czwartek, 30 listopada 2017

Head Lopper #1: Wyspa albo Plaga Bestii - Andrew MacLean



CO DWIE GŁOWY, TO NIE JEDNA



„Head Lopper” zadebiutował jako autorska, niszowa seria wydana własnym sumptem przez Andrew MacLeana, by po dwóch zeszytach zostać przejęty przez Image Comics. Co przesądziło o jego sukcesie? Raczej nie odkrywczość, bo historia Norgala Dekapitatora to dość typowe fantasy w lekko skandynawskich klimatach, ale na pewno udana fabuła. Nieco zakręcona, bardzo dobrze poprowadzona, która spodoba się miłośnikom gatunku.



Do brzegów wyspy Barra przybija on. Syn minotaura, egzekutor, dekapitator – Norgal. Wielki wojownik i posiadacz odciętej, ale gadatliwej (i zrzędliwej!) głowy Agathy Błękitnej Wiedźmy, przybywa by na zlecenie tutejszych duchownych zająć się wielkim wężem morskim od lat gnębiącym mieszkańców Castlebay. Jak się można spodziewać, wywiązuje się z niego doskonale, potwór pada martwy, niemniej duchowni, powołując się na własne ubóstwo, nie chcą zapłacić należnej kwoty. Norgal nie zamierza jednak czekać aż zmienią zdanie i sam bierze to, co jego. Zbulwersowany opat udaje się więc na skargę do władcy, żądając żeby rozkazano zabić dekapitatora.

Tymczasem sława Norgala roznosi się po okolicy. Czarownik z Czarnego Bagniska chce dostać w swoje ręce głowę Agathy, ponieważ jej moc pozwoliłaby mu wreszcie wyzwolić się z więzienia, w jakim się znalazł. Wie jednak, że nikt nie pokona dekapitatora, dlatego też decyduje się podstępem zwabić go do siebie. Jak? Każąc namiestnikowi wynająć Norgala do zabicia… jego samego. Czy w wyjściu z tej sytuacji pomoże naszemu herosowi Wiedźma? W końcu co dwie głowy, to nie jedna!



To, co w „Head Lopperze” rzuca się w oczy już na samym początku to oczywiście szata graficzna. Bardzo specyficzna, taka, która nie każdego kupi. Kreska jest tu prosta, podobnie jak kolorystyka, pod wieloma względami całość przypomina komiksy Davida B., skrzyżowane z dziełami ojca „Hellboya” Mike’a Mignoli (ten zresztą stworzył jedną z grafik – znajdziecie ją w bonusach), z tym że jest bardziej cartoonowa i nieskomplikowana. Mimo to ma swój urok, choć podobnych ilustracji każdy miłośnik opowieści graficznych widział już wiele i najczęściej lepiej wykonanych.
 

Przede wszystkim jednak „Head Lopper” zdecydowanie ma w sobie to „coś”. Coś, co przyciąga do komiksu, a potem wciąga w historię, którą opowiada i naprawdę intryguje. Chociaż fabuła nie jest szczególnie nowatorska, MacLean poprowadził ją tak znakomicie, że nie sposób tego nie docenić. Jest konkretna akcja, dużo walk, spora doza humoru, jeszcze więcej krwi i intryg (na nich zresztą opiera się całość), ale w tym wszystkim nie zabrakło także klimatu. Zabawa z „Head Lopperem” jest więc zadziwiająco dobra, choć nic tak naprawdę tego nie zapowiadało.



A jak prezentuje się samo wydanie? Jak zwykle w przypadku albumów od Non Stop Comics bez zarzutu. Mamy w końcu papier kredowy, dobrą jakość druku, solidną porcję dodatków (okładki, dodatkowe ilustracje, szkice), świetny przekład i konkretną liczbę stron (280) za przystępną cenę (okładkowe 55zł). Miłośnicy komiksów fantasy będą więc zadowoleni. Im „Head Loppera” polecam z czystym sercem.

środa, 29 listopada 2017

Głębia #1: Ułuda nadziei - Rick Remender, Greg Tocchini



ZANURZ SIĘ



„Głębia” powstała ponieważ Rick Remender chciał napisać komiks Science Fiction inny od wszystkiego, co znał. Czy zamysł ten mu się udał? Nie do końca, ale chyba nikogo nie trzeba przekonywać, że szeroko pojmowana współczesna fantastyka skazana jest już tylko na odtwórstwo. Na szczęście jednocześnie spod jego ręki wyszła naprawdę znakomita historia postapo, wciągająca i niegłupia.



Odległa przyszłość. Kiedy słońce zaczęło puchnąć, zmieniając się w Czerwonego Olbrzyma, Ziemię spotyka zagłada. Powierzchnia planety nie nadaje się już do życia, niedobitki ludzkości skryły się więc w głębinach oceanów, ale nie zaprzestały starań by znaleźć gdzieś w kosmosie nowy, dobry do zamieszania glob. Od tysięcy lat wysyłają w tym celu sondy, jednak bezskutecznie.

W takim właśnie świecie przyszło żyć rodzinie Caine’ów, która zajmuje stanowisko ostatnich Sterników jednego z podwodnych miast, Salusa. Stel Caine, żona Johla i matka trójki dzieci, mimo trudów wykazuje niezwykły w tych czasach optymizm, stając się siłą napędową dla swoich bliskich. Niestety wkrótce nawet jej hart ducha zostanie wystawiony na próbę, kiedy w trakcie rutynowej wyprawy poza granice Salusa, ona, Johl i dwie ich córki zostają zaatakowani przez piratów. Napastnicy porywają dziewczynki, rodziców natomiast pozostawiają na pewną śmierć. Stel udaje się przeżyć, ale nawet kiedy od tych wydarzeń mija dziesięć lat, nie przestaje ich przeżywać. Straciła męża, córek nigdy nie odzyskała, a jej jedyny syn prowadzi się tak, że lepiej byłoby to przemilczeć. Jakby tego było mało, woda zaczyna być tak zanieczyszczona, że już wkrótce ludzkość nie będzie w stanie w niej żyć. Powrót jednej z sond staje się światełkiem w długim, mrocznym tunelu, jakim jest codzienność w tym świecie, ale czy ludzkość ma jeszcze w ogóle szansę na ratunek?
 

Rick Remender to autor, który potrafi zarówno dostarczyć świetnej komiksowej rozrywki (choćby seria „Venom”), jak również i opowieści, które chciałoby się zapomnieć (pewne tomy „Uncanny Avengers”). Ciekaw więc byłem, jak wypadnie „Głębia” i muszę przyznać, że jestem pozytywnie zaskoczony. Świeżości, o której marzył autor osiągnąć do końca się nie udało, ale za to spod jego ręki wyszła ciekawa seria, prezentująca ciekawie skonstruowany świat i przy okazji przepełniona emocjami. Może dlatego, że dość osobista i stanowiąca dla autora po części swoistą sesję autoterapeutyczną? Remender bowiem to pesymista, bardzo depresyjny zresztą (o tym zresztą powinien Was przekonać już sam tytuł „Low”), pozytywnym myśleniem zarażał się od Stel, pierwszej niepoprawnej optymistki, jaką stworzył. W ten sposób historia, którą napisał pod wpływem przerażającej go wizji zagłady naszego świata nabrała nowego wymiaru, a w konsekwencji dostarcza bardziej złożonych emocji.
 

Ale „Low” oferuje także wszystko to, czego oczekujemy od dobrej opowieści SF. Intrygujący świat o ciekawej mechanice, technologię pomieszaną z tradycją, spektakularne sceny, akcję i przygodę, a wszystko to w towarzystwie bohaterów, czasem sympatycznych, czasem odpychających, ale zawsze dobrze skonstruowanych. Do tego mamy udane, oniryczne ilustracje Grega Tocchiniego i znakomite wydanie całości. Miłośnicy Science Fiction (takiego bardziej dla dorosłych, bo pełnego brutalności i erotyki) z przyjemnością zanurzą się w tej „Głębi”.

wtorek, 28 listopada 2017

Beren i Lúthien - John Ronald Reuel Tolkien, Christopher John ReuelTolkien



NAJPIĘKNIEJSZA OPOWIEŚĆ MIŁOSNA ŚRÓDZIEMIA



15 września bieżącego roku minęło dokładnie czterdzieści lat od premiery pierwszego wydania „Silmarillionu” – opus magnum J.R.R. Tolkiena. Książki, co warto nadmienić, wydanej pośmiertnie, jako że autor „Hobbita” i „Władcy pierścieni” do ostatnich chwil nie potrafił przestać poprawiać owego legendarium, choć robił to właściwie odkąd tylko zaczął się zajmować pisaniem, jeszcze zanim cokolwiek opublikował. Wśród wielu opowieści, które złożyły się na „Silmarillion”, znalazła się także historia miłości Berena i Lúthien, która właśnie ukazała się na naszym rynku jako samodzielna książka. I trzeba przyznać, że ta skrupulatnie odtworzona z różnych tekstów legenda, robi wielkie wrażenie, raz jeszcze zabierając czytelników do magicznej krainy Śródziemia, by przeżyli niesamowite przygody.



Historia miłości Berena i Lúthien jest dość prosta. Oto człowiek spotyka elfkę, ale nie taką zwykłą, bo najpiękniejszą z istot, jakie kiedykolwiek chodziły po Ziemi. Widzi ją, jak śpiewa i tańczy w lesie, zakochuje się i ostatecznie prosi jej ojca, Thingola, o rękę. Ten jednak stawia mu pewien, zdawałoby się niemożliwy do wypełnienia, warunek – Beren musi zdobyć Silmarila z korony Morgotha. Czy będzie w stanie to zrobić, skoro Morgoth jest tak potężnym wrogiem? I jak potoczą się losy jego miłości?



Historia o Berenie i Lúthien była tak istotna dla twórczości Tolkiena, że nawet imiona pary kochanków znalazły się wypisane na nagrobku pisarza i jego żony. A przecież za życia autora czytelnicy niewiele dowiedzieli się na temat tych postaci – poznali jedynie krótki poemat, który we „Władcy Pierścieni: Drużynie Pierścienia” przytoczył swoim towarzyszom Aragorn (poemat będący poniekąd odbiciem jego własnych losów). W pełni tę historię mogli przeczytać dopiero w „Silmarillionie”, wydanym trzy lata po śmierci Tolkiena. Była jednak nie autonomiczny tworem, a częścią olbrzymiej całości, bardzo istotną, bo mającą wielki wpływ na opisywane wydarzenia. Pomysł syna autora, Christophera, by zaprezentować ją czytelniom jako samodzielną opowieść wydawał się więc dość karkołomnym wyczynem. Z drugiej strony podobna sztuka udała się już wcześniej, kiedy inna z ważnych historii „Silmarillionu”, „Dzieci Húrina” ukazały się jako powieść. Tym razem jednak Christopher chciał ukazać za pomocą książki także coś jeszcze, ewolucję samej historii. Czy to wszystko udało się w tym przypadku?
 

Tak. To nie ulega wątpliwości. W ręce czytelników trafia pełna wersja opowieści o miłości Berena i Lúthien, wzbogacona o wątki, które dotychczas znali jedynie czytelnicy „The History of Middle-earth”, ale wreszcie ułożone chronologicznie i złączone w jedną, fascynującą całość. Jednocześnie możemy śledzić, jak rozwijał się sam tekst, dostajemy bowiem zarówno ten pisany prozą, jak i „Balladę o Leithian”, nigdy niedokończoną, wczesną wersję tytułowej historii (tę otrzymujemy w wersji polskiej oraz oryginalnej). Wszelkie watki wymagające szerszego kontekstu i znajomości „Silmarillionu” zostają tu wyjaśnione, a w ręce czytelników trafia niezwykła opowieść o miłości człowieka i elfki – pierwszej takiej w historii Śródziemia – ale też i zapis pracy twórczej, pokazujący ewolucję całości od poematu, do wersji ostatecznej.



