sobota, 29 kwietnia 2017

Dimension W #1 - Yuji Iwahara

BRAKUJĄCE OGNIWA

 

„Dimension W” to ciekawy przykład shōnenowej mangi. Niby w poszczególnych jej elementach, jak i również całości nie ma nic szczególnie odkrywczego, a jednak historię czyta się z dużą przyjemnością. Wszystko za sprawą zawadiackiego głównego bohatera i uroczej dziewczyny-robota, którzy z miejsca kupują sympatię czytelników. Do tego dochodzi szybka akcja, walki, humor i sprawnie skonstruowany świat przyszłości. W skrócie: dobra, lekka zabawa gwarantowana.

 

Rok 2072. Odkrycie nowego wymiaru pozwoliło czerpać z niego energię, a ludzkość, wykorzystując pomysł Tesli zdołała zbudować międzywymiarowe induktory energii elektromagnetycznej zwane potocznie Ogniwami. Ich moc jest niemal nieograniczona, a co za tym idzie bardzo niebezpieczna, oficjalne urządzenia mają więc ograniczniki, jednak jak zawsze czarny rynek ma na sprzedaż nielegalne ich kopie, oferujące o wiele większą energię. Odzyskiwaniem takich właśnie egzemplarzy zajmują się Zbieracze, a jednym z nich jest Kyouma Mabuchi, osobnik staromodny, walczący przy użyciu specyficznych igieł i korzystający z przestarzałego sprzętu. Jego kolejnym zadaniem jest zdobycie nielegalnych Ogniw, w posiadaniu których znaleźli się bracia Won. Misja jednak ma nieoczekiwany przebieg, kiedy na scenie pojawia się dziewczyna porwana przez jednego z przestępców. A właściwie nie dziewczyna tylko robot. Ale czy na pewno? Jej niezwykle ludzkie reakcje zaskakują Mabuchiego, a to nie jedyny sekret, jaki skrywa „dziewczyna”…



Być może okładka „Dimension W” nie wygląda szczególnie zachęcająco, ale nie dajcie się zwieść. Pod tą wyglądającą na bajkę o magikach powłoką kryje się naprawdę interesujące wnętrze,  zupełnie inne niż można by na pierwszy rzut oka sądzić. Także pod względem graficznym. Środek jest bowiem bardziej złożony, mroczny, choć lekki i zdecydowanie mniej kojarzący się w kolorową baśnią. Choć barw też oczywiście nie brakuje – o tym jednak powiem kilka słów potem.

 

Wracając do fabuły to w przypadku „Dimension W” mamy do czynienia z połączeniem różnych znanych motywów. W głównym bohaterze pobrzmiewają pewne starwarsowe echa, postać tajemniczej dziewczyny-robota nieodzownie kojarzy się z Chii z „Chobitsa”, a podobnych elementów jest dużo więcej. Jednak jak na dobrą mangę shōnen przystało, komiks Yujiego Iwahary z podobieństw tych czyni zaletę, a całość podlewa szybką akcją, walkami, niebezpieczeństwami, humorem i obowiązkowymi zgrzytami między wiodącymi postaciami.

 


Graficznie jest prosto, ale przyjemnie. Kreska nie jest tak gładka, jak to widzimy na okładce, ale to dobrze, bo brud, choćby i nieznaczny, pasuje do tego świata i tej opowieści. Rysunki zresztą kojarzą się nieco z „Naruto”, co dość dobrze określa charakter całości. Kto lubi takie klimaty, na pewno przy lekturze „Dimension W” będzie bawił się bardzo dobrze. Warto przy okazji wspomnieć o kolorowych stronach, w mandze to żadna nowość, ale rzadko zdarza się, by nawet te w środku zostały wydrukowane w kolorze, a tak stało się w przypadku tego tytułu.


 

Podsumowując, kto lubi shōneny utrzymane w klimacie SF, sięgając po tę mangę poczuje się jak w domu. Nie przełamuje ona wprawdzie schematu, ale to lekka, przyjemna i dobrze poprowadzona rozrywka. Szczególnie dla nastoletnich czytelników.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.



Trainspotting - Irvine Welsh

BILET W JEDNĄ STRONĘ

 

Trafiliśmy na ślepe tory

Zaraz kończy się opowieść

Nasze zwyczajne story

Swoje życie w szatni odwieś.

Strachy na lachy

 

„Trainspotting” to już legenda. Kultowa powieść wsparta równie kultowym filmem, nakręconym na jej podstawie, stała się ponadczasową przypowieścią o beznadziejności życia i nadziei, jaka mimo wszystko potrafi pojawić się w najmniej oczekiwanym momencie. Zawsze jednak trzeba zapłacić za nią wcale nie małą cenę. Ale czy taka cena nie jest czasem sama w sobie częścią nagrody?

 

Lata 80. XX wieku, Edynburg. Mark Renton jest narkomanem, a jego egzystencja ogranicza się jedynie to przyjmowania kolejnych działek i spotkań (najczęściej z tej właśnie okazji) z podobnymi mu straceńcami. Ich relacje właściwie trudno jest nazwać stricte koleżeńskimi, solidarność i wierność w tym środowisku są kwestiami względnymi, ale wszyscy mają na siebie znaczący wpływ. Renton usiłuje zerwać z nałogiem, jednak kolejne próby spełzają na niczym. Jego życie wciąż powraca do punktu wyjścia, a on sam wikła się w kolejne dziwne sytuacje, nie mogąc znaleźć własnego miejsca i nie chcąc wcale się zmienić. Do czego go to wszystko doprowadzi?

 

Przez niemal ćwierć wieku, jaki minął od publikacji „Trainspotting”, wiele powiedziano na temat tej powieści. Jednych oburzyła, bo ich zdaniem propagowała narkomanię (zarzuty te zresztą dotyczyły także filmu, jednak każdy, kto zapoznał się ze stworzoną przez Welsha historią sam mógł się przekonać, jak bardzo były bezpodstawne), innych zachwyciła. Czy ktoś przeszedł obok niej obojętnie? Chyba tylko ci, którzy nie mieli okazji jej przeczytać. Dzieło pochodzącego ze Szkocji pisarza jest mocne, szokujące i obrazoburcze, przeraża i zniesmacza, ale przede wszystkim porusza oraz skłania do myślenia. Z jednej strony mamy tu do czynienia z dosadnym, bolesnym wręcz portretem edynburskich narkomanów żyjących u schyłku lat 80., z drugiej opowieść o braku perspektyw. O nijakości życia i bezsensowności wielu naszych zachowań, nie tylko tych destrukcyjnych. Znalezienie swojego własnego miejsca na tym świecie jest równie ciężkie, co rzucenie uzależnienia – szczególnie, kiedy świat ma nam tak mało do zaoferowania.

 

Stylistycznie „Trainspotting” jest brudny, brutalny, wulgarny, zdegenerowany wręcz. Język bohaterów, tak bardzo indywidualny (w oryginale oparty zresztą na lokalnych dialektach, czego w polskim przekładzie nie dało się w pełni oddać), czasem bywa poprawny i literacki, czasem brzmi jak z najgorszych nizin, to znów wypełniony zostaje osobliwymi zwrotami i agresją. Nie zawsze czyta się to lekko i przyjemnie, ale ma swoją wielką siłę i dodaje całości realizmu. Realizmu, który przeraża, kiedy uświadomimy sobie, że „Trainspotting” to powieść na poły autobiograficzna.

 

Bohaterowie dostają od życia bilet w jedną stronę, muszą jednak zdecydować o kierunku, a my zabieramy się na tę przejażdżkę wraz z nimi. Jazda jest ostra, bez trzymanki, dramat ich losów staje się naszym udziałem. Wnioski, jakie z tego wysnujemy mogą okazać się zaskakujące i ciekawe, dlatego dobrze się stało, że za sprawą ekranizacji ciągu dalszego tej powieści, także i „Trainspotting” znów znalazł się wśród księgarskich nowości. Warto bowiem po niego sięgnąć i dać się uwieść punkowemu klimatowi i brudowi, spod którego przebijają prawdziwe perły. Dzieło Welsha bowiem to jeden z dowodów na to, że literatura piękna nie musi być czysta, żeby zachwycać.

Teatr Sabata - Philip Roth



SEKSUALNA FARSA

 

Często tak się zdarza, że najpierw w moje ręce trafia filmowa adaptacja dzieła jakiegoś znanego pisarza, a dopiero potem mam okazję przeczytać jej pierwowzór. Tak było też w przypadku Rotha, ale gdybym miał oceniać twórczość autora poprzez ekranizację pt. „Elegia”, pewnie nigdy nie sięgnąłbym po jego utwory, a co za tym idzie nie poznałbym jego geniuszu. Na szczęście trafiłem na prozę pisarza, dałem się jej zachwycić, a wrażenie to z każdą kolejną książką tylko narastało, apogeum osiągając przy okazji „Amerykańskiej sielanki”. Nie sądziłem, że Roth będzie w stanie jeszcze kiedyś poruszyć mnie w równie wielkim stopniu, jednak „Teatr Sabata” zdołał tego dokonać. Nie ma się co jednak dziwić, ta ulubiona przez samego autora powieść, to ambitne, trafne, dogłębnie wnikające w psychologię charakterystycznych dla autora postaci dzieło, które po raz kolejny potwierdza absolutną wielkość Rotha.

 

64-letni Mickey Sabat pewnego dnia otrzymuje od swojej o 12 lat młodszej kochanki Drenki Balich ultimatum – ma przestać sypiać z innymi kobietami. Dla byłego lalkarza, wielbiciela kobiecego piękna i hedonisty, który przed śmiercią (bądź też zbliżającą się wielkimi krokami impotencją, dla niego niemal tożsamą zresztą ze zgonem) chciałby jeszcze jak najwięcej skorzystać z wdzięków płci przeciwnej jest to niemalże szok. Tym bardziej, że Drenka sama zdradza męża z Sabatem, a ich specyficzna relacja trwa od kilkunastu lat. Rodzi się w nim chęć buntu, ale także i pewne wątpliwości. Czy mógłby się zmienić dla jednej tylko kobiety? Czy chciałby wybrać uczucia i stałość w nich? I czy w tym wieku i takiej sytuacji ma to jeszcze w ogóle jakikolwiek sens?

 

Roth uwielbia zderzać brud z czystością i obserwować co z tego wyniknie, a obserwatorem jest bystrym i piekielnie inteligentnym. Nieważne czy to jego bohater jest brudny (a co za tym idzie, będzie musiał skonfrontować się z czymś sobie przeciwnym) czy też jest dokładnie na odwrót, wszystko sprowadza się i tak do jednego – jego życie wywraca się do góry nogami, a on sam musi odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Nie inaczej jest w „Teatrze Sabata”, gdzie splatają się właściwie wszystkie charakterystyczne dla autora motywy. Tym razem najważniejszym z nich (znów!) staje się ludzka seksualność. Hedonizm. Sabat i Drenka są wulgarni, a ich seks, wyuzdany i dziki, balansuje na granicy kompulsywnego uzależnienia i rozkoszy potrzebującej jednak coraz to nowszych, intensywniejszych podniet, żeby można było podtrzymać jej ogień.

 

Roth odziera rozpasany, hedonistyczny seks ze złudzeń, piętnuje jego wady, a jednocześnie składa powieścią hołd namiętności i kobiecemu pięknu. Ta seksualna farsa przejmuje jednak przede wszystkim powagą; szczególnie kiedy humor zderzony zostaje z brutalnymi opisami zachowań bohaterów. Nie bez znaczenia dla emocji płynących z lektury pozostaje także wiek Sabata. Przed bohaterem (jak i samym autorem) pozostało już niewiele lat i to nie tylko seksualnej sprawności, a tęsknota za młodością, ten sentyment i swoiste rozliczenie z życiem trafiają do serca i umysłu, przypominając, że czeka to każdego z nas.

 

Treść to jedno, ale na oddzielny akapit zasługuje styl, jakim w „Teatrze…” operuje Roth. Język powieści jest piękny, liryczny i płynny, a zdania potrafią ciągnąć się niemal na całą stronę bez męczenia czytelnika. Malkontenci mogliby rzecz, że Roth rozpisał się na 600 stron właściwie o niczym (a na dodatek, jakkolwiek by to nie brzmiało, o tym samym, co zawsze), ale jeśli tak, to trzeba mu przyznać, że zrobił to przepięknie. Z emocjami, z przesłaniem, mądrością i talentem. Czytając „Teatr…” często miałem wrażenie, jakbym czytał jedną z powieści innego literackiego giganta, Johna Irvinga, a zarazem obcowałem z czymś oryginalnym, charakterystycznym i niepowtarzalnym.

 

Komplementy mógłbym zresztą mnożyć jeszcze długo, ale nie o to przecież chodzi. „Teatr Sabata” to dzieło, które broni się samo. Wspaniała powieść w pełni zasługująca na National Book Award, którą zdobyła i trafienie do finałów nagrody Pulitzera. Polecam zatem gorąco, choć to zdecydowanie zbyt małe słowa.

 

A Wydawnictwu Literackiemu składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

piątek, 28 kwietnia 2017

Do Adolfów #1 - Osamu Tezuka



TRZECH ADOLFÓW I ŚMIERĆ

 

Manga rozliczeniowa to gatunek nieczęsto spotykany. Któż jednak lepiej nadawałby się do stworzenia takiego właśnie komiksu niż sam ojciec mangi, Osamu Tezuka? Chyba nikt, co dobitnie widać po „Do Adolfów”, przejmującej, przerażającej i hipnotyzującej powieści graficznej, która nie pozostawi żadnego czytelnika obojętnym wobec tego, co dzieje się na jej łamach.

 

Rok 1936. Na Olimpiadę do Berlina przyjeżdża japoński dziennikarz Sohei Toge. Sprawy służbowe stanowią jednak dobrą okazję do spotkania ze studiującym w Niemczech młodszym bratem, Isao, który na dodatek chce mu przekazać coś ważnego. Co takiego? Isao wszedł w posiadanie informacji, które – jeśli tylko zostaną opublikowane – doprowadzą do utraty poparcia przez Hitlera, a także rozwiązania partii nazistowskiej. Niestety z powodu zawodów Sohei spóźnia się na spotkanie i znajduje brata zamordowanego. Ciało szybko zbiera policja, a dziennikarz trafia w sam środek wydarzeń, jakby żywcem wyjętych z „Procesu” Kafki. Zmowa milczenia, ukrywanie dowodów i zacieranie wszelkich śladów to jednak zaledwie początek. Sohei nie jest w stanie uzyskać pomocy nawet od własnego kraju, a działające w Niemczech służby mogą zagrażać także jego życiu…

Tymczasem w Japonii przyjaźń łączy dwóch niemieckich chłopców o tym samym imieniu. Adolf Kaufmann i Adolf Kamil pochodzą wprawdzie z zupełnie różnych światów, jednak znajdują wspólny język. Ojciec Kaufmanna, nazista ożeniony z Japonką jest przeciwny znajomości syna, bowiem Kamil jest dzieckiem żydowskiego piekarza. Dla chłopców nastaje czas ciężkiej próby przyjaźni, charakterów i poglądów…



„Do Adolfów” to dzieło imponujące pod każdym względem. Zaczynając od tematyki, którą podejmuje, przez wykonanie i ambicje, po rozmach całości – Osamu Tezuka stworzył coś pięknego. Przerażającego, ale pięknego, w podobny sposób co „Maus” zacierającego granice pomiędzy komiksową rozrywką, a literaturą wyższą. Pierwszy tom tej opowieści robi wielkie wrażenie już samym wydaniem – twarda oprawa, blisko 650 stron i pozbawiona ilustracji okładka, zapowiadająca wyraźnie powagę utworu, z jakim mamy do czynienia – w środku jest już tylko lepiej.

 

Historia spisana i zilustrowana przez Tezukę to ważna i ważka opowieść o drugiej wojnie światowej. Nie o holokauście jednak, nie o tym najpopularniejszym ujęciu tematu, a o kształtowaniu się nazistowskiego systemu, jego szaleństwie i tym, co w owym czasie działo się w Japonii. Dla nas, Europejczyków, przyzwyczajonych do tematyki obozów zagłady, ta nowa perspektywa jest czymś nie tylko świeżym, ale także i intrygującym. Bo okrucieństwo hitlerowców nie ograniczało się tylko i wyłącznie do zabijania Żydów, Cyganów i innych nie-aryjczyków o czym często się  zapomina. A Tezuka podlał to wszystko nutą opowieści szpiegowskiej. Losy ojca Adolfa Kaufmanna i Soheiego Toge łączy zabójstwo pewnej gejszy, a także zagadkowy gipsowy pył znaleziony pod paznokciami zabitej  oraz Isao. To wszystko stanowi jednak tylko dodatek do rewelacyjnej, zajmującej całości.



Graficznie „Do Adolfów” to manga klasyczna w każdym calu. Kadrowanie jest bogatsze, niż obecnie, mniej jest także splashpage’ów, a dodatkowo kreska zakorzeniona została mocno w disnejowskiej tradycji. Jednakże ten ostatni fakt nie przeszkadza Tezuce w przekonujący sposób prezentować okrucieństwo i często także krwawe sceny. Zabójstwa, tortury, seks – nawet jeśli autor unika dosadności, zderzenie realizmu z bajkową niekiedy estetyką daje piorunujący efekt, o którym nie tak łatwo jest zapomnieć.

 

Oprócz treści i rysunków „Do Adolfów” oferuje także mały kalendarz prezentujący wydarzenia z Japonii i świata dziejące się w trakcie opisywanych w mandze wydarzeń, czyli między 1936 a 1940 rokiem. Dodatek ów, choć niewielki, przydaje całości kontekstu i przedstawia wiele ciekawych faktów, przez co opowieść robi jeszcze większe wrażenie. Wszystko to sprawia, że „Do Adolfów” to jeden z tych tytułów, które spodobają się nawet osobom nielubiącym komiksów czy mangi. Tym bardziej więc poznać go bliżej i przekonać się, jaka tkwi w nim siła i wielkość. Polecam gorąco!

 

A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.


czwartek, 27 kwietnia 2017

Orange #1 - Takano Ichigo



LIST Z PRZYSZŁOŚCI

 

Życie szkolne, połączone z oczywistym w takim wypadku romansem, to jeden z tych gatunków mangi, które sprawdzają się znakomicie i bez przełamywania w jakikolwiek sposób konwencji. W przypadku „Orange” autorka postanowiła jednak wyjść nieco poza doskonale znany schemat i zabarwiła go nutą tajemnicy o korzeniach mocno zapuszczonych w fantastyce. Wyszła z tego bardzo ciekawa, urocza i ciepła opowieść o nastoletnich uczuciach, od której wprost nie można się oderwać.

 

6 kwietnia staje się dniem przełomowym w życiu licealistki Naho Takamii i to wcale nie dlatego, że po raz pierwszy w życiu zasypia do szkoły. Rano czeka na nią list, co dziwniejsze nadawcą jest… ona sama. Dziewczyna śpiesząc się, zabiera kopertę ze sobą, otwiera dopiero na lekcji i… Czy to jakiś żart? Autorka listu twierdzi, że jest nią samą, tylko o dziesięć lat starszą i pisze z przyszłości, ponieważ ma do niej prośbę związaną z nowym uczniem, który tego właśnie dnia ma dołączyć do klasy. Kiedy wszystkie napisane przez nią rzeczy się potwierdzają, a w szkole zjawia się Kakeru Naruse, Naho staje przed trudnym zadaniem zmiany przyszłości i losów chłopaka. Wzbrania się przed wyznaczonym sobie zadaniem, nie chce znać przyszłości, ale kiedy zakochuje się w Kakeru, a w listach od swojej dwudziestosześcioletniej wersji dowiaduje się, że nastolatek umrze, zaczyna walkę o odmianę jego i swojego losu…

 

Ta przypominająca nieco film „Dom nad jeziorem” manga zaczęła się dość niepozornie. Prosto. Ciekawie, przyjemnie – sympatyczna lektura, ale nic ponad to. I nagle wszystko się zmieniło. „Orange” wciągnęło mnie w swój świat, bohaterowie kupili moje serce, opowieść zaczęła poruszać, smucić, emocjonować, a ja nie potrafiłem się oderwać od niej choćby na chwilę. I nawet teraz, kiedy odłożyłem ją wreszcie na półkę, nie jestem w stanie przestać myśleć o tym, co przeczytałem.



Historia opowiedziana przez Takano Ichigo toczy się na dwóch płaszczyznach. W pierwszej z nich obserwujemy zmagania szesnastoletniej Naho z przeznaczeniem i własnymi uczuciami, które komplikują się – jak zawsze w tego typu pozycjach – z każdą kolejną chwilą. W drugiej przenosimy się w przyszłość, gdzie jej o dekadę starsza wersja wraz z mężem i przyjaciółmi wspomina to, co się stało. W obu przypadkach jednak mamy do czynienia z tym samym, czyli miażdżącymi emocjami. „Orange” nie stroni od humoru (na dodatek w pełni uzasadnionego, co w mangach nie zdarza się szczególnie często), ale zawsze jest to śmiech przez łzy. Wiemy w końcu co się zdarzy, a choć starania Naho zaczynają przynosić rezultaty, nadal nie mamy pewności, że Kakeru przeżyje. Bohaterów tego dramatu jest w końcu więcej, a dla ich problemów nie ma jednego dobrego rozwiązani. Do tego dochodzi jeszcze pytanie w jaki sposób bohaterce udało się skontaktować z samą sobą, które ciekawi równie mocno, jak pozostałe wątki.



Na koniec czytelnicy dostają bonus w postaci dodatkowej historii miłosnej o siostrach bliźniaczkach oraz kilku słów od autorki. A wszystko to narysowane w sposób zwiewny, delikatny i przepełniony emocjami. Do tego „Orange”, zarówno pod względem fabuły, jak i grafiki, poprowadzony został z wyczuciem i nawet sceny, w których bohaterowie płaczą, nie są łzawe. Wszystko tu właściwie jest jak sok pomarańczowym, który pije Naho – słodko-kwaśne, ale w najlepszym tego określenia znaczeniu.

 

I cóż zostaje mi dodać na koniec, jak nie polecić ten tytuł Waszej uwadze? Choć czytam dużo, dawno nie miałem w rękach mangi typu shōjo, której nie byłbym w stanie odłożyć przed skończeniem, a to o czymś świadczy. Dlatego jeśli lubicie ciekawe, znakomicie poprowadzone i przesycone emocjami komiksy o miłości „Orange” Was zachwyci!

 

Mangę można kupić tu:

wtorek, 25 kwietnia 2017

Emma #1 - Kaoru Mori



GDYBY JANE AUSTEN ROBIŁA MANGI

 

Japończycy lubią angielską kulturę, historię i tamtejsze klimaty. Dowiedziałem się o tym przy okazji programu o Sherlocku Holmesie, ale nie tylko najsłynniejszy detektyw wszech czasów, który doczekał się zresztą mangi o swoich przygodach, może o tym zaświadczyć. „Emma”, debiutancki komiks Kaoru Mori to kolejny doskonały przykład, jak w rewelacyjny sposób można przenieść wiktoriańską stylistykę na nowy grunt i stworzyć porywającą i poruszającą opowieść o miłości.

 

Schyłek XIX wieku, czas rewolucji przemysłowej. Młody William Jones odwiedza po latach swoją dawną guwernantkę, za którą ze względu na jej surowość niezbyt przepada. Spotkanie to jednak okazuje się brzemienne w skutkach, kiedy mężczyzna poznaje Emmę, małomówną, nieśmiałą pokojówkę. Piękną szarą myszkę, do której z miejsca zaczyna żywić bardzo ciepłe uczucia i to z wzajemnością. Jednak konwenanse, nakazy i zakazy pozwalają się im spotykać jedynie przypadkiem, tudzież pod pretekstem innych kontaktów. William stara się więc znaleźć jak najwięcej okazji byle tylko móc zobaczyć Emmę, chce jej sprawiać radość, ofiarowywać prezenty, jednak sytuacja komplikuje się, kiedy z Indii przyjeżdża jego przyjaciel, Hakim. Ten bowiem z miejsca zakochuje się w pokojówce, a jakby tego było mało Emma nie może narzekać na brak innych adoratorów…

 

Uwielbiam mani tego typu. Zresztą Japończycy jako jedni z nielicznych potrafią wywołać takie uczucia romantycznym komiksem. Owszem, często zdarza im się popaść w ton albo przesłodzony, albo też płaczliwy, jednak spod ich ręki wyszło także całe mnóstwo poważnych, stonowanych i autentycznie poruszających opowieści miłosnych – więcej, niż spotkałem w komiksie europejskim czy amerykańskim (tu chyba tylko Terry Moore może się z nimi mierzyć). „Emma” należy właśnie do takich dzieł, realistycznych, emocjonujących. Zabierałem się do niej z pewną niepewnością, obawą wręcz. „Opowieść panny młodej” Kaoru Mori była wprawdzie znakomita, ale romans osadzony w wiktoriańskiej Anglii…? A jednak szybko okazało się, że „Emma” przewyższa nawet „Pannę młodą”, a jej lektura wywołała we mnie tyle emocji (szczególnie genialną sceną propozycji kupna okularów), że zasiadając do recenzji włączyłem sobie romantyczny soundtrack.



Oczywiście poza romansem debiut Mori w ciekawy sposób oddaje realia dziewiętnastowiecznej Anglii. Nie tej biednej, brudnej, przerażającej, jaką znamy za sprawą Kuby Rozpruwacza, ale chłodnej, dystyngowanej, surowej wręcz. Anglii wyższych sfer związanych konwenansami i etykietą, z czym doskonale kontrastuje postać Hakima – także wysoko urodzonego, ale ze względu na egzotyczne pochodzenie bardziej spontanicznego i wyzbytego ograniczeń narzuconych przez status.

 

Strona graficzna „Emmy” jest prosta, ale skuteczna. Właściwie to taka szara myszka, która po uważnym przyjrzeniu się, staje się piękną księżniczką. Kaoru Mori operuje delikatną kreska i równie delikatnymi cieniami. Unika czerni, bohaterów przedstawia w sposób stonowany, ale jaki ma to w sobie urok. Szczególnie, że autorka dopracowała występujące wszędzie detale charakterystyczne dla omawianych miejsc i czasów.

 

Podsumowując, wspaniała rzecz. „Emma” to manga, jaką stworzyłaby Jane Austen, gdyby zajmowała się tym gatunkiem, chociaż patrząc na to z drugiej strony… Cóż, z całym szacunkiem dla tej klasycznej autorki, ale jej dzieła nie mają w sobie takiego ładunku emocjonalnego, jak komiks Mori. Dlatego polecam go gorąco Waszej uwadze.

 

A wydawnictwu Studio JG składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Wstrząs - różni artyści



CIEMNIEJSZA STRONA ŻYCIA

 

Po rewelacyjnym debiucie, jakim bez dwóch zdań był album „Rachel Rising”, wydawnictwo Fantasmagorie, idąc za ciosem podkręca jeszcze tempo. Wśród imponujących zapowiedzi kolejnych wspaniałych tytułów pojawiła się także pozycja dość niepozorna, ale bardzo ciekawa. „Wstrząs”, bo o niej mowa, to zbiór krótkich komiksowych form połączonych wspólną klamrą w postaci ciemnych stron naszej natury i codzienności. Coś w sam raz dla miłośników sentymentalnej grozy, ocierającej się często o pulpowe klimaty.

 

Zło. Zbrodnia. Brutalność. Mrok. Wsączają się w ludzkie życie powoli, albo atakują znienacka, gwałtownie wdzierając się w spokojne chwile. Jim siedzi w więzieniu za zbrodnię, której nie popełnił. Wyrok odebrał mu całe dotychczasowe życie, jak więc odnajdzie się w świecie, kiedy opuści mury placówki? Wstawiony chłopak wracając rowerem do domu słucha audycji radiowej. Rozmowy prowadzącego ze słuchaczami przybierają jednak nieoczekiwany obrót. Student zostaje „uczniem czarnoksiężnika”, kiedy profesor zaprasza go do odwiedzenia wraz z nim pułapki na ducha, jaką jest pewien tajemniczy dom, a zafascynowany Lovecraftem chłopak nawet w dorosłym życiu nie potrafi choćby odrobinę stłumić miłości do dzieł pisarza.

 

Może nie jest to do końca słuszne porównanie, ale lektura „Wstrząsu” skojarzył mi się z czytanymi przed laty numerami magazynu „Produkt”. Czarnobiałe komiksy, brudny klimat i ta groza, czasem połączona z fantastyką, czasem mocno związana z codziennością. Oczywiście przede wszystkim to, co znajdziemy na stronach ma kojarzyć się (i kojarzy) z obrazkowymi horrorami z lat 50. XX wieku, jeszcze z czasów, zanim zaczął obowiązywać Comics Code Authority. Wymownie podkreśla to ostatnia z zebranych tu nowelek, będąca zarazem jednym z najlepszych komiksów „Wstrząsu”, w której nastoletni bohaterowie w owym okresie trafiają w lesie na rozrzucone komiksy. Ich szlak prowadzi kolegów do pewnego samochodu stojącego między drzewami. Historia ta zawiera jednak o wiele więcej smaczków. Dla miłośników komiksów znających ich historię? Też, ale nie tylko – rok (1958) i miejsce akcji (Crystal Lake) mówią same za siebie.



Oczywiście, jak to w przypadku antologii bywa, poszczególne historie stoją na bardzo różnym poziomie. Najlepsze są wspomniana przeze mnie powyżej opowieść („Szkicownik Jacka Cole’a) będąca połączeniem komiksu i opowiadania, „Ukryte” (o niesłusznie skazanym więźniu) oraz „Powrót do domu” (również wspomniany short o audycji radiowej). Jest też nieco przeciętnych komiksów o rwanych zakończeniach, jest i całkiem sporo dobrych – przeważają te drugie. Do tego dochodzi też różnorodność graficzna – ilustracje czasem przypominają cartoonowe historie dla dzieci, czasem rysunki Joe’ego Kuberta, a niekiedy to, co widzieliśmy w serii „Chew”. Ale w końcu zróżnicowana jest także tematyka, swoją rozpiętością ogarniająca opowieści obyczajowe, sentymentalne, thriller, fantasy, science fiction, dziecięce lęki czy urban fantasy, więc wszystko jest tu na swoim miejscu.

 

„Wstrząs” to czasami prosta, czasami wzruszająca, udana komiksowa rozrywka. Niszowa,  mroczna, ale i nie stroniąca od lekkości i humoru (chwilami rozprężenia stają się przerywniki tworzone przez Shauna Tana, autora m.in. „Przybysza”). Kto odnajduje się w takich właśnie klimatach nie będzie zawiedziony.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Fantasmagorie za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Mój Kucyk Pony: Przyjaźń to magia, tom 8 - Ted Anderson, Christina Rice, Thom Zahler, Jay Fosgitt, Agnes Garbowska, Tony Fleecs



KUCYKOWA SŁODYCZ W TRZECH ODSŁONACH

 

Najnowszy, ósmy już tom popularnego nie tylko wśród dzieci cyklu „My Little Pony: Przyjaźń to magia”, jak zwykle oferuje to, co w opowieściach o kucykach najlepsze. Mocno kolorowa paleta barw, niewymuszony dowcip, ciepło, słodycz i dużo zabawy z tradycyjną pointą wieńczącą całość. Tym razem na miłośników ich przygód czekają aż trzy nowe opowieści, w tym przezabawny horror utrzymany w klimacie „Krwiożerczych pomidorów”!

 

Na początek jednak nasze kucyczki wybierają się na Mistrzostwa Federacji Wrestlingu Equestrii. Na scenie walczy Tajemnicza Klacz, faworytka widowni, jednak nie każdy przyszedł tu by podziwiać jej zwycięstwa. Klacz jest bowiem siostrą bliźniaczką Cheerilee, obie nie widziały się od lat, ale nie łatwo jest naprostować skomplikowane relacje rodzinne…

W kolejnej historii z okazji Dni Ponyville, ma zostać odsłonięta pamiątkowa tablica w miejscu, gdzie stał pierwszy budynek w mieście, a najmłodsza klaczka w rodzinie zostanie księżniczką tej imprezy. Niestety o tytuł ubiegają się dwa rody: pierwszą budowlą w mieście był wprawdzie sklep zbudowany przez Stinkin Richa, jednak Ponyville zaczęło się od postawionej na wsi farmy babci Apple. Spór dzieli mieszkańców na dwie frakcje. Kto wygra?

Album kończy historia grozy. Tysiąc lat temu walczyły ze sobą dwie siostry. Ta zła została wprawdzie pokonana, jednak obiecała kiedyś powrócić. Pozostałości po pojedynku unosiły się w kosmosie przez wieki, aż do czasów obecnych, kiedy to rozbijają się na Ziemi. Pech chce, że miejscem, w które trafiają jest farma Applejack. W wyniku tego wydarzenia ożywają hodowane tu jabłka, a klaczka wraz z Big Maciem zostają wzięci do niewoli. Czy kucyki poradzą sobie z inwazją inteligentnych owoców?


Oczywiście, że tak! Ale ile wcześniej będzie zabawy. Ten ostatni komiks zresztą jest najlepszym z całego albumu. Ma klimat, ma humor, ma ciekawie odmienione bohaterki (warto wspomnieć Krewkie Pie, Nosfe-Rarity czy AppleDrac) i dobrze poprowadzoną fabułę. Do tego dochodzą smaczki umieszczone w tle, które spodobają się starszym odbiorcom i ciekawa zabawa konwencją komedii grozy typu wspomnianej już serii „Krwiożercze pomidory”. Oczywiście nie znaczy to, że pozostałym opowieściom czegokolwiek brakuje – ta historia jest mi po prostu najbliższa, szczególnie że jako dziecko uwielbiałem przygody Kaczora Donalda i spółki dziejące się w okresie Halloween. Reszta tomu również bawi, śmieszy i cieszy, a szybkie tempo nie pozwala choćby na chwilę nudy.

 

Całość tradycyjnie już została zilustrowana w sposób równie zabawny i słodki, jak skonstruowano scenariusz. Obłe kształty, ekspresyjna, rozbrajająca mimika, dużo bijących po oczach, cukierkowych kolorów i lekko mangowa stylistyka z miejsca przyciągają wzorki. W szczególności dzieci, ale o to przecież chodzi. Jeśli więc szukacie wartościowej, dobrej rozrywki dla najmłodszych (po którą przy okazji możecie także sięgnąć sami), „My Little Pony: Przyjaźń to magia” będzie strzałem w dziesiątkę. Polecam.

 

A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Sherlock #01: Studium w różu - Mark Gatiss, Steven Moffat, Jay.



SHERLOCK HOLMES PO JAPOŃSKU

 

Japończycy uwielbiają postać detektywa stworzoną 130 lat temu przez Artura Conan Doyle’a, dlatego manga z jego przygodami nie powinna nikogo dziwić. Tak samo zresztą jak fakt, że opartą ją na niezwykle popularnym serialu stworzonym przez telewizję BBC – i to do tego stopnia, że dosłownie zilustrowano scenariusze do jego kolejnych odcinków, filmowe kadry przenosząc na papier w typowy dla autorów z Kraju Kwitnącej Wiśni sposób. Powstała z tego jednak znakomita pozycja, dla fanów zarówno Sherlocka Holmesa, jak i znakomicie napisanych, porywających mang kryminalnych.

 

Doktor John Watson powraca do Anglii z wojny w Afganistanie. Prześladowany przez wspomnienia z frontu, kulejący bardziej z przyczyn psychosomatycznych, niż rzeczywistego, fizycznego urazu, próbuje na nowo odnaleźć się w zwyczajnym życiu. Ponieważ z renty ciężko jest opłacić mieszkanie, za radą znajomego spotyka się z Sherlockiem Holmesem, bardzo specyficznym człowiekiem, który szuka współlokatora. Razem zamieszkują przy Baker Street 221b, ale na Watsona nie czeka wcale sielankowe życie. Holmes to socjopata, który nie jest w stanie nawiązywać normalnych relacji z ludźmi, bo rani uczucia każdego i nie dba właściwie o nic, ale jednocześnie i genialny detektyw pomagający policji rozwiązywać sprawy zbyt trudne dla nich samych. Oczywiście wśród funkcjonariuszy ma więcej wrogów niż przyjaciół, do tego ci obawiają się, że w końcu on sam przekroczy granicę i zacznie zabijać, póki co jednak stanowi ich ostatnią i najlepszą możliwą zarazem deskę ratunku. Wraz z nim Watson zaangażuje się w śledztwo w sprawie serii samobójstw. A właściwie zabójstw, z tym że wszystkie ofiary dobrowolnie połknęły truciznę. Jak to możliwe? I do czego to śledztwo doprowadzi Sherlocka i jego pomocnika?



Tak jak serialowy Sherlock (mimo znaczącej zniżki formy w czwartym sezonie) należy do moich ulubionych seriali, tak również oparty na nim komiks należy do najbardziej cenionych przeze mnie mang. Nie mogło być jednak inaczej, postać ta towarzyszy mi od dzieciństwa, mam więc do niej wielki sentyment, a zarazem jej adaptacja stanowi rewelacyjną dekonstrukcję literackiego pierwowzoru. Doskonale widać to już w tym tomie, będącym uwspółcześnioną wersją pierwszej powieści z serii, czyli „Studium w szkarłacie”. Wprawdzie można czytać i oglądać „Sherlocka” jako dzieło samodzielne i bawić się doskonale, jednak prawdziwą rozkoszą staje się wyłapywanie smaczków dla miłośników, rozmieszczonych w fabule. Choćby taki drobiazg, jak napis „Rache” zostawiony przez jedną ofiarę. W klasycznej powieści policja uznała go za niedokończone imię „Rachel”, Holmes natomiast wyśmiał ich, zauważając, że to po niemiecku zemsta. Tu jest dokładnie na odwrót. Scotland Yard dochodzi do wniosku, że to niemieckie słowo, a Sherlock wyśmiewa ich, mówiąc że chodzi o imię. Podobnych przykładów można by mnożyć, ale po co? Ich wychwytywanie stanowi jeden z największych plusów niniejszego tytułu.



Znakomita fabuła zyskała również znakomitą oprawę graficzną. Jay. rysuje znakomicie, szczegółowo, doskonale oddając klimat serialu, grę aktorów (tak, tak, to nie pomyłka) oraz humor. Wierne przeniesienie kadrów i fabuły nie oznacza jednak, że ilustrator nie dodał czegoś od siebie. A to zmieni nieco szyk scen, to znów inaczej do treści wprowadzi. Wszystko wiernie pierwowzorowi, niemniej również bez porzucania autorskiej wizji.

 

Po prostu coś wspaniałego! Dlatego też polecam „Sherlocka” Waszej uwadze. I tylko szkoda, że dotychczas powstało zaledwie trzy tomy. Czwarty wprawdzie jest już serializowany w Japonii, jednak nie prędko doczekamy się jego pełnej wersji. Niemniej jest na co czekać, dlatego już zacieram ręce na adaptację drugiego sezonu serialu.

 

Mangę można kupić tu:

niedziela, 23 kwietnia 2017

Wieczni Batman i Robin - James Tynion IV, Scott Snyder (pomysł), różni artyści



BATMAN I ROBIN FOREVER

 

Po wydarzeniach opisanych w „Ostatecznej rozgrywce” Bruce Wayne przestał być Batmanem, jednak nie tylko jego legenda i spuścizna pozostają żywe. Dawni pomocnicy Mrocznego Rycerza, w tym noszący batzbroję Jim Gordon,  działają zamiast niego, ale na jaw wychodzą skrywane przez lata sekrety Człowieka Nietoperza. Przeszłość upomina się o swoje, a młode pokolenie obrońców Gotham będzie musiało rozwikłać jej tajemnice zanim będzie za późno.

 

Kim jest Matka? I dlaczego Batman ukrywa wszelkie informacje na jej temat przed Robinem? Przed laty, tuż po ich starciu ze Strachem na wróble, Bruce usunął dane z nią związane ze swoich Akt Cieni, bo gdyby młody Dick Grayson dowiedział się, co jego mentor zrobił, żeby uczynić go tym, kim jest, wszystko co zbudował Mroczny Rycerz rozsypałoby się…

Czasy obecne. Bruce nie jest już Batmanem, natomiast Dick działa jako szpieg organizacji Spyral. Wielkie otwarcie odrestaurowanej Wieży Oświecenia staje się dla niego początkiem kolejnej walki, kiedy zostaje zaatakowany przez dzieci Matki. Zdradzony przez swoją pomoc, od tajemniczej napastniczki otrzymuje pendrive ze spowiedzią Bruce’a. Sprawa nabiera jednak tempa, kiedy Bluebird zostaje zaatakowana przez Orphana. Drogi młodego pokolenia herosów przecinają się we wspólnym działaniu przeciw wrogowi, którego nie rozumieją, nie wiedząc komu mogą zaufać i do czego to ich doprowadzi…

 

Retcon to bardzo popularny w komiksowym świecie zabieg, który zawsze sprawdza się bardzo dobrze. Jeśli ktoś nie wie, polega on na powróceniu do doskonale wszystkim znanych wydarzeń i dodaniu do nich nowych elementów zmieniających obraz danej sytuacji. Taka wolta ma swoje niezaprzeczalne plusy, nic więc dziwnego, że w końcu i James Tynion IV wraz ze Scottem Snyderem zdecydowali się zastosować ją w opowieści o Batmanie i odbrązowić nieco tę postać. Z ich pomysłu zrodził się naprawdę udany komiks, przepełniony akcją i szybkim tempem, strony którego zaludnia cała masa mniej lub bardziej ważnych postaci tego uniwersum.



Fabularnie poza konkretnym poprowadzeniem akcji i ciekawymi wątkami najbardziej cieszy fakt, że udało się zachować spójność. Ekipa scenarzystów nie była w końcu mała. Wprawdzie wśród nich nie znalazł się Snyder, pełniący rolę współpomysłodawcy całości, ale za pisanie poszczególnych zeszytów wzięli się Tynion IV, Tim Seeley, Steve Orlando, Genevive Valentine, Jackson Lanzing, Collin Kelly oraz Ed Brisson. W tym konkretnym przypadku wyszło jednak, jak w serialu telewizyjnym – każdy dodał coś od siebie, ale trzymał się jednej, konkretnej wizji. Zresztą „Wieczni Batman i Robin” od początku planowani byli jako krótka seria (zamknięta ostatecznie na 26 częściach), co przemawiało za tym tytułem.

 

Grupa rysowników tego albumu także nie była małaa. Jeśli nie liczyć inkerów i kolorystów grafiki sporządzili Tony Daniel, Paul Pelletier, Scot Eaton, Tony Kordos, Marc Deering, Wayne Faucher, Ronan Cliquet, Alvaro Martinez, Roge Antonio, Geraldo Borges, Fernando Blanco, Christian Duce, Javier Pina oraz Goran Sudžuka. Większość albumu, podobnie jak scenariusz, zachowuje podobny poziom, jednak bliżej końca ilustracje stają się prostsze i bardziej brudne. Całość jednak wypada bardzo dobrze, mimo faktu, że jeden zeszyt potrafi rysować kilku artystów.

 

Podsumowując, „Wieczni Batman i Robin” to bardzo ciekawa i warta poznania opowieść. Dodatkowo na jej korzyść przemawia fakt, że mamy tu do czynienia z historią zamkniętą w stosunkowo niewielkiej serii zebranej w dwóch tomach, a także to, iż jednocześnie mocno osadzona jest w wydarzeniach znanych z wydawanych w Polsce batserii, a zarazem nadaje się też dla mniej zaznajomionych z tematem (obowiązkowe streszczenie najważniejszych wątków mamy na początku tomu). Do tego dobre wydanie i solidna porcja stron za przystępną cenę sprawiają, że komiks wart jest polecenia.

 

A ja dziękuję jeszcze wydawnictwu Egmont za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

sobota, 22 kwietnia 2017

Owieczki dobre, owieczki złe - Joanna Cannon



KŁOPOTY Z BARANAMI I OWCAMI

 

Po debiutancką powieść Joanny Cannon sięgnąłem z prostej przyczyny. I nie chodzi tu o tematykę, chociaż ta akurat wydawała się ciekawa, a o hasło „kryminał filozoficzny” i porównania ze „Sprawiedliwością owiec”, którą cenię (głównie za rewelacyjną kontynuację). Do lektury zasiadałem jednak pełen obaw, doświadczenie nauczyło mnie w końcu, że szumnie reklamowane tytuły zbyt często są mocno przeciętne. Na szczęście w przypadku „Owieczek…” ta reguła się nie sprawdziła i w moje ręce trafiła powieść bardzo ciekawa, dobrze napisana i daleka od banału, jaki najczęściej prezentują przedstawiciele gatunku thrillera/kryminału.

 

Wyjątkowo upalnego lata roku 1976 znika pani Creasy, mieszkanka spokojnych angielskich przedmieść. Sąsiedzi mieszkający przy tej samej ulicy, jak zawsze w takich przypadkach, mają swoje zdanie na ten temat, każdy jednak darzył zaginioną większą lub mniejszą sympatią. Jej mąż nie ustaje w poszukiwaniach, a  w serca mieszkańców wkrada się strach. Nie wiadomo co się stało, nie wiadomo kto może być następny i czego można się spodziewać. Dwie dziewięcioletnie dziewczynki postanawiają same wyjaśnić sprawę i zrozumieć mechanizmy rządzące tym światem oraz tym, co spotyka ludzi. Kiedy słyszą od księdza, że Bóg może pomóc w takiej sytuacji, postanawiają więc poszukać także Jego…

 

Już sama historia wymyślona przez Joannę Cannon jest ciekawa. Owszem, mamy setki, jeśli nie tysiące powieści z motywem zaginięcia, jednak debiutująca autorka zdołała znaleźć w nich coś świeżego. A dokładniej porzucenie charakterystycznych dla thrillerów i kryminałów elementów na rzecz psychologii postaci oraz powolnego budowania pozornie sielskiego obrazka przepełnionego leniwym napięciem. I takie podejście do tematu podoba mi się o wiele bardziej, niż kolejne podążanie za wciąż tym samym schematem, który sprawia, że podobna literatura nie sprawdza się nawet jako rozrywka. Cannon poszła pod prąd i odniosła sukces, a jej powieść to rzecz naprawdę warta przeczytania. Niegłupia, tym bardziej nie pusta, może nie dla wszystkich, ale spragnieni bardziej ambitnej rozrywki odbiorcy będą usatysfakcjonowani.

 

Co jeszcze podoba mi się w opowieści o owieczkach szukających swego pasterza i złego barana, to styl, który posługuje się autorka. Lekki, płynny, liryczny i wcale nie tak oczywisty, jak można by się spodziewać po debiutantce. Powieść okazała się więc dla mnie bardzo pozytywnym zaskoczeniem i książką niezwykle przyjemną, refleksyjną i intrygującą. Dlatego z czystym sercem mogę polecić ją Waszej uwadze. Bez wahania, bez przedłużania – to po prostu bardzo dobra, szczególnie na letnie, upalne popołudnia, które nadejdą już niedługo.

Serce umiera ostatnie - Margaret Atwood



MAŁŻEŃSTWO I WIĘZIENIE

 

Margaret Atwood to kolejne z wielkich literackich nazwisk, jakie odkryłem całkiem niedawno temu. Z miejsca zachwyciłem się twórczością autorki i choć to dopiero trzecia jej powieść, jaka trafiła w moje ręce, śmiało mogę zaliczyć ją do ulubieńców. Ciekawe, nieszablonowe fabuły, które skłaniają do myślenia, kontrowersje mające konkretny cel i znaczenie, rewelacyjna psychologia postaci i znakomity styl. A wszystko to na styku opowieści społecznych i ambitnej fantastyki. I takie również jest „Serce umiera ostatnie”, znakomite dzieło warte przeczytania szczególnie w oczekiwaniu na opus magnum pisarki, czyi „Opowieść podręcznej”, która już w maju doczeka się wznowienia nakładem wydawnictwa Wielka Litera.

 

W niedalekiej przyszłości sytuacja ekonomiczna i społeczna przedstawia się wręcz tragiczne. Rynek się załamał, bezrobocie wzrasta, a pozbawieni środków do życia ludzie zeszli na drogę przestępczą. Nie wszyscy jednak, wciąż są bowiem tacy, którzy starają się zachowywać w normalny sposób, ale nie jest to łatwe. Do tego typu ludzi należy małżeństwo Stan i Charmaine, które w wyniku kryzysu zmuszone było zamieszkać w samochodzie. Ledwie wiążąc koniec z końcem, mając dość życia w niebezpiecznym środowisku decydują się wziąć udział w eksperymencie społecznym o nazwie Projekt Pozytron. Jego założenia są proste – uczestnicy otrzymują dach nad głową, pracę etc., jednak jak zawsze jest jakieś „ale”. Przez miesiąc mają wieść życie niemal idylliczne, przez kolejny mieszkać w swoistym więzieniu i tak na przemian aż do końca. Patrząc na to, jak wygląda reszta otoczenia, nawet to drugie miejsce zamieszkania nie wydaje się być wcale takie złe. Kto jednak stoi za tym wszystkim? Jaki ma cel? I do czego doprowadzą osobliwe relacja Stana i Charmaine z parą, z którą wymieniają się co miesiąc „domami”?

 

Spotkałem się z bardzo wieloma negatywnymi opiniami na temat tej powieści, ale przyznam, że zupełnie ich nie rozumiem, choć wiem skąd się wziął taki stan rzeczy. Przeciętni czytelnicy, są jak przeciętni widzowie, to co ambitne odstrasza ich albo spotyka się z niezrumienieniem. Nie mówię, że  to najlepsza z książek Atwood, bo tak nie jest, ale na tle 90% współczesnej fantastyki, nawet tej z ambicjami, wypada lepiej, niż bardzo dobrze. To, co różni „Serce…” od popularnych powieści, które stają się hitami, to brak tanich chwytów i maskowania fabularnych mielizn szybką akcją. Akcji u Atwood zresztą jest stosunkowo niewiele, ale nie o to przecież chodzi. Autorka bierze zgrany schemat utopii/antyutopii i wyciska z niego coś nowego, świeżego, ciekawego. Przede wszystkim jednak interesuje ją głębia, prawda i przesłanie oparte na analizie kondycji człowieka i społeczeństwa.

 

Oddzielną rzeczą wartą omówienia są sami bohaterowie. Tym razem Attwood równocześnie robi z nich ludzi z krwi i kości, co i konkretne archetypy. Jednocześnie pozostają więc realni, jak i zupełnie realności pozbawieni. Ich zachowanie nie zawsze bywa logiczne, ale zawsze czemuś służy, trzeba tylko zadać sobie nieco trudu by to zrozumieć.

 

Moja lepsza połowa powiedziała o twórczości Atwood, że już w samym stylu jest coś takiego, że nie sposób oderwać się od książki i jest to prawda. Autorka pisze w sposób rewelacyjny, pełny, soczysty, krwisty wręcz. Prawdziwi miłośnicy dobrej, mądrej i nieszablonowej literatury z pewnością będą zatem zachwyceni. Dlatego polecam ich uwadze zarówno tę powieść, jak i pozostałe utwory z dorobku Margaret Atwood.

 

A wydawnictwu Wielka Litera dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Rycerze Sidonii #3 - Tsutomu Nihei



CZŁOWIEK CZY RZECZ

 

Trzeci tom „Rycerzy Sidonii” wprowadza niemałe zamieszanie. Akcji jest jeszcze więcej, więcej też dzieje się między bohaterami, a my mamy okazję cofnąć się w czasie i poznać tajemnicę ostrokłosów. Jakby tego było mało na jaw wychodzą nowe fakty odnośnie pustelniaków, które wstrząsają także mieszkańcami Sidonii oraz ciekawe informacje na temat Tanikaze mogące zmienić wszystko.

 

Sidonia znów znalazła się w obliczu zagrożenia ze strony pustelniaków. Ale tym razem jest inaczej niż dotychczas – wróg bowiem nie tylko przybrał wygląd gward i walczy, jak nigdy dotąd, stosując techniki, jakich nie powstydziłby się niejeden strateg, ale także ukształtował łożysko na kształt człowieka. A może to coś więcej, niż tylko łożysko? Kiedy udaje się przechwycić jedno z nich, okazuje się, że przypomina człowieka pod każdy, nawet biologicznym względem. Czemu zmieniło się zachowanie przeciwnika i co to właściwie oznacza? Na horyzoncie pojawia się także gigantyczny statek klasterowy, a Tanikaze i Izana zbliżają się do siebie coraz bardziej, jednak oprócz kolejnych pilnych wezwań w budowaniu relacji przeszkadza im także wszędobylska Yuhata…



Tsutomu Nihei ma zadziwiającą zdolność do budowania prostych fabuł, które są wciągające, ciekawe i rozwijają się w tak intrygujący sposób, że czytelnik nie chce się oderwać od lektury nawet na chwilę. Trzy tomy „Rycerzy Sidonii” przeczytałem właściwie jednym tchem, jednak ciągle mi mało – i to chyba najlepsze świadectwo, jakie mogę wystawić tej serii. Ale oczywiście nie jedyne. Kolejną rzecz, którą muszę tej serii zaliczyć in plus jest fakt, że choć wyrosła na gruncie „Neon Genesis Evangelion”, nie jest wcale jego kopią. Owszem, mamy tutaj podobieństwa, bohaterowie w mecha walczą z najeźdźcą, który prawie (lub całkowicie) zniszczył Ziemię (a wręcz cały układ słoneczny), mamy tajemnicę pochodzenia przeciwnika i zamkniętego w sobie nastolatka z sekretami posadzonego za sterami maszyny bojowej, ale inna jest sceneria, inni są bohaterowie, mechanika i rozwój świata, a wreszcie i klimat obu dzieł. W „Rycerzach…” mniej jest też humoru, Nihei praktycznie wyeliminował go na rzecz innych składowych.



Podobnie zresztą zredukowana została kreska, jaką operuje autor. Nie ma tu brudu i szczegółowości „Blame’a!”, ale jest jakaś siła. Delikatność zderzona z mrokiem, lekkość kontrastująca z krwią i brutalnością, a gdzieś pomiędzy twardą techniką i zdeformowanymi bytami rodem z filmów grozy znalazła się nuta subtelnej, zwiewnej erotyki. Wraz z rozwojem akcji rozwija się jednak stylistyka „Rycerzy Sidonii”, grafiki stają się bardziej szczegółowe i rozbudowane, ale znakomity klimat pozostaje niezmiennie taki sam.

 

Podsumowując, polecam tę serię Waszej uwadze. Jeśli lubicie dobre mecha SF, „Rycerze Sidonii” to tytuł, z którym koniecznie powinniście się zapoznać. Ciekawy, potrafiący skłonić do myślenia, a czasem po prostu poruszyć. Warto po niego sięgnąć.

 

Mangę można kupić tu:

Ściana Burz - Ken Liu



FANTASTYCZNE DARY

 

„Królowie Dary”, pierwszy tom „Pod Sztandarem Dzikiego Kwiatu” okazał się bardzo ciekawym przykładem ciężkiego, przyziemnego fantasy osadzonego w realiach, jakie cenię. Dlatego też na ciąg dalszy czekałem, jak na niewiele powieści z tego gatunku. I nie zawiodłem się. Ken Liu, pochodzący z Chin pisarz amerykański, po raz kolejny udowodnił, że rozliczne wyróżnienia jakie zdobył nie były jedynie kwestią przypadku czy chwilowej mody.

 

Kiedy poznaliśmy Kuniego Garu nie miał w sobie zbyt wielu zadatków do wielkości. Łagodnie powiedziawszy: w końcu nie bywał widywany trzeźwy, wiódł żywot hulaki i nie bał się korzystać ze swojego zawadiackiego uroku, któremu trudno było się oprzeć. Jakby tego było mało wszelkie pozytywne cechy ukrywał tak, by nikt nie mógł powiedzieć o nim nic dobrego. A jednak teraz Kuni, znany pod dworskim przydomkiem jako Ragin, jest cesarzem Dary i stara się jak najlepiej rządzić swoim cesarstwem i dbać o potrzeby ludu. Niestety już wkrótce wszystko się zmieni. Kiedy bowiem na jedną z wysp przybywa tajemniczy Lyucu, a wraz z nim zjawiają się skrzydlate bestie, wybucha chaos. Sytuacja z każdą chwilą robi się coraz trudniejsza, a gdy dodatkowo sam Kuni będzie musiał stawić czołu fałszywym oskarżeniom i zdradzie, wydaje się, że nie ma już nadziei. Na szczęście są jeszcze jego dorosłe dzieci, które chciałyby zapisać się w historii. Niestety to, co nadchodzi przerasta wyobraźnię każdego…

 

Ken Liu potrafi zaciekawić – i to już samym blurbem książki. Z blurbem jest jednak jak ze zwiastunem filmowym, zawsze zawiera to, co najlepsze z całości, a efekt bywa bardzo różny. Na szczęście „Ściana burz” potrafi sprostać oczekiwaniom, jakie rozbudza opis. Co ważniejsze jednak w satysfakcjonujący sposób kontynuuje „Królów Dary”, a nie było to łatwe zadanie. Sequel zawsze stoi na z góry straconej pozycji, z założenia nie maże mieć bowiem już tej świeżości co oryginał, a „Królowie…” mimo wszystko miały jej sporo. Nie za dużo na szczęście, dlatego w drugim tomie nie odczujecie jej braku. Dostaniecie natomiast dużo akcji, realizm, ciekawych bohaterów i władzę. Kwestie władzy są zresztą kluczowe dla „Pod Sztandarem Dzikiego Kwiatu”, bez nich ta historia byłaby o wiele uboższa. Na szczęście autor wiedział, czego chce i jak to dobrze wykorzystać.

 

„Ściana burz”, jak i poprzedni tom, napisane są znakomicie, z odpowiednią wagą i literackim wyczuciem. Nie jest to pusta, prosta przygoda, a bardzo dobrze napisana przyziemna, realna opowieść, która spodoba się miłośnikom „Gry o tron” czy „Opowieści z Meekhańskiego Pogranicza”. Ken Liu pisze o wymyślonych światach i czasach, jednak robi to w sposób tak prawdziwy, że równie dobrze mogłaby to być nieznany rozdział naszej historii. Jeśli więc lubicie takie klimaty, cenicie je bardziej, niż przepełnione magią, efekciarskie, ale nie efektowne opowieść, ta seria to coś dla Was. Polecam zatem.

 

A wydawnictwu SQN dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Punisher Max, tom 1 - Garth Ennis, Lewis LaRosa , Leandro Fernández



PUNISHER NA MAXA

 

Kiedy w roku 2000 Garth Ennis, świeżo po skończeniu pracy nad swoim opus magnum „Kaznodzieją”, przejął pisanie przygód marvelowskiego mściciela, Punisher nie miał się najlepiej. Zabity i wskrzeszony w miniserii „Purgatory” stał się nadnaturalnym agentem pracującym zarówno dla aniołów jak i demonów. To się nie mogło udać, Ennis z miejsca odrzucił kontynuowanie tej fabuły i skupił się na walce Franka Castle’a z gangsterami i bandytami. Dwunastoczęściowy run zatytułowany „Witaj w domu, Frank”  okazał się strzałem w dziesiątkę, a irlandzki scenarzysta dostał możliwość napisania nie tylko kilku oneshotów i miniserii z tą postacią, ale też czwartego volume’u jej losów, a potem i piątego, już w ramach linii Max przeznaczonej dla dorosłych czytelników. I to właśnie te ostatnie przygody, krwawe, brutalne i wulgarne, trafiły niedawno do rąk polskich czytelników. I chociaż przemoc osiąga tutaj absurdalne rozmiary, „Punisher: Max” to po prostu rewelacyjny komiks, który czyta się jednym tchem.

 

Historia w nim opowiedziana jest w zasadzie prosta. Punisher morduje kolejnych gangsterów – bossów, pomniejszych żołnierzy czy nawet „emerytowanych” już członków mafijnych rodzin – i to masowo. Chce ich  zabijać tak długo, aż przestaną pojawiać się kolejni na ich miejsce. Osaczeni przestępcy chcą się pozbyć wroga za wszelką cenę, ale nie tylko oni polują na Mściciela. Pewna tajemnicza grupa nie tylko jest w stanie go wyśledzić, ale także ma po swojej stronie Micro, dawnego współpracownika Franka. Czy tym razem przeciwnicy zdołają powstrzymać samozwańczego egzekutora?



W pierwszej miniserii o Punisherze („Circle of Blood”) twórcy postawili istotne pytanie: ile przemocy i zabijania znieść może jeden człowiek. Ennis kontynuując tę tradycję zastanawia się czy istnieje sposób by Frank Castle przestał być Mścicielem. Oczywiście robi to w charakterystycznym dla siebie stylu, psychologii postaci szukając wśród przerysowanej brutalności, hektolitrach krwi i czarnym humorze. Punisher, niby Rambo w czwartej odsłonie swoich przygód, chwyta za karabin maszynowy i zaczyna rzeź. Ale nie jest to masakra dla masakry, chociaż Ennis lubuje się w okrucieństwie, taka historia szybko by się przejadła. Autor po raz kolejny pokazuje więc zagubionego człowieka, który nie potrafi przestać mordować. Śmierć rodziny z rąk gangsterów to jedynie pretekst by móc strzelać do kolejnych ludzi pod płaszczykiem walki z bezprawiem. Czy w takiej sytuacji istnieje jeszcze jakaś granica? I gdzie są resztki człowieczeństwa Punishera? Odpowiedzi, jak zawsze u Ennisa, są mroczne i niepokojące.



I w takim tonie utrzymane zostały tez ilustracje – przynajmniej w pierwszych sześciu z zebranych tu zeszytów. Kreska jest brudna, kadry ciemne, a Lewis LaRosa nie unika pokazywania wprost ran i okaleczeń. Prościej wyglądają kolejne części w wykonaniu Leandro Fernándeza, ale i one mają swój klimat i urok, a przede wszystkim pasują do pisanego przez Ennisa scenariusza.

 

Mogłoby się wprawdzie wydawać, że „Punisher Max” nie ma do zaoferowania nic ponad mocną rozrywkę, jednak to tylko pozory. Z tym z komiksem jest, jak z filmami Tarantino, wystarczy chcieć spojrzeć poprzez tryskającą krew, a okazuje się, że naprawdę kryje się tam coś więcej. Ennis po raz kolejny nie zawiódł, a ten tytuł to zdecydowanie jedna z najlepszych opowieści wydanych w ramach klasyki Marvela. Warto jest po nią sięgnąć, szczególnie że nadaje się dobrze również dla nowych odbiorców, warto też czekać na kolejne tomy, a że Egmont od czerwca zaczyna wznawiać „Kaznodzieję” gwarantuje, iż Ennis nie prędko zniknie z księgarskich półek.

 

Na koniec dziękuje jeszcze wydawnictwu Egmont za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

piątek, 21 kwietnia 2017

Ty i Ja ETC. - Kyugo



ON, ON I CO DALEJ?

 

Oto manga sportowa bez sportu i komedia romantyczna bez komedii. To także szkolne życie, ale niemal bez szkoły. I historia o przyjaźni, która przyjaźnią wcale nie jest. Taki właśnie jest „Ty i ja etc.” – komiks inny, niż się spodziewałem po opisie, a jednak mający swoje dobre strony.

 

Iku i Keita to przyjaciele od dziecka, którzy wszystko zawsze robili razem. Nie ważne co to było, ważne że wspólnie. Dlatego do szkolnego klubu baseballowego także zapisali się razem i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie wypadek. Pewnego dnia Iku omal nie wpada pod samochód, Keita wypycha go wprost spod kół, jednak sam zostaje poważnie ranny. Powrót do zdrowia i rehabilitacja nie oznaczają jednak odzyskania pełni sprawności – nastoletni chłopak dowiaduje się, że już więcej nie zagra w baseball. Keita w imię solidarności także przestaje uprawiać sport, ale od tej chwili ich wspólne relacje zaczynają się psuć. Po skończeniu gimnazjum i zaczęciu nauki w liceum obaj są od siebie oddaleni, ale kiedy Keita zrywa z dziewczyną, zaczyna starania by ich wzajemne stosunki ociepliły się. A nawet rozwinęły w coś więcej niż przyjaźń…

 

Sięgając po ten tytuł spodziewałem się zupełnie innej mangi. Obyczajowej historii o przyjaźni w czasach szkolnych, a nie opowieści typu boy love. Gdybym wiedział nie sięgnąłbym po nią, to absolutnie nie moje tematy, zmylił mnie jednak opis na okładce. Cóż, zdarza się. Przeczytałem. Jak wrażenia?



Abstrahując od tego, że „Ty i ja, etc.” to zupełnie nie moja bajka, sama historia jest prosta i tak nastawiona na wzruszenie czytelnika, że aż łzawa. Bohaterowie płaczą, a uczucia wyznają sobie w sposób tak egzaltowany, jak tylko pozwoliło na to nie popadnięcie w śmieszność. Czy to źle? Każdy lubi coś innego, dla mnie byłoby to całkiem udane, gdyby autorka zdecydowała się na przełamanie patetyzmu typowo mangowym humorem. Ten co prawda się pojawia, ale nie w takich scenach, więc jego działanie jest zupełnie inne. Nie mniej jednak sama obyczajowa historia, kiedy trzyma jeden, poważny ton wypada naprawdę nieźle. Trudne relacje i życiowe problemy w końcu zawsze sprawdzają się dobrze.

 

I dobra jest także strona graficzna. Lekka, przyjemna kreska i udany design postaci, rysunki zresztą dobrze oddają emocje bohaterów. W skrócie: bardzo dobre wykonanie.

 

I chociaż sama manga tematyką nie trafiła w mój gust, jest tytułem całkiem niezłym. Nie do końca spełnionym, ale i nierozczarowującym. Miłośnicy gatunku będą więc zadowoleni.

 

A ja dziękuję wydawnictwu Studio JG za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.