wtorek, 31 października 2017

Duch Gaudíego - El Torrres, Jesus Alonso Iglesias



KOD GAUDIEGO



Ten komiks nie ustrzeże się porównań do „Kodu Leonarda da Vinci”. W obu przypadkach mamy zagadkę zbrodni, zabytki odgrywające ważną rolę w rozwoju akcji i legendarny twórca, który, choć od dawna zmarły, pozostaje w centrum zainteresowania. A wszystko to w pełnej tajemnic opowieści w klimatach hollywoodzkich przebojów.



Jak na pełen akcji dreszczowiec, wszystko zaczyna się od trzęsienia ziemi. Czyjaś zakrwawiona dłoń, zakrwawiona książka o Gaudím i mapa z zakreślonymi zabytkami stworzonym przez tego artystę. Jaki z tym wszystkim będzie miała związek Antonia, młoda kasjerka z supermarketu? Zmęczona pracą kobieta niczego jeszcze nie podejrzewa, ale kiedy czekając na przejściu dla pieszych widzi, jak pewien starszy mężczyzna wchodzi pod koła nadjeżdżającego samochodu, bez wahania ratuje mu życie. Zostaje ranna, trafia do szpitala, jednak coś w tym wszystkim się nie zgadza – i to bardzo. Każdy twierdzi, że na miejscu nie było żadnego mężczyzny, a Antonia od leżącej z nią na sali kobiety słyszy ciekawą opowieść o Gaudím. Gaudím, który dokładnie w tym samym miejscu został przed laty potrącony przez tramwaj – było to około roku 1920, a artysta był wówczas… staruszkiem. Czyżby na miejscu wypadku zdarzyło się coś nie z tego świata? I co znaczyły słowa uratowanego, który powiedział, że będzie musiał poprosić ją o więcej?

Tymczasem dochodzi do zbrodni. Ktoś zamordował pewnego człowieka, po czym przeniósł jego ciało do jednego z zabytków Gaudíego, wywlekł wnętrzności i zostawił zagadkową wskazówkę. Sprawę bada inspektor Calvo, ale to dopiero początek dziwnych wypadków. W te zaś szybko zostaje zaangażowana Antonia, kiedy na je oczach morderca wyrzuca ciało kolejnej ofiary. Jednakże ani ona, ani też policjanci nie mają najmniejszego pojęcia do czego doprowadzi ich ta sprawa…
 

I w takim właśnie klimacie utrzymana jest całość. Szybka akcja osadzona między hiszpańskimi zabytkami (Sagrada Família także, oczywiście, się pojawia) stworzonymi przez Gaudíego, jego duch przewijający się przez strony komiksu, malownicze plenery, urzekające budowle i mniej lub bardziej zwyczajni bohaterowie. Komu podobał się „Kod Leonarda da Vinci” (bo to do niego najbardziej, spośród wszystkich książek Dana Browna, podobny jest „Duch Gaudíego”), ten na pewno będzie zadowolony z niniejszego komiksu. Kto lubi podobne klimaty, a powieści Browna odrzucały go kontrowersjami, także nie będzie zawiedziony. Autorzy niniejszego albumy nie próbują tanim skandalem zyskać sławy, robią po prostu swoje. Nie ma tu artyzmu, ale jest dobra, rzemieślnicza robota. Solidny komiks akcji, który dostarczy rozrywki na jedno popołudnie.
 

Graficznie rzecz przedstawia się ciekawie, bo mamy tu do czynienia z dość prostą, cartoonową kreską. Pozornie do poważnej i często krwawej przecież opowieści niezbyt pasują takie ilustracje, jednak w rym przypadku sprawdzają się całkiem nieźle. Wyraziste postacie, nieźle oddane tła i zabytki wzorowane na fotografiach współgrają ze sobą, choć są drobne zgrzyty, jak w przypadku brutalnie okaleczonych zwłok z twarzą niczym z komiksu dla dzieci. Z drugiej strony ma to swój makabryczny urok.



I urok ma także cały „Duch Gaudíego”. Miłośnicy klimatów stylu „Kodu Leonarda da Vinci” będą bawić się znakomicie. I to im głównie go polecam.


poniedziałek, 30 października 2017

Próba Ognia - Nancy Kress



MIĘDZY KOSMICZNYM MŁOTEM A KOWADŁEM



„Ogień krzyżowy” Nancy Kress, pierwsza część dylogii „Greentrees”, okazał się powieścią nadzwyczaj dobrą, jak na zgrany już przecież do cna temat kolonizacji obcego świata. Autorka zdołała bowiem wykrzesać z niego to, co najlepsze, a zarazem, podążając wzorem gigantów science fiction, stworzyła dzieło które przede wszystkim mówiło nie o przyszłości, a naszej obecnej sytuacji i kondycji. Przed kontynuacją tak znakomitej historii stało się trudne zadanie godnego rozwinięcia zapoczątkowanych w niej wątków. Ale Kress nie zawiodła, znów zabierając czytelników w fascynujący, złożony i przekonujący obcy świat, dostarczając solidnej dawki przygód, niebezpieczeństw i pytań, skłaniających do myślenia.



Marzenia ludzkości o skolonizowaniu kosmosu wreszcie się ziściły. Grupa ludzi, zbieranina najróżniejszych indywiduów i ras, wybrała się w podróż na Zielnik – planetę bardzo przypominającą Ziemię. Jak się jednak okazało nowy świat wcale nie był niezamieszkany. Daleko na południu żyją prymitywne stworzenia nazwane przez ludzkość Zwierzakami, a także Czejenowie. Kosmos przemierzają natomiast ich wrogowie, którzy poprzysięgli zniszczyć ludzkość. Kolonizatorzy ułożyli sobie życie na Zielniku, jednak jednocześnie znaleźli się w samym centrum wojny między Zwierzakami a Badylami. Teraz sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, bo do planety po raz pierwszy od niemal czterdziestu lat zbliża się statek. Możliwością są dwie: albo to Karim Madżub nadciągający z pomocą, albo wrogowie. Tylko że zachowanie pojazdu zdaje się przeczyć obu tym założeniom. Kolonizatorzy, którzy byli gotowi do wojny, ale zdążyli się już rozleniwić, w pośpiechu muszą poradzić sobie z obecną sytuacją. Kiedy wreszcie udaje się nawiązać kontakt z załogą i okazuje się, że statek to pochodząca z Ziemi jednostka Próba Ognia, mieszkańcy Zielnika mogą odetchnąć z ulgą. Nie na długo. Choć wszystko wskazuje na to, że mają do czynienia z misją naukowo-badawczą, wysłaną po tym, jak kolonizatorzy donieśli o odkrytym na powierzchni życiu, ludzie z Zielnika pozostają podejrzliwi. Jakie są prawdziwe intencji przybyszów? I czy ich pojawienie się poprawi czy pogorszy obecną sytuację?



