poniedziałek, 31 lipca 2017

Sherlock #2: Niewidomy bankier - Steven Moffat, Mark Gatiss, Jay.



ZAMKNIĘTY POKÓJ



Zagadka zamkniętego pokoju to chyba najbardziej znany typ sprawy, z jaką w swojej karierze zetknął się Sherlock Holmes. Nic więc dziwnego, że bazujący nie na konkretnych sprawach, a charakterystycznych elementach i scenach serial BBC „Sherlock”, na podstawie którego powstała ta mangowa wersja, sięgnął także po nią, o czym traktuje drugi tom, znakomity „Niewidomy bankier”.



Sherlock i Watson rozwiązali niedawno skomplikowaną zagadkę „seryjnych samobójstw”, teraz nadszedł czas zmierzyć się z kolejną sprawą. W jednym z londyńskich banków, w którym pracuje Sebastian, dawno niewidziany znajomy Holmesa, dochodzi do czegoś, co wydaje się zwykłym aktem wandalizmu. Ktoś włamał się do jednego z gabinetów i wymalował na ścianie dziwne symbole – kamery monitoringu niczego nie zarejestrowały, a co więcej nie odnotowano także niczyjej obecności w pomieszczeniu. Co więc takiego się wydarzyło? Sherlock niemal od razu odkrywa, że tajemniczy napis był ostrzeżeniem dla jednego z handlowców, a idąc tym tropem, dociera do mieszkania owego pracownika. Mężczyzna jednak nie żyje, a choć jego zgon upozorowano na samobójstwo, ewidentnie było to morderstwo. Oczywiście i w tym przypadku nic nie przebiegało tak, jak można by się tego spodziewać – mieszkanie ofiary było zamknięte od środka, więc zabójca nie mógł wejść do niego ani wyjść. Jak dokonał zbrodni? Holmes zabiera się za rozwiązanie zagadki, trupów przybywa, a ponieważ sprawą nie zajmuje się Lestrade, trudniej mu współpracować ze Scotland Yardem. Tymczasem Watson zaczyna szukać pracy, żeby móc opłacić bieżące rachunki…



„Sherlock”, nie ważne czy mowa o serialu telewizyjnym, czy mandze, jaka na jego podstawie powstała, to gwarancja znakomitej rozrywki z pogranicza mrocznego kryminału i komedii. Twórcy tej serii do absurdu wyolbrzymili socjopatyczną stronę natury głównego bohatera, zagadki skomplikowali najbardziej, jak tylko się dało, a także postanowili oddać hołd klasycznym historiom i wątkom, jednocześnie często parodiując je. Wszystko to sprawiło, że „Sherlock” w ostatecznym rachunku okazał się rewelacyjną opowieścią, która spodobała się zarówno zagorzałym fanom postaci, jak i też zupełnie nowym odbiorcom.
 

Manga zawiera w sobie wszystkie te elementy, za jej podstawę służyły w końcu scenariusze do poszczególnych odcinków serialu, a trzy stworzone do tej pory tomy stanowią adaptację całego jego pierwszego sezonu. Każdy z nich oferuje świetne zagadki kryminalne, dużo humoru, szybką akcję, znakomite dialogi i mnóstwo smaczków dla miłośników Sherlocka (tom drugi odwołuje się chociażby do „Znaku czterech”). Odpowiedzialny za szatę graficzną Jay. wykonał kawał dobrej roboty, przenosząc na papier poszczególne kadry z serialu, wzbogacające je o typowy dla mangi styl i klimat. Co więcej, udało mu się w rewelacyjny sposób oddać mimikę głównego bohatera, tak genialnie zagranego przez Benedicta Cumberbatcha. Jeśli więc należycie do miłośników klasycznych historii Arthura Conan Doyle’a albo uwielbiacie serial i chcielibyście móc jeszcze raz poznać te same opowieści w nowej formie, polecam gorąco. Ta manga potrafi zachwycić.



Mangę można kupić tu:


niedziela, 30 lipca 2017

Silver Spoon #7 - Hiromu Arakawa



PRZYJACIELE CZY…



Hachiken nigdy nie miał łatwo, ani nie mógł się pochwalić wielkim szczęściem. Nawet szczęśliwa siódemka na okładce tego tomu nie przynosi zmiany w jego życiu na lepsze – wręcz przeciwnie. Nie ważne jednak czy główny bohater skacze ze szczęścia, czy też od nadmiaru problemów płacze, czytelnicy i tak dostają to, co seria ma najlepsze do zaoferowania.



Przyjaciele czy wrogowie? Przyjaciele czy zakochani? Hachiken, który zakochany jest w Aki, zaprosił dziewczynę na coś w rodzaju randki, niestety przygotowania do szkolnego festiwalu i nadmiar obowiązków sprawiły, że zemdlał i trafił do szpitala. Teraz festiwal trwa, ale bez jego udziału, a chłopaka w placówce medycznej odwiedza ojciec. Niestety, jak zawsze ich spotkanie nie należy do najprzyjemniejszych.

Tymczasem o pomoc we wszystkim Aki prosi Minamikujo. Dziewczyna, która najchętniej zniszczyłaby ją i Hachikena, zgadza się poratować festiwal swoją obecnością, byle tylko pokazać jaką jest gwiazdą. To jednak dopiero początek. Zbliża się czas randki, a Aki, po tym jak dowiedziała się od koleżanek o uczuciach przyjaciela, zaczyna dziwnie zachowywać się w jego obecności. Czy spotkanie tylko we dwoje będzie udane i stanie się przełomem w ich znajomości, czy też może okaże się kolejną porażką?



Ten tom można śmiało podzielić na trzy części: festiwal, codzienne życie w szkole i baseballowe zmagania. Wszystko to w serii już było, nie raz zresztą, ale i tak autorka nie zawodzi. W końcu w Ezono każdy tylko szuka okazji do najedzenia się i pokazania swoich talentów, uczniowska codzienność jest wymogiem gatunkowym, a kariera Komaby nie została jak dotąd rozstrzygnięta, choć w tym tomie wątpliwości zostają już rozwiane.


„Silver Spoon” od samego początku czyta się  tak samo dobrze, a seria nie traci mocy ani na chwilę. Potrafi rozbawić, potrafi też wzruszyć, niejednego również czegoś nauczy – autorka wychowała się w gospodarstwie, a ciekawostki rolnicze i żywieniowe potrafią zaintrygować. W końcu japońska wieś różni się bardzo od europejskiej, a wynikające z tego różnice każdego mogą zaciekawić. To, że towarzyszą nam w tym sympatyczni bohaterowie, z którymi można się identyfikować, i losami których autentycznie się przejmujemy, jest jak najbardziej in plus.



Do tego dochodzą znakomite ilustracje, proste, ale i bardzo realistyczne, kiedy trzeba ukazać detale sprzętu czy produktów, i ten uroczy klimat, który kupił mnie już od pierwszego tomu. Jeśli lubicie mangi albo po prostu dobre obyczajowe komiksy pełne humoru, „Silver Spoon” to propozycja dla Was. Polecam.



A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.


sobota, 29 lipca 2017

Obrońcy Shannary #1: Czarne ostrze - Terry Brooks



KRONIKI TRWAJĄ



Opus magnum Terry’ego Brooksa powraca. Po wydanym niedawno wznowieniu „Trylogii Miecza Shannary” nadszedł czas by na polski rynek trafiły nieznane wcześniej tomy serii. „Obrońcy Shannary”, bo o nich mowa, to najnowsza opowieść z tego cyklu (poprzedzającą bezpośrednio rozpoczęty niedawno czteroksiąg wieńczący całą tę historię, „The Fall of Shannara”), a jej pierwszy tom, „Czarne ostrze” to naprawdę niezła powieść fantasy dla miłośników gatunku.



Paxon Leah jest ostatnim przedstawicielem niegdyś świetnego rodu, od którego nazwano okoliczne góry i miasto, ale jego fakt ten zbytnio nie dotyczy. Nie ma w końcu z niego żądnych korzyści, a dawna chwała przeminęła najwyraźniej bezpowrotnie, tym bardziej podboje, wyprawy, walki i skarby. Została tylko firma przewozowa należąca do jego rodziny od kilku pokoleń, ale i ona ledwie przędzie, nie przynosząc zbyt dobrego zarobku. I jest jeszcze miecz. Siostra Paxona znalazła go na strychu i powiesiła nad kominkiem, a wszystko wskazuje na to, że czarne ostrze to legendarna broń: jej głownię hartowano w wodach Hadeshornu, a opowieści o wyczynach jej samej łączą się z czarną magią, druidami i wielką mocą. Tylko, że akurat w to wszystko Paxonowi uwierzyć jest trudno, bo chociaż historie rozpaliły jego wyobraźnię, mimo usilnych prób nie zdołał obudzić magii miecza. To jednak wkrótce się zmienia, a chłopak staje oko w oko ze swoim przeznaczeniem i zwraca na siebie uwagę druidów. Co teraz na niego czeka?



„Shannara” to jedna z najbardziej rozbudowanych serii fantasy, która powstaje nieprzerwanie od czterdziestu lat. W chwili obecnej liczy blisko 30 tomów, opowiadania, przewodniki, gry i komiks, do tego dochodzi jeszcze cykl „Word & Void”, z którym w pewnym momencie się łączy i oparty na podstawie pierwszych części nakręcono serial telewizyjny – drugi sezon wystartuje na jesieni tego roku. Trzeba przyznać, że liczby te imponują, a jak jest z samą serią?



To naprawdę niezła fantastyka. Chociaż użyłem wcześniej hasła „fantasy” nie jest ono do końca adekwatne w tym przypadku, bo równie wiele tu z Science Fiction i post apo (ale takiego, w którym świat podźwignął się już po zagładzie), chociaż jednocześnie królują magia i miecz. Całość została ciekawie pomyślana i dobrze wykonana, lekka pod względem stylu i nie pozwalająca się nudzić w trakcie lektury. W „Czarnym ostrzu” akcja właściwie zaczyna się od razu i nie zamierza zwolnić, dzieje się dużo, fabuła podąża dobrze znanymi, sprawdzonymi już ścieżkami a nieco humoru, jaki oferuje ten tom, dobrze współgra z całością. Co więcej, „Obrońcy Shannary”, chociaż kontynuują serię, nadają się doskonale do samodzielnego czytania. Jeśli więc macie ochotę na lekki, nieskomplikowane, ale sympatyczne fantasy, będziecie dobrze się bawić.



A ja dziękuję wydawnictwu Replika za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Kształt twojego głosu #2 - Yoshitoki Ooima


KSZTAŁT POCZUCIA WINY



Osądzanie jakiejś serii po jednym tylko tomie może wydawać się przedwczesne, ale już po lekturze pierwszej części „Kształtu twojego głosu” wiedziałem, że to będzie jedna z moich ulubionych mang. Te emocje, te uczucia, ta siła prostoty… Zachwyciły mnie, urzekły, na ciąg dalszy czekałem więc niecierpliwie i teraz mogę powiedzieć, że było warto. I to jeszcze jak!



Nastoletni Shoya Ishida zawsze był w centrum uwagi, uwielbiał rozrabiać, kochał szalone zabawy i chciał być w tym wszystkim najlepszy. Skakanie z mostu do rzeki, narażanie się by tylko udowodnić każdemu, że się nie boi, dokuczanie innym… to była jego codzienność. Nie chciał dorosnąć, nie chciał się uczyć, ale nawet jego najbliżsi przyjaciele dzielący z nim te „zainteresowania” mieli dość. I wtedy w szkole pojawiła się ona, Shoko Nishimiya, dziewczyna idealnie grzeczna, usłużna, miła, urocza i głucha. Shoya nie mógł jej znieść, robił wszystko by ją skrzywdzić, ale to siebie skrzywdził najbardziej. Teraz jest nikim, nikt go nie lubi, zła fama ciągnie się za nim do kolejnych szkół, o szacunku może zapomnieć, dlatego też w końcu postanawia się zabić, a zanim to zrobi, chce raz jeszcze spotkać Shoko i przeprosić ją za wszystko. Spotkanie jednak przebiega zupełnie inaczej, niż się spodziewał. Dziewczyna najpierw ucieka na jego widok, a potem… zostaje jego przyjaciółką, choć jej matka nadal go nienawidzi! A to dopiero początek, Shoya wkrótce znajduje kogoś, kto go polubi, do tego na scenie pojawia się jeszcze jeden gracz broniący mu dostępu do Shoko. Oj będzie się działo!



A właściwie to dzieje się od pierwszych stron i akcja ani na chwilę nie zwalnia. Emocje są miażdżące, potrafią poruszyć do żywego, ale też i rozbawić niemal do łez. Pojawienie się pewnej nowej postaci, o której nie chcę za wiele mówić, bo stanowi jedno z większych zaskoczeń tego tomu, wywołuje szereg sytuacji komicznych i tragicznych, które mocno wpływają na Shoyę. I nie tylko na niego. Konsekwencje tego mogą być poważne, ale czy coś zmienią?
 

„Kształt twojego głosu” czyta się po prostu jednym tchem, a fabułę czytelnik autentycznie przeżywa. Bohaterowie są sympatyczni, Shoko po prostu nie da się nie lubić, a także jej współczuć. Na tle krzywd, jakie wyrządził dziewczynie Shoya stają się czymś jeszcze gorszym, ale zarazem czytelnik nie potrafi mu nie kibicować w próbach naprawienia sytuacji. Co warto docenić to fakt, że postacie występujące w mandze są krwiste, przekonujące i realistyczne, a to ważne w komiksie, który opiera się właśnie na nich.



Znakomita jest także szata graficzna „Kształtu”. Wszystko, począwszy od bohaterów, na tłach skończywszy, jest realistyczne, dopracowane i pełne detali. Kreska wpada w oko, doskonale pasuje do całości i świetnie oddaje charakter bohaterów i ich emocje. Wszystko to sprawia, że czekanie na kolejne tomy serii dłuży się nieubłaganie, ale trzeba się cieszyć, że tak znakomita seria pojawiła się na polskim rynku. Polecam gorąco!



Mangę można kupić tu:

piątek, 28 lipca 2017

Comanche #7 : Palec diabła - Hermann, Greg



COMANCHE BEZ COMANCHE



Ta seria od samego początku powinna nazywać się „Red Dust”. W końcu Comanche była właściwie pretekstem dla wprowadzenia postaci Reda i wraz z rozwojem akcji to on stał się głównym bohaterem całej opowieści. Teraz zaczyna się kolejny rozdział jego losów, a sama Comanche pozostaje jedynie wspomnieniem. Nie zmienia się jedno – ten cykl zdecydowanie należy od najlepszych westernowych opowieści stworzonych przez europejskich twórców.



W Greenstone Falls zaczyna się święto, kiedy jeden z mieszkańców miasta, tutejszy sędzia Robert Dillon, zostaje przyszłym gubernatorem. Red Dust ma jednak dość, zrzeka się urzędu szeryfa, zostawia przyjaciół z rancza Trzy Szóstki i wyjeżdża szukać szczęścia do Montany, gdzie nie ma jeszcze gubernatora. Czy ma szansę na odmianę losu? Już pierwsze chwile w nowym miejscu przynoszą kłopoty. Kiedy pomaga wleczonej na śmierć dwójce, oficjalnie przeciwstawia się straży obywatelskiej. Niestety uratowani okazują się być zupełnie inni, niż sądził. Ogłuszony i okradziony Red wyrusza w dalszą drogę mimo wszystko nie żałując tego, co zrobił. Wkrótce trafia w miejsce, w którym zacznie czuć się jak w domu. Należące do Duncanów ranczo przypomina mu Trzy Szóstki, córka właściciela, młoda Patricia, aż za bardzo kojarzy się z Comanche, a jej ojciec wydaje mu się dziwnie znajomy. Duncanowie nie chcą tu nikogo, nie chcą też zatrudnić Reda w roli pracownika, ale zgadzają się by w zamian za tymczasową pomoc zatrzymał się na trochę. Czy rewolwerowiec znajdzie tu szczęście i spokój, czy może czekają na niego kolejne zagrożenia?
 

Chyba seria „Comanche” nigdy już nie osiągnie tak wysokiego poziomu, jaki prezentował tom „Mroczna pustynia”, pod względem nastroju oderwany od pozostałych części, smutny, szary i depresyjny, ale nie zmienia to faktu, że każde kolejne albumy i tak prezentują się znakomicie. Scenariusze są interesujące, nie ma w nich miejsca na nudę, a klimat bez przerwy urzeka, nawet jeśli ktoś, tak jak ja, nie przepada za westernowymi klimatami. „Comanche” to po prostu dobra seria przygodowa, wzorcowa poprowadzona i znakomicie wykonana. Z jej rozwojem zmieniają się jednak nie tylko bohaterowie, ale cały Dziki Zachód. Czasy kowbojów i Indian przemijają, wkracza postęp, świat potrzebuje zmian, a ta potrzeba dosięga także samej serii. W siódmym tomie starzy bohaterowie niemal odchodzą w zapomnienie, ale ich miejsce zajmują nowi, stanowiący ich lustrzane odbicie. A może także i coś więcej, o tym przekonacie się już jednak sami.
 

Jednakże mimo znakomitej fabuły, wciąż to ilustracje Hermanna pozostają tym, co w „Comanche” najlepsze. Klasyczna, europejska kreska, realistyczne, dopracowane kadry, piękne plenery, wspaniały kolor… Do tych ilustracji chce się wracać, tak samo zresztą jak do poszczególnych tomów serii. Czy trzeba dodawać coś jeszcze? Dla mnie to najlepszy westernowy komiks, jaki czytałem, dlatego też polecam go gorąco Waszej uwadze.



A wydawnictwu Prószyński i S-ka dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.


czwartek, 27 lipca 2017

Silver Spoon #6 - Hiromu Arakawa



WSZĘDZIE MIĘSO



Hachiken już nie raz przekonał się, jak ważne miejsce w świecie jego szkoły zajmuje jedzenie, a w szczególności mięso. Ale co mogą mieć z nim wspólnego zawody sportowe? Chyba już nic w tym miejscu nie powinno go dziwić, tak samo zresztą jak czytelników, a jednak! A zabawa z tego wynikająca, jak zwykle jest znakomita.



Zawody trwają. Hachiken ma dosiadać na nich Kasztanka, ale nie ma pewności jak mu pójdzie i czy uda mu się „dogadać” z koniem. Jest jednak gotów na wiele, byle tylko pokazać na co go stać i udowodnić sobie i innym własną wartość. Lęk miesza się z nadziejami, a piętrzące się przeszkody nie ułatwiają życia. Do tego na zawodach pojawia się niejaka Ayame Minamikujo, niegdyś najlepsza przyjaciółka Aki, obecnie jej wróg, który chce udowodnić wszystkim, że jest najlepsza w każdej możliwej kategorii. Co zaszło między tymi dwiema? Jak się okazuje rzecz zupełnie bez znaczenia, ale nie dla Ayame, dziewczyna bowiem chce uchodzić za wysoko urodzoną, a fakt, że nie przyjęli jej do szkoły rolniczej był dla niej jak policzek. Co więcej wychodzi na to, że nie kto inny, tylko Hachiken dostał się na jej miejsce! Czy jednak dziewczyna, której nic nie wychodzi, która woli się wdzięczyć, niż wygrywać, może być jakimkolwiek zagrożeniem? Trzeba jej jednak oddać, że nawet porażkę potrafi przekuć (przynajmniej w swoich oczach) w spektakularne zwycięstwo.

Zawody to jednak nie koniec wyzwań. Zbliża się w końcu szkolny festiwal, a Hachiken, by poradzić sobie z obowiązkami, jakie sobie narzucił, musiałby się przynajmniej rozdwoić. Czy będzie w stanie znieść to, co na niego czeka?


W Technikum Rolniczym Ezono nie można się nudzić ani przez chwilę. Fakt, że nikt nie ma na to czasu to jedno, ale poza obowiązkami dzieje się tu naprawdę wiele innych rzeczy, zaczynając od nauki naprawdę ciekawych faktów z zakresu rolnictwa i żywienia, przez szalone przygody, po wątek miłosny. Ten ostatni zresztą, po tylu tomach „Silver Spoon”, w końcu zaczyna się rozwijać. Dotychczas był w tle, często  w ogóle się o nim nie wspominało, podobnie zresztą jak o niektórych kwestiach, teraz nadszedł czas by uczucia wzięły górę nad bohaterami i coś zaczęło się między nimi dziać. Czy jednak oboje wyjdą poza typowe dla siebie relacje?



Więcej zdradzać nie ma sensu. To trzeba przeczytać, a tom, jak zwykle kończy się w najlepszym momencie i czytelnik chce od razy złapać za kolejną część. Nie ma się co jednak dziwić. To naprawdę znakomita, dobrze zilustrowana manga i czas spędzony na jej lekturze mija szybko i bardzo przyjemnie. Dlatego polecam „Silver Spoon” Waszej uwadze.



A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.


Silver Spoon #5 - Hiromu Arakawa



PROBLEMY, PROBLEMY I JESZCZE TROCHĘ PROBLEMÓW



Po szalonym tomie czwartym, piąta część „Silver Spoon” wydaje się być spokojniejsza, ale ani odrobinę mniej ciekawa. Tym razem nie ma horroru, jest za to sportowa rywalizacja. I dużo, dużo dobrej zabawy, bo Hachiken nikomu nie potrafi odmówić, a co za tym idzie, nie jest w stanie także znaleźć choćby wolnej chwili na własne sprawy.



Na początek Hachiken znów dokłada sobie problemów, kiedy podczas sprzątania na terenie szkoły znajduje wyrzuconego przez kogoś psa. Szczeniak staje się pupilem uczniów i zamieszkuje w szkole, ale przecież trzeba go wyżywić, zaszczepić itd. Dzięki pomysłowości kolegów udaje się to jakoś ogarnąć, jednak pozostaje jeszcze wiele innych kwestii. Jedną z nich jest fakt, że pies, który zyskuje miano Wiceprzewodniczącego, uważa się za ważniejszego od swego pana. Poza tym zbliża się szkolny festiwal i każda grupa musi coś wymyśleć, by zaskoczyć tych, którzy się na nim zjawią. Klub jeździecki zamierza oczywiście pokazać konie, jednakże Hachiken i jego zwierzę za nic nie potrafią się zgrać. Co więcej pomysły na pokaz są coraz bardziej szalone…

Tymczasem kwitnie kariera sportowa Komaby. Rosną jego szanse na zagranie w baseballowych finałach, jednocześnie jednak z każdą chwilą jest coraz trudniej, a zdumiewające dotychczas umiejętności chłopaka, tym razem mogą nie wystarczyć. Jakby tego było mało, musi on uważać, by nie ulec żadnemu wypadkowi, a co za tym idzie, zaprzepaścić swoją szansę. Hachiken, jak to na niego przystało, także tym się przejmuje, a problemów przybywa mu z każdą chwilą…
 

Chociaż „Silver Spoon” to manga z gatunku szkolnego życia, rozpiętość tematyczna serii jest bardzo duża. Nie ma tu klasycznego, łzawo-słodkiego romansu, chociaż wątek miłości także tu znajdziecie, czeka na Was natomiast opowieść obyczajowa, sportowa, horror, dramat, thriller, komedia, historia kulinarna i kto wie, co jeszcze przyniosą kolejne tomy. To w końcu dopiero piąta część, a jak widać autorka nie ogranicza się tylko i wyłącznie do rolniczej edukacji i szkolnych przyjaźni.



Dlatego też manga spodoba się nie tylko miłośnikom gatunku. Co ważne, chociaż jej komediowa strona nie jest tylko tłem, całość pozostaje bardzo realistyczna, życiowa i często poruszająca. Do tego dochodzi świetny klimat, sympatyczne postacie i bardzo przyjemna dla oka strona graficzna. W skrócie, znakomita seria, bynajmniej nie tylko dla nastolatków. Polecam ją Wam gorąco.



A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.


środa, 26 lipca 2017

Skrzydła nocy - Robert Silverberg



PRZYGOTOWANIA DO INWAZJI



Robert Silverberg to jeden z gigantów fantastyki i przy okazji pisarz, którego twórczość nie zestarzała się mimo upływu lat. W swojej czytelniczej karierze nie miałem wprawdzie wiele okazji do poznania jego twórczości, ot kilka opowiadań w „Fantastyce”, ale po lekturze „Skrzydeł nocy” przekonałem się o jego wielkości na własnej skórze. Co jest w tej powieści takiego znakomitego?



Przyszłość. Zniszczony, wyludniony świat przemierza trójka niezwykłych wędrowców. Jednym z nich jest Strażnik, niemłody już człowiek, który według przeznaczonego mu zadania, jak wielu innych spełniających tę rolę, przemierza krainy i cztery razy dziennie wyciąga niesiony ze sobą sprzęt by za jego sprawą zaglądać w odmęty wszechświata, gdzie pośród wielu gatunków poszukuje ras wrogo nastawionych do Ziemian. Wierzy, że tak, jak przepowiadano, w końcu nastąpi Inwazja, a oni musza być na nią gotowi. Towarzyszy mu młodziutka Avluela i Gormon. Ona należy do Lataczy, jest drobna, niemalże pozbawiona kobiecych kształtów i posiada skrzydła – Strażnik ją kocha, ale bardziej jak córkę, jako że jego profesja nie pozwala mu na posiadanie ani żony, ani potomstwa. Gormon jest Odmieńcem, a to w świecie, w którym ludzkość przypisana jest do konkretnych gildii, oznacza brak przynależności do czegokolwiek i zepchnięcie na margines. Cała trójka wędruje w kierunku jednego z trzech istniejących miast, Roumu, w poszukiwaniu spełnienia, ukojenia i wiedzy.



Opowiadanie „Skrzydła nocy” powstało w roku 1968, jako forma szybkiego zarobku w bardzo trudnej dla pisarza sytuacji. Pożar w jego domu doprowadził do poważnych strat, a Silverberg musiał pilnie zdobyć pieniądze. Trudno więc uwierzyć, że w takich okolicznościach i z takich pobudek powstało jedno z najlepszych dzieł w karierze autora, które nawet po niemal pięćdziesięciu latach pozostaje świeże, intrygujące i znakomite w odbiorze. A jednak. Nawet jeśli jego ówczesny redaktor narzekał na tekst i dwa opowiadania go kontynuujące (wszystkie trzy prace złożyły się na powieść, którą widzicie w tym tomie), czytelnicy i krytycy, przyznając „Skrzydłom nocy” liczne nagrody, udowodnili, że rację miał sam autor.



