sobota, 30 września 2017

Wspomnienia z martwego domu - Fiodor Dostojewski



WIECZNIE ŻYWE WSPOMNIENIA O MARTWYM DOMU



„Wspomnienia z martwego domu” na pierwszy rzut oka mogą wydawać się w pewnym sensie wariacją na temat najsłynniejszego z dzieł Dostojewskiego, czyli „Zbrodni i kary”, ale w rzeczywistości mamy tu do czynienia z czymś zupełnie innym. Pierwowzorem? Nawet nie o to chodzi, chociaż rzeczywiście „Dom” był pierwszy. Niniejsza powieść, druga zresztą w karierze autora, to przede wszystkim osobisty zapis więziennego życia, nie do końca autobiograficzny, ale przejmujący prawdą i siłą wizji, a także, jak zwykle, psychologiczną głębią.



Zbrodnia i kara. Tego doświadcza Aleksander Pietrowicz Gorianczykow, który za zabójstwo żony zostaje skazany na dziesięć lat katorgi. Jak na szlachcica przystało, pozostaje dumny nawet w obecnej sytuacji i staje się obserwatorem więziennej codzienności. Ciężka praca, mróz, niedostatek, smród, niełatwe warunki, kary cielesne… Gorianczykow stara się odnaleźć w syberyjskiej codzienności, znajdując wspólny język z niektórymi więźniami i opisując wszystko, co wiąże się z doświadczeniami katorżniczej pracy…



Fiodor Dostojewski miał niespełna 30 lat, kiedy Komisja Sądu Wojskowego skazała go na karę śmierci. Wszystko za przynależność do tzw. Koła Pietraszewskiego, gdzie dyskutowano na tematy społeczne i filozoficzne, krytykując przy tym carską politykę. Ostatecznie wyrok zmieniono na cztery lata katorgi, można rzecz, że dosłownie w ostatniej chwili, a pisarz wraz z towarzyszami z Koła trafił do twierdzy w Omsku. I to właśnie wspomnienia z tego okresu stały się podstawą do napisania „Wspomnień z martwego domu”. Powieści bardziej rzekłbym rozliczeniowej, niźli autobiograficznej, choć podobieństw między głównym bohaterem, a Dostojewskim jest zdecydowanie więcej niż można by na pierwszy rzut oka sądzić.



A jak przedstawia się sama powieść? Równie znakomicie, jak pozostałe tego autora. Trudno tu mówić o wczesnym Dostojewskim, bo kiedy „Dom” powstawał, autor miał już na koncie kilka nowel, sporo opowiadań i „Biednych ludzi” – pisarzem natomiast był od dobrych kilkunastu lat. Stylistycznie książka jest więc dojrzała, dobrze poprowadzona, głęboka i treściwa. Nie jest wprawdzie tak obszerna, jak pozostałe utwory Dostojewskiego, jednak absolutnie niczego jej nie brakuje. To literatura z najwyższej półki, wysmakowana, ambitna i piękna. Bardziej analityczna, niż emocjonalna, a jednak emocjonująca. Nie epatująca przemocą ani kontrowersjami, po prostu prawdziwa w swej zwyczajności i skłaniająca do myślenia. Coś, czego absolutnie nie trzeba nikomu polecać, bo Dostojewski to klasa sama w sobie i już jego nazwisko jest najlepszą rekomendacją – niemniej i tak polecam, bo nic lepszego nie przychodzi mi do głowy w ramach podsumowania.



A wydawnictwu MG dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Królowa zbrodni - Andrew Wilson



ZBRODNIA KRÓLOWEJ



Biografie wielu pisarzy skrywają niejedną tajemnicę. Kto z nas nie pamięta choćby o Arthurze Conan Doyle’u i posądzaniu go o bycie Kubą Rozpruwaczem (o to samo oskarżano Oscara Wilde’a), sądzi się też, że Szekspir w ogóle nie istniał, a J.D. Salinger „Buszującego w zbożu” stworzył jako powieść-zapalnik aktywującą uśpionych zabójców. Podobnych przykładów można by mnożyć, ale jednym z najciekawszych sekretów po dziś dzień, choć od śmierci autorki minęło ponad 40 lat, pozostaje epizod z życia Agathy Christie z roku 1926, kiedy to mistrzyni kryminałów zniknęła w tajemniczych okolicznościach na ponad tydzień. Co się wówczas działo? Tego nikt nie wie na pewno, ale Andrew Wilson postanowił spróbować odpowiedzieć na to pytanie, łącząc fakty z literacką fikcją w całkiem niezłą powieść.



Grudzień roku 1926, w powietrzu czuć już atmosferę zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia i część tego nastroju udziela się Agacie Christie. Pisarka kryminałów od dziecka uwielbia ten okres, jednak tym razem jej myśli zaprząta coś więcej. Pierwszą rzeczą jest fakt, że mąż, którego tak bardzo kochała, ma romans z inną kobietą. Drugą uczucie bycia obserwowaną i zagrożoną, choć nie ma pojęcia dlaczego. Wybrała się do miasta na spotkanie ze swoim agentem literackim, teraz czeka na peronie londyńskiego metra, wszystko idzie dobrze, ale nagle, kiedy nadjeżdża skład, czuje na plecach czyjeś ręce. Ktoś spycha ją na tory, na pewną śmierć, a ona nie ma się czego złapać. Uratowana w ostatniej chwili przez pewnego mężczyznę, który podaje się za lekarza, można chyba tak powiedzieć, wpada z deszczu pod rynnę. Wybawiciel z miejsca okazuje się szantażystą, który wie o romansie jej męża i zamierza zmusić ją by wykorzystała swój talent do… popełnienia zbrodni! Od teraz zaczyna się szalona przygoda Agathy Christie, która trafia w sam środek sytuacji, jak z powieści, które sama pisze, i będzie musiała wykorzystać swoją wiedzę, by wybrnąć z tych kłopotów…



„Królowa zbrodni” to powieścią, którą czyta się lekko i przyjemnie. Potrafi przy tym autentycznie zaintrygować, ale nie jest też wolna od minusów. Najciekawsza w tym wszystkim jest bowiem nie akcja, a sama tajemnica zniknięcia Christie, a ten wątek nie zajmuje zbyt wiele miejsca. Autor stara się nas przekonać o autentyczności opisywanej przez siebie sytuacji, ale na staraniach się kończy. Życie pisarki kryminałów nie było tak burzliwe, to w końcu nie jedna z jej powieści. Lepiej wypadłby ten wątek, gdyby ukazać go z innej perspektywy – jako tajemnicę zniknięcia właśnie, połączoną z fikcją, która miałaby szansę okazać się prawdą. Jest jednak, co jest i nie mam większych powodów do narzekań. „Królowa zbrodni” jest lekka pod względem stylu, potrafi wciągnąć i dostarczyć porcji rozrywki. Czasem tyle wystarcza, więc jeśli jesteście miłośnikami twórczości Christie, albo po prostu macie ochotę na niezły kryminał, będziecie bawić się dobrze.



