę solidnych audiobooków, będą bawili się znakomicie. Dlatego polecam „Starcie królów” Waszej uwadze. Naprawdę konkretna propozycja, na wiele długich godzin słuchania.

 

I dziękuję Audiotece za udostępnienie mi audiobooka do recenzji.

środa, 21 grudnia 2016

Bestia - Piotr Rozmus



PIĘKNA BESTIA?

 

Piotr Rozmus zadebiutował zaledwie przed dwoma laty, a już zdobył sobie niemałe grono miłośników jego twórczości i uznanie ze strony czytelników. Głównie za sprawą znakomitego „Kompleksu Boga”, ale nie tylko. Zarówno debiutancka „Bestia” jak również jej wydana właśnie kontynuacja, „Przebudzenie”, zostały bardzo ciepło przyjęte. Teraz ci, którzy nie mieli jeszcze okazji czytać pierwszej powieści autora, dostają szansę w postaci jej wznowienia. Czy warto? Absolutnie tak, jeśli lubicie mroczne thrillery.

 

Dla Roberta to miał być koniec. Spokój. Wcześniejsza emerytura, przeprowadzka, nowy dom, bliskość rodziny… Niestety Szczecinek, choć nic na to nie wskazywało, staje się tłem dla makabrycznych zdarzeń. Brutalne morderstwo kobiety, połączone z gwałtem i okaleczeniem, rozpoczyna serię zbrodni, której wkrótce pada kolejna dziewczyna. Znika także dwójka dzieci, a na domiar złego znaleziony zostaje odarty ze skóry mężczyzna. Jak się można łatwo domyślić, w śledztwo angażuje się Robert, jednakże to tylko część tego, z czym przyjdzie mu się mierzyć. Oto bowiem z więzienia wychodzi Łezka, gangster, którego przed laty bali się nawet policjanci, wychodzi na wolność i szuka zemsty. W więzieniu znalazł się za sprawą usilnych starań Roberta, dlatego cała sprawa komplikuje się jeszcze bardziej. Czy jest zatem szansa na jej rozwiązanie? Szczególnie, że śledztwo prowadzi w przeszłość aż do czasów wojny…

 

Udała się Rozmusowi ta książka. Czuć w niej wprawdzie rękę debiutanta, ale debiutanta, który ma i talent i pomysł na swoje dzieło. Historia emerytowanego policjanta wracającego do służby żeby zmierzyć się z trudnymi i niebezpiecznymi sprawami nie jest żadnym novum, ale wciąż sprawdza się doskonale, o ile został dobrze wykorzystany. A Piotr Rozmus bardzo dobrze sobie z nim poradził jest mrok, jest brutalność, jest tajemnica, są zwroty akcji i klimat balansujący na granicy horroru i sensacji.

 

Poza tym autor pisze w dobry, poprawny sposób. Nie nuży, nie przedłuża, umiejętnie dawkuje mocne zdarzenia i informacje o postaciach. Jego „Kompleks Boga” pod pewnymi względami przypominał „Piłę”, „Przebudzenie” kojarzyło się z filmowymi slasherami pokroju „Halloween”, „Bestia” natomiast to klasyczny thrillerowy misz masz; smakowity dla miłośników gatunku.

 

I to właśnie im go polecam. I od razu zachęcam do poznania „Przebudzenia”, bo razem obie opowieści składają się w coś naprawdę ciekawego. A Rozmus wyrasta na autora, któremu warto jest się przyjrzeć.

 

Ja natomiast dziękuję wydawnictwu Videograf za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Fight Club 2 - wydanie zbiorcze - Chuck Palahniuk, Cameron Stewart



NIEKTÓRZY WYIMAGINOWANI PRZYJACIELE NIGDY NIE ODCHODZĄ



Od kiedy tylko usłyszałem, że Chuck Palahniuk zamierza napisać kontynuację „Fight Clubu”, nie mogłem się doczekać premiery. Ciąg dalszy powieści, która zmieniła moje życie, która stała się dla mnie najważniejszą książką, było jak spełnienie marzeń. To, że „FC 2” miało być komiksem nie budziło moich najmniejszych zastrzeżeń, jako że graficznymi opowieściami fascynowałem się od dzieciństwa. Miałem tylko jedną obawę – czy ktoś porwie się na wydanie tego po polsku. Tak na szczęście się stało, a zadania tego podjęło się wydawnictwo Niebieska Studnia, odpowiedzialne za publikację powieści Palahniuka. I w ten sposób najpierw na rynku pojawiły się zeszytowe wydania poszczególnych części, a teraz do rąk czytelników trafia piękne wydanie zbiorcze wszystkich numerów (łącznie z zerowym). Piękne, ale też i zachwycające pod względem treści oraz wykonania.



Minęło dziesięć lat i narrator, każący się teraz nazywać imieniem „Sebastian” wiedzie zwyczajne życie, od jakiego niegdyś tak rozpaczliwie uciekał. Praca, rodzina… z nudą egzystencji i własnymi demonami walczy za sprawą kolejnych porcji leków. Niezbyt dobrze układa mu się w małżeństwie z Marlą, ich syn także przejawia niezdrowe skłonności, ale to jednak dopiero początek. Tyler bowiem wcale nie zniknął, przez dekadę ukrywał się, wyzwalany przez Marlę, a kiedy tylko się pojawiał, realizował swoje plany. Teraz, kiedy syn „Sebastiana” zostaje porwany, bohater musi zmierzyć się z własnym alter ego, żeby odzyskać dziecko. Jednocześnie Marla stara się zaangażować w całą sprawę na swój własny sposób. Kiedy drogi wszystkich w końcu się przetną, objawiony zostanie wielki plan Tylera i to, jaki udział w całej opowieści ma jej autor, Chuck Palahniuk…
 

Komiksowa kontynuacja „Fight Clubu” to dzieło wprost rewelacyjne. Może nie tak wybitne, jak powieść, ale arcydzieła z definicji nic nie może przebić, a tym właśnie był „Podziemny krąg” – arcydziełem. Manifestem całego pozbawionego męskich wzorców pokolenia. Wrzaskiem buntu każdego młodego mężczyzny, który w końcu zaczął dorosłe życie. I pieśnią wolności dla społeczeństwa związanego konwenansami, nudną, niewolniczą mimo dobrego opłacania pracą oraz emocjonalną pustką. Oczekiwania wobec kontynuacji były więc olbrzymie – obaw też nie zabrakło. Ale Palahniuk nie zawiódł, chociaż zakończenie nie wszystkich przekona.



Fabuła drugiego „Fight Clubu” jest jak najbardziej na plus. Autor rozwija sam pomysł podziemnych klubów, w których sfrustrowani mężczyźni mogą dać upust swojej pierwotności i wściekłości, przenosząc je na nowe grunty, pokazuje przy okazji konsekwencje uzależnienia od tego typu zabaw i to, jak rodzi się globalny terroryzm. Przede wszystkim jednak skupia się na campbellowskiej teorii „drugiego ojca”, analizując ją na swój specyficzny, kontrowersyjny, ale jakże trafny sposób oraz postmodernistycznej zabawie z czytelnikiem. Jak Stephen King w „Mrocznej Wieży”, tak i Palahniuk zostaje bohaterem własnego dzieła, przy okazji obierając też rolę ojca, przeciw któremu mogą się buntować postacie.
 

Treść więc podtrzymuje trend oryginału, chociaż im bliżej finału, tym bardziej odrywa się od ziemi. Palahniuk porzuca realność na rzecz symboliki, a sztuka wkracza do życia, chociaż może bardziej to życie wkracza w ramy sztuki? Garfika natomiast doskonale uzupełnia treść. Prostota i realizm Stewarta to największa siła jego kreski, świetnie uzupełnionej o nieskomplikowany, w punkt trafiony kolor. Do tego dochodzą oddzielające poszczególne rozdziały okładki zeszytowego wydania pięknie namalowane przez Davida Macka. W skrócie uczta dla oka.



Na koniec słówko o polskim zbiorczym wydaniu, bo to zasłużyło na oddzielny akapit. Oprócz dziesięciu zeszytów serii (z poprawionym tłumaczeniem) zamieszczono w nim również przedruk zerowego, który był w naszym kraju (jak i w Stanach) dostępny za darmo, krótki wstęp, jedną nową ilustrację i biogramy autorów. Całość została wydana na papierze kredowy, w twardej oprawie i w niesamowicie atrakcyjnej cenie – okładkowe 69.90zł za ponad 270 stron to naprawdę niewiele. Szczególnie, że zawartość jest aż tak dobra.
 

Podsumowując: warto. Fani Palahniuka po komiksowy „Fight Club 2” powinni sięgnąć koniecznie, a co z pozostałymi? Miłośnicy dobrych komiksów na pewno się nie zawiodą (przyda się im jednak znajomość powieści), o ile oczywiście nie boją się kontrowersji. A co jeśli ktoś widział tylko film? Chociaż książka kończy się inaczej, a Palahniuk nie mógł wykorzystać w komiksie zmian, jakie wprowadziła kinowa adaptacja, udało mu się za pomocą zeszytu zerowego zbudować pomost łączący obie wersje. Nie wahajcie się więc i sięgnijcie – naprawdę warto.



A ja dziękuję wydawnictwu Niebieska Studnia za udostępnienie mu egzemplarza do recenzji.

wtorek, 20 grudnia 2016

Najpiękniejsze Baśnie Braci Grimm. Opowieści ze złotą wstążką - Jacob Grimm, Wilhelm Grimm (opracowała: Stefania Leonardi Hartley)



BAŚNIE W WERSJI DLA NAJMŁODSZYCH

 

Nazwisko braci Grimm po angielsku nie przypadkiem kojarzy się z „grim” czyli „ponurym”. Bo takie też były ich pierwsze baśnie, a właściwie to opowiadania grozy pisane ku przestrodze i niekoniecznie przeznaczone dla najmłodszych. Przez lata jednak utrwalił się wizerunek dziecięcych historyjek z morałem i niniejsze opracowanie skupia się właśnie na tej ich stronie. I to w bardzo kolorowym, bogato ilustrowanym tomie.

 

„Jaś i Małgosia”, „Żabi król”, „Flecista z Hameln”, „Muzykanci z Bremy”, „Pani Zima”, „Roszpunka”, „Złotowłosa i trzy niedźwiedzie” i wiele, wiele innych opowieści. Przepisywane niezliczoną ilość razy, adaptowane zarówno na potrzeby kina, jak również i komiksu, zyskiwały najróżniejsze formy. W „Najpiękniejszych Baśniach Braci Grimm” otrzymujemy wybór najważniejszych z nich, w zupełnie nowym opracowaniu. Zagubione w lesie dzieci, flecista władający gryzoniami za pomocą muzyki czy historia dziewczyny, która zawędrowała do domku niedźwiedzi ożywają po raz kolejny dla następnych pokoleń czytelników.

 

Trzeba jednak pamiętać, że docelowa grupa wiekowa odbiorców niniejszej pozycji to 4-5 lat, a co za tym idzie warstwa tekstowa jest maksymalnie uproszczona, a ilustracje dominują. Zaprezentowane tutaj opowieści nie przypadną więc raczej do gustu starszym czytelnikom, ale dzieci na pewno będą zadowolone. Szczególnie, że całość została bardzo ładnie wydana.

 

Wracając jednak do samych opowieści to oprócz tego, że stanowią one prostą prezentację ich treści, mogą stać się także początkiem przygody z poważniejszymi wersjami tekstów braci Grimm. Można by nawet rzec, że niniejsza książka to nic innego, jak wprowadzenie. Bracia Grimm napisali bowiem ponad 200 swoich baśni, więc na czytelników chcących odkryć te mniej znane utwory czeka cały prawdziwie magiczny świat. Trzeba jednak od czegoś zacząć, a „Najpiękniejsze Baśnie…” mogą być dobrym wprowadzeniem.

 

Szczególnie, że już sama ich otoczka z pewnością wpadnie w oko dziecięcym odbiorcom. Jest bowiem kolorowo, jest także nowocześnie (wiele ilustracji wpada w popularną mangową tonację), a do tego dochodzi bardzo ładne wydanie, którego wyłożona od środka gąbką okładka jest naprawdę przyjemna w dotyku.

 

Podsumowując: polecam dla dzieci. Pozycja w sam raz do czytania im na dobranoc po jednej krótkiej, prosto ujętej bajce. I ładnie prezentuje się na półce.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Zielona Sowa za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Trainspotting zero - Irvine Welsh



GRA W TCHÓRZA Z POCIĄGIEM

 

„Another head hangs lowly,

Child is slowly taken.

And the violence caused such silence,

Who are we mistaken?

 

But you see, it's not me, it's not my family.

In your head, in your head, they are fighting.

(…)

In your head, in your head,

Zombie, zombie, zombie”

The Cranberries

 

Ta powieść jest jak skrzyżowanie „Zombie” The Cranberries z Sex Pistols. Zaangażowana politycznie i społecznie, aż ocieka anarchią, buntem i wulgarnością. Ale w całej tej kontrowersyjnej otoczce, wśród brudu i krytyki politycznej, snuje autor znakomitą, wciągającą opowieść o młodości i uzależnieniu. A raczej o powolnym przeistaczaniu się zwyczajnego chłopaka dalekiego od niezdrowych ciągot w człowieka kontrolowanego przez nałóg.