„Próba ognia” to jedna z tych książek, które czyta się jednym tchem. Prosta, ale skutecznie rozwijana wizja świata przyszłości, nieskomplikowana, ale przez to także nieprzekombinowana, ciekawa fabuła i bohaterowie – różnorodni i przekonujący. Wszystko to, podane stylem charakterystycznym dla powieści środka, składa się na utwór, który wciąga, fascynuje i nie nuży. Dla mniej wymagających czytelników dylogia Kress o skolonizowaniu Zielnika będzie po prostu dobrą rozrywką w kosmicznych klimatach, pełną akcji i niebezpieczeństw. Dla odbiorców szukających czegoś więcej znajdzie się tutaj także kilka skłaniających do myślenia kwestii oraz pewna, uproszczona ale jednak, analiza naszej obecnej kondycji.



Całość, szczególnie na tle całej tej współczesnej, zalewającej rynek fantastyki, wypada naprawdę znakomicie. „Ogień krzyżowy” jest dobrze napisany i poprowadzony, i świetnie sprawdza się jako reprezentant swojego gatunku. Przede wszystkim jednak to doskonały przykład na to, że science fiction wciąż ma się dobrze i warto nadal sięgać po książki spod tego szyldu. Polecam.



I dziękuję wydawnictwu Rebis za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Jezioro ognia - Nathan Fairbairn, Matt Smith



KRZYŻOWCY KONTRA OBCY



Ludzie z kosmitami walczyli już nieraz. Gatunek Science Fiction ukazywał nam podobny konflikt niezliczoną ilość razy, i to w najróżniejszych konfiguracjach. Byli nawet kowboje walczący z obcymi, teraz nadszedł czasy by z przybyszami z innej planety zmierzyli się… krzyżowcy. Jakkolwiek by to dziwnie nie brzmiało, „Jezioro ognia” to solidny survival horror SF osadzony w trzynastowiecznych realiach.



Rok 1220. W Pirenejach we Francji pewnego pasterza budzi dziwne poruszenie w jego stadzie. Kiedy wychodzi z chaty staje się świadkiem katastrofy olbrzymiego statku kosmicznego. Mimo strachu udaje się na miejsce wypadku, jednak spotkanie z tym, co wydostaje się z wraku, nie kończy się dla niego dobrze.

Tymczasem dwaj krzyżowcy Theobald Drugi z Szampanii oraz Hugh z Blois przybywają w okolice oblężonego miasta Castelnaudary, żeby wspomóc walczących z heretykami. Niestety ich obecność w tym miejscu jest bardziej kłopotliwa niż pomocna, dlatego też lord Montfort decyduje się pozbyć problemu i wysyła ich na „misję” do wioski Montaillou. Oficjalnie mają zwalczyć tamtejsze ognisko herezji, w rzeczywistości jednak wybrał pierwsze lepsze miejsce na mapie, leżące dość daleko by podróż w obie strony potrwała tyle, ile okres ich służby. Do kierowania drużyną wybiera wiecznie pijanego, ale doświadczonego Raymonda, a jej szeregi zasila także dominikański inkwizytor, wszędzie widzący heretyków, którego lord chętnie się pozbywa. Wyprawa mająca być spokojną przejażdżka, szybko przemienia się w walkę o przetrwanie. Krzyżowcy na miejscu przekonują się, że wioska jest opuszczana, a ci z jej mieszkańców, którzy przetrwali, schronili się w tutejszej twierdzy. Co się właściwie stało? Ocaleli twierdzą, że zaatakowały ich demony, a rycerze już wkrótce stają oko w oko z morderczymi bestiami. Zaczyna się nierówna walka z najeźdźcami z kosmosu.
 

O tym komiksie można powiedzieć, że przedstawiony został pół żartem, pół serio. Realia historyczne potraktowane są z pewną umownością, nie ma tu archaicznej mowy, rzeczywiste wydarzenia są bardziej zarysowane, niż ukazane, ale zarazem nie brak w tym prawdziwości. Przede wszystkim jednak jest to opowieść grozy o walce z obcymi. Krwiożercze, owadzie stworzenia mordują ludzi, którzy starają się przeżyć – schemat znany od dekad zyskuje tutaj inną niż zazwyczaj oprawę, ale sprawdza się równie dobrze, co zawsze. Zapytacie co może być w tym ciekawego? W końcu znacie to już na pamięć. A jednak „Jezioro ognia” warte jest poznania. Dlaczego?



Przede wszystkim to po prostu dobra historia. Nie oryginalna, ale dobrze poprowadzona, dynamiczna i klimatyczna. Czyta się ją szybko i przyjemnie, bohaterowie też nakreśleni zostali całkiem nieźle, a całość zyskała bardzo dobrą oprawę graficzną. Rysunki Matta Smitha („Barbarian Lord”) przypominają skrzyżowanie prac innego artysty o tym nazwisku, Jeffa Smitha (tak, tego od „Gnata”) – szczególnie jeśli chodzi o twarze bohaterów – z Mike’iem Mignolą, ojcem „Hellboya”. Ogląda się to sympatycznie, czyta też z przyjemnością. Niezła, lekka zabawa w stylu kinowych blockbusterów gwarantowana.


Silmarillion (wersja ilustrowana) - J.R.R. Tolkien (ilustracje: TedNasmith)



LEGENDARIUM ŚRÓDZIEMIA



Oto książka, nad którą Tolkien pracował całe swoje życie. Pierwsze teksty zaczął pisać już w roku 1917, na długo zanim w ogóle w jego głowie pojawiła się koncepcja debiutanckiego „Hobbita”, i nie przestał poprawiać niezliczonej ilości opowieści i ich różnych wersji aż do dnia śmierci. „Silmarillion” stał się dziełem jego życia, a teraz to opus magnum ojca literatury fantasy powraca w kolejnym wznowieniu, opublikowanym z okazji czterdziestolecia pierwszego wydania. Wznowieniu pięknie wydanym i bogato ilustrowanym.



Warto jednak zauważyć, że „Silmarillion” to nie powieść – a już na pewno nie w klasycznym rozumieniu tego pojęcia. Czym zatem jest? Legendarium wymyślonego przez autora Śródziemia, obejmującym jego dzieje od powstania świata, przez wydarzenia z pierwszych dwóch er jego istnienia, po wypadki, które doskonale znamy z kart „Władcy Pierścieni”. Najważniejszą jednak częścią książki staje się ta zatytułowana „Quenta Silmarillion”, w której poznajemy losy trzech kryształów. Tytułowe Silmarile, w których uwięzione zostało światło dwóch drzew Valinoru, stają się obiektem pragnień złego Melkora, poprzednika i mentora Saurona. Kiedy ten je wykrada, Fëanor, który w wyniku ataku stracił ojca, wraz z synami poprzysięga ścigać posiadacza kryształów (i każdego, kto położy na nich swoje ręce), mszcząc się na nim.
 

Oczywiście opowieść ta mocno związana jest z wieloma innymi (m.in. losami Berena i Lúthien i dzieci Húrina), dla których Silmarile są tłem, a które składają się na cały, imponujący obraz świata, jaki wykreował Tolkien. Świata o prostej, wyraźnej mechanice i specyfice, zaludnionego istotami znanymi z baśni i legend, jednakże przedstawionymi w zupełnie inny sposób. Bo nie kto inny, a Tolkien właśnie, jako pierwszy zaproponował czytelnikom poważne podejście do elfów, krasnoludów i im podobnych. Nie infantylne, nie oparte na humorze i lekkości, ale realistyczne, jakby opisywał odmienne rasy, koegzystujące z nami w zamierzchłych czasach. Przede wszystkim jednak czuć w „Silmarillionie” siłę dawnych eposów i przypowieści, mitologii najróżniejszych krajów, która go inspirowała, a której brak tak bardzo odczuwał w rodzimej Anglii. Zarazem jednak całość nie nuży i nie brzmi przesadnie patetycznie, pomimo nieustającej doniosłości treści i opisów. Autor tworzy tu własne mity, ze wszystkim, co się z nimi wiąże, często parafrazując „Biblię” i inne tekstu religijne, zachowując jednocześnie spójność literacką. Co więcej znajdujemy tu także rozwinięcie wątków znanych z dzieł wydanych za życia pisarza: śledzimy losy Saurona i jego kształtowanie się, dowiadujemy się czym był w rzeczywistości Balrog, poznajemy też dzieje wielu innych bohaterów.
 

Przyznajcie, że jak na dzieło, którego autor nigdy nie skończył tak naprawdę pisać ani poprawiać, robi to wrażenie. Ale Tolkien już taki był. Perfekcjonista, który musiał stworzyć coś doskonałego, tyle że nigdy nie był w stanie niczego za takie uznać. Z jego listów (oraz samej twórczości) wyłania się także inny obraz pisarza – to już jednak taka uwaga na marginesie. Jego syn zredagował pozostawione przez zmarłego teksty i (z pomocą pisarza Guya Gavriela Kaya) złożył w formę, jaką znamy obecnie. I udało mu się to znakomicie, a w ręce czytelników trafiła wspaniała książka, doskonale uzupełniająca magiczny świat „Władcy Pierścieni” i „Hobbita”. Locus Award dla najlepszej powieści fantasy absolutnie zasłużona.



Jeśli jesteście miłośnikami twórczości Tolkiena albo cenicie dobrą fantastykę, powinniście koniecznie poznać „Silmarillion”. To książka, która zmienić potrafi życie i która nie jest banalną rozrywką. Obecna edycja, jaka właśnie znalazła się wśród nowości, tym bardziej do tego zachęca: pięknie i bogato ilustrowana (mamy tu jedną nową ilustrację), zamknięta w twardej oprawie i z dodatkową obwolutą stanowić będzie ozdobę niejednej domowej biblioteczki. Polecam bardzo, bardzo gorąco!


sobota, 28 października 2017

ZABAWA Z VIRIONEM

Fabryka Słów zrobiła konkurs na virionową fotkę, oto moje propozycje :D

 

 

Wbrew naturze - Mirka Andolfo


PORA POŚWINTUSZYĆ


Autorska seria Mirki Andolfo, włoskiej scenarzystki, rysowniczki i kolorystki, która pracowała m.in. przy „Ms. Marvel” czy „Vampirella: Feary Tales” to mocno erotyzująca bajka science fantasy dla starszych czytelników. Łopatologiczna pod względem przesłania, mimo to jednak bardzo udana. I uroczo zilustrowana.


Witajcie w świecie zamieszkanym przez antropomorficzne zwierzęta, które osiągnęły stopień rozwoju technologicznego równy z naszym. Jednak ze względu na fakt, iż obok siebie żyją najróżniejsze rasy, które z przyczyn biologicznych nie są w stanie rozmnożyć się między sobą, wprowadzono prawo zakazujące łączenie się w pary między nimi – a także w pary tej samej płci. Jakby tego było mało, każdy, kto ukończywszy 25 rok życia nie znajdzie życiowego partnera, za prawą Programu Rozrodczego, w którym przymusowo udział biorą wszyscy, otrzyma idealnego genetycznie małżonka.

W takim właśnie świecie żyje sympatyczna świnka Leslie. Miłośniczka sushi i muzyki, pracująca w miejscu, którego nie znosi, zmuszona do noszenia obcisłych strojów i tolerowania erotycznych zaczepek szefa, stara się wieść spokojną egzystencję, mieszkając z najlepszą przyjaciółką i przyjaźniąc się z kryjącym się przed otoczeniem ze swoim homoseksualizmem kolegą z pracy. Jest jednak coś, co burzy jej spokój – od miesiąca nękają ją erotyczne sny, w których uprawia namiętny seks z białym wilkiem. Sny nielegalne według prawa. Ale czy same sny mogą sprowadzić na nią kłopoty? Wydaje się, że nie, jednak Leslie pewnego dnia zauważa, że jest przez kogo obserwowana. Trish radzi jej odkryć co kryje się za marzeniami sennymi, przyjaciel namawia ją by wyszła za jego partnera, co obojgu da odpowiednią przykrywkę. Jednak świnka nie zamierza ulegać ani presji znajomych, ani świata – chce żyć po swojemu. Niestety kończy 25-lat i ledwie kilka godzin potem dostaje informację, że znaleziono dla niej partnera w ramach Programu…
 

„Wbrew naturze” to stosunkowo prosta historia o wolności i tolerancji, ujęta w ramy motywów doskonale znanych z opowieści Science Fiction. Świat będący typową orwellowską antyutopią, bohaterowie jakby wzięci z jego „Folwarku zwierzęcego”, ale uwspółcześnionego i nie skupionego na mechanizmach władzy, tylko losie jednostki i jej prostym życiu… Co ciekawe to nie elementy fantastyczne wypadają najciekawiej, a warstwa obyczajowo-emocjonalna. Uczucia bohaterki, jej nastroje i codzienne problemy są tym, co autentycznie wciąga, nawet jeśli jej marzenia senne wyglądają, jak wyrwane z „Harlequinów”. Jest w tym smutek, jest spora doza humoru, jest też szczerość i prawdziwość, którą docenia się nawet jeśli to wszystko już było. Mniej przekonuje samo przesłanie, proste, oczywiste i, jak wspominałem, łopatologicznie wyłożone – na tym polu przydałoby się więcej subtelności.
 

Ale jakże znakomicie przedstawia się szata graficzna „Wbrew naturze”. Jest prosta, cartoonowa, ale pełna – i to nie tylko jeśli chodzi o obfite, i jakże często ukazywane bez okrycia, kształty bohaterki – i bardzo przyjemna dla oka. Czysta kreska, znakomicie oddana mimika bohaterów, świetnie ukazane tła i niezły kolor dobrze ilustrują treść. Komiks Mirki to taka quasi disnejowska (autorka w końcu pokochała historie obrazkowe dzięki „Myszce Miki” – zresztą pracowała także dla The Walt Disney Company Italy) bajka dla dorosłych, bajka erotyzująca, ale nie epatująca nagością, wyważona i naprawdę ciekawa. Miłośnicy podobnych, nietypowych tematów na pewno będą bardzo zadowoleni.

Belgariada - David Eddings



TOLKIEN PO RAZ WTÓRY



Ileż to już kultowych książek fantasy czytałem. Ileż to dzieł legendarnych twórców przewinęło się przez moje ręce. Najczęściej, poza nielicznymi przypadkami, jak choćby Tolkiena czy Pratchetta, byłem jednak rozczarowany. Ale „Belgariada” to dzieło całkiem niezłe i momentami urzekające. Klasyczne pod każdym względem, nieoryginalne, ale dobrze napisane i nawet wciągające w świat przygód, magii i niebezpieczeństw, które niejednemu dorosłemu czytelnikowi przypomną dziecięce fantazje i marzenia.



Głównym bohaterem sagi jest młody Garion mieszkający razem z ciocią Pol na farmie Faldora, w środkowej części królestwa Sendarii. Chłopak żyje między najróżniejszymi pracownikami, wśród przyjaciół, którym w głowie głównie psoty i ludzi w ten czy inny sposób bliskich, nie ma większych zmartwień. Czas mija, Garion i inni dorastają, ale tak naprawdę niewiele zmienia się na farmie. Jedyną odmianą bywają wyczekiwane wizyty tajemniczego pana Wilka, zawsze mającego w zanadrzu jakieś fascynujące opowieści. Tym razem jednak przybysz zjawia się z czymś o wiele ważniejszym niż kilka historii z dawnych czasów: z wiadomością dla ciotki Pol, która rzuci ich wszystkich w pełną przygód i niebezpieczeństw podróż. Oto bowiem przed czterema tygodniami skradziony został pewien przedmiot. Złodziej nie zostawił tropów, ale już sama rzecz, którą zabrał jest wystarczającym tropem, pozwalającym go odnaleźć. Jak się można łatwo domyślić, w misję odzyskania go zaangażuje się także Garion, który w trakcie wyprawy pozna nie tylko prawdę o tajemniczym przedmiocie, ale także panu Wilku, ciotce i… samym sobie.



Nie ma się co oszukiwać, „Belgariada”, cały pięciotomowy cykl, który dzięki wydawnictwu Prószyński i S-ka już niedługo trafi na księgarskie półki zebrany w jednym, potężnym tomie, nie powala oryginalnością. Ale czy znajdziecie jakiekolwiek powieści fantasy, które byłyby szczególnie nowatorskie? Wszystkie podążają ścieżką wyznaczoną przed laty przez Tolkiena i dzieło Eddingsa nie jest wyjątkiem. Wręcz przeciwnie – autor nie próbuje nawet ukrywać inspiracji prozą brytyjskiego mistrza i ojca całego gatunku. „Belgariada” zaczyna się podobnie do „Silmarillionu”, opowieścią o bogach z dawnych dni, nieco podobnie zresztą spisaną. Dalej mamy losy młodego wybrańca, który musi stanąć przed wyzwaniem pozornie przekraczającym jego siły. I o ile na tym polu zbieżności nie są zbyt duże, bo Frodo z „Władcy Pierścieni” w ostatecznym rozrachunku był bardziej zwyczajny, niż Garion, to już pan Wilk to wypisz wymaluj Gandalf – obaj przybywają raz na jakiś czas przynosząc ze sobą fascynujące opowieści, obaj także stają się iskrą zapalną wyprawy, która wszystko zmieni.



Czym więc się różnią oba dzieła? Przebiegiem dalszych wydarzeń. W „Belgariadzie” więcej się dzieje, wątki zostały poprowadzone inaczej i inaczej rozłożył autor także akcenty. Seria ta jest jednak stosunkowo prosta – lekka, przygodowa fantastyka bardziej dla młodzieży, niż dorosłych, ale jednocześnie lepsza od współczesnych dokonań autorów na tym polu. Czyta się ją szybko i przyjemnie, owszem, czasem coś zgrzyta, czasem podobieństw z dziełami Tolkiena jest zbyt dużo, jednak całość pozostawia po sobie dobre wrażenie. Szczególnie, że stylistycznie „Belgariada” przedstawia się naprawdę dobrze. Miłośnicy fantasy, którym wciąż mało tolkienowskich motywów i fani powieści w stylu „Kronik Shannary” (które też często kopiowały „Władcę Pierścieni”), na pewno będą zadowoleni. Szczególnie, że zbiorcze wydanie, opatrzone jakże kuszącą okładką, prezentuje się po prostu wspaniale.



A ja dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka za udostępnienie książki do recenzji.

piątek, 27 października 2017

Odrodzenie #1: Jesteś wśród przyjaciół - Tim Seeley, Mike Norton



ZOMBIE FARGO



Jak zrobić dobrą opowieść grozy opartą na wszystkim znanych schematach, czerpiącą pełnymi garściami z innych dzieł, a jednak potrafiącą zachwycić? Odpowiedź na to pytanie wydaje mi się prosta: trzeba to po prostu czuć i potrafić owe uczucia przekształcić w produkt finalny, a wtedy wszyscy go docenią. Sztuka ta udała się Timowi Seeley’owi, scenarzyście m.in. „Wiecznego Batmana”, który swoje „Odrodzenie” zbudował na gruncie, gdzie „Żywe trupy” spotkały się z „Fargo”, dając nam historię określoną przez samego autora mianem „wiejskiego noir” – i to takiego, którego nie powstydziłby się sam Stephen King.



Wausau w Wisconsin to miasteczko jakich wiele. Spokojni ludzie, brak zbrodni, odludna okolica, mróz, śnieg. Co niezwykłego może się tu wydarzyć? Pewnego dnia na początku stycznia młoda reporterka „The Ledger” odwiedza lokalną kostnicę, szukając materiału do działu o dziwnych zawodach. Tak staje się świadkiem pierwszego „odrodzenia”, kiedy kremowany właśnie człowiek wydostaje się z pieca…

Wkrótce zmartwychwstałych ludzi przybywa. Wszyscy wracają zza grobu, ale nie są typowymi zombie. Pamiętają swoje życie, zachowują się normalnie… Wszystko tak, jakby po prostu zbudzili się ze snu. W mediach wybucha burza, religijni fanatycy widzą w tym znaki, sceptycy zastanawiają się czego jeszcze niewiedzą na temat ludzkiej biologii, a tymczasem nikt nie jest w stanie wyjaśnić co się właściwie dzieje. Centrum Zwalczania Chorób izoluje Wausau od reszty świata, a lokalny szef policji na zlecenie rządu tworzy specjalny oddział zajmujący się przestępstwami i wykroczeniami wiązanymi z „odrodzonymi”. Na jego czele staje jego córka Dana Cypress, która od teraz musi radzić sobie z nietypowymi sprawami, bowiem nie każdy ze zmartwychwstałych jest spokojny i nieszkodliwy. Co jednak właściwie dzieje się w mieście? Kto jest odpowiedzialny za ten stan rzeczy? I czym jest tajemnicza biała istota przemykająca przez Wausau?
 

Seeley „Odrodzenie” napisał m.in. pod wpływem popularnej serii „The Walking Dead: Żywe trupy”. Odmienił jednak charakter zombie, odrzucając ich wizerunek morderczych, pozbawionych ludzkich cech stworów na rzecz istot takich, jak my. Jedyne co ich od nas różni to fakt, że zmartwychwstali i że niektórzy po tym wydarzeniu zaczęli zachowywać się dziwnie. Ludzie jednak starają się żyć obok nich – żyć z nimi – i zrozumieć co tu właściwie się dzieje. A dzieje się dużo i w znakomitym stylu, w scenerii rodem ze wspomnianego „Fargo” i w społeczności tak bardzo przypominającej te, do jakich przyzwyczaił nas Stephen King – mistrz małomiasteczkowego horroru. „Odrodzeni” to w końcu tylko jeden z problemów Wausau. Dana musi mierzyć się ze zbrodniami, które równie dobrze mógł popełnić jeden z nich, jak i ktoś z żywych mieszkańców, a całość zyskała także udane tło obyczajowe.
 

I doskonałą szatę graficzną. Mike Norton, operując bardzo współczesną, ale czystą kreską, znakomicie oddał klimat pustych, zaśnieżonych terenów pełnych martwych drzew. Mrok zapada tutaj szybko, słońce rzadko wygląda zza chmur, wnętrza rozjaśnia albo mdławy blask, albo sterylne oświetlenie rodem ze szpitali… Wygląda to świetnie, a doskonale dobrany kolor (stworzył go sam Seeley) idealnie uzupełnia całość.



Lubicie nastrojowe, mroczne horrory? Macie ochotę na nieco świeżości w klimacie zombie? Albo po prostu chcecie przeczytać znakomity komiks z dreszczykiem? Nie wahajcie się i sięgnijcie po „Odrodzenie”. Nie zawiedziecie się.
 

Lucky Luke #56: Przeklęte ranczo - Jean Leturgie, Xavier Fauche, ClaudeGuylouis, Morris, Michel Janvier



DUCHY, RZEŹBA, WRÓŻKA I RYNNA



56 tom przygód Lukcy Luke’a to, po raz kolejny, nie album zawierający jedną długą opowieść, a zbiór krótkich historii z najszybszym kowbojem Dzikiego Zachodu w roli głównej. Każda z nich różni się tematyką, pod pewnymi względami także i klimatem, ale jedno pozostaje bez zmian: doskonała zabawa, jaką oferuje seria. Zabawa, która spodoba się zarówno stałym czytelnikom, jak i zupełnie nowym odbiorcom.



Na dobry początek Lucky Luke trafia na przeklęte ranczo! Kiedy w 1861 roku w miasteczku Whitney zostaje znaleziona ropa, jej smród nie pozwala żyć jego mieszkańcom. Dlatego też wszyscy w pospiechu opuszczają swoje domy, zostawiając okolicę poszukiwaczom ropy, i wyruszają w świat. Wśród nich jest nestorka miasteczka, pani Bluemarket, która dociera do Smithville, gdzie kupuje ranczo Batesa. Cóż, na sam dźwięk tej nazwy mieszkańcy Smithville reagują panicznym strachem połączonym z równie paniczną ucieczką, ale nie przeraża ona Lucky Luke’a, który akurat jest w okolicy. Dzielny kowboj decyduje się towarzyszyć pani Bluemarket i przekonać się, co czeka ją na ranczu…

Potem Luke trafia do miasteczka, w którym wszyscy dziwnie się zachowują. Jak się szybko okazuje, rytm życia w tym miejscu wyznaczają porady tutejszej wróżki. Co jednak naprawdę kryje się za jej zawsze sprawdzającymi się przepowiedniami?

W „Rzeźbie” natomiast Lucky Luke trafia w okolice góry Rushmore. Obecnie jest to miejsce wycieczek, miejsce, gdzie wyrzeźbione są twarze kilku prezydentów USA, ale w czasach Dzikiego Zachodu nie cieszyło się one zbyt dobrą opinią. Luke przybywa tam, by zaprowadzić porządek i… Cóż, za jego zasługi, burmistrz postanawia postawić mu pomnik! Tylko kto go wyrzeźbi?

Na koniec nasz kowboj spotyka Clementa Ellswortha, genialnego wynalazcę, który właśnie wymyślił rynnę – sztuczny ciek wodny. Jego wynalazek może zrewolucjonizować pracę, jednak zarazem ściąga na niego kłopoty. Jak myślicie, kto mu pomoże?
 

Cały ten tom jest jak odpowiedź na powyższe pytanie: oczywisty. Ale jest to oczywistość pożądana, oczywistość bez której nie obędzie się ta seria. Czytelnik czeka bowiem na wszystkie elementy, do których się przyzwyczaił i konkretny rozwój akcji i twórcy go nie zawodzą. Ale też i nie zostawiają tylko z tym samym, co dotychczas. Groza, jaka pojawia się w tytułowej historii, jest miłym odświeżeniem całości, a mi osobiście przypomniała na dodatek podobne historie z magazynu „Kaczor Donald”, które uwielbiałem jako dziecko. Publikowane były najczęściej w październiku, w okolicy obchodzonego przez Amerykanów Halloween, i dotyczyły głównie jego obchodów. Luke też ukazuje się w podobnym terminie, dobrze wpasowując się w ten właśnie nastrój.



Ale „Przeklęte ranczo” to przede wszystkim stary, dobry „Lucky Luke”. Zabawny, pełen akcji i przygód, znakomicie narysowany i wciągający. Skutecznie poprawia humor i dostarcza dobrej zabawy. Jeśli czytaliście któryś z pozostałych tomów i Wam się podobało, także i teraz będziecie zadowoleni. Jeśli nie znacie, to dobry moment by zacząć swoją przygodę z dzielnym, samotnym kowbojem. Tak czy inaczej, polecam gorąco.



A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

 

Lucky Luke #37: Kanion Apaczów - René Goscinny, Morris



LUCKY LUKE ROZJEMCĄ



Opowieści pisane przez René Goscinny Zawsze mają w sobie to coś. Nawet jeśli, tak jak w tym konkretnym przypadku, nie stworzył nic wybitnego. „Kanion Apaczów” nie wyróżnia się bowiem na tle pozostałych tomów serii, także tych pisanych przez innych scenarzystów, a jednak nadal bawi, wciąga i dostarcza porcji naprawdę dobrej rozrywki, podanej w bardzo sympatyczny sposób.



Tym razem nasz dzielny kowboj pojawia się w roli rozjemcy, chcąc zaprowadzić pokój w kolejnej części Dzikiego Zachodu. Wszyscy wielcy wodzowie Apaczów egzystują z białymi twarzami bez zatargów, jednak zawsze są wyjątki od reguły. Patronimo dowodzący plemieniem Szimiszuri ani myśli zakopać topora wojennego. Co chwila między nim, a ludźmi pułkownika O’Nollana wybuchają kolejne konflikty – obie strony to zakopują, to odkopują swoje obozy po ich splądrowaniu, to znów ostrzeliwują się czy walczą w wąwozie (syzyfowa praca z wciąganiem i zrzucaniem kamieni zdaje się nie mieć końca)… Dlaczego tak się dzieje? To właśnie ma wyjaśnić Lucky Luke, który trafia w sam środek szalonych, ale powtarzających się z przeraźliwą monotonnością zdarzeń. Czy gdy żołnierze nie chcą pertraktować z wrogiem, a Indianie nie zamierzają ustąpić, jest w ogóle szansa na zaprowadzenie pokoju? I która strona jest właściwie winna temu, co się dzieje? Jak na Luke’a wpłyną tortury z miodu? I po której stronie się opowie?



„Kanion Apaczów” to album dość prosty – prostszy niż to, do czego przyzwyczaiła nas ta seria (a już tym bardziej Goscinny) – jednak i tak pod każdym względem wart poznania. Dlaczego? Tego nie trzeba chyba mówić nikomu, kto zetknął się z pracami tego francuskiego scenarzysty o polskich korzeniach. To, co przesądziło o jego sukcesie, to naprawdę trafiający do czytelnika humor. Humor różnorodny, od absurdalnego, przez sytuacyjny, po słowny, nadający się zarówno dla najmłodszych, tych nieco starszych, jak i zupełnie niemłodych już odbiorców. I to wszystko ma w sobie „Lukcy Luke”. W tym tomie mniejsze jest stężenie żartów, ale i tak to one stanowią największą siłę albumu.
 

Oczywiście, jak na western przystało, nie brakuje tutaj przygód, niebezpieczeństw i strzelanin. Śmierć? To komiks dla dzieci, więc nie znajdziecie tutaj treści nieodpowiednich dla najmłodszych. Poza tym to klasyka, a co za tym idzie, podejście do wielu tematów jest inne niż obecnie. Bardziej konserwatywne, a dzięki temu bardziej odpowiednie, bez tak częstych obecnie w podobnych dziełach aluzji seksualnych i im podobnych.



Całość też została klasycznie zilustrowana. Doskonała, cartoonowa kreska Morrisa, twórcy tej serii, to klasa sama w sobie. Czysta, skuteczna… Już same rysunki często potrafią rozbawić. Przede wszystkim jednak w znakomitym stylu uzupełniają treść. I choć „Kanion Apaczów” nie jest najlepszym z tomów „Lucky Luke’a” i tak absolutnie wart jest poznania. Takich komiksów dziś już się nie robi, a jak pokazuje m.in. ta seria, pokazują, że mimo upływu lat nie zestarzały się ani trochę. Polecam.



I dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.


czwartek, 26 października 2017

Chrononauci - Mark Millar, Sean Murphy



POWRÓT DO PRZYSZŁOŚCI



Miłośnikiem komiksów Millara stałem się od chwili przeczytania praktycznie pierwszego jego komiksu, jaki wpadł mi w ręce i z każdym kolejnym tytułem, mój zachwyt jego twórczością tylko rósł. Nic więc dziwnego, że od kiedy tylko usłyszałem o planach wydania w Polsce „Chrononautów” nie mogłem się doczekać tej chwili. I teraz, dostawszy wreszcie w swoje ręce egzemplarz, mogę śmiało powiedzieć, że warto było czekać, bo seria nie zawodzi, a jednocześnie pokazuje nam inne, lżejsze oblicze twórczości autora.



Myśliwiec F-14 Tomcat. znaleziony w tureckiej świątyni starszej od Stonehenge o sześć tysięcy lat. Tysiącletnie motocykle. Pięćsetletnie ślizgacze. Flota sportowych wozów pod świątynią Majów… Wszystkie te przypadki badają dwaj młodzi doktorzy o lekkim podejściu do życia, Quinn i Reilly, którzy jednocześnie pracują nad projektem wehikułu czasu. Wkrótce udaje się im stworzyć sondę do podróży w czasie. Wysyłają ją w przeszłość, transmitują na żywo przekaz z wojny secesyjnej, w końcu nadchodzi też czas by wysłać w podróż człowieka. A kto lepiej nadawałby się do tego zadania, jak nie oni? Pierwszego skoku w czasie podejmuje się Quinn, niestety z miejsca wszystko idzie nie tak. W roku 1986 dochodzi do pewnego zdarzenia, które rzuca go do szesnastowiecznej Samarkandy. Eksperyment zostaje przerwany, a ekipa obawia się szkód, jakie zdarzenie to może wyrządzić w teraźniejszości. Reilly rusza jednak przyjacielowi na pomoc, ale z miejsca trafia przed setki pędzących na niego, uzbrojonych po zęby jeźdźców, trafiony w nogę strzałą. A to dopiero początek tego, co czeka obu chrononautów…



Za co najbardziej cenię Millara? Za to jak odświeżył superbohaterskie schematy, robiąc dla współczesnych komiksów to, co w swoich czasach zrobili Frank Miller i Alan Moore. Oczywiście nie na taką skalę, jak oni – on wpasował się w ten trend, doskonale go wykorzystując, oni zrobili rewolucję, wprowadzając zmiany, jakich komiks nie widział nigdy wcześniej. Liczy się jednak, że w świcie opowieści obrazkowych nazwisko Millar stanowi gwarant wyjątkowej jakości. Czym w takim razie zachwycają „Chrononauci”, skoro scenarzysta najlepiej czuje się w łamaniu konwencji superhero i dodawaniu jej silnego posmaku realizmu?
 

A czymże właściwie jest superhero, jak nie jednym z podgatunków szeroko pojmowanej fantastyki? Dlatego też nawet w komiksie traktującym o podróżach w czasie – tematyce wyeksploatowanej do cna – czuje się naprawdę doskonale. Millar pozbierał motywy z ulubionych dzieł gatunku (smaczków z tym związanych jest całe mnóstwo), przepuścił ją przez filtr własnej artystycznej wrażliwości i zmiksował w coś, co w skrócie można podsumować jako komiksową jazdę bez trzymanki. Komedię, ale podaną na poważnie, z szacunkiem dla tematu i ciekawym jego poprowadzeniem. Mamy tu momenty poważne i smutne, mamy też erotyczne gadki i pojazdy wojskowe pędzące obok dinozaurów. Do czego bym to wszystko porównał? Choć najbardziej w oczy rzucają się podobieństwa do „Powrotu do przyszłości”, mi „Chrononauci” przede wszystkim przypominają szalone zestawy klocków Lego z połowy lat 90., z linii „Time Cruisers”. Kto pamięta, wie o czym mówię.



Serię czyta się znakomicie, zabawa jest przednia, ale jak przedstawiają się ilustracje? Tak samo dobrze. Brudna kreska Murphy’ego ma w sobie dość realizmu, by udźwignąć historyczne aspekty całości (a zatem oddać wiernie dawne budynki czy plenery), a jednocześnie pozostaje na tyle cartoonowa, szczególnie w wyrazie twarzy postaci, żeby dodać całości lekkości i humoru. Prosty, bardzo przyjemny kolor, doskonale to wszystko uzupełnia. Na dodatek całość została rewelacyjnie wydana. Edytorsko rzecz przypomina publikacje wydawnictwa Mandragora, z tym, że stoi na lepszym poziomie – kredowy papier, błyszcząca oprawa i dodatki, w tym galeria alternatywnych okładek wzorowanych na plakaty znanych filmów. Po prostu super! Dlatego polecam bardzo, bardzo gorąco i z niecierpliwością czekam na kolejną część.


Asteriks #37: Asteriks w Italii - Jean-Yves Ferri, Didier Conrad



WYŚCIG ITALIA



Na najnowszy tom przygód dzielnych Galów miłośnicy czekali dwa lata, ale wreszcie ujrzał światło dzienne. Tym razem bohaterowie trafiają do Italii sprzed wieków, gdzie czeka ich… kolejna porcja tego, co czytelnicy (a także widzowie) doskonale już znają: humoru, walk i dobrej zabawy. I chociaż nie jest to już ten sam stary „Asteriks”, jakiego serwował nam niezapomniany René Goscinny, zabawa nadal jest znakomita.



Któż z nas nie słyszał o wspaniałej Italii. I, oczywiście, o jej cudownych drogach – wszystkie z nich bowiem prowadzą do Rzymu, prawda? Tyle, że nie każdy jest aż tak optymistycznie do nich nastawiony. Kiedy w jednym z powozów na wyboju urywa się koło, w senacie wybucha dyskusja o jakości dróg rzymskich. Odpowiedzialny za nie Lactus Bifidus, słynący z orgii i lenistwa senator, oznajmia, że udowodni, iż są najwspanialsze. W tym celu organizuje wyścig zaprzęgów biegnący przez cały półwysep. Każdy chętny ze wszystkich ludów znanego świata będzie mógł wziąć w nim udział. Jak się jednak szybko okazuje, cezar nie zamierza nawet dopuścić możliwości by ktoś inny, niż Rzymianin został zwycięzcą.

Tymczasem a Armoryce odbywa się jarmark produktów regionalnych, na którym są oczywiście Asteriks i Obeliks. Kiedy wróżka przepowiada temu drugiemu karierę w wyścigach, nic nie wskazuje na to, by ów sen miał się ziścić. Wtedy jednak do uszu Galów docierają wiadomości o wyścigu. Pragnący wykorzystać swoją szansę Obeliks nie zamierza odpuścić i tak wraz z Asteriksem trafia do Italii…



Przebiegu zdarzeń łatwo jest się domyślić, ale zabawa, jaka oferuje ten tom jest naprawdę znakomita. Tak samo dla dużych, jak i małych odbiorców. Oczywiście spierałbym się czy liczne wzmianki o orgiach są odpowiednim elementem dla tej drugiej – a zarazem docelowej – grupy (bo co tu powiedzieć malcowi, kiedy nie rozumiejąc słowa zapyta rodziców o jego znaczenie, tudzież zacznie na własną rękę sprawdzać tu i tam?), ale cóż… We współczesnych kontynuacjach kultowych serii nie brak podobnych elementów (w „Smerfach” np. małe niebieskie stworki podglądały Smerfetkę), a i w fabularnych kinowych „Astriksach” mieliśmy sceny m.in. z obnażaniem się pewnego dżentelmena (z tym że te akurat produkcje nie były dla najmłodszych).
 

Wracając jednak do sedna, to „Asteriks w Italiii” jest dobrą kontynuacją serii, która liczy sobie już 37 albumów i ciągnie się od 56 lat. Przygody Galów to wciąż fenomen, który nie przestaje zachwycać kolejnych pokoleń i doskonale przyjmuje się na nowych gruntach. Najnowsza część komiksu dostarcza wszystkiego tego, co zawsze podobało się w serii. Mamy więc dużo humoru, zabawę nazwami, przygody, szybkie tempo, porcję zagrożeń i nieodzowne spuszczanie łomotu Rzymianom. Wiele charakterystycznych dla „Asteriksa” scen także powraca w nowych konfiguracjach.



Co warto zauważyć, mimo zmiany autorów postacie zachowały swój charakter. Podobnie zresztą rzecz ma się z rysunkami – te są bowiem takie, do jakich przyzwyczaił nas mistrz Albert Uderzo. Nie zmienił się nawet kolor. I jakość całości także jest podobna. Dlatego warto ten album polecić miłośnikom przygód dzielnych Galów: trzyma poziom.



A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.


środa, 25 października 2017

Lista przebojów Adama Sharpa - Graeme Simsion



SIMSION SPOTYKA HORNBY’EGO



The orgasm

A spasm of love and hate

For what will divide us?

The righteous and the meek

Well, call of the wild hey hey

Green Day



Nie oszukujmy się, Graeme Simsion nigdy nie był oryginalnym autorem. Jego powieści o Rosie to nic innego, jak typowa, ale sympatyczna komedia romantyczna z bohaterem stanowiącym wariację na temat Forresta Gumpa, i nie inaczej jest w przypadku jego najnowszej powieści. „Lista przebojów Adama Sharpa” to nic innego, jak kolejny zabawny romans próbujący udawać dzieła Nicka Hornby’ego. Na szczęście nie traci przy tym pewnej wdzięczności i fanom autora z pewnością przypadnie do gustu.



Adam Sharp wiedzie całkiem udane życie, jak na mężczyznę w średnim wieku. Jego codzienność jest taka usystematyzowana i ustabilizowana… ma żonę, pracę, w której mu się poszczęściło, pasje? Też, a dokładniej jedną: kocha muzykę ponad wszystko. Czy po czterdziestce cokolwiek może się jeszcze u niego zmienić? Pewnego dnia dostaje mail od niejakiej Angeliny Brown, którą znał dwadzieścia lat wcześniej i miał z nią romans. Tylko trzy litery, prosta wiadomość „Hej”, a burzy jego poukładany świat. Przed dwoma dekadami był od niej uzależniony, to w końcu była utracona wielka miłość jego życia. Wyszukiwał ją nawet, a teraz ona znalazła jego, chociaż kiedy się znali, maile jeszcze nie istniały. Jak go odszukała? Ważniejsze jest pytanie dlaczego, bo Angelina nie należy do osób, które od tak przywitałyby się po latach tylko dla samego odezwania się. Szczególnie, że nadal mieszka na drugim końcu świata, w Australii. Co się jeszcze w jej przypadku nie zmieniło? Nazwisko, jakby wciąż była wolna. I nie zmieniły się uczucia Adama, które tylko potrzebowały impulsu by odżyć, ale czy to dobry powód by raz jeszcze, być może po raz ostatni, zaśpiewać piosenkę sprzed lat? I czy coś takiego może skończyć się happy endem?



Do powieści silnie splecionych z muzyką przyzwyczaił nas, chyba można określić go tym mianem, kultowy brytyjski pisarz Nick Hornby. To on dał nam takie dzieł, jak „Był sobie chłopiec” czy „Wpadka” oraz bazujące na silnych związkach z piosenkami popowymi „Wierność w stereo” i „Juliet, Naga”. Simsion czerpie z jego dorobku pełnymi garściami, nie próbując nawet udawać, że jest inaczej. Ba, nawet jego bohater mieszka w Wielkiej Brytanii. Ale czy to źle? Absolutnie nie. Co z tego, że to wszystko już było – na tym w końcu opiera się cały ten biznes, jakim są komedie romantyczne. Liczy się by w dobry sposób powielić schematy, a Simisionowi wychodzi to naprawdę sprawnie. „Lista przebojów” to powieść prosta, lekka, ale przyjemna. Pełen humoru romans dla mężczyzn, chociaż kobiety na pewno także nie zawiodą się sięgając po niego.



Co wyróżnia go od wcześniejszych książek autora? Nie ma tu tak wyrazistego bohatera, jakim był Don Tillman, maniakalnie drobiazgowy facet, który wszystko zawsze robił według z góry ustalonego schematu. Bohaterowie „Listy przebojów” są zwyczajni. Informatyk w średnim wieku, „zła kobieta”, pomniejsze postacie w tle… Ale wszystko to jest sympatyczne i bardzo przyjemne w odbiorze. Faceci, którzy nie próbują naiwnie pozować na macho, będą bawić się znakomicie – i to im przede wszystkim polecam tę powieść.



A wydawnictwu Bukowy Las dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



The fire burns from better days

And he screamed "why, oh why”

Green Day

Suicide Squad – Oddział Samobójców #1: Czarne więzienie - Rob Williams,Jim Lee, Ivan Reis, Gary Frank, Jason Fabok, Scott Williams, CarlosD'Anda, Philip Tan



MISSION IMPOSIBLE



Suicide Squad” pewnie nigdy nie zadebiutowałoby na naszym rynku, gdyby nie film kinowy oparty na ich przygodach. Pojawiło się jednak i mogę powiedzieć, że na szczęście, bo to naprawdę udana seria komiksowa, dostarczająca solidnej porcji bezkompromisowej rozrywki. Propozycja w sam raz dla miłośników superhero i czarnego humoru, którzy cenią szybką akcję i szalone pomysły.



Wszystko zaczyna się jednak od decyzji prezydenta, że Suicide Squad ma zostać rozwiązany. Żaden rząd nie może sobie bowiem pozwolić by na jego usługach, nawet nieoficjalnie, działała drużyna złożona z samych psychopatów, która wykonuje misje, jakich nie podjąłby się nikt inny, metodami, których nie można zaakceptować. Z drugiej jednak strony, są na świecie zagrożenia wymagające takiej, a nie innej interwencji, dlatego zapada decyzja, by Oddział trafił pod dowództwo nowego szefa – odsiadującego w Guantanamo dożywotni wyrok terrorysty-patrioty. W ten oto sposób oszalała była psycholog Harley Quinn, Człowiek-krokodyl Killer Crock, nigdy niechybiający morderca Deadshot i reszta ich towarzyszy zyskuje nowego przełożonego. I szybko trafia w sam środek nowych kłopotów. Ledwie udaje im się uporać z kryzysem w Mongolii, gdzie w ręce terrorystów wpadła bomba metagenowa dająca na 36 godzin supermoce zwykłym ludziom (albo na ten sam okres odbierająca je herosom), a już muszą stawić czoła kolejnemu. W Rosji rozbił się obiekt z kosmosu, a w ręce Rosjan dostała się ich technologia, być może nawet broń. Trzeba ją ukraść albo zniszczyć, a by to osiągnąć Suicide Squad włamuje się do tamtejszego tajnego więzienia znajdującego się pod wodą. Nie dość jednak, że na miejscu czekają na nich tacy osadzeni, jak generał Zod, despota z Kryptona władający mocami równymi Supermanowi, to jeszcze do akcji wkracza Brygada Zagłady, rosyjski odpowiednik Oddziału Samobójców, który ma za zadanie dopilnować by tajemnice więzienia nie ujrzały światła dziennego. Zaczyna się rzeź… w rytm przebojów The Ramones!
 

„Suicide Squad” to tylko komiks rozrywkowy, który nawet nie próbuje mieć aspiracji do czegoś więcej, ale na tym polega jego siła, bo rozrywka, jakiej dostarcza jest naprawdę znakomita. Sens? Tu liczy się coś innego – szalona rozwałka, nieustająca akcja i czarny humor, podlany krwawym sosem. Czego innego można by się jednak spodziewać od oddziału złożonego z szaleńców, którzy na dodatek mają w swoich głowach ładunki wybuchowe, na wypadek gdyby trzeba było wyeliminować któregoś członka drużyny? Rob Williams, scenarzysta, który pracował przy największych seriach zarówno Marvela, jak i DC, wykorzystał potencjał serii w świetnym stylu, a „Czarne Więzienie” czyta się po prostu znakomicie. Szczególnie, gdy trafiają się takie smaczki, jak bohater z biegunką zmuszony do udziału w misji czy Killer Crock z chorobą lokomocyjną.
 

Warto jednak zauważyć, że seria spod szyldu Odrodzenie, która pojawiła się niedawno wśród nowości, nie tyle stanowi kontynuację tego, co mieliśmy okazję poznać w ramach Nowego DC Comics (choć oczywiście stali czytelnicy także będą bawić się znakomicie), ile tytuł doskonały do rozpoczęcia swojej przygody z Oddziałem. Dowiadujemy się z niego najważniejszych informacji o bohaterach, dostajemy nawet historie o nich samych. A wszystko to znakomicie narysowane przez Jima Lee i innych artystów, w sposób realistyczny i szczegółowy, i tak samo wydane.



Lubicie bezkompromisowe komiksy rozrywkowe? Macie ochotę na mniej poważne podejście do tematów sueprhero? „Suicide Squad” to seria dla Was. – lepsza, niż sam się spodziewałem. Polecam – jak zresztą i pozostałe tytuły wydawane w ramach Odrodzenia, bo naprawdę są tego warte.