A ja dziękuję wydawnictwu Bukowy Las za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Świat kupek - Terry Pratchett



KUPA… ZABAWY



Terry Prtachett wiecznie żywy – chyba można tak powiedzieć. W końcu tego brytyjskiego autora nie ma już wśród nas od ponad dwóch i pół roku, a jednak jego twórczość nie zniknęła ze sklepowych półek. Ba, obok wznowień wciąż pojawiają się także dzieła czy to niewydane za życia, czy też – jeśli chodzi o polski rynek – wcześniej niepublikowane w danym kraju. Do tej ostatniej kategorii należy „Świat kupek”, uroczy, choć momentami niesmaczny (ale w tym tkwi część jego uroku właśnie!) dodatek do „Świata Dysku”, który po pięciu latach od premiery trafia w ręce czytelników znad Wisły.



Głównym bohaterem książki jest chłopiec o imieniu Geoffrey, który pewnego dnia wyrusza z domu we Włościach do domu Babci w Ankh-Morpork. Jego mama spodziewa się dziecka, a on musi przeprowadzić się na pewien czas, dopóki sprawy się nie poukładają. Czy w takiej sytuacji może zdarzyć się coś niezwykłego? Raczej nie, ale nawet najzwyklejsza rzecz może prowadzić do czegoś niesamowitego. Kiedy bowiem pewnego dnia na głowie Geoffreya ląduje… ptasia kupka, wszystko się zmienia, To niesmaczne wydarzenie zamiast odrzucić chłopca, zapala w jego umyśle jakąś lampkę i ten postanawia stworzyć największą możliwą kolekcję zwierzęcych ekskrementów, i sukcesywnie zaczyna realizować swój zamysł…



Jak wspominałem na początku, „Świat kupek” jest nieco niesmaczny, szczególnie gdy spojrzeć na niego jako na bajkę, którą przecież jest, niemniej zabawa, jaką oferuje jest naprawdę znakomita. Talentu do tworzenia, nawet tak dziwnych opowieści, jak ta, nie można Pratchettowi odmówić. Dużo humoru, zabawa klasycznymi baśniowymi motywami, puszczanie oka do starszego czytelnika… Można wymieniać go długo, liczy się jednak to, że całość czyta się lekko i z przyjemnością, i znakomicie uzupełnia świat zrodzony w wyobraźni autora. „Świat” to bowiem nic innego, jak książeczka, która pojawiła się w „Niuchu” Pratchetta – ulubione dzieło Sama Vimesa Juniora. Miłośnicy „Świata Dysku’ nie mogą więc odpuścić sobie tej lektury – dla tej serii jest ona bowiem tym, czym „Baśnie barda Beedle’a” dla „Harry’ego Pottera” czy „Baśnie osobliwe” dla „Pani Peregrine”



Jak na książkę dla dzieci (a może raczej „dla dzieci”) przystało, całość jest ilustrowana. Urocze, czarnobiałe rysunki Petera Dennisa przypominają te, do których przyzwyczaiła nas klasyka (oczywiście nie rodzima) i znakomicie uzupełniają tekst. Książka prezentuje się więc znakomicie, choć oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie jest to lektura dla wszystkich. Natłok fekalnych elementów może wielu przytłoczyć, jednak miłośnicy Pratchetta i tak powinni przeczytać „Świat kupek”. Co się zaś tyczy czytelników niezaznajomionych z twórczością Brytyjczyka, jeśli czują, że podobna treść jest czymś, co chętnie by poznali, śmiało mogą to zrobić. Oczywiście to fani najwięcej wyniosą z tej lektury, smaczków bowiem w niej nie brakuje, ale i zupełnie nowi odbiorcy mogą bawić się znakomicie. Dlatego też polecam ten tytuł Waszej uwadze, kupa dobrej zabawy gwarantowana.



A wydawnictwu Prószyński i S-ka dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

My Little Pony The Movie. 1000 naklejek



1000 NAKLEJEK I NIE TYLKO



Książeczki z serii „1000 naklejek” to ciekawe publikacje dla najmłodszych. Z jednej strony dostajemy bowiem to, co obiecuje nam tytuł, z drugiej na czytelników czeka tu także solidna porcja zagadek, zadań i zabaw (do rozwiązania których, swoją drogą, potrzebna będzie część naklejek). Jak zwykle szykuje się więc długa zabawa dla miłośników „My Little Pony”, które są bohaterami tej właśnie części serii.



Co znajduje się wewnątrz publikacji? Na samym początku witają nas oczywiście naklejki. Małe i duże, samodzielne i służące w rozwiązywaniu niektórych zadań, kolorowe… Znajdują się na nich wszystkie najważniejsze postacie kinowego hitu, najczęściej przedstawione w kilku różnych ujęciach, a obok nich spotkacie wiele innych elementów, jak choćby serduszka, kwiatki czy pirackie oznaczenie, tudzież wyposażenie. Bo akurat piratów tutaj nie brakuje.

Co się zaś tyczy samych zagadek, to młodzi czytelnicy znajdą w ksiązce wszystko to, czego od podobnej pozycji oczekują. Mamy więc przerysowywanie ilustracji, które uczy samego rysowania, labirynty, szukanie szczegółów, jakimi różnią się dwa obrazki, kolorowanie czy krzyżówki. A to oczywiście tylko część tego, co czeka na młodych miłośników Kucyków.



