środa, 31 maja 2017

Anihilacja, tom 2 - Keith Giffen, Simon Furman, Javier Grillo-Marxuach,Renato Arlem, Gregory Titus, Jorge Lucas



ANIHILACJA POSTĘPUJE



Pierwszy tom „Anihilacji” okazał się jednym z najlepszych eventów Marvela, jakie ukazały się na polskim rynku w ostatnim czasie. Duża w tym zasługa czterech zeszytów wprowadzenia, które okazały się być dalekie od typowych opowieści superhero z tego wydawnictwa. Nie było w nich bowiem znanych herosów, olbrzymiego zagrożenia ani nadmiaru akcji, czytelnicy otrzymali natomiast żarty z takich właśnie opowieści, pyskatą nastolatkę i niemalże obyczajową historię z kosmicznymi psychopatami, którzy rozbili się na Ziemi. W drugim tomie takich spokojniejszych treści nie ma, Anihilacja się zaczęła, siły wroga posuwają się coraz dalej, a zagrożenie narasta. Ale to wciąż znakomita opowieść, którą powinien przeczytać każdy fan Marvela, oferująca nieco odmienne spojrzenie na komiksowe eventy.



Przemierzając kosmos Silver Surfer natrafia na zniszczenia dokonane przez Falę Anihilacji, a chwilę potem staje oko w oko z wysłannikami lorda Annihilusa, którzy toczą walkę z Gabrielem Air-Walkerem, dawnym heroldem Galactusa. Ku ich rozczarowaniu przeciwnik okazuje się być maszyną, jednak pojawienie się Surfera staje się dla nich idealną okazją do „rekompensaty”. I nawet gdy poruszający się na srebrnej desce wojownik opuści ostatecznie miejsce walki, w jego głowie pozostanie wiele niepokojących pytań. Czego Annihilus chce od heroldów Galactusa? I czemu służy okrucieństwo jego sił, które przeraża nawet dawnych pomocników Pożeracza Światów?

Tymczasem w Imperium Skrulli, mieszkańcy świata starają się zaskoczyć siły wroga. Sytuacja wydaje się beznadziejna, ale do boju staje Super-Skrull, wojownik obdarzony mocami Fantastycznej Czwórki. Gdzie w tym wszystkim miejsce dla Ronana Oskarżyciela? I jak bardzo zmieni się sytuacja, kiedy psychopatyczny Thanos postanowi dołączyć do Annihilusa?
 

Co odróżnia „Anihilację” od innych tego typu opowieści? Przecież mamy tutaj zagrożenie dla całego kosmosu, które niszczy niejeden świat, potężnego ponad miarę przeciwnika, nieco patosu, szybką akcję… Ale gdzie są flagowi bohaterowie Marvela? Gdzie Spider-Man, Kapitan Ameryka, Iron-Man, Thor chociaż? Właśnie. Scenarzyści, w tym „ojciec” Lobo, Keith Giffen, zrezygnowali z nich na rzecz pomniejszych bohaterów, którzy muszą się wykazać samodzielnie. A wyzwanie jest olbrzymie, może nawet ponad ich siły. Akcja pędzi więc na złamanie karku, choć nie brak jej kilku bardziej stonowanych momentów (miniseria z Ronanem), giną kolejne postacie, walka trwa, a czytelnik nie ma chwili na nudę. Co więcej bawi się przy tej, kolokwialnie mówiąc, rozwałce znakomicie, choć jednocześnie znajdzie tutaj o wiele więcej, niż efektowne pojedynki.
 

Jak prezentuje się strona graficzna albumu? Podobnie, jak w przypadku poprzedniego. Najlepiej (i najrealistyczniej) wypada początek, potem kreska staje się bardziej cartoonowa, ale nie jest to zarzut. Może nie każdemu się ona spodoba, ale ma swój urok i przy bliższym poznaniu, przekonuje do siebie. A jako całość „Anihilacja” przedstawia się po prostu znakomicie.



Zatem podsumowując, warto. I to bardzo. „Anihilacja” to jeden z najlepszych eventów, jakie w ostatnim czasie trafiły na nasz rynek, co więcej jest to event z rodzaju tych, które nadają się także dla czytelników nieszczególnie zaznajomionych ze skomplikowaną historią Marvela i setkami powiazań występujących pomiędzy poszczególnymi bohaterami (zresztą biogramy pojawiających się tu postaci znajdziemy zamieszczone pomiędzy kolejnymi zeszytami, tak więc wszelkie niezbędne rzeczy zostają wyjaśnione). Dlatego też polecam gorąco i z niecierpliwością czekam na finałowy tom.



A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Kolacja dla wrony - Jonathan Carroll



REALIZM NIEMOŻLIWY



Jonathan Carroll to zdecydowanie jeden z najoryginalniejszych współczesnych pisarzy, którego powieści należy zaliczyć do szeroko pojmowanej fantastyki. Oniryczne, oparte często na szalonych pomysłach zdarzonych z murem chłodnej rzeczywistości, zachwycają, urzekają, fascynują i budzą niepokój. Jak jednak przedstawia się inne oblicze Carrolla? Oblicze felietonisty, autora krótkich form, spisującego swoje przemyślenia, wspomnienia i zasłyszane ciekawostki? „Kolacja dla wron”, najnowsze dzieło pisarza, udziela odpowiedzi na to pytanie w iście rewelacyjnym stylu.



W tekście zatytułowanym „Realizm niemożliwy” Carroll opisuje dziecięce zdumienie przeniesione na dorosły grunt. I wytyka czytelnikom, którzy przekroczyli już pewien wiek, że nie potrafią poddawać się uczuciom, jakby to było coś wstydliwego. Ale to nie znaczy, że one nie istnieją – bo czasem nawet łóżko może przejść metamorfozę, która odmieni całe nasze postrzeganie świata. To łózko w opowieści pojawia się nie przypadkiem – ono w końcu, choć stanowi zwyczajny przedmiot, staje się bramą do krainy snów, gdzie możliwe jest to, co zdumiewające, niezwykłe i poruszające. Wspominam tutaj akurat tę z opowieści, bo najlepiej określa prozę autora. Carroll chce wyzwolić w nas uczucia, zaskoczyć, a jednocześnie jak we śnie czytelnik nie dziwi się temu. To stały element tego świata, nie ważne, jak oderwany nie byłby od rzeczywistości.



W tym zbiorze Carroll jednak od rzeczywistości nie ucieka. Nie ucieka też od drażliwych, ważkich tematów, jak choćby islamscy terroryści. Wiecie dlaczego najbardziej należy się bać muzułmanki z makijażem? Jesteście ciekawi co to Małyszenie (i nie, nie chodzi tu o Małysza, choć autor mocno związany jest z naszym krajem)? Albo co czuje pisarz na myśl, że wielu jego czytelników już nie żyje, a do życia po śmierci zabrali ze sobą jego opowieści? A to tylko kilka z pośród dziesiątek opowieści, jakie oferuje nam Carroll. Znalazło się tu także miejsce na kilka wstępów z jego powieści, ukazujących ich kulisy, a całość robi naprawdę wielkie wrażenie.



A przecież mogło być zupełnie inaczej, mogło się nie udać. Kiedy zajrzałem do środka po raz pierwszy byłem rozczarowany. Króciutkie teksty, bardziej jak poezja, niż cokolwiek innego – nie żebym nie lubił poezji, bo tak się składa, ze uwielbiam, jednak spodziewałem się czegoś innego. Ale wtedy zacząłem czytać i wpadłem. Poszczególne utwory są znakomite, wciągają, imponują i niepokoją. Skłaniają do myślenia i dostarczają dobrej rozrywki podanej w znakomitym stylu.



Jeśli więc się wahacie, a lubicie Carrolla, albo po prostu szukacie dobrej, niebanalnej literatury łączącej w sobie różne elementy, od non fiction, po fantastykę, przestańcie i sięgnijcie. To naprawdę wartościowa pozycja, która nadaje się zarówno jako wstęp do czytelniczej przygody z dziełami autora, jak i doskonałe ich uzupełnienie. Polecam gorąco.



A wydawnictwu Rebis dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Na kłopoty rada - Wiesława Zaręba, Justyna Kleszcz, Tomasz Kleszcz


BAJKI UWSPÓŁCZEŚNIONE



W obecnych czasach, kiedy najmłodsi mają olbrzymi wybór pośród skierowanych do nich tytułów, nie łatwo jest zdobyć ich zainteresowanie. Twórcy prześcigają się więc w przygotowywaniu najróżniejszych dzieł, a spośród nich sporą popularnością cieszą się w ostatnim czasie połączenia klasycznych książek z komiksami. Do takich właśnie tworów należy niniejsza publikacja, bardziej stawiająca na komiks, niż tradycyjnie opowieści, ale nie zapominająca o porcji lekko podanej literatury, mającej uczyć poprzez zabawę.



„Na kłopoty rada” składa się z sześciu opowieści opartych na bajkach Iwana Kryłowa. W pierwszej z nich, zatytułowanej „Gość” nadchodzi wiosna i cała przyroda budzi się do życia. Rośliny kwitną, ze snu wstają zimowe śpiochy i las zaczyna tętnić życiem. Żaby zażywają pierwszych kąpieli, ślimaki szczotkują swoje muszle, a mucha… No właśnie, mucha nic nie robi, ale narzeka na to, ile musi się męczyć. Czy uda jej się zmienić?

W „Głuchym szpaku” tytułowy bohater , usłyszawszy w młodości śpiew szczygła, nauczył się śpiewać tak, jak on. Przez lata, jego piosenki cieszą i motywują innych, dopóki w lesie nie pojawia się słowik. Zazdrosny o jego talenty szpak postanawia udowodnić, że też potrafi to samo, ale im bardziej się stara, tym gorsze przynosi to efekty…

Kolejną opowieścią w tym tomie jest „Chwalipięta”. Kiedy pewnego dnia sikorka zaczyna mieć pecha, postanawia ukoić nerwy i wybrać się nad morze. Wszystko jest ślicznie, pięknie, jednak nasza bohaterka zaczyna się przechwalać, co prowadzi do nieciekawej sytuacja. Podobnie zresztą jest w „Ważniaku” , gdzie stary dąb ignoruje ostrzeżenia ptaków, zbyt pewny siebie, wierzy bowiem, że nic nie jest w stanie mu zaszkodzić, a także w „Cudzych piórkach”, gdzie pewien pająk zadziera z orłem.

Całość kończy „Karierowiczka”, opowiadanko o mrówce imieniem Herkules. Dzięki swej sile staje się ona sławna, a przekonana o swej wielkości postanawia wybrać się do miasta. Sądzi, że historie o niej dotarły aż tam, co jednak kiedy na miejscu czeka na nią rozczarowanie?
 

„Na kłopoty rada” to komiks oparty na znanych motywach, archetypach i przysłowiach, przenoszący klasyczne już bajki na nowy, współczesny grunt. Krety korzystają więc ze smartfonów, a mucha posiada lornetkę. Zmieniły się nieco realia, ale jedno pozostało takie samo: każda z tych historyjek, poza porcją rozrywki, oferuje także morał i przesłanie. Uczy właściwych postaw oraz postępowania i przy okazji robi to w sympatyczny sposób. I choć nie zabrakło tu klasycznie pisanych fragmentów, króluje komiks, dlatego to do tej właśnie kategorii zaliczam niniejszy tytuł.



A skoro to komiks warto też wspomnieć kilka słów o szacie graficznej. Ta, oczywiście, jest prosta, kolorowa, ale sympatyczna. Trochę stylizowana na prace Tomasza Samojlika, choć mniej wyrazista, dobrze pasuje do zaprezentowanych historyjek. Do tego dochodzi jeszcze ładne wydanie. W skrócie: przyjemna propozycja dla najmłodszych.



Dziękuję wydawnictwu Kameleon za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Sherlock Holmes – Crime Alleys tom 1: Pierwsza sprawa - SylvainCordurié, Alessandro Nespolino


SHERLOCK PO FRANCUSKU



Sherlock Holmes w wykonaniu francuskiego scenarzysty Sylvaina Cordurié’a powraca z nową miniserią. Po dwóch opowieściach dziejących się w trakcie jego kariery, nadszedł czas by ukazać początki najsłynniejszego detektywa wszech czasów i jego pierwszą sprawę, przy której współpracował ze Scotland Yardem. Jest ciekawie, jest przyjemnie, choć jednocześnie jest też w stylu odmiennym od tego, jaki znamy z literackiego pierwowzoru.



Rok 1876. Sherlock Holmes nie jest jeszcze słynnym detektywem, w ogóle nie jest detektywem, a swoje zdolności wykorzystuje przede wszystkim do rozszyfrowania napotkanych ludzi. Nie mieszka przy Baker Street, gra na skrzypach też nie wychodzi mu najlepiej, ale zamiast zazdrościć bardziej utalentowanemu przyjacielowi, podziwia go. Pewnej nocy grupa mężczyzn uprowadza jednak owego przyjaciela. Sherlock rzuca się mu na ratunek, ale zostaje zaatakowany przez jednego ze zbirów, nim cokolwiek może zdziałać. Wprawdzie przeciwnika udaje mu się pokonać, jednak na ratunek jest już za późno. W wyniku całego zajścia, Holmes trafia na posterunek Scotland Yardu, gdzie wspólny przyjaciel jego i porwanego Rona, inspektor Pike, polecił szefom jego zdolności. W końcu to Sherlock od dawna podsuwał funkcjonariuszom tropy, których sami nie mogli znaleźć, wysyłając im anonimowe listy, a obecna sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana, niż można by sądzić. Ron nie jest jedynym uprowadzonym, ktoś porywa uczonych i artystów, a w tych działaniach brak jest jakiekolwiek logiki, więc jedynie ktoś taki jak Holmes może pomóc w śledztwie. Co jednak z tym wszystkim ma wspólnego psychopatyczny Moriarty?
 

Sherlock Holmes to zdecydowanie jeden z najpopularniejszych bohaterów w historii, dlatego też nikogo nie dziwią wszelkie kontynuacje, adaptacje czy zwyczajne naśladownictwa. Przez 130 lat, jakie minęły od powstania literackiego pierwowzoru, klasyczne dzieło Arthura Conan Doyle’a doczekało się niezliczonych dzieł tego typu, zaczynając od książek, przez gry i filmy, na komiksach kończąc. Te ostatnie też mają długą tradycję, pierwsze paski z przygodami Holmesa pojawiły się już w roku 1930, a on sam był przecież inspiracją dla postaci Batmana (z którym zresztą także się spotkał). Francuska seria pisana przez Sylvaina Cordurié’a wypada na tle poprzedników całkiem sympatycznie. Nie jest to wielkie dzieło, jednak czytelnicy otrzymują przyjemny komiks rozrywkowy, eksplorujący lata młodości największego z detektywów. Zabiegi tego typu są ciekawe, zawarcie w treści wielu smaczków dla fanów także wypada interesująco (możemy tu zobaczyć choćby ojca Moraiarty’ego, ich relacje i to, kim był). Holmes wprawdzie ma tutaj inny charakter, niż w powieściach i opowiadaniach (że o serialowej interpretacji nie wspomnę), nie mniej to wciąż ten sam stary, zgryźliwy detektyw, przeżywający ciekawe przygody.
 

Od strony graficznej natomiast album to znakomita, typowa dla europejskich twórców robota. Realistyczne ilustracje i stonowana kolorystyka są miłe dla oka i dobrze oddają klimat czasów w jakich dzieje się akcja – a przynajmniej klimat, który z owym okresem kojarzymy dzięki filmom i komiksom właśnie. Kto lubi takie quasi wiktoriańskie kryminały, będzie zadowolony, podobnie jak fani Sherlocka Holmesa.



A ja dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.
 

wtorek, 30 maja 2017

Wojna Robinów - różni artyści

WOJNA Z ROBINAMI



Jeżeli podobali się Wam „Wieczni Batman i Robin”, „Wojna Robinów” to album dla Was. Bohaterowie noszący symbol „R” na piersi znów muszą zjednoczyć siły by zmierzyć się z problemami sięgającymi o wiele głębiej, niż mogliby sądzić. A wszystko to oczywiście mocno osadzone w wydarzeniach batmanowych serii wydawanych w ramach New 52.



Robinów przybyło. Coraz więcej młodych ludzi wdziewa kostiumy i zakłada maski i staje do walki ze zbrodnią. Sytuacja jednak ulega drastyczne przemianie, kiedy podczas jednej z akcji ich członka śmierć ponosi zarówno policjant, jak i przestępca, który chciał okraść sklep monopolowy. Zdarzenie to wywołuje medialną i społeczną dyskusję, a także falę nienawiści w stosunku do samozwańczych, dziecięcych herosów. Radna Noctua doprowadza do przegłosowania ustawy potocznie zwanej Prawem Robina, która nakazuje aresztowania wszelkich zamaskowanych bądź noszących symbol „R” osób, przy użyciu wszystkich dostępnych środków. Nikt nie ma pojęcia, że działa ona dla Trybunału Sów, a Wojna Robinów wywołana została z ich inicjatywy. Tymczasem na zamaskowanych młodych ludzi zaczyna się polowanie. Robini spotykaj się, żeby podjąć decyzję co w tej sytuacji zrobić, a wieści o tym, co dzieje się w Gotham docierają do przebywających poza miastem Jasona Todda, Dicka Graysona, Tima Drake’a i Damiana Wayne’a. Dawni pomocnicy Batmana dołączają do wojny, nieświadomi do czego to wszystko zmierza…
 

„Batman” bez Batmana nie jest już tym samym. A właściwie nie bez Batmana, bo ten wciąż jest obecny na łamach poświęconych mu serii, a bez Bruce’a Wayne’a wcielającego się w tę rolę. Nie mniej Jim Gordon w głównej serii, jak i młodsi pomocnicy Nietoperza w tytułach pobocznych godnie kontynuują jego spuściznę, a opowieści zyskały dzięki temu odrobinę świeżości. I chociaż Bruce powraca co i raz w retrospekcjach (i nie tylko), jego brak jest odczuwalny, a porzucenie krucjaty bardziej przekonujące, niż to miało miejsce choćby w „Batman R.I.P.”. Wracając jednak do „Wojny Robinów” jest to całkiem ciekawa i sprawnie poprowadzona opowieść o kolejnym kryzysie w Gotham. Konsekwencje „śmierci” Batmana głośnym echem odbijają się wśród ulic miasta, które dość już ma samozwańczych bohaterów. Tylko co się tak naprawdę za tym wszystkim kryje? Pytania tego typu zawsze intrygują, nie inaczej jest także i tym razem.
 

Od strony graficznej „Wojna…” jest albumem bardzo różnorodnym. Najlepiej wypadają zeszyty utrzymane w realistycznym stylu, za rysunki których odpowiadają choćby Ian Churchill, Mikel Janín czy Javier Fernández, najmniej przekonały mnie ilustracje Adama Archera. Owszem, są urocze, nie mniej ich cartoonowy wygląd (przypominają animowane teledyski Gorillaz) kłoci się nieco z powagą całości albumu – ale nie z tonem zeszytu, który jest lżejszy od pozostałych i potraktowany mniej serio. Ogół „Wojny Robinów” prezentuje się jednak bardzo przyjemnie i miłośnicy współczesnych batmanowych serii wydawanych w ramach New 52 będą zadowoleni. Polecam więc ten album ich uwadze.



A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.
 

Ołtsiders #3 - Paweł "Gierek" Gierczak ( plus: Jarosław Zieliński,Nikodem Cabała, Maciej Pałka, Michał Rzecznik, Misior Cudak)


OUTRIDERS



„Ołtsajders” Gierka to komiks bardzo specyficzny, a co za tym idzie nie każdemu się spodoba. Choć wydany w sposób profesjonalny (i bardzo ładny), treścią i wykonaniem przypomina undergroundowe pozycje. Jest więc tytułem mocno anarchistycznym, a przy okazji (a raczej przede wszystkim) – jakkolwiek by to nie brzmiało – dresiarskim.



„Jeźdźcy Walhalli” opowiadają właściwie o dwóch rzeczach – jeżdżeniu samochodami (tudzież uciekaniu przed policją) i kolejnych bezsensownych bójkach. Ekipa bohaterów, w tym oczywiście Gierek, najtwardszy z najtwardszych, mkną po Radomiu i okolicach i obijają gęby. Jak to w takich sytuacjach bywa, do walki stają z tymi, których mogą pokonać – jak trzeba zmierzyć się z silniejszym przeciwnikiem, podkulają ogony i uciekają.
 

I taką właśnie polską mentalnością spod szyldu HWDP przesycony jest cały ten komiks. Autor nie wyrósł z młodzieńczej głupoty, nadal, kolokwialnie mówiąc, jara się udawaniem twardziela i idiotycznymi męskimi… wróć, samczymi zachowaniami. Sporo w tym pewnie przechwałek, jednakże poszczególne epizody zebrane w tym tomie w mniejszym bądź większym stopniu oparte są na faktach. Najciekawiej z nich wypada „Road to Hell”, mimo wydźwięku dalekiego od mojej aprobaty (przypominającego kult, jakim Amerykanie darzą losy Bonnie i Clyde’a). Komiks ten relacjonuje bowiem wydarzenia do jakich doszło w latach 80. XX wieku, a dokładniej pościg policji za uzbrojonymi bandytami, którego świadkiem w pewnym stopniu był autor. Ciekawie uchwycono tutaj przemiany, jakie zaszły w pokomunistycznej Polsce, a najlepszym elementem całej historii pozostają zabawne ogłoszenia wszelkiej maści widziane na bilbordach.
 

Kolejną dobrą stroną „Ołtsaidrsów” są ilustracje. Bo Paweł Gierczak potrafi rysować, prace w kolorze także wychodzą mu znakomicie. Szkoda więc, że treść nie idzie z tym w parze. Dlatego właśnie wolałem go w realiach fanatycznych, gdzie punkowy brud urzekał, podczas gdy dresiarskie przechwałki najczęściej budzą politowanie. Dobrze zatem, że w „Jeźdźcach…” znalazło się miejsce dla hołdu złożonego klasycznym komiksom z czasów PRL-u.



Podsumowując, chociaż po tym albumie nie polubiłem ani występujących w nim bohaterów, ani tym bardziej autora, komiks ma swoje dobre strony. Miał zadatki na dobrą historię obyczajową, nie wyszło, ale tytuł swoich fanów na pewno znajdzie.



A na koniec dziękuję wydawnictwu Kameleon za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.


Mysi domek: Sam i Julia w lunaparku - Karina Schaapman


MYSZKI W WESOŁYM MIASTECZKU



Są opowieści, których czytelnik nie chce zbyt szybko kończyć. Do jednej z nich bez dwóch zdań należy „Mysi domek” Kariny Schaapman, dlatego też po skończeniu trzeciego tomu tej uroczej serii, czułem spory niedosyt. Na szczęście właśnie na naszym rynku pojawił się ciąg dalszy przygód, po raz kolejny dostarczając nie tylko młodym czytelnikom przyjemnej rozrywki. I szkoda tylko, że to już ostatnia książeczka z tego cyklu.



Sam i Julia to dwoje przyjaciół mieszkających w Mysim Domku. Różnią się od siebie bardzo – ona to ciekawa życia myszka, chce wszystko poznać, nie lubi się nudzić i ciągle szuka przygód, on jest grzeczny, wstydliwy i spokojny, sam nigdy nie robi takich rzeczy, jak z koleżanką – ale wzajemnie się uzupełniają, dzielą się wszystkim ze sobą i nic nie jest w stanie ich rozdzielić. W swoim krótkim życiu przeżyli już niejedną ciekawą rzecz, niejednego też doświadczyli, byli nawet w cyrku, ale lunapark to dla nich niesamowita nowość. I to na dodatek będąca na wyciągniecie ręki, bo stawiany jest właśnie tuż przy Mysim Domku. A czego w nim nie ma, samochodziki, kolejki, karuzele, jest nawet tunel strachu, a także kram z piłeczkami. A to nie koniec doznań, jakie oferuje owo miejsce. Jest jednak pewien zasadniczy problem: wszystko to kosztuje, a Sam i Julia nie mają pieniędzy na zabawę. Dlatego też postanawiają znaleźć jakiś sposób na ich zarobienie, a o pomoc udają się do szmaciarza. Ten pomaga im obmyślić plan i dwie dzielne myszki zaczynają działać by móc skorzystać z atrakcji serwowanych przez wesołe miasteczko!



Historie z serii „Mysi Domek” to naprawdę urocze opowieści, które idą pod prąd nowoczesnym bajkom dla najmłodszych, tworząc coś niezwykłego i stanowiącego zarazem hołd dla klasyki. W dobie cyfryzacji, kiedy nawet najmłodsi odbiorcy przyzwyczajeni są do komputerowych fajerwerków, autorka oferuje proste historie w oszałamiającej szacie graficznej. Co jest w niej takiego niezwykłego? Zdecydowanie wykonanie. Schaapman zarówno domek, jak i myszki stworzyła ręcznie, na dodatek z materiałów pochodzących z lat 50. – 70. XX wieku. A wszystko to z zachwycającą pieczołowitością i dbałością o szczegóły – aż nie chce się przestać na to patrzeć. Jest w tym urok starych dobranocek o przygodach animowanych poklatkowo szmacianych bohaterów, jest też jakaś ponadczasowość i piękno pasji wspartej olbrzymią pracą.



Do tego dochodzi przecież treść, prosta wprawdzie, lekka i łatwa w odbiorze, ale, jak to zawsze w przypadku opowieści dla dzieci ma miejsce, nie jest pusta i niesie przesłanie. Owszem, przyćmiewają ją ilustracje, jednak nie można o niej zapominać. Szkoda tylko, co wspominałem na wstępie, że na tym kończy się seria „Mysi Domek”. Trzeba się jednak cieszyć tym, co mamy, a cieszyć jest się czym. Dlatego też polecam ten, jak i pozostałe tomy Waszej uwadze.



A wydawnictwu Media Rodzina dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Sekretny dziennik Laury Palmer - Jennifer Lynch


DZIENNIK PEŁEN TAJEMNIC



Po niemalże trzydziestu latach kultowe już „Miasteczko Twin Peaks” powraca na telewizyjne ekrany. Wydarzenie to nie lada, w końcu to właśnie ono przetarło szlaki wszystkim innym serialom typu complex (od „Z archiwum X” przez „Losta” po wszelkie współczesne hity), dlatego też jak zwykle w takich przypadkach nie mogło się skończyć jedynie na nakręceniu kolejnych odcinków. Pojawiły się zatem między innymi związane z „Twin Peaks” publikacje, a wśród nich ta właśnie, klasyczna już, bo pierwotnie wydana w czasach emisji pierwszej serii, książka przybliżająca w świetnym stylu życie Laury Palmer, od jej dwunastych urodzin, do śmierci.



22 lipca 1984 roku. Laura Palmer na swoje dwunaste urodziny, pośród wielu innych prezentów (w tym wymarzonego kucyka), dostaje także dziennik. Zafascynowana ideą przelewania swoich myśli na papier, stworzenia swoistego zapasowego mózgu, do którego mogłaby w każdej chwili zajrzeć i przeczytać jakiś fragment, zaczyna tworzyć regularne wpisy. Każdy z nich wydaje się typową notatką dorastającej dziewczyny. Laura wspomina co i kogo lubi, jak spędza czas, co przychodzi jej do głowy, czego o zbliżającej się miesiączce dowiedziała się od koleżanek i co sama ma na ten temat do powiedzenia, kiedy już nadchodzi dla niej ta chwila. Rozmyśla o chłopakach, o całowaniu. Nic niepokojącego? Jest jednak w tym wszystkim coś, co dalekie jest od codzienności nastolatki. Laurę prześladują dziwne, koszmarne sny, które spisuje z wielką dokładnością w nadziei, że przelanie ich na papier odbierze im część mocy. Sny erotyczne, w których dziwne gorąco zmusza ją do rozkładania nóg – i w których pojawia się postać siwowłosego mężczyzny o dużych dłoniach. „Mam nadzieję, że BOB dziś w nocy nie przyjdzie”, pisze w jednym z listów dziewczyna. Jednak przed tym, co czai się w jej snach, a także w niej samej, nie ma ucieczki. Laura zaczyna wieść podwójne życie, choć o jej mrocznej stronie tylko niewiele osób ma pojęcie…



Kiedy podarowujesz dziecku dziennik, nie myślisz, że możesz czytać go po jego śmierci, szukając rozwiązania zagadki zbrodni, której stało się ofiarą. Taka myśl towarzyszyła mi podczas lektury „Sekretnego dziennika Laury Palmer” i to ona chyba najlepiej podsumowuje tę opowieść. Opowieść dobrze napisaną i bardzo klimatyczną. Może nie tak poruszającą, jak sam serial, którego pilotażowy epizod po prostu wgniata w fotel, nie mniej przyjemną w odbiorze i doskonale uzupełniającą fabułę odcinków. Jennifer Lynch, córka współtwórcy „Miasteczka Twin Peaks” Davida Lyncha, miała zaledwie 22 lata, kiedy napisała tę książkę, ale dzięki temu zostało w niej sporo nastoletniej lekkości i naiwności pasującej do wpisów Laury. Wrażenia z lektury są bardzo przyjemne, a „Dziennik…” na dodatek ożywia wspomnienia związane z serialowym pierwowzorem.



Dlatego też jeśli należycie do jego miłośników, zdecydowanie powinniście się z niniejszą pozycją zapoznać. To naprawdę dobre uzupełnienie serialu, a jednocześnie rzecz, która jednocześnie da się z przyjemnością czytać bez jego znajomości, więc nawet nowi odbiorcy mogą bawić się znakomicie. Wystarczy, że mają ochotę na lekko oniryczną opowieść o nastolatce z tajemnicami, które, jak kotwica uczepiona szyi ciągną ją na stracenie.



A ja dziękuję wydawnictwu Znak Literanova za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

poniedziałek, 29 maja 2017

Deadpool #6: Deadpool się żeni - Brian Posehn, Gerry Duggan, MikeHawthorne, Scott Koblish i inni


TO BĘDZIE ZABÓJCZY ŚLUB



Kiedy bohater taki, jak Deadpool staje ja ślubnym kobiercu, z góry można spodziewać się, że nie będzie to zwykła ceremonia. Bicie weselnych dzwonów zleje się z jedno z biciem po gębach, a nowa droga życia młodej pary usłana będzie tak kwiatami, jak i trupami. I chociaż w praktyce okazuje się być nieco inaczej, twórcy nie zawodzą fanów, jak zwykle dostarczając solidnej porcji krwawej akcji i czarnego humoru aż wylewających się ze stron albumu.



Deadpool całkiem niedawno temu dostał proste zlecenie dostarczenia Draculi jego narzeczonej. Cóż, nie wyszło, doszło do rzezi, przybyło wrogów, ale nasz, nazwijmy go tak, bohater znalazł ukochaną w postaci demonicznej acz seksownej Shikli. Małżeństwem zostali już wówczas, teraz jednak wypadałoby zrobić ceremonię dla przyjaciół i bliskich (a przynajmniej tych, którzy w miarę mogą za nich uchodzić). Tylko kto ma udzielić ślubu? Doktor Strange odmawia, podobnie Kapitan Ameryka i Wolverine… Godzi się jednak Nightcrawler, zaczyna się ceremonia, po niej wesele, a potem wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Albo coś w tym stylu, bowiem członkowie Ultimatum wciąż chcą zemścić się na Deadpoolu, a ponieważ dowiedzieli się o tym, że miał kiedyś kobietę, a nawet dziecko, postanawiają dopaść je i wykorzystać… do swoich celów oczywiście!



Jeszcze całkiem niedawno temu, łagodnie mówiąc, nie przepadałem za Deadpoolem, jednak sięgnięcie najpierw po pierwszy tom zbierający klasyczne zeszyty z jego przygodami, a potem także i po wydanie specjalne „Wyzwanie Draculi” przekonało mnie do tej postaci. Głownie sprawił to niewybredny, ale skuteczny czarny humor, nie mniej szybka akcja i całkiem przyzwoita szata graficzna także nie były in minus. Po „Deadpool się żeni” sięgnąłem więc z dużą ochotą i nie zawiodłem się, bo poza wszystkimi wspomnianymi już elementami, czekała tu na mnie cała plejada marvelowskich bohaterów oraz nie mniejsze grono kultowych twórców (w tym współtwórca Deadpoola, Fabian Nicieza), którzy z okazji ślubu tytułowego bohatera przygotowali solidną porcję krótkich opowieści z jego przygodami.
 

Wbrew oczekiwaniom jednak to nie owe historie, ani też tytułowa opowieść okazały się najlepszym, co album ma do zaoferowania, a numer, w którym Deadpool przenosi się do lat 50. XX wieku, gdzie musi stawić czoła… Hitlerowi. Zeszyt ten, stylizowany na komiksy z tamtego okresu, czyta się znakomicie mimo ewidentnie absurdalnej fabuły (a może właśnie dzięki niej?), a jego oglądanie to czysta przyjemność. Quasi klasyczne ilustracje, prosty kolor nie zawsze idealnie pokrywający się z rysunkami, przybrudzenia papieru, wytarte barwy i kadry… Jak dla mnie, super! Ale uwaga, nie liczycie w tym tomie na jakąś szczególnie spójną opowieść. Akcja przeskakuje do różnych momentów, serwując albo historie dość luźno ze sobą powiązane wcześniejszymi miłościami Deadpoola, albo epizody zupełnie niezależne. Co oczywiście nie przeszkadza bawić się przy lekturze wprost znakomicie, choć w nieskomplikowany sposób.



Jeśli więc jesteście fanami Deadpoola, na pewno się nie zawiedziecie. To kawał dobrego, rozrywkowego komiksu środka, nie szukającego głębi, ale też i nie popadającego w infantylizm. Na koniec zaś czeka na Was ciekawe wyzwanie – spójrzcie na rozkładówkę ze ślubu Wade’a i spróbujcie nazwać wszystkie 236 postaci na niej się pojawiających! Ciekawe czy Wam się uda.



A na koniec dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

The Superior Spider-Man #7: Lud goblinów - Dan Slott, Christos Gage,Giuseppe Camuncoli, Will Sliney, Javier Rodriguez, Philippe Briones


SUPERIOR END



Na ten moment fani „Spider-Mana” długo czekali. Kiedy Peter Parker umarł w 700 zeszycie swojej flagowej serii, a Doc Ock w jego ciele przejął rolę Pajęczaka, wbrew zapowiedziom autora, że tym razem na dobre pozbył się głównego bohatera, każdy oczekiwał jego powrotu. I rzeczywiście Parker nie zniknął z łam, nawet po tym, jak Octopus zupełnie wymazał go ze swojego umysłu. A teraz powraca by stanąć do ostatniej walki o swoje życie, tożsamość i wszystko, co osiągnął przez lata. I robi to w znakomitym stylu.



Na to Superior Spider-Man nie był przygotowany. Sądził, że ma wszystko pod kontrolą, jego technologia i oddziały strzegły całego miasta, reagowały na wszelkie alarmy, nikt jednak nie wiedział, że Goblinom udało się obejść wszelkie pajęcze zabezpieczenia i były niewidoczne dla systemu. Teraz, miesiąc po ostatnich wydarzeniach, choć wydawało się, że wszelka zorganizowana przestępczość zniknęła, Nowy Jork płonie, Pajęcza Wyspa nie odpowiada, a przyzwyczajony do zaawansowanego sprzętu ułatwiającego mu pracę Doc Ock musi polegać tylko i wyłącznie na własnych zmysłach. Wie już wprawdzie, że ścigał niewłaściwego Goblina i że jego prawdziwym przeciwnikiem jest nie kto inny, tym sam Osborn, ale czy będzie w stanie sam stawić mu czoła?

Tymczasem w Krajobrazie Umysłu Peter stara się znaleźć jakąś kryjówkę, nim Doc Ock wykryje jego obecność. Ukrywając się wśród kluczowych wspomnień, wpada na pewien pomysł, który może odmienić wszystko. A przy okazji pozwoli mu poznać lepiej Octaviusa…



Kiedy zaczynała się seria „Superior Spider-Man”, choć stanowiła miłe odświeżenie skostniałego już nieco schematu, nie byłem do niej zbyt przychylnie nastawiony. Jednak Otto Octavius w ciele Petera okazał się nie tylko godnym kontynuatorem jego superbohaterskiej spuścizny, ale przede wszystkim dość indywidualną jednostką stosującą własne, jakże brutalne metody i reorganizującą życie Parkera, którą autentycznie polubiłem i byłem ciekaw dalszych jej losów. To, że pierwotny właściciel ciała prędzej czy później do niego wróci było oczywiste, ale teraz, kiedy ten moment powoli następuje, szkoda mi, że to już koniec. Ale z drugiej strony cieszę się, że Peter znów (po dwóch latach przerwy) będzie postacią wiodącą – to w końcu on, choć przez dobre dwie dekady czytania komiksów poznałem wielu ciekawszych herosów, pozostaje moim ulubionym bohaterem.
 

Wracając jednak do „Ludu Goblinów” to w znakomitym stylu wieńczy on całą tę opowieść. Jak u Hitchcocka, zaczyna się trzęsieniem ziemi, a potem Slott stara się tylko podkręcić tempo i napięcie, domykając jednocześnie większość wątków i pozostawiając kilka otwartych kwestii. Z tych ostatnich najciekawiej wypada oczywiście wątek zmian, jakie zaprowadził w życiu Petera Otto. Wizerunek Spider-Mana się zmienił, przybyło mu wrogów, jak Parker poradzi sobie z konsekwencjami przekroczenia przez Doc Ocka granic? Na to przyjdzie nam jeszcze poczekać, ale już w lipcu Egmont wyda pierwszy tom trzeciego volume’u „Amazing Spider-Mana”, kontynuujący wątki z „Superiora…” i łączący się z eventem „Grzech pierworodny”. Jest więc na co czekać.



O szacie graficznej tego albumu nic nowego powiedzieć się nie da. Kto czytał serię od początków, ten wie, co ma ona do zaoferowania. Rysunki są proste, nie wybijające się, ale i nierozczarowujące. Pasują do treści i dobrze oddają klimat całości. Podobnie jest zresztą z kolorem, który na szczęście nie popada w typowe dla współczesnych komiksów komputerowe efekciarstwo. Całość wypada więc znakomicie pod każdym względem i zdecydowanie warta jest poznania. Dlatego jeśli należycie do miłośników przygód Spider-Mana, „Superiora…” powinniście poznać koniecznie. To naprawdę znakomita seria, jedna z najlepszych, jakie Marvel Now ma w swojej ofercie, a finałowy tom tylko po raz kolejny to potwierdził. Polecam zatem gorąco i z niecierpliwością czekam na pierwszy album „Amazing Spider-Mana”.



A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.
 

Lektor - Bernhard Schlink



BEZ ZŁUDZEŃ



Jeśli podobnie jak ja, najpierw widzieliście filmową adaptację „Lektora”, lepiej o niej zapomnijcie. Choć film był całkiem udany, do pięt nie dorasta swojemu literackiemu pierwowzorowi, który najlepiej jest przyjmować z czystym umysłem. Dzieło Bernharda Schlinka bowiem to zachwycająca powieść o miłości mylonej z pragnieniem, odpowiedzialności, uległości i moralnych dylematach, mających wpływ na cale nasze życie. A także uderzająca realizmem analiza męskiego pożądania, podana pięknym, choć bardzo oszczędnym stylem.



Kiedy piętnastoletni Michael Berg zapada na żółtaczkę, nie wie jeszcze jak bardzo choroba odmieni jego życie. Poznana przypadkiem kobieta imieniem Hanna, która udziela mu pomocy, staje się dla chłopaka obiektem seksualnej obsesji. Mimo bardzo dużej różnicy wieku, wkrótce oboje zostają kochankami. Ich namiętna, choć bardzo przy tym kompulsywna relacja powoli się rozwija, kształtują się pewne rytuały, jak wspólne kąpiele czy czytanie Hannie książek, Michael uczy się seksu, miłości, kobiet… Aż pewnego dnia jego kochanka znika bez wieści.

Sześć lat później Michael, już student prawa, wraz z kolegami obserwuje procesy za zbrodnie wojenne. Pewnego dnia wśród sądzonych strażniczek z obozu koncentracyjnego rozpoznaje Hannę. Im więcej dowiaduje się o jej mrocznej przeszłości, tym bardziej sprzeczne uczucia zaczynają nim targać. Jakie będą moralne konsekwencje jego dawnego związku z tą kobietą?



Chociaż „Lektor” to powieść bardzo mocno skupiona na seksualnej stronie życia głównego bohatera (a przynajmniej jej pierwsza część), nijak nie można powiedzieć, że to jest to literatura erotyczna. Schlink stworzył bowiem dzieło wielkie, absolutnie zachwycające psychologią, głębią i literackim pięknem. Jednocześnie historia Michaela stawia przed czytelnikiem niezwykle ciężkie wyzwanie zajęcia stanowiska wobec opisywanych wydarzeń. Autor odziera i nas, i bohatera z wszelkich złudzeń. Bestię też można kochać, bestii można pragnąć, można się nauczyć od niej czegoś pięknego. Bestia także może się zmienić – ale czy aby na pewno? I co z nami samymi, kiedy zdamy sobie sprawę z tego, kogo los postawił przed nami? Co z wybaczeniem, kiedy czyn popełniony jest dla nas całkowicie niezrozumiałym okrucieństwem? Co ze zrozumieniem i akceptacją? Tragedia przyćmiewa wszystkie dobre chwile, dobre strony, ale przecież one istniały – i to właśnie boli najbardziej.



Przy okazji „Lektor” to także genialne studium męskiej (młodzieńczej, ale też i na swój sposób dojrzałej) seksualności. Schlink, z podobnym mistrzostwem co Philip Roth czy John Irving, rozbiera na czynniki pierwsze porządnie, miłość z nim myloną, miłość rodzącą się pod jego wpływem i wszelkie związane z tym uczucia i aspekty. Robi to w sposób oszczędny w słowa, skromny, delikatny i łagodny, ale w punkt trafiony. Ujmujący i zachwycający, jak cała ta powieść. Dlatego też jeśli nie mieliście jeszcze okazji jej poznać, nadróbcie jak najszybciej ten błąd. Warto pod każdym względem.



A ja dziękuje wydawnictwu Rebis za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

niedziela, 28 maja 2017

Rozbitek (wyd. 2) - Chuck Palahniuk


OCALAŁY



Tezy stawiane przez Palahniuka zawsze były kontrowersyjne. „Rozbitek”, podobnie jak debiutancki „Fight Club” autora, pokazuje znów, że prawdziwa wolność daje tylko akt szaleństwa. Akt terrorystyczny, bezpieczny dla ludzi, nie niosący ze sobą ofiar, ale sprzeniewierzający się wszelkim ustalonym normom, pozwalający – bez możliwości wycofania się – odrzucić wszelkie ograniczenia i konwenanse by wreszcie poczuć się naprawdę żywym. By odnaleźć miłość. Siebie. I wiarę.



Tender Branson. Życiowy rozbitek, ostatni ocalały członek sekty Kościoła Wyznawców, stanął nad przepaścią i zrobił krok w przód. Teraz leci nad oceanem uprowadzonym przez siebie Boeingiem 747, wypuścił już pasażerów, wypuścił obsługę lotu, nawet pilotów, na pokładzie jest sam i czeka, aż skończy się paliwo a maszyna rozbije się wraz z nim. Czemu to zrobił? Wyczekując na nieuchronną katastrofę, Tender zaczyna nagrywać na czarną skrzynkę swoją spowiedź. Opowiada o nudnym życiu służącego potrafiącego we właściwy sposób zjeść każdy ekskluzywny posiłek, usunąć każdą plamę, załatać wszelkie dziury – nawet te po kulach – prowizorycznie zająć się wybitym zębem. Opowiada o prowadzonym przez siebie telefonie zaufanie, przez który dawał zdesperowanym ludziom jedyną słuszną radę, jaką mógł dać (Powieś się). O swojej skomplikowanej przeszłości. I o niej. O Fertility Hollis, dziewczynie żyjącej z bycia prawie że, niemalże surogatką – swojej prawdziwej miłości, która pchnęła go w ramiona szaleństwa…



Chuck Palahniuk zanim został pisarzem, zajmował się najróżniejszymi rzeczami i w wielu rzeczach uczestniczył. Był mechanikiem samochodowym, dziennikarzem, wolontariuszem, a spośród faktów istotnych dla fabuły „Rozbitka”, należał także do Cacophony Society złożonego z członków byłej sekty Suicide Club (co ciekawe stowarzyszenie to związane jest z organizacją Burning Man, dorocznego zjazdu na pustyni Nevada, kiedy to podpala się wielką kukłę człowieka – Palahniuk napisał o tym wydarzeniu opowiadanie „Wielka pochodnia” z wydanego właśnie w Polsce zbioru „Zmyśl coś”). Doświadczenie to przelał autor na łamy tej powieści, drugiej w swojej karierze i zdecydowanie jednej z najlepszych, ukazując od wewnątrz bycie członkiem tego typu kultu i konsekwencje ucieczki przed zbiorowym samobójstwem wyznawców. Jak widać po Tenderze – możesz wyjść z sekty, ale sekta nie wyjdzie z ciebie. Sam Palahniuk też nie umknął jej do końca, choć tą powieścią rozlicza się z tym etapem swojego życia.



Przede wszystkim jednak „Rozbitek” (drobna dygresja: bardziej adekwatnym tytułem byłby jednak „Ocalony”, który oddaje pełnię znaczenie oryginalnego „Survivor”) to powieść o miłości i wolności. Szukaniu samego siebie i bliskości. Palahniuk nie porzuca tutaj także swych ulubionych tematów, jak choćby idea potrzeby drugiego ojca czy impulsy popychające ludzi do czynów przez innych uważanych za chore, szalone, terrorystyczne. Nie inni są też bohaterowie, którzy biorą w tym udział. To nie realne postacie, a pewne archetypy, symbole reprezentujące to, co autor chce nam za ich pomocą przekazać, a jednak bardzo ludzkie i mogące pojawić się w rzeczywistości. Do tego wszystkiego dochodzi też akcja, kontrowersje dylematy moralne, tradycyjna dla Palahniuka nauka poprzez zabawę, choć nauka rzeczy stricte dla dorosłych, mocnych, szokujących, a wreszcie świeżość formy, bo „Rozbitek” oprócz tego, że nie ma linearnej fabuły, posiada też malejącą numerację rozdziałów i stron. Odliczanie więc trwa, powoli zbliżamy się do kulminacji, do punktu, w którym początek i koniec stają się jednością, choć zarazem nie są ani początkiem, ani końcem. Tak, jak finał nie jest ani pesymistyczny, ani optymistyczny.



Czy trzeba dodawać coś jeszcze? Jeśli nie lubicie myśleć szablonowo i nie chcecie czytać szablonowych powieści, jeśli pragniecie mocnych wrażeń a zarazem lektury z najwyższej półki, lektury mądrej, głębokiej, poruszającej emocjonalnie i mentalnie, przeczytajcie koniecznie. Podróż donikąd też zaczyna się od pierwszego kroku – tak mówi Tender. Ale też i podróż prowadząca do wspaniałego celu zaczyna się od takiego kroku, a nim właśnie może być dla Was ta powieść. Polecam gorąco!



A wydawnictwu Niebieska Studnia dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

 

sobota, 27 maja 2017

Fistaszki zebrane 1981-1982 - Charles M. Schulz


FISTASZKI WKRACZAJĄ W NOWĄ DEKADĘ



Po trzydziestych urodzinach serii, jakie „Fistaszki” obchodziły w zeszłym tomie, nadszedł czas by w pełni weszły w nową, ósmą dekadę dwudziestego wieku. I chociaż czasy się zmieniają, zmieniają się też ludzie i tematy, seria ta wciąż pozostaje tak samo wspaniała, zachwycając kolejne pokolenia czytelników.



Co tym razem dzieje się na jej łamach? W przypadku komiksu ukazującego się w formie gazetowych pasków trudno jest mówić o jakimkolwiek motywie przewodnim, jednak śmiało można wyróżnić tutaj kilka rzeczy czy też dłuższych opowieści. I tak oto jesteśmy świadkami rzekomego cudu, w który zamieszany jest… motyl znajdujący się na nosie Peppermint Patty, poza tym bohaterka ta chce zostać golfistką, Snoppy trafia na front pierwszej wojny światowej, a drużyna Charliego traci swoje boisko. Pomiędzy tymi opowieściami dzieje się jednak całe mnóstwo innych opowieści, w tym o drugim z braci Snoopy’ego, szkolnych problemach, zaciągnięciu się do wojska przez Spike’a czy miłości.



Ze wszystkich dekad ubiegłego stulecia to właśnie lata 80. należą do moich ulubionych – oczywiście jeśli chodzi o rozrywkę. Nie mówię tu wprawdzie o muzyce (dokonania na tym polu poza nielicznymi przykładami punku i rocka niestety lepiej jest przemilczeć), ale kino owego okresu, w szczególności Kino Nowej Przygody czy nawet tworzone wówczas komiksy (to wtedy zaczęła się tzw. Mroczna Era, kiedy to historie obrazkowe stały się wreszcie poważne, dojrzałe, psychologiczne wiarygodne, zaangażowane i nieunikające kontrowersyjnych treści) miały niezaprzeczalny urok i pewną magię. Oczywiście trendy te nie mają większego wpływu na zawartości „Fistaszków”, których jedną z największych zalet jest ich ponadczasowość, nie mniej i one musiały ulec nieco presji czasów, skoro są tworem satyrycznym.
 

Jak powiedziała moja lepsza połowa, ten komiks jest jak wielka torba fistaszków – każda historia to smakowita niespodzianka, rzadko trafia się jakaś pusta i chociaż wszystkie wydają się takie same, każda z nich różni się od siebie i ma w sobie coś niepowtarzalnego. I miała całkowitą rację, sam lepiej bym tego nie ujął. Ta seria pełna jest niespodzianek, pełna pysznych orzeszków, ale poza tym upragnionym smakiem niesie ze sobą o wiele więcej wartościowych rzeczy. W odróżnieniu jednak od jedzenia, o czym przekonuje się w tym tomie Sally, te „Fistaszki” nie tuczą i nie można się nimi przesycić. Tom jest solidny, grubo ponad trzysta stron pasków, a niedosyt pozostaje. Cóż, taki już urok najlepszych opowieści – aż szkoda, że na kolejny zbiór trzeba czekać jeszcze pół roku.



To wszystko prowadzi jednak do oczywistej konkluzji. „Fistaszki” to znakomity produkt, dzieło ponadczasowe, doskonałe zarówno dla najmłodszych, jak i najstarszych czytelników, łączące w idealnych proporcjach elementy rozrywkowe i wyższe wartości i jednocześnie wspaniale narysowane. Poza tym to absolutna klasyka, którą znać po prostu wypada. Polecać nie trzeba, ale i tak to zrobię, sięgnijcie koniecznie, bo naprawdę warto.



A ja dziękuję wydawnictwu Nasza Księgarnia za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Inspektor Akane Tsunemori #1 - Akira Amano, Gen Urobuchi (Nitroplus),Hikaru Miyoshi


JAPOŃSKI RAPORT MNIEJSZOŚCI



Podobnie, jak to było  przypadku opowiadania Philipa K. Dicka (a co za tym idzie także filmu opartego na jego podstawie) pt. „Raport mniejszości”, tak i tutaj trafiamy do świata niezbyt dalekiej przyszłości, w której możliwe jest wykrywanie przestępców zanim popełnią wykroczenie. Oczywiście historia jest lżejsza i bardziej rozrywkowa, jednak dostarcza całkiem sporo dobrej zabawy miłośnikom Sci Fi. I to w przyjemnym, delikatnym opracowaniu graficznym.



Witajcie w świecie, w którym znaczenie ma tylko psycho-pass. Ludzie nauczyli się mierzyć i określać własną psychikę, a co za tym idzie potencjał i wartość każdego, ale jak zwykle działa to w dwie strony. „Wszelka praca tylko temu będzie dana, kto jej sprostać zdoła” – te słowa, zapisane w preambule karty narodowej doskonale wszystko określają. Akane Tsunemori właśnie wkracza w dorosłe życie, a jej wyniki pozwalają na znalezienie idealnego zatrudnienia, nawet w Biurze Bezpieczeństwa, gdzie trafić mogą tylko nieliczni. Dziewczyna, czując na sobie presję, zgłasza się właśnie tam, zostaje inspektorem i z miejsca otrzymuje przydział do pierwszego zadania. U pewnego mężczyzny wykryto zbyt wysoki poziom psycho-pass i uznano za „utajonego kryminalistę”, a ten uciekł. Akane, wraz z grupą egzekutorów złożoną z takich samych „utajnionych kryminalistów”, którzy dostali od losu drugą szansę, ale w oczach postawionych wyżej ludzi są niczym innym, jak zwierzętami, wyrusza na poszukiwania…



Lekka, prosta i przyjemna – tak w skrócie można określić tę mangę, która zapuszcza się wprawdzie na mroczne, cyberpunkowe tereny, jednak pozostaje przy tym pozycją łagodną i przeznaczoną głównie dla rozrywki. Taką w sam raz na nieco wolnego czasu w popołudnie czy weekend, kiedy ma się ochotę na sprawnie poprowadzoną historię łączącą sensację i fantastykę z lekko przygodową nutą. Na łamach „Inspektor Akane Tsunemori” dzieje się dużo, tempo jest szybkie, postacie wyraźne, a świat ciekawie skonstruowany. Intrygująco wypadają jak zwykle motywy charakterystyczne dla Japonii, tamtejsze specyficzne podejście do oczekiwań i statusu społecznego.
 

Warto przy okazji nadmienić, że choć to pozycja stricte rozrywkowa i nie brakuje w niej zabawnych postaci, sama w sobie praktycznie nie zawiera humoru. Przy okazji, jak na tytuł oparty na serialu anime, „Inspektor Akane Tsunemori” wypada naprawdę dobrze. Konkretna, czasem nieco krwawa akcja nie zostawia miejsca na nudę, a całość nie przypomina aż tak bardzo wspomnianego już  „Raportu mniejszości”, jak można by się spodziewać. Do tego manga narysowana została w sposób lekki, ale przyjemny dla oka, nie ma tu wiele mroku, jest sporo cyfrowych zabaw, ale wszystko to do siebie pasuje i ma ciekawy klimat.



Jeśli więc macie ochotę na niezłą, niezobowiązującą fantastykę, „Inspektor Akane Tsunemori” to seria dla Was. Skierowana bardziej do męskich odbiorców, ale przecież nie tylko. Lubicie rozrywkowe SF? Zatem polecam ten tytuł Waszej uwadze.



A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.


czwartek, 25 maja 2017

Orange #5 - Takano Ichigo


POMARAŃCZOWY FINAŁ



Kiedy pewien czas temu zabierałem się do lektury pierwszego tomu „Orange”, nie sądziłem, że ta pozycja jakoś szczególnie kupi moje serce. Liczyłem po prostu na dobrą zabawę, ale tytuł zaskoczył mnie całkowicie, poruszając, zachwycając i wciągając w sposób, w jaki potrafią tylko najlepsze opowieści, które jednocześnie stają się bliskie odbiorcy. Teraz, po przeczytaniu ostatniego tomu, żałuję, że to już koniec, ale mogę powiedzieć też jedno – warto było. I to jeszcze jak!



Naho i jej przyjaciele otrzymali listy od siebie samych z odległej o dziesięć lat przyszłości, by za wszelką cenę pomogli Kakeru; koledze, który ma popełnić samobójstwo. Ich starania by zbliżyć się do niego i zapewnić mu jak najwięcej szczęścia przynoszą powoli skutki – teraźniejszość zaczyna różnić się od tej opisanej w listach, jednak 31 grudnia dochodzi do wydarzeń, które mogą wszystko zniweczyć. Między Kakeru a Naho wywiązuje się kłótnia, chłopak nie chce już więcej widzieć dziewczyny, którą przecież kocha, a dzień, kiedy ma odebrać sobie życie zbliża się wielkimi krokami. Czy przyjaciołom uda się naprawić relacje między nimi i do czego to wszystko doprowadzi?

Jednocześnie obserwujemy, jak dziesięć lat później bohaterowie nie potrafią darować sobie, że nie pomogli Kakeru, kiedy było to możliwe. W konsekwencji przypominają im się słowa nauczyciela o podróżach w czasie i zaczynają szukać sposobu na przekazanie tą metodą wiadomości. Wydaje się to niemożliwe, niezbędna do tego technologia nie istnieje, jednak pojawia się światełko w tunelu…
 

Kiedy zaczyna się czytać ten tom, trudno jest uwierzyć, że to już koniec. Owszem, dzień samobójstwa Kakeru jest już na wyciągnięcie ręki, autorka serwuje nam nawet rozdział opowiedziany z jego perspektywy, w którym obserwujemy zarówno pierwszą, nieudaną próbę, jak i to, co skłoniło go ostatecznie do odebrania sobie życia, jednakże wydaje się on kolejnym z serii wydarzeń, któremu po prostu trzeba zaradzić. Wszystko pozostaje więc bez zmian, sytuacja i relacje komplikują się jeszcze bardziej, a prostego rozwiązania wydaje się nie być. Czy wielki finał rzeczywiście będzie finałem? Czy wszystko się wyjaśni? O dziwo autorka decyduje się opowiedzieć nam w jaki sposób listy trafiły do przeszłości i cóż, ten element może nie każdemu przypaść do gustu, ale na szczęście Takano poprowadziła go w dobry sposób. Piąty tom zaś godnie wieńczy tę krótką, ale emocjonującą serię, wyciskając łzy, wściekając, radując i pozostawiając nostalgiczne uczucie tęsknoty za bohaterami. Dotarliśmy jednak do miejsca, w którym musimy się z nimi rozstać, miejsca słodkiego i kwaśnego zarazem – jak ten sok pomarańczowy pity przez Naho. Pozostają wspomnienia, i oczywiście zawsze możemy wrócić do przeszłości i przeżyć wszystko na nowo.
 

Swój finał otrzymuje też dodatek, który towarzyszy nam od pierwszego tomu, czyli „Zakochany astronauta”. Historia skomplikowanych uczuć sióstr bliźniaczek do chłopaków, których przybywa w ich życiu, stanowi sympatyczną, lekką odskocznię od wyładowanej emocjami głównej opowieści. Oba komiksy narysowane są w sposób prosty, ale rewelacyjnie, a kreska autorki doskonale oddaje klimat fabuły. Całość robi więc wielkie, niezapomniane wrażenie, a podsumowując czas spędzony nad tą serią mogę powiedzieć jedynie, że chciałoby się więcej takich mang. Mang od strony obyczajowej bliskich każdemu z nas, wspaniale napisanych, świetnie zilustrowanych i rozrywkowych, ale nie pustych. Dlatego też polecam gorąco Waszej uwadze całą tę serię.



A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Zmyśl coś - Chuck Palahniuk


HISTORIE, KTÓRYCH NIE MOŻECIE NIE PRZECZYTAĆ



Oto zbiór opowiadań o strachu. Chuck Palahniuk wprawdzie pisał o nim przez całą swoją literacką karierę, rozliczał się z nim, mierzył, nigdy jednak nie robił tego w taki sposób i z taką intensywnością, jak teraz. „Marzył w duchu, aby stawić czoło horrorowi na tyle wielkiemu, że zaszczepiłoby go to przeciw wszelkim innym strachom” – takie jest pragnienie bohatera jednego z opowiadań. Nie bać się o pracę. O bliskich. O życie. Zdrowie. Codzienność. O nic. Czy ktokolwiek z nas nie utożsamia się z tym? Palahniuk boi się tak, jak my, rozumie strach – i stara się nieść nam pocieszenie; a przynajmniej zrozumienie. I, trzeba mu to oddać, robi to w rewelacyjny sposób.



To zaledwie 23 opowiadania, jednak to, co za ich sprawą wsącza autor w nasze życia i umysły poraża, porusza i skłania do myślenia. Jak zwykle u Palahniuka teksty nie są delikatne, choć Ci, którzy znają jego twórczość nie będą już zszokowani. Bohater „Księcia Ropucha”, historii ocierającej się wręcz o tentacle hentai, znalazł nowy sposób na powiększenie swojego penisa, ale efekt jego starań doprowadził nie tylko do paniki wśród dziewczyn, które widziały jego narząd, ale też i uczynił z chłopaka coś więcej, niż człowieka. W „Kanibalu” dziewczyny znajdują niecodzienny sposób na poradzenie sobie z kłopotami, za sprawą seksu oralnego z niedorozwiniętym nastolatkiem, natomiast w „Tych sprawach” ojciec uświadamia syna, opowiadając mu o seksie ze swoją dziewczyną i wypadku, jaki wówczas się wydarzył. Z kolei w „Dlaczego kojot nigdy nie miał kasy na parkowanie” tytułowy bohater odkrywa, że zdrada z prostytutką pozwala mu mocniej kochać i cenić żonę. Tylko na jak długo? Podobnie jest zresztą w pozostałych opowiadaniach, choć znajdziecie tutaj także teksty oderwane od cielesnego rozpasania, jednakże seks to metoda, nie cel autora. Całość najlepiej podsumowują „Zombiaki”, w których nastoletni bohater dokonuje na sobie lobotomii za pomocą defibrylatora, by cofnąć się w rozwoju do poziomu dziecka i zyskać szczęście. Jest tu seks, są kontrowersje, ale przede wszystkim mamy do czynienia z próbą znalezienia metody na pozbycie się trosk. Ta wydaje się jednak nieosiągalna, jeśli chcemy pozostać sobą – tylko brak myśli wyższych może pozbawić nas zmartwień. Czy warto?



Paradoksalnie Palahniuk każdą ze swoich opowieści skłania nas do myślenia i jednocześnie niesie pewną pociechę. Radość. Szczęście nawet, chwilowe, ale żyjemy przecież z chwilami – cała reszta wypełnia jedynie czas pomiędzy, czemu więc nie cenić takich właśnie momentów? Nie oznacza to jednak, że podobne przemyślenia nie bolą. Chuck dokonuje wiwisekcji na sobie, na ludzkości i na każdym z nas z osobna. Po imieniu nazywa rzeczy, o których wszyscy wiemy, ale nie potrafiliśmy znaleźć na nie właściwego określenia, wywleka nasze brudy, wytyka nam błędy i z brutalną szczerością portretuje i piętnuje świat. Nie tylko to, co w nim uniwersalne dla wszystkich pokoleń, ale też i jego obecną sytuację – czasy, kiedy źle jest być białoskórym, heteroseksualnym mężczyzną o chrześcijańskich poglądach.



Spoglądając bardziej na stronę techniczną zbioru, warto zauważyć kilka rzeczy. Opowiadania Palahniuka tu zebrane pochodzą z różnych etapów jego twórczości, widać więc w nich pewną różnorodność. Nie tematyczną, ale na pewno stylistyczną. W najnowszych autor mocno odrywa się od ziemi, przez co czasem gubi realizm, a zakończenia ma mocno rwane. Starsze są bardziej treściwe i świeże. Wszystkie jednak są znakomite i porywające, a co więcej splatają się ze sobą za pomocą sieci subtelnych powiązań miejsc i postaci. Bardzo mocno pobrzmiewają tutaj też echa „Fight Clubu”, bo idee różnych podobnych klubów przenikają do wielu opowiadań, aż wreszcie jedno  nich, „Wyprawa”, staje się prequelem do tej właśnie powieści, ukazując wydarzenia dziejące się na dekady przed „Podziemnym kręgiem”. Kolejną rzeczą, którą warto nadmienić jest fakt zmian, jakie zaszły w poszczególnych historiach od czasów ich pierwszych publikacji. Wiele z tekstów ukazywało się bowiem na łamach magazynów dla mężczyzn, antologii czy nawet jako e-book („Feniks”), na potrzeby „Zmyśl coś” Palahniuk zmienił w nich kilka elementów, ale to znaczenie ma jedynie dla purystów jego twórczości.



W niniejszej książce zmieniło się także coś jeszcze – tłumaczki. Elżbieta Gałązka-Salamon przełożyła tylko jeden tekst, najwięcej udzieliła się Agata Napiórska, która wniosła przy okazji nieco swojego stylu – bardziej dosłownego przekładu całości. W tym miejscu wkraczam na grząski grunt odczuć prywatnych. To, że poznałem te opowiadania w wersji oryginalnej sprawia, że porównuję je z tym, co pamiętam i tym, jak sam bym przełożył to, czy tamto. Dlatego daruję sobie podobne rozważania i powiem tylko, że zbiór został przetłumaczony bardzo dobrze, co nie było łatwym zadaniem. Palahniuk operuje bowiem specyficznym stylem, często pełnym kolokwialnych czy slangowych wyrażeń i bawi się słowami (co szczególnie widać w „Eleanorze”, gdzie bohater używa słów podobnych do właściwych, ale o zupełnie innym wydźwięku, choć jednocześnie nie pozbawionych związku z ich pierwotnym znaczeniem, tu brawa dla przekładającej ów tekst Klaudii Stępień!), dlatego tym bardziej warto docenić pracę tłumaczek.



I cóż zostaje mi dodać na koniec, jak nie to, że polecam ten zbiór Waszej uwadze? Palahniuk to jeden z najlepszych współczesnych pisarzy, szokujący autor, który ma coś do powiedzenia i robi to zarówno subtelnie, jak i wykrzykując nam swoje racje prosto w twarz. Skłania do myślenia, porusza (rewelacyjne „Skłonności”), śmieszy, przeraża, ale nie pozostawia obojętnym. I chociaż jego twórczość nie jest dla wszystkich, „Zmyśl coś” to zdecydowanie historie, których nie możecie nie przeczytać. Sięgnijcie zatem i delektujcie się, bo warto.



A ja dziękuję wydawnictwu Niebieska Studnia za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Brzechwa dzieciom. Dzieła wszystkie. Pan Kleks - Jan Brzechwa



KLEKS ZEBRANY



Zanim powstał Harry Potter, był Kleks. Przed kilkoma laty zrobiło się nawet głośno, że Rowling splagiatowała (pośród wielu podobnych dzieł) także tę rodzimą dla nas klasykę literatury dziecięcej, jednak zostawmy tą kwestię. Kleks, nawet oderwany od kulturowego brzemienia i znaczenia, to po prostu wspaniała lektura, bawiąca nawet teraz, choć od jej premiery minęło już ponad 70 lat, a czytelnicze trendy uległy tak wielu zmianom.



Adaś Niezgódka ma 12 lat i jest dzieckiem, któremu nigdy nic nie wychodzi. Zawsze spóźnia się do szkoły, nigdy nie zdąża odrobić lekcji, a wszystkie naczynia pękają na sam jego widok, jeszcze zanim zdąży je dotknąć. W końcu rodzice decydują się wysłać go do Akademii pana Kleksa, miejsca niezwykłego, baśniowego, szalonego i oferującego najbardziej niesamowite przygody, jakie tylko można sobie wyobrazić. Jej gmach, zbudowany z kolorowych cegieł, mieści się przy ulic Czekoladowej, a na ostatnim piętrze znajdują się pilnie strzeżone sekrety jej założyciela. Teren akademii natomiast to nic innego, jak ogromny park pełen dołów, jarów i wąwozów, a całość otacza wielki mur pełen żelaznych furtek prowadzących do… zaprzyjaźnionych bajek. Adaś trafia do tego osobliwego miejsca, bo pan Kleks przyjmuje tylko chłopców o imieniu zaczynającym się na literę A – sam także nazywa się według tego wzoru (Ambroży) i jedynie jego mówiący (ale tylko końcówki wyrazów) szpak wyłamuje się z tego schematu, bo na imię dano mu Matuesz – i tak zaczyna się niezwykła przygoda…



… zarówno dla młodego Niezgódki, jak i dla nas. Świat powieści wchodzi bowiem na grunt metafikcji, bohaterowie są świadomi uczestniczenia w bajce, ale nie sprawia to, że – przynajmniej dla nich – opisywane wydarzenia nie są realne. Są, choć jednocześnie wyglądają absurdalnie i szalenie, nieco onirycznie wręcz. Na tym jednak polega magia tej książki, która nie podlega żadnym prawom fizyki czy logiki, ma za to dostarczyć niezapomnianych przeżyć ograniczonych jedynie zasięgiem wyobraźni – i robi to iście po mistrzowsku.



Styl, jakim operuje Brzechwa, to styl klasyczny, znany wszystkim ze starych bajek i opowieści dla najmłodszych. Jest pełny, jest liryczny, jest też prosty i uroczy. Przygody Adasia, pana Kleksa i reszty szalonej ferajny czyta się lekko i przyjemnie, a całość porywa bardziej, niż znakomite filmy, jakie powstały na podstawie książek. Aż szkoda, że wśród opowieści spisanych przez autora nie ma tej dziejącej się w kosmosie – to od niej zaczęła się moja przygoda z Kleksem, kiedy byłem jeszcze dzieckiem, ta jednak stanowiła twór indywidualny, nie oparty na żadnej z prac Brzechwy.



Wracając jednak do zbiorczego wydania „Pana Kleksa”, warto powiedzieć kilka słów o samej edycji. Książka bowiem przygotowana została po prostu przepięknie, bogato ilustrowana przez Mariannę Sztymę i zamknięta w twardej oprawie. Na półce prezentuje się wspaniale, aż chce się sięgnąć po ten solidnych rozmiarów tom i zatopić w lekturze. Dlatego polecam ja Waszej uwadze, po taką klasykę zawsze warto jest sięgnąć.



A wydawnictwu Nasza Księgarnia dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Hideout - Masasumi Kakizaki


JASKINIA STRACHU



Jeżeli chodzi o horrory, nikt nie robi ich tak, jak Japończycy, nieważne czy chodzi o filmy, powieści czy komiksy. Pochodzący z kraju kwitnącej wiśni twórcy, za który z licznych podgatunków grozy by się nie wzięli, wyciskają z nich to, co najlepsze. Świetnie czują się w klasycznych starszakach opartych na wyłaniających się z mroku postaciach i dziwnych, niepokojących odgłosach, znakomicie potrafią też odnaleźć się w krwawych, szokujących dziełach. „Hideout” znajduje się na styku różnych światów – mamy tu krwawe sceny, zdeformowane postacie, rzeczy czające się w mroku i wątki obyczajowe. A wszystko to w smakowitym, realistycznym opracowaniu graficznym, które buduje znakomity klimat.



Tak to się zaczyna. Coś dziwnego przemyka w mroku, słychać skrobanie, z ciemności wyłaniają się przerażające, wytrzeszczone oczy… Czujesz lęk, chcesz uciekać, ale najgorsze dopiero przed tobą.

Pisarz Seiichi Kirishima przyjeżdża wraz z żoną na tropikalną wyspę. Od roku nie układa się między nimi najlepiej, chce więc rozwiązać dręczące ich związek problemy i zacząć wszystko od nowa, nic jednak nie układa się tak, jak powinno. Żona już go nie szanuje, najpewniej także nie kocha, wciąż obwinia o śmierć ich dziecka. Seiichi chce wybrać się nad wodospad dla zakochanych, jednak ta wyprawa także daleka jest od tego, co sobie po niej obiecywali. A może jednak nie? W ulewnym deszczu, na terenach pełnych szczątków ludzi, które wciąż gdzieś tu leżą po dawnej bitwie, nie trudno jest ukryć zwłoki. Seiichi postanawia zabić żonę i rozpocząć nowe, wolne od problemów i koszmarów życie. Kiedy w końcu dopada ją w znajdującej się w dziczy jaskini, los wydaje się przesądzony. Dobrze zadany kluczem cios potrafi rozwiązać tak wiele kłopotów… Jednak w jaskini coś się czai. Coś, czego wytrzeszczone oczy lśnią gdzieś w mroku. I czekają…
 

„Hideout” nie jest horrorem o zawiłej, wymagającej fabule. Cała jego groza i siła opiera się na znakomitej, mrocznej stronie graficznej, która z miejsca przykuwa uwagę i odpowiada za budowanie całego klimatu opowieści. Masasumi Kakizaki maluje przed naszymi oczami zalane deszczem, nocne scenerie, klaustrofobiczne wnętrze jaskini, zatopione w ciemności wejścia, zdeformowane postacie, lejącą się krew… A wszystko to realistycznie, z mnóstwem detali i zabawą światłem i cieniem, mocno czerpiące z klasyki grozy. Nie brak tutaj także wpływów Stephena Kinga, do uwielbienia którego autor sam się zresztą przyznaje oraz zwykłej, prostej i szczerej fascynacji horrorem jako takim.
 

Całość spodoba się więc każdemu, kto dzieli z autorem jego zainteresowania. Szczególnie, że również fabularnie manga została poprowadzona bardzo dobrze. Nie brakuje więc zaskoczeń, bohaterowie są ciekawi, czasem nam bliscy, czasem demoniczni, nie brak też nuty bardzo łagodnej erotyki. Jeżeli lubicie dobre, mocne horrory, sięgnijcie koniecznie. Warto.



Mangę można kupić tu: