czwartek, 31 sierpnia 2017

Kiedy była porządną dziewczyną - Philip Roth



NIKT NIE URATUJE TWOJEGO ŻYCIA



Niewielu jest autorów, po których powieści sięgam w ciemno, nie wiedząc nawet o czym opowiadają, a widząc jedynie ich nazwisko na okładce, ale Philip Roth zdecydowanie do nich należy. I to od pierwszej jego książki, która trafiła w moje ręce. Najnowsze dzieło autora na polskim rynku, pierwotnie wydana dokładnie pół wieku temu „Kiedy była porządną dziewczyną”, po raz kolejny potwierdza tylko wielkość Rotha i udowadnia, że nawet wśród współczesnych pisarzy istnieją tacy, którzy dorównują klasycznym mistrzom pióra.



Poznajcie Lucy Nelson, najpierw dziecko, potem dziewczynę u progu dorosłości, a wreszcie kobietę, która musi radzić sobie z życiem i mężczyznami. Nigdy nie miała łatwo, kiedy była mała, jej ojciec pił. Życiowy nieudacznik, który winę za swoje ciągłe porażki zrzucał na innych, wiecznie wikłając się w szemrane interesy i wyżywając na rodzinie, w końcu doprowadził ją do ostateczności. Wezwała policję, ale  dzięki temu dowiedziała się właściwie tylko jednego – że takie sprawy załatwi się w rodzinie. Co by się nie działo, do czego by nie doszło, nie należy angażować obcych. Lucy nie chciała tego zaakceptować, bo co kiedy nikt nic z tym nie robi? Kiedy nikt nie potrafi nic na to poradzić? Że nikt nie uratuje jej życia przekonała się także wiele razy potem, choćby wtedy, gdy jako kobieta u progu dorosłości zaszła w ciążę i wyszła za człowieka, który, owszem, dużo potrafił mówić i obiecywać, ale nie wiele zrobić. Małżeństwo u jego boku zaczyna rodzić w niej kolejny bunt, który rozszerza się na kolejne dziedziny jej życia…



Nie wiem, co pierwsze przychodzi mi do głowy na myśl o twórczości Rotha: czy to, jak genialnie włada on piórem, czy też może jak mistrzowsko kreuje swoje postacie, ich psychologiczną głębie i prawdziwość. Niewielu jest pisarzy, którzy potrafią to zrobić. I równie niewielu jest takich, którzy potrafią po imieniu nazwać rzeczy, jakie zna każdy, ale nikt nigdy nie był w stanie ubrać ich w słowa. Philipowi Rothowi sztuka ta udaje się za każdym razem. Nieważne czy pisze o patriocie zmuszonym żyć z piętnem posiadania córki terrorystki, starym miłośniku kobiecego piękna, starcu próbującym pogodzić się z własnym przemijaniem czy, jak w tej powieści – jedynej z kobiecą bohaterką w roli głównej – żoną nie mogącą zaakceptować rzeczywistości, w jakiej przyszyło jej żyć i ludzi, którzy ją otaczają.



„Kiedy była porządną dziewczyną” (w tym miejscu wypada pochwalić przekład tytułu, choć oczywiście tłumaczenie całości stoi tu na wysokim poziomie) to piękna i przejmująca opowieść o życiu. Życiu trudnym i pełnym trosk, ale też i wspaniałych chwil, których niestety jest za mało. Napisana żywym, absolutnie zachwycającym językiem, stylem pełnym i wysmakowanym, urzeka od pierwszej strony i nie przestaje do samego końca. Podobnie jest z postaciami. Lucy, nieco uparta, taka prawdziwa, taka kobieca, taka naturalna, zdobywa naszą jeśli nie sympatię, to przynajmniej zrozumienie. Jest tu też Bielas, bohater jakby wyrwany z kart powieści Dostojewskiego, a także postać, która choć była krótko obecna na stronach, najbardziej mnie poruszyła, Ginny – upośledzona kobieta nie potrafiąca zrozumieć, że jest odrębną osobą. Do tego dochodzą absolutnie zniewalające dialogi, które potrafią wywołać takie emocje i zbudować takie napięcie, że czytelnik siedzi jak na szpilkach i ta przedziwna magia, którą mają tylko najlepsze dzieła literackie, bo jedynie one stanowią coś o wiele więcej niż sumę ich poszczególnych składowych.



I chociaż do tej beczki miodu, przydałaby się jakaś przysłowiowa łyżka dziegciu, nie jestem po prostu w stanie znaleźć tutaj nic takiego. A przecież mogłoby być dużo błędów i pisarskich porażek, „Kiedy była porządną dziewczyną” to w końcu trzecia wówczas powieść w dorobku Rotha, a jednak autor stworzył utwór dorównujący jego najlepszym pracom. Ba, dorównujący dokonaniom największych mistrzów. Głębia, wielkość i piękno „Dziewczyny” wylewa się z każdej jej strony, a czytelnik nie chce przestać smakować tego dzieła. Dlatego też polecam bardzo, bardzo gorąco i z niecierpliwością czekam na kolejne powieści Rotha.



A Wydawnictwu Literackiemu dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Różaniec - Rafał Kosik



KOSZMAR O WARSZAWIE PRZYSZŁOŚCI



Przed laty Niemen śpiewał nam „Sen o Warszawie”, teraz Kosik opowiada nam prawdziwy koszmar o Warszawie. Tej przyszłej, ale jakże bliskiej rzeczywistości naszego dnia dzisiejszego. I jak na dobrą fantastykę przystało, to połączenie futurystycznych wizji i społecznej problematyki z jednej strony skłania do zastanawiania się, z drugiej zaś oferuje dostatecznie wiele lekko napisanej rozrywki, by spodobała się zarówno mniej, jak i nieco bardziej wymagającym czytelnikom.



Warszawa przyszłości to miejsce, gdzie nie uświadczycie prawdziwego słońca, pogoda jest programowana, śnieg zawsze pada na Święta (i tylko na nie), płaci się walutą złotoeuro, a selekcjonowaniem społeczeństwa zajmuje się tajemniczy system g.A.I.a. Najważniejszą rzeczą w tym świecie wydają się być PZ (Punkty Zagrożenia) – każdy bowiem, kto ma zbyt wysoką ich wartość, może za chwilę zniknąć za sprawą służb Eliminacji, dlatego też ludzie potrzebują osób takich, jak Harpad. Nuzzlerów w Warszawie jest wprawdzie wielu, ale żaden z nich nie potrafi łączyć się z g.A.I.ą. żeby sprawdzać PZ – żaden poza, oczywiście, Harpadem. To przyciąga do niego klientów, chociaż sprowadza też zagrożenie. Nie dość, że musi działać na granicy prawa, to jeszcze pewnego dnia pojawiają się gangsterzy, którzy „zrzeszają” nuzzlerów i chcą by pracował dla nich. Wiedząc, że odmowa zagrażałaby jego córce, Harpad podejmuje się zadania, nieświadomy dokąd może go to zaprowadzić…



Długo zastanawiałem się jak zacząć tą recenzję, co właściwie opisać, a co pominąć. Sam bowiem zasiadałem do lektury tej książki wiedząc o niej właściwie tyle, ile powiedział mi blurb z okładki, a z niego wynika mniej więcej tyle, że mamy do czynienia z totalitarną antyutopią rządzoną przez sztuczną inteligencję (przynajmniej w pewnym stopniu), miałem więc czysty umysł i dawałem się zaskoczyć lekturze. Czy odbierać to czytelnikowi? Ale w ogóle nie mówić o fabule? Mam nadzieję, że to, co napisałem powyżej (oparte mniej więcej na pierwszym tylko rozdziale) nie mówi zbyt dużo, bo samodzielne odkrywanie tej powieści to prawdziwa przyjemność. Na szczęście Kosik wrzucił do niej tak wiele, a przy okazji często zmienia gatunkowy środek ciężkości, że zabawy dla czytelnika-eksploratora na pewno nie zabraknie.



Bo „Różaniec” to taki miszmasz gatunkowy. Techno kryminał z mafią, techno thriller, political fiction, totalitarna antyutopia, powieść akcji, postapokaliptyczne science fiction… Wymieniać można by długo, ale tak naprawdę liczy się jedno: przyjemność płynąca z lektury, a tej zaprzeczyć się nie da. Owszem, nadal najlepszymi dziełami Kosika dla dorosłych pozostają „Vertical” i „Kameleon”, ale „Różaniec” to po latach przerwy bardzo dobry powrót autora na grunt prozy dla starszych odbiorców. Poza tym Kosik, jak to na niego przystało, pisze lekko, dynamicznie i w bardzo przyjemny, łatwo przyswajalny sposób. Co więcej w jego głowie kłębi się mnóstwo znakomitych pomysłów, które w świetnym stylu przelewa na papier. Wszystko to sprawia, że na polu polskiej science fiction, Kosik to zdecydowanie jeden z najlepszych autorów, nie ważne czy twarzy powieści dla dzieci, młodzieży czy dorosłych. Warto jest go poznać, warto też poznać „Różaniec”. Polecam.



A wydawnictwu Powergraph dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

wtorek, 29 sierpnia 2017

Dimension W #7 - Yuji Iwahara



PUSTKA PRZESZŁOŚCI



Siódmy tom „Dimension W” to opowieści od samego początku wypełniona akcją, niebezpieczeństwami i pojedynkami. Jednak to trwające od pewnego czasu wyjaśnienia przeszłości głównego bohatera znów wysuwają się na pierwszy plan, zbliżając nas coraz bardziej do zrozumienia Kyoumy i obecnych wydarzeń. Ale czy wszystko znajdzie tu swoje rozwiązanie?



Wydarzenia na Wyspie Wielkanocnej nabierają tempa. Chociaż książę Salva po kontakcie z tajemniczą sferą balansuje na granicy życia i śmierci, jego brat przejął jego rolę i kontynuuje działania. Zbieracze zaczynają więc walkę nie tylko z wrogami, ale też i między sobą. Zwycięzców wprawdzie może być więcej, ale kiedy w grę wchodzą olbrzymie pieniądze  nikt nie chce z nikim łączyć sił. Poza tym jak w takiej sytuacji można komukolwiek zaufać?

Tymczasem Kyouma działa po swojemu, mając własny cel i chcąc przy okazji dowiedzieć się o tym, czego zapomniał. Na jego drodze staje Loser, który, jak się szybko okazuje, związany jest z nim wspólną przeszłością. Niestety, by zrozumieć co się właściwie dzieje, to Kyouma musi sobie wszystko przypomnieć i poukładać. Jak ma to zrobić? Loser sprowadza na niego sferę, doprowadzając niemal do śmierci. Teraz tylko zagłębienie się w przeszłości pozwoli zbieraczowi odzyskać siły, ale czy będzie w stanie to zrobić? Jakby tego było mało, związek ubezpieczycieli „Eudos”, nie chcąc by wydarzenia na wyspie wyszły na jaw, postanawia ostatecznie rozwiązać kwestię przebywających na niej zbieraczy…
 

Z każdym tomem, choć wydawać by się mogło, że rozwiązywanie tajemnic z przeszłości prowadzi do zakończenia „Dimension W”, manga ta tylko rozkręca się coraz bardziej. W chwili obecnej tytuł liczy 12 częśći i wciąż jest publikowany (mowa oczywiście o rynku japońskim), więc miłośnicy przygód Kyoumy i Miry mają na co czekać. Co się zaś tyczy pozostałych czytelników, to jeśli lubią fantastykę i akcję (ale nie tylko!), opowieść ta przypadnie im do gustu.



Co podoba mi się w „Dimension W” to fakt, że autor nie trzyma się jednej wytyczonej ścieżki. Jest tu i historia miłośna, i dramat opowiadający o stracie, i pojedynki rodem z shōnen, na stronach mangi znajdziecie także horror oraz historię wojenną. A wszystko to w realiach SF, wzbogacone o typowe dla fantastyki z androidami pytania o człowieczeństwo i podane z nutą niezłego humoru. Oczywiście w siódmym tomie nie ma aż takiej rozpiętości tematycznej, ale i tak jest ciekawie i intrygująco, a komiks wciąga od pierwszych stron i dostarcza dużo bardzo dobrej zabawy. Przyjemnie przy tym narysowanej i ładnie wydanej. Polecam.



A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.


Triumwirat: Smok - Robert Zaręba, Zygmunt Similak




JAK UBIĆ SMOKA



Powieściowy „Triumwirat” Roberta Zaręby, który stanowi literacki pierwowzór niniejszego komiksu, to jedna z nielicznych rodzimych książek z gatunku humorystycznego fantasy, która naprawdę mi się podobała. A trochę ich jednak czytałem. Dlatego, chociaż nie jestem miłośnikiem twórczości Similaka, nie mogłem nie sięgnąć po komiksową adaptację. I naprawdę nie żałuję.