A wszystko to w przepięknie wydanej książce. Wzbogacone o dziewięć kolorowych ilustracji Alana Lee, artysty, który swoimi pracami ozdobił nie tylko „Władcę Pierścieni”, ale też i był autorem szkiców konceptualnych do filmowej adaptacji, a także otrzymał Oscara za najlepszą scenografię do „Powrotu Króla”. Oczywiście grafik w „Berenie i Lúthien” jest zdecydowanie więcej, pozostałe są wprawdzie czarno-białe, ale robią równie wielkie wrażenie, co te barwne. A wszystko to w bardzo ładnie stylizowanym tomie, zamkniętym w twardej oprawie, który pięknie prezentuje się na półce. Dla miłośników Tolkiena to absolutne musisz-to-mieć, fani fantasy też będą bawić się doskonale, nawet jeśli nie znają „Silmarillionu”. Polecam zatem bardzo gorąco.



A wydawnictwu Prószyński i S-ka dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.


Życie jest sztuką: O korzyściach płynących z porażek i o sile wyobraźni- Joanne K. Rowling



ŻYCIE JEST PORAŻKĄ… KTÓRĄ MOŻNA PRZEKUĆ W SZTUKĘ



J.K. Rowling nie jest kojarzona z dziełami typu non fiction. Autorka, która urzekła świat sagą o Harrym Potterze, a która potem, literaturą dla dorosłych, pokazała, że nie jest w stanie stworzyć ponad to niczego naprawdę udanego, niczego ponad przeciętność, w między czasie, bo w roku 2008 popełniła publikację nieświadomą. Pierwotnie tekst ten był niczym więcej, jak mową, którą wygłosiła z okazji zakończenia roku na Uniwersytecie Harvarda. Dlaczego więc ukazała się w wersji książkowej? Ktoś kiedyś powiedział o Stephenie Kingu, że z jego nazwiskiem sprzedałyby się nawet jego paragony ze sklepu i poniekąd z taką sytuacją mamy do czynienia w tym przypadku. Co nie umniejsza wartości niniejszej publikacji.



Zanim przejdę jednak do sedna, wypadałoby powiedzieć coś o treści. Pytanie, co można rzec, skoro już sam tytuł doskonale streszcza całą zawartość? Tekst jest przecież dość krótki, pisanie o nim mija się zatem z celem, jeśli nie chce się zdradzić czytelnikowi clou całości. Niemniej spróbuję. Co zatem Rowling oferuje w swojej mowie? Przede wszystkim opowieść, na jaką składają się sceny z jej życia. Wspomnienia z czasów, kiedy sama była studentką, ale znajdziecie tutaj też coś o wiele bardziej istotnego: historię największej porażki, jaka ją spotkała. Przyszła autorka bestsellerów pozostała wówczas bez pracy, męża i pieniędzy, za to z malutkim dzieckiem, którym musiała się zająć. Jak to przeżyła, jak zdołała się podźwignąć i jakie wyciągnęła z tej lekcji wnioski, musicie przekonać się sami.

Na tym oczywiście nie koniec. Fani jej twórczości znajdą tu nieco ciekawostek zza kulis tworzenia Harry’ego Pottera, bo bez tego oczywiście podobna publikacja obejść się po prostu nie mogła. Najważniejszy, bo jakże uniwersalny, staje się jednak bardzo poruszający fragment traktujący o okresie, kiedy to J.K. Rowling pracowała dla Amnesty International i wiążące się z nim opowieści, autentyczne historie o ludziach, którzy doświadczyli niewyobrażalnego okrucieństwa.