I właściwie nie trzeba chyba nic więcej dodawać. Dzieci uwielbiają podobne rozrywki, sam je kochałem będąc kilkulatkiem i w dojrzalszej formie cenię nadal. Duża różnorodność zawartości tej publikacji gwarantuje, że młodzi odbiorcy na pewno się nie znudzą, a wyzwania, jakie przed nimi stawia, aktywizują na wiele różnych sposobów. Uczą między innymi podstaw rysowania, logicznego myślenia, liczenia, etc.



A wszystko to oczywiście w bardzo kolorowej, przystępnej, lekkiej i łatwej w odbiorze książeczce, która z pewnością spodoba się dzieciom. Opracowanie graficzne jest bardzo przyjemne dla oka, ilustracji jest tutaj dużo, a samo wydanie także przedstawia się bardzo dobrze. Dzieci dzięki niej uczą się poprzez zabawę, a jednocześnie zyskują dużo naklejek, którymi mogą przyozdobić najróżniejsze przedmioty i powierzchnie.



Czyli otrzymują dokładnie to, czego młodzi miłośnicy „My Little Pony” mogą spodziewać się po tym tytule. Z pewnością będą więc bardzo zadowoleni. Ja ze swej strony polecam.



A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

My Little Pony The Movie: Wodne kolorowanie



KUCYKI WODĄ MALOWANE



Kolejna z książeczek wydanych na fali popularności kinowego filmu, który już w październiku trafi na ekrany, to pozycja, z której z pewnością byłbym zadowolony jako dziecko. Bo jednak jest coś magicznego w wodnych kolorowankach, które ożywają barwami, gdy tylko dotknie się je mokrym pędzelkiem. I ile dostarcza zabawy, mimo że nie pozostawia wyobraźni pola do popisu.



Rainbow Dash, Fluttershy i królik Angel, Applejack, Twilight Sparkle, Spike jako… kolczasta ryba, Rarity i Pinkie Pie jako syreny, księżniczka Skystar, Songbird Serenade i Tempest. Bohaterowie popularnego serialu „My Little Pony” (a także komiksów, gadżetów etc.) powracają za sprawą kinowego hitu. Wyposażeni w swój urok i słodycz, zabierają nas do świata przyjaźni, przygód i niebezpieczeństw. Świata mocno związanego z wodą, jak na wodną kolorowankę przystało, gdzie niektóre z naszych kucyków stały się stworzeniami tam pasującymi (wspomniane już ryby i syreny)! Gotowi na kolejną niesamowitą zabawę w ich towarzystwie?



Pamiętam, jak w dzieciństwie w jednym z pism dla młodych czytelników zobaczyłem czy to reklamę, czy jakąś wzmiankę o wodnych kolorowankach. Pomyślałem wówczas, że to coś wspaniałego – nie potrzeba farb ani kredek, żadnych flamastrów czy mazaków. Wystarczy tylko pędzelek i trochę wody by na naszych oczach powstała gotowa, barwna ilustracja. Tego typu publikacji w swoim życiu spotkałem dwa rodzaje: pierwszym były kolorowanki, które zachowywały kolor, dopóki były mokre, po wyschnięciu znów stawały się czarnobiałe i do zabawy można było wrócić; drugim książeczki, w których ilustracje pokryte były czarnymi kropeczkami barwnika rozpuszczającego się pod wpływem kontaktu z wodą. „My Little Pony The Movie. Wodne kolorowanie” należy do tej drugiej kategorii. Co to oznacza w praktyce?
 

Przede wszystkim więcej wymaga od dziecka. Nie wystarczy bowiem tylko pokryć całej strony wodą, -by uzyskać obrazek. Trzeba oddzielnie zajmować się poszczególnymi elementami, uważać by kolor się nie zmieszał z innym i by nie wyjść z nim poza linie. Zadanie jest więc trudniejsze, ale ciekawsze, a efekt końcowy nie znika po wyschnięciu. Przy okazji każdy z bohaterów książeczki jest krótko omówiony, a dzięki temu w kilku słowach przedstawiona zostaje także treść filmu kinowego, co stanowi dodatkową atrakcję dla miłośników „My Little Pony”. Jeśli do nich należycie, lubicie kolorować i chcecie poznać coś innego, niż tradycyjne malowanki, ta książeczka z pewnością przypadnie Wam do gustu.



A ja dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

piątek, 29 września 2017

Tokyo Ghoul #11 - Sui Ishida



POZA KONTROLĄ



„Tokyo Ghoul” nie zwalnia tempa. Po poprzednich, wypakowanych po brzegi akcją tomach, także jedenasty właściwie od pierwszej do ostatniej strony skupia się na pełnych walk i niebezpieczeństw wydarzeniach. Sytuacja jest jednak tak patowa, że nie ma możliwości na pozytywne jej rozwiązanie. A może jednak?



Doktor Kanou uciekł. Yomo zabrał Rize. Kaneki, który wzmocnił się poprzez kanibalizm, zaczyna doświadczać skutków ubocznych tej formy żywienia się. Chociaż jego sił znacząco wzrosła, a on sam włada różnymi rodzajami kagune, zupełnie postradał zmysły i stał się pełną wściekłości maszyną do zabijania. Do walki z nim staje inspektor BSG Shinohara, uzbrojony w pancerz, a żaden z nich nie zamierza ustąpić, co oznacza, że jeden będzie musiał zginąć. Jakie będą konsekwencje tych wydarzeń? Czy Kaneki pozna wreszcie prawdę o szefie Anteiku i jego tajemniczej przeszłości? Co z Drzewem Aogiri? I co będzie z przyjaciółmi Kanekiego teraz, kiedy ten nie panuje nad sobą i nie odróżnia ich od wrogów?

Tymczasem walka między ghulami a inspektorami nabiera tempa. Akira i Amon mierzą się z Nakim, który nie jest jednak w tej walce osamotniony. Jednocześnie Juuzou z typową dla siebie psychopatyczną fascynacją znęca się nad ghulimi bliźniaczkami. Powoli zaczyna wychodzić na jaw jego długo skrywana przeszłość…
 

Dużo mroku, dużo walk, dużo krwi, wypruwania wnętrzności i okaleczania przeciwników. Tak mniej więcej przedstawia się główna akcja tego tomu „Tokyo Ghoul”. Spokojnie, jeśli stęskniliście się za humorem, choćby i czarnym, autor przygotował na sam koniec dodatek z solidną jego porcją – własne wersje klasycznych baśni przepuszczonych przez charakterystyczne dla serii filtry i z jej bohaterami w rolach wszystkim znanych postaci (Kaneciuszek!).