Oto historia najprawdziwsza z prawdziwych, nie z jakiegoś tam brudnego palucha wyssana, co w pewnej wiosce za starych czasów się zdarzyła. A było to tak. Dnia pewnego, ładnego bardzo, główny bohater tej opowieści wybywa z domu, żeby oszczędzić sobie odgłosów domowego ogniska (czytaj: matula przy użyciu sękatej pałki omawiać zaczęła z mężem jego powrót na czworakach z karczmy), ale niestety i tam nie zaznaje spokoju. Oto bowiem józkowy smark z wieścią po wsi biega, że smok porwał jego ojcu konia wraz z pługiem. W plotkę tą nikt wierzyć nie chce, Józek pewno przerżnął w karty swoją kobyłę, a bajeczkę zmyślił na prędce, co by żona mu gęby nie obiła. W końcu stworzenia te przecież nie istnieją, no może i są gdzieś tam, ale tutaj? W sumie nawet jeden by się  przydał, bo ludzi  by przyciągnął i zysku trochę przyniósł. Jednakże kiedy bestia ogniem ziejącym nadlatuje z nieba, wszyscy muszą zweryfikować swoje poglądy i przy okazji znaleźć sposób na poradzenie sobie ze smokiem. Chętnych (mniej lub bardziej) nie brakuje, ale czy ktoś  ma szansę z potworem?



Cóż, nie ma się co oszukiwać. Nie o fabułę chodzi w „Triumwiracie”, a o żarty, chociaż samej treść także nie mam nic do zarzucenia. To typowo poprowadzona historia fantasy, równie mocno czerpiąca z motywów klasyki gatunku, co baśni, z których przecież bezpośrednio wywodzi się ta odmiana fantastyki. Jest więc bohater, jest niezwykłe i groźne stworzenie, z którym trzeba się uporać, jest wreszcie quest, porcja magii, rycerze, zamki itd., itd. Jak jednak wspominałem nie liczy się fabuła, a żarty – obśmiewanie schematów, zachowań czy konkretnych elementów. I to podane w bardzo dobrym stylu.



W „Triumwiracie” śmieszy już sam język. Wyolbrzymiona, przerysowana mowa na styku folklorowej i archaicznej, zaczerpnięta została z powieści. Zresztą większość narracji to skopiowane przez Zarębę fragmenty pierwowzoru. Może i na początku sprawia to dziwne wrażenie, ale urok tych tekstów rozwiewa wszelkie wątpliwości. Nieco gorzej jest z rysunkami. Wprawdzie tu Similak pasuje, nadal jednak nie potrafię przekonać się do jego kreski. Co ciekawe, album wydano trochę tak, jak za PRL-u wydawano pierwsze „Tytusy, Romki i A’Tomki” czyli część stron w kolorze, część w czerni i bieli.



Jeśli lubicie humorystyczne fantasy, albo znacie pierwowzór i dobrze bawiliście się przy jego lekturze, polecam Wam też i komiksową trylogię. Zachowuje ducha oryginału, nieźle wygląda i dostarcza dużo zabawy. W skrócie, sympatyczna rzecz na poprawę humoru.



Dziękuję wydawnictwu Kameleon za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

niedziela, 27 sierpnia 2017

Dimension W #6 - Yuji Iwahara



TAJEMNICZA WYSPA



Wyspa Wielkanocna. Któż z nas jej nie zna, czyjej wyobraźni nie rozpalał sekret jej posągów i mieszkańców. Jak się okazuje  w „Dimension W”, nawet w przyszłości miejsce to nie przestaje fascynować, tym razem jednak z zupełnie innych przyczyn, niż mogłoby się wydawać. Wyspa kryje bowiem nowe tajemnice, a co więcej bardzo mocno związana jest z przeszłością Kyoumy. Gotowi na szaloną wyprawę do miejsca, w którym wszystko może przestać istnieć w jednej chwili?



Książę Salva z Afryki ogłosił wyzwanie dla zbieraczy z całego świata. Pięć lat temu na Wyspie Wielkanocnej doszło do wydarzeń, które zmieniły na zawsze całe to miejsce i doprowadziły do zaburzeń wymiaru W. Co więcej są tu miejsca, w których nic nie może istnieć, a jednak zaobserwowano tam ludzką sylwetkę. Dlatego też zaczyna się wyzwanie, które może kosztować życie wszystkich biorących w nim udział. Na wyspę wraz z Salvą wyruszają wszyscy zbieracze, ale niestety nim mogą do niej dotrzeć, spotkanie dziwnej sfery doprowadza do śmierci części załogi i całkowitego zniszczenia ich pojazdu.

Tymczasem Kyouma wraz z Mirą, dzięki pomocy Alberta, docierają do celu na własną rękę. Zbieracz ma jeden cel: dowiedzieć się więcej o wydarzeniach, które rozegrały się tu przed laty, a których zupełnie nie pamięta. Po co mu jednak Mira, skoro są tu miejsca, gdzie przestają działać wszelkie ogniwa? Sytuacja z każdą chwilą robi się coraz bardziej niebezpieczna, przebywa pytań, a to zaledwie początek tego, co czeka na bohaterów…
 

Kiedy w „Dimension W” zaczął się wątek z afrykańskim książętami, miałem nieco obaw odnośnie tej fabuły. Dlaczego? Sam początek nie zapowiadał niczego szczególnie ciekawego. Wydawał się raczej przerywnikiem w bardziej epickich wydarzeniach, formą odprężenia po niedawnym koszmarze nad nawiedzonym jeziorem. Wystarczyło jednak kilka rozdziałów, bym przekonał się do całej opowieści, dał jej wciągnąć i bawił równie dobrze, co przy najlepszych momentach wcześniejszych tomów. Dzięki tej fabule poznałem przeszłości Kyoumy i przyczynę jego niechęci do ogniw (i był to jeden z najlepszych momentów tej serii), ale jego przeszłość wciąż ma wiele tajemnic, które na szczęście powoli zaczynają być wyjaśniane. Ale czy wszystkie?
 

Poza tym szósty tom wprowadza elementy, bez których nie może obejść się żądna manga shōnen, czyli swoisty turniej, gdzie najlepsi mogą popisać się swoją siłą i talentem. Nie przebiega on wprawdzie tak, jak turnieje sztuk walki a „Dragon Ballu” czy „Naruto”, bo już od początku wszystko idzie nie tak, ale ma w sobie jednocześnie bardzo dużo z tamtych niezapomnianych walk. Ja bawiłem się przy tym znakomicie, i Wy także będziecie, jeśli lubicie tego typu opowieści. Dlatego też polecam „Dimension W” Waszej uwadze.



A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

 

sobota, 26 sierpnia 2017

Redaktor Szwędak - Ryszard Dąbrowski



REDAKTOR WSZĘDAK



Przygody wścibskiego redaktora Szwędaka to chyba obok „Likwidatora” najbardziej znane dzieło Ryszarda Dąbrowskiego. Pamiętam jak shorty z jego przygodami czytałem jeszcze w „Produkcie” i publikacjach typu „Mister dowcip”. Jednakże dopiero zbiorcze wydanie jego wywiadów pozwala w pełni cieszyć się rozrywką jakiej dostarcza – rozrywką lepszą niż ma do zaoferowania opus magnum autora, czyli wspomniany już „Likwidator”.



Kurduplowaty, tłusty, łysy, szczerbaty, opryszczony, źle ogolony, oczy wyłupiaste, podkrążone, twarz owalna, szeroki, szczery uśmiech, schludny ubiór, czarna teczka, mikrofon i przesadny optymizm połączony ze wścibstwem, chamstwem i prostolinijnością to jego cechy rozpoznawcze. Szwęda się tu i tam, wszędzie zagląda, każdego zaczepia – nie ważne czy osobistość to znana, czy też nie. Ważne by była chętna na wywiad, a z tym jest trudno. Szwędak niemal za każdy razem kończy tak samo – z obitą gębą. Przy nim w końcu w szał wpaść może nawet najspokojniejszy człowiek. A kto staje się celem redaktora? Kobieta opalająca się topless na plaży, ksiądz, kosmici, znani politycy i celebryci, malarz Adolf Hitler (ofiara złego PR-u), islamscy terroryści, Neo z „Matrixa”, Likwidator, Kicia, Asterix i Obelix i wielu, wielu innych. I przez swoje wścibskie pytania, cudem uchodzi z życiem z większości tych spotkań. Ale w końcu, kiedy ktoś, nawet mimo krótkich nóżek, potrafi uciekać tak szybko, jak on, ma szansę na przetrwanie trudów swojego zawodu.
 

Co sprawia, że „Szwędak” jest lepszy od „Likwidaotra” czy właściwie wszystkich innych dzieł Dąbrowskiego („Zielonej gwardii” jednak nie bije)? Przede wszystkim to, że, choć wzorem pozostałych komiksów autora, jest cięty, ostry, wulgarny etc., jednocześnie nie jest tak naiwny i przesadzony jak pozostałe. „Kicia robi dym” nie miała właściwie żadnej fabuły, shorty tworzone dla „Nie” najczęściej były jakby celowo kontrowersyjne, skandalizujące dla samego skandalu (potwierdzając tylko płytkość przekonań i tez autora), „Likwidator” także nieraz zapominał o tym, czym być powinien i tracił ideologiczną spójność (że już o fabularnej nie wspomnę). „Szwędak” natomiast od początku do końca jest taki sam – wkurzający, ale i rozbrajający. I ma całkiem sporo racji w pytaniach, jakie zadaje różnym osobistością, choć i tu czasem wkradły się Dąbrowskiemu typowe dla niego rzeczy, które zaliczyłbym in minus.




Natomiast od strony graficznej, „Szwędak”, jak i pozostałe dzieła autora, przedstawia się naprawdę znakomicie. Brudna, cartoonowa kreska, bohaterowie o obfitych kształtach (i pisząc bohaterowie mam na myśli ogół, nie tylko kobiety i nie tylko postacie z nadmiarem kilogramów, ale to kolejna cecha charakterystyczna dla Dąbrowskiego) i przyjemny kolor, jaki pojawia się na części stron. Całość wypada więc bardzo dobrze – zarówno pod względem graficznym, fabularnym, jak i edytorskim. W końcu wydanie zbiera wszystkie epizody „Szwędaka” znane z poprzednich edycji w dobrze prezentującym się albumie. Miłośnicy twórczości ojca „Likwidatora” oraz fani ostrych, satyrycznych komiksów będą zadowoleni. Polecam.



A wydawnictwu Kameleon dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

piątek, 25 sierpnia 2017

Dimension W #5 - Yuji Iwahara



JAPONIA-AFRYKA



„Dimension W” od początku intryguje czytelników kilkoma ważnymi pytaniami o przeszłość bohaterów i sam świat. Ostatnie dwa tomy skupiły się wprawdzie na innych zagadkach, wnosząc jednak coś do tematu, teraz nadszedł czas udzielić kilku odpowiedzi i wprowadzić do akcji nowe postacie i wątki. A wszystko to w dynamicznej i ciekawej opowieści akcji dziejącej się w odległej od nas o ponad pół wieku przyszłości.



Kyouma już tak ma, że zawsze wpadnie na kogoś, kto wpakuje go w jakieś bagno. Nawet nie pozbył się jeszcze poprzedniego kłopotu w postaci tajemniczej androidki Miry, a dopiero co brał udział w śledztwie w sprawie morderstwa znanego pisarza, co sprawiło, że musiał stawić czoła… duchom! Teraz, tuż po zajęciu się Chambermanem, niezwykle groźnym, zrobotyzowanym złodziejem, trafia w sam środek niezwykłych wydarzeń, kiedy spotyka chłopca o imieniu Lwai i ścigających go mężczyzn na robo-motorach. Nie zamierza zajmować się chłopakiem, ale niestety ten trafia pod jego skrzydła. Kyouma nie jest jednak świadom, że Lwai to książę, który wraz z innym afrykańskim księciem, Salvą, przybył właśnie do Japonii i samowolnie oddalił się pozwiedzać egzotyczny kraj. Co więcej Salva nie zjawił się tu tylko w celach towarzyskich – chce odnaleźć ostatnie dzieło zmarłego doktora Yurizakiego, a tym jest przecież pozostająca pod opieką Kyoumy androidka. Tymczasem Mira, podpatrzywszy szkolny projekt dzieci polegający na obserwacji zwierząt i wyciąganiu z niej wniosków, postanawia przeprowadzić własną obserwację, a jej obiektem zostaje nie kto inny, jak Kyouma! Czy androidce uda się zrozumieć swojego towarzysza i odkryć co kryje się za jego nienawiścią do ogniw i wszystkiego, co nowoczesne?
 

Jak widać w piątym tomie „Dimension W” przeszłość i podchodzenie bohaterów upomina się o nich, a co za tym idzie autor zaczyna także opowiadać na pytania. I robi to w dobrym stylu. Wprawdzie początek, po mrocznych, pełnych tajemnic wydarzeniach poprzednich dwóch części, wydaje się jakby chwilą odpoczynku od poważniejszych treści, ale szybko fabuła przyspiesza, zaczyna intrygować i czytelnik jak zawsze daje się wciągnąć w sam środek szalonego świata.



