wtorek, 31 stycznia 2017

Anihilacja, tom 1 - Keith Giffen, Dan Abnett, Andy Lanning, ScottKolins, Mitchell Breitweiser, Ariel Olivetti, Kev Walker



MARVEL NA SKRAJU ANIHILACJI



To będzie jeden z największych, jeśli nie największy event komiksowy tego roku. Może to śmiałe słowa zważywszy na fakt, że mamy dopiero końcówkę stycznia, nie mniej trzy tomowa „Anihilacja” zdecydowanie należy do najlepszych tego typu opowieści. Czy zyskała szczególną popularność? Nie słyszy się o niej zbyt wiele, ale jednocześnie to ona zapoczątkowała nowy etap w historii Marvela, nie angażując w swoje wydarzenia najważniejszych herosów wydawnictwa i otwierając przy tym drogę wielu małym bohaterom.



Wszystko rozpoczyna się jednak dość nietypowo, sceną jakby żywcem wyjętą z filmu „Obcy: Ósmy pasażer Nostromo”. Przez nasz układ słoneczny przelatuje transportowiec więzienny i jak się można z łatwością domyślić, rozbija się na naszej planecie. Jednakże jego pasażerowie nie są z tego powodu zachwyceni. Chociaż są mordercami i władają supermocami, Ziemia ma status wylęgarni mutantów i dziwadeł, lepiej więc nie natknąć się na tutejszych bohaterów. Ci, którym udaje się przeżyć katastrofę, postanawiają wykorzystać mieszkańców okolicznego miasta do zatarcia śladów zdarzenia i pomocy w powrocie. Jako pierwszą spotykają jednak buntowniczą dziewczynkę, która nie zaważa na niebezpieczeństwa. To właśnie ją, córkę alkoholiczki, dziecko nieprzystosowane i dziwne Drax Niszczyciel pomyli z zabitą przez Thanosa Heather. Oboje połączy specyficzna więź, szczególnie że współwięźniowie Draxa dalecy są od bycia jego przyjaciółmi, a mała Cammie wmiesza się w aferę przekraczającą jej pojmowanie…

Wkrótce po tych wydarzeniach dochodzi do prawdziwej apokalipsy. Na krawędzi wszechświata nieznana siła przedziera się przez krawędź, siejąc śmierć i zniszczenie. Nikt nie wie czym jest ani co stanowi jej cel. Korpus Nova przygotowuje się do obrony, ale nawet ich czeka zagłada. Z życiem uchodzi tylko pochodzący z Ziemi Richard Rider, który stając się powiernikiem xandariańskiego Wszechumysłu musi stanąć do walki z niszczącą wszystko falą anihilacji…
 

Ależ to jest dobre – te cztery słowa co chwilę pojawiały się w mojej głowie w trakcie lektury. Bo „Anihilacja” to nie typowy marvelowski event - nie spotyka się tu cała plejada gwiazd tego wydawnictwa, nie podważone zostają fundamenty postaci i świata - a komiks przełamujący reguły podobnych crossoverów, jednocześnie dość ściśle się ich trzymając. Grupa scenarzystów złożona z Keitha Giffena (twórcę znanego głównie z najlepszych opowieści o Lobo), Dana Abnetta („Imperatyw Thanosa”) i Andy’ego Lanninga („The Punisher: Year One”) podobnie jak grupa więźniów z początku albumu stara się trzymać jak najdalej od popularnych superherosów. Skupienie się najpierw na postaci sarkastycznej Cammi (jak tu nie polubić dziewczynki, która za bandą morderczych kosmitów krzyczy z wyrzutem: „Dzieciak w filmie dostał latający rower!”) a potem Richarda (niedoświadczonego, acz nadrabiającego talentem kosmicznego żołnierza) było strzałem w dziesiątkę. Nieważne czy scenerią jest mała mieścina na odludziu czy też port kosmiczny, zwyczajność tych bohaterów, taka swojskość wyczuwalna pomimo ich niezwykłości, dodają całości realizmu i emocji. Kiedy zaś na scenie pojawiają się Silver Surfer i Thanos są to jedynie krótkie występy. Wprawdzie postacie te w przyszłych tomach odegrają większe role, a do ich grona dołączy jeszcze Galactus, nie mniej nadal pozostaje to dalekie od marvelowskiego schematu i niesie dużo odświeżenia.



O czym warto jeszcze wspomnieć, to humor przesycający głownie pierwszą część albumu. Keith Giffen od zawsze tworzył zabawne, cięte opowieści, więc nawet kiedy jest krwawo i poważnie, potrafi wpleść w akcję jakiś dowcip. A co więcej takie wtrącenia wcale nie wydają się być nie na miejscu, doskonale pasując do całej reszty. Poza tym, kiedy tego trzeba, Giffen potrafi wzruszyć i poruszyć, powstrzymując się od charakterystycznego dla niego sarkazmu.
 

Graficznie pierwszy tom „Anihilacji” jest bardzo różnorodny. Zaczynając do realistycznie narysowanej przez Mitcha Breitweisera („Ultimate Fantastic Four”) czteroczęściowej opowieści o Draxie i Cammi, przez proste, przypominające prace z lat 90. XX wieku ilustracje „Prologu” w wykonaniu Scotta Kolinsa („The Flash”) i Ariela Olivettiego („Lobo/The Demon: Soul Brothers”), po „Novę” Keva Walkera („Marvel Zombies 3&4”) utrzymaną w stylu komiksu „Star Wars: Karmazynowe Imperium”. Wszystko to sprawia, że event, choć publikowany w latach 2005-2007, wydaje się jakby żywcem wyjęty z ostatniej dekady minionego stulecia. A to jeden z jego największych plusów, przynajmniej jeśli chodzi o grafikę. W tamtej epoce bowiem, mimo wszystkich ograniczeń, komiksy miały swój niezwykły charakter, nieco naiwny, nieco mroczny, okrzepły już trochę po rewolucji roku 1986 i badający nowe tereny, dostęp do których otworzyła im tzw. Mroczna Era. Coś wspaniałego.



Do tego mamy tradycyjnie znakomite wydanie, galerię szkiców, okładki w wykonaniu Gabriela Dell’Otto („Tajna Wojna”), informacje o postaciach pochodzące z bazy danych korpusu Nova… Minusy? Jeden zasadniczy – na kolejne dwa tomy (dużo grubsze od tego, na co już zacieram ręce) musimy poczekać kilka miesięcy. Ale jest na co. Dlatego też polecam gorąco!



A wydawnictwu Egmont składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Mój Kucyk Pony: Przyjaźń to magia, tom 7 - Katie Cook, Andy Price



SŁODKI, SŁODSZY, KUCYK!

 

Ta seria jest tak słodka, że można dostać od niej cukrzycy. Zawartość cukru w kucykach jest bowiem większa, niż w samym cukrze. Dodajcie do tego całą paletę soczystych, jaskrawych barw, rozmiękczającą serce mimikę i zniewalającą z nóg dawkę uroku połączonego z humorem i będziecie mieli jako takie pojęcie o tym, co „My Little Pony: Przyjaźń to magia” ma do zaoferowania. Ale pamiętajcie – Kucyki i tak nie raz Was zaskoczą!

 

W najnowszym, siódmym tomie ich przygód, znalazły się dwie krótsze opowieści. W pierwszej z nich, zatytułowanej „Dobry, zły i kucyki” nasze słodkie i urocze bohaterki wybierają się na dziki zachód. Co pchnęło je w drogę na tak niegościnne tereny? Wujeczny pradziadek Applejack, Chili Pepper, prowadzi w Center Creek Ranczo Bronco. A przynajmniej prowadził, bowiem dobrze prosperująca hodowla ostrych papryczek w chwili obecnej pozostaje bez nadzorcy, od kiedy Chili zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach. Applejack wraz z przyjaciółkami przybywa zająć się interesem i wyjaśnić całą sprawę. Na miejscu szybko okazuje się, że za zaginięciem wujecznego pradziadka pomarańczowej kucyczki może stać Longhorn, herszt terroryzujących miasto Rogatych Złodziei. Na nasze bohaterki czeka więc wiele przygód, niebezpieczeństw i… ostrych papryczek!

W drugiej opowieści, „Zemsta Everfree”, kucyki miło spędzają czas na pikniku, ale jak wiadomo wszystko ma swój kres. Sielankę przerywa spotkanie uciekającej Zecory, którą ścigają patykowilki. Wprawdzie nasze bohaterki szybko radzą sobie z tym zagrożeniem, ale Zecora przynosi złe wieści. Kiedy była w domu, zaatakowały ją cierniste pnącza, niszczące wszystko na swojej drodze. Las Everfree przegnał ją, a co gorsza pnącza zbliżają się teraz do Ponnyvile…

 


„Dzieci kwiaty”, tak zatytułowano drugi rozdział „Zemsty Everfree” i trzeba przyznać, że hasło to dobrze oddaje część klimatu, jaki panuje w Ponyville – klimatu barwnego, soczystego, pełnego natury i kwiecia, ale czasami także i nieco psychodelicznego. Przede wszystkim jednak panuje tutaj dobry humor i humor także seria bardzo dobrze poprawia. Te dowcipy, te żarty, ta mimika… Dziecięcy odbiorcy otrzymują tutaj dużo przygód, dobrej zabawy i szybkiej akcji, starsi czytelnicy znajdą mnóstwo tzw. easter eggów, stanowiących puszczanie oka dla znających filmy, książki, komiksy czy ogólnie pojmowaną popkulturę. Wyłapywanie tych smaczków to jedna z najlepszych rzeczy, jakie mają do zaoferowania „My Little Pony”, ale przecież nie jedyna, o czym mam nadzieję przekonałem Was powyżej.

 

Rysunki w komiksie są oczywiście takie, jak jego treść. Słodkie, obłe i urocze. Wspomniana już mimika potrafi rozbroić, a easter eggi kryją się także w detalach tła. Wprawdzie mniej jest ich w tym tomie, ale zabawa nadal jest znakomita i warta polecenia zarówno dużym, jak i małym. Dlatego też jeśli lubicie cukierkowo słodką, ale wcale przy tym nie głupią i dobrze podaną zabawę, na pewno się nie zawiedziecie. Sięgnijcie więc.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Evna - Siri Pettersen



FINAŁ DZIECKA ODYNA

 

Kiedy pół roku temu w moje ręce trafiło „Dziecko Odyna”, pierwszy tom skandynawskiej trylogii „Krucze pierścienie” podchodziłem do niego z umiarkowanym entuzjazmem. Ot kolejna seria fantasy, myślałem i tak też po części było, jednakże z czasem zacząłem wciągać się w opowieść o Hirce, a wraz z lekturą drugiej części musiałem przyznać, że to rzeczywiście jest dobre. Nawet bardzo. Teraz nadszedł czas na wielki finał naprawdę udanej trylogii, łączącej w sobie fantasy (także w odmianie urban), science fiction oraz nutę horroru.

 

Dla Hirki nadszedł czas wielkich wyzwań. Wyrusza do ziemi martwo urodzonych, by zapewnić pokój między krainami, mając jednocześnie nadzieję, iż uda się jej ocalić także Rimego. Jednakże niezaspokojony głód Evny (energii, z której czerpać potrafią mieszkańcy Ym, wzmagając swoje zdolności) oraz pragnienie walki jakie wykazują martwi, w połączeniu z pełną dumy dzikością nie zwiastuje zażegnania kryzysu. Konflikt wisi w powietrzu i chyba nie ma najmniejszych szans na jego zażegnanie.

Tymczasem Rime powraca ze świata ludzi, świadomy zagrożenia w postaci nadchodzącej wojny. Czy uda mu się zrobić cokolwiek po chaosie, jaki sam rozpętał? I do czego to wszystko doprowadzi?

 

Sytuacja w jakiej znaleźli się bohaterowie wydaje się zmierzać do ostatecznej tragedii – a obranie jej za punkt wyjścia finałowego tomu „Kruczych pierścieni” to dobre rozwiązanie. Wydawać by się jednak mogło, że takie bezpośrednie wrzucenie nas w sam środek akcji już od pierwszych stron sprawi, że szybkie tempo zdominuje opowieść. Na szczęście przez pierwsze rozdziały w rzeczywistości dzieje się niewiele. Wraz z bohaterami oczekujemy na nieuniknione i konsekwencje ich wyborów i czynów. Czy cala opowieść ma szansę skończyć się dobrze? Przekonajcie się sami, jeśli dobrze bawiliście się czytając „Dziecko Odyna” i „Zgniliznę” będziecie usatysfakcjonowani.

 

Siri Pettersen, norweska pisarka, która swoja karierę można rzec zaczęła od wygrania konkursu na komiks, w „Kruczych pierścieniach” stworzyła ciekawy świat, splatający się z naszym, pełen przygód, niebezpieczeństw, jasno sprecyzowanych zasad i kultury oraz polityki/religii. Wszystko to razem zebrane tworzy smakowity literacki kolaż, który warto poznać. Pettersen jest wprawdzie debiutancką, jednakże jej trylogia o Hirce to naprawdę udane fantasy, wyróżniające się na tle całej masy współczesnych utworów z tego gatunku i optymistycznie nastrajające na przyszłe prace autorki.

 

Podsumowując: polecam gorąco. „Krucze pierścienie” to opowieść, która usatysfakcjonuje miłośników dobrze skrojonej, napisanej z talentem fantastyki. Ma w sobie pewną dojrzałość, ma też młodzieńczą zuchwałość, lekkość łączy z powagą tak, jak skandynawską kulturę i tradycję łączy z nowoczesnością i gatunkowymi prawidłami. Sięgnijcie, bo warto.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Rebis za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

poniedziałek, 30 stycznia 2017

2001: Odyseja kosmiczna (słuchowisko) - Arthur C. Clarke



ODYSEJA DŹWIĘKOWA

 

Chyba nie ma człowieka, który nie słyszał o „2001: Odysei kosmicznej”. Legendarne już dzieło Arthura C. Clarka, rozsławione dodatkowo przez kultowy film Stanleya Kubricka to jedna z lektur obowiązkowych dla miłośników fantastyki i jednocześnie utwór, który przeszedł do historii literatury. Teraz, niemal 50 lat po swojej, premierze, mamy okazję posłuchać go w formie znakomitego słuchowiska, ożywiającego klasyczną powieść dla naszych uszu.

 

Co łączy prehistoryczne czasy naszej planety z rokiem 1999? Wydawałoby się, że niewiele, a jednak istnieje taka rzecz. Tajemniczy monolit u zarania dziejów stał się siłą napędową zmian, bowiem za jego sprawą nasi przodkowie zaczęli używać pierwszych narzędzi, teraz, u progu XXI wieku zostaje on odnaleziony na księżycu. Czym jest? Czemu służy? Kiedy zaczyna wysyłać sygnał radiowy w kierunku jednego z księżyców Saturna, ziemska ekspedycja wyrusza tam na pokładzie statku „Discovery One” sterowanego przez sztuczną inteligencję HAL 9000. Prawdziwy cel misji, odysei, pozostaje jednak tajemnicą pilnie strzeżoną przed astronautami…

 

„Odyseja kosmiczna” to jedna z powieści, które niesamowicie rozpalają wyobraźnię. Intrygująca zagadka monolitu, ciekawy wątek trudnej wyprawy muszącej mierzyć się z tajemnicami i sztuczną inteligencją (motyw ten wykorzystywano potem niezliczoną ilość razy, choćby w „Obcy: Ósmy pasażer Nostromo”), a wreszcie kwestie o wiele głębsze, skłaniające do myślenia i ukazujące ambitny zamysł autora. Do tego dochodzi także znakomita strona techniczna wyprzedzające swoje czasy; pamiętajmy o tym, że Arthur C. Clarke był pomysłodawcą wielu współcześnie używanych w kosmonautyce koncepcji, w tym stacji orbitalnych. To, o czym pisze przekonuje więc, trafia w sedno i intryguje do samego końca. Po finale natomiast pozostaje uczucie niedosytu i ochota na kolejne trzy powieści z serii.

 

Wracając jednak do adaptacji audio, „Odyseja kosmiczna” została wykonana wzorowo i z szacunkiem. Wprawdzie, jak informuje wydawca, z powodów licencyjnych nie można było wykorzystać w niej dodatkowych efektów dźwiękowych, nie mniej ani nie rzuca się to w oczy, ani nie zaburza przyjemności płynącej ze słuchania. Powieść została nagrana z rozpisaniem ról na różnych aktorów, do tego dochodzi narrator w postaci niezapomnianej Krystyny Czubówny, a wreszcie znakomita muzyka podkreślająca emocje utworu. A wszystko to przygotowane profesjonalnie i z pełnym zaangażowaniem. W skrócie: znakomite słuchowisko.

 

Dlatego też jeśli lubicie audiobooki, a fantastyka nie jest obcym Wam gatunkiem, polecam gorąco. Na pewno się nie zawiedziecie, a zabawa, jaką oferuje „Odyseja kosmiczna” wciągnie Was na wiele długich godzin. Warto dać jej ku temu okazję.

 

A ja na koniec dziękuję Audiotece za udostępnienie mi słuchowiska do recenzji.

https://youtu.be/V1hq9YOyqAg

Latający Smerf - Peyo



SMERFNE OPOWIEŚCI NIE TYLKO O LATANIU

 

„Smerfy” tworzone przez Peyo składały się zarówno z długich albumów, jak również krótkich, najczęściej jednostronicowych humorystycznych historyjek. Kontynuatorzy jego spuścizny dotychczas prezentowali nam pełnoprawne tomy z ich przygodami, teraz nadszedł jednak czas na powrót smerfnych miniatur i to w wykonaniu samego Peyo – w skrócie ojciec Smerfów powraca w niewydanym dotychczas po polsku albumie!

 

W tytułowym „Latającym Smerfie” nasz marzący o podniebnych przygodach niebieski bohater wpada w końcu na pomysł jak może wzbić się w powietrze. Razem z Pracusiem buduje pierwszy w historii Smerfolot i odrywa od ziemi. Jednak zirytowana hałasem Smerfetka wybiera się w głąb lasu i pada ofiarą Gagamela. Teraz tylko Latający Smerf może ją ocalić…

Zaraz potem poznamy „Łakomstwo Smerfów”, które zamierza wykorzystać nie kto inny, jak Gargamel. Stworzone przez niego ciasto nie tylko kusi, ale zmienia niebieskie stworki w kamień, a odwieczny wróg zabiera je by przygotować z nich wymarzoną zupę. Co może im pomóc w tak ciężkiej sytuacji?

A co by było gdyby w wiosce smerfów pojawił się tajemniczy „Smerf w masce”, który rzucałby w bohaterów tartami? Przed odkryciem jego tożsamości i motywu stają nasze dzielnie niebieskie stworki. Czy im się uda?

W historii „Szczeniak u Smerfów” w wiosce pojawia się kolejny dziwny gość. Po wieczornej strasznej opowieści Papy Smerfa mieszkańcy obawiają się, że może być to smok. Jest nim jednak nie kto inny, jak Szczeniak czarodzieja Omnibusa. Co tutaj robi? To trzeba wyjaśnić.

Na koniec pozostają „Żarty Zgrywusa”. A właściwie potrzeba ich powstrzymania. Smerfy mają bowiem serdecznie dość jego wybuchowych paczek. Czy jednak Zgrywus będzie w stanie powstrzymać się od płatania kolejnych, nikogo nieśmieszących już figli?

 


„Smerfy” tworzone przez kontynuatorów Peyo (wśród których nie zabrakło także jego syna) nie były może tym samym, co komiksy jego autorstwa, nie mniej nadal dostarczały dużo dobrej zabawy. Teraz jednak znów mamy okazję przeczytać dawne komiksy oryginalnego twórcy, a pięć zebranych tu opowieści dostarcza kilku chwil przyjemnej, niezobowiązującej rozrywki z morałem. Jest humor, są przygody, jest także baśniowy klimat, ale przede wszystkim są one – Smerfy, które zachowały swoje charaktery.

 

I są też rysunki. Klasyczne, cartoonowe, znakomite. Na tym polu nowe komiksy nic się nie zmieniły. Nie poszły drogą filmów kinowych, nie szukały uwspółcześnienia, nawet ich kolor pozostał tradycyjny, tak samo jak metody wykonania, ale to właśnie Peyo robił to najlepiej. Dla oczu to wielka przyjemność, trącająca sentymentalną nutę w sercach czytelników na Smerfach wychowanych i intrygująca nowych odbiorców.

 

Dlatego też polecam gorąco. „Smerfy” tradycyjnie nie zawodzą. A na przyszłość pozostaje mieć nadzieję, że oprócz kontynuowania ich przygód Egmont pokusi się o więcej klasyki Peya, warto by nowe pokolenia poznały te nieśmiertelne komiksy, które po dziś dzień pozostają rewelacyjnymi historiami.

 

Ja natomiast dziękuję jeszcze wydawnictwu Egmont za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

The Superior Spider-Man: Superior Venom - Dan Slott, Christos Gage, Humberto Ramos, Javier Rodriguez i Marcos Martin



NOWY, LEPSZY VENOM

 

Szósta część ”Superior Spider-Mana” to nie tylko najgrubszy z dotychczasowych, ale przede wszystkim jeden z najlepszych tomów serii. Dzieje się tu dużo, dotychczasowe wątki otrzymują swoje rozwinięcie, pojawiają się też nowe, a jakby tego było małą wszystko zdaje się kumulować w jednym konkretnym momencie. Dodatkowo na scenę powraca… nie, tego Wam nie zdradzę, to już musicie przeczytać sami, ale jeśli dobrze bawiliście się przy poprzednich albumach, na pewno nie pożałujecie!

 

W trakcie rutynowej kontroli sytuacji w mieście arachnauci zauważają, że niedaleko doków Crime-Master i jego ludzie walczą z… Venomem. Tymczasem Peter ma powody do świętowania. Otworzył właśnie Parker Industries, plany na przyszłość ma rozległe, imponujące i jasno sprecyzowane, udaje mu się także pomóc cioci May, a nade wszystko jego związek z Anną-Marią Marconi wkracza na nowy etap, więc zamierza przedstawić ją swoim bliskim. Powiadomiony jednak o walce agenta Venoma, wkracza do akcji, nieświadomy że symbiont nie tylko nie stanowi już zagrożenia, ale stoi po stronie dobra. Ich pojedynek to jednak ledwie wstęp do nowego, lepszego Venoma. W międzyczasie na scenę wracają MJ i Cardiac, Yuri stara się dowiedzieć, co stało się z uprowadzoną przez Gobliny Carlie, w mieście pojawia się nowy Goblin, a także Avengers oraz pałający rządzą zemsty na Spider-Manie Blackout!

 

Jak więc widać w tym szóstym, znacznie pogrubionym tomie, dzieje się dużo, akcja nie zwalnia ani na chwilę, ale nie jest to tylko akcja dla samej akcji. Owszem miłośnicy demolki, wybuchów i pojedynków będą usatysfakcjonowani, nie mniej dla fanów Pająka nie zabrakło bardziej stonowanych, sentymentalnych momentów. I szczypty humoru, bez którego przygody Spider-Mana nie mogłyby się obejść. W tym wszystkim najlepiej wypadają sceny, których nie chcę Wam zdradzać, sięgające bardzo w głąb przeszłości, do samych początków serii. Cała reszta trzyma jednak dobry poziom i dostarcza konkretnej porcji udanej rozrywki.

 


I bardzo dobrze przy tym narysowanej. Chociaż Humberto Ramos zbiera różne opinie, dla mnie jest najjaśniejszą gwiazdą „Superior Spider-Mana”, łączącą w sobie szkołę meksykańską (hiszpańską? zwrócicie uwagę na podobieństwo stylu Francisco Herrery), amerykańską i lekko mangowe klimaty. Nie jest on jednak jednym autorem odpowiedzialnym za stronę graficzną tego tomu. Obok niego scenariusze Slotta i Gage’a ilustrują także Javier Rodríguez („Daredevil volume 3 i 4”, „Batgirl: Year One”) oraz zdobywca nagrody Eisnera Marcos Martin („Captain America volume 5”, „Daredevil volume 3”). Ogląda się to wszystko tak, jak się czyta – bardzo dobrze. Nawet kiedy wszyscy trzej na raz tworzą jeden tylko zeszyt.

 

Dlatego też polecam Wam gorąco zarówno ten tom, jak i wszystkie pozostałe. „Superior Spider-Man” to obok „All New X-Men” i „Uncanny X-Men” najlepsza seria jaką w ramach „Marvel Now” wydaje Egmont. Warto jest ją śledzić i aż szkoda, że kolejny tom będzie ostatnim. Pozostaje jednak mieć nadzieję, że wydawnictwo pójdzie za ciosem i jeszcze w tym roku ujrzymy na księgarskich półkach „Amazing Spider-Man volume 3”, bezpośrednią kontynuację „Superiora…”; opowiedziana tam fabuła „Spider-Verse” to jedna z najlepszych pajęczych historii ostatnich lat.

 

A na koniec dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Niesamowite 1000x połącz kropki. Superbohaterowie Marvela - Thomas Pavitte



MARVEL W PUNKT TRAFIONY

 

Po serii pozycji „1000x połącz kropki” poświęconych arcydziełom sztuki, miastom i zwierzętom, wydawnictwu Insignis sięgnęło po kolejne dzieła mistrza gatunku. Tym razem Thomas Pavitte przygotował prawdziwą ucztę dla fanów komiksów – dwa tomy przeznaczone tylko dla bohaterów Marvela. W pierwszym z nich znajdujemy dwadzieścia grafik ze Spider-Mana, drugi zabiera nas w świat superherosów, gwarantując wiele godzin wciągającej zabawy dla dorosłych wciąż posiadających w sobie coś z dziecka.

 

Kapitan Ameryka, Hulk, Wolverine, Iron-Man, Spider-Man i inni powracają by zaprezentować się nam w pełnej okazałości na reprodukcjach plansz znanych artystów, które teraz sami możemy przywołać do życia jedynie za sprawą pociągnięć ołówkiem, cienkopisem, mazakiem czy kredką. Thor (również w wersji kobiecej), Daredevil, Czarna Wdowa, Miss Marvel, nawet mniej znana w Polsce Squirrel Girl – wszyscy oni są tutaj. A gdzieś pomiędzy czai się prawdziwa Wojna Bohaterów – liczący 1500 kropek plakat przedstawiający pojedynek Iron Mana z Kapitanem Ameryką. Gotowi?

 

„Niesamowite 1000x połącz kropki. Superbohaterowie Marvela” i „1000x połącz kropki. Spider-Man” Thomasa Pavitte to pozycja, można chyba tak powiedzieć, w punkt trafione. Szczególnie jeśli będąc fanem komiksu jednocześnie lubi się modne w ostatnich latach, kreatywne i w pewnym sensie antystresowe zabawy dla dorosłych. Oczywiście hasło „dla dorosłych” nie oznacza tutaj ani erotyki, ani brutalności – chodzi jedynie o maksymalne skomplikowanie przedstawionych ilustracji. Każda z nich, formatu A3 (poza wspomnianym plakatem posiadającym dwa razy większe wymiary) składa się z 1000 kropek, które trzeba ze sobą połączyć. Co więcej kropki często są gęsto rozlokowane, ich szukanie niekiedy jest wyzwaniem samym w sobie, a sporządzenie jednego rysunku zajmuje średnio około godziny. Są oczywiście prace prostsze (tu mam na myśli np. Deadpoola), są jednak także naprawdę fascynujące skomplikowaniem – jak choćby chyba najlepsza z zawartych tutaj ilustracji przedstawiająca Storm z drużyny X-Men.

 


Oczywiście zawarte rysunki nie są byle jakimi pracami, tylko reprodukcjami dzieł znanych i cenionych artystów takich, jak Oliver Coipel, Adi Granov, J.G. Jones, Jack Kirby czy Joe Quesada. Zabawa z odtwarzaniem ich jest więc przednia i przywołuje konkretne wspomnienia, jeśli zna się oryginały. I nie ma znaczenia, jeśli czasem pomyli nam się jakaś kropka, stopień skomplikowania rysunków sprawia, że nie psuje ich drobny błąd. A kiedy skończymy, całość można pokolorować, wyrwać i powiesić na ścianie jako plakat.

 

Podsumowując: warto. „1000x połącz kropki” to znakomita i wciągająca zabawa, świetnie wydana i dostarczająca wiele radości. Oby więcej takich pozycji ukazywało się na naszym rynku. Rzeczy, które każdy z nas chciałby odtworzyć w taki sposób jest naprawdę mnóstwo, więc artyści pokroju Pavitte’a mają wielkie pole do popisu. Póki co cieszmy się tym, co mamy, a naprawdę jest czym. Polecam bardzo gorąco.

 

A wydawnictwu Insignis dziękuję za udostępnienia mi egzemplarza do recenzji.


Użyte powyżej grafiki pochodzą z książki, wykonała je zaś moja lepsza połowa, Agnieszka :)

sobota, 28 stycznia 2017

1000x połącz kropki. Spider-Man - Thomas Pavitte



TRAFIŁEŚ W DZIESIĄTKĘ, THOMAS

 

Połącz kropki to zabawa, jaką każdy z nas zna z dzieciństwa. Magazyny dla najmłodszych pełne były podobnych propozycji, ale kilka, kilkanaście lat temu chyba nikt nie potrafił wykorzystać ich pełnego potencjału. Wszystko zmieniła jednak moda na przenoszenie dziecięcych zabaw w świat dorosłych, poprzez nadanie im nowej, o wiele bardziej złożonej i wymagającej formy. Tak powstały słynne kolorowanki antystresowe oraz właśnie łączenie punktów, w których kreowaniu mistrzostwo osiągnął Thomas Pavitte. Teraz autor m.in. rewelacyjnej pozycji „1000x połącz kropki. Arcydzieła” powraca z dwoma kolejnymi książkami z serii, zabierając odbiorców do barwnego świata komiksów Marvela i poświęcając jedną z nich postaci Spider-Mana. Dla fanów to niesamowita okazja do kreatywnej i wciągającej zabawy, o czym będą mogli się przekonać już 1 lutego, kiedy obie pozycje trafią na sklepowe półki.

 

Kim jest Spider-Man chyba nikomu nie trzeba mówić, w tym przypadku mamy bowiem do czynienia z jedną z najsłynniejszych postaci komiksowych, nie mniej dla formalności przypomnę kilka faktów. Zacznijmy od tego, że pod kostiumem w dużym uproszczeniu kryje się neurotyczny chłopak, Peter Parker, który po ugryzieniu przez napromieniowanego pająka zdobył niezwykłą siłę, ostrzegający go przed kłopotami zmył i zdolność wspinania się po ścianach. Swoje nowe moce poświęcił niesieniu pomocy potrzebującym, przy okazji na jego drodze stanęła cała plejada superłotrów, takich jak Doc Ock, Kraven łowca czy Elektro oraz wcale nie mniej przyjaciół. I jest też miłość w postaci ukochanej Petera, rudowłosej, zadziornej MJ. My natomiast dostajemy szansę ożywienia dwudziestki postaci znanych z łam serii.

 

W sierpniu tego roku Spider-Man będzie świętował 55-lecie swojego istnienia. Wśród całkiem sporej ilości komiksów, jaka zagości z tym bohaterem na naszym rynku w najbliższym czasie warto także zwrócić uwagę na nieco odmienne pozycje. „1000z połącz kropki” jest jedną z nich, niesamowicie ciekawą i wciągającą. Prosta z założenia zabawa w łączenie punktów do uzyskania konkretnego obrazka wkracza tutaj w nowy wymiar. Każdy rysunek stworzony przez Thomasa Pavitte’a składa się z tytułowych 1000 kropek (natomiast rozkładany plakat z walką Spider-Mana z Doc Ockiem z 1500), a jego przygotowanie zajmuje około godziny. Do tego kiedy już się usiądzie do rysowania, trudno jest się oderwać. Szczególnie, że ilustracje zaprezentowane na stronach formatu A3 wyglądają naprawdę znakomicie, a skończone śmiało możemy pokolorować i potraktować jako postery.

 


Jakie postacie znalazły się na nich? Pavitte inspirując się pracami wielu artystów, jacy tworzyli serię na przestrzeni ponad pięciu dekad (od Johna Romity Sr. przez Marka Bagleya po znanego obecnie z „Superior Spider-Mana” Giuseppe Camuncoliego), przenosi za sprawą kropek zarówno bohaterów klasycznych, jak i jeszcze w Polsce nieznanych. Tych pierwszych reprezentują choćby MJ (kultowa scena „Trafiłeś w dziesiątkę, Tygrysie”), Kraven, Elektro czy Venom. Z nieco późniejszych zeszytów otrzymujemy Carnage’a (wersja Claytona Carina), Kaine’a czy Spider-Woman (aktualna wersja ze zmienionym kostiumem), a z absolutnych nowości Silk (pojawi się w volume 3 „Amazing Spider-Mana”), Spider-Gwen i Milesa Moralesa, aktualnego Spider-Mana ze świata Ultimate. Jak widać jest w czym wybierać.

 

Całość tradycyjnie została świetnie wydana. Duży format, dobrej jakości papier, reprodukcje gotowych ilustracji z tyłu, wprowadzenie, porady… Znakomita propozycja. Dlatego też polecam ją gorąco Waszej uwadze.

 

A wydawnictwu Insignis dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

 


W recenzji wykorzystano jeden z rysunków z publikacji  w moim wykonaniu.

piątek, 27 stycznia 2017

Superman: Ostatni syn Kryptona - Geoff Johns, Richard Donner, Kurt Busiek, Fabian Nicieza, Jerry Siegel, Adam Kubert, Renato Guedes i Joe Shuster



NOWY SYN KRYPTONA

 

Dwunasty tom kolekcji WKKDC zabiera nas w bardzo sentymentalną podróż do świata Supermana. Z jednej strony otrzymujemy ciekawą opowieść, w której pod opiekę Człowieka ze stali trafia dziecko o identycznych mocach, najwyraźniej pochodzące z Kryptona, z drugiej nad fabułą współpracował twórca kinowych adaptacji przygód naszego herosa, nasycając ją odwołaniami do drugiego filmu. Do tego dochodzą dodatki – przedruki genezy powstania bohatera z czerwonym „S” na piersi pochodzące zarówno z „Action Comics #1” jak również „Superman #1”. Czyli to, co miłośnicy komiksów lubią najbardziej.

 

Zacznijmy jednak od treści. Pewnego dnia w Metropolis rozbija się statek kosmiczny z dzieckiem na pokładzie. Chłopiec dysponuje takimi samymi mocami, jak Superman, czyżby zatem pochodził z Kryptona? A jeśli tak: jak to możliwe? Rząd chce zagarnąć dziecko dla siebie, Clark Kent zamierza wychować je jak własnego syna – szczególnie, że sam nie może posiadać potomstwa z Lois. Problemy narastają, kiedy na Ziemię przybywają kolejne statki, a w nich osobnicy o wiele mniej przyjaźnie nastawieni: więźniowie z rodzimej planety Supermana, którzy dysponując supersiłą chcą przejąć kontrolę nad naszym światem…

 

Fabułę tutaj zaprezentowaną znamy doskonale z filmów o Supermanie. I to jednocześnie jest największym jej plusem, jak i minusem. Plusem, bowiem odwołania, sentymentalna nuta i poprawienie dość infantylnego scenariusza kinowego sprawdzają się naprawdę znakomicie, szczególnie że Geoff Johns połączył tutaj siły z Richardem Donnerem – swoim mentorem, u którego pracował niegdyś na planie. Mamy nawet takie smaczki, jak nazwanie tajemniczego chłopca imieniem Christopher oraz odpowiedź na pytanie „czy Supek mógłby zapłodnić Ziemiankę”. Niestety największą wadą jest fakt, że to wszystko już było, a Johns, znakomity zresztą pisarz („Flashpoint”) nie przekształcił treści w nic wielkiego ani zaskakującego. Jest sprawnie poprowadzana akcja, nieco humoru, kilka udanych sekwencji (Superman łączący siły z Lexem), galeria znanych postaci, demolka, ale mamy też patos, powtórkowość i wiele oczywistości. Co zabawne najciekawiej wypada bonusowa opowiastka z Christopherem, napisana przez Kurta Busieka, w której Superman zabiera swoich bliskich na fascynującą planetę. Zwyczajność tej historii i świeżość zaskakują, chociaż pozornie nie ma tu nic ponad odkrywanie uroków obcego świata i przygotowywanie pikniku.

 


Graficznie Andy Kubert trzyma poziom, nie mniej jest to jedna z najbardziej niechlujnie narysowanych przez niego opowieści. Czasem bywa nierówno, szczególnie pod względem koloru, ale ogląda się ją przyjemnie, a tła i detale wypadają znakomicie. Pozytywnie zaskoczył mnie natomiast Renato Guedes. Jego ilustracje do dodatkowej opowieści z miejsca mnie zawiodły, ale kiedy przyjrzałem się im bliżej, urzekły mnie. Czysta linia, praktyczny brak czerni, realizm, detale – naprawdę dobra robota.

 

Same dodatki jednak budzą więcej kontrowersji. Przedruk „Supermana #1” jest pomysłem trafionym, jednak z 64 stron dostajemy tylko 6. Fabuła się więc urywa trochę bez sensu: dostajemy genezę bohatera, jego próby znalezienia pracy reportera i akcję z tym związaną i przed jej zakończeniem przechodzimy już do stron z wyjaśnieniami mocy Supka z tego samego zeszytu, jak i „Action Comics #1” (gdzie zadebiutowała postać). Nie mniej szansa przeczytania klasyki ze złotej ery komiksu to coś wspaniałego mimo drobnych błędów. Do tego dostajemy galerię okładek i zbędne moim zdaniem przybliżenie historii postaci – fakty tu zawarte czytaliśmy w samej głównej opowieści, więc można by te strony lepiej spożytkować.

 

Tak czy inaczej polecam. „Ostatni syn…” nie powala wprawdzie na kolana (w sumie ta postać nigdy szczególnie mnie nie kręciła, więc może dlatego, chociaż znam przecież komiksy o nielubianych bohaterach, które mnie zachwyciły), ale zapewnia sporo niezłej, sentymentalnej rozrywki. Warto więc po nią sięgnąć w oczekiwaniu na chyba najlepszy komiks o Supermanie z WKKDC, „Człowieka ze stali”, który już w maju trafi na sklepowe półki.

wtorek, 24 stycznia 2017

Sherlock, Lupin i ja, tom 3: Tajemnica szkarłatnej róży - Irene Adler (Alessandro Gatti)



TRÓJKA PRZYJACIÓŁ NA TROPIE

 

Seria „Sherlock, Lupin i ja” to zdecydowanie jeden z najciekawszych spin-offów legendarnej opowieści Arthura Conan Doyle’a, jaki powstał. Przeznaczony dla młodzieży, owszem, ale dający wiele satysfakcji także dorosłym czytelnikom. Tym bardziej szkoda, że z piętnasty istniejących tomów po polsku ukazały się jak dotąd trzy i nic nie wskazuje na to, by kolejne pojawiły się szybko. Ale z drugiej strony mamy przynajmniej te trzy i jest się z czego cieszyć, bo to urocza i ciekawa lektura, dostarczająca wielu miłych przeżyć.

 

Grudzień roku 1870. Irene Adler uciekając z mamą przed wojenną zawieruchą osiadła w Londynie, w którym obie powoli zaczynają się odnajdywać. Dla nastoletniej dziewczynki to miasto jest najlepszym z możliwych miejsc, w które mogła trafić, mieszka tutaj bowiem jej przyjaciel Sherlock Holmes i oboje mogą spędzać ze sobą czas. Do pełni ich paczki brakuje tylko Lupina, chłopiec jednak wędruje wraz z cyrkiem po całym świecie. Na szczęście i on przybywa do stolicy w ten świąteczny czas, który tak ujmuje Irene, a drażni Holmesa. Czy tym razem ich trio będzie wolne od zagadek i niebezpieczeństw? Ani trochę! najpierw w „Timesie” pojawia się dziwna zagadka szachowa, a już następnego dnia dochodzi do zabójstwa handlarza. Zwykła zbrodnia? Może i by tak było, gdyby nie jeden prosty fakt – na biurku ofiary znaleziona zostaje róża, symbol działającej przed dwoma dekadami grupy przestępczej. Czyżby powrócili? Któż inny może się tego dowiedzieć, jak nie Sherlock, Lupin i Irene!

 

Trzeci tom dzieła duetu Alessandro Gatti/Pierdomenico Baccalario, tak jak poprzednie, nie zawodzi. Pomysł na odświeżenie przygód Sherlocka Holmesa i podanie ich młodym odbiorcom był prosty, acz w swej prostocie znakomity. Oto bierzemy najsłynniejszego detektywa świata, ale jako nastolatka, stawiamy na drodze najważniejszą kobietę jego życia (która w oryginalnych historiach pojawiła się tylko raz, a potem została jeszcze ledwie kilka razy wspomniana), czyniąc z nich przyjaciół, a na koniec dodajemy słynnego przestępcę dżentelmena, Arsèna Lupina z czasów, kiedy jeszcze nie był złoczyńcą i każemy im rozwiązywać nietypowe zagadki w scenerii wiktoriańskiej Anglii. W tle dla dodania smaku i realizmu zamieszczamy odniesienia historyczne i porcję odwołań do klasyki i mamy gotową znakomitą serię. Serię, którą czyta się lekko, przyjemnie, z ciekawością i zaskoczeniem. Serię, która spodoba się młodszej młodzieży, ale także i dorosłym kochającym Sherlocka. Znakomita propozycja.

 

Do tego dochodzi także świetne wydanie. Ładnie stylizowane, z doskonałymi ilustracjami imitującymi ryte grafiki z epoki i takimi drobiazgami, jak odrobinę rozmazane literki blurba, jakby wytarte czasem i niezliczonymi palcami, które je czytały oraz reklamy i mapy z XIX wieku. Wszystko to składa się na naprawdę ciekawą pozycję, wartą poznania i to nie tylko jako jednorazowej przygody. Polecam ją zatem Waszej uwadze.

 

A wydawnictwu Zielona Sowa dziękuję serdecznie za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Totalnie nie nostalgia. Memuar - Jacek Frąś, Wanda Hagedorn



POKOLENIE J-23

 

Z takim żartobliwym acz trafnym przecież określeniem pokolenia rodziców współczesnych trzydziestolatków spotkałem się kilka lat temu w jakimiś dowcipie rysunkowym. Pasuje ono jednak idealnie do podsumowania treści niniejszej powieści graficznej. „Totalnie nie nostalgia” bowiem to wspomnienia z dzieciństwa przypadającego na lata 60. ubiegłego wieku. Ale też rozliczenie z przeszłością. Sesja autoterapii znakomicie zilustrowana przez Jacka Frąsia.

 

Czasy współczesne. Wanda Hagedorn jest dojrzałą kobietą o jasno sprecyzowanych poglądach na równouprawnienie kobiet, żyjącą można rzec na obczyźnie. Uciekła od przeszłości, ale zamierza się z nią zmierzyć poprzez napisanie memuaru. Niestety próby dokonania tego stara się jednocześnie jak najbardziej odsunąć w czasie, aż w końcu nadchodzi właściwa chwila. Mimo protestów matki, wspierana przez siostry, zaczyna pisać. I wraca wspomnieniami do czasów, kiedy miała 11 lat. Do szarego dzieciństwa, dzieciństwa brudnego i pełnego narzucanych zewsząd ograniczeń, które na zawsze odcisnęło na niej swoje piętno…

 

Twórczość Jacka Frąsia poznałem dobrych piętnaście lat temu, kiedy swoją „Kaczką” wywarł na mnie wielkie wrażenie. Dlaczego zamiast jak zwykle najpierw napisać kilka słów o scenarzystce, zaczynam od razu od rysownika, nietrudno się domyślić. To właśnie Frąś jest prawdziwą – i chyba jedyną - gwiazdą tego albumu. Jego proste, mające za nic perspektywę ilustracje z miejsca przykuwają uwagę, urzekają i zachwycają. Czasem są niechlujne, czasem bardzo rozbudowane, łączą w sobie autentyczne materiały z okresu, kreskę zahaczającą czasem o mangowe klimaty i utrzymaną w szarych, wyblakłych barwach kolorystykę. To one budują specyficzny klimat, który potrafi sięgać zarówno do dziecięcej fantazji, jak i brutalnej (również w dosłownym rozumieniu tego słowa) codzienności.

 


Fabuła jest niezła. Wanda Hagedorn stworzyła biograficzną sesję autoterapii, ciekawą psychologicznie i odważną. Porusza tutaj tematy kontrowersyjne (choćby budzenie się jej seksualności i pierwsze doświadczenia z tym związane), niewygodne, ale osobiste – doceniam, choć nie ze wszystkimi się zgadzam. Prowadzi nas przez swoje młode lata, ukazuje Wandzię, która religię pojmuje w sposób mylny, a obłudę represyjnego systemu widzi na każdym kroku. Ukazuje problemy rodzinne, nieudany mezalians jej rodziców i specyfikę życia w peerelowskim Szczecinie, gdzie niemieckie „korzenie” spotykało się na każdym kroku, szczególnie kiedy było się członkiem rodziny domeldowanej do mieszkania „Niemry”. Znamy ten świat z barwnych interpretacji Barei, tu spoglądamy na jego wersję odartą z kolorów – może czasem aż nazbyt, ale to tło właśnie jest w fabule najciekawszą rzeczą.

 

„Totalnie nie nostalgia” to komiks ambitny i z potencjałem, może nie idealny, może czasem przesadzony i nie przeznaczony dla każdego, ale na pewno wart polecenia czytelnikom ceniącym dobre graficzne powieści. Nawet jeśli nie przepadacie za rodzimymi tworami. Warto choćby dla samych rysunków.

 

A ja dziękuję Wydawnictwu Komiksowemu za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Grimm Fairy Tales #6: Zbójecki narzeczony - Ralph Tedesco, Joe Tyler, Josh Medors



BAJKI, GROZA I SZCZYPTA EROTYKI

 

Pierwsze pięć zeszytów serii „Grimm Fairy Tales” na nowo zinterpretowało najsłynniejsze baśnie braci Grimm, takie jak na przykład „Czerwony kapturek”, „Kopciuszek” czy „Śpiąca królewna”. Teraz nadszedł czas by autorzy sięgnęli po coś mniej znanego. Na pierwszy ogień poszedł napisany w roku 1812 „Zbójecki narzeczony”, a Joe Tyler i Ralph Tadesco przepuścili go przez filtr młodzieżowego horroru z odrobiną krwi i szczyptą erotyki. Fani zatem jak zwykle nie będą zawiedzeni.

 

Tary i Michelle to dwie siostry, które wydają się być ze sobą blisko, ale do czasu. Przystojny John umawia się z pierwszą z nich, ale na imprezie dziewczyna widzi, że w pustym pokoju obściskuje się z nikim innym, jak Michelle właśnie. Wzbiera w niej wściekłość, obie zaczynają się kłócić, wymyślać sobie nawzajem… i wtedy na scenę wkracza tajemnicza kobieta, prosząca je by wysłuchały opowieści, którą ma im do opowiedzenia.

Dawno, dawno temu żył sobie królewicz Iwan, który by móc odziedziczyć tron ojca, musiał wpierw znaleźć sobie żonę. I tak wędrował przez kraj, aż trafił do osady, gdzie poznał dwie piękne siostry. Którą jednak z nich wybrać? I do czego może doprowadzić taka sytuacja?

 

Scenariusz „Zbójeckiego narzeczonego” to, tak jak w poprzednich zeszytach, całkiem udana młodzieżowa adaptacja baśni przeniesiona na grunt opowieści grozy. Mamy więc nico rozlanej krwi, demoniczne postacie, śmierć, mrok i erotyzujące ukazanie bohaterek. Żadna z dziewczyn/kobiet pojawiających się na łamach tego zeszytu (chyba poza tajemniczą postacią łączącą poszczególne epizody) nie nosi biustonosza, a ich stroje, nawet jeśli są to długie do ziemi suknie, są skąpe i wydekoltowane. Czyli to, na co liczy grupa docelowa niniejszego komiksu. Abstrahując jednak od owych treści, „Grimm Fairy Tales” to całkiem ciekawa dekonstrukcja znanych treści i niezła komiksowa rozrywka.

 


Szósty zeszyt graficznie tkwi w latach 90. XX wieku. Wprawdzie kolor jest jak najbardziej nowoczesny, jednak kreska, obfite kształty i stylizacja na Todda McFarlane’a przypomina to, co widzieliśmy w owym okresie w „Amazing Spider-Manie” („Clone Saga”) czy „X-Menach”. Odpowiedzialny za rysunki Josh Medors to przy okazji autor doskonale obeznany z grozą. W swojej karierze zilustrował takie komiksy, jak „30 Days of Night Annual” czy „Chucky” (tak, tak na podstawie „Laleczki Chucky”), a z szerzej znanych tytułów „Wolverine: Weapon X 100 Project” oraz „G.I. Joe: America's Elite”. Wprawdzie zdarzają mu się wpadki, ale dobrze pasuje do treści.

 

Podsumowując: szósty zeszyt „Grimm Fairy Tales” to przyjemna, niezobowiązująca lektura. Szybka w odbiorze, nieźle napisana i narysowana. Fanom polecać nie trzeba, ale myślę, że niejeden nieznający wcześniejszych numerów czytelnik będzie się nieźle bawił.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Okami za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Lęk i odraza w Las Vegas - Hunter S. Thompson



PARANOJA W LAS VEGAS

 

„Lęk i odraza w Las Vegas” to nie tylko jedno z najważniejszych dzieł Huntera S. Thompsona, ale jednocześnie najbardziej rozpoznawalna z jego książek. Wszystko za sprawą udanej ekranizacji Terry’ego Gilliama, zatytułowanej „Las Vegas Parano”, która zyskała sobie status filmu kultowego. Wcześniej jednak była powieść i to powieść o wiele lepsza, niż kinowy obraz. Przejmująca, paranoiczna, narkotyczna wizja z pogranicza snu i autobiografii. Może nie tak genialna, jak „Hell’s Angels” Thompsona, których recenzowałem niedawno, ale absolutnie warta polecenia każdemu czytelnikowi.

 

Zacznijmy od tego o co w tym wszystkich chodzi. Jest rok 1971. Raoul Duke dziennikarz pracujący dla bliżej nieokreślonego pisma i jego samoański adwokat, doktor Gonzo, wyruszają do Las Vegas przygotować relację z wyścigu motocyklowego Mint 400. Otrzymane w tym celu pieniądze inwestują w wynajem auta i zapełnienie go olbrzymimi ilościami narkotyków i alkoholu, które zażywają wręcz w hurtowych ilościach bez chwili wytchnienia. Nic więc dziwnego, że ich podróż przeradza się w pełną chorych halucynacji wyprawę do serca „Amerykańskiego snu”. Co się jednak za tym kryje? Wśród narkotycznych wizji ociekających krwią i brudem, przepełnionych jaszczurami i nietoperzami, zaciera się granica między prawdą, a paranoją. Czy celem Duke’a i Gonzo jest relacja z zawodów czy może coś o wiele bardziej nielegalnego? Kiedy nie można już ufać nie tylko sobie nawzajem, ale również własnej głowie, kiedy strach i brutalność stają się scenerią każdego wydarzenia, czy taka przygoda ma szansę skończyć się choć trochę dobrze?

 

Ta powieść przeraża. Przeraża treścią, przeraża pewną klinicznością, ale przede wszystkim przeraża faktem, że opisane w niej wydarzenia rzeczywiście miały miejsce. Hunter S. Thompson na początku roku 1971 wraz ze swoim prawnikiem Oscarem Zetą Acostem wyruszył do Las Vegas zrobić artykuł dla „Rolling Stone”. Jednocześnie wykorzystał szansę zrobienia na potrzeby „Sports Illustrated” tekstu traktującego o Mint 400. Podróż przerodziła się jednak w zgłębianie tematyki „Amerykańskiego snu” i jego upadku, co ostatecznie z krótkiego artykułu rozrosło się do formy powieści. Powieści mocnej, odważnej, kontrowersyjnej, ale też i zaangażowanej, przede wszystkim oczywiście w politykę okresu, którego dotyka, ale też i kwestii o wiele bardziej uniwersalnych. Dla mnie, abstrahując od poglądów autora, najciekawszym i najbardziej poruszającym okazał się portret narkotykowego szaleństwa. Relacja z tego, co dzieje się z umysłem otumanionego używkami człowieka. I brud otoczenia.

 

Chociaż „Lęk i odraza…” to powieść, przede wszystkim reprezentuje gatunek, którego Thompson był ojcem – reportaż gonzo, ma prozatorską formę. Czym jest gonzo? W skrócie: relacją ze zdarzeń, w które ich autor był zaangażowany osobiście. Subiektywną? W pewnym sensie, ale na pewno nie rozmijającą się z prawdą. Nawet jeśli nie mamy najmniejszego pojęcia, gdzie leży granica faktów. W końcu jedna jedyna prawda nie istnieje, znaczenie ma perspektywa a gonzo w swoim braku obłudnej obiektywności zdaje się być jedną z najszczerszych form jej ukazania. Co więcej prozatorskie zacięcie Thompsona w połączeniu z naprawdę dobrym stylem wciąga i sprawia, że utwór przestaje być reportersko suchy.

 

Omawiając jednak „Lęk i odrazę…” nie można także zapomnieć o ilustracjach w wykonaniu Ralpha Steadmana. Ten brytyjski rysownik już wcześniej tworzył grafiki do tekstów Thompsona, również do artykuły z „Rolling Stone” stanowiących wyjście dla niniejszej pozycji. Jego groteskowe, brudne rysunki, w których spotykają się cartoonowa prostota oraz undergroundowy realizm nie tylko doskonale uzupełniają tekst, ale też – jak zauważyli krytycy – stanowią trzeciego głównego bohatera powieści. I jest w tym dużo racji, a drobne detale w stylu plam tuszu rozlanych na stronach tylko dopełniają wrażenia integralności z tekstem.

 

Jako całość „Lęk i odraza…” robi duże wrażenie. Przejmuje, przeraża, czasem złości, czasem smuci, ale nie pozostawia obojętnym, a to już wartość sama w sobie. Dlatego też polecam gorąco, choć pamiętajcie, że nie jest to lektura dla wszystkich. Warto jednak się z nią zmierzyć.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Niebieska Studnia za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Opowiadania zebrane, tom 2 - Frank Herbert



HERBERT (RO)ZEBRANY

 

Frank Herbert to jeden z gigantów literatury fantastycznej, który kultową „Diuną” zapewnił sobie miejsce w historii. Kiedy jednak spytać czytelników o jego inne utwory, chyba tylko nieliczni będą potrafili wymienić cokolwiek. Na szczęście Rebis postanowił przybliżyć krótkie formy pisarza, zbierając je w dwóch pokaźnych tomach stanowiących fascynujący przekrój przez karierę Herberta.

 

Miłośnikom „Diuny” trzeba powiedzieć jedno już na wstępie. „Opowiadania zebrane” nie są częścią ich ulubionego uniwersum, ale spokojnie. Śledząc poszczególne teksty szybko przekonacie się, jak wiele z pomysłów później rozwijanych miało w nich swój początek. Czy to niemalże przyziemne opowiadania bardziej ocierające się o fantastykę, niż stanowiące rozbuchany popis wyobraźni autora, czy też całkiem odpływające w nieziemskie rejony, Herbert eksploruje intrygujące dziedziny, które pobudzają umysł i fascynują.

 

Co jest w nich najlepsze? Przede wszystkim to, że pochodzą z okresu, który można nazwać jeśli nie złotą erą gatunku, to na pewno czasem jego doskonałej formy. Wtedy fantastyka wciąż była jeszcze świeża, ale okrzepła już po XIX-wiecznym boomie wynikłym z zachłyśnięcia się możliwościami technicznymi i technologicznymi. Ulegała porywom wyobraźni, jednocześnie zachowując więcej realizmu, niż w przypadku prekursorów gatunku.

 

Tworzący od lat 40. do 80. XX wieku Herbert ma wiele wspólnego z innym popularnym wówczas autorem SF, Philipem K. Dickiem. Nie jest jednak tak paranoiczny jak on, a jego utwory wydają się być nieco cięższe. I choć obaj ulokowali swoje zainteresowania w innych rejonach uprawianej literatury, łączy ich wiele – od stawianych istotnych i intrygujących pytań, przez niezwykle barwne fantazje, po pobrzmiewające w opowiadaniach echa ich współczesności.

 

Podsumowując, niniejsza dwutomowa publikacja zbierająca czterdzieści krótkich form autora „Diuny” to Herbert zebrany, ale też i rozebrany na czynniki. Zdekonstruowany. Ukazany od podszewki i to w iście rewelacyjny sposób. Każdy z tekstów zaprezentowanych na stronach to znakomicie napisana historia, niebanalna, ciekawa i szukająca niezwykłości. Warto jest je poznać, a nawet wręcz trzeba, bo podobnie jak w przypadku wydawanych również przez Rebis zbiorów Dicka, tak i tutaj mamy do czynienia z prawdziwą legendą literatury, a dla wielu także obiektem kultu. Dlatego też polecam Wam „Opowiadania zebrane” gorąco.

 

A wydawnictwu Rebis dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

sobota, 21 stycznia 2017

Kubuś i przyjaciele. Wyprawa do lasu. Zabawy krok po kroku. Disney



Z PUCHATKIEM DO LASU

 

Każda pora jest dobra, by wybrać się do lasu. Czy przyszła jesień i mamy czas grzybobrania, czy też wiosna lub lato zachęcają piękną pogodą do spacerów, czy wreszcie zimowa aura kusi by zanurzyć się w leżący pomiędzy drzewami śnieg. A czy nie lepiej to zrobić w towarzystwie kogoś, kto las doskonale zna i pomoże nam w przygotowaniach na każdym kroku? Ktoś taki, jak Kubuś Puchatek?

 

Uroczy miś może i słynie z małego rozumku, ale tym razem nie ogranicza się jedynie do zabawy, której zresztą nie brakuje, ale także udziela porad. Bo wyprawa do lasu nie jest tylko i wyłącznie rozrywką i warto ją dobrze zaplanować. I tu na czytelników czeka 11 leśnych pomysłów, część których będą mogli w pełni zrealizować dopiero po powrocie, bowiem pewne zadania wymagają znalezienia konkretnych „skarbów”. Na mapę też nie zabrakło miejsca. Ale to jedynie początek. Kubuś i jego przyjaciele oferują wiele porad i ciekawostek, choćby to, jak się ubrać na podobne wyjście czy jak poruszać po lesie. Jako podsumowanie, czeka na dzieci quiz wiedzy o lesie, a na deser (oprócz zachęcającego do własnych eksperymentów kulinarnych przepisu) czekają naklejki, szablony, opaski i podstawki pod kubek, a nawet kartonowi bohaterowie do postawienia.

 

Kolejna pozycja z serii „Kubuś i przyjaciele” od Zielonej Sowy jak zwykle nie zawodzi. Dużo zabawy poprzez naukę, dużo nauki poprzez zabawę, porcja dodatków, urocze, kolorowe wykonanie – takie pozycje dzieci uwielbiają. Jak zwykle również treści i zabawy jest o wiele więcej, niż można by się spodziewać po niewielkiej ilości stron. Łatwo i przystępnie podany tekst dostosowany został zarówno dla dzieci, jak i ich rodziców, a całość robi bardzo dobre wrażenie.

 

Poza tym książeczka zachęca do wyjścia z domu i aktywnego spędzenia czasu, a to też ma znaczenie. Do tego oferuje również kreatywne zajęcia już po powrocie, a dodatki takie, jak opaski na kubek z kubusiowymi bohaterami równie dobrze mogą znaleźć inne zastosowanie – ślicznie prezentować się będą na przykład jako zakładki do książek.

 

Podsumowując: warto, jak zresztą pozostałe tytuły z tej serii. Mądra zabawa dla dzieci gwarantowana. Polecam zatem.

 

I dziękuję wydawnictwu Zielona Sowa za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

 

LO-teria - Małgorzata Karolina Piekarska



Ciężkie LO(su) koleje

 

„Klasa pani Czajki”, którą miałem okazję przeczytać w zeszłym roku, okazała się jedną z ciekawszych współczesnych powieści dla młodzieży traktujących o życiu w szkole. Lekko, acz znakomicie napisana, aktualna, trafna, bez wulgarności portretująca nastolatków. Na jej kontynuację przyszło czytelnikom czekać 6 lat, ale spełniła pokładane w niej oczekiwania, trzymając poziom i dostarczając mnóstwo dobrej, emocjonującej zabawy, choć nie obyło się bez minusów. Teraz, dzięki wznowieniu od Naszej Księgarni, kolejne pokolenie czytelników ma szansę sięgnąć po „LO-terię” i wejść w świat radości i smutków, które sami przeżywają na co dzień.

 

Bohaterowie z klasy pani Czajki powracają po raz kolejny zmierzyć się z nowym. Kiedy poznaliśmy ich poprzednim razem byli sobie obcy, zaczynali naukę w gimnazjum i mierzyli z problemami dorastania i zawiązujących się przyjaźń oraz niechęci. Teraz starsi o trzy lata znów muszą stawić czoła nowej szkole, stając się licealistami. Problemy i miłość nie opuszczają ich na krok, nie brakuje też zmian na lepsze i trwania tego, co dobre. Ale liceum to prawdziwa LO-teria, a koleje LO-su potrafią być naprawdę ciężkie…

 

Być może mój powyższy opis treści brzmi dość ogólnie, ale „LO-terię”, podobnie jak „Klasę pani Czajki”, trudno jest opisać jednoznacznie. Te powieści zaczynały bowiem jako seria opowiadań pisana na potrzeby magazynu „Victor gimnazjalista” i taka ich forma została zachowana. Każdy rozdział to więc samodzielna historia o konkretnym bohaterze, pozornie niezwiązana z pozostałymi, chociaż jednocześnie stanowiąca element o wiele większej układanki. Czy burzy to spójność opowieści? Na pewno zdaniem niektórych owszem, ale ja osobiście tak tego nie czułem. „LO-teria” napisana jest sprawnie, a losy poszczególnych bohaterów wciągają. Nieważne, że czasem zdarzenia bywają naciągane, najlepsze z historii, w szczególności o miłości Małgosi, rekompensują wszystko. Poza tym taka forma znakomicie nadaje się dla młodzieży, która czytając w trakcie roku szkolnego z pewnością chętniej sięgnie po krótkie, mniej wymagające czasu teksty, niż typową powieść.

 

„Klasą pani Czajki” i „LO-terią” (a także innymi powieściami, w których znajdziecie odwołania do tych książek) Małgorzata Karolina Piekarska w dobrym stylu kontynuuje tradycję powieści młodzieżowych z czasów PRL-u, które nie tylko wychowały wiele pokoleń czytelników, ale po dziś dzień stanowią wspaniałe przykłady lektur. Przenoszenie ich na nowe grunty to dobra metoda – współczesnych czytelnik dostanie dzieło dostosowane do niego, a sprawdzone schematy zapewniają konkretne standardy. Lubicie podobne książki? Sięgnijcie, na pewno się nie zawiedziecie.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Nasza Księgarnia za udostępnienie mu egzemplarza do recenzji.

Ryjówka Przeznaczenia (słuchowisko) - Tomasz Samojlik



RYJÓWKA MA GŁOS

 

Kiedy jakiś czas temu przypadkiem w moje ręce trafił jeden z komiksów Samojlika o Ryjówkach nie byłem do niego przekonany. Lektura, choć udana, wydawała mi się kolejną graficzną opowiastką dla dzieci. Puszczała wprawdzie oko do dorosłego odbiorcy, ale… no właśnie. Jednak z czasem sięgnąłem po kolejny tom, a potem również po inne komiksy autora i wciągnąłem się w kreowane przez niego kolorowe światy. Audibooka również nie mogłem sobie darować. A właściwie pełnego słuchowiska stworzonego na podstawie pierwszego tomu sagi o ryjówkach. I mogę powiedzieć, że było warto!

 

Dolinie, w której żyją ryjówki zagraża wielkie niebezpieczeństwo. W lesie pojawia się Czarny Nieprzyjaciel, a to oznacza, że zagrożone jest wszystko wokoło. Istnieje jednak nadzieja – przepowiednia o ryjówce przeznaczenia, która pomoże zwierzętom. Tak zaczyna się przygoda dzielnego Dobrzyka, Śmiłki i całej reszty barwnych postaci.

 

Seria komiksowa o ryjówkach to propozycja, która bawiąc uczy, ucząc bawi. Czego? Przede wszystkim ciekawostek z życia puszczy i jej mieszkańców, serwowanych z humorem i konkretną dawką niebezpiecznych przygód. Do tego dochodzą urocze postacie, zagadka (dość oczywista, ale dzieciom nie potrzeba chyba zbytnio skomplikowanych treści) i świat jakże nam bliski, dostępny niemal na wyciągnięcie ręki, a fascynujący jakby wyrwano go z powieści fantastycznej. Przyznam, że wielu faktów sam nie znałem, chociaż biologia zawsze była „moim” przedmiotem.

 

Oczywiście fabuła i cala resztą są ważne, ale w tym wypadku nie najważniejsze. Bo dlaczego ktoś (poza miłośnikami tej formy) miałby sięgnąć po audiobooka, zamiast komiksu? Choćby dlatego, że to wzorowo zrobione słuchowisko, które chłonie się lepiej nawet niż papierowy pierwowzór. Świetny dobór aktorów, znakomite rozpisanie ról i przedstawienie treści, doskonałe efekty… Wymieniać można by długo, ale po co. Posłuchajcie, bo naprawdę warto. A co jeśli czytaliście komiks? Słuchowisko z pewnością Was zaskoczy – oczywiście pozytywnie, będąc doskonałym uzupełnieniem tomu.

 

A zatem polecam gorąco i zachęcam Was do poznania niniejszej propozycji. Studio Sound Tropez jak zwykle wykonało zadanie po mistrzowsku. Żeby wszystkie audiobooki były takie!

 

A na koniec dziękuję Bibliotece Akustycznej za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

czwartek, 19 stycznia 2017

Królik i Misia, tom 1: Niesmaczne zwyczaje Królika - Julian Gough, Jim Field



KIEDY MISIA SPOTKAŁA KRÓLIKA

 

Zabierając się do lektury pierwszego tomu „Królika i Misi” spodziewałem się niezłej bajkowej opowiastki. Wcześniej przekartkowałem książeczkę, dałem się uwieść uroczym ilustracjom i wiedziałem już, że zabawa będzie niezła. Nie spodziewałem się jednak, że ta niepozorna publikacja okaże się tak uroczą i wspaniałą historią dla dużych i małych.

 

Misia budzi się pewnego zimowego dnia. A właściwie budzi ją mały złodziej, który właśnie ucieka z jaskini. Miód, łososie, nawet żucze jaja – wszystko to przepada w jednej chwili, a na dodatek nasza bohaterka wyszła ze snu o wiele za wcześniej. Ale skoro już się obudziła, postanawia zrobić coś, co od zawsze chodziło jej po głowie: ulepić bałwana! I wtedy poznaje jego. Królik jest zwierzęciem bardzo pragmatycznym i cynicznym. Grawitacja to dla niego podstawa – sprzeciwiać się jej nie ma po co, bo tak jest i już. Pomiędzy obojgiem zaczyna się rodzić przyjaźń na dobre i na złe, ale zanim taką się stanie, Misia i Królik będą musieli przeżyć niejedną przygodę!

 

Jakie to jest urocze! Niewiele tekstu, ale ileż w nim słodyczy i ileż oferuje przyjemności. Treść jest prosta, bo skupiona na dążeniu do stworzenia bałwana (plus myśleniu o jedzeniu, bowiem Misia nie ma czym napełnić brzucha), ale jakże świetnie poprowadzona. Kontrast zachowań głównych zwierzęcych bohaterów prowadzi do wielu zabawnych sytuacji, a sam Królik jest postacią absolutnie trafiającą do serca. Cyniczny, dziwny, ponury, zachowuje się w specyficzny sposób, a historie, które snuje (absolutną perełką jest opowieść o jego krewnym, który musiał zjeść własną nogę) są najlepszymi momentami książki. I chociaż „Niesmaczne zwyczaje…” zostały napisane w sposób prosty, przeznaczony stricte dla dzieci, również dorośli będą się bawili znakomicie.

 


Jest jednak coś nawet lepszego, niż treść – ilustracje. Przepiękne grafiki wykonane przez Jima Fielda z miejsca kupiły moje serce. Nic w tym jednak dziwnego. Są proste, są cartoonowe, ale przy tym pełne detali, ujmujące i niezwykle klimatyczne. Aż cieszy, że w książeczce jest ich tak wiele, iż dominują nad tekstem.

 

Podsumowując: warto pod każdym względem. „Królik i Misia” to wspaniała, mądra i piękna publikacja, którą polecam i dzieciom i dorosłym. A sam z niecierpliwości czekam na kolejny tom.

 

Na koniec natomiast dziękuje jeszcze wydawnictwu Zielona Sowa, dzięki któremu otrzymałem egzemplarz do recenzji.

Pragnienie - Richard Flanagan



UCZŁOWIECZENIE

 

Gdyby jeszcze całkiem niedawno temu ktoś powiedział mi, że będę czytał opowieść o próbach uczłowieczenia aborygenów w XIX wieku, popukałbym się w czoło. Nie jestem typem miłośnika literatury historycznej, a wszelkie podobne tematy wolę w opracowaniu naukowym. Tym bardziej nie przypuszczałbym, że mogę się zachwycić podobną propozycją, a jednak. Nazwisko Flanagana zdziałało tu cuda. Sięgnąłem, zacząłem czytać i wpadłem. To jest po prostu piękne – te słowa cisnęły mi się na usta od samego początku i nic się w tej kwestii nie zmieniło. Bo „Pragnienie” jest piękne. Po prostu piękne.

 

XIX wiek. Biali ludzie skolonizowali Australię i chcą za wszelką cenę ucywilizować, uczłowieczyć wręcz rdzennych mieszkańców. Pokazać jak powinni żyć, co jeść, w co wierzyć… Protektor, kaznodzieja i lekarz (przede wszystkim muszący zajmować się zwłokami) w jednym, zmienia dietę aborygenów, leczy ich, ale musi stawić czoło ich masowej śmierci. Czemu ci ludzie umierają? Gdzie zawinił? A może to nie on, ale w takim razie kto lub co?

Tymczasem lady Jane, żona sir Johna Franklina, słynnego brytyjskiego odkrywcy, przybywa do Charlesa Dickensa z nietypową prośbą. Jej mąż zaginał  trakcie wyprawy na Arktykę. Niezliczone akcje ratunkowe spełzły na niczym, aż w końcu doktor Rae spotkał Eskimosów, którzy najwyraźniej znaleźli różne drobiazgi z wyprawy Franklina. Niestety, według doktora członkowie zespołu nie żyją, a co więcej mąż lady Jane najwyraźniej dopuścił się kanibalizmu, byle tylko przeżyć. To oczywiście nie może być prawdą. Ktoś o tak wysokiej pozycji nie mógł się zniżyć do zjadania ludzi! Ba, wciąż musi żyć! Ale jeśli plotki o kanibalizmie się utrwalą, trudno będzie znaleźć chętnych do kolejnych misji ratunkowych. Dlatego też kobieta prosi Dickensa by pomógł jej potępić Rae…

 

Być może opis powieści brzmi osobliwie, może wydawać się, że w tej treści nie ma niczego naprawdę ciekawego, a jednak opowieść Flanagana o człowieczeństwie i jego granicach przejmuje, emocjonuje i urzeka. Pierwsze, co zachwyca, co rzuca się w oczy, to styl. Piękny, liryczny, klasyczny, pełny… Czyta się go wspaniale, smakuje wręcz, delektuje, zachwyca. Potem przychodzi czas na docenienie treści, na jej realizm, wierność i ciekawe poprowadzenie. Zderzenie dwóch światów: wiktoriańskiej Anglii i pierwotnej Australii, zagadka losów Franklina, zagadka śmierci tubylców. Wreszcie nadchodzi też czas na głębię, na drugie dno i wątki skłaniające do myślenia. Bo dla Flanagana treść to jedynie środek do osiągnięcia o wiele wyższego literackiego celu, a nie cel sam w sobie. Coś wspaniałego.

 

Jeśli nie mieliście jeszcze okazji poznać twórczości australijskiego autora, nie wahajcie się. „Pragnienie” to jedna z najlepszych książek jego autorstwa, nieszczególnie obszerna, ale absolutnie pełna treści, emocji i siły. Polecam gorąco.

 

I dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

 

A tu coś dla ciekawych: autor czytający początek "Pragnienia" - z polskimi napisami:

https://www.youtube.com/watch?v=zqhxp2MWIZc 

Zagadka Kuby Rozpruwacza (audiobook) - Andrzej Pilipiuk (czyta: Grzegorz Pawlak)



ZAGADKI JAKUBA WĘDROWYCZA

 

Czwartym tom przygód Jakuba Wędrowycza to kolejny zbiór opowiadań o egzorcyście amatorze. Tym razem na miłośników jego przypadków czekają aż 23 teksty pełne koszarowego humoru, alkoholowych oparów i porcji fantastyki, bezbłędnie zinterpretowane przez Grzegorza Pawlaka. Oj będzie się działo!

 

I się dzieje. Jakub Wędrowycz pije i wojuje ile tylko jest w stanie. A w stanie jest dużo, bo chociaż wiek ma już zaawansowany, sił bynajmniej mu nie brakuje. Co czeka  na niego tym razem? Alkohol, wrogowie, alkohol, zagadki, alkohol, potwory… wspominałem o alkoholu? A więc jeszcze trochę alkoholu. A gdzieś w międzyczasie Wędrowycz trafi do XIX-wiecznego Londynu by raz na zawsze obalić mity o postaci Kuby Rozpruwacza, zmierzy się  Terminatorem, wybierze do opery, spotka krasnoludki, stawi czoła myślącemu bimbrowi, a nawet czekają na niego Świąteczne przygody…

 

„Zagadka…” to zdecydowanie jeden z najlepszych tomów Wędrowycza. Pilipiuk, co zawsze podkreślam, nie jest zbyt dobrym pisarzem – przynajmniej jeśli chodzi o powieści, których akcji nie kontroluje niemal wcale, jednak w opowiadaniach radzi sobie znakomicie. Nie ma znaczenia, czy tworzy poważną fantastykę, czy też humorystyczne historyjki, w krótkich formach sprawdza się świetnie. I to widać również w niniejszym zbiorze. Niektóre z opowiadań to perełki potrafiące skutecznie poprawić humor (finał „Łowów na młotkowca” to jeden z najbardziej rozbrajających momentów z Jakubem), a po to właśnie czyta się tego typu utwory. Same w sobie jednak nie wybijają się ponad przeciętność, na szczęście jest coś, co sprawia, że ich potencjał zostaje zwielokrotniony. A właściwie nie coś, a ktoś.

 

Tym kimś jest oczywiście Grzegorz Pawlak, lektor, który mistrzowsko wcielił się nie tylko w tytułowego bohatera, ale w każdą z pojawiających się w opowiadaniach postaci. To jak moduluje głos, to jak każdemu bohaterowi nadaje indywidualnych  cech i jaki genialny tworzy klimat sprawia, że seria o Jakubie Wędrówyczu to jeden z nielicznych przykładów audiobooków lepszych niż papierowy pierwowzór. I dowód na to, że nie potrzeba całego zastępu aktorów by zrobić wspaniałe słuchowisko.

 

Jeśli zatem jesteście miłośnikami Jakuba, sięgnijcie koniecznie. Po taką adaptację zdecydowanie jest warto. Poprawa humoru gwarantowana.

 

A ja dziękuję Audiotece za udostępnienie mi audiobooka do recenzji.

środa, 18 stycznia 2017

Wolverine: Panie i panowie, oto... Wolverine/Dorwać Mystique Len Wein, Jason Aaron, Herb Trimpe, Ron Garney



ROSOMAK NA TROPIE

 

Drugi tom kolekcji „Superbohaterowie Marvela” prezentuje krótką, bo zaledwie czterozeszytową, ale wartą poznania opowieść o przygodach Wolverine’a, najpopularniejszego (i zarazem najciekawszego) z X-Menów. Co jest w niej ciekawego? Jason Aaron, wielokrotnie nominowany do nagrody Eisnera scenarzysta, zdecydował się opowiedzieć nam o początkach skomplikowanych relacji między Wolverine’em a Mystique. A przy okazji wrzucił bohaterów w wir morderczej walki, która nie skończy się dobrze. A może jednak?

 

Po wydarzeniach znanych z „Rodu M” 99.9% mutantów straciło swoje moce, a także perspektywy na przyszłość. Pojawiło się jednak światełko w tunelu, bo choć nigdy więcej nie miał się narodzić żaden osobnik z genem X, na świat przyszło dziecko – nadzieja dla całej rasy homo superior. Mystique, która zdradziła wówczas X-Men, starała się przejąć nad nim kontrolę. Teraz ucieka, a w ślad za nią wysłany zostaje Wolverine. Cyclops wyraził się w tej sprawie jasno – nie chce jej tu z powrotem, nie żywą. Owładnięty rządzą zemsty Rosomak gotów jest dorwać ją za wszelką cenę…

Jednocześnie w pamięci cofa się do roku 1921, kiedy to spotkał ją po raz pierwszy, gdy oboje mieli zostać zamordowani…

 

Główna historia tego tomu to solidna opowieść o mutantach, z konkretną akcją, wybuchami, trupami i porcją przemyśleń. Duet Aaron/Garney, który stworzył takie komiksy, jak „Ultimate Comics: Captain America”, „Wolverine: Weapon X - The Adamantium Men” czy „Ludzie gniewu”, zabiera nas w podróż wiodącą zarówno przez świat, jak i życie Wolverine’a. Chociaż zdawałoby się, że przez ponad czterdzieści lat o Rosomaku dowiedzieliśmy się już wszystkiego, w jego przeszłości wciąż widnieją białe plamy, które już zawsze będą intrygować czytelników. Aaron wykorzystał to nieźle. Nie genialnie, ale też i nie zrobił takiej porażki, jaką był zakrawający na plagiat losów Lobo „Thanos powstaje”. „Dorwać Mystique” nie rozczarowuje więc i dostarcza porcji dobrej, ciekawe narysowanej zabawy, czasem sięgającej do iście westernowych klimatów, to znów odbijającej w stronę sensacyjnych opowieści akcji.

 


Oczywiście, jak zawsze w przypadku kolekcji od Hachette, tom oferuje o wiele więcej, niż tylko te wspomniane cztery zeszyty. Pierwszym z bonusów jest „Incredible Hulk #181”, w którym mamy okazję przeczytać pierwszą przygodę Wolverine’a (Rosomak zadebiutował we wcześniejszym numerze tej serii, pojawiając się na jednej tylko, ostatniej stronie). Tu Hulk walcząc z Wendigo trafia do Kanady, gdzie natyka się na naszego herosa. Potem na czytelników czeka cała masa dodatków, w których poznajmy losy publikacji serii, dostajemy zestawienie 5 najlepszych komiksów o Wolverine’ie, galerię jego strojów oraz krótki (acz obszerniejszy i nieco bardziej przejrzysty, niż ten zamieszczony w tomie o Spider-Manie) życiorys postaci. Ów życiorys zresztą to najlepszy z tekstów albumu. Rosomak jest jedną z najbardziej tajemniczych postaci komiksowych, a jego przeszłość przez dekady była źródłem spekulacji. I chociaż większość pytań doczekała się swoich odpowiedzi, polscy czytelnicy nie mieli okazji ich poznać. Teraz mają szansę zgłębić nieco temat i przekonać się, jak toczyły się losy Wolverine’a od narodzin, przez eksperymenty wojskowe, po czasy obecne czyli bycie nauczycielem w szkole Xaviera (co aktualnie możemy czytać w ramach serii Marvel Now wydawanej przez Egmont). A wszystko to za wciąż atrakcyjną cenę i w naprawdę świetnym wydaniu. W skrócie: naprawdę warto!

 

Jeśli więc jesteście fanami X-Menów lub komiksów Marvela, nie pożałujecie sięgnięcia po ten album. Nawet jeśli ma swoje minusy, plusy rekompensują wszystko. Poza tym główna historia pochodzi z „Wolverine Vol. 3”, chyba najlepszego volume’u tej serii, w trakcie trwania którego pojawiły się takie opowieści, jak „Wróg publiczny” czy „Staruszek Logan”, a także tie-iny do „Wojny domowej”, a to też o czymś świadczy.