Najciekawiej jednak przedstawia się motyw samej walki. Pytań przybywa, wątpliwości wsączają się w serce Kanekiego, od kiedy na jaw wyszło kilka intrygujących kwestii, przede wszystkim jednak największe wrażenie robi akcja. Tak brutalnie dawno nie było, a zachowania bohaterów pokazują, że nie ma tu jedynej słusznej strony konfliktu. Do tego szybkie tempo gwarantuje znakomitą zabawę, a świetna strona graficzna doskonale wszystko uzupełnia. Jak dla mnie znakomita manga, udane przeniesienie młodzieżowego shōnen na dojrzalszy (i krwawszy) grunt. Polecam.



A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.


My Little Pony The Movie: Szukaj i znajdź - Adrianna Zabrzewska


FILMOWE SZUKANIE KUCYKÓW



„My Little Pony” podbijają właśnie kinowe ekrany. Z okazji nowego filmu, jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, na rynku pojawiło się mnóstwo najróżniejszych gadżetów i książek. Jedną z nich jest ta właśnie pozycja – uroczo zilustrowana książka typu „Szukaj i znajdź”, która jednocześnie przybliża nam treść filmu, a także oferuje uroczy bonus w postaci figurki Tempest.



A kimże jest owa Tempest? Dla niewtajemniczonych, jednorożcem, który w młodości stracił swój róg. Nie mogąc używać magii, coraz bardziej popadała w obsesję na tym punkcie, aż po latach niejaki Storm King obiecał jej przywrócić róg w zamian za pomoc w zdobyciu Equestrii!

Akcja przenosi się do Canterlotu, gdzie trwają obchody Festiwalu Przyjaźni, na który ściągają kucyki z ze wszystkich stron świata. Gdy wszyscy czekają na moment, w którym światła księżyca i słońca oraz blask zorzy za sprawą połączonej magii księżniczek stworzą idealny świetlny show, mający uświetnić główną atrakcję, nad miastem zbierają się czarne chmury i pojawia się Tempest po czym po kolei atakuje księżniczki. Tylko Twilight Sparkle udaje się uciec. Wraz z przyjaciółkami wyrusza więc na poszukiwania Królowej Hipopotamów, która może im pomóc. Ale czy na ratunek nie jest już za późno? I czy moc przyjaźni także i tym razem ocali wszystkich?
 

„My Little Pony The Movie. Szukaj i znajdź” to zdecydowanie jedna z najlepszych, jeśli nie najlepsza, pozycji przybliżających fabułę kinowego hitu. Książka robi to w prosty, ale interaktywny sposób. Tekstu nie jest dużo, w sam raz do samodzielnego czytania, a dodatkowo w trakcie lektury czytelnik musi zaangażować się w poszukiwanie szczegółów. W ten sposób po części bierze udział w opisywanych wydarzeniach, bawiąc się jeszcze lepiej, niż tylko przy lekturze.
 

Do tego dochodzi znakomite wydanie w twardej oprawie i wspomniana figurka Tempest, mniejsza nieco niż standardowe zabawki znane choćby z serii „Bajeczka z modelem”, ale nadal świetnie wykonana i urocza. Całość wypada więc znakomicie i warta jest polecenia małym miłośnikom „My Little Pony”, zarówno jako uzupełnienie filmu, jak i samodzielne dzieło. Dobra, mądra zabawa gwarantowana.



A ja dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

My Little Pony: Atlas świata - Adrianna Zabrzewska



GEOGRAFIA ŚWIATA KUCYKÓW



Przyznam, że kiedy zamawiałem tę pozycję, spodziewałem się czegoś zupełnie innego. Myślałem, że będzie to normalnych rozmiarów książka, kolorowa i prosta, tymczasem dostałem pełnoprawny atlas wymyślonego świata w dość kompleksowy sposób pochodzący do tematu, na dodatek wydrukowany w bardzo dużym formacie i wydany w twardej oprawie. I to atlas, który nie ogranicza się tylko do miejsc z różnych stron wymyślonego świata!



Witajcie w Equestrii i wraz z przesympatycznym smokiem Spike’iem, zanurzcie się w świat kucyków! Na początek wasz przewodnik zabierze Was, oczywiście, do Ponyville, gdzie między innymi odwiedzicie Zamek Przyjaźni, Cukrowy Kącik, farmę Sweet Apple, Bazę Znaczkowej Ligi czy nawet stację kolejową. W dalszej drodze czeka na Was Las Everfree,  a w nim takie miejsca, jak Chatka Zecory czy Zamek Dwóch Sióstr, a zaraz potem mamy Clousdale, gdzie mieści się Fabryka Pogody, akademia i dom rodzinny Fluttershy. Na tym oczywiście nie koniec! Kolejnym przystankiem na mapie jest bowiem Canterlot, a tam mamy przecież zamek i Szkołę dla Utalentowanych Jednorożców, zaraz po nim odwiedzicie Kryształowe Królestwo, Manehattanm gdzie znajdziecie między innymi Hotel Manefair, a na tym, oczywiście, ta podróż się nie skończy. Smokolandia, Appleloosa, ranczo Cherry Hill, Las Pegasus i wiele, wiele innych miejsc czeka jeszcze na dzielnych podróżników, którzy zechcą je odwiedzić, a to jeszcze nie wszystko!



Co jeszcze zatem czeka tu na czytelników? Oczywiście jeszcze więcej miejsc, a wszystkie one opisane, przedstawione i uzupełnione o ciekawostki. O samych postaciach także znajdzie się słowo czy dwa, ale największym zaskoczeniem było dla mnie to, że ten pięknie wydany album posiada bonus w postaci figurki Spike’a. niby drobiazg, a jednak cieszy – i to jak bardzo.
 