Przyznam, że do „Życie jest sztuką” podchodziłem z dużymi obawami i jeszcze większą niepewnością. To w końcu tylko mowa, napisana poniekąd na zamówienie, bo w końcu autorka została poproszona o jej wygłoszenie. Taki tekst nie płynie z serca sam z siebie, ale w tym wypadku popłynął. Rowling stworzyła coś, co nie nudzi, nie jest naciągane, ani tanie. Coś, co zapada w pamięć i ma swoją wartość. Książka trochę może i przypomina lifestyle’owy poradnik, ale nie przesadnie. Jest tu kilka tzw. „złotych myśli”, jest pewna zachęta, ale pisarka przede wszystkim opowiada o doświadczeniach i przekonuje, że wprawdzie życie bywa porażką, ale można ją przekuć w sztukę. Wystarczy tylko chcieć. A że podaje to w lekki, prosty i przystępny sposób – absolutnie nie typowy dla uniwersyteckich przemów – jej bardzo ładnie wydana książka ma szansę spodobać się każdemu. Miłośnikom jej twórczości polecać wprawdzie nie muszę, to poniekąd must-read dla tych, którzy chcą dowiedzieć się więcej o autorce ich ukochanej (albo jednej z ulubionych) sagi, ale myślę, że „Życie jest sztuką” spodoba się także tym, którzy unikają jej dzieł, a lubią szczere historie z życia wzięte.



A wydawnictwu Media Rodzina dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Zawisza Czarny - Jakub Ćwiek



JAK PRZYGODA TO TYLKO W WARSZAWIE



Ćwiek powraca z nową książką. Tym razem nie bierze na warsztat mitologii, baśniowych schematów ani popkultury amerykańskiej, a nasz polski patriotyzm. Powieść biało-czerwona? Orzeł jest, flaga jest, dres i baseball w umięśnionej łapie też, Warszawa za miejsce akcji, nawet heros Zawisza. Tyle, że Czarny. I to nie tylko z nazwy.



Dawno temu żył sobie rycerz niezrównany, co wrogów zdolny był pokonać wszelakich i strach zasiewał w ich sercach. Nazywano go Zawiszą Czarnym. Był takim naszym biało-czerwonym Leonidasem, tylko że śmierci mu chwalebnej poskąpiono, bo oto jakiś tam człek w pojedynku z innym potknął się i łeb mu ściął przypadkiem. Bywa.

Czasy obecne. W pociągu relacji Wrocław-Białystok pojawia się on. Potężny, postawny, czarnoskóry mężczyzna, do którego, ku zażenowaniu matki, zgaduje ciekawskie dziecko. Ku zaskoczeniu wszystkich, murzyn odpowiada płynną polszczyzną, tłumacząc, że pochodzi wprawdzie z Afryki, urodził się na Wybrzeżu Kości Słoniowej, ale wychował go polski misjonarz, który o swoim rodzinnym kraju nauczył go wszystkiego, co sam wiedział, dzięki czemu chłopak zaczął czuć się bardziej Polakiem niż Afrykaninem. Kiedy jednak przybywa do Warszawy, zaszczepione mu biało-czerwone wartości i patriotyzm zderzają się z murem Polska-dla-Polaków (ale tylko tych białych, na skórze, nie w sercu), a on sam zostaje wplątany w szalone wydarzenia, które pędzą na złamanie karku, wystawiając na próbę jego ciało i duszę wojownika…



Fanem Ćwieka nie byłem, nie jestem i nie będę. Rozrywkowych autorów na rynku – także tym polskim – jest pod dostatkiem, Ćwiek ani nie wyróżnia się na ich tle niczym szczególnym, ani nie jest zbyt oryginalny. Pomysły na swoje teksty czerpie z dokonań innych, podlewa to humorem dość niskich lotów, miksuje z popkulturowymi odwołaniami i właściwie na tym poprzestaje. Ambicje? Brak. Potrafi pisać, ale swój talent przeznaczył na tworzenie dzieł z niższej literackiej półki. Jego wybór. Czy „Zawisza Czarny”, powieść, która jeszcze przed premierą budziła wiele kontrowersji, jest inna?



Nie bardzo. To taki sam Ćwiek, jak zawsze. Lekki, prosty styl, nieskomplikowane postacie, często wręcz stereotypowe, dużo potocznego języka, mnóstwo wulgaryzmów i humor poziomu tego, jakim przerzucają się nastoletni chłopcy. Bo to taka właśnie książka dla nastolatków, choć nasycenie popkulturowymi odniesieniami mogłoby sugerować coś innego. W tym całym miszmaszu, podlanym jeszcze cytatami z polskich utworów wszelkiej maści gubi się to, co powinno być clou powieści – pytanie o prawdziwy patriotyzm. Tylko czy samo ono nie brzmi jak frazes? Nic nowego powiedzieć się w tym temacie nie da, Ćwiek też tego nie robi. Serwuje nam natomiast lekką, niezobowiązująca historię przygodową utrzymaną w klimacie ulicy. Stereotypową, mimo swej „nowoczesności” – stereotypową w obie strony, że tak to ujmę – niezłą, jako lektura dla odreagowania, ale nieskłaniającą do myślenia (na co, przyznam się szczerze, i tak w tym przypadku nie liczyłem). Fanom Ćwieka i takich klimatów się spodoba, ma w końcu kilka udanych scen i czyta się przyjemnie, ale nic poza tym. A z nutą ambicji „Zawisza Czarny” miałby szansę stać się naprawdę czymś.



Dziękuję wydawnictwu SQN za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

poniedziałek, 27 listopada 2017

Żółwie aż do końca - John Green



STRASZNIE BLISKO, NIESAMOWICIE PROBLEMATYCZNIE



O najnowszej powieści Johna Greena głośno było już przed premierą. Cóż, po tym, jak za sprawą zekranizowanego bestsellera „Gwiazd naszych wina” cały świat pokochał jego twórczość, trudno było oczekiwać, że będzie inaczej. Pytanie, czy na „Żółwie aż do końca” warto było czekać? Jako, że to moje pierwsze spotkanie z twórczością autora, nie mogę powiedzieć bym wyczekiwał tej powieści, ale jedno mogę rzec z czystym sercem: nie żałuję, że ją przeczytałem,



Aza Holmes ma szesnaście lat i zdecydowanie różni się od swoich rówieśników, choć zarazem stara się jakoś odnaleźć na tym świecie. Jej mózg pracuje zbyt szybko, zbyt intensywnie, dziewczyna myśli o rzeczach, jakie w jej wieku nikomu nie przychodzą do głowy, ma też zaburzenia obsesyjno-kompulsywne – w szczególnie jeśli chodzi o bakterie i wirusy zamieszkujące jej ciało. W szkole czuje się jak w więzieniu, sama ze sobą też nie może wytrzymać, jakby dyskomfortu psychicznego było mało, poci się niemiłosiernie – choć czy rzeczywiście, czy też może jej wyobraźnia wyolbrzymia reakcje jej ciała? W kontaktach z ludźmi też nie układa jej się najlepiej, ale ma wieloletnią przyjaciółkę, Daisy, z którą jest jej dobrze. Wkrótce jednak będzie musiała przełamać się i wyjść ze swojego hermetycznego świata, a także otworzyć się na innych. Kiedy bowiem znika miliarder Russell Pickett, który w ostatnim czasie nie cieszył się najlepsza opinią, a wyznaczona za niego nagroda byłaby idealną pomocą finansową dla chcącej pójść na studia Azy, dziewczyna za namową przyjaciółki chce zaangażować się w poszukiwania. Dlaczego właśnie ona? Przed laty przyjaźniła się z synem miliardera, Davidem, mogłaby więc odnowić znajomość, dowiedzieć się czegoś… Tylko jak miała by tego dokonać, skoro jej własny umysł jest dla niej wrogiem? Na Azę czeka więc wielkie wyzwanie, ale też i wielka przygoda. Większa, niż mogłaby sądzić!