Oczywiście manga ta przeznaczona jest przede wszystkim do nastoletnich odbiorców, ale niejeden dorosły znajdzie tu coś dla siebie. W końcu który chłopiec wyrasta tak do końca z historii o uroczych androidkach, robotach i pozytywnym bohaterze walczącym ze złem? Do tego całość została zilustrowana w sposób bardzo miły dla oka i podana w dobrym stylu. Czy trzeba czegoś więcej od mangi typu shōnen? Jeśli więc lubicie takie klimaty, na pewno nie będziecie zawiedzeni.



A ja dziękuję wydawnictwu Waneko za udostepnienie mi egzemplarza do recenzji.


Toy Wars - Andrzej Ziemiański



TOY… SORRY



Z Ziemiańskim jest trochę tak, że wystarczy przeczytać jedną jego książkę, by znać właściwie wszystkie. Jeśli więc czytaliście jakąkolwiek powieść autora z kobiecą bohaterką w roli głównej, wiecie już doskonale co znajdziecie w „Toy Wars”. A co tam czeka na nowych czytelników? Twarda, śliczna, biuściasta i wyszczekana bohaterka i jej przygody w świecie detektywistycznych zagadek – w skrócie Ziemiański przelał na papier mokry sen zakompleksionego nastolatka, nadając mu pozory przemyślanej fabuły, który i tak znakomicie się czyta, choć na żadną głębię, psychologię czy wartości literackie nie macie tu co liczyć.



Poznajcie Toy, Zabaweczkę. Dwudziestokilkuletnią blond piękność o wielkim biuście, idealnym ciele, wyglądzie nastolatki, której nikt nie sprzeda nawet piwa i krótkowzroczności będącej chyba jedyną skazą jej ciała. Jeśli chodzi o charakter, Toy jest ostra, wojownicza, pyskata i uparta. Przez dwa lata była prostytutką, narkotyzowana i zmuszana do seksu ze średnią ilością ośmiu klientów na dzień zahartowała się nieco. Z takiego życia wyzwolił ją Paul, prywatny detektyw, który, jak na człowieka prawego i niepoprawnie romantycznego przystało, zaczął uczyć jej tajników swojego fachu i nigdy nawet nie tknął w wiadomy sposób. Traktował raczej jak córkę, dbał o nią, troszczył się, a teraz go nie ma. Umarł, pozostawiwszy po sobie właściwie trzy rzeczy: całkiem sporą fortunę na koncie, biuro detektywistyczne i warunek, że Zabaweczka odziedziczy pieniądze jeśli utrzyma się przez dziesięć lat w zawodzie, do jakiego ją przygotowywał, bez dorabiania w jakikolwiek sposób. Kto jednak powierzy ważne zadania kobiecie, która wygląda jak dziecko i zgrabnymi nóżkami nie sięga podłogi, kiedy siedzi na krześle? Dlatego też Toy wiedzie ciężki żywot, mieszkając w biurze, żywiąc się kocią karmą, pranie robiąc w osiedlowych pralniach i zdobywając tu i tam trochę gorsza tak, by nie dowiedzieli się o tym prawnicy. Wszystko zmienia się pewnego dnia, kiedy odwiedza ją najemnik, który wie o niej aż za dużo i chce zatrudnić do pewnego bardzo dobrze płatnego zadania…


Cóż, nie ma się co oszukiwać, „Toy Wars” to powieść dla dużych chłopców, o czym doskonale zaświadcza już sam tytuł. Z tym, że dla chłopców, którzy nie wyrośli z towarzyszącej nastoletniości burzy hormonów, w głowach mają więc tylko jedno i przez pryzmat tego postrzegają wszelkie kobiety, a ponieważ są facetami, wypada im jeszcze interesować się innymi męskimi rzeczami – jak choćby sensacyjne przygody. I tak w skrócie przedstawia się niniejsza powieść. Jak wspomniałem na wstępie, losy Zabaweczki to taki mokry sen zakompleksionego nastolatka, dlatego Toy jest seksowna, słodka, charakterna (ale charakteru, przynajmniej takiego konsekwentnie opartego na wierności psychologicznej, nie posiada), naiwna i wyzywająca. Jeśli jednak nie szukacie realizmu, a męskiej, wręcz samczej, lektury, będziecie zadowoleni.



Szczególnie, że Ziemiański pisze naprawdę dobrze. Lekko, prosto, czasem potocznie, ale przyjemnie. Owszem, jak przyzwyczaiły nas do tego jego książki, „Toy Wars” pełne jest najczęściej nieuzasadnionych wulgaryzmów i erotyki (ta druga pojawia się także na naprawdę udanych ilustracjach), ale przecież tego oczekuje docelowy odbiorca. Mężczyźni (a raczej nastolatkowie) będą zadowoleni, kobiety pewnie uznają przygody Zabaweczki za seksistowski twór, a jednak całość ma swój urok. I dostarcza solidnej (570 stron) porcji niezobowiązującej rozrywki w stylu „Achai” (tylko w wersji sensacyjnej i złożonej nie z kilku tomów, a kilku tekstów), w sam raz na kilka wieczorów z książką i wyłączonym mózgiem.



A ja dziękuję wydawnictwu Fabryka Słów za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



Mroczna Wieża #1: Roland - Stephen King



WSPANIAŁY POCZĄTEK PODRÓŻY



Kiedy do kin wchodzi jakaś wysokobudżetowa produkcja oparta na książce, wśród wydawniczych nowości z miejsca pojawiają się wznowienia pierwowzoru czy tytuły okolicznościowe. Nie inaczej jest w przypadku „Mrocznej Wieży”, opus magnum Stephena Kinga, które podbija właśnie duże ekrany. I chociaż film spotkał się z bardzo chłodnym przyjęciem zarówno miłośników sagi, jak i nowych widzów, powieściowy pierwowzór wciąż zachwyca, rozpala wyobraźnię i porywa, a jego najnowsze wydanie wzbogacone zostało o opowiadanie, które dotychczas dostępne było tylko w zbiorach krótkich form – „Wszystko jest względne” czy „Legendy”.