Całość jest oczywiście prosta i lekka, opisy nie są szczególnie rozbudowane, a grafiki w dużej mierze pochodzą z serialu, ale to nie są minusy. Dla dzieci takie opracowanie jest znakomite, interesujące i we wspaniały sposób uzupełnia świat wymyślony. Pamiętam jak sam będąc kilkulatkiem z fascynacją siedziałem nad mapami Kaczogrodu z „Kaczora Donalda”, szukając ulubionych miejsc, bohaterów etc., a emocje te przypomniały mi się w trakcie lektury tego atlasu.



Co warto jeszcze zauważyć, to znakomite wydanie niniejszej książki. duży format (27.8 cm x 37.9 m) robi wrażenie, do tego mamy twardą oprawę, całkiem sporą ilość stron (ponad sto), znakomite, kolorowe wnętrze i wspomnianą już figurkę Spike’a. Album, bo tak wypada go nazwać, pięknie prezentuje się na półce i wygląda tak, że chce się po niego sięgnąć  - i wracać. Po prostu znakomita propozycja dla miłośników My Little Pony, nie tylko tych najmniejszych. Polecam gorąco.



A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

 

czwartek, 28 września 2017

Gnat #2: Kant kontratakuje, czyli przesilenie - Jeff Smith


REWELACYJNY GNAT



Chociaż to „Wielki krowi wyścig”, opowieść, która znalazła się w pierwszym tomie „Gnata” jest uznawany za najlepsze, co do zaoferowania ma ta seria, „Kant kontratakuje, czyli przesilenie” nie zawodzi. To właściwie komiks równie dobry, co jego poprzednik, w rewelacyjny sposób bawiący się motywami z literatury fantasy, disnejowskich bajek, komiksów, a nawet filmów, i wspaniale kontynuujący opowieść o przesympatycznych, choć uciążliwych Gnatach.



Jeszcze całkiem niedawno temu Chwat Gnat wiódł spokojne życie z Gnatowie, ale przez machlojki swojego kuzyna, Kanta, wraz z towarzyszącym im Chichotem, musiał w popłochu uciec w wielki świat. W ten sposób trafił do Doliny, gdzie wmieszał się w kolejne kłopoty, ale na tym nie koniec. Po wielu perypetiach odnalazł kuzynów, zdobył przyjaźń pięknej Zadry, poznał jej babcię spotkał nawet smoka!, jednak teraz czeka go kolejna szalona przygoda. Gdy Kant i Chichot zostają w karczmie, gdzie muszą zmierzyć się z wyzwaniem, od którego zależy ich wolność, Chwat, Zadra i jej babcia wyruszają na wyprawę. Ta jednak bynajmniej nie należy do bezpiecznych. Ledwie wszystko się zaczyna, a już napadają na nich wysłannicy Króldoka, szczurostwory. A to zaledwie wstęp do tego, co ich czka. Kim jest tajemniczy Zakapturzony? Jakie jest przeznaczenie bohaterów? I co tak naprawdę dzieje się w Dolinie?
 

Nie na wszystkie pytania dostajemy jeszcze odpowiedź, ale trzeba przyznać, że drugi tom „Gnata” jest równie rewelacyjny, co pierwszy. Nic w tym jednak dziwnego. Ta seria, inspirowana klasyką, w szczególności „Władcą Pierścieni” J. R. R. Tolkiena, zdobyła w końcu dziesięć nagród Eisnera i jedenaście Harveya – a to dwa najważniejsze wyróżnienia komiksowe w Stanach. I chociaż pozornie fabuła dzieła Jeffa Smitha wydaje się prostą, baśniową opowiastką, gdzie cartoonowi bohaterowie zmagają się z problemami w realiach fantasy, szybko okazuje się, że tkwi w tym wszystkim coś więcej. Co? Przede wszystkim pewna magia, taka magia z dzieciństwa przeniesiona na dojrzalszy grunt. Do tego dochodzi też hołd wszystkim tym dziełom, które tak doskonale znamy i kochamy. Hołd, który trafia bardziej do serca niż umysłu – i ja to w stu procentach kupuję.
 

A wszystko to naprawdę ujmująco zilustrowane. Delikatna, cartoonowa kreska, mocno disnejowska, choć jednocześnie bardzo czerpiąca z dzieł komiksowych starszych, niż filmy Disneya, stonowany kolor i dziwny urok, którego nie sposób do końca ująć słowami. Rysunki doskonale współgrają z treścią – bywają mroczne, bywają zabawne, bywają też urocze i słodkie. Po prostu super.



Dobrze więc się stało, ze „Gnat” po latach trafił w końcu na nasz rynek – i to w rewelacyjnie wydanych zbiorczych tomach. Te komiksy czyta się jednym tchem, na dodatek ich lektura budzi w sercu nostalgiczną tęsknotę za dzieciństwem i ówczesną, nieskrępowaną niczym wyobraźnią, a to uczucia bezcenne. Dlatego polecam Wam tę serię bardzo, bardzo gorąco, oby więcej było takich nowości na naszym rynku.


Bajeczka z modelem. My Little Pony: Pora na czas - Klaudyna Cwynar



PORA NA… TWILIGHT SPARKLE!



Druga z wydanych we wrześniu książeczek z serii „Bajeczka z modelem”, przedstawiająca przygody bohaterów serialu animowanego „My Little Pony” to, znów, publikacja urocza, mądra i przyciągająca wzrok młodych czytelników. I, tak jak to obiecuje już sama nazwa serii, oferuje nie tylko porcję bogato zilustrowaną lekturę dla najmłodszych, ale także model. A dokładniej kartonowe drzewo do złożenia oraz plastikową figurkę głównej bohaterki niniejszej opowieści.



Tym razem postacią wiodącą jest Twilight Sparkle. Pewnej nocy w Bibliotece Złotego Dębu smoka Spike’a budzi odgłos kroków Twilight. Klaczka planując swoje zajęcia z miesięcznym wyprzedzeniem, zapomniała wygospodarować nieco czasu na… zaplanowanie prac na kolejny miesiąc! Ale to nie jedyny problem. Nagle w bibliotece rozbłyska magiczne światło i pojawia się tajemniczy kucyk w podartych ubraniach i z piracką opaską na oku. Tajemniczy? Nie tak bardzo, wystarczy mu się przyjrzeć, to bowiem nikt inny, tylko… Twilight Sparkle. Ale jak to możliwe, że jest ich dwie? Okazuje się, że klaczka, która właśnie się zjawiła, pochodzi z przyszłości, a dokładniej z następnego wtorku, i ma do przekazania… Niestety, zanim może powiedzieć, co tak ważnego sprowadziło ją tutaj, znika. Twilight z teraźniejszości zaczyna zastanawiać się co takiego się wydarzy, że będzie musiała to zrobić. Czyżby miała zapobiec jakiejś katastrofie? Czas dowiedzieć się co skrywa… czas!
 

Muszę przyznać, że ten tomik „Bajeczki z modelem” jest zdecydowanie bardziej dojrzały niż publikacja z Pinkie Pie. Zaczynając od fabuły, opartej zresztą na jednym z odcinków serialu, która już sama w sobie jest ciekawa – choć oczywiście prosta, przeznaczona dla dzieci i z moralizatorską nutą – warto zauważyć przede wszystkim, że model do złożenia jest dość skomplikowany. Biblioteka Złotego Dębu, bo to właśnie ją możemy stworzyć z kartonowych elementów, wymaga sporej dozy zręczności i wprawy, ale satysfakcja ze zbudowania czegoś takiego jest oczywiście większa. Model jest czarnobiały, dlatego dziecko ma dodatkowe zadanie pokolorowania go – farbami i kredkami, ze względu na śliski papier nie ma to chyba większego sensu, ale mazaki sprawdzą się w tym przypadku naprawdę znakomicie.



Do tego dochodzi plastikowa, urocza i znakomicie wykonana figurka Twilight Sparkle, a także kolorowe, sympatyczne wnętrze książeczki. Wszystko tu jest słodkie, cukierkowe i urocze. Dokładnie takie, jakie być powinno w publikacjach dla najmłodszych. Czy trzeba czegoś więcej? Chyba nie, dlatego jeśli Wasze pociechy uwielbiają „My Little Pony”, ten tytuł – jak i pozostałe z serii – będą dla nich znakomitym prezentem. Polecam.



A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.


Bajeczka z modelem. My Little Pony: Wielka tajemnica Pinkie Pie -Klaudyna Cwynar



RÓŻOWO MI



Seria „Bajeczka z modelem” to kolejny przykład na to, jak wiele może w sobie skrywać naprawdę niepozorna książeczka. Bo tylko spójrzcie na nią – niewielka, cienka, w środku krótka opowiastka, w której tekstu podanego dużą czcionką jest niewiele, tyle samo co ilustracji. Ale to nie w prostej historyjce tkwi siła tej publikacji, a w jej dodatkach – uroczej figurce i modelu Cukrowego Kącika do samodzielnego złożenia oraz ozdobienia! Gotowi na szaloną, różową zabawę?



Spójrzmy jednak najpierw na fabułę. Bohaterką książeczki jest, oczywiście, różowa klaczka Pinkie Pie, która bliska jest pobicia babeczkowego rekordu, kiedy w sklepie zjawia się pani Cake. Nadszedł bowiem list z zamówieniem specjalnym, a to okazuje się nieść ze sobą nieoczekiwaną, acz radosną nowinę. Shining Armor i księżniczka Cadence przyjeżdżają z wizytą, ale nie to jest w tym wszystkim najważniejsze. Otóż książęca para spodziewa się dziecka! Pinkie Pie z miejsca chce poinformować o tym fakcie każdego, kogo tylko się da, ale niestety – informacja ta musi pozostać w sekrecie! Jak ma z tym poradzić sobie różowa klaczka? Właśnie! Wybiera się do Zamku Przyjaźni, ale nawet tam przyjaciółki przekonują ją, że nie może od tak psuć niespodzianki i mówić, nawet im, tego, czego nie powinna. By się nie zdradzić, Pinkie postanawia zamknąć się w domu na jeden dzień, jaki pozostał do przyjazdu. Niestety obiecała rozwieźć ciastka, a co za tym idzie, będzie musiała wejść w interakcje z innymi kucykami. Czy zdoła dochować tajemnicy? I jakie przygody na nią czekają?
 

Fabuła książeczki oparta jest na jednym z odcinków serialu, miłośnicy „My Little Pony” nie będą więc zaskoczeni jej fabułą, ale nie o to przecież chodzi. Treść jest ciekawa, lekka, prosto przedstawiona, przyjemna w odbiorze i oferująca konkretne przesłanie, ważniejsze są jednak dodatki – bo w końcu przede wszystkim dla nich sięga się po tego typu publikacje.



Pierwszym z nich jest figurka Pinkie Pie, wcale nie taka mała, plastikowa, dobrze wykonana prezentuje się naprawdę ładnie. I z miejsca rzuca się w oczy, jako że jest przytwierdzona do okładki. Drugi dodatek natomiast to model miejsca pracy tej właśnie bohaterki, Cukrowy Kącik. W środku publikacji znajdziemy sześć plansz z kartonowymi elementami do wydarcia i samodzielnego złożenia. Co więcej, model jest czarnobiały, zatem dzieci, poza samym stworzeniem Cukrowego Kącika, mogą go pomalować i przyozdobić wedle fantazji. Zabawa z tą publikacją jest więc znakomita, wciągająca, a przede wszystkim wartościowa!



Jeśli szukacie ciekawej książeczki dla najmłodszych, książeczki, która oferuje o wiele więcej, niż tylko sympatyczną lekturę, „Bajeczka z modelem” to strzał w dziesiątkę. Ładnie wydana, świetnie przygotowana… Po prostu warto ją poznać!



A ja dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.


Księga nocnych kobiet - Marlon James



KOBIETY W MROKU



Być może i „Krótka historia siedmiu zabójstw” Marlona Jamesa w ostatecznym rozrachunku okazała się powieścią w pewnym stopniu przereklamowaną, jednak w żadnym stopniu nie da się powiedzieć tego o „Księdze nocnych kobiet”. Wydane w oryginale niemal dekadę temu dzieło, które już 11 października ukaże się na naszym rynku, to pozycja absolutnie wspaniała. Wymagająca, ale satysfakcjonująca, zachwycająca głębią i siłą przerażającej wizji, jaką autor podaje nam bardzo specyficznym językiem społecznych nizin.



Główną bohaterką „Księgi” jest dziewczyna zwana Lilit, która przychodzi na świat w roku 1785 wśród czarnoskórych niewolników na jamajskiej plantacji cukrowej. Jej matka umiera przy porodzie, a dziecko właściwie skazane jest na śmierć. Trafia jednak pod opiekę kobiet, aż wyrasta na pyskatą, twardą i zaciekłą buntowniczkę. Ale dla kogoś takiego, jak ona życie niewolnicy jest szczególnie trudne – tym bardziej, że jest potomkinią czarnej kobiety i białego mężczyzny. Choć jako dziecko bawi się także z białymi, szybko przekonuje się, jak konwenanse i różnice społeczne potrafią zmienić się dosłownie z dnia na dzień. Co więcej poznaje także najbrutalniejszą stronę świata, w którym przyszło jej wieść życie. Czy jednak na pewno musi tu żyć? Grupa określająca siebie mianem Nocnych Kobiet chce wszcząć bunt, Lilit może być ich dobrym sprzymierzeńcem, ale jednocześnie jej lojalność białemu massa może stanowić dla nich wielkie zagrożenie…



Na pierwszy rzut oka jest to powieść dziwna. Dziwnie napisana, brudna, bezlitosna, przypomina wspomnienia niewykształconej kobiety, spisane na szybko językiem, jakim na co dzień posługiwali się niewolnicy. To oczywiście pozory, bo stylistycznie „Księga Nocnych Kobiet” jest wspaniała, liryczna, w pewnym stopniu trudna w odbiorze, to prawda, ale piękna. Potoczna mowa, mowa czasem wulgarna, czasem boleśnie wręcz dosadna, ukazuje talent i wielkość autora (przy okazji nie można zapomnieć o pracy tłumacza, który całość rewelacyjnie przełożył na polski). Czasem nawet można odnieść wrażenie, że to ona jest prawdziwą siłą powieści, jakby górowała nad treścią. Ale to tylko pozory, bowiem treść także ma swoją wielkość.



W jej przypadku jest podobnie, jak ze stylem. Nie ma tu skomplikowanej akcji, nie ma też wielkich wydarzeń, jest natomiast prawda – i przejmujący obraz niewoli. Najgorszych ludzkich instynktów, odrzucenia, okrucieństwa… Pomiędzy tym widać jednak nadzieję, i pragnienie wolności, walkę o nią (tylko czy nie skazaną na porażkę?) oraz pewną oniryczną nutę.



Lektura „Księgi Nocnych Kobiet”, choć niełatwa, wywołuje wiele emocji, satysfakcjonuje i skłania do myślenia. Ambitni czytelnicy otrzymają powieść, która dostarczy im solidnej porcji ważkiej rozrywki. Lepszej, niż wspomniana „Krótka historia siedmiu zabójstw”. Dlatego polecam gorąco, ta książka absolutnie warta jest poznania.



A Wydawnictwu Literackiemu dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Tokyo Ghoul #10 - Sui Ishida



CZY GHUL MOŻE BAĆ SIĘ DUCHÓW?

 

Dziesiąty tom „Tokyo Ghoul” powraca do szybkiego tempa, walk i dużej ilości akcji wylewającej się praktycznie z każdej strony. O nudzie nie ma więc mowy, do tego jest krwawo i brutalnie, ale na tym nie koniec. Na miłośników serii czeka wiele zaskoczeń, na jaw wychodzą coraz ciekawsze fakty, a całość zmierza w bardzo ciekawym kierunku.

 

Czarny królik. Tak nazywany jest ghul w króliczej masce, który morduje funkcjonariuszy. Jest niezwykle potężny i nieuchwytny. Interesuje się nim zarówno BSG, jak i Kaneki, do którego dotarły wieści na jego temat, ale to nie jedyny wspólny cel – wszyscy poszukują bowiem doktora Kanou, który przeszczepił Kanekiemu narządy Rize. Tajemnice, jakie kryje chirurg mogą odmienić wszystko, co do tej pory sądzono, ale pytanie: na lepsze, czy na gorsze.

To jednak nie koniec kłopotów. BSG zaczyna interesować się Kanekim, dowiedziawszy się o przeszczepie narządów. Sytuacja jest o tyle trudna, że nie mają pojęcia czy jest on ghulem czy nie, a co za tym idzie nie wiedzą, jak traktować taki niecodzienny przypadek. Niestety na niekorzyść chłopka przemawia fakt, że zniknął przed sześcioma miesiącami.. funkcjonariusze wybierają się zbadać sprawę do Anteiku, co może narazić na niebezpieczeństwo całą społeczność dobrych ghuli. Do tego obecnie w BSG pracuje Hideyoshi, najlepszy przyjaciel Kanekiego…

 

Seria zaczyna wkraczać w decydującą fazę. Powracają postacie z przeszłości, zagrożenie zbliża się do bohaterów, a co za tym idzie zbliża się także wielkie rozliczenie. Póki co jednak akcja wciąż się zagęszcza, pytań nie brakuje, a mi, czytelnikowi coraz trudniej jest zdecydować komu kibicować w tej sytuacji. Bo przecież ghule zdobyły moją sympatię, ale polubiłem także wielu funkcjonariuszy BSG. Fakt, że opowieść ta nie może skończyć się dobrze, tylko bardziej podsyca moją ciekawość.

 


Co warto zauważyć, tom dziesiąty oferuje więcej humoru niż poprzednie. Kilka znakomitych scen z jednym z bohaterów, który, choć sam jest potworem, boi się duchów potrafi rozbroić. Nadal jednak króluje krwawa akcja, szybkie tempo i klimat, który w dużej mierze zawdzięczamy ilustracjom. Rysunki autora są mroczne, realistyczne i dobrze dobrane do treści, a całość czyta się szybko i po prostu znakomicie.

 

Szkoda więc, że to już dziesiąty tom. Jeszcze cztery i „Tokyo Ghoul” dobiegnie końca. Z drugiej strony jednocześnie zacznie się „Tkoyo Ghoul: re” więc zabawa tak szybko się nie skończy. I dobrze, bo to naprawdę udana seria, którą polecam Waszej uwadze.

 

A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.


środa, 27 września 2017

Tokyo Ghoul #9 - Sui Ishia



TOKYO BSG



Ten tom zamiast „Tokyo Ghoul” powinien się raczej nazywać „Tokyo BSG”. Przez połowę komiksu, czyli przez dobre sto stron nie pojawia się bowiem żaden z głównych bohaterów historii, a zamiast nich obserwujemy działania i losy funkcjonariuszy walczących z ghulami. Zaczyna się więc nowy etap całej opowieści, nieco inny charakterem, ale nadal udany.



Od wydarzeń opisanych w poprzedniej części serii minęło pół roku. Po walkach z drzewem Aogiri, zasługi wielu inspektorów na tym polu zostają docenione, wielu z nich awansuje, w tym także Amon, który dostaje nietypowego partnera – Akirę Mado, córkę swojego dawnego przełożonego i mentora. Ich wzajemne relacje układają się w dziwny sposób, ale wydają się mimo wszystko doskonale do siebie pasować. Juuzou  również otrzymuje awans, a co za tym idzie wreszcie dostanie swoje własne quinque. Czyżby nastał czas spokoju? Nic bardziej mylnego. BSG prowadzi jednocześnie śledztwo w sprawie serii tajemniczych ataków na zgromadzenia ghuli. Ktoś poluje na nie i morduje, i na dodatek robi to jakiś ghul. Śledztwo zaprowadzi Amona do Cochlei, przerażającego więzienia dla ghuli, gdzie będzie musiał stawić czoła swojej własnej przeszłości…

Tymczasem Kaneki, który opuścił Anteiku razem z Tsukiyamą i Banjou prowadzi własne śledztwo. Chce się dowiedzieć wszystkiego o Rize i tym, co spotkało jego samego, bowiem jak się okazuje nic nie jest takim, jakim się wydawało. Jednocześnie zaczyna prywatną wendettę…
 

W dziewiątym tomie „Tokyo Ghoul” przez dobrą połowę opowieści nie widzimy żadnego z głównych bohaterów. Obserwujemy konsekwencje ich czynów, nie mniej Kaneki ani nikt inny nie pojawia się na stronach. Takie oczekiwanie, w towarzystwie agentów BSG, na powrót ulubionych postaci podsyca tylko naszą czytelniczą ciekawość. Co się z nimi dzieje? Jak się zmienili? To jednak nie jedyne pytania, jakie padają, a całość nie zapomina także o szybkiej, krwawej akcji i typowych dla siebie elementach grozy.



Dobrą fabułę zdobi oczywiście także znakomita szata graficzna. Może autor i jego asystenci nazbyt posiłkowali się komputerem, ale dzięki temu tła są bardzo realistyczne, dopracowane w najdrobniejszych szczegółach i fotorealistyczne. Wszystko też jest odpowiednio brudne, choć bywa też urocze, a przede wszystkim bardzo klimatyczne. I dynamiczne. Mangę ogląda się z przyjemnością, znakomicie także się ją czyta. W skrócie, „Tkoyo Ghul” to dobry, lekki, wyładowany po brzegi akcją, krwawy horror opowiedziany z perspektywy potworów, choć, jak widać po tym tomie, nie tylko. Jeśli lubicie podobne klimaty, polecam gorąco.



A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.


wtorek, 26 września 2017

Tokyo Ghoul #8 - Sui Ishida



ZABIĆ W POŁOWIE     



Po nieco słabszym tomie siódmym, „Tokyo Ghoul” wraca na właściwe tory. Znów jest więcej mroku, więcej krwi, więcej niebezpieczeństw, a akcja nie zawalania od pierwszej do ostatniej strony. Wrzucony w sam jej środek czytelnik nie tylko nie ma chwili na znudzenie się, ale także nie zamierza przerywać lektury.



Kiedy Kaneki został porwany przez organizację Drzewo Aogiri, wydawał się, że nie ma dla niego nadziei. Pokonany, torturowany i okaleczany, balansował na granicy szaleństwa i śmierci, a jednak wydarzenie to sprawiało, że zmienił się nie do poznania. Wyzwoliła się w nim niesamowita siła, której nie potrafił przeciwstawić się nawet jego potężny oprawca. Teraz chłopak wyzwolił się i zaczyna walkę z organizacją, ale sytuacja jest o wiele bardziej skomplikowana, niż się początkowo wydawało. Z Anteiku z pomocą wyruszyły mu zaprzyjaźnione ghule, jednak Touka spotyka tu swojego brata. Dochodzi do walki między nimi, a właściwie rzezi…

Tymczasem oddziały policji i BSG przypuszczają atak na kryjówkę Aogiri. Jednakże pojawia się legendarny ghul nazywany Sową. Przed laty był niepokonany, w końcu po wielu trudach BSG zwyciężyło, ale był to pozorny sukces. Teraz przeciwnik powraca i nawet funkcjonariusze wiedzą, że starcie z nim to samobójstwo…
 

Poprzedni tom „Tokyo Ghoul” wprowadził ciekawy wątek z przeszłością Kanekiego, w tym otrzymujemy retrospekcje Touki, jej dzieciństwo, relacje z bratem i tragedie, których doświadczyła – jak wszyscy chyba przedstawiciele tej rasy. Przy okazji zakończony zostaje wreszcie wątek z organizacją Aogiri, a na dodatek kończy się tu pewien etap historii Kanekiego. Wiemy jednak, co będzie dalej – bohater wprost to zapowiada, ale co z tego wyniknie, pokaże przyszłość.
 

Wracając jednak do tomu ósmego, jak zwykle dzieje się tu dużo, szybko i w przyjemnym stylu. Komiks czyta się jednym tchem, w odróżnieniu od poprzedniej części więcej jest tym razem mroku, krwi i brutalności. Kaneki mszcząc się na bracie Touki decyduje się zabić go połowicznie, a co to znaczy i co ze sobą niesie, przekonajcie się sami. Jeśli podobały Wam się poprzednie tomy, nie zawiedziecie się, bo i fabuła jest udana, i szata graficzna także cieszy oczy. Ja ze swej strony polecam.



A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.