 

Szkocja, lata 80. XX wieku. Mark Renton jest chłopakiem jakich wiele. Jako syn górnika wie co to walka, wie co to bunt i protestowanie przeciw zastanej rzeczywistości. Ale świat, jaki go otacza nie jest najgorszym, co mogło spotkać kogoś takiego, jak on. Wręcz przeciwnie: dobra uczelnia i świetna dziewczyna wydają się kierować go w dobrą stronę, ale wkrótce dochodzi do tragedii. Umiera młodszy brat Marka, dziecko chore, które często budziło jego wściekłość. Teraz jednak wszystko się zmienia, a życie Rentona zaczyna się staczać. Spotkanie starych kumpli jest jak rozniecenie iskry, która zaczęła się tlić w chłopaku. Wciągnięty w ich szalone plany powoli zmierza w kierunku tego Marka, którego znaliśmy z „Trainspotting”…

 

Prequel kultowej już historii, której ekranizacja także zdobyła wielkie uznanie i swoje miejsce w popkulturze, nie zawodzi. Irvine Welsh, dla którego debiutancki „Trainspotting” stał się trampoliną do sławy, po latach powraca do tych samych bohaterów by dopowiedzieć ich wcześniejsze losy i pokazać genezę wszystkiego. I robi to w naprawdę wspaniałym stylu. Tak pod względem fabuły, jak i pisarstwa.

 

Fabuła jest prosta, bardzo zaangażowana w politykę czasów epoki thatcherowskiej (którą bezwzględnie piętnuje i krytykuje) i codzienne życie szkockiej klasy średniej, z bezlitosną szczerością pokazując młodzież i ich świat. A przy okazji robi to z młodzieńczą werwą i wściekłością, chociaż Welsh swoje lata już ma. Początkowa sekwencja, kiedy to protestujący górnicy, sprowokowani przez policję, stają do walki ze służbami, doskonale obrazuje złość autora – i tę swoistą walkę z życiem, z której możemy wyjść zwycięsko jak z gry w tchórza z pociągiem. Angażuje przy tym, emocjonuje i tak już pozostaje przez resztę tej znakomitej powieści.

 

Do tego dochodzi kwestia stylu. A raczej różnych stylistyk, bo Welsh prezentuje perspektywy wielu bohaterów, dorzuca do tego pisany przez Rentona pamiętnik, a każdą z nich odmienia pod względem wykonania. Z pewnością kosztowało to wiele pracy, ale efekt jest znakomity, a powieść czyta się z zapartym tchem.

 

Dlatego też polecam gorąco. „Trainspotting zero” (czy jak chce tego oryginalny tytuł „Chłopaki na ćpuńskim kacu”) to konkretny kawał (ponad 520 stron typową czcionką przy większym formacie całości) świetnej lektury. Sięgnijcie, warto pod każdym względem.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Replika za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Calvin i Hobbes #11: Dziki kot - psychopatyczny morderca Bill Watterson



REFORMATOR I FILOZOF

 

„Dziki kot – psychopatyczny morderca” to jedenasty i ostatni już tom zbiorczego wydania komiksowych pasków z przygodami Calvina i Hobbesa. Szkoda, że nowych opowieści już nie będzie, ale ważniejsze jest, że do samego końca seria zachowała wysoki poziom. „Kot…” więc zachwyca, bawi i skłania do myślenia. I przy okazji tak znakomicie poprawia humor, że po odłożeniu książeczki na twarzy na długo pozostaje błogi uśmiech.

 

Tym razem ktoś zaczyna wysyłać do Calvina listy. Chłopiec, który do tej pory nie mógł narzekać na nadmiar korespondencji nagle otrzymuje coraz więcej dziwnych wiadomości pisanych nie wiadomo przez kogo. Nadawca każdą z nich sygnuje znakiem czaszki i coraz mocniej obraża Calvina. Kto to może być? I dlaczego to robi? Wiadome jest jedno, listy wysyła ktoś z tego miasta…

To jednak dopiero początek! Nastała zima, zbliżają się Święta Bożego Narodzenia, a jak wiadomo Calvin do najgrzeczniejszych dzieci nie należy. Czy lepiej opłaca się więc próbować na siłę (nad)robić dobre uczynki w oczekiwaniu na prezent czy jednak bawić się dobrze i bezkompromisowo już teraz? A może za złe uczynki nie dostanie prezentu, ale takiego, na którym wcale mu nie zależy? I pozostaje jeszcze oczywiście kwestia listu do Świętego Mikołaja i tego, jaką taktykę obrać, by jak najlepiej wmanewrować go w prezenty…

 

Ta seria jest po prostu rewelacyjna. Wyrosła na gruncie nieśmiertelnych „Fistaszków” Schultza oferuje nie tylko to, co w paskach tworzonych do codziennych gazet najlepsze, ale przede wszystkim własny, niepowtarzalny styl i charakter. Specyficznego klimatu także nie można jej odmówić. Scenariusze poszczególnych odcinków, czy to łączących się w większą całość czy też stanowiących autonomiczną opowiastkę (jak każdemu miłośnikowi komiksu wiadomo także i te wyrwane ze środka większych treści znakomicie nadają się do samodzielnego czytania), to rozbrajające historyjki, mocno satyryczne i gorzkie w swym brzmieniu. A jednak nie sposób się przy nich nie śmiać.

 


Co ważne, a może nawet najważniejsze, poziom humoru jest odpowiedni zarówno dla dzieci, młodzieży, jak również dorosłych. Każdy też inaczej odbierze prezentowaną treść, a ta jest naprawdę głęboka, zaangażowana i ciekawa. Nie przypadkiem daj główni bohaterowie, mały chłopiec i pluszowy tygrys, który ożywa w jego oczach dzielą imiona reformatora chrześcijaństwa i filozofa.

 

Jak komiks prezentuje się pod względem graficznym? Wprost znakomicie! Jak w przypadku „Fistaszków” czy „Garfileda”, tak również tutaj największą siłą jest prostota. Ale prostota absolutnie zachwycająca. A co więcej autor pokazuje się także nie raz od bardziej złożonej i realistycznej strony, nie zapominając także o porcji odcinków w pełni kolorowych.

 

W skrócie: rewelacyjna rzecz. Dobrze, że Egmont wydał tę serię i dobrze, że ją wznowił. Warto po nią sięgnąć, warto przeczytać i warto wracać raz po raz. Nie zastanawiajcie się, dobra i inteligentna zabawa gwarantowana. Dlatego polecam bardzo gorąco.

 

I dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

niedziela, 18 grudnia 2016

The Death of Superman - Louise Simonson, Dan Jurgens, Roger Stern, Jon Bogdanove, Tom Grummett, Brett Breeding, Jackosn Guice, Jerry Ordway



DZIEŃ, KIEDY ZGINĄŁ SUPERMAN

 

Opowieści o śmierci czołowych herosów komiksowego świata są niezwykle popularnymi wydarzeniami. I często także bardzo udanymi. Dlatego też wszyscy najważniejsi bohaterowie opuszczali ten padół łez i to nieraz. Spider-Man, Batman, członkowie X-Men, Kapitan Ameryka i wielu, wielu innych umierało, powracało zza grobu albo z ukrycia, gdzie przebywali po swoim pozornym zgonie i życie toczyło się dalej. Jedną z najsłynniejszych śmierci w historii komiksu poniósł Człowiek ze Stali, ta zaś odbiła się głośnym echem w rzeczywistych mediach. Mówiono o niej, pisano, komentowano, ale jak zginął Superman, który przez lata wydawał się przecież niezniszczalny?

 

W pewnym miejscu tajemnicza postać rozbija ściany swojego metalowego więzienia i wydostaje się na wolność. Wygląda niepozornie, ale ten ubrany w zielony kombinezon, z jedną ręką związaną za plecami stwór to prawdziwe ucieleśnienie zła. W jego głowie nie ma żadnej głębszej myśli, a cel posiada jeden – niszczyć i zabijać. Nic nie jest w stanie stanąć mu na drodze, nic także nie potrafi oprzeć się jego sile. Doomsday – Dzień Zagłady, tak zostaje nazwany przez przerażonych ludzi, którzy są skłonni uwierzyć, że jest samym diabłem. O jego potędze przekonują się członkowie Justice League International, którzy zostają pokonani jakby byli dziećmi. Do akcji wkracza więc Superman, który zamierza powstrzymać bestię zanim tej uda się dotrzeć do Metropolis…

 

I tak zaczyna się walka, która trwa, trwa i trwa. Zupełnie jak w mangach i anime. Ale tutaj jest o wiele nudniej, bez polotu i nic z tego nie wynika. I taka właśnie jest smutna prawda o „Śmierci Supermana” – to ważny komiks, ale bardzo przeciętny. Brakuje mu emocji, brakuje mu pomysłu, a bitwa, choć jej ofiarą pada coraz więcej ludzi i coraz większe połacie ziemi zostają zniszczone, nuży. To tylko wymiana ciosów, śmieszna, bo ani Doomsday nie wygląda zbyt potężnie czy strasznie, ani jego demolka nie wydaje się być szczególnie znacząca. Sam Superman też zaprezentowany został nijako, jego potęga gdzieś zniknęła, a jednocześnie obrażenia nie wydają się tak ostateczne. Kiedy w końcu ginie, wydarzeniu temu nie towarzyszą żadne emocje, co najwyżej ulga, że wreszcie nastąpił koniec.

 


Do tego co chwila na stronach pojawiają się błędy. Rozumiem, że w jednym czasie pracowali nad tym różni artyści, ale nie zmienia to faktu, iż owe pomyłki po prostu irytują. Zniszczona w jednym zeszycie peleryna Supermana w drugim jest idealnie cała, a obrażenia i uszkodzenia stroju to pojawiają się, to znikają. Zabrało także spójności – została miałka opowieść, typowe dziecko lat 90. W trakcie lektury ma się niestety wrażenie, że twórcom nie chciało się starać, nie chciało myśleć, a jedynie wyciągnąć jak najwięcej kasy bez odpłacenia się chociaż odrobiną jakości. I niezłe rysunki nic tutaj nie zmieniają.

 

Wielka szkoda. Ktoś pewnie powie, że to takie czasy, że historia się zestarzała i nie ma się co czepiać, nie mniej spójrzcie, jak wiele podobnych opowieści, o wiele nawet starszych, przetrwało próbę czasu. „Śmierć Stacych” porusza, „Śmierć w rodzinie” choć kiczowata ma swój urok i emocje, a zgon Jean Grey wciąż zachwyca. „Death of Superman” przyjmuje się jedynie ziewnięciem, a nie tak powinno być.

 

Podsumowując, miłośnicy Supermana i komiksów przeczytać mogą, nawet powinni, ale nie znajdą tutaj niczego wartościowego. Cała reszta może sobie darować, nie straci nic. A gdzie to można przeczytać? Historia, jak również jej o wiele bardziej udana kontynuacja ukazały się nakładem TM-Semic dwie dekady temu, nie brak także atrakcyjnych wydań oryginalnych (moja recenzja dotyczy właśnie takiego, wzbogaconego o przedruk „Newstime: The Life and Death of Superman”), a także zapowiedziała go „Wielka Kolekcja Komiksów DC”, ale sięgacie po nią na własną odpowiedzialność.

Amazing Spider-Man Vol 4 #17 - Before Dead No More - Part Two: Spark of Life - Dan Slott, Rubens da Silva



PRZED „JUŻ NIE MARTWI”, CZ II: ISKRA ŻYCIA

 

Nie lubię Patera Parkera, który przypomina Tony’ego Starka, nie ukrywam tego i mam nadzieję, że Slott w końcu to zmieni. Przez ponad 50 lat ukazywania się serii Peter przechodził różne transformacje, od introwertycznego geeka, przez uwspółcześnionego nastolatka z dostępem do nowinek technicznych po nauczyciela i pracownika naukowego, ale biznesmen i zarządca wielką firmą to jego najgorsze wcielenie. Nudne, mało odkrywcze i irytujące. Co nie znaczy, że jego przygody są tragiczne, chociaż daleko im do dobrej jakości.

 

Wiele miesięcy temu niekontrolujący swoich mocy Electro pocałunkiem zabił własną ukochaną, Francine. Teraz kobieta wraca do życia dzięki staraniom Jackala. Kiedy jednak Electro nie jest w stanie odzyskać kontroli nad zdolnościami, a przypadek sprawia, że to ona zaczyna nimi władać, dawny nauczyciel Petera postanawia wcielić ją do swojej drużyny. „Łotrów?”, odpowiada na jej sugestię. „Panno Frye, chyba się nie zrozumieliśmy, my jesteśmy tymi dobrymi”.

Tymczasem Peter, zafascynowany dokonaniami New U, prosi Prowlera by włamał się do firmy i sprawdził czy ich oferta jest bezpieczna dla pacjentów. Nie jest jednak świadom tego, że New U należy do Jackala…

 


Najistotniejszą wadą tego zeszytu jest ilość trupów. Czy jest ich naprawdę dużo? Nie. O co więc chodzi? O to, że każdy dosłownie w kilka kadrów powraca do życia. Niestety to już nie są oni sami, a ich klony. Tak przynajmniej to wygląda, prawdy wciąż jeszcze nie znamy i poznanie jej jeszcze trochę potrwa. Przez to jednak bohaterowie tracą „prawdziwość”, a to kolejny dość duży zarzut odnośnie serii, która nagle z czwartym volume’em zaliczyła olbrzymi spadek formy i wciąż próbuje się z tego dołka podźwignąć.

 

Co mogę zaliczyć na plus? Właściwie tyle, że nie nuży. Nie ma tu wielkich zmian, bo Electro jako kobieta jest jedynie kontynuacją trendu już znanego – Doc Ock też przez pewien czas miał inną płeć – a Prowler to jedna z bardziej nietrafionych postaci tej serii (niby nie można mu nic zarzucić, a jest tak nijaki, że szkoda na niego czasu). Przyjemna dla oka jest grafika, ale to trochę za mało by wystawić zeszytowi dobrą notę. Wciąż jednak nie tracę nadziei i liczę, że „Clone Conspiracy” zdoła mnie jeszcze zaskoczyć. Pozytywnie oczywiście.

sobota, 17 grudnia 2016

Sisters #5: W centrum uwagi - Christophe Cazenove, William Maury



MIEĆ SIOSTRĘ I BYĆ SIOSTRĄ (ALBO NIE BYĆ)

 

To już piąty tom „Sisters”, humorystycznej francuskiej serii komiksowej, a to oznacza, że przed nami jeszcze tylko cztery albumy z przygodami dwóch niesfornych sióstr. Z drugiej strony to wciąż aż cztery albumy, zabawa więc szybko nie ustanie. A ta jest naprawdę niezła, sympatyczna i oferująca porcję humoru tym młodszym, jak i również starszym czytelnikom.

 

Wendy i Marine to siostry. Wendy jest już nastolatką, Marine pozostaje wciąż dzieckiem. Łączy je tak wiele, jak różni. Miłość i nienawiść w ich przypadku wydają się synonimami, bo dziewczyny wprost uwielbiają robić sobie psikusy, wchodzić wzajemnie w drogę i za wszelką cenę gnębić i poniżać tę drugą. Nie jest więc lekko, łatwo też nie, ale ile niesie zabawy! Tym razem Marine ma złamaną nogę i gips staje się kolejną rzeczą do wykorzystania w walce. Niestety na nodze nie pozostanie już na zawsze, a to duża starta, skoro tyle osób tak ładnie się na nim podpisało i ozdobiło go swoimi rysunkami. Czy z tej sytuacji da się wybrnąć? I jakie jeszcze kłopoty czekają na nasze szalone siostry? O tym przekonacie się sięgając po ten album.

 

Jeśli miałbym w skrócie scharakteryzować „Sisters”, powiedziałbym że to taka dziewczyńska wersja „Kida Paddle”. Bo siostry grają. I to nie tylko na nerwach swoich oraz otoczenia, ale również na konsoli. Jednakże to tylko jedna z wielu rzeczy, jakimi się zajmują. Sprzątanie w domu, lekcje, wyjście na spacer, ślizgawka… Im nie trzeba wiele, by się śmiać. Albo płakać. I każdą, najprostszą nawet rzecz, potrafią przekuć w przygodę i pretekst do spłatania jakiegoś figla, ewentualnie sposób na małą katastrofę.

 

Każda strona tomu to jedna samodzielna humorystyczna opowiastka. Tak samo jak każdy album z siostrami w roli głównej to samodzielna publikacja. Nie martwcie się więc, że nie czytaliście poprzednich części i nie będziecie wiedzieć o co chodzi, zaczynając swoją lekturę od tomu piątego nie stracicie nic z zabawy, jaką oferuje „W centrum uwagi”. Żartów i dowcipów nie brakuje, wprawdzie są tym razem nieco mniej cięte i lżejsze, ale nadal bawią i poprawiają nastrój.

 


Całość natomiast została zilustrowana w bardzo uroczy i kolorowy sposób. Kreska (co przypominam od początku recenzowania tej serii) przypomina „Titeufa” (pamiętacie te komiksy, niby dla dzieci, a z całkiem ostrym pazurem?), ale jest nowocześniejsza; szczególnie pod względem nakładanego komputerowo koloru. Nie zabrakło także wstawek z okładkami czy plakatami filmowymi, a bardziej obeznani z komiksami znajdą w tle kilka drobiazgów stanowiących puszczanie do nich oka, w tym również okazjonalny występ pewnego kultowego bohatera.

 

Podsumowując: warto. Oczywiście głównie dla młodych czytelników (nie tylko czytelniczek), ale jak to bywa z dobrymi komiksami humorystycznymi, wiek odbiorcy to rzecz umowna i każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Przyjemnie napisane, ładnie narysowane i tak samo przy okazji wydane. Polecam.

 

I dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

piątek, 16 grudnia 2016

Wojna Domowa - Mark Millar, Steve McNiven (wyd. Egmont)



PO KTÓREJ STRONIE SIĘ OPOWIESZ?

 

To zdecydowanie najbardziej wyczekiwane przeze mnie wznowienie komiksu w tym roku. Pierwszy nakład od Mucha Comics zniknął już z księgarskich półek, tom kolekcji WKKM zbierający zeszyty tej historii także podzielił jego los, nadszedł czas by Egmont dał nieznającym jeszcze tej opowieści czytelnikom szansę na jej poznanie. Czy warto? Absolutnie tak. Bo to nie tylko jedna z najbardziej znanych i znaczących dla współczesnego Marvela opowieści, ale także jeden z najlepszych eventów, jakie ma do zaoferowania to wydawnictwo. Nie ma się jednak czemu dziwić, Mark Millar to taki głównonurtowy enfant terrible, osobliwy, często kontrowersyjny, ale zarazem absolutnie zachwycający swoimi opowieściami.

 

„Wojna domowa” za pomysł wyjściowy obiera temat bardzo prosty. Superbohaterowie wyrządzają wiele zniszczeń w trakcie swoich akcji, trzeba jakoś usankcjonować ich działanie, kontrolować. Część herosów opowiada się za – szczególnie ci, którzy nie kryją zbytnio swojej tożsamości, część niestety nie zamierza poddać się tak łatwo.

A wszystko zaczyna się od rutynowej zdawałoby się akcji. New Warriors, którzy kręcą dla telewizji program o walce z przestępcami, dla podwyższenia oglądalności porywają się na wrogów zdecydowanie nie ich kategorii. W efekcie giną, a wraz z nimi życie traci niemalże tysiąc dzieci, uczniów okolicznej szkoły. Tragedia echem odbija się w mediach i społeczeństwie, stając się jednocześnie kroplą, która przepełnia czarę. Rząd od dłuższego czasu chciał wprowadzić rejestrację superludzi, teraz zaczyna wprowadzać plany w życie. Kapitan Ameryka wie, że wywoła to podział i doprowadzi do wojny między herosami. Kiedy S.H.I.E.L.D. sugeruje mu by dopilnował kwestii ewentualnych buntowników, Kapitan sam staje po drugiej stronie barykady, a przepowiadana przez niego wojna wybucha z całą siłą…

 


Spotkałem się niegdyś z zarzutem, że Mark Millar tworząc „Wojnę domową”, napisał komiksowy odpowiednik blockbustera. Jest w tym trochę prawdy, ale są blockbustery i są blockbustery, a ten album to zdecydowanie wyższa komiksowa półka, jeśli chodzi o opowieści o superbohaterach. Jest tutaj plejada gwiazd, jest akcja równająca z ziemią spore połacie miasta, jest wreszcie mnóstwo przełomowych momentów, ale przede wszystkim jest wielka siła i w pełni wykorzystany potencjał tak pomysłu, jak samych postaci. Pod względem rozmachu to rzeczywiście typowo skrojony hit, jednak hit z rodzaju tych, jakie przechodzą do historii, bawiąc i oferując o wiele więcej, niż tylko typową rozrywkę.

 

Co jest w nim tak dobrego? Przede wszystkim ten pomysł. Niby prosty, niby oczywisty, a jak świetnie poprowadzony i wykorzystany. Podział na strony konfliktu przekonuje i został dokonany z głową, a zachowania postaci, ich ruchy na planszy bitewnej i skrywane mroczne strony dodają całości realizmu i dynamiki. Podobnie zresztą, jak medialno-polityczna otoczka. Cieszy także to, jak Millar wykorzystał postacie. Punisher w jego wykonaniu, jego prosta brutalność i równie prosty kodeks, to moja ulubiona wersja tej postaci, bijąca nawet to, co stworzył Garth Ennis w kilku swoich runach pisanych dla serii. To oczywiście tylko jeden z wielu przykładów, ale resztę odkryjcie sami – warto!

 


Co więcej „Wojna domowa” stanowi jedną z nielicznych historii, które tak mocno wstrząsnęły całym uniwersum Marvela. To zresztą długo otrząsało się po konfrontacji bohaterów (Kapitan Ameryka zginął wkrótce potem w opowieści „Upadły syn”, Spider-Man natomiast by wymazać z pamięci ludzi swoją tożsamość, zawarł z Mephisto układ, oddając za to – i wiele innych zmian – swoje małżeństwo z MJ), a w chwili obecnej za oceanem ukazuje się bezpośrednia kontynuacja „Wojny…”, niestety już bez Millara u steru. Co więcej opowieść doczekała się nie tylko filmowej adaptacji, ale także powieści napisanej na jej podstawie, audiobooka, i gier, w których słuchać było jej echa.

 

Znakomita treść doczekała się równie znakomitej oprawy graficznej. Steve McNiven, z którym Millar stworzył „Nemezis” oraz „Wolverine: Staruszek Logan”, rysuje realistycznie i konkretnie, a kolor użyty w „Wojnie domowej” jak nigdy podkreśla jego kreskę; kreską prezentującą zresztą szczytową formę artysty. Patrzy się na to z wielką przyjemnością i do poszczególnych ilustracji ma ochotę powracać jeszcze nie raz.

 


Jak na tym tle wypada trzecie polskie wydanie? Papier kredowy, twarda oprawa, ponad trzydzieści stron dodatków w postaci galerii okładek, plakatów i szkiców. Do całości wkradły się jednak drobne błędy w składzie, przez co dwie rozkładówki zamiast być wydrukowane na sąsiadujących ze sobą stronach, trafiły na dwie strony tej samej kartki. Poza tym jednak edytorsko jest bez zarzutów.

 

Podsumowując. Warto. A raczej trzeba. Jeśli jesteście miłośnikami komiksów, jeśli lubicie Marvela, przeczytajcie koniecznie. To w końcu jeden z najlepszych eventów, jakie owo wydawnictwo ma do zaoferowania. Polecam gorąco!

 

I dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

czwartek, 15 grudnia 2016

Weźmisz czarno kure (audiobook) - Andrzej Pilipiuk (czyta: Grzegorz Pawlak)



I CHOĆ MINĘŁO JUŻ TYLE LAT, JA WCIĄŻ CZUJĘ ZAPACH ŚWIEŻEGO ZACIERU

 

Jeśli spróbować znaleźć kwintesencję przygód Jakuba Wędrowycza, a także to co najlepsze w serii, byłby to właśnie ten tom. Dziewiętnaście zebranych tutaj opowiadań nie tylko trzyma konkretny poziom i posiada swoje zróżnicowanie jak również stałe elementy, ale także w końcu uzyskuje w pełni ukształtowaną formę. Co więcej „Weźmisz czarno kure…” oferuje kilka prawdziwych perełek. A wszystko to w formie jednego z najlepszych rodzimych audiobooków wykonywanych tylko przez jednego lektora.

 

Starcie z Leninem? Zakład psychiatryczny? Kamienny krąg? Jakub Wędrowycz, egzorcysta amator i alkoholik z zamiłowania, jak zwykle nie może się nudzić. Wraz z przyjaciółmi i miejscową policją, to pije, to wojuje, to coś znowu kombinuje. A co z tego wynika? Całe mnóstwo gagów i dowcipów. Niewybrednych, to prawda, ale potrafiących skutecznie poprawić humor.

 

Szczególnie dwie perełki, które dla mnie, miłośnika kina są czymś, co podobało mi się już w wersji książkowej, a teraz nabrało jeszcze większej siły. Pierwszą z nich jest oczywiście udany „Park Jurasicki” opowiadający o tym, jak w Polsce kręcony jest film o dinozaurach, ale skąd tu wziąć wymarłe gady, skoro pieniędzy na efekty specjalne nie wystarczy? Drugą, absolutnie najlepszą z „Weźmisz…”, „Titanic” parodiujący film Jamesa Camerona. Tutaj Jakub jak zwykle siedząc w barze zauważa w tv relację z wyciągnięcia skarbów z wraku legendarnego statku. Jeden z artefaktów w szczególności zwraca jego uwagę, a to prowadzi bezpośrednio do wspominek. Jakub bowiem, będąc jeszcze malutkim Kubusiem, trafił wraz z ojcem na pokład Titanica właśnie, a wszystko to prowadzi do odkrycia prawdziwej przyczyny katastrofy.

 

Zabawa z tymi dwoma tekstami jest po prostu przednia! Świetny humor, smaczki dla widzów znających filmy, naprawdę wyważona fabuła i rozbrajające żarty, przy których trudno nie wybuchnąć śmiechem. Co więcej pozostałe opowiadania wcale nie są wiele słabsze – moja fascynacja tymi konkretnymi wynika z pasji i uwielbienia filmów, które parodiują. A zbiór, jako całość jest naprawdę udany.

 

Ale i tak show kradnie lektor, a to zdarza się niezwykle rzadko. Interpretacja opowiadań w wykonaniu Pawlaka to dla mnie prawdziwe mistrzostwo, które nie tylko tchnęło życie w wymyślone postacie, ale przede wszystkim podwyższyło jakość tekstów Pilipiuka. Bo nie oszukujmy się, Jakub nie jest żadną wielką serią, ale Pawlak uczynił z niej pierwszorzędną komedię. Wulgarną? Tak! Czasem brutalną? Owszem! Ale rozbrajającą i poprawiającą humor. Do tego bezbłędnie oddał charakter postaci i klimat historii, a co więcej tak udanie moduluje głos, że każdy z bohaterów brzmi na swój specyficzny sposób. Po prostu super!

 

Dlatego też polecam gorąco. Nie ma tu muzyki, nie ma efektów dźwiękowych ani całego zastępu aktorów, ale jeden jedyny lektor sprawia, że wszystko to przestaje być potrzebne. Jeśli lubicie się śmiać, sięgnijcie koniecznie. Zabawa lepsza, niż z książkowym pierwowzorem, a to naprawdę rzadkość.

 

A ja dziękuję Audiotece za udostępnienie mi audiobooka do recenzji.

środa, 14 grudnia 2016

Batman: Śmierć w rodzinie - Jim Starlin, Jim Aparo, Doug Moench i Don Newton



ŚMIERĆ, KTÓREJ PRAGNĘLI FANI

 

To zdecydowanie najbardziej wyczekiwany przeze mnie tom WKKDC. Nie najlepszy, tu palmę pierwszeństwa dzierży „Długie Halloween”, jedna z najwybitniejszych opowieści o Mrocznym Rycerzu, ale najbardziej wyczekiwany. I najważniejszy z dotychczas wydanych. Śmierć drugiego Robina była wielkim wydarzeniem i przez wiele długich lat (do życia powrócił w 2005 roku) głośnym echem odbijała się na różnych wydarzeniach serii. Teraz, niemalże trzy dekady po premierze, wreszcie i polscy czytelnicy mogą poznać tę opowieść.

 

Batman martwi się o Jasona Todda, drugiego Robina, który pomaga mu w walce z przestępczością. Chłopak jest nieodpowiedzialny, brakuje mu samokontroli i opanowania, a ryzyko, jakie jest gotów podejmować, wydaje się być nieproporcjonalne do wymogów chwili. Bruce decyduje się więc usunąć go na bok, ale w Gotham znów zaczyna źle się dziać. Joker po raz kolejny ucieka z Azylu Arkham, a by odzyskać część funduszy postanawia sprzedać arabskim terrorystom swoją wyrzutnię rakiet. Sprawa komplikuje się, prowadząc do tragedii…

 

Ten komiks, co tu dużo mówić, jest naprawdę świetny. Ma swoje minusy, to prawda, ale jego olschoolowa magia wciąż pozostaje żywa. Osobiście nie trawię „Batmanów” z lat 80. i początków 90., poza drobnymi wyjątkami oczywiście (m.in. „Powrót Mrocznego Rycerza”, „Rok pierwszy”, „Zabójczy żart” czy „Azyl Akrham”). Nie leży mi ich klimat, naiwność i dość wątpliwa jakość, do tego brakuje im głębi psychologicznej i naprawdę ciekawych zdarzeń. I chociaż sprawy przedstawione w tym albumie trącą sztampą (czy to atak na handlarzy dziecięca pornografią, czy arabscy terroryści), ma on w sobie taki ładunek emocjonalny, że trudno nie dać się uwieść napisanej przez Jima Starlina opowieści.

 


A przecież wszystko to mogło się nie udać. Ba, miało wszelkie możliwe zadatki, by tak właśnie się stało. Czytelników nużył Jason, opowieść też nie miała wielkich zadatków, DC poprosiło fanów o głosowanie czy zabić drugiego Robina czy też nie. Wyniku możecie się domyślić, a skutek okazał się taki, że opowieść o śmierci pomocnika Batmana przeszła do historii komiksów. Można śmiało powiedzieć, że to batmanowski odpowiednik śmierci Stacy. Tamta postać również była miałka i nijaka, dopóki nie odeszła z tego świata, dopiero to, nomen omen, tchnęło w nią życie – i to samo można powiedzieć o Jasonie Toddzie.

 

Graficznie „Śmierć w rodzinie” to klasyka w dobrym wykonaniu. Podobał się Wam „Kryzys na nieskończonych Ziemiach”? Nie zawiedziecie się. Jest prosto, jest typowo dla lat 80., ale bardzo przyjemnie. Także pod względem tej jakże barwnej kolorystki.

 


Ale na pochwałę zasłużyło również wydanie. Jakość edycji nie zmieniła się, ale zawartość pod względem dodatków przedstawia się znakomicie. Mamy tradycyjną galerię okładek (te narysował Mike Mignola) i dodatkowy klasyczny komiks (w tym wypadku pierwsze pojawienie się Todda jako Robina w „Batmanie”), na tym jednak nie koniec. Galeria została bowiem rozbudowana o kilka dodatkowych okładek wydań zbiorczych, oryginalną reklamę zachęcającą do głosowania w sprawie losu Robina oraz coś, co ucieszyło mnie najbardziej – alternatywne zakończenie albumu, które drukiem pojawiło się dopiero w 2006 roku. Wprawdzie owa strona pozostała w oryginale, ale chyba nie stanowi to dla nikogo większego problemu.

 

A zatem kupcie koniecznie. Naprawdę warto. Szczególnie, że wbrew ilości zeszytów składających się na ten tom (4 główne i jeden dodatkowy), są one często dwukrotnie dłuższe niż zwyczajne i ostatecznie dają blisko 150 stron konkretnej zabawy dla miłośników komiksów.

wtorek, 13 grudnia 2016

Kuchnia indyjska. Najlepsze przepisy



KOLOROWA KUCHNIA INDII

 

Każdy, kto choć trochę interesuje się kuchnią, prędzej czy później po prostu musi otrzeć się o bardziej egzotyczne dania. Kuchnia chińska, kuchnia japońska i, oczywiście, barwna, aromatyczna kuchnia indyjska. Kuchnia pełna przypraw i niezwykłych smaków. Odległa nam i bliska. Kuchnia, którą się albo kocha, albo nienawidzi. Znacie ją i chcecie dowiedzieć się więcej? A może nie mieliście jeszcze kontaktu, a chcielibyście poznać i to najlepiej od razu z różnych stron? Sięgnijcie zatem po niniejszą książkę, ciekawą, kompleksową i znakomicie rozpisaną pozycję, która zadowoli każdego miłośnika kulinariów.

 

Ponad trzysta potraw. Przepisy na tyle dań ma do zaoferowania niniejsza książka. Ponad trzy setki oryginalnych receptur wraz z poradami, jak krok po kroku uzyskać wymarzony efekt. Od doboru przyprawa, poprzez poszczególne etapy, po efekt finalny. Pikantna zupa kalafiorowa, curry z kurczaka w stylu Goa, wołowe biriani, kawałki kurczaka balti z kminkiem oraz kolendrą, ziemniaki faszerowane pikantnym twarogiem, ryż basmati z warzywami, faszerowane banany, smażone owoce z sezamem… Brzmi smakowicie? A zatem do dzieła!

 

Obawy odnośnie kuchni orientalnej (czy ogólnie pochodzącej z odleglejszych krajów) najczęściej są takie, że trudno jest dostać niektóre składniki. Wprawdzie w rodzimych miejscach są one popularne, jednak w Polsce nawet na półkach tematycznych czasem bywa trudno, a nie wszędzie znaleźć można specjalistyczne sklepy. I podobnych bardziej wymagających potraw nie zabrakło także tutaj (trudno by było inaczej), jednak na szczęście dominują te, które z łatwością wykonamy z ogólnodostępnych produktów. A to duży plus.



Poza tym publikacja została napisana jasno, przejrzyście i bardzo konkretnie. Autorzy sięgają do tradycji indyjskiej również pod względem metod i wykonania potraw, nie zapominają także o informacjach odnośnie wartości odżywczych. A wszystko to bardzo bogato ilustrowane (niemal 2000 zdjęć!) i pięknie wydane. Warto sięgnąć? Warto! I to jeszcze jak! Znakomita pozycja kulinarna dla miłośników indyjskiego gotowania.

 

Dlatego polecam bardzo gorąco. To prawdzie kompendium wiedzy w swoim temacie, więc będziecie zadowoleni. I na dodatek bardzo ładnie prezentuje się na półce.

 

A ja dziękuje grupie wydawniczej Publicat za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

 

Zdjęcia dania: gotowanie i fotografie w wykonaniu mojej lepszej połowy, Agnieszki:

Żubr Pompik. Kolory jesieni - Tomasz Samojlik



JESIEŃ Z ŻUBREM POMPIKIEM

 

To już ostatni tom z serii książeczek stworzonych przez Tomasza Samojlika, autora uroczych i popularnych komiksów dla dzieci ukazujących życie zwierząt. Jak zwykle jest bardzo kolorowo, ciekawie, zabawnie i pouczająco. I spodoba się wszystkim dzieciom.

 

Tym razem w puszczy zapanowuje kolejna pora roku. Żubr Pompik, który przyszedł na świat zimą ma wreszcie okazję poznać jesień i to, co ona ze sobą niesie. W lesie zachodzą zupełnie nowe zmiany, pojawia się wiele osobliwości. Pompik i jego siostra Polinka, postanawiają wybrać się na wyprawę badawczą prowadzącą aż do dużego dębu na wzgórzu. Do tego nasz ciekawy świata żubr chce poznać odpowiedzi na kilka nurtujących go pytań. Mimo obaw o ich bezpieczeństwo, rodzice puszczają oboje. Przedłużająca się nieobecności dzieci rodzi tylko większy niepokój, ale te wkrótce wracają i zaczynają opowiadać co spotkało ich podczas wyprawy…

 

A, oczywiście, spotkało ich wiele i to ciekawych rzeczy. A wraz z nimi młodzi czytelnicy dostają wszystko to, czego oczekiwali i co dostać powinni, czyli naukę poprzez (bardzo dobrą) zabawę. Naukę o lesie, jego mieszkańcach i zmianach zachodzących na przestrzeni konkretnej pory roku. Wraz z trzema poprzednimi tomami otrzymujemy szansę poznania jak wygląda rok z życia puszczy. I jest to coś naprawdę wspaniałego. Samojlik, przyrodnik z wykształcenia, miłośnik i badacz Puszczy Białowieskiej, posiada nie tylko niezbędną wiedzę, którą może przekazać, ale także talent jak zrobić to w sposób, który zaciekawi dzieci. I nie tylko je – niejeden dorosły znajdzie tutaj coś dla siebie, a i nieraz da się zaskoczyć faktami.

 

Samojlik pisze z lekkością, prosto, acz przyjemnie. I w podobnym stylu ilustruje całość. Przygody Żubra Pompika są mile dla oka narysowane, bardzo kolorowe i przyjazne.  Z grafik bije niezaprzeczalny urok, a całość bardzo ładnie ze sobą współgra.

 

Szkoda więc, że to już koniec, ale z drugiej strony trzeba się cieszyć. W końcu mieliśmy okazję obcować z naprawdę udaną literaturą dla dzieci, która kupi serce niejednego dorosłego. Naprawdę warto sięgnąć po ten tom, jak i całą tą serię. Dlatego polecam gorąco.

 

I dziękuję wydawnictwu Media Rodzina za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

poniedziałek, 12 grudnia 2016

George Lucas. „Gwiezdne wojny” i reszta życia - Brian Jay Jones



GWIEZDNA SAGA LUCASA

 

Zacznę może od tego, że nie jestem fanem ani „Gwiezdnych Wojen”, ani tym bardziej samego George’a Lucasa. Jego opus magnum oglądałem wiele razy, lubię, ale nie znajduję w nim niczego szczególnego – ot rozrywka, jakich wiele. Ale to od niego zaczęło się tak zwane Kino Nowej Przygody (posiadające całe mnóstwo o wiele lepszych reprezentantów), a to ukochałem sobie w szczególności. Poza tym Lucas współtworzył jedną z moich ulubionych serii filmowych, „Indianę Jonesa”. Dlatego kiedy pojawiła się szansa na przeczytanie jego biografii, nie mogłem odmówić sobie tej przyjemności. I była to przyjemność wprost rewelacyjna, bo niniejsza książka to fascynująca opowieść o kinie i człowieku, który reprezentuje istotny kawałek jego historii.

 

Oto historia, jak z samych „Gwiezdnych Wojen”. Historia zwyczajnego chłopaka, jakich wielu, którego życie pewnego dnia zmienia się nie do poznania, a on sam staje się rozpoznawalny na całym świecie/w całej galaktyce. Luke Skywalker, najsłynniejszy bohater Lucasa, zostaje wyrwany ze swojej wioski i wyrusza na podbój kosmosu, zmagając się z siłami złego Imperium, tłamszącego ludzi. Sam Lucas natomiast opuszcza swoje miasto i wyrusza na podbój Hollywood, tocząc walkę z producentami i wytwórniami o uznanie jego wizji. W obu przypadkach zmagania kończą się sukcesem, ale droga do nich prowadząca usiana jest trudami, poświęceniem i… uporem.

 

Niezaprzeczalnie jest to znakomita książka. Brian Jay Jones, autor cenionych biografii Jima Hensona oraz Washingtona Irvinga, zabiera nas w świat jednego z najbardziej znanych reżyserów filmów SF. I robi to w rewelacyjny sposób. Jego opowieść to kompleksowa historia życia Lucasa, sięgająca wstecz, do jego przodków – którymi filmowiec zresztą się fascynował, z jednoczesnym rozczarowaniem brakiem solidnych korzeni, i wiodąca nas przez wszystkie te lata, aż po dzień dzisiejszy. W równej jednak mierze, co na życiu osobistym, skupia się na twórczości. Na kulisach kręcenia filmów. Czyli na tym, czego oczekiwałem i co przy okazji sprawiło mi największą radość. „Indiana Jones i atomowe mrówki”? Czternastolatka grająca Leię? Ekipa mająca łzy w oczach na widok dinozaurów? Ciekawostek, anegdot i intrygujących faktów nie brakuje. Bo Lucas to nie tylko twórca nowego gatunku kina, „Gwiezdnych Wojen” i kilku pomniejszych produkcji, których nikt nie kojarzy. To także – co już wspominałem – jeden z ojców Indiany Jonesa oraz człowiek, dzięki któremu narodziły się niesamowite efekty specjalne wielu filmów. Spojrzenie za ich kulisy to coś naprawdę wspaniałego.

 

Co więcej „Gwiezdne Wojny i reszta życia” to książka solidnych rozmiarów (licząca blisko 650 stron), oferuje więc całe mnóstwo ciekawego materiału, podanego w świetny, przystępny i wciągający sposób. Nawet dla absolutnych laików o kinie wiedzących tyle, ile zobaczą na wyświetlanym właśnie filmie. Dla nich – i dla wszystkich miłośników tematu – będzie to fascynująca wyprawa do świata po drugiej stronie ekranu. Świata Lucasa? Tak, ale  niezwykle uniwersalnego, jeśli chodzi o produkcję filmowych hitów.

 

Polecam zatem gorąco. Wspaniała, zajmująca i świetnie napisana rzecz. Do tego wzorowo wydana i to równocześnie ze światową premierą. Naprawdę warto!

 

I dziękuję wydawnictwu Wielka Litera za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.