Ostatni rewolwerowiec o imieniu Roland ściga przez pustynię tajemniczego Człowieka w Czerni. Świat, który obaj przemierzają, jest światem zniszczonym, ale nie tylko przez upał i suszę – tu wydarzyło się coś innego, coś co zdewastowało wszystko, jednak nikt już nie zwraca na to uwagi. Nawet Roland, który widzi tylko jeden, jedyny cel – Mroczną Wieżę. Czym właściwie ona jest ani gdzie się znajduje, tego rewolwerowiec nie wie, ale ma nadzieję, że Człowiek w Czerni wskaże mu właściwą drogę. Zanim jednak dojdzie do ich konfrontacji, na bohatera czeka wiele niebezpieczeństw, przygód i sekretów, które skrywa przeszłość, teraźniejszość i przyszłość…



Chociaż Stephen King w swojej karierze napisał ponad 50 powieści, kilka książek z gatunku literatury faktu i blisko 200 opowiadań i nowel (oraz poematy i scenariusze filmów, seriali i komiksów), to właśnie ośmiotomową „Mroczną Wieżę” uważa za swoje opus magnum. I nie ma co się dziwić – ta epicka saga łączy w sobie wątki z niemal wszystkich dzieł autora, a w dalszych tomach także on sam staje się jedną z ważniejszych postaci wykreowanego świata. Zanim jednak opowieść dotrze do tego momentu, czytelników czeka długa droga, która zaczyna się właśnie tą znakomitą powieścią.



Co jest w niej takiego dobrego? Właściwie wszystko, od fabuły inspirowanej poematem Roberta Browninga „Sir Roland pod Mroczną Wieżą stanął” z 1855 roku i „Władcą pierścieni” J.R.R. Tolkiena, po wykonanie: King nie rozwleka tu akcji ani opisów, całość czyta się więc szybko i przyjemnie, a brudny klimat historii intryguje podobnie, jak stawiane przez autora i bohaterów pytania. Ciekawe wypad także sam mariaż gatunkowy, mamy tu bowiem i Scienc Fiction, i fantasy, i western, i powieść drogi, przygodowe postapo a wreszcie nieodzowny dla pisarza horror – co najlepiej widać w dołączonym opowiadaniu, „Siostrzyczki z Elurii”. I chociaż „Rolanda” trudno jest traktować inaczej niż jako wprowadzenie do właściwej opowieści, która zacznie się od drugiego tomu, jest to wprowadzenie naprawdę znakomita. Porywające, wciągające, emocjonujące… Można by długo wymieniać, ale po co. Przekonajcie się o tym sami, jeśli lubicie twórczość Kinga albo po prostu dobrą, postmodernistyczną fantastykę, będziecie bardzo zadowoleni.



czwartek, 24 sierpnia 2017

Zdobywcy Troy - Arleston Christophe, Tota Ciro



POCZĄTKI TROY



Humor, krew, nuta erotyki, dużo akcji i ciekawe wykorzystanie motywów Science Fantasy. Tak w skrócie można scharakteryzować wszystkie serie z uniwersum Troy, w tym także tą zebraną w tym właśnie tomie. Przede wszystkim jednak wypada powiedzieć jedno:  że "Zdobywcy Troy" to kawał naprawdę dobrej komiksowej fantastyki dla nieco starszych odbiorców.



Planet Troy to niezwykłe miejsce, którego największym bogactwem jest tzw. magiczna aura, pozwalająca niektórym przybyszom rozwinąć w sobie nadnaturalne moce. Konsorcjum Kwiatów odkrywa ten świat i postanawia nad nim zapanować, dlatego też porywa z różnych planet osoby z potencjałem parapsychicznym i osiedla na Troy, mając zamiar stworzyć podporządkowane swoim interesom społeczeństwo. W ten sposób trafia tam także rodzeństwo Tabula i Rasan, pochodzące z Matecznika. Starają się odnaleźć w nowej rzeczywistości i jednocześnie odszukać rodziców, którzy także zostali sprowadzani na Troy, ale jak można się spodziewać, nie jest to łatwe. Wszystko zmienia się w dniu, w którym u Tabuli objawiają się niezwykłe moce – potrafi kontrolować rośliny, ale niestety użycie tych zdolności sprawia, że dziewczyna zapada w sen. Kiedy budzi się po uratowaniu siebie i brata, odrywa, że Rasan zniknął. Ludzie z konsorcjum wyłapują bowiem tych, w których nie rozwinęły się żadne zdolności, żeby wysłać ich do innej pracy. Razem z uratowanym przypadkiem Paralitem z Nieudalii oraz maleńkim smokiem wyrusza w podróż, która nie tylko pokaże jej co z tym światem zrobiło konsorcjum, ale także wplącze wszystkich w wydarzenia, które mogą odmienić całe Troy!



Ta opowieść jest znakomita. Różni się wprawdzie od tego, co czytałem przed laty w „Lanfeuście z Troy” (niestety w moje ręce wpadł wówczas tylko jeden album), ale to nadal ta sama, znakomita seria łącząca Science Fiction i fantasy z komedią przygodową w stylu, w jakim potrafią robić to tylko europejscy twórcy. Zabawa jest więc przednia, czasem z nutą ostrości, czasem z odrobiną pikanterii, równie mocno trzymająca się schematów gatunkowych, co bawiąca się nim – i to tak świetna, że album solidnej przecież grubości, bo liczący 200 stron, pochłania się dosłownie na raz.
 

Bardzo udany scenariusz to jedno, równie dobrze jednak wypada strona graficzna. Także ona jest odmienna od tego, co prezentował niezapomniany „Lanfeust”, w końcu miejsce Didiera Tarquina zajął znany z pracy nad „Aquablue” Ciro Tota. Jego ilustracje są bardziej nowoczesne (choć to głównie zasługa koloru Sébastiena Lamiranda), ale dobrze oddają ducha całego, jakże bogatego przecież uniwersum.



Co warto nadmienić, cztery zebrane tutaj komiksy stanowią nie tylko uzupełnienie głównego cyklu (którego wznowienie zapowiedziane jest już na września), ale także dobre do niego wprowadzenie. Wydarzenia opisane dzieją się na cztery tysiące lat przed „Lanfeustem” i składają się na bardzo dobre, autonomiczne dzieło. Jeśli zatem jeszcze nie znacie uniwersum Troy, teraz pojawiła się doskonała okazja by to zmienić. Polecam, bo to zdecydowanie jedna z najciekawszych nowości sierpnia.


Dimension W #4 - Yuji Iwahara



KOSZMAR WE MGLE



Po poprzednim, najlepszych z dotychczasowych, tomie „Dimension W”, miałem spore oczekiwania odnośnie ciągu dalszego rozpoczętych tam wydarzeń, chociaż jednocześnie już wtedy było jasne, że rozwiązanie akcji nie może dorównać jej zawiązaniu. I tak się stało. Drugo tom opowieści o duchach z jeziora i zamordowanym pisarzu nie robi już tak wielkiego wrażenia, jak część pierwsza, ale nadal to znakomita manga, która czyta się z dużą przyjemnością.



Znany pisarz kryminałów został zamordowany, a ponieważ w grę wchodziły nielegalne ogniwa, do śledztwa dołączył Kyouma. Teraz wszyscy przebwający w hotelu nad nawiedzonym jeziorem ludzie znaleźli się w prawdziwym koszmarze. Uwięziona w zapieczętowanej w „Numerze” chwili katastrofy sprzed 21 lat Mira walczy o przetrwanie. Tymczasem grupa najemników chcąca uprowadzić Marisę -Sakaki wierząc, że to ona jest kluczem do wszystkiego, rozpoczyna atak, wyłączając oświetlenie hotelu, przejmując kontrolę nad policyjnymi dronami i zaczynając ostrzał – także z satelity. Kyouma i pozostali starają się nadal rozwiązać zagadkę śmierci pisarza, ale nie jest to łatwe, kiedy trzeba bronić się i przed ludźmi, i przed upiorami zrodzonymi z mgły. Powoli jednak zaczynają wychodzić na jaw coraz to nowe fakty, które nie tylko rzucają światło na samą zagadkę, ale także pokazują historię ogniw i prawdziwy przebieg tragedii, jaka dwie dekady wcześniej zapoczątkowała obecne wydarzenia…
 

Najlepszym elementem poprzedniego tomu nie były ani sekrety przeszłości Kyoumy, ani też tajemnice „numerów” i ogniw – czyli to, co przewijało się w serii właściwie od początku – a odświeżenie jej za pomocą przeniesienia na grunt horroru połączonego z kryminałem. Zagadki, zarówno zgonu pisarza, jak i tego, co właściwie dzieje się na miejscu, autentycznie fascynowały, ale ponieważ już pod koniec pierwszej części większość z nich została wyjaśniona. Teraz została przede wszystkim akcja i kilka luźnych kwestii, jednak nadal jest ciekawie – przede wszystkim dla czytelników, którym spodobały się pierwsze dwa tomy „Dimension W”.
 

Warto jednak przeczytać do końca tę opowieść. Dzieje się w niej dużo i intrygująco, a przy okazji czytelnicy mogą dowiedzieć się więcej o bohaterach i ich świecie. Całość nie pozwala także nudzić się ani przez chwilę, a po finale wraz pozostaje kilka otwartych kwestii, które ciekawią. Do tego dochodzi sympatyczna szata graficzna, typowa dla mang shōnen i bardzo ładne wydanie. Jeśli więc lubicie młodzieżowe opowieści Science Fiction, będziecie zadowoleni.



A ja dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

 

Jak ciotka Fru-Bęc uratowała świat od zagłady - Anna Baranowska,Tadeusz Baranowski



BARANOWSKI DLA NAJMŁODSZYCH



Komiksy Tadeusza Baranowskiego to już prawdziwa legenda, na której wychowało się kilka pokoleń młodych czytelników. W naszej kulturze popularnej zajmują podobne miejsce, co „Tytus, Romek i A’Tomek” Papcia Chmiela czy dzieła Janusza Christy, i podobnie jak one z jednej strony bawią i uczą dzieci, z drugiej zachwycają także dorosłych czytelników, w których coś z dziecka pozostało. „Jak ciotka Fru-Bęc uratowała świat od zagłady” to jedna z mniej znanych prac autora, ale równie warta poznania, co te najsłynniejsze.



Poznajcie sympatyczne stworzonka, Fruwaczki. Wszystkie Fruwaczki są szczęśliwe, bo włada nimi Kakapo, który chroni swój lud przed Czarnym Ptaszylem, straszliwym władcą ciemności. Niestety pewnego wieczora dwójka zakochanych, Amadynka i Huzarek, zostaje porwana i trafia przed oblicze Ptaszyla, który chce by zdradzili mu miejsc pobytu Kakapo. Jeśli to zrobią, czeka na nich wielka nagroda, jeśli nie, trafią na Mlaskające Bagna, gdzie dokonają żywota. Zakochani nie wydają jednak swego władcy, a choć ich los wydaje się być już przesądzony, za sprawą niejakiego Fryderyka trafiają do Podziemnej Krainy, gdzie każdy zbłąkany wędrowiec może znaleźć dla siebie miejsce.

Tymczasem pozostałe Fruwaczki dowiadują się o porwaniu Amadynki i Huzarka. Kakapo wysyła na ratunek swoich ludzi, ale pomoc zakochanym to dopiero początek misji. W Tęczowej Dolinie gdzieś pośród Smoczych Gór niedługo zakwitnie kwiat zła, a do jego nasiona chce dotrzeć Czarny Ptaszyl. Fruwaczki muszą je odnaleźć i ukryć. Zaczyna się czas próby dla tego małego, ale dzielnego ludu.
 

Ten wydany po raz pierwszy w 1989 roku komiks to bardzo sympatyczna i urocza wariacja na temat „Władcy pierścieni”, przypominająca inne dzieło inspirowane tą powieścią, „Ciemny kryształ” z 1982 roku. Nie jest to jednak opowieść wtórna – Baranowski (razem z Anną Baranowską) przepuścił znane wszystkim motywy przez charakterystyczny dla siebie filtr, chociaż tym razem zrezygnował z absurdalnego humoru i zabaw słownych na rzecz bardziej klasycznego podejścia do historii, i stworzył kolejny komiks wart polecenia czytelnikom w każdym wieku. Pouczający, emocjonujący, lekki, prosty i bardzo przyjemny. Jeśli czytaliście inne dzieło autora, „Historię wyssaną z sopla lodu” (scenariusz do niego napisał Jean Dufaux), wiecie czego możecie się spodziewać.



Podobnie rzecz ma się ilustracjami. Strona graficzna to typowy Baranowski ze wszystkim, co ma najlepszego w swoim repertuarze. Obłe jest tu właściwie wszystko, od postaci zaczynając, na budynkach i roślinach kończąc. Do tego dochodzi też bardzo barwna, ale nieprzesadzona kolorystka i naprawdę znakomite wydanie na papierze kredowym, w twardej oprawie. Jak to dobrze, że za sprawą wydawnictwa Ongrys regularnie wśród nowości pojawiają się kolejne wznowienia dzieł Baranowskiego. Polecam gorąco, naprawdę warto.


środa, 23 sierpnia 2017

Life and Death #1: Predator - Dan Abnett, Brian Albert Thies



ŻYCIE I ŚMIERĆ Z PREDATOREM



Seria „Fire and Stone”, która niedawno ukazała się na naszym rynku, stała się jednym z najbardziej cenionych tytułów z uniwersum Obcych i Predatorów. Nic więc dziwnego, że wydawnictwo Scream Comics poszło za ciosem i zaczęło wydawać jej ciąg dalszy „Life and Death”. I dobrze, że tak się stało, bowiem również ta seria przedstawia się znakomicie i dostarcza dużo dobrej rozrywki miłośnikom dwóch kultowych filmowych bestii.



Ponad rok po wydarzeniach z „Fire and Stone” (i czterdzieści trzy lata po akcji filmu „Obcy: Decydujące starcie”) kolonialni marines przybywają na planetę LV-797, potocznie zwaną Tartarem. Zadanie wydaje się proste – asystować przy zbadaniu nielegalnych działań konkurencyjnej dla Weyland-Yutani spółki, chociaż żołnierze zdają sobie doskonale sprawę, że coś takiego, jak rutynowa misja po prostu nie ma i zawsze coś może pójść nie tak. Jak wiele racji jest w tych słowach, oddział przekonuje się już niedługo. Chociaż czujniki nie wykrywają żadnych dużych istot na powierzchni, wśród drzew czai się niewidoczny dla nich Predator, a to dopiero początek niespodzianek, jakie czekają na LV-797. Kiedy wkrótce komandosi znajdują rozbity statek kosmiczny, a także jednego z ocalałych ludzi, który w panice opowiada jakieś dziwne rzeczy, staje się jasne, że pobyt na Tartarze będzie niczym innym, jak próbą przetrwania polowania i odkrycia z czym tak naprawdę marines muszą się tu mierzyć. Tymczasem Weyland-Yutani jak zwykle zależy nie na ludziach, a przejęciu wraku statku obcych. I to za wszelką cenę…
 

Póki co „Life and Death” bliżej jest do ideologicznej niż fabularnej kontynuacji „Fire and Stone”, jednak nie zmienia to faktu, że to naprawdę udany album. Do tego śmiało można czytać go jako dzieło niezależne od poprzedniej serii, bo w chwili obecnej tym właśnie jest. Co ciekawe, chociaż zebrane tu zeszyty opowiadają o starciu z Predatorem, a właściwie Predatorami, twórcy zadbali o to by całość przede wszystkim przypominała film „Obcy: Decydujące starcie” – a jednocześnie równie blisko jej klimatem także do kultowego filmu o kosmicznym Łowcy ze Schwarzeneggerem. W skrócie, miłośnicy obu filmowych serii otrzymują dokładnie to, czego oczekiwali.



Od strony graficznej „Life and Death” prezentuje się bardzo dobrze. Rysunki są proste, to prawda, ale na tej prostocie i pewnym brudzie bazuje większość klimatu albumu. całość nie jest przekombinowana, twórcy skutecznie poprowadzili historię, a perspektywy na ciąg dalszy wyglądają naprawdę intrygująco. Jeśli więc lubicie „Obcych”, „Predatorów” i „Prometeusza”, „Life ad Death” to komiksy, których nie powinno zabraknąć na Waszej półce. Rozejrzyjcie się więc za nimi wśród nowości.


Kicia robi dym - Ryszard Dąbrowski



RÓŻOWE LANDRYNKI



This bed is on fire with passionate love

The neighbours complain about the noises above

But she only comes when she's on top

James



„Twój weekend” (który swoją droga w tym roku obchodzi 25 lecie swojego istnienia) był pierwszym erotykiem, jaki trafił przed laty w moje nastoletnie ręce. Wtedy nie drukowano w nim komiksów, jedynie jakiś erotyczny humor obrazkowy, ale przecież nie o to chodziło. Jak jednak mógłbym odpuścić sobie zbiór komiksowych shortów tworzonych dla tego pisma na dodatek przez autora, którego lubię? Właśnie. I nie żałuję, choć ich poziom fabularny nie różni się niczym od tego, jaki prezentują przeciętne filmy erotyczne.



Co można powiedzieć o fabule tego zbiorku i poszczególnych epizodów? Właściwie niewiele. Główna bohaterka, stereotypowa biuściasta blondynka pozbawiona mózgu, Kicia, cokolwiek by nie zrobiła, ląduje z kimś w łóżku. Czy to facet, czy kobieta, czy jeden czy więcej, na bohaterkę i czytelników czeka seks w najróżniejszych konfiguracjach. Kiedy bowiem Kicia idzie ulicą, zapatrzeni w nią kierowcy powodują wypadki samochodowe, kiedy biega, kończy w krzakach z przystojnym biegaczem, w łóżku ląduje też na spotkaniach polityków z wyborcami, na wycieczce, w trakcie lotu balonem, podczas prowadzonych przez siebie lekcji biologii, na wizycie u stomatologa czy nawet w trakcie spowiedzi. Kicia da sobie radę z impotentem, dyszącym lordem Vaderem, krasnoludkami czy nawet zwierzętami. Lato to, czy zima, ta dziewczyna zrzuca ubrania i robi dym… a nie? ;)
 

Chociaż „Kicia” to komiks przede wszystkim dla mężczyzn, takich z nadmiarem testosteronu i kompleksów, także kobiety będą mogły pośmiać się w trakcie jego lektury. Na płeć brzydką czeka tu dużo niewybrednych dowcipów, jeszcze więcej erotyki (podanej oczywiście w typowy dla Dąbrowskiego sposób, kreska jest więc cartoonowa a kobiety mają rubensowskie kształty) i naiwne, głupie sytuacje prowadzące do kontaktów intymnych – coś w stylu fantazji tych samców, niegrzeszących wyobraźnią. Płeć piękna dostanie natomiast doskonały powód do śmiania się z mężczyzn i samego autora – z ich idiotyzmu i żałosności (co zresztą dzielić będą z nimi co mądrzejsi faceci).



Znakomicie prezentują się natomiast ilustracje Dąbrowskiego. Bo fabularnie „Kicia” jest, jaka jest. Autor rysuje za to znakomicie, doskonale też tworzy karykatury znanych osobistości – tego nawet tutaj nie mogło zabraknąć (podobnie jak gościnnego udziału Szwędaka i Likwidatora). Do tego album wydany został wręcz wzorowo, wszystkie historie, te małe, różowe landrynki, wydrukowane zostały w kolorze, na dobrym kredowym papierze. Dla fanów twórczości ojca Likwidatora to więc kolejny album, który powinien znaleźć się w ich kolekcji. Podobnie rzecz ma się z miłośnikami takiej niewybrednej erotyki. Reszcie raczej się nie spodoba (chyba, że chcą się pośmiać z głupoty mężczyzn), ale kto wie.



A ja dziękuję wydawnictwu Kameleon za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.