Pamiętacie film (swoją drogą także oparty na powieści) „Strasznie głośno, niesamowicie blisko”? Jego bohater, chłopiec z zespołem Aspergera, stara się poradzić sobie ze śmiercią ojca poprzez rozwiązywanie pewnej zagadki, jednocześnie otwierając się na ludzi i świat. Na podobnym schemacie opierają się „Żółwie aż do końca”. Śmiało ta książka mogłaby nazywać się „Strasznie blisko, niesamowicie problematycznie”, bo wiele rzeczy jest dla Azy na wyciągnięcie ręki, ale dziewczynie ciężko jest po nie sięgnąć. Czy zatem nowa powieść Greena jest wtórna? Na szczęście nie.



Jaka zatem jest? Nieźle napisana, nieźle, bo to jednak pozycja dla nastolatków, język jest więc dość prosty, ale nie infantylny, kontrowersyjnych tematów też tutaj nie uświadczycie, niemniej czeka na Was dużo emocji, przekonujący portret dziewczyny cierpiącej na nerwicę natręctw, ciekawa akcja, sympatyczni bohaterowie i pewna nostalgia. Bo „Żółwie…” to taka przygodówka, w której wyspę skarbów, niezwykłe miejsca i inne światy zastępuje codzienność i kryminalna intryga. Gloryfikowane są tu takie wartości, jak przyjaźń czy zaufanie, ale nie znajdziecie nachalnego dydaktyzmu. A wszystko to podane w sposób zdecydowanie lepszy, niż większość współczesnych powieści dla młodzieży. Warto więc poznać nowe dzieło Greena i przekonać się, że autor nie przypadkiem zdobył taką sławę.



A na koniec dziękuję wydawnictwu Bukowy Las za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Znikająca łyżeczka. Dziwne opowieści chemicznej treści - Sam Kean



ŁYŻKA NIE ISTNIEJE



A przynajmniej nie istnieje długo – oczywiście wtedy, kiedy chemik chce Wam zrobić żart, który skończy się tym, że mieszając herbatę zostaniecie z dłonią pełną… niczego. To tylko jedna (ale za to główna, bo tytułowa) ciekawostka z wielu zebranych w tej książce. Książce, która udowodni Wam, że chemia wcale nie musi być nudna.



Oczywiście o tym fakcie przekonywało nas już niejedno dzieło. Wystarczy wspomnieć popularny i niezwykle ceniony (całkiem słusznie zresztą) serial „Breaking Bad”. Z tym że on ukazywał dobrego chemika, który pod wpływem świadomości zbliżającej się wskutek choroby śmierci postanawia zacząć handlować narkotykami. Ciekawostek z zakresu chemii było tam dużo, ale niekoniecznie nadających się do powtarzania – wysadzanie czegoś w powietrze, rozpuszczanie zwłok czy produkcja niedozwolonych substancji to nie jest coś, czego powinno się kogokolwiek uczyć. Dlatego też inną ścieżkę obiera Sam Kean, który chce nam pokazać to co ciekawe, zabawne i jakże dalekie od suchej, szkolnej wiedzy. W końcu nawet tablica pierwiastków może być fascynująca, kiedy przekonamy się, co tak naprawdę kryje się za tymi wszystkimi skrótami i liczbami. I nie chodzi tutaj wcale o wiedzę szkolną, ale taką życiową, wiedzę z krwi i kości bym rzekł. Wiedzę, za którą nie kryją się wzory, a ludzie i związane z nią opowieści.



Książka Sama Keana to kolejne z dzieł popularnonaukowych, które śmiało można określić biografią. Ale nie biografią człowieka, a danej dziedziny wiedzy – w tym wypadku oczywiście chemii. Przedmiot ten w szkole nie należy do szczególnie lubianych. Podobnie jak matematyka i fizyka jest zbyt suchy, choć czasem udaje się to w pewien sposób przełamać jakimś, jeśli nie eksperymentem (bo tych akurat nigdy w szkole nie uświadczyłem), to pokazem. Zbyt drobnym wprawdzie by zabić monotonię wzorów, ale jednak.



Tymczasem Kean opowiada nam historię chemii poprzez opowieści o ludziach, ich odkryciach, ale też i ich życiach. Tym, jak chemiczne doświadczenia na nich wpłynęły, co spowodowały, co zmieniły – czasem na lepsze, czasem na gorsze. Wszystko to podlewa solidną porcją ciekawostek i pokazuje co jego samego fascynuje w temacie, przy okazji starając się zarazić nas swoją pasją – często jakże skutecznie.



