piątek, 30 czerwca 2017

Horimiya #1 - HERO, Daisuke Hagiwara



KURA DOMOWA I CHŁOPAK Z KOLCZYKAMI



Prosta, lekka i urocza. Taka jest „Horimiya”, kolejna manga typu szkolne życie, która trafiła w moje ręce. Jak na komiks z tego gatunku przystało, dzieje się dużo, romantycznie, z humorem i pewnym przesłaniem. A wszystko to zilustrowane w delikatny, przyjemny dla oka sposób.



Poznajcie Hori. Wydaje się być jedną z wielu takich dziewczyn w szkole, ładną, dobrze uczącą się, ale jednocześnie stroniącą od ludzi. Niby ma znajomych, jednak po lekcjach wraca bezpośrednio do domu, nie chodzi na imprezy, unika nawet pójścia na lody. Jaką tajemnicę skrywa? Jej rodzice są strasznie zajęci pracą, dlatego też to ona opiekuje się swoim młodszym braciszkiem, dba o dom i wykonuje wszelkie możliwe zajęcia kury domowej. Makijaż i ładne ubrania zostawia za sobą, tak jak całe szkolne życie. Ale nie jest jedyną taką! Przekonuje się o tym, kiedy pewnego dnia jej braciszka przyprowadza do domu jakiś chłopak. Ubrany na czarno, wykolczykowany, co więcej zna Hori, bo… chodzi z nią do jednej klasy. Ale co? Ale jak? Przecież nikogo takiego… Zaraz, zaraz… Miyamura?! Grzeczny, ułożony, choć nie najlepszy uczeń, którego wszyscy mają za otaku z depresją?! Niemożliwe! A jednak. I w ten oto sposób zaczyna się niezwykła przyjaźń dwojga młodych ludzi, która ma szansę przerodzić się w coś większego…



Jak to z mangami typu szkolne życie bywa, „Horimiya” nie zaskakuje niczym nowym, ale nie o to przecież chodzi. Miłośnicy sięgają po ten typ dla konkretnych elementów, a ta opowieść, która zaczynała jako webkomiks, by wpaść w oko wydawcy i zyskać profesjonalną oprawę graficzną, oferuje je wszystkie – i to podane w świetnym stylu. Są nietypowi bohaterowie ze swoimi tajemnicami? Są. Są przyjaźń, miłość, trudności i konkurencja do serca ukochanej osoby? Jak najbardziej. Podobnie zresztą jak humor i wzruszenia. Zabawa jest więc znakomita, a czas w towarzystwie sympatycznych bohaterów mija bardzo szybko.
 

Także od wspomnianej już strony graficznej, „Horimiya” przedstawia się bez zarzutu. Kreska jest klarowna, lekka, prosta i dobrze oddająca charakter całości. Jak na mangę przystało, potrafi przejść od rozbrajającej mimiki i karykaturalnego ukazania postaci w stylu SD, do realistycznego przedstawienia scenerii. A wszystko to płynnie i z przyjemną lekkością.



Poza tym przygody Hori i Miyamury to nie tylko rozrywkowa opowieść dla młodzieży, ale także historia z przesłaniem i wartościami. Co, oczywiście, nie przeszkadza jej bawić i rozweselać ani jakoś szczególnie nie rzuca się w oczy. Miłośnicy gatunku będą więc jak najbardziej zadowoleni, dlatego też polecam tytuł Waszej uwadze, a sam zabieram się za kolejne tomy.



I dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.



Baśnie osobliwe - Ransom Riggs



OSOBLIWOŚCI DLA NAJMŁODSZYCH



Chociaż trylogia „Osobliwy dom pani Peregrine” dobiegła już końca, jej autor nie zamierza zerwać z wykreowanym przez siebie światem. Tym razem nie kontynuuje losów znanych nam bohaterów, a cofa się w czasie – zarówno jeśli chodzi o okres, w jakim dzieją się opisywane wydarzenia, jak i wiek odbiorcy. „Pani Peregrine” działa się współcześnie (że tak to uproszczę) i dedykowana była młodzieży, „Baśnie” przenoszą nas w zamierzchłą przeszłość i przeznaczone są dla dzieci. Nie zmieniły się tylko dwie rzeczy: interesujące realia i przyjemność, jaka płynie z lektury.



Poznajcie świat Osobliwców od innej strony i przekonajcie się, jak wyglądał przed wiekami. A wszystko za sprawą opowieści, które od dawien dawna czytane są najmłodszym członkom niezwykłej społeczności. Wybrane tu historie to zaledwie część monumentalnego zbioru dziesiątków, a może nawet i setek podobnych bajek, ale doskonale pokazują one czym są „Baśnie osobliwe”, co ze sobą niosą i o czym opowiadają.

A o czym dokładniej mówią? O wygłodzonych jeźdźcach, którzy okazują się być kanibalami, żywiącymi się tylko utraconymi częściami ciała albo zwłokami już martwych ludzi. O księżniczce, która miała wężowy język i plecy pokryte łuską, co starała się ukryć przed wszystkimi, ale jak miała zachować tajemnicę w obliczu własnego zbliżającego się ślubu? O pierwszej ymbrynce, która była ptakiem zmieniającym się w kobietę. O kobiecie, która widziała duchy i przyjaźniła się z nimi od najmłodszych lat. O innej, która pragnęła być lekarzem i pomagać ludziom, ale w jej czasach kobiety nie mogły zajmować się medycyną. Czy o chłopcu, który potrafił kontrolować przypływy, odpływy i prądy morskie.



A to nie wszystkie opowieści, jakie czekają na czytelników „Baśni osobliwych” – pozostałe jednak pozostawiam do odkrycia Wam. Jak widać po powyższym, opowiadania te są zróżnicowane, bazują na ciekawych pomysłach, ale przede wszystkim mocno osadzone są w świecie, którego dotyczą, przy okazji rozbudowując go. Część z nich to typowe historie zawierające morał, piętnujące to, co złe i promujące właściwe postawy, ale są też takie, choćby wspomnienie pierwszej ymbrynki, które są podane jako „fakty”. Połączenie tego wszystkiego z wydarzeniami historycznymi stanowi tylko dodatkowy smaczek.
 

Jak jednak to wszystko przedstawia się od strony bardziej technicznej? Zarówno styl pisania Ransoma Riggsa, jak i wydanie prezentują się znakomicie. Kto czytał którąś z części „Pani Peregrine” (swoją drogą ich znajomość nie jest niezbędna do lektury „Baśni”), wie czego oczekiwać. Autor zmienił jednak nieco sposób pisania, dostosowując go do charakteru opowieści, ale nie zatracił typowych dla siebie cech. Co się zaś tyczy wydania (podobnego do wznowień dodatków do serii „Harry Potter”), to twarda, złocona oprawa, piękne ryte grafiki Andrew Davidsona i stylizowane na dawne ozdobniki (plus złoty tusz użyty do wydrukowania przypisów i różnych elementów) robią duże wrażenie. Nie ma tutaj tak dobrze nam znanych z poprzednich tomów osobliwych zdjęć (chociaż dla jednego znalazło się miejsce), ale wspomniane grafiki doskonale pasują do całości.



Podsumowując, dla fanów „Pani Peregrine” „Baśnie” to doskonały, piękny, lekko i przyjemnie napisany i wciągający dodatek do głównej opowieści. Natomiast dla tych, którzy chcieliby zacząć z serią przygodę od tego tomu, ciekawe do niej wprowadzenie. Polecam.



A wydawnictwu Media Rodzina dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.


Monster #2 - Naoki Urasawa



POTWORNE ZMAGANIA



Na samym początku „Monster” przypominał mi nieco „Black Jacka” Osamu Tezuki, jednak im dalej zagłębiałem się w fabułę, tym bardziej zaczął kojarzyć mi się z „Frankensteinem”. Ambitny lekarz za wszelką cenę ratuje życie pacjenta, by ostatecznie stworzyć potwora. I w tym momencie historia zaczyna się komplikować, dochodzą nowe wątki, a zasięg wydarzeń rozszerza się coraz bardziej. Jaki będzie ich finał, nie wiadomo, ale zanim nastąpi, czytelników czeka dużo mocnej, niebanalnej zabawy, która autentycznie wciąga.



Wrobiony, zdradzony, uznany za mordercę, który zabił radnego i ścigany przez policję. Tenma, wpadłszy w pułapkę zastawioną przez „Johana”, znajduje się w sytuacji zdawałoby się bez wyjścia, ale nie zamierza się poddać. Cudem unikając schwytania, stara się odnaleźć prawdziwego winnego i oczyścić swoje imię. Spotkany złodziejaszek pan Heckel może mu w tym pomóc, wie wiele o zabójcy, wie nawet gdzie się ukrywa, ale chce coś w zamian. O Tenmie jest głośno, każdy słyszał, że jest on lekarzem, a w półświatku potrzeba dobrych chirurgów. Czy mężczyzna przystanie na propozycję dołączenia do przestępców byle tylko udowodnić, że sam nie jest jednym z nich? Czym tak naprawdę jest „Johan” i co jeszcze czeka Tenemę?



Długo mógłbym wymieniać, co podoba mi się w „Monsterze”. Zaczynając od świetnego scenariusza, na znakomitych ilustracjach kończąc, Urasawa stworzył mangę, która ewoluuje w ciekawy sposób. Zaczęło się od prostej zdawałoby się opowieści o zdolnym chirurgu wykorzystywanym przez swego szefa i niedocenianym przez kobietę. Dramat rozwijał się, bohater zaczął się buntować, chciał pozostać wierny zasadom. Ale historia znów skręciła w inną stronę, tym razem rasowego dreszczowca, doszły do tego elementy horroru i nutka fantastyki, i w tym kierunku konsekwentnie podąża. Treść staje się coraz bardziej mroczna, niebezpieczeństw przybywa, a historia i bohaterowie rozwijają się.
 

Siłą całej opowieści pozostają jednak dwa zasadnicze elementy: jej klimat i zagadki. Urasawa doskonale zdaje sobie z tego sprawę i to właśnie je rozwija najbardziej. Nie myślcie jednak, że cierpią na tym pozostałe kwestie. Bohaterowie są dobrze nakreśleni, podobnie zresztą jak tło – akcja dzieje się w Niemczech i autor postarał się o oddanie charakteru miejsca. Do tego dochodzi szybka akcja, ciągłe zagrożenie, niepewność i emocje.



A wszystko to tradycyjnie dla Urasawy, znakomicie narysowane. Design postaci jest nieco prostszy, niż w „Pluto”, tła w kadrach często są ograniczone do niezbędnego minimum, ale autor potrafi zachwycić rozbudowanymi plenerami i pełnymi detali prezentacjami budynków czy miejskich, industrialnych scenerii. To wszystko składa się na znakomitą, wciągającą mangę, którą z czystym sercem polecić mogę miłośnikom mocnych wrażeń. Jeśli do nich należycie, będziecie bardzo zadowoleni.



A ja dziękuję wydawnictwu Hanami za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

środa, 28 czerwca 2017

Bardo #1: Stolp - Daniel Odija, Wojciech Stefaniec



CO ZAKWITŁO, MUSI ZWIĘDNĄĆ



Po serii albumów obyczajowych i biograficznych, Nowy Komiks Polski zmienia nieco klimaty. Najnowsza publikacja wydana w jego ramach to thriller science fiction, nieco postaopkaliptyczny, mocno cyberpunkowy, brudny i bliski zarazem naszej rzeczywistości. A jednocześnie podąża ścieżką, którą wytyczyły jego poprzednicy z NKP.



Mrowisko fanatyków hormonalnej karuzeli, psychoorganicznych ulepszaczy i genetycznych przyszłościowców. Oto Bardo, jedyne miasto, które ocalało po wielkim potopie. Doszczętnie zniszczone, zostało odbudowane przez tych, którzy przetrwali kataklizm. Jego mieszkańcy przez wieki byli samowystarczalni, tworzyli i niszczyli, miasto rosło tak szybko, jak jego zaludnienie, aż osiągnęło swój obecny kształt. Teraz Bardo jest równie kolorowe, co brudne. Narkotyk nazywany Styksem pobudza mózg, ale wypala ludzkie wnętrzności, dzieci są tutaj rzadkością i jakby tego było mało, ktoś porywa te nieliczne z nich, jakie można jeszcze spotkać. A gdzieś pomiędzy tym wszystkim jest on, Stolp, mężczyzna, który pewnego dnia widzi świecącego, latającego chłopca, na molu samobójców zmieniającego się w… rybę.



Powyższy opis fabuły „Stolpa” może i brzmi dziwnie, ale taki właśnie jest ten komiks. Z jednej strony realistyczny i przyziemny, z drugiej oniryczny, graniczący ze snem szaleńca, przeciąga nas po zaułkach Bardo, ukazując osobliwy świat, w którym każdy może modyfikować swoje ciało wymieniając jego elementy, drukować wirtualne hologramy zwierząt i ludzi i obstawiać dzienne ilości zgonów, gwałtów czy orgazmów. Świat, w którym nie pamięta się drzew ani prawdziwego jedzenia, zastąpionego przez wszędobylskie tabletki. Świat, który kwitnie i więdnie. A właściwie to gnije – i to za życia.
 

I taka jest też atmosfera tego albumu. Brudna, przepełniona seksem i przemocą, dziwnie duszna i przytłaczająca czytelnika. Daniel Odija, autor m.in. „Ulicy” i „Kroniki umarłych”, dwukrotnie nominowany do nagrody Nike pisarz, stworzył intrygujący, choć chaotyczny scenariusz, w którym nic nie jest do końca oczywiste. Dialogi i monologi w „Stolpie” są rozbudowane, styl bogaty, czasem może nazbyt kwiecisty, ale pasujący do całości, a Odija nie stroni od ważkich pytań. Pytań o naturę człowieka, tego, dokąd zmierza nasz świat i im podobnych, doskonale znanych z dzieł science fiction. Czy są odkrywcze? Nie, niemniej bez nich ta opowieść nie byłaby pełna.



Siłą albumu nie jest jednak jego fabuła, a wspaniałe ilustracje Stefańca. Brudna, mroczna kreska idealnie pasuje do samej opowieści, balansując na granicy realizmu i sennych fantazji podlanych narkotycznymi wizjami. Do tego dochodzi bogata, ale stonowana paleta barw, która podkreśla kolorowy brud świata Bardo i robi duże wrażenie.



Jako całość, „Stolp” to ciekawy eksperyment, który wraz z kolejnymi tomami ma szansę rozwinąć się w coś fascynującego. Co z tego ostatecznie wyniknie, trudno orzec, ale wiem, że po pierwszą część warto jest sięgnąć. Dlatego też jeśli lubicie podobne klimaty, polecam ją Waszej uwadze.



A Wydawnictwu Komiksowemu dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.


poniedziałek, 26 czerwca 2017

Alight/Rozpaleni - Scott Sigler



A LIGHT NOVEL



Po „Alight”, mimo nieznajomości pierwszego tomu cyklu, sięgnąłem zachęcony opisem. Opisem brzmiącym dość enigmatycznie, ale intrygująco, coś jakby na skrzyżowaniu horroru i Science Fiction bez przewagi którejś ze stron. To, że powieść przeznaczona była dla grupy wiekowej young adult nie przeszkadzało mi zupełnie, choć wiedziałem, że na zbyt mocną treść nie mogę liczyć. Co jednak z tego wszystkiego wynikło?



Na początek rzućmy okiem na treść. Grupa nastolatków obudziła się w trumnach, niczego nie wiedząc, łącznie z tym, kim są. W końcu udało im się odkryć przerażającą prawdę o sobie: że mieli być ciałami dla Starszych. Niczym więcej. Jak można łatwo się domyślić zbuntowali się, wygrali, chociaż tradycyjnie dla takich przypadków, kosztowało ich to wysoką cenę i obecnie zmierzają do miejsca, które ma im zapewnić lepszą przyszłość. Omeyocan, bo tak nazywa się ta planeta, wita ich jednak kolejnymi zagrożeniami. Sen o lepszym życiu rozwiewa się, Em i jej towarzysze muszą zmierzyć się z nieznanym czającym się w ruinach dawnej cywilizacji oraz tym, co jeszcze czeka na nich w tym świecie. Znów nic nie wiedząc, tracąc resztki nadziei, wikłają się w coraz trudniejsze sytuacje, kiedy w ich własnych szeregach pewien fanatyk zaczyna zdobywać coraz większe poparcie…



Jest ciekawie, lekko i przyjemnie, ale nie tego się spodziewałem. A przynajmniej nie do końca. Potencjał na opowieść był naprawdę duży, zaczynając od nastolatków przeznaczonych jako ciała dla innych, na eksploracji nowego, groźnego świata kończąc, historia miała szansę pokazać coś niezwykłego. Mogła skłonić do myślenia, skupić się na dylematach moralnych i narastającym napięciu. Autor tymczasem zdecydował się na prostą rozrywkę SF dla nastoletnich czytelników. Jest dużo akcji, dużo fajerwerków, dużo efektownych scen i próba pokazania, co potrafi wyobraźnia, ale niewiele ponad to. Oparcie całej rzeczywistości, w jakiej żyje Em i pozostali, na mieszance elementów różnych starożytnych kultur nie jest odkrywcze, tym bardziej nie udało się też tego wykorzystać w pełni. Nawiązania do nich ograniczają się do powierzchownych rzeczy i nazewnictwa, zapominając o potencjale.



Za to na plus należy zaliczyć autorowi to, w jaki sposób pisze. Nie ma w jego stylu nic odkrywczego czy indywidualnego, ale jest lekki i nienurzący, dzięki czemu powieść pochłania się szybko i bezboleśnie. Czyli, jak na młodzieżowe książki przystało. Kto lubi takie klimaty, śmiało może przeczytać „Alight”, jednak poszukujący głębszych, poważniejszych treści raczej niech sobie odpuszczą.



A ja dziękuję wydawnictwu Feeria Young za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Poszukiwana - Dean Koontz



POSZUKIWANA ASHLEY BELL



Do Deana Koontza mam duży sentyment. To w końcu jego książki, razem z powieściami Mastertona i Kinga, stały się moimi pierwszymi lekturami dla dorosłych, kiedy jako nastolatek zwróciłem swoją uwagę na literackie horrory. Sentyment to jednak byłoby za mało, by po latach wciąż cenić czyjąś twórczość tylko za pierwsze wrażenie, jakie wywarła na niedoświadczonym młodziku. Na szczęście Koontz jest po prostu znakomitym autorem i chociaż w swoim życiu napisał już ponad 50 książek, „Poszukiwaną” udowadnia, że daleki jest od wypalenia się.



Bibi Blair jest młodą kobietą, które życie toczy się swoim rytmem. Nie brak jej energii, wesołości i przekonania, że wszystko będzie dobrze. Nie martwi się nawet zbytnio o swojego męża, który wykonuje niebezpieczny zawód. Jednak pewnego dnia całe jej życie wywraca się do góry nogami. Nagłe załamanie stanu zdrowia prowadzi do diagnozy niczym nie różniącej się od wyroku śmierci – Bibi pozostaje rok życia. Kobieta nie chce w to uwierzyć, nie zmierza się poddawać. Tak samo nagle, jak zaczęła chorować, wraca do zdrowia, zadziwiając wszystkich wokoło. Ale co jeśli za jej ozdrowieniem kryje się coś więcej? Co jeśli żyje dalej dlatego, że ma ocalić kogoś innego, a dokładniej Ashley Bell? Myśli te stają się jej obsesją, Bibi nie wie jednak kim jest Ashley ani przed czym ma ją ratować. Zaczynając poszukiwania tajemniczej kobiety, Bibi wkracza na pełną niebezpieczeństw ścieżkę…



„Poszukiwana” to powieść typowa dla Koontza w każdym calu. Zaczynając od tematyki na granicy thrillera, horroru i fantastyki, przez znakomity, wciągający od pierwszego zdania styl, na powolnym, ale nie nudnym prowadzeniu akcji kończąc, wszystko jest takie, jak w tych jego utworach, które pokochałem. Prosty, konsekwentnie rozwijany pomysł, ciekawi, sympatyczni bohaterowie i ten klimat, który czuje się od samego początku. Klimat, jakiego nie powstydziłby się sam Stephen King. Czy miłośnicy gatunku potrzebują czegoś więcej by bawić się znakomicie?



Na szczęście „Poszukiwana” to nie tylko kolejna powieść dla miłośników utworów z dreszczykiem, jakich wiele na rynku, ale naprawdę znakomita i wyróżniająca się pośród nich książka. Koontz to jeden z mistrzów gatunku i to się czuje. I nawet jeśli zdarzają mu się pewne wpadki, nie da się zaprzeczyć jego klasie. I znajomości pisarskiej materii. Bo chociaż akcję prowadzi powoli, w leniwy, niespieszny sposób, robi to wspaniale. Strona obyczajowa przekonuje i angażuje, zawsze zresztą, podobnie, jak u wspominanego wyżej Kinga, należała do najsilniejszych stron jego twórczości. Niemniej elementy gatunkowe też przekonują i wywołują należyte emocje. Jak dla mnie, znakomita powieść.



Dlatego też polecam ją Waszej uwadze. Jeśli cenicie Koontza takiego, jakim był w czasach „Gromu”, na pewno się nie zawiedziecie. „Poszukiwana” przypomniała mi te emocje, jakie towarzyszyły odkrywaniu jego twórczości i dostarczyła dużo przyjemności. Warto więc po nią sięgnąć.



A ja dziękuję wydawnictwu Replika za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.
 

niedziela, 25 czerwca 2017

Monster #1 - Naoki Urasawa



WALKA O ŻYCIE



Naoki Urasawa dał mi się poznać jako autor „Pluto”, rewelacyjnej mangi, która z miejsca kupiła moje serce i ani na chwilę nie przestała mnie zachwycać. Po „Monstera” sięgnąłem pod wpływem tego tytułu właśnie i nie żałuję. Urasawa stworzył bowiem nie tylko znakomitą serię, ale także i komiks mocno osadzony w klimatach charakterystycznych dla Osamu Tezuki, składając nim kolejny hołd jego twórczości.



Niemcy. Rok 1986. Młody lekarz Kenzō Tenema, który przeniósł się tu z Japonii, pracuje w szpitalu-pomniku Eisler i wiedzie dobre życie. Jest cenionym chirurgiem, zaręczył się z córką dyrektora placówki, a jej ojciec go uwielbia. Jednakże to tylko pozory, o czym Tenema przekonuje się, kiedy pewnego dnia zostaje odwołany od operacji mężczyzny by uratować życie popularnego śpiewaka. Artysta wraca dzięki niemu do zdrowia, jednak pozostawiony pod opieką innego zespołu pacjent umiera. Młodu chirurg natomiast zaczyna dostrzegać, jak pusta jest jego narzeczona, jak bardzo wykorzystuje go dyrektor i jak bezlitosny jest szpitalny świat, w którym rządzą przede wszystkim pozory i polityka. Impulsem do zmiany życia staje się spotkanie z kolejnym pacjentem. Kiedy pod opiekę Tenemy trafia postrzelony w głowę chłopiec, którego rodziców ktoś zamordował, chirurg podejmuje decyzję dokończenia jego operacji, zamiast zajęcia się przywiezionym później pacjentowi. Chociaż chłopcu udaje się uratować życie, Tenema traci wszystko, co miał do tej pory. Konsekwencje będą jednak o wiele większe, niż ktokolwiek mógł podejrzewać…


„Pluto” był mangą opartą na kultowym dziele Osamu Tezuki, człowieka, który stworzył japoński komiks, „Monster” kontynuuje tę tradycję, bo choć jest autorskim tworem Urasawy, trudno nie dostrzec podobieństw do prac legendarnego autora. Wystarczy już sam rzut oka na ilustracje, by się o tym przekonać, a kolejne analogie pojawiają się przy bliższym poznaniu. Jeśli ktoś czytał „Black Jacka” z pewnością je dostrzeże. Ale nie bójcie się, „Monster” to nie kopia żadnej innej mangi, to autorski projekt, oryginalny, ciekawy, choć też składający hołd klasyce. Świetny scenariusz, dobre dialogi, nieco patosu, spora dawka emocji i intrygujący klimat składają się na dzieło, które czyta się z wielką przyjemnością. Dzieje się w nim dużo, nie brakuje przy tym krwi i mroku, ale na tym polega właśnie jego urok.


„Monster” zyskał także znakomitą oprawę graficzną. Odwołując się po raz kolejny do „Pluto”, tym razem kreska jest prostsza, ale wcale nie mniej udana. Do tego Urasawa, kiedy to potrzebne, prezentuje nam realistyczne, nastrojowe i pełne detali ilustracje. Całość robi więc duże wrażenie, które tylko pogłębia się, jeśli dodać znakomite wydanie (jeden tom polskiej edycji liczy blisko 430 stron, a wszystkie kolorowe strony zostały zachowane) i zmuszającą do myślenia treść.



Szukacie dobrej, dojrzałej mangi dla starszych odbiorców? Macie ochotę na thriller połączony ze świetną, klasyczną opowieścią obyczajową? „Monster” to tytuł dla Was. Polecam gorąco!



A wydawnictwu Hanami dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

sobota, 24 czerwca 2017

Gucio i Cezar - Krystyna Boglar, Bohdan Butenko



JEST GRUBY, ALE I BARDZO MILUTKI



Choć „Gucio i Cezar” nie jest może najbardziej znanym z tytułów, do których rękę przyłożył ojciec „Gapiszona”, Bohdan Butenko, ale na pewno wart jest poznania. Z jednej strony bowiem to absolutna klasyka, z drugiej natomiast po prostu urocza opowieść. W zbiorcze wydanie wszystkich epizodów pozwala w pełni docenić jej urok.



Sympatyczny Hipopotam Gucio i pies Cezar to dwaj przyjaciele, którzy pakują się w masę kłopotów. Nieznajomość tabliczki mnożenia kończy się dla nich… uprowadzeniem przez piratów, chęć zjedzenia lizaka wysyła ich w podróż gdzie pieprz rośnie, a budowa rakiety kosmicznej przeradza się w misję ratowania księżniczki. A to tylko kilka z ich niesamowitych przygód!



I w takim tonie toczy się cały ten ponad 250-stronicowy tom, który zbiera w sobie wszystkie komiksy o dzielnych przyjaciołach, jakie publikowane były pierwotnie w latach 1966-1979 na łamach „Świerszczyka”. I wraz z szalonymi przygodami niesie ze sobą porcję wiedzy i uczy wartości, jakich potrzeba każdemu dziecku. Jednocześnie naprawdę wciąga, urzeka i ani chwili nie nudzi. Nawet, kiedy ma się już x lat i sądzi się, że jest się za starym na takie historie. A może szczególnie wtedy? W końcu ta nuta sentymentu, te wspomnienia, bo rysunki Butenki zna każdy, ten klimat dawnych dzieł…
 

A skoro o rysunkach mowa, te zaprezentowane w „Guciu i Cezarze” są skrajnie proste, ale w tej prostocie tkwi i cały urok i siła wyrazu. Zresztą kto zna dzieła Butenki, wie czego oczekiwać. Kto nie zna, powinien to zmienić, bo to jednak legendarny autor.



Po lekturze tego tomu pozostaje jednak niedosyt. Szkoda, że seria nie ma ciągu dalszego, chociaż z drugiej strony na spragnionych większej porcji przygód spędzanych w towarzystwie Gucia i Cezara czeka jeszcze seria, jaki postał w latach 70. XX wieku. Biorąc pod uwagę fakt, że ekranizacje polskich komiksów można policzyć na palcach jednej ręki, otrzymanie własnej serii telewizyjnej (choć tylko liczącej 8 dziesięciominutowych odcinków) to nie lada wyczyn, podkreślający tylko jakość „Gucia i Cezara”.



I cóż tu można więcej dodać. Nie będę komplikował, rozpisywał się i przynudzał. Po prostu polecę Waszej uwadze ten komiks, który właśnie z powrotem znalazł się wśród wydawniczych nowości. Szczególne, że został wydany bardzo ładnie, a sam w sobie, jest jak Gucio: gruby, ale i bardzo milutki.


Czarna Wdowa: Powrót do domu - Richard K. Morgan, Bill Sienkiewicz,Goran Parlov, Sean Phillips



KRUCJATA WDOWY



Nieczęsto, ale jednak tak się zdarza, że za tworzenie scenariuszy komiksowych serii z głównego nurtu biorą się autorzy poczytnych powieści. Wystarczy tutaj wspomnieć choćby o „Wonder Woman” pisanej przez Jodi Picoult, rewelacyjnym „Kryzysie tożsamości” Brada Meltzera czy „Lokim” Roda Robiego. Do tego grona dołączyła także Czarna Wdowa, której przygody poprowadził Richard K. Morgan, autor „Modyfikowanego węgla” i nagrodzonej „Trzynastki”. Spod jego ręki wyszła krwawa szpiegowska opowieść dla dojrzałych czytelników, oderwana od konwencji superhero.



Ktoś morduje kobiety. W Londynie w wybuchu limuzyny ginie niejaka Anna. W Alabamie zastrzelona zostaje działaczka proaborcyjna. Kolejne ofiary tracą życie w Osace, Sydney i Szanghaju. Tymczasem w Arizonie Czarna Wdowa wiedzie spokojne życie, jednak i ona staje się celem wyszkolonego mordercy. Od teraz zacznie się jej walka o przetrwanie i wyjaśnienie tego, co się dzieje. Wędrując tropem zabitej działaczki, która w rzeczywistości była dawną agentką KGB, Wdowa wraz z pomocą Phila Dextera, wyrusza w podróż, w trakcie której przyjdzie im stawić czoła uzbrojonym po zęby oddziałom i szpiegowskim intrygom. Ilość trupów rośnie, przeciwników nie ubywa, a sytuacja z każdą chwilą staje się coraz bardziej skomplikowana. Czy tym razem Czarna Wdowa zdoła odwrócić ją na swoją korzyść? Przeszłość w końcu nie śpi i upomina się o swoje…



Ten komiks rzeczywiście jest jak książki czy filmy o Jasonie Bourne’ie. Solidna, realistyczna szpiegowska opowieść, nie stroniąca od brutalności i serwująca całe mnóstwo pościgów, walk i strzelanin. Ale to nie kolejna sensacyjna opowiastka, jakich wiele. To naprawdę wciągający, treściwy album posiadający gęstą, mroczną atmosferę, ciekawych bohaterów i historię z feministycznymi akcentami. Tych ostatnich nie mogło jednak zabraknąć, Wdowa to w końcu najstarsza marvelowska heroina (debiutowała w 1964 roku), która zdobyła taką pozycję w tym uniwersum. Stworzenie jej przygód w ramach linii Marvel Knights, która z założenia miała być oderwana od długiej historii stojącej za bohaterami i skierowana do dojrzałego czytelnika, pozwoliło scenarzyście rozwinąć skrzydła i nie ograniczać się docelowym wiekiem odbiorcy.
 

Tak czy inaczej jednak, choć fabuła naprawdę jest znakomita, po album ten sięgnąłem przede wszystkim dla rysunków Billa Sienkiewicza, prawnuka Henryka Sienkiewicza. Z jednej strony mam wielki sentyment do jego twórczości, głównie za sprawą „Amazing Spider-Manów” wydawanych w Polsce w drugiej połowie lat 90. XX wieku, z drugiej to jeden z najlepszych i najoryginalniejszych ilustratorów, jakich widziałem. Jego kreski nie da się pomylić z żadną inną, jest brudna, ale realistyczna, absolutnie niemainstremowa i z artystycznym zacięciem. I chociaż w tym albumie jego udział ograniczył się niemalże tylko do zilustrowania pierwszego zeszytu i nakładania tuszu na szkice w pozostałych, jego styl wyraźnie odbija się w całym albumie. Najlepiej oczywiście wypadają rysunki, które sam stworzył, niemal równie dobrze prezentują się grafiki Gorana Parlova. Słabiej przedstawia się uproszczona kreska Seana Phillipsa, ale i z niej Sienkiewicz wycisnął wiele dobrego.



Duże wrażenie robi też samo zbiorcze wydanie. Bo poza tytułową historią otrzymujemy jeszcze sześć zeszytów „Czego to o niej nie mówią”, czyli dokładnie komplet opowieści z „Czarną Wdową” napisanych przez Morgana. Jeśli więc lubicie dobre, szpiegowskie komiksy dla dorosłych, sięgnijcie po „Powrót do domu”. Naprawdę warto.



A ja dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.


Ms. Marvel #02: Pokolenie Czemu - G. Willow Wilson, Adrian Alphona,Jacob Wyatt



KIEDY UCZEŃ JEST GOTOWY, POJAWIA SIĘ MISTRZ



Pierwszy tom „Ms. Marvel” kupił moje serce swoją uczciwością, humorem, przekonującą bohaterką i nietypowością, jak na tytuł superhero. Na drugi czekałem więc z niecierpliwością, a moje oczekiwania były wysokie. I nie zawiodłem się. Przygody Kamali trzymają poziom, a całość tylko potwierdza, że Wilson stworzyła jedną z najlepszych serii wydawanych po polsku w ramach Marvel Now.



Aligator w kanałach New Jersey? Czemu nie! Kiedy pewnego dnia Kamala słyszy dobiegające z dziury w jezdni warczenie, nie wacha się by zejść pod ziemię i… Tak, znów na jej drodze staje Wynalazca, który w ostatnim czasie poszukiwał jej za pomocą swoich zabawek. Dziewczyna jednak spotyka także szukającego zaginionej uczennicy Wolverine’a, a że jest on jej ulubionym herosem (napisała nawet opowiadanie o nim!), walka o przetrwanie staje się dla niej niezwykłą przygodą. Czy jednak możliwe jest, że Wolvie to nauczyciel, jakiego poszukiwała by stać się lepszą bohaterką?

To jednak dopiero początek. Wieści o Ms. Marvel docierają do Inhumans i Królowa decyduje się zapewnić Kamali szkolenie. Jej opiekunem zostaje królewski pies Lockjaw, ale pytanie czy olbrzymi, kochający przytulasy zwierzak, nie przysporzy jej przy okazji kolejnych problemów w życiu osobistym?



Odmienność przygód Kamali na tle innych serii Marvela polega na tym, że bliżej jej do mangi, niż typowych komiksów amerykańskich. Z jednej strony bohaterce nie brakuje problemów, z drugiej trudno wszystko brać na poważnie. Bo zaczynając od mimiki bohaterów, przez przygody, które przytrafiają się pierwszej muzułmańskiej heroinie Marvela, na jej arcywrogu mającym wygląd papugi kończąc, wszystko wydaje się być z nieco innej bajki. Nieważne, że pojawia się Wolverine czy Kapitan Ameryka, ani że powstanie mocy Ms. Marvel związane jest ściśle z wydarzeniami „Nieskończoności”. Z tą serią jest trochę, jak z Deadpoolem, niby pozostaje w głównym nurcie, ale posiada swój własny charakter, klimat i styl.
 

Poza tym sama Kamala jest postacią, której nie da się nie lubić. Stworzona w najlepszej tradycji wydawnictwa, jest zwykłą nastolatką, humorzastą, ale z zasadami. Ma swoją religię, swoją kulturę – dla nas nieco egzotyczną, ale przez to jeszcze bardziej ciekawą – i ma także problemy, z jakimi mierzyć się musi każdy nastolatek. A że robi to w rozbrajający sposób, zachowując się nie jak heros, a jak fan komiksów, który herosem nagle został (co nie jest takie dalekie od prawdy), trudno nie ulec jej urokowi.



Rysunkowo „Pokolenie czemu” podzielone zostało na dwie części. Pierwsza z nich, słabsza, choć mająca urok cartoonowej prostoty, stworzona została przez Jacoba Wyatta. Drugą (składającą się z czterech zeszytów) przygotował autor pierwszego tomu, Adrian Alphona i trzeba przyznać, że znów wykonał kawał dobrej roboty. Jego kreska jest inna, niż to, co serwują nam komiksy z głównego nurtu, bardziej europejska (doceniono ją w końcu na festiwalu w Angoulême) i niesamowicie urocza. Świetnie pasuje do charakteru opowieści i samej Kamali, a przy okazji doskonale oddaje bliskowschodnie rysy twarzy bohaterów, co innym rysownikom nie zawsze wychodzi najlepiej.



Czy trzeba dodawać coś jeszcze? „Ms. Marvel” to naprawdę znakomita seria, jedna z najlepszych Marvela regularnie publikowanych na polskim rynku i przy okazji komiks, który spodobać się może nawet czytelnikom za superhero nieprzepadających. Lekka przyjemna, niegłupia i bardzo, bardzo sympatyczna opowieść. Polecam gorąco.



A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.


piątek, 23 czerwca 2017

Batman #9: Bloom - Scott Snyder, James Tynion IV, Greg Capullo, DannyMiki, Yanic Paquette



MROCZNY RYCERZ POWRACA?



W świecie komiksowym nic nigdy nie ginie bezpowrotnie. To prawda znana czytelnikom od dawna. Czy zatem Batman, a właściwie Bruce Wayne, mógł porzucić swoją rolę obrońcy Gotham na dobre, nawet jeśli stracił pamięć i wydaje się nie być sobą? Nadszedł czas by się o tym przekonać.



Mr. Bloom, nowy przeciwnik Batmana, wdziera się do Powers Building i zaczyna po kolei zabijać ludzi. Gordon staje z nim do walki, ale choć sytuacja wydaje się obracać na korzyść nowego Człowieka Nietoperza, wróg ucieka. Kiedy więc udaje się go namierzyć, nikt nie jest pewien czy rzeczywiście trafili na jego trop, czy też może Bloom przygotował na nich zasadzkę. Gordon decyduje się samotnie stawić mu czoła, nawet za cenę własnego życia.

Tymczasem Bruce Wayne wiedzie spokojny żywot u boku ukochanej kobiety, którą prosi o rękę. Mimo, że w jej przeszłości nie brak mrocznych kart, chce spędzić z nią życie. Wciąż jednak ma problemy z pamięcią, chociaż odzywa się w nim jakiś zew. Spotkanie z Duke’iem, który na własną rękę podjął się odkrycia prawdziwej tożsamości Blooma, staje się impulsem do przypomnienia sobie dawnej roli obrońcy Gotham. Ale czy to wystarczy by stary Batman powrócił? A może jego powrót jest konieczny, by w mieście znów zapanował pokój?



Scott Snyder i Greg Capullo zaczynając nową serię Batmana w ramach New 52 (czy jak chce tego polskie nazewnictwo, Nowego DC Comics) stworzyli dzieło, które z miejsca stało się hitem, ale i pozycją niemalże kultową. „Trybunał sów”, jakim zaczęli ten run, powszechnie uznawany jest za jedną z najlepszych opowieści o Batmanie, a pozostałe zeszyty ich autorstwa także trzymają poziom. Nie inaczej jest też w przypadku „Blooma”, przedostatniego tomu serii, w którym znalazł się także jubileuszowy, bo 50 jej numer. Z tej okazji twórcy nie tylko domykają wiele wątków, ale przygotowali dla czytelników porcję zaskoczeń. Co więcej album ten, pod względem scenariusza, jest lepszy od poprzedniego, a pędząca na złamanie karku akcja nie pozwala na chwilę nudy, chociaż na spokojniejsze momenty także znalazło się miejsce.
 

Właściwie ten komiks jest jak gra, w którą grają funkcjonariusze gothamskiej policji. Nosi ona nazwę GCPD i przypomina pokera, z tym, że gra się w nią szybko, bez zastanowienia, a na stole czeka zakryta karta mogąca odmienić losy całej zabawy. Na tej zasadzie Snyder i James Tynion IV zbudowali całą fabułę, starając się dostarczyć czytelnikom jak najwięcej dobrej zabawy. Skutecznie zresztą. Całość na dodatek podlali charakterystycznymi dla „Batmana” z New 52 elementami, takimi jak legendy miejskie i grzebanie w historii Gotham, co tylko wyszło opowieści na dobre.



Pod względem graficznym Capullo jak zwykle nie zawodzi. Jego znakomita, szczegółowa i mroczna kreska świetnie współgra ze scenariuszem, podobnie zresztą jak kolor. Pozostali artyści też wypadają przyjemnie dla oka, choć nie tak dobrze jak on, a całość została uzupełniona o bogatą (liczącą blisko 40 stron) galerię okładek alternatywnych do 50 zeszytu przedstawiających walkę Batmana z Supermanem. Lista artystów odpowiedzialnych za owe okładki robi spore wrażenie, że wspomnę tylko o Timie Sale’u, Alexie Rossie, Jimie Lee, Paulu Pope’ie czy Gabrielu Dell’Otto.



W skrócie, miłośnicy Batmana z New 52 będą bardzo zadowoleni. Dostaną bowiem dokładnie to, czego oczekiwali. Ja ze swej strony „Blooma” polecam i czekam na finałowy tom serii.



A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.


Lucky Luke #55: Ballada o Daltonach i inne opowieści - Morris, RenéGoscinny, Michel Greg



KOMIKSOWE BALLADY Z DZIKIEGO ZACHODU



Kolejny z tomów „Lucky Luke’a” na naszym rynku to przede wszystkim nie pełnoprawny album opowiadający jedną tylko historię, a zbiór trzech krótkich komiksów z Dzikiego Zachodu. Jedno pozostaje jednak niezmienne. Czy to w długiej, czy też krótkiej formie, najszybszy kowboj świata dostarcza tak samo dobrej zabawy zarówno młodszym, jak i starszym czytelnikom.



W tytułowej „Balladzie…” Daltonowie powracają po raz kolejny w mury więzienia, poprzysięgając zemścić się na Lucky Luke’u. Wtedy jednak dowiadują się, że ich stryj Henry odszedł z tego świata (śmiercią naturalną – przez powieszenie), a im czterem pozostawił spadek. Żeby go otrzymać muszą jednak wypełnić jeden warunek: zabić wszystkich, którzy doprowadzili do skazania denata, czyli przysięgłych i sędziego. Co więcej, Henry wyznaczył także osobę mającą dopilnować by należycie wywiązali się z zadania, a jest nią nie kto inny, tylko Lucky Luke – najbardziej uczciwy i godny zaufania człowiek na Dzikim Zachodzie. O dziwo kowboj dołącza do ich ekipy, ale jak na niego przystało, ma w głowie własny plan, który zaczyna realizować pod nosem Daltonów…



„Ballada o Daltonach” to główna opowieść tego tomu. I to nie tylko dlatego, że zajmuje 27 z 46 stron, ale również ze względu na to, że jest najlepszym z trzech zebranych tutaj komiksów. Pozostałe trzy to właściwie bonusy, które jednak trzymają poziom i dostarczają dodatkowej porcji dobrej zabawy. W „Ukochanej Jolly Jumpera” wierny koń Lucky Luke’a zaczyna się dziwnie zachowywać i nikt nie wie, co mu jest. Nawet on sam. Nie chce jeść, nic go nie bawi. Czyżby był chory? Wszystko wskazuje na to, że tak – i to na głowę! Tymczasem w „Rozróbie w Pancacke Valley” Lucky Luke przed rokiem został okradziony ze swojego konia, a w miejscu przestępstwa znalazł tylko guzik. Trop doprowadza do go Pancacke Valley, jednak spawa okazuje się o wiele trudniejsza do wyjaśnienia niż sądził. Wreszcie w „Szkole szeryfów” Luke staje się nauczycielem bandy nieudaczników.
 

Za tom ten odpowiada dwóch autorów, którzy z „Lukcy Luke’iem” od dawna byli związani. Pierwszy z nich to oczywiście Morris, twórca serii, jej stały rysownik i czasem także scenarzysta. Zilustrował cały ten album, napisał także ostatnie dwie z historii, za fabułę tytułowej odpowiada natomiast nie kto inny, jak niezawodny Goscinny. Wyjątkiem jest tu udział Grega, autora dobrze znanego w Polsce komiksu „Comanche”, który napisał swoją pierwszą i jedyną historię o kultowym kowboju. Na szczęście scenarzysta ten nie tylko nie zawodzi, ale udowadnia, że doskonale czuje klimat całości.



„Ballada o Daltonach” bawi więc, śmieszy i dostarcza miłośnikom serii to, czego oczekują. Wszystkie historie są świetnie poprowadzone, znakomicie, choć prosto narysowane i wciągają w swój świat. Przy okazji nie tylko w dobrym stylu kontynuują serię, ale także i znakomicie nadają się a rozpoczęcie przygody z Lucky Luke’iem. Polecam.



A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.


czwartek, 22 czerwca 2017

Lucky Luke #34: Dalton City - René Goscinny, Morris



LUCKY CITY



Czerwiec to zdecydowanie miesiąc Daltonów. Na naszym rynku ukazały się w końcu dwa znakomite albumy poświęcone tym największym wrogom Lucky Luke’a. I jak na tę serię przystało, na czytelników czeka dużo dobrej zabawy, humoru i niezapomnianego klimatu, który pokochały miliony odbiorców na całym świecie.



Poznajcie Fenton Town, miasteczko, w którym nie znajdziecie nikogo porządnego. W tej najbardziej zdeprawowanej mieścinie w Teksasie nie ma zgody na spokój, każdy oszukuje każdego, wygrywa silniejszy, a średnia życia jest bardzo niska, chociaż nie wpuszcza się tu nikogo, kto nie ukończył 16-ego roku życia. Co się zaś tyczy stróżów prawa to w najlepszym wypadku szeryfowie uciekali z Fenton w pospiechu, pod osłoną nocy, w najgorszym… Lucky Luke tym się jednak nie przejmuje. Wystarczy mu kilka chwil by zaprowadzić tu porządek i od tej chwili miasto niszczeje, a jego dawny właściciel Fenton trafia do więzienia. Happy end? Nic bardziej mylnego. W tym samym więzieniu przebywają Daltonowie, a jeden z nich w wyniku pomyłki zostaje warunkowo zwolniony i wydobywa braci zza krat. Zachęcani opowieścią Fentona przestępcy przejmują jego miasto i nazywają je Dalton City. Wraz za nimi przybywa tam więzienny pies Bzik, a wkrótce zjawia się także Lucky Luke. Wzięty jednak w niewolę przez przestępców, staje się ich „testerem” atrakcji, jakie zamierzają serwować. Żeby odstawić ich z powrotem do więzienia, będzie musiał zmierzyć się z nie lada problemem, bowiem do miasta ściąga coraz więcej desperados…
 

Fabuła tego tomu jest równie absurdalna, co występujący w nim bohaterowie, i chociaż czasami ów absurd przekracza wszelkie granice, zabawa i tak jest znakomita. Lucky Luke bawi się bowiem swoją „niewolą” u Daltonów, a my czerpiemy z tego równie wielką przyjemność co on. I zaśmiewamy się równie mocno z niekorzystnego dla Daltonów przebiegu akcji, jak jego wierny koń. „Dalton City” zresztą to bardzo klasyczny tom serii – trudno wprawdzie nazywać go tak, skoro większość albumów „LL” można do klasyki zaliczyć, ale brak jest w tym wypadku lepszego określenia – zawierający wszystko to, czego można od niej oczekiwać, a także całą plejadę bohaterów najbardziej kojarzonych z przygodami kowboja poruszającego się szybciej niż jego cień.
 

Siła tego albumu i tak jednak opiera się na jego humorze. Żarty, mimo upływu lat, ciągle śmieszą, a satyra jest trafiona. Goscinny nie zawodzi, podobnie zresztą jak Morris, którego rysunki są klasyczne, typowe dla europejskich komiksów humorystycznych, ale też i posiadające swój własny charakter.



Jeśli więc lubicie „Lukcy Luke’a”, a nie czytaliście jeszcze „Dalton City” – albo też nie znacie go, ale macie ochotę na dobry, zabawny komiks dla młodszych i starszych – sięgnijcie po ten album. Naprawdę warto. To w końcu klasyka i klasa sama w sobie.



A ja dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.


Wilcze Leże - Andrzej Pilipiuk



PILIPIUK W DOBREJ, KRÓTKIEJ FORMIE



Pilipiuk się skończył. Mam takie wrażenie od kilku lat, ale nawet jeśli to prawda, wciąż trzyma się znakomicie. Dowodem na to nie są ani kolejne tomy jego opus magnum, czyli Jakuba Wędrowycza (które zresztą też wyewoluowały w poważniejsze, bardziej wulgarne prace), ani powieści (których autor nie kontroluje w pełni, zbaczając w dziwne rejony), ale opowiadania pisane na poważnie. Teksty z pogranicza horroru, utworów wojennych, fantastyki i przygody, krótkie, ale treściwe i naprawdę urzekające klimatem. Najnowszy zbiór takich właśnie historii, zatytułowany „Wilcze leże”, doskonale pokazuje, że Pilipiuk trzyma poziom i wciąż ma jeszcze coś do powiedzenia.



Tytułowe „Wilcze leże” to historia dziewczyny, która mierzy się z trudami życia w wojennej codzienności. Nie na froncie, nie pośród walk, ale wśród biedy, strachu i obaw zagłuszanych przez ludzi na różne sposoby. A pośród tego wszystkiego jest on. Stary Mikołaj, który zbiera wszelkie mięsne ochłapy i zanosi na skraj lasu, karmić wilki, których praktycznie już nie ma. Tylko po co to robi?



Opowiadanie to nie wyczerpuje bynajmniej tematu wojny i wilków dla tego zbioru, nie mniej śmiało można powiedzieć, że nie określa jednocześnie całej jego tematyki. Pilipiuk bowiem tak, jak przeskakuje pomiędzy różnymi epokami, tak również przenosi się z jednego tematu na drugi, łącząc je ze sobą, przeplatając i często żartując z konwencji, której zarazem składa hołd. Znajdziemy tu zatem tekst traktujący o dramatycznych wydarzeniach, jakie za PRL-u rozegrały się w jednym z domów czy  historię znalezienia podczas wykopalisk mało znaczącej mumii.



I tak właściwie zawodzi tylko jedno opowiadanie, które opowiadaniem ciężko tak naprawdę nazwać. To bowiem literacki żarcik, niewielki rozmiarami – zmieściłby się w SMS-ie, ale niestety nieudany. Ani śmieszny, ani ciekawy, ani nawet porządnie napisany. Pamiętajcie jednak, że to tylko jedna z czterystu stron, taka przysłowiowa łyżka dziegciu w beczce miodu. Bo choć Pilipiuk nazywany jest Wielkim Grafomanem, poważnymi tekstami, jakie tu prezentuje, pokazuje, że potrafi pisać – i wymyślać intrygujące, porywające fabuły. Oczywiście owa powaga nie jest przesadna, opowiadania nie stronią od humoru, satyry i lekkości, ale elementy te są stonowane, odpowiednio użyte i prezentujące naprawdę dobry poziom. I cóż z tego, że nie znajdziemy tutaj niczego odkrywczego, Pilipiuk bawi się motywami z literatury i kina przygodowego, czerpiąc pełnymi garściami z ich skarbnicy (a także własnych pasji i wiedzy), składając im jednocześnie hołd.



W skrócie, po „Wilcze leże” naprawdę warto jest sięgnąć. To solidna lektura dla miłośników fantastyki, grozy i przygody w najróżniejszych jej odmianach, dobrze napisana i na dodatek zilustrowana w znakomity, realistyczny i przyjemny dla oka sposób. Lubicie Pilipiuka? A może macie ochotę na udany zbiór opowiadań w sam raz na wakacje? Sięgnięcie po ten tytuł będzie strzałem w dziesiątkę. Polecam.



I dziękuję wydawnictwu Fabryka Słów za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Droga do Odrodzenia: Superman - Lois i Clark - Dan Jurgens, Lee Weeks



RODZINA ZE STALI



Może i historia DC Comics nie zaczęła się od Supermana, ale to jego przygody opublikowane w 1938 roku na łamach „Action Comics” dały początek opowieściom o superbohaterach. Nic więc dziwnego, że to właśnie on otwiera także „Drogę do Odrodzenia”, eventu, który po raz kolejny odmieni oblicze DC, przywracając właściwy bieg wydarzeniom. I przy okazji robi to w naprawdę znakomitym stylu.



Kiedy Superman i Lois zostali uwięzieni na Telosie, nie wiedzieli, że ich Ziemia, a właściwie cały wszechświat, który znali, uległ zmianie. Kiedy więc powrócili do swojego świata, ten był już zupełnie innym miejscem, nieufnym wobec Supermana, żyjący tu bohaterowie nie byli już tymi samymi, których doskonale znali. Clark i Lois zaczęli więc życie w ukryciu, pod przybranym nazwiskiem wychowując swojego syna Jonathana. Jak przystało na herosa, Clark przez lata działał w sekrecie ratując ludzi, Lois tymczasem pod pseudonimem Autor X wydawała kolejne książki obnażające przestępców. Niestety pewnego dnia wrogowie dowiadują się kim jest autor X, kobieta, jak i jej syn stają się celem, a jakby tego było mało po trwającej dekadę misji na Jowiszu na Ziemię wraca prom Excalibur. Ponieważ od długiego czasu nie było z nim kontaktu, wydarzenie to budzi wiele emocji. Superman obawia się jednak, co może z tego wyniknąć, pamięta bowiem, że w jego rzeczywistości komandor Henshaw, który pilotuje wahadłowiec, zyskał moce, stając się jednym z jego największych wrogów, Cyborgiem Supermanem. Czy i tym razem będzie stanowił zagrożenie? A to dopiero początek kłopotów…
 

Scenarzysta Dan Jurgens to prawdziwa legenda komiksów o Supermanie. Pisał je przez wiele długich lat, spod jego ręki wyszła m.in. rewolucyjna wówczas fabuła „Śmierć Supermana” i jej znakomity ciąg dalszy, a on sam wymyślił choćby postacie Doomsdaya i Cyborga Supermana. „Lois i Clark” to nie tylko dowód na to, że autor ma się całkiem dobrze, ale też znakomity przykład sentymentalnego komiksu, który z jednej strony mocno osadzony jest w wydarzeniach z przeszłości („Rządy Supermenów”) i teraźniejszości („Flashpoint”, „Convergence”), wprowadzając jednocześnie czytelników w nową/starą erę, a z drugiej stanowi udaną, samodzielną opowieść. Treść wyjaśnia bowiem wszystkie niezbędne zawiłości fabularne, a całość ma intrygujący klimat i fabułę w sam raz nadające się dla fanów postaci, jak i nowych czytelników, którzy chcieliby w tym miejscu zacząć swoją przygodę z Człowiekiem ze Stali i jego rodziną.
 

Co ciekawe, scenariusz Jurgensa jest o wiele dojrzalszy, niż jego prace z lat 90. XX wieku i pozbawiony wpadek, jakich wówczas nie brakowało w jego twórczości. Do tego na stronach albumu panuje nostalgiczny, ale też i w pewien sposób ponury nastrój. Całość natomiast została znakomicie zilustrowana przez Lee Weeksa. Kreska jest realistyczna, szczegółowa, ale też i typowo amerykańska, co pasuje do tej opowieści. Jeśli więc szukacie dobrego komiksu superhero, znajdującego się na skrzyżowaniu starego z nowym, „Lois i Clark” to bardzo dobry, warty poznania album i przy okazji udany wstęp do „Odrodzenia”. Polecam.



A ja dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.