środa, 29 marca 2017

Radiant #1 - Tony Valente



FRANCUSKA „MANGA”

 

Określenie manga odnosi się tylko i wyłącznie do komiksów tworzonych w Japonii, niezależnie więc od tego jak mocno dany utwór graficzny będzie je przypominał, nie nazwiemy go tym terminem. Podobnie rzecz ma się z „Radiantem”, bo choć to najbliższe mandze dzieło, jakie w życiu widziałem wciąż pozostaje komiksem francuskim. Ale za to jakim! Gdyby nie nazwisko autora w życiu bym nie pomyślał, że odpowiada za nie europejski twórca.

 

Poznajcie świat, w którym ludzie są nieustannie narażeni na atak tzw. Nemezis, potworów które spadły z nieba. Skąd się wzięły i jaki jest ich cel nie wiadomo, ale jedno jest pewne – nie przybyły tutaj w dobrych zamiarach. Nie wszyscy jednak siedzą z założonymi rękami w oczekiwaniu na rozwój sytuacji. Czarownicy, bo o nich mowa, przygotowują się do walki z wrogiem, ale społeczeństwo boi się ich co najmniej tak samo, jak Nemezis. Ich opinia pożeraczy dzieci mówi zresztą sama za siebie. Młody Seth uczy się fachu od wiedźmy Almy, jednakże jego zachowanie nie poprawia wizerunku czarowników. Cóż ma jednak poradzić na to, że nigdy nie spotkał Nemezis i zdarza mu się pomylić wroga choćby… ze stadem krów? I cóż dziwić się wieśniakom, że nie chcą widzieć na oczy kogoś, kto spłoszył i pobił ich zwierzęta? Jakby tego było mało Seth i Alma muszą uważać na Inkwizycję. Wkrótce dochodzą kolejne problemy, bo chłopak, który czuje się pomijany przez Wiedźmę w jej działaniach decyduje się stanąć do walki z Nemezisem, jaki właśnie spadł na ziemię…

 


Komiksów inspirowanych mangą nigdy nie brakowało. Tworzyli je Amerykanie (choćby znany w Polsce tytuł „Dirty Pair”), tworzyli Azjaci, tworzyli nawet Polacy (tu warto wspomnieć o zapomnianych już tomikach debiutantów sprzed kilkunastu lat czy dziełach znanych twórców publikowanych choćby w magazynie „Kawaii”). Żaden z nich jednak nie zbliżył się do pierwowzoru z kraju kwitnącej wiśni, autorzy bowiem bardziej inspirowali się stylem to, czy rodzajem opowieści, niż samą jej charakterystyczną formą. Tymczasem francuski scenarzysta i rysownik Tony Valente („Les Quatre Princes de Ganahan”, „Hana Attori”) w „Radiancie” zrobił wszystko tak, jakby to rzeczywiście była manga. Mamy więc typowo japoński układ stron (czytany od prawej do lewej), rysunki, kadrowanie, cieniowanie, detale, kilka kolorowych stron, dużą dawkę humoru, akcji i zabawny dodatek odautorski na koniec. Wydanie także wygląda stricte mangowo: niewielki format, solidna porcja stron  i dodatkowa obwoluta. Patrząc na to wszystko nie trudno zrozumieć dlaczego seria, jako jedyna „french manga” została wydana także w Japonii.

 


Scenariuszowo i graficznie „Radiant” przypomina wiele klasycznych, a przynajmniej kultowych już komiksów japońskich. Najbliżej chyba mu do wczesnych tomów „Naruto”, tyle że nie znajdziecie tutaj takiej brutalności. Są jednak walki, dużo dobrej zabawy i często rozbrajający humor. W skrócie, naprawdę udana (i ładnie wydana) pozycja rozrywkowa dla młodzieży. Jeśli lubicie mangi, przekonajcie się, jak robią je Europejczycy. I kto wie, może Francja na tym polu przestanie się Wam kojarzyć tylko i wyłącznie z licencją dla wielu seriali anime, jakie emitowała na przełomie XX i XXI wieku nieodżałowana stacja RTL7.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Okami za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

 

wtorek, 28 marca 2017

Trzej muszkieterowie - Aleksander Dumas (ojciec)



MUSZKIETEROWIE CZTEREJ

 

Można się sprzeczać czy „Trzej muszkieterowie” to najbardziej znane dzieło Aleksandra Dumasa (ojca) czy może jest nim „Hrabia Monte Christo”, ale chyba nikt nie powie, że istnieje utwór bardziej reprezentacyjny dla gatunku płaszcza i szpady niż przygody młodego d'Artagnana. Tym bardziej nikt nie zaprzeczy ich wielkości i miejscu w historii literatury. Dlatego niezależnie czy jest się miłośnikiem książek historyczno-przygodowych czy też nie, warto je poznać i przekonać się przy okazji, że mimo upływu ponad 170 lat, jakie minęły od powstania powieści, wciąż ma ona wiele do zaoferowania, a styl, jakim została napisana urzeka i fascynuje.

 

Akcji „Trzech muszkieterów” chyba nikomu nie trzeba przybliżać. Ponad dwadzieścia filmowych adaptacji i niezliczone wersje inspirowane klasyką zrobiły swoje, każdy więc w mniejszym bądź większym stopniu kojarzy treść, nie mniej i tak warto przypomnieć, że powieść przybliża losy osiemnastoletniego Gaskończyka d'Artagnana, który opuszcza dom by przyłączyć się do królewskich muszkieterów. Ojciec na drogę wręcza mu szpadę, list do kapitana i dobrą radę: by bił się jak najwięcej, bo skoro walki są zabronione, podwójnie pokaże swoją odwagę. Matka zaś, oprócz łez i emocji, jakich poskąpił mu ojciec, daje synowi cygańską maść leczącą rany wszelkie, które nie sięgnęły serca. Pierwsze starcie kończy się jednak dla chłopaka w nienajlepszy sposób. Pozbawiony szpady i listu polecającego nadal stara się zostać muszkieterem, pakuje się jednak w kolejne kłopoty, przy okazji znajdując przyjaźń…

 

I właśnie o przyjaźni przede wszystkim opowiadają „Trzej muszkieterowie”. Nie o władzy, nie o spiskach, nie o polityce i koneksjach, a przyjaźni właśnie. „Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego” – ten zwrot zna chyba każdy i to właśnie on najlepiej podsumowuje całą tę przygodową historię. Historię pełną akcji, niebezpieczeństw i legendarnych bohaterów takich, jak Milady, Atos, Portos, Aramis czy kardynał Richelieu. Ten drugi zresztą chyba bardziej kojarzony jest z niniejszą powieścią, niż postacią historyczną stanowiącą jej pierwowzór; to ona w końcu ukształtowana jego charakter, jak i utrwaliła go w kulturze masowej.

 

Najistotniejszym elementem, który po dziś dzień zachował swoją świeżość i niesamowitą siłę jest jednak styl Dumasa. Styl, który klasykom zagwarantował miejsce w historii, a którego najczęściej brakuje współczesnym twórcom, szczególnie tym uprawiającym tzw. literaturę popularną. Na szczęście pisarstwo Dumasa jest pełne, treściwe, soczyste wręcz. Autor nie musi się spieszyć, by wciągnąć, płynie przez treść porywając czytelnika nawet najbardziej statecznymi momentami.

 

Wszystko to sprawia, że „Trzej muszkieterowie” to jedna z tych powieści, które przeczytać powinien każdy. Nawet jeśli nie czuje tematu, nawet jeśli ma alergię na reprezentowany przez nią gatunek warto by dał jej chociaż szansę. Wysmakowana rozrywka na wysokim poziomie gwarantowana.

 

A ja dziękuję wydawnictwu MG za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Ksin na Bagnach Czasu - Konrad T. Lewandowski



ZAGUBIONY W CZASIE

 

Saga o Kotołaku to zdecydowanie jedna z najlepszych polskich serii fantasy. Kiedy Konrad Lewandowski 26 lat temu wydał jej pierwszy tom był zaledwie debiutantem, utalentowanym, ale nie do końca panującym nad literacką materią. Dlatego też po ponad dwóch dekadach rozpoczął pracę nad wznowieniem opowieści o Ksinie, poprawionym i opowiedzianym zgodnie z chronologią zdarzeń. I był to strzał w dziesiątkę. Cykl nabrał wreszcie właściwych kształtów, w pełni wykorzystując różne wcześniej nieeksploatowane elementy, a teraz, po trzech latach publikacji w końcu pojawia się ostatni tom. Lewandowski rozwija w nim do formy powieści wątki znane z opowiadania „Ludzkie ciepło”, w świetnym stylu kończąc swoją i naszą przygodę z Kotołakiem.

 

Ksin i jego ludzie dotarli do celu wędrówki i zamieszkali nad brzegiem Morza Czasu. Miasto Amarsin, nazwane tak na cześć królewskiej pary, to miejsce niezwykłe, jego mieszkańcy mają pod dostatkiem wszystkiego, czego tylko potrzebują, a wszelkie niezwykłości dziejące się na Bagnach Czasu nie wydają się nieść szczególnego zagrożenia. Ludzie nauczyli się wykorzystywać specyfikę miejsca, w którym podstawowym wymiarem jest czas do własnych celów, tu plony rosną w ciągu tygodnia, morze wyrzuca mnóstwo przydatnych przedmiotów… Raj? Utopia? Ksin czuje to zupełnie inaczej i nie chodzi tylko o fakt, że nie ma tutaj czym rządzić. Zastały stan rzeczy rozleniwił ludzi, na domiar złego pozostaje otwarta kwestia poprzednich koczowników, którzy znaleźli to miejsce. Nie powrócili z wieściami o nim, a zarazem nie ma tu ich ciał. Wprawdzie w przestrzeni już dalej udać się nie mogli, jednak w czasie to zupełnie inna sprawa. Póki co jednak ważniejsze rzeczy zaprzątają głowę Ksina. Jego małżonka jest w ciąży, powinno już dojść do rozwiązania, jednak klątwa przeszła na dziecko i powoli dokonuje się jego przemiana w łonie matki. Do tego siostra królowej musi zmagać się z równie długo trwającym stanem błogosławionym, bowiem nie może urodzić przed żoną Kotołaka. Wkrótce pojawia się sposób rozwiązania obu problemów, ale jak zawsze ma on swoją cenę. I to bardzo wysoką.

 

Pierwotna Saga o Kotołaku (że określę ją takim właśnie mianem), ukazywała się w latach 1991-2006 i zamknęła się na pięciu tomach. Rok później Lewandowski w magazynie „Fantastyka: Wydanie specjalne” opublikował opowiadanie stanowiące zwieńczenie opowieści. Historia ta lepiej sprawdza się jednak jako pełnoprawna powieść. Tak, jak to było w przypadku poprzednich książek o Kotołaku, tak i tu autor w pełni wykorzystuje jej fabularne możliwości. Najciekawsza jest oczywiście sama koncepcja miejsca, które mierzy się nie odległością, a czasem, pod pewnymi względami przypomina ona to, co widzieliśmy w zaświatach w trzecim tomie „Diabłu ogarek” tego pisarza.  Podobieństwa kończą się jednak na wykorzystaniu niezwykłych właściwości obu miejsc wbrew ludzkiej percepcji, reszta to zupełnie nowe, fascynujące pomysły, którym warto przyjrzeć się bliżej.

 

Mocną stroną powieści Lewandowskiego jak zwykle pozostaje ich lekkość stylu. Jest prosto, jest z humorem, nie znajdziecie tu literackich fajerwerków czy głębi, ale tym bardziej nie zostaniecie zanudzeni. Poza tym w pisarstwie autora nie czuć płytkości, jaka cechuje większość rozrywkowych pozycji dostępnych na rynku. W skrócie, warto Ksina poznać.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Nasza Księgarnia za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

poniedziałek, 27 marca 2017

Y: Ostatni z mężczyzn #4 - Brian K. Vaughan, Pia Guerra, Gorana Sudžuki



SEKSMISJA NA POWAŻNIE

 

Każdy czytelnik wie, że autor nie musi szastać kolejnymi wstrząsającymi pomysłami, żeby nie tylko przykuć uwagę odbiorcy, ale i go zachwycić. Wystarczy jeden, ale dobry, konsekwentnie rozwijany i prowadzony. Brian K. Vaughn miał taki właśnie pomysł, niezbyt oryginalny wprawdzie, jednak posiadający duży potencjał i udało mu się wykrzesać z niego wszystko to, co najlepsze.

 

W roku 2002 dochodzi do zagłady wszystkich mężczyzn, a dokładniej wszystkich samców, wszystkich posiadaczy chromosomu Y reprezentujących żyjące na Ziemi gatunki. Zostają tylko kobiety… i on, dwudziestokilkuletni Yorick Brown oraz jego małpa Ampersand. Dlaczego ocaleli? Czym się różnią? Co mają wspólnego ze sobą? To jedne z wielu pytań, które wymagają odpowiedzi jednak samego Yoricka bardziej zajmuje coś innego – jak przebyć kilkanaście tysięcy kilometrów, jakie dzielą go od narzeczonej w świecie, który rządzi się zupełnie nowymi prawami.

Na początku czwartego tomu bohater znajduje się coraz bliżej celu, jednakże los nie sprzyja mu w odnalezieniu ukochanej. Sam przetrzymywany jest na łodzi podwodnej, a na dodatek jego małpa została uprowadzona najprawdopodobniej do Japonii. Sytuacja pogarsza się, kiedy Yorickowi w towarzystwie pracującej dla Culper Ring agentki 355 udaje się w końcu wyjść na ląd. Zdjęcie zrobione mu przez żądną sensacji dziennikarkę, gdy tylko zostanie opublikowane doprowadzi nie tylko do wojny, ale też i ogólnoświatowego polowania na ostatniego mężczyznę. Oboje muszą coś z tym zrobić, zanim będzie za późno…

 


Nie dziwię się, że Stephen King określił „Y – Ostatniego z mężczyzn” mianem najlepszej powieści graficznej, jaką kiedykolwiek czytał. Jej postapokaliptyczny rozmach, skupienie się na przemianach jakie zaszły w świecie (również tych politycznych) oraz mentalności ludzkości przypominają jego dzieła typu „Bastion” czy „Pod kopułą”. Jednakże napisana przez Briana K. Vaughana („Runaways”, „Saga”) seria przypomina także wiele innych dzieł Sci Fi. Koncepcja świata bez mężczyzn wywodząca się z legend o Amazonkach, choć w Polsce najbardziej kojarzy się z komediową „Seksmisją”, ma długą gatunkową tradycję (tu wystarczy wspomnieć „Virgin Planet” Poula Andersona czy „The Holdfast Chronicles” Suzy McKee Charnas). Co ciekawe scenarzysta „Y” tak dobrze wykorzystał ten schemat, że historia Yoricka wymieniana jest w kanonie dzieł o tej właśnie tematyce. Poza tym „Ostatni z mężczyzn” przypomina także „The Walking Dead – Żywe trupy”, ale jest o niebo od nich (zarówno w ujęciu komiksowym, jak i serialowym) lepszy. I chociaż seria Vaughana nie przypomina go w żadnym momencie, emocje jakie we mnie wywołała przypominały te, jakie towarzyszyły mi w trakcie lektury „Kaznodziei” Gartha Ennisa, a to coś znaczy.

 


Komplementy odnośnie „Y” można by mnożyć w nieskończoność. Znakomity scenariusz, niesamowity klimat, ciekawe zagadki, dobrze skonstruowane postacie i akcja. Do tego dochodzą wspaniałe w swej prostocie ilustracje w wykonaniu Pii Guerrery (nagrodzonej za nie najważniejszymi komiksowymi wyróżnieniami, nagrodą Eisnera, Harveya i Joe Shuster Award) i Gorana Sudžuki („Hellblazer”). Po prostu świetna komiksowa robota.

 

Nic zatem dziwnego, że „Ostatni z mężczyzn” poza wspomnianymi wyżej wyróżnieniami zdobył Esinera dla najlepszej serii, kolejnego przyniósł Vaughanowi jako najlepszemu scenarzyście, a także doczekał się nominacji do Hugo Award (w kategorii najlepszej opowieści graficznej) jednej z najważniejszych nagród literackich przyznawanych utworom fantastycznym. Jeśli więc jeszcze nie znacie „Y”, nadróbcie to jak najszybciej, bo warto.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Elektryczna mrówka - Philip K. Dick



ELEKTRYCZNY DICK

 

W czerwcu roku 2014 Dom Wydawniczy Rebis rozpoczął publikację „Opowiadań zebranych” jednego z najważniejszych pisarzy Science Fiction w historii, Philipa K. Dicka. Teraz, niemal trzy lata później na polskim rynku ukazuje się ich piąty i ostatni zarazem tom, zamykając jedną z najlepszych kolekcji prezentujących krótkie formy. „Elektryczna mrówka”, bo taki nosi tytuł, oferuje 25 tekstów z lat 1963-1981, potrafiących zachwycić nie tylko miłośników fantastyki.

 

Bohaterem tytułowego opowiadania jest Garson Poole menedżer firmy Tri-Plan, który po wypadku swojego latającego samochodu budzi się w szpitalu. Przeżył zderzenie, jednak w jego wyniku stracił dłoń. Szybko okazuje się, że to najmniejsze z jego zmartwienia, lekarz oznajmia mu bowiem, że nie jest człowiekiem tylko tzw. „elektryczną mrówką” – należącym do kogoś robotem organicznym. Odarty ze wszystkiego, co składało się na jego dotychczasowe „życie” stara się dowiedzieć wszystkiego o sobie, jednak tak jak dzięki odpowiedniemu zaprogramowaniu nie wiedział, że jest robotem, tak teraz z tej samej przyczyny nie będzie miał możliwości łatwego poznania odpowiedzi na pytania do kogo należy i po co powstał…

 

Philip K. Dick to jeden z nieśmiertelnych gigantów literatury Science Fiction i zarazem jeden z tych autorów, którzy wydobyli jej pełne możliwości i literacką głębię. Na tle innych pisarzy wyróżnia go jedna zasadnicza rzecz: przejmujący realizm wynikający z paranoi i wiary w dziejące się w jego życiu niezwykłości i tych elementów nie zabrakło także tym razem. Poza tym pisarz po raz kolejny eksploatuje doskonale kojarzące się z nim obszary tematyczne, w obu przypadkach jednak odnosi wielki sukces. Jego bohaterowie nie mogą ufać swojej pamięci, amerykańskie miasteczko staje się areną inwazji istot, które przybrały formę malutkich pośredników nieruchomości, całe społeczeństwo kontrolowane jest za pomocą halucynogenów, ludzie podróżują w czasie, a wybudzony w wyniku błędu astronauta musi jakoś przetrwać podróż kosmiczną nie mogąc ani zasnąć, ani się ruszyć. O wszystkich tych sprawach Dick pisze absolutnie genialnie. Do tematu nie podchodzi z perspektywy „Co by było gdyby…”, przyszłość dzieje się tu i teraz, on jedynie ją relacjonuje, a jego wizje zachwycają, poruszają i przerażają, choć zarazem pobudzają intelektualnie. Trudno byłoby wybrać najlepsze teksty z tego zbioru, każdy z nich to mała literacka perełka, która trafia do serca i umysłu. W „Elektrycznej mrówce” znalazły się jednak dwa opowiadania szczególnie do mnie przemawiające.

 

Pierwszym z nich jest „Wypamiętamy to panu hurtowo”, historia, którą jako „Pamięć absolutną” w rewelacyjny sposób przeniósł na taśmę filmową Paul Verhoeven. Jej bohaterem jest Doug Quaid, który marzy o wyjechaniu na Marsa. Ponieważ nie jest w stanie tego zrobić, wybiera się do firmy mającej wszczepić mu wrażenia z takiej wyprawy, jednak okazuje się, że Doug był już na Czerwonej Planecie, tylko ktoś wymazał mu te wspomnienia…

Do filmu mam wielki sentyment, co raz zresztą odświeżam go sobie (o remake’u wole zapomnieć), jednak tekst Dicka robi co najmniej równie wielkie wrażenie. Świetny pomysł, świetnie poprowadzona akcja i tak samo świetny klimat składają się na opowiadanie godne polecenia każdemu. Przyćmiewa je jednak historia „Przedosoby”, porażający tekst antyaborcyjny, który jasno pokazuje prawdę, jakiej ludzie nie chcą widzieć – aborcja i dzieciobójstwo niczym się od siebie nie różnią. Tylko nazewnictwem i uregulowaniem prawnym. W „Przedosobach” przepisy pozwalają na dokonanie aborcji jeśli dziecko nie dostało jeszcze duszy – czyli nie skończyły dwunastego roku życia. Patrzenie na przerażenie nastoletniego bohatera na widok faceta z abortusa, oglądanie paniki i śledzenie gorączkowego toru myśli dosadnie pokazuje co ukrywa się pod eufemizmem „przerwanie ciąży”. Szkoda, że ludzie nie chcą tego widzieć, Dick zresztą po publikacji tekstu otrzymał wiele gorzkich listów, w tym grożących mu pobiciem – fakt ten mówi wszystko sam za siebie.

 

Jednak nawet abstrahując od zaangażowania Dicka w kwestie społeczne i polityczne, teksty z „Elektrycznej mrówki” – jak wszystkie zresztą opowiadania autora – bronią się także, jako rozrywkowa fikcja. Jako plastyczny i wymowny popis bogatej wyobraźni pisarza. Po prostu coś wspaniałego, dlatego jeśli jeszcze nie znacie twórczości Dicka, jak najszybciej nadróbcie ten błąd. Niniejszy zbiór to doskonała do tego okazja, dająca szansę poznania pełnego spektrum możliwości i zainteresowań autora, pięknie przy tym ilustrowana i wydana. Polecam gorąco.

 

A wydawnictwu Rebis dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

sobota, 25 marca 2017

The New Shadow - J. R. R. Tolkien



THRILLER FANTASY

 

25 marca obchodzony jest Światowy Dzień Czytania Tolkiena. Z tej okazji, chociaż tekst ten posiadam już od dłuższego czasu, postanowiłem wreszcie przeczytać „Nowy cień”, krótki, bo zaledwie trzynastostronicowy fragment historii, która miała stać się kontynuacją „Władcy Pierścieni”. Nie jest to najlepsze z dokonań Tolkien, ale wiedział o tym sam autor, który uznał, że ostatecznie wyszedłby z tego thriller – czyli coś nie warte fatygi. Miło było jednak powrócić choć na krótką chwilę do cudownego świata Środziemia i pogrążyć się w fantazjach na temat tego, co mogłoby być…

 

Historia opowiedziana w „Nowym cieniu” dzieje się 105 lat po wydarzeniach znanych z „Władcy Pierścieni”. Młody Saelon rozmawia z Borlasem na temat obecnych wydarzeń. Ludzie znudzili się dobrem, a Herumor zaczął gromadzić młodych. Młodych zachowujących się, jakby byli nie ludźmi, a Orkami. Nowy cień pada na ludzkie serca, zagrożenie narasta…

 

…niestety nie jest nam dane dowiedzieć się czym to się skończy. Tolkien porzucił projekt. Może to dobrze, może źle, każdy miłośnik jego prozy chciałby ocenić to samemu. Warto jest więc po ten krótki wstęp sięgnąć i przekonać się, co ma do zaoferowania. Może to i niewiele, może ledwie ciekawostka dla fanów, nie mniej to zarazem zdecydowanie coś więcej, niż napisana przez Pirumowa „oficjalna” kontynuacja „Władcy…”, którą lepiej chyba przemilczeć.

Lucky Luke #53: Daily Star - Xavier Fauche, Jean Léturgie, Moris



DZIENNIK DZIKO ZACHODNI

 

Seria „Lucky Luke” zaczęła ukazywać się w roku 1946, jej pięćdziesiąty trzeci tom „Daily Star” opublikowany został 37 lat później. Chociaż od jego premiery minęło już niemal trzy i pół dekady, dopiero teraz mamy okazję czytać go po polsku. Jak jednak mówi znane wszystkim przysłowie, lepiej późno niż wcale. Szczególnie gdy w ręce czytelnika trafia komiks tak znakomity, jak ten.

 

30 kwietnia roku 1946 w rodzinie Greelych na świat przychodzi dziecko. Chłopiec, który otrzymuje imię Horacy, już od najmłodszych lat przejawia nie tylko zainteresowanie rodzinnym interesem drukarskim, ale także biznesem w ogóle. Do tego ma talent do pisania, a co za tym idzie kiedy tylko osiąga pełnoletność, wraz z podarowaną mu przez ojca prasą drukarską Washington Imperial numer 3, wyrusza na Dziki Zachód szukać szczęścia. Jak się jednak szybko przekonuje pisanie o chrzczonym alkoholu serwowanym w popularnym przybytku, choć chwytliwe, nie zawsze najlepiej kończy się dla dziennikarza. Tak oto Horacy spotyka na swej drodze Lucky Luke’a, wraz z którym (po wielu przygodach oczywiście), zjawia się w miasteczku Dead End City. Początkowo jego gazeta „Daily Star” nie sprzedaje się najlepiej, ale powrót do ujawniania nieuczciwych praktyk lokalnych przedsiębiorców zmienia ten stan rzeczy. Dziennik zaczyna sprzedawać się, jak nigdy dotąd, a z pomocą Lucky Luke’a, który podejmuje pracę w redakcji nie straszne są Horacemu żadne trudności. Czy aby na pewno? Co będzie, kiedy właściciel salonu, sklepikarz i grabarz mając dość „Daily Star” postanowią dołożyć starań by gazeta przestała się ukazywać?

 


Za fabułę tego tomu nie odpowiada najbardziej kojarzony z serią René Goscinny, tylko Xavier Fauche i Jean Léturgie, nie mniej „Daily Star” to i tak naprawdę znakomita robota, która bawi, śmieszy, wciąga i ciekawi. Jak to zwykle u Lucky Luke’a bywa, szalona wydarzenia następują jedno po drugim, dowcipów nie brakuje, a przygody przeżywane w towarzystwie starych i nowych bohaterów skutecznie poprawiają humor. Co ważne, a czego we współczesnych humorystycznych komiksach środka jest coraz mniej, gagi wcale nie są głupie, a całość nie stanowi tylko i wyłącznie pustej, lekkiej rozrywki.

 

Stałym elementem serii obok tytułowego bohatera i jego konia Jolly Jumpera są oczywiście znakomite ilustracje w wykonaniu ojca „Lucky Luke’a”, Morrisa. Proste i cartoonowe współtworzą charakterystyczny klimat cyklu, który kupuje serca czytelników nawet po kilkudziesięciu latach. Dobrze więc, że Egmont postanowił powrócić do tego tytułu i opublikować nieznane dotychczas w Polsce albumy z przygodami najszybszego kowboja.

 

Lubicie europejską klasykę komiksową? Chcecie się pośmiać i dobrze zabawić? Oczekujcie czegoś przyjemnego zarówno dla dużych, jak i małych? „Lucky Luke” to coś w sam raz dla Was.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Lucky Luke #36: Cyrk Western - René Goscinny, Morris



CYRK NA KÓŁKACH (I NA DZIKIM ZACHODZIE)

 

Chociaż za przygody Lucky Luke’a przez lata publikowania serii odpowiadali różni twórcy, po dziś dzień to właśnie tomy pisane przez niezapomnianego René Goscinnego pozostają tymi najlepszymi. Co o tym decyduje? Przede wszystkim niepowtarzalny humor i żarty, jakimi wypełniał swoje fabuły, które autentycznie bawią i nie zestarzały się ani odrobinę. Do tego dochodzą naprawdę ciekawe treści i elementy dostarczające rozrywki zarówno dzieciom, jak i dorosłym. Jest wreszcie jakaś ponadczasowa magia, której nie da się ubrać w słowa, ale czuje się ją na każdym kroku. „Cyrk Western” ma w sobie to wszystko, więc miłośnicy Goscinnego na pewno będą zadowoleni.

 

Uciekający przez Indianami Lucky Luke spotyka na pustyni dziwne zwierzę. Duże, szare, z trąbą… Co to niby ma być? Skąd się wzięło? Okazuje się, że na Dziki Zachód zawitał cyrk! Należąca do kapitana Erasmusa Mulligana trupa wybrała się na pierwsze w historii kraju triumfalne tournée po zachodnich Stanach, jednak ze względu na zamiłowanie kapitana do alkoholu nie wszytko idzie jak należy. A to zgubi się jakiś sprzęt, a to odejdzie członek ekipy. Tym razem jeden z wozów złamał koło. Lucky Luke pomaga w jego wymianie, ale na wieść o dorocznym rodeo w Forcie Coyote, Mulligan postanawia wybrać się tam ze swoimi pokazami. Nie straszni mu Indianie, nie boi się nawet „Brylantowego Zęba” Zilcha, do którego należy całe miasteczko. Ten jednak nie zamierza tak łatwo się poddać i chce pozbyć się konkurencji dla swojego rodeo…

 


Lucky Luke i jego wierny koń Jolly Jumper na cyrkowej arenie? To oznacza tylko jedno: będzie się działo! I jak zawsze dzieje się dużo, z humorem (świetne żarty o kolorze słonia) i w znakomitym stylu. Nasz dzielny, szybszy od własnego cienia kowboj nie ma nawet chwili wytchnienia, a zderzenie mentalności artystów przekonanych o możliwości rozwiązania każdego problemu za pomocą przedstawienia z brutalnością (no dobrze, „brutalnością”, to w końcu komiks dla dzieci i każda przemoc jest jedynie umowna) Dzikiego Zachodu wywołuje wiele komicznych sytuacji. Czy bohaterowie wyjdą z tego cało? Czy zło zostanie ukarane? Oczywiście że tak! Nie chodzi jednak o to, by zaskoczyć czytelnika na tym polu, tylko dostarczyć mu emocji zgoła odmiennych, wynikających z zabawy westernowymi schematami, a z tego założenia komiks Morrisa i Goscinnego wywiązuje się aż z nawiązką.

 


Do tego dochodzą oczywiście także znakomite, cartoonowe ilustracje, które często kryją w sobie wiele dodatkowych komicznych elementów. Klasyczne, barwne, proste, ale urocze, cieszą oko i współgrają z fabułą.

 

Zabawa z Lucky Luke’iem i cyrkiem jest więc przednia. Jak zawsze zresztą. Ta seria to jeden z tych niestarzejących się klasyków, który powinien poznać każdy. Dlatego gorąco polecam ją Waszej uwadze.

 

A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

piątek, 24 marca 2017

Hawkeye: Moje życie to walka - Matt Fraction, David Aja, Javier Pulido i Alan Davis



NIEMAINSTREAMOWY HAWKEYE

 

Na temat tej serii padło już wiele dobrych słów, a ona sama wymieniana jest wśród najlepszych tytułów wydawanych po polsku w ramach Marvel Now. I rzeczywiście coś w tym jest. „Hawkeye” pisany przez Matta Fractiona wyróżnia się na tle mainstreamowych komiksów pod wieloma względami. Czytając go nie trzeba znać historii postaci ani aktualnych wydarzeń dotykających całego uniwersum. Co więcej niemalże każdy zeszyt to samodzielna, zamknięta opowieść utrzymana w klimacie noir, która przypomina wczesne komiksy z Batmanem.

 

Clint Barton bardziej znany jako Hawkeye, członek Avengers, chociaż nie dysponuje żadnymi nadludzkimi umiejętnościami. Jedyne czym się wyróżnia to fakt, że jest najlepszym łucznikiem na świecie. Czym jednak zajmuje się, kiedy wraz z Kapitanem Ameryką, Thorem, Iron Manem i całą resztą herosów nie walczy z potężnymi wrogami i kosmicznym zagrożeniem? Mieszka w kamienicy, imprezuje na dachu wraz z sąsiadami, pomaga im w rozwiązaniu problemów z właścicielem, czasem stanie do walki z… cyrkowcami, to znów pozna piękną, acz tajemnicza kobietę, seks z którą skończy się prawdziwymi kłopotami… Czasem, w przerwach pomiędzy strzelaniem do „zwykłych” przeciwników i utratami przytomności po kolejnym ciosie w głowę, Clint angażuje się w inne sprawy. Choćby taką aukcję, na której zlicytowana ma zostać kaseta zawierająca materiał mogący pogrążyć zarówno jego, Avengers jak i SHIELD…

 

Komiksy wydawnictwa Marvel od samego początku bazowały na chęci stworzenia jednego spójnego uniwersum, w którym bohaterowie żyliby obok siebie, a nie jedynie okazjonalnie egzystowali na tej samej płaszczyźnie w ramach eventów czy crossoverów, jak to miało miejsce w konkurencyjnym DC. Dlatego też wszelkie duże wydarzenia wpływają na większość serii, a postacie swobodnie przechodzą z jednego tytuły do drugiego, tworząc splątaną sieć powiązań. „Hawkeye” odcina się od tego. „Był najlepszych łucznikiem w dziejach ludzkości. Później dołączył do Avengers. Tak wygląda jego życie, gdy nie jest z Avengers. Niczego więcej nie musicie wiedzieć”, takimi słowami wita nas ten komiks i doskonale podsumowują one całość. Tu naprawdę nie trzeba wiedzieć nic więcej, ba, tutaj nawet nie trzeba znać wszystkich zeszytów serii, bowiem każdy z nich opowiada oddzielną historię, a to we współczesnym komiksie rzadkość.

 


Poza tym poszczególne opowieści składające się na „Moje życie to walka” to naprawdę ciekawe epizody. Akcja jest szybka, uwagi celne, a klimat kryminalnych opowieści sprawdza się naprawdę doskonale. Fabuła to wprawdzie tylko piękne kobiety, szybkie samochody i ciągłe zagrożenia, nie mniej Fraction znakomicie wykorzystał ten znany wszystkich schemat. Do tego stopnia, że za jedenasty zeszyt „Hawkeye’a” (pojawi się w drugim tomie cyklu) dostał najważniejsze komiksowe wyróżnienie – nagrodę Eisnera.

 

Graficznie album także trzyma wysoki poziom, szczególnie w pierwszym trzech zeszytach rysowanych przez Davida Aję. Jego prosta, realistyczna i nieco brudna kreska świetnie oddaje klimat scenariusza. Kiedy za rysunki zabiera się Javier Pulido także jest przyjemnie dla oka, chociaż zdarza się mu kilka wpadek (jego bohaterowie miewają niezamierzonego zeza) i tylko dodatek w postaci „Young Avengers Present #6” wydaje się jakby z innej bajki. Nowoczesne rysunki Alana Davisa i komputerowa, bogata paleta barw wyraźnie odcinają się od całej, jakże prostej i stonowanej (ale w najlepszym tych słów znaczeniu) reszty.

 

Podsumowując, „Hawkeye” to obok „Ms. Marvel” najlepszy nowy tytuł z Marvel Now i jeden z najlepszych z tej linii wydawniczej. Niezależny, ciekawy, daleki od sztampy, spodoba się każdemu zmęczonemu mainstreamowymi opowieściami czytelnikowi. Ja z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy.

 

A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

czwartek, 23 marca 2017

Tintin i alph-art - Hergé



WIELKIE POŻEGNANIE Z TINTINEM

 

W roku 1976 opublikowany został komiks „Tintin i Piocarosi”, który, choć autor niemal od razu zaczął myśleć nad ciągiem dalszym, okazał się ostatnim wydanym za życia Hergé’a tomem serii. I ostatnim zakończonym. Mający podsumować 50 lat pracy belgijskiego autora nad serią „Tintin i alph-art”, który ukazał się trzy lata po jego śmierci, nie jest kolejnym komiksem o Tintinie, Milusiu i kapitanie Baryłce. To zapis nieukończonego nigdy scenariusza do części o takim właśnie tytule, uzupełniony o szkice poszczególnych wydarzeń i całych plansz. I chociaż nie dowiadujemy się z niego, jak zakończyła się cała przygoda (zresztą nie o to przecież chodzi), dostajemy do rąk wspaniałe i wzruszające pożegnanie z serią, postaciami i samym autorem.

 

Kapitan Baryłka źle się miewa. Nie dość, że środek antyalkoholowy uniemożliwia mu cieszenie się jego ulubionym trunkiem (o czym miewa nawet koszmary senne), to jeszcze do kraju przybywa Bianka Castafiore, a to jedynie początek wydarzeń. Uciekając przed gościem Baryłka chowa się w galerii sztuki należącej do pana Fourcarta, a tam nie tylko poznaje Ramó Nasha, artystę uprawiającego alph-art, ale dowiaduje się także, że Fourcart chce się skontaktować z Tintinem w pewnej sprawie. Niestety wkrótce właściciel galerii ginie, znika także pewien ekspert, a w Księżymłynie zjawiają się Tajniak i Jawniak, którzy chcą prosić, by Baryłka przyjął do siebie na kilka dni emira Bena Kalisha Andrutha i jego syna. Są właśnie w kraju i istnieje poważne ryzyko zamachu na ich życie. Tintin i kapitan po raz kolejny trafiają w sam środek szalonych i niebezpiecznych wydarzeń…

 


Pierwszym pomysłem na dwudziesty czwarty tom „Tintina” było to by akcja albumu w całości działa się tylko i wyłącznie na lotnisku. Jak już wiadomo po powyższym opisie idea ta została porzucona na rzecz historii rozgrywającej się w środowisku artystycznym. Hergé sztuką współczesną fascynował się zresztą od lat i chciał pokazać swoje uwielbienie awangardowych dzieł. Nad projektem pierwotnie zatytułowanym „Tintini i fałszerze” prace rozpoczął już w roku 1978, rok później zdiagnozowano u niego mielofibrozę, zaczął obawiać się, że nie dokończy komiksu, ale wciąż się starał, chociaż nie do końca rozplanował fabułę. Nie zdołał. Pozostawił po sobie jednak coś wspaniałego – nie tylko znakomitą opowieść o Tintinie, ale też i zapis ewolucji ostatniego dzieła artysty. Zapis, który pokazuje także ostatnią, poruszającą walkę Hergé’a – bezcenna rzecz.

 


Co ciekawe „Tintin i alph-art” pozostaje komiksem wesołym i wręcz optymistycznym. Więcej w nim humoru, niż chociażby w „Picarosach”, więcej też się dzieje, a włączenie do akcji całej plejady doskonale znanych bohaterów stanowi kolejny miły akcent. Nie przeszkadza, że zakończenie jest otwarte, a kończąca je retardacja podsyca ciekawość, tyle stworzył Hergé i na swój sposób pasuje to do całości. Wprawdzie po latach wielu innych twórców dokańczało ten tom (choćby ktoś kryjący się pod pseudonimem Ramó Nash czy też Yves Rodier, który tworzył też pastisze „Tintina”), jednak po dziś dzień i tak jedynym słusznym „alph-artem” pozostaje ten właśnie oryginał. Warto go więc poznać, w końcu to niezwykłe zwieńczenie znakomitej serii, a przy okazji szansa poznania warsztatu Hergé’a, dlatego też polecam gorąco.

 

A wydawnictwu Egmont składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Tintin w Kongo - Hergé



TINTIN ZYSKUJE SWÓJ KSZTAŁT

 

„Tintin w Kongo”, drugi tom opus magnum Hergé’a, po raz pierwszy ukazał się w roku 1931 w formie czarnobiałego albumu. Kształt, w jakim możemy czytać go dzisiaj, osiągnął dopiero piętnaście lat później, kiedy autor postanowił dostosować wygląd komiksu do nowych przygód dzielnego reportera, zmieniając kilka co bardziej kontrowersyjnych elementów, dodając barwy, a także postacie, których wcześniej tam nie było. Na tej wersji bazuje też najnowsze wznowienie od Egmontu, z którym, jak z resztą tomów „Tintina” warto jest się zapoznać, bo to komiksowa klasyka w najlepszych tego słowa znaczeniu.

 

Tym razem Tintin wraz ze swoim psem Milusiem wyrusza na wyprawę do Konga Belgijskiego. Pupila jednak od początku podróży prześladuje pech, a także pewien pasażer na gapę, którego psiak spotyka jeszcze na pokładzie statku. Mimo trudności, jakie niemal przypłacają życiem, reporter i Miluś docierają do celu. Wiele gazet chce zdobyć wyłączność na ich relację, jednak Tintin ma inne zobowiązania. Wyprawa wraz z przewodnikiem w głąb Kongo przybiera jednak zupełnie nieoczekiwaną formę, kiedy na ich drodze staje znany nam już pasażer na gapę. Teraz dzielny reporter i jego pies muszą nie tylko przetrwać kolejne niebezpieczne chwile, ale także i odkryć kim jest ich przeciwnik i jaki ma cel.

 

Swego czasu temu komiksowi zarzucano przedstawienie naiwnego obrazu Kongo, ale mimo upływu 86 lat (jeśli liczyć od premiery pierwszej wersji, oraz 71 od nowej edycji) wyszedł on z próby czasu obronną ręką, a wspomniana naiwność stanowi jeden z jego plusów. Drugi tom „Tintina” to bowiem urocza i zabawna historia przygodowa dla dużych i małych. W odróżnieniu od poprzedzającego go „W kraju Sowietów” posiada lepsze zaplecze konkretnej wiedzy na temat Kongo, ale i tak traci ono znaczenie w obliczy znakomitej rozrywki, jaką oferuje komiks.

 


W tym tomie „Tintin” zyskuje dodatkowo kształt, z jakim jest kojarzony. Wprawdzie nie jest to do końca prawda, bo ten osiągnięty został dopiero wraz z dziesiątym albumem serii opublikowanym w roku 1942, jednak trzymając się chronologii nowych wydań od przygody w Kongo seria zdobywa swój „właściwy” charakter, a na jej łamach pojawiają się Jawniak i Tajniak. Rysunki zmieniają się w bardziej szczegółowe i realizujące założenia „czystej linii”, pojawia kolor i lżejszy klimat. Względem pierwowzoru zmniejszyła się liczba stron, przybyło natomiast kadrów na planszy. Zostało to, co najlepsze.

 

Miłośnikom Tintina, a tych przecież nie brakuje, „W Kongo” polecać nie trzeba. Ci, którzy jednak nie poznali jeszcze przygód dzielnego reportera, a cenią dobre, ponadczasowe komiksy bez dwóch zdań powinni poznać ten, jak i pozostałe tomy serii i przekonać się, jak wiele mają do zaoferowania mimo upływu lat.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Dziennik cwaniaczka. Ryzyk-fizyk - Jeff Kinney



CWANIACZEK SHOW

 

Cwaniaczek nie zwalnia tempa. To już wprawdzie jedenasty tom cyklu, jednak książki o przygodach psotnego Grega, w głowie którego wciąż rodzą się kolejne szalone pomysły, nie tracą tego, co w nich najlepsze. „Ryzyk-fizyk” to znakomity na to dowód: pełen humor, akcji i przygód, wciąga od pierwszych stron i nie przestaje urzekać do samego końca, skutecznie poprawiając nawet najgorszy humor.

 

Co tym razem czeka na Grega? I co on sam znów wymyśli? Zacznijmy od tego, że chłopiec wyobraża sobie, iż jego życie nie jest prawdą, a telewizyjnym show, dlatego stara się dostosować swoje zachowanie i „wypadki” do gustu widzów. A co gdyby rodzice nie byli rodzicami tylko robotami? W końcu po co mają aż tyle baterii w domu (pytanie tylko gdzie się je wkłada?)… Z taką wyobraźnią nie trudno ulec jej wpływowi i wpakować się w kłopoty, szczególnie kiedy w kalendarzu zbliża się pora Halloween. Greg wciąga się więc w czytanie książek popularnego, acz tajemniczego S. Tracha z serii „Dreszczaki”, którymi żyje cała szkoła, a żeby wygrać słój cukierków decyduje się na dość dramatyczny krok… Jak tym razem skończą się jego szalone przygody i co jeszcze wydarzy się w jego życiu w tym (kolejnym) szalonym okresie?

 

Jak tę serię świetnie się czyta! Nie ma znaczenia, że przeznaczona jest dla dzieci ani też to, że napisana została prostym językiem. Powieści Jeffa Kinneya to dokonała rozrywka dla czytelników w każdym wieku, którą dziecięcy i dorośli odbiorcy postrzegają wprawdzie w odmienny sposób, ale bawią się przy niej równie dobrze. To jednak jest typowa cecha najlepszych opowieści dla najmłodszych, piszą je w końcu dorośli ludzie i zamieszczają zarówno elementy, które byłyby atrakcyjne dla nich samych w młodym wieku, jak i te, które atrakcyjne są właśnie teraz. Jedyną różnicą pomiędzy podobnymi utworami jest umiejętność ich wykorzystania, a Kinney robi to w naprawdę znakomitym stylu.

 

„Dziennik cwaniaczka” przepełniony jest przede wszystkim humorem i przygodami. Fabuła, choć zawsze ma jakiś konkretny motyw przewodni, składa się głównie z krótkich epizodów, które wzajemnie się przenikają. Nie brakuje tutaj także zagadek, tajemnic i nuty grozy, szczególnie obecnej w tym tomie. Czy na wszystkie dostaniemy odpowiedź? Czy dowiemy się kto kryje się za pseudonimem S. Trach albo czemu upiorna dekoracja śmieje się mimo wyjęcia z niej baterii? To już musicie sprawdzić sami, warto. „Dziennik cwaniaczka” to w końcu obok klasycznych przygód Mikołajka jedna z najlepszych tego typu serii, dlatego też polecam ją gorąco Waszej uwadze i z niecierpliwością czekam na kolejny już zapowiedziany jej tom.

 

A wydawnictwu Nasza Księgarnia dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

środa, 22 marca 2017

Tintin w kraju Sowietów - Hergé



TINTIN I PROPAGANDA

 

Przygody Tintina, jedna z najciekawszych i najlepszych europejskich serii komiksowych łączących w sobie sensację, przygodę i humor, zaczęły ukazywać się w roku 1929 na łamach „Le Petit Vingtième" – dziecięcego dodatku do pisma „Le Vingtième Siècle”. Kolejne odcinki publikowano co tydzień przez niemalże półtora roku, aż w końcu zebrane zostały w formie albumu. „Przygody Tintina, reportera ‘Le Petit Vingtième’ w kraju Sowietów”, bo tak brzmiał jego tytuł, w Polsce ukazały się dopiero w roku 2011, jak to jednak mówią, lepiej późno niż wcale. Szczególnie że to kawał dobrego komiksu, zupełnie innego, niż pozostałe tomy serii, ale zdecydowanie wartego poznania.

 

Tintin, reporter „Le Petit Vingtième", wraz ze swoim psem Milusiem, wyrusza w służbową podróż do kraju Sowietów. Jego kłopoty zaczynają się już w podróży, kiedy tylko jadący tym samym pociągiem Rosjanin dochodzi do wniosku, że dziennikarz nie może dotrzeć do celu. Jeszcze by opowiedział co dzieje się w Rosji! Żeby do tego nie dopuścić, podkłada bombę i ucieka. Tintin przeżywa eksplozję, ale przesiadka w Berlinie kończy się dla niego aresztowaniem za „dokonane” zniszczenia. Jednakże dzielny reporter ucieka z więzienia i w wyniku kolejnych zbiegów okoliczności wreszcie dociera do kraju Sowietów. Koniec? Nie, to dopiero początek. Służby chętnie widziałyby go martwego śmiercią poniesioną w „nieszczęśliwym wypadku”, a on wraz ze swoim wiernym psiakiem stara się unikać kolejnych zamachów i niebezpieczeństw…

 


Ten pierwszy tom przygód Tintina to nie lada zaskoczenie. Jeśli znacie inne części serii wiecie czym się one charakteryzują: typowo europejska długość albumu, czysta kreska, dopracowane detale i tła, przyjemne barwy… Tymczasem „W kraju Sowietów” zaskakuje już grubością, liczy sobie bowiem 144 strony, ponad dwa razy więcej, niż standardowo. Do tego rysunki w nim są uproszczone, pozbawione tła i detali, czarnobiałe – typowe można by rzec dla przedwojennego komiksu. Fabuła także okazuje się być nieco inna, poważniejsza, bardziej zaangażowana, choć mniej przy tym złożona, i nie brak jej propagandowego wydźwięku. Cóż się jednak dziwić, „Le Vingtième Siècle” było gazetą, która wyrażała popularne w swoich czasach poglądy chrześcijańskie, patriotyczne, choć profaszystowskie i antykomunistyczne. W „Tintinie” wyraźne są te ostatnie, wprawdzie Hergé, zafascynowany rdzennymi Amerykanami chciał zrobić komiks o podróży bohatera do Stanów (co ostatecznie udało mu się osiągnąć wraz z trzecim tomem tej serii), jednak redaktor pisma chciał by Tintin trafił do Związku Radzieckiego i miał wydźwięk antymarksistowski i antykomunistyczny. Autor zabierając się do pracy nad historią nie miał czasu ani odwiedzić Rosji, ani nawet zebrać materiałów. Jego źródłem informacji był pamflet „Moscou sans voiles” Josepha Douilleta, więc w historii nie zabrakło błędów, a nazwiska bohaterów zamiast z rosyjska, brzmią bardzo polsko. To wszystko jednak i tak nie miało większego znaczenia. Hergé stał się jednym z pionierów w swojej dziedzinie i zapoczątkował serię, która ukazywała się przez 57 lat i nie przestała bawić także kolejnych pokoleń.

 


„Tintin w kraju Sowietów” to nie tylko fascynujące świadectwo sowich czasów, ale także po prostu bardzo dobry komiks, ukazujący jak to medium wyglądało na samym początku. Bo choć opowieści graficzne korzeniami sięgają osiemnastowiecznych karykatur, swoją formę przybrały dopiero na początku następnego stulecia, a rozwinęły wiek później. Cofnięcie się do tego okresu stanowi bardzo ciekawe doświadczenie, ale abstrahując od tego pierwszy album opus magnum Hergé’a sprawdza się też bardzo dobrze po prostu jako komiks przygodowy. Na jego stronach dzieje się dużo i szybko, bardziej są to luźne epizody, niż typowa fabuła z początkiem, rozwinięciem i zakończeniem, nie mniej ustrzegła się przy tym niespójności. Podobnie rzecz ma się z rysunkami, które choć uproszczone, pozostają przejrzyste i wyraźne.

 

Jako całość, „W kraju Sowietów” to komiks udany i ważny. Stanowiący zalążek tego, czym potem stały się przygody Tintina i oferujący dużo dobrej zabawy. Poznać go nie tylko warto, ale wręcz wypada, jeśli ceni się komiksy i chce bliżej przyjrzeć ich początkom. Polecam zatem gorąco Waszej uwadze.

 

A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Oto jest głowa Franczaka - Witold Tkaczyk, Jacek Michalski



WYKLĘTY, NIE ZAPOMNIANY

 

Temat żołnierzy wyklętych to jedna z historycznych kwestii popularnych w ostatnich latach i szeroko omawianych. Jak to jednak w takich przypadkach bywa jest niestety traktowana stronniczo, wybiórczo wręcz, jakby nie miała swoich ciemnych stron. A przecież miała i to wcale niemało. Komiksowa biografia Józefa Franczaka nie odbrązawia tematu, nie mniej to całkiem udany album historyczny.

 

Lublin, zima 2014 roku. Pani prokurator zostaje obudzona w środku nocy przez dzwoniący telefon. Sprawa jest ważna, w końcu udało się bowiem odnaleźć coś, co pozostawało ukryte od dziesięcioleci: głowę Józefa Franczaka, „Lalusia” – ostatniego żołnierza niepodległej Polski. Kiedy zastrzelono go w 1963 roku, z niewyjaśnionych przyczyn – z chęci upokorzenia go czy też z zemsty – ciało zostało pozbawione głowy, a następnie pochowane. Nikt nie wiedział, co się z nią stało, aż do teraz. Odnalezienie to dopiero początek, Franczak został skazany na zapomnienie, prokurator chce przywrócić go do zbiorowej pamięci. Niespodziewanie w jej sypialni zjawia się duch „Lalusia”, który zaczyna opowiadać jej swoją historię. Historię najdłuższej, choć z góry skazanej na porażkę walki z Sowietami, których wodził za nos przez całe lata lata...

 

„Oto jest głowa Franczaka” to typowy komiks patriotyczny, choć w dość luźny sposób podchodzący do zagadnienia. Ten luz nie oznacza porzucenia prawdy historycznej, nie mniej włącza do fabuły elementy graniczące z fantastyką, a także może nie erotyczne, ale na pewno erotyzujące sceny. Czyli coś, co w połączeniu z ciekawą okładką może przyciągnąć nieco nastoletnich czytelników. Zresztą scenariusz Tkaczyka (założyciela pamiętnego Magazynu Komiksów „AQQ”) jest nieźle napisany i bazuje na emocjach. Autor stara się jak najlepiej przybliżyć losy Franczaka i historyczne tło, są tutaj uproszczenia, jest wreszcie bardziej literackie (a raczej wypadałoby powiedzieć „komiksowe”) ujęcie tematu. Co ciekawe, choć album ten z założenia już przecież antykomunistyczny, fabularnie przypomina komiksy właśnie z czasów PRL-u.

 


Odpowiedzialny za ilustracje Jacek Michalski (który z Tkaczykiem przygotował wcześniej chociażby „Tajemnicę Madonny z Wrocławia” oraz „1940 Katyń - Zbrodnia na nieludzkiej ziemi”) wykonał kawał dobrej roboty przy „Głowie Franczaka”. Wprawdzie zdarzają mu się drobne potknięcia (czaszka ma źle umiejscowiony nos), jako całość album wypada bardzo pozytywnie pod względem rysunków. Szczególnie gdy autor prezentuje plenery.

 

Na końcu komiksu czeka także dodatek w postaci pięciostronicowego opracowania historycznego traktującego o Franczaku. Nie zabrakło w nim oczywiście zdjęć, także tych wykonanych po zastrzeleniu go, ale jeszcze przed pochówkiem, a całość dość szczegółowo opisuje znane fakty. Wszystko to sprawia, że „Głowa…” to przede wszystkim pozycja edukacyjna, ale nadająca się także dla czytelników ceniących rodzime komiksy biograficzne.

 

Dziękuję wydawnictwu Zin Zin Press za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

wtorek, 21 marca 2017

X-Men: Mordercza geneza - Ed Brubaker, Trevor Hairsine i Pete Woods



MUTANCI, DUCHY I TAJEMNICE XAVIERA

 

To, że marvelowscy mutanci nigdy nie mieli lekko wie każdy czytelnik ich przygód. Jednak to wydarzenie opublikowane jako „Ród M” stało się jednym z najcięższych okresów w ich historii. Scarlet Witch wymazała istnienie większości mocy homo superior oraz sprawiła, że miał już więcej nie narodzić się żaden przedstawiciel tej rasy. „Mordercza geneza” podejmuje opowieść w tym właśnie miejscu i korzystając ze sprawdzonych schematów fabularnych wrzuca X-Menów w wir szalonej walki, która wydaje się nie mieć dobrego zakończenia.

 

Po ostatnich wydarzeniach dla mutantów nadszedł kolejny ciężki okres wypełniony niepewnością i pytaniami. Nikt nie wie gdzie zniknął ich mentor, Charles Xavier, Hank natomiast zastanawia się nad jeszcze jedną kwestią: co się stało z odebraną mocą tysięcy mutantów. W przyrodzie nic przecież nie ginie, energia jest stała, więc i ta nie mogła zniknąć. Tymczasem na orbicie w zniszczonym promie kosmicznym pojawia się tajemnicza postać. Jej przybycie na powierzchnię Ziemi wraz z wrakiem wahadłowca alarmuje X-Menów, bowiem osobnik ów dysponuje mocą przynajmniej poziomu Omega. Scott, Wolverine i Rachel ruszają na miejsce, chcąc dotrzeć tam przed wojskiem i zbadać całą sytuację. Nie są jednak gotowi na to, co tam zastaną.

Tymczasem wokół X-Menów zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Duchy zmarłych bliskich pojawiają się w ich otoczeniu, a koszmarne wspomnienia przybierają konkretne kształty na ich oczach. Jaki to wszystko ma związek z głęboko skrywanymi sekretami Xaviera, na trop których wpada Sean? I czemu nowy, potężny wróg X-Men wydaje się znać przynajmniej część z nich, jakby już kiedyś się spotkali?

 

„Mordercza geneza”, sześcioczęściowa miniseria, która miała znaczący wpływ na wydarzenia głównych x-menowych tytułów nie jest opowieścią szczególnie odkrywczą. Schemat w niej ukazany znany jest miłośnikom komiksów od lat, jednakże siłą albumu Eda Brubakera, jest jego wykorzystanie. Autor między innymi „Zimowego żołnierza” wziął na warsztat historię o tajemnicach przeszłości, podlał ją szybką akcją, dużą ilością wydarzeń i niebezpieczeństw i zmiksował w jedną, naprawdę znakomitą całość. Od pierwszych stron dzieje się dużo, nie ma chwili na nudę, a odbrązowienie Charlesa Xaviera dodaje charakteru zarówno postaci, jak i całej opowieści.

 


Co warto nadmienić „Mordercza geneza” mocno związana jest z legendarną „Drugą genezą”. Zaczynają od tytułu i okładki, przez treść wracającą do opisanych tam wydarzeń i odmieniającą ich oblicze, po wprowadzenie do fabuły nowych postaci. Czyta się to znakomicie, a na miłośników mutantów znających dobrze ich losy czeka wiele nawiązań uprzyjemniających lekturę. Bardzo dobrze wypadły także krótkie komiksy rysowane przez Pete’a Woodsa („Deadpool”), przybliżające przeszłość nowych postaci.

 

A skoro o rysunkach mowa, odpowiedzialny za szatę graficzną głównej treści Trevor Hairsine („Ultimate Six”) wykonał kawał dobrej roboty. Jego nowoczesne, realistyczne rysunki w sam raz pasują do niniejszej opowieści. Ilustracje są dynamiczne, mroczne i odpowiednio efektowne, czyli takie, jakie być powinny. Chociaż patrząc na okładki stworzone przez Marca Silvestriego chciałbym zobaczyć ten album w jego wykonaniu.

 

Lubicie „X-Menów”? Sięgnijcie koniecznie. „Mordercza geneza” to ważny etap w historii mutantów, a także po prostu bardzo dobry komiks, z którym warto się zapoznać. Wypada też wspomnieć, że fabuła ta doczekała się także wersji „What if…”, ale jak to mówią, to już zupełnie inna historia.

 

A na koniec dziękuję jeszcze wydawnictwu Egmont za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Baśnie Barda Beedle'a - Joanne Kathleen Rowling



BAŚNIE HARRY’EGO POTTERA

 

Jak wiedzą wszyscy miłośnicy dzieł J. K. Rowling, książkowy świat Harry’ego Pottera to nie tylko siedem powieści oraz kontynuujący losy bohaterów scenariusz sztuki, ale także całe mnóstwo dodatków. Przez dokładnie dwadzieścia lat, jakie minęły od publikacji pierwszego tomu serii jej autorka napisała wiele pobocznych tekstów, dostępnych zarówno cyfrowo („Harry Potter Prequel”, „Dumbledore's Army Reunites at Quidditch World Cup Final” i teksty ze strony Pottermore opublikowane w formie trzech e-booków), jak i tradycyjnie. Do tych drugich zaliczają się oczywiście trzy znakomite publikacje, które pojawiają się w treści książek o młodym czarodzieju: „Quidditch przez wieki”, „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć” oraz „Baśnie barda Beedle’a”. Ostatnia z nich to nie tylko chyba najbardziej poszukiwana z pozycji uzupełniających magiczny świat, ale również mająca największy związek z głównymi wydarzeniami serii. Dlatego dobrze się stało, że po ponad ośmiu latach od pierwszego polskiego wydania „Baśnie…” powracają i to wzbogacone o nowe, wspaniałe ilustracje.

 

Na niniejszy tomik składa się pięć baśni w tym oczywiście ta najsłynniejsza i najważniejsza opowiadająca o trzech braciach, którzy spotkali śmierć i dostali od niej trzy insygnia mające niebagatelny wpływ na ich losy. Obok niej znajdziemy trzy inne teksty wymienione w powieści „Harry Potter i Insygnia śmierci” oraz dodatkową baśń. Pierwsza z historii zatytułowana „Czarodziej i skaczący garnek” opowiada historię dobrego starego maga, który bezinteresownie pomagał wszystkim potrzebującym. Kiedy jednak odchodzi z tego świata, jego syn nie chce kontynuować tradycji rodzica. W  „Fontannie Szczęśliwego Losu” trzy czarownice spotykają się pod murem zaczarowanego ogrodu znajdującego się na szczycie wzgórza, gdzie raz do roku otwiera się przejście prowadzące do fontanny, kąpiel w której gwarantuje szczęście na całe życie. Czekając na ten moment opowiadają sobie o nękających je problemach. Z kolei we „Włochatym sercu czarodzieja” (baśni niewspomnianej w „Insygniach…”) utalentowany i bogaty czarodziej widząc, jak jego znajomi zachowują się pod wpływem uczuć, postanowił nigdy się nie zakochać. Posuwa się nawet do czarnej magii, byle wyprać się z uczuć, ale co będzie gdy zapragnie zmienić zdanie? Na koniec (choć zbiór kończy oczywiście „Opowieść o trzech braciach”) pozostaje jeszcze „Czara Mara i jej gdaczący pieniek” opowiadająca o głupim królu, który postanowił, że tylko on będzie władać magii. Gdy prawdziwi czarodzieje kryją się przed jego ludźmi, pewien szarlatan postanawia nauczyć go czarować.

 


Pierwotnie „Baśnie Barda Beedle’a” powstały jako forma podziękowania dla sześciu osób, które miały największy wpływ na sagę o Harrym Potterze. J. K. Rowling przygotowała wówczas (dokładnie dziesięć lat temu) siedem ręcznie przez siebie napisanych i zilustrowanych egzemplarzy oprawionych w skórę – ostatni z nich trafił na aukcję. W grudniu 2008 roku pojawiła się jednak wersja przeznaczona do sprzedaży detalicznej, a zyski z niej zasiliły konto Lumos – organizacji działającej na rzecz dzieci w wyjątkowo trudnej sytuacji życiowej. Polskie wydanie trafiło na księgarskie półki dwa dni po światowej premierze, ale nakład tej pozycji był stosunkowo niewielki, podobnie zresztą jak reklama. Wielu miłośników Pottera nie zdołało jej kupić, a egzemplarze dostępne w Internecie osiągały zawrotne ceny. Teraz na szczęście wszyscy chętni znów mogą zapoznać się z „Baśniami…” i przekonać się, że to naprawdę wartościowa książka, którą warto posiadać na swojej półce.

 

Co jest w niej takiego dobrego? Zaczyna się wprawdzie niepozornie i tekst „Czarodziej i skaczący garnek” wypada dość blado, jednak z każdą kolejną baśnią jest coraz lepiej. Oczywiście najciekawszą z historii są inspirowani jedną z „Opowieści kanterberyjskich” „Trzej bracia”, nie mniej przypominające stare baśnie „Serce…” w niczym im nie ustępuje, a „Fontanna…” pod względem morału stanowi najbardziej klasyczną z zawartych tutaj bajek. Wszystkie z nich natomiast napisane zostały lekko, prosto i w uroczy sposób, ale nie są jednym, co znalazło się na stronach książki. Każda z baśni została bowiem wzbogacona o komentarz Dumbledore’a, w którym pobrzmiewają echa zdarzeń „Harry’ego Pottera”, a ten częstokroć stanowi tekst ciekawszy niż główne opowieści. Oczywiście nie zabrakło także wstępu Rowling oraz informacji o Lumos.

 

Na oddzielny akapit zasługują znakomite ilustracje w wykonaniu Tomislava Tomića. Stylizowane na drzeworyty, szczegółowe, po prostu piękne, doskonale uzupełniają baśnie i przykuwają wzrok. Do tego dochodzi znakomite wydanie w twardej oprawie i drobne smaczki w postaci informacji pokroju „przełożone z run na język angielski przez Hermionę Granger”, które tylko bardziej uprzyjemniają lekturę.

 

Kochacie Harry’ego Pottera? Nie macie jeszcze „Baśni barda Beedle’a” na swojej półce? Jak najszybciej nadróbcie ten błąd i cieszcie się znakomitą książką godnie uzupełniającą legendarną już serię. Warto pod każdym względem.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Media Rodzina za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

poniedziałek, 20 marca 2017

Quidditch przez wieki - Kennilworthy Whisp (Joanne Kathleen Rowling)



QUIDDITCH PO LATACH

 

Druga z trzech wznowionych właśnie przez wydawnictwo Media Rodzina książeczek uzupełniających cykl o „Harrym Potterze” to bardzo ciekawa propozycja przybliżająca najsłynniejszy czarodziejski sport czyli Quidditcha. Po pierwszym wydaniu, które ukazało się na naszym rynku piętnaście lat temu i szybko wyprzedało, stała się publikacją bardzo poszukiwaną i cenioną. Teraz powraca w nowym, piękniejszym wydaniu rozbudowanym o całe mnóstwo stworzonych specjalnie do niego ilustracji.

 

W swojej karierze J. K. Rowling napisała osiem powieści (plus dwa scenariusze) pod własnym nazwiskiem oraz sześć kolejnych książek sygnowanych innymi danymi osobowymi. Wśród nich znalazła się trylogia kryminalna wydana pod pseudonimem Robert Galbright, „Baśnie Barda Beedle’a” (jako tytułowy bard), „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć” (Newt Skamander) i, oczywiście, „Quidditch przez wieki” posługując się nazwiskiem Kennilworthy Whisp. Tak zresztą nazywał się autor tej pozycji w świecie Harry’ego Pottera, więc nie mogła ukazać się inaczej, prawda? To, co zawiera ostatnia z nich jest dość oczywiste. Na jej łamach poznajemy genezę powstania czarodziejskiego sportu, to w jaki sposób ewoluował, jak wyglądają jego reguły, skąd się wzięły, czym różniły się odmiany Quidditcha w różnych częściach świata i jakie są najsłynniejsze drużyny w niego grające. W skrócie, to kompleksowy przewodnik po magicznej dyscyplinie, która odgrywa zawsze ważną role w powieściach o młodym czarodzieju.

 

Muszę przyznać, że chociaż za sportem w życiu prywatnym nie przepadam (łagodnie rzecz ujmując), to „Quidditch przez wieki” podobał mi się najbardziej z trzech wspomnianych powyżej dodatków do „HP”. Dlaczego? Dobrze i lekko napisany, jak wszystkie zresztą dzieła Rowling, najmocniej z owych publikacji osadzony jest w realiach czarodziejskiego świata i jego historii. Poza tym treść to jedna konkretna historia, która naprawdę wciąga i fascynuje.

 


Nowe wydanie zyskało nie tylko twardą oprawę i większą czcionkę, co przełożyło się też na większą ilość stron, ale także przepiękne ilustracje. Ich klasyczny, ryty wygląd doskonale pasuje zarówno do opracowania „historycznego” jakim jest „Quidditch”, jak i magicznego świata, którego dotyczy. Inną zmianą jest nowa „strona biblioteczna” ukazująca inne daty wypożyczenia i inne nazwiska uczniów, pozostała jednak ta sama wspaniała treść i niesamowite wrażenie, jakie robi niniejsza publikacja.

 

Seria o przygodach małego czarodzieja stała się światowym fenomenem i jedną z najciekawszych pozycji dla dzieci i młodzieży w historii literatury. „Quidditch…” oraz pozostałe dwie publikacje natomiast to dodatki, które godnie uzupełniają wymyślony świat. Warto je poznać i jeszcze raz przeżyć odrobinę magii „HP”. Polecam gorąco.

 

A wydawnictwu Media Rodzina dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.