Cóż się jednak dziwić. Już sam pomysł na świat, w którym kosmici upomnieli się o naszą planetę jest ciekawy, dobrze wypada też mix gatunkowy, bo Silverberg serwuje nam właściwie powieść fantasy (z elementami zaawansowanej technologii, którą przyćmiewają jednak reali jakby z czasów o wiele wcześniejszych) osadzoną w przyszłości. Także styl bardziej pasuje do klasycznych reprezentantów opowieści spod szyldu magii i miecza, niż Science Fiction. Ale całość zadowoli miłośników szeroko pojętej fantastyki. Mamy w końcu intrygującą fabułę, dobrze skrojone postacie, konsekwentnie zbudowany świat i jego mechanikę, a wreszcie także pełny, na dodatek nie ciężki styl. Dobrze więc, że po niemal pięćdziesięciu latach mamy tę powieść wśród nowości i współcześni czytelnicy mogą się nią cieszyć. Polecam gorąco, takiej klasyki, na dodatek tak znakomicie wydanej potrzeba jak najwięcej.

wtorek, 25 lipca 2017

Silver Spoon #4 - Hiromu Arakawa



DLA MIĘSA NIE MA RZECZY NIEMOŻLIWYCH



Te słowa kolegi Hachikena śmiało można potraktować także jako motto jednego z wątków tego tomu. Czy warto jeść mięso czy nie? Kiedy się wie jak ono powstaje, co się z tym wiąże i jak wygląda hodowla i ubój świni czy krowy, nie tak łatwo jest wziąć do ust kolejny kęs. A zarazem trudno się mu oprzeć, kiedy jest takie pyszne – i trudno oprzeć się tej mandze, bo to naprawdę smakowity komiksowy kąsek.



Hachiken, chociaż wszyscy przestrzegali go przed tym, przywiązał się do jednej z hodowlanych świń, którą nazwał Wieprzowinkiem. Nie był w stanie zapobiec uśmierceniu go, wiedział zresztą, że niewiele by to zmieniło, ale postanowił kupić jego mięso i potraktować je po swojemu. Czy będzie w stanie zjeść choćby odrobinę? Tego jeszcze nie wie, ale wie, że najpierw musi zadbać o jego odpowiednie przygotowanie, dlatego w tym celu udaje się do szkolnej wędzarni. Jak zwykle w takich sytuacjach, jego pomysł podchwytują inni, którzy postanawiają uwędzić także inne produkty. Wkrótce jednak bekon z Wieprzowinka zaczyna się cieszyć wielkim powodzeniem – także dziewczyn, a co będzie gdy zainteresują się nim starsi uczniowie, nie posiadający pieniędzy na zakup gotowej wędliny, ale też nie zamierzający z niej zrezygnować?

Co więcej na pobliskich polach pojawiają się kręgi w zbożu. Podekscytowani czymś uczniowie chcą wymknąć się nocą by zobaczyć pewną rzecz. Hachiken, nieco wbrew sobie dołącza do drużyny, która wykrada się z internatu by odwiedzić nocą „Strefę 51”. Zwykła ucieczka staje się prawdziwie epicką wyprawą, uwieńczoną sukcesem. Nad ich głowami, w mroku pojawiają się światła, którym towarzyszy przerażający dźwięk. Co takiego zobaczą bohaterowie? I czy nie będzie to dla Hachikena rozczarowaniem?
 

Ten tom jest świetny! Oczywiście doskonała jest cała ta seria, ale sceny z nocną wyprawą do szkolnej wersji Strefy 51 to klimatyczne perełki, w których groza miesza się z humorem, a akcja pędzi na złamanie karku, jakby wzięta została z jednego z wakacyjnych horrorów. Co chwila ktoś poświęca się dla reszty, co chwila czai jakieś niebezpieczeństwo, a na koniec czeka czytelników zaskoczenie. Oczywiście to zaledwie połowa tego, co czeka na Was w tym tomie, ale jeśli znacie już „Silver Spoon”, wiecie też, że reszta trzyma taki sam znakomity poziom.



Także graficznie. Tu dodać nic nowego się nie da, chyba że to, iż oprócz typowych dla tej mangi delikatnych ilustracji, mamy tutaj znakomite, mroczne sceny, które skojarzyły mi się z „Neon Genesis Evangelion”. Poza tym, czego nie wspominałem wcześniej, wszelkie produkty, w tym oczywiście jedzenie, zostały oddane w najdrobniejszych detalach, czym potrafią autentycznie zachwycić.



I zachwyca też cała ta seria. Dlatego nie przedłużając już, polecam ją Waszej uwadze. Humor, emocje, szybka akcja i dobra strona obyczajowa gwarantują znakomitą zabawę. Polecam.



A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.


Centaurus #2: Obca ziemia - Zoran Janjetov, Luis Eduardo de Oliveira(LEO), Rodolphe Daniel Jacquette



ZIEMIA OBIECANA



Po pierwszy tom „Centaurusa” sięgnąłem zaciekawiony jego fabułą, ale byłem też pełen obaw. W końcu niewiele spotkałem serii SF, które naprawdę by mnie zachwyciły czy wciągnęły na dłużej. Dlatego tym bardziej byłem zaskoczony, kiedy okazało się, że nowy cykl Leo, twórcy „Aldebarana”, to naprawdę znakomita, klimatyczna historia, opowiedziana z rozmachem i wyczuciem materii.



O czym opowiada „Cenaturus”? W dalekiej przyszłości ludzie doprowadzili Ziemię do takiego stanu, że nie dało się na niej żyć, dlatego też wyruszyli w kosmos ku odkrytej planecie, która nadaje się do zamieszkania. Niestety podróż trwa czterysta lat, a kolejne pokolenia niemal nie pamiętają już o tym, co się właściwie dzieje i że w rzeczywistości mieszkają na udającym planetę statku. W końcu jednak docierają do celu i tu zaczyna się fabuła drugiego tomu. Wysłana na powierzchnię planety ekipa zaczyna poznawać okolicę. Odkrywa zaniedbane, opuszczone budowle, stare komputery, których nie wie, jak uruchomić, ale które dają nadzieję na poznanie tutejszej rasy, która, sądząc po rozmiarach konstrukcji, jest lub była o wiele większa, niż ludzie, znajduje statki i wiele różnych dziwów. Ciężka kula unosząca się nad ziemią, dziwna plama, która zanim znika przybiera kształt twarzy, wreszcie także prymitywne byty człekokształtne i olbrzymie owady stanowiące duże zagrożenie. To jednak dopiero początek nowości, bo na planecie kryją się rzeczy, jakich nie powinno tutaj być…

Tymczasem na statku-świecie trwają próby znalezienia odpowiedzi na pytanie, co wdarło się na pokład wiele lat temu i jaki miało cel. Wszystko wskazuje na to, że istota ta wciąż ukrywa się pomiędzy mieszkańcami, a kolejne odkrycia zaskakują wszystkich. Sytuacja staje się coraz dziwniejsza i nikt nie ma pojęcia do czego to wszystko może zmierzać…
 

„Centaurus” to jeden z tych komiksów, które może i wyglądają niepozornie, ale wystarczy zacząć je czytać, by wciągnęły, zachwyciły i nie chciały dać się odłożyć na półkę przed skończeniem. Aż szkoda, że na kolejne tomy trzeba czekać tak długo. Dobrze jednak, że seria w ogóle pojawiła się na naszym rynku – dla mnie osobiście to najlepszy europejski cykl science fiction i jeden z najlepszych, jakie w ogóle czytałem. Co o tym decyduje? Świetny klimat, ciekawe zagadki, sympatyczni, choć nieskomplikowani  bohaterowie, dobrze poprowadzona akcja, która nie jest ani za szybka, ani za wolna. Coś wspaniałego.



Strona graficzna całości też przedstawia się całkiem nieźle. Wprawdzie przydałby się lepszy design postaci i więcej operowania czernią, ale tła, pełne detali budynki, plenery i sprzęt wyglądają znakomicie i realistycznie. Co więcej ilustracje mają swój własny nastrój, dobrze współgrający z klimatem, jaki buduje scenariusz.



Chyba nie trzeba dodawać nic więcej. Jeśli lubicie komiksy SF, koniecznie powinniście zainteresować się tą serią. Ja polecam ją bardzo gorąco, bo jest tego warta.


Wieczni Batman i Robin #2 - James Tynion IV, Scott Snyder i inni



BATMAN I ROBIN: NA ZAWSZE



Postać Robina po raz pierwszy pojawiła się w komiksach w kwietniu 1940 roku, niespełna rok po debiucie Batmana na łamach „Detective Comics” i od tamtej pory nie zniknęła z łam opowieści o Człowieku Nietoperzu. Bywało między nimi różnie, do tego kostium młodego pomocnika wdziewały już najróżniejsze osoby, jednak przyjaźni między mentorem i uczniem nic nie mogło zniszczyć. Nic? Istnieje skrywana od lat tajemnica, która może na zawsze to odmienić i o niej opowiadają komiksy z serii „Wieczni Batman i Robin”. Teraz nadszedł czas by przekonać się czym to wszystko się skończy, w drugim, równie znakomitym co pierwszy, zbiorczym tomie.



Batman odszedł. W trakcie ostatecznego starcia z Jokerem stracił pamięć, przestał być sobą i zaczął wieść normalne życie, a jego miejsce zajął Jim Gordon, który w zbroi nietoperza zaczął pilnować ulic Gotham na zlecenie policji. Swoją rolę w tym wszystkim odgrywają także Robini i inni uczniowie Bruce’a i to właśnie oni wpadają na trop tajemnicy swojego mentora. Przed laty Batman odkrył istnienie Matki, przestępczyni, która zajmowała się kształtowaniem dzieci. Przejmowała młodych ludzi z traumami i rozpoczynała proces, który miał uczynić z nich idealnych wojowników, doskonałe żony dla bogatych ludzi, perfekcyjnych morderców. Ich wspólne starcie skończyło się jednak w nieoczekiwany sposób: Człowiek Nietoperz zapragnął zmienić dotychczasowego Robina na wyszkolonego przez Matkę, ale cena za to była olbrzymia – miał własnoręcznie zabić rodziców przyszłego pomocnika. Czy rzeczywiście do tego doszło? Tego próbują dowiedzieć się młodzi herosi. Cassandra wraz z Harper i Dickiem odnajduje Żłobek, gdzie kształtowano dzieci, a gdzie teraz wszystkie z nich zostały zamordowane. Czeka tam już na nich Orphan, który gotów jest na wszystko, byle wypełnić wolę matki.

Tymczasem do Gnosis, ukrytego miasta zakonu św. Dumasa przybywa Red Robin, który chce dołączyć do zgromadzenia. Jako ofiarę składa im swojego przyjaciela, Red Hooda. Azrael jest co do niego podejrzliwy, ale chłopak dostaje swoją szansę. Jakie będą konsekwencje tego podstępu? I czy wszystkie tajemnice Batmana wyjdą w końcu na jaw?
 

„Wiecznymi Batmanem i Robinem” zainteresowałem się z kilku względów. Po pierwsze sama historia brzmiała ciekawie, po drugie odpowiadali za nią znakomici twórcy, którzy już zdążyli zadowolić mnie kilkoma fabułami z Batmanem w roli głównej, a wreszcie po trzecie, seria była krótka – zaledwie 26 sześć zeszytów plus ośmiostronicowy dodatek, zebrane w dwóch tomach. I nie zawiodłem się. Sama zagadka nie jest szczególnie skomplikowana, ale opowieść wymyślona przez Jamesa Tyniona IV i Scotta Snydera wypełniają liczne wątki poboczne, przez cały czas coś się dzieje, treść powraca do wydarzeń z samych początków „Batmana”, podważając ich znaczenie, a przez strony zeszytów przewija się całe mnóstwo postaci: tych kultowych, jak i nowych. Najciekawiej i tak wypadają Cassandra i Harper, które z miejsca polubiłem. Co ważniejsze jednak sam wątek z Matką i kształtowaniem ludzi, choć nieszczególnie odkrywczy, prezentuje się naprawdę bardzo dobrze.



Przyjemnie przedstawia się także szata graficzna. Wprawdzie za serię odpowiada kilkunastu różnych artystów, więc o spójności nie może być tu mowy, jednakże ich rysunki, z drobnymi wyjątkami oczywiście, prezentują się świetnie, czasami wręcz rewelacyjnie (Tony S. Daniel). Do tego, choć scenarzystów serii także jest niemało, „Wieczni Batman i Robin” fabularnie trzymają się na takim samym poziomie.



Dlatego też jeśli lubicie „Bataman”, dobrze bawiliście się przy „Wiecznym Batmanie” albo jego regularnej serii z Nowego DC Comics, albo też szukacie dobrej, zamkniętej historii z tym bohaterem, rozejrzyjcie się więc za oboma tomami tej opowieści wśród nowości. Wszelkie ważne dla fabuły wątki wyjaśnione zostały we wstępie, a całość wypada bardzo pozytywnie.


poniedziałek, 24 lipca 2017

Silver Spoon #3 - Hiromu Arakawa



DZIADOWSKIE MARZENIA SĄ GORSZE NIŻ BRAK MARZEŃ



O tym właśnie w trzecim tomie swoich przygód przekonuje się Hachiken. Nadal wprawdzie nie potrafi znaleźć celu w swoim życiu i nie widzi żadnych perspektyw na przyszłość, ale żyje chwilą. Bawi się, nawet pracą, a czytelnicy serii bawią się wraz z nim. I chyba z każdym tomem coraz lepiej.



Letnie ferie jeszcze trwają, więc Hachiken czas spędza głownie na pracy w gospodarstwie Aki. Dzięki temu dowiaduje się więcej o zwierzętach, ich hodowli, jedzeniu i związanych z tym wszystkim rzeczach. Bierze udział w cieleniu się krowy, popełnia trochę błędów, przekonuje się jak to jest czuć na sobie gniew rodziców przyjaciółki i ich sympatię. Co więcej pojawia się jego brat, który rzucił właśnie studia i postanowił spełnić marzenia by żyć tak, jak chce tego on sam, a nie jego rodzina. Tylko czy na pewno ma do tego niezbędne predyspozycje?

Powoli zbliża się czas powrotu do szkoły. Hachiken przekonuje się jak bardzo zmienili się niektórzy z jego kolegów i jak wiele może wywołać to kłopotów. Na tym oczywiście nie koniec. Złe zrozumienie pewnych słów staje się przyczyną plotki, która wstrząsa szkołą, a do tego nadszedł czas oddania Wieprzowinka na ubój. Czy nastolatek będzie potrafił pogodzić się ze stratą świnki, którą obdarzył uczuciem?
 

Śmierć Wieprzowinka, choć nieuchronna, była jednym z tych momentów mangi, na które nie czekałem. Kto chciałby się pożegnać z przeuroczym prosiaczkiem o maślanych oczętach? Kto, pytam się? Szczególnie, że ten doświadczony przez los, miał już wkrótce trafić na rzeź i stać się bekonem. Hachiken przywiązał się do niego, przywiązałem się też ja. Teraz chwila ta nadeszła i jak na „Silver Spoon” przystało, jej przebieg nie jest wcale tak oczywisty, jak można się było tego obawiać. Autorka po raz kolejny zaprezentowała coś prawdziwego i bardzo trafionego, a to tylko jeden z wątków.
 

Czy trzeci tom ma do zaoferowania jakieś zaskoczenia? Tak, i to wcale nie mało. Pojawienie się pewnej pięknej dziewczyny wzbudzi w chłopakach zainteresowanie, a czytelnicy przekonają się także czy Hachiken ma szansę liczyć na coś więcej ze strony Aki. Zabawa znów jest więc znakomita, pełna humoru i intrygujących sytuacji, w jakie plączą się bohaterowie, a do tego tradycyjnie znakomicie ilustrowana. Komu podobały się poprzednie części, ten na pewno będzie zadowolony. I bez dwóch zdań będzie miał także ochotę na więcej. Ja osobiście polecam „Silver Spoon” Waszej uwadze, bo to kolejna manga, która dostarczyła mi tylu pozytywnych wrażeń.



A wydawnictwu Waneko dziękuję z udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Koralina - Neil Gaiman



KORALINA – DRZWI DO MAGICZNEJ LEKTURY



Moja przygoda z „Koraliną” zaczęła się od znakomitego filmu, jaki powstał na jej podstawie. Nie sięgnąłem po niego dlatego, że powstał na podstawie dzieła Gaimana – autora, owszem, lubiłem, ale nie byłem jakimś jego wielkim fanem, a z powodu reżysera, który wcześniej nakręcił uwielbiane przez mnie „Miasteczko Halloween” wyprodukowane przez Tim Burtona. Minęło jednak wiele lat, zanim w moje ręce trafił powieściowy pierwowzór, ale jak to mówią, lepiej późno niż wcale. Szczególnie, że to naprawdę znakomita książka dla dużych i małych.



Koralina wraz z rodzicami wprowadza się do nowego domu. Wszystko, co tu na nią czeka jest świeże, niezwykłe i interesujące. Nowi, czasami bardzo dziwni sąsiedzi zamieszkujący inne części budynku, wielki ogród otaczający go ze wszystkich stron, zwierzęta... Chociaż lato tego roku jest wyjątkowo zimne i brzydkie, zafascynowana wszystkim dziewczynka z ochotą bada to, co ją otacza. Kiedy jednak pewnego dnia deszczowa pogoda wymusza na niej zostanie w domu Koralina decyduje się sprawdzić co znajduje się w czterech ścianach. Szybko odkrywa, że jest tutaj dwadzieścia jeden okien, sto pięćdziesiąt trzy niebieskie przedmioty, i czternaście drzwi, z których jedne prowadzą donikąd, bo zostały zamurowane, kiedy podzielono budynek. Ale nie jest to wcale prawda. Jeszcze tej samej nocy dziewczynka przekonuje się, że coś, co wyszło zza nich przemyka po domu. Co to może być? Skąd się wzięło? Wkrótce odkrywa, że za drzwiami kryje się zupełnie inny świat. Miejsce będące lustrzanym odbiciem naszego, dziwne, ale wydające się być spełnieniem marzeń. Tu pełno jest smakołyków i dziwów, a rodzice, w odróżnieniu od jej prawdziwych, wiecznie zajętych pracą, naprawdę się nią interesują. Można by wręcz powiedzieć, że aż za bardzo, ale czy Koralina w porę zorientuje się co się dzieje? Czy uniknie tragedii? A może odegra w tym wszystkim jeszcze większą rolę niż kiedykolwiek mogłaby się spodziewać?



„Koralina” to taka gaimanowska wersja „Alicji w krainie Czarów”, przepuszczona przez filtr opowieści grozy i dziwactw, których nie powstydziłby się Tim Burton. Nie myślcie jednak, że to powtórka z rozrywki. Neil Gaiman nie zrobił remake’u historii o dziewczynce, która trafiła do magicznego świata – złożył hołd klasyce; i to hołd wzorcowy, który sam kiedyś będzie taką właśnie klasyką. „Koralina” zatem to znakomicie poprowadzona, świetnie napisana książka, która, jak to najlepsze dzieła dla dzieci, spodoba się także dorosłym. Zresztą czytelnik zależnie od wieku inaczej odczytywał będzie przedstawioną tu treść.



Co więcej Gaiman z prostej opowieści o małej dziewczynce i niezwykłym świecie zrobił rasową powieść grozy. Dla młodych, to prawda, nie przeraża więc, a jedynie niepokoi (podobnie zresztą, jak czyni to wiele baśni), ale jej klimat po prostu urzeka. I chociaż całość jest napisana prosto, a fabuła także nie należy do skomplikowanych, „Koralina” to jedna z tych książek, którą warto jest polecić każdemu. Nic dziwnego, że została nagrodzona Hugo i Nebulą dla najlepszej noweli, a także zdobyła Bram Stoker Award za najlepszą książkę dla dzieci. Szkoda tylko, że polska edycja nie zawiera onirycznych ilustracji Dave’a McKeana, z którym Gaiman pracował także przy „Sandmanie”, ale z drugiej strony to konkretne wydanie wygląda bardzo dojrzale i wprost zachwyca okładką, więc trudno jest na nie narzekać.



Jeśli więc szukacie znakomitej i mądrej książki z gatunku fantastyki dla młodszych czytelników, takiej, którą sami także przeczytacie z przyjemnością, sięgnijcie po „Koralinę”. Gaiman po raz kolejny potwierdził tu swoją pisarską klasę, a całość jest po prostu niesamowita. Polecam gorąco – ta książka to drzwi prowadzące do magicznej lektur, dobrze więc, że znów znalazła się wśród wydawniczych nowości.

Dzika - Małgorzata Karolina Piekarska



DZIKUSY



„Na obozie każdy chce być Murzynem. (…) A w życiu?”. „Dzika” Małgorzaty Karoliny Piekarskiej, autorki znakomicie przyjętej „Klasy Pani Czajki” stawia to ważne pytanie, ubierając je w płaszcz przygodowo-sensacyjnej opowieści dla młodzieży. Jak to jest być obcym w obcym kraju? Spotykać się z dyskryminacją tylko dlatego, że ma się inny kolor skóry, chociaż niczym innym się nie wyróżnia? I skąd się bierze taka wrogość?



„Dzika!” – od takiego okrzyku wszystko się zaczyna. Nastoletni Rafał podczas zakupów w sklepie zauważa czarnoskórą dziewczynę, którą nękają jego rówieśnicy, wyzywając ją i naśmiewając się z jej pochodzenia. Chłopakowi jest głupio ze względu na ich zachowanie, dziewczyna jest w końcu bardzo ładna, a jak przy okazji się okazuje, po polsku nie mówi wcale gorzej od nich, ale nie potrafi się im przeciwstawić. Jednakże „Dzika” zaczyna go intrygować, tym bardziej, gdy odkrywa, że w rzeczywistości nazywa się Alicja i jest wnuczką jego sąsiadki, starej Rudnickiej, a w jego głowie kiełkują pytania o wrogość wobec innych. Kiedy okazuje się, że dziewczyna zaczęła naukę w jego szkole, Rafał stara się do niej zbliżyć, jednak Alicja, nauczona złym doświadczeniem, mimo pomocy, jaką otrzymała z jego strony, pozostaje nieufna. Co więcej ich znajomości nie toleruje także ojciec chłopaka, który okazuje nastolatce otwartą wrogość. Czy sytuacja w końcu się odmieni? Jeśli tak, to chyba tylko na gorsze, bo już wkrótce nastolatkowie wchodzą w drogę międzynarodowej szajce. Ale przecież po burzy zawsze wychodzi słońce, prawda? Tylko czy na pewno zawsze…



„Dzika” po raz pierwszy ukazała się dokładnie dziesięć lat temu. Patrząc jednak na nią przez pryzmat aktualnych wydarzeń, kryzysu imigranckiego i wrogości (także dla naszych rodaków za granicą) nie straciła nic na swej aktualności. Oczywiście nie dotyka bezpośredni tych właśnie kwestii, ale pozwala młodym czytelnikom wyrobić sobie zdanie na wiele kwestii. Pokazuje ile zła powoduje rasizm, ile bólu i krzywdy, nawet jeśli z czyjejś perspektywy jest to właściwa postawa. Nie liczy się bowiem kolor skóry, a to, co człowiek ma w sercu, natomiast często największym dzikusem okazuje się ten, kto ma się za jedynego słusznego.



Jednakże „Dzika” to nie tylko historia o rasizmie i tolerancji, ale także sympatyczna młodzieżowa historia o miłości i przyjaźni. Przygodowo-sensacyjna książka pełnymi garściami czerpiąca z klasyki gatunku (Makuszyński, Niziursuki, Nienacki), ale przenosząca jej elementy na współczesny grunt. Oferuje więc dobra zabawę połączoną z mądrymi treściami. Coś w sam raz na wakacje, czy na weekendy w roku szkolnym. Co więcej, to nie infantylna lektura dla młodych, a konkretna, nieco niegrzeczna powieść w sam raz dla nastolatków. Warto ją poznać, dlatego polecam gorąco Waszej uwadze.



A wydawnictwu Nasza Księgarnia dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Rudowłosa - Orhan Pamuk



MIŁOŚĆ I ŚMIERĆ



Do popularnych w ostatnim czasie tworów tureckich podchodzę z wielką ostrożnością. Nie ma się w końcu co oszukiwać, pozbawione wszelkich wartości seriale z tego kraju, które zalały nasz rynek, zapełniając lukę, jaka pozostała po popularnych niegdyś, acz równie beznadziejnych brazylijskich telenowelach, sprawiły, że księgarskie półki aż uginają się od tandetnych czytadeł stamtąd pochodzących. Na szczęście Orhan Pamuk „Rudowłosą” po raz kolejny pokazuje, że tureccy twórcy mają także do zaoferowania ambitne, poruszające emocjonalnie i intelektualnie, znakomicie napisane dzieła warte polecenia każdemu.



Lata 80. XX wieku. Nastoletni Cem mieszka samotnie z matką. Jego ojciec znikał już wcześniej, w opresyjnym świecie nie jest o to trudno, jednakże tym razem wszystko wskazuje na to, że zniknął już na dobre. Dlatego też chłopak chce zadbać o swoje życie i przyszłość i zanim pójdzie na studia, zarobić trochę pieniędzy. Zaczyna pracować w księgarni, potem u wuja, szybko jednak zostaje „podkupiony” przez mistrza Mahmuta zajmującego się kopaniem studni. U niego w dziesięć dni zarobi więcej, niż w dotychczasowym miejscu w dwa miesiące. Udaje mu się ubłagać matkę, dopełnić formalności i zaczyna nowe zajęcie. Nie wie jeszcze jak bardzo odmieni jego życie. Przekopując wraz z mistrzem jałową działkę, zaczyna nawiązywać z nim relację przypominającą tą, między ojcem a synem. Opowiadają sobie różne historie, poznają się, chłopak zaczyna uczyć się życia, dojrzewać. Wtedy na jego drodze pojawia się tajemnicza Rudowłosa. Zauważona przypadkiem piękna kobieta staje się wręcz obsesją chłopaka, dominuje jego myśl, kiedy w końcu znów udaje mu się ją spotkać, a potem ląduje z nią w łóżku, mimo iż ta jest mężatką, a ze względu na wiek mogłaby być także jego matką, świat chłopaka zmienia się nie do poznania. To wszystko jednak doprowadza do tragedii, przed którą Cem będzie musiał uciekać…



„Rudowłosa” Orhana Pamuka to powieść, która pod wieloma względami przypomina mi tragikomiczne dzieła Johna Irvinga, w szczególności znakomitą „Ostatnią noc w Twisted River”, której wątkiem przewodnim staje się ucieczka od popełnionej przypadkiem zbrodni, a także „erotyczne” dokonania Philipa Rotha. Obaj autorzy rozliczają się z męską seksualnością i z sentymentalnym uwielbieniem zanurzają się w okres dojrzewania, kształtowania się charakteru i całego życia, jednocześnie nie zapominając o goryczy codzienności. Podobnie do tematu podchodzi Orhan Pamuk. To, co opisuje jest proste, życiowe, wręcz szare. Życie bohaterów jest jak kopanie przez nich studni na jałowej ziemi, gdzie pozornie nie dzieje się nic. Cała siła „Rudowłosej” opiera się jednak nie na zdarzeniach, a tym, w jaki sposób zostały ukazane. I jakim stylem wszystko zostało podane.



A właśnie sposób i styl są u Pamuka czymś wspaniałym. Niby proste, niby takie delikatne, wspomniany już Irving potrafił przecież praktycznie o niczym rozpisać się na kilkadziesiąt stron, a jednak pełne, treściwe i satysfakcjonujące każdego czytelnika spragnionego dobrej literatury. Szkoda jednak, że nie genialnej. „Rudowłosa” miała ku temu potencjał, powstała jednak powieść dobra. Nawet bardzo. Tylko tyle i aż tyle. Cieszę się jednak, że ją przeczytałem i polecam Waszej uwadze, bo jest tego warta. Premiera już 17 sierpnia.



A na koniec dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.