Całość napisana jest w sposób ciekawy, ale też i profesjonalny. Tak, by spodobała się laikom, jak i również tym odbiorcom, którzy nieco mocniej siedzą w temacie. Najnowsze odkrycia, dokonane już po publikacji „Znikającej łyżeczki” dopisuje tłumacz, a całość warta jest polecenia tym, którzy chcieliby poszerzyć swoją wiedzę w przystępny sposób.



Dziękuję wydawnictwu Feeria za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Magia Kąsa - Ilona Andrews



KSIĄŻKA NIE KĄSA



Ale też i nie powala na kolana. Przynajmniej ta. Ale nie tego przecież oczekiwałem, sięgając po dzieło z gatunku urban fantasy, zmieszanego z postapo. Spodobał mi się sam pomysł i choć powieść okazała się napisana bardzo prostym językiem, na tym właśnie polu na pewno nie zawiodła.



O czym opowiada „Magia kąsa”, pierwszy tom serii o Kate Daniels? O świecie przyszłości, niezbyt odległej w czasie od nas, ale ukazującej drastyczne zmiany jakie zaszły w naszej rzeczywistości. Kiedy bowiem doszło do wybuchu magii, technologia i praktycznie wszystko to, co dotychczas osiągnęli cywilizacyjnie ludzie, przestało mieć znaczenie. Powróciły rzeczy, które dotychczas uważane były za przesąd, tudzież mit – wystarczy wymienić wampiry, jakieś zmiennokształtne stwory czy nawet pradawne bóstwa. W ruinach Atlanty, w której przyszło żyć głównej bohaterce, czyli oczywiście Kate Daniels, nie jest więc szczególnie bezpiecznie. Szczególnie, że kobieta pracuje jako najemniczka, wykorzystując fakt, że w jej żyłach płynie magia. Kiedy ginie jej opiekun, Kate chce dopaść winnego, ale by to zrobić, musi zdecydować z kim będzie współpracować…



Jeśli chodzi o konstrukcję powieści, jej wykonanie i poprowadzenie akcji, seria o Kate Daniels nie wyróżnia się niczym na tle innych powieści z jakże popularnego w ostatnich latach gatunku postapo. Jest świat, który spotkała zagład, są jego ruiny, jest nowe społeczeństwo, jakie na nich wyrosło (tu na plus należy zaliczyć fakt, że autorzy – bo pod pseudonimem z okładki kryje się małżeństwo pisarzy – zadbali o to, by mimo wszystko w dość realny sposób ukazać ten aspekt), jest najemniczka, są niebezpieczeństwa, zagrożenia… Wymieniać dalej? Chyba nie ma sensu. Jest jednak novum w postaci magicznej przyczyny końca znanego nam świata. I fakt, że wraz z tą osobliwą apokalipsą nadeszły istotny z legend i wierzeń, które wszyscy uważali za mit.



To właśnie sprawia, że całość przyciąga, nawet jeśli postacie są dość płaskie, a język, jakim napisano powieść, także nie jest najwyższych lotów. Sama akcja okazuje się być przewidywalna, podobnie jak jej poprowadzenie, bo tego typu książek czytelnicy czytali już całą masę. Ale otoczka ratuje serię Ilony Andrews, przydając jej nieco świeżości.



Całość oczywiście bardziej spodoba się nastolatkom czy też czytelnikom niewymagającym zbyt wiele od lektury, niemniej nie jest to zła książka. Ot lekka, niezobowiązująca powieść dla miłośników fantastyki. Im śmiało mogę ją polecić w sam raz na jesienno-zimowe wieczory.



A wydawnictwu Fabryka Słów dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

 

niedziela, 26 listopada 2017

Opowieści makabryczne - Stephen King, Bernie Wrightson, MicheleWrightson



DANSE MACABRE



Stephen King i komiks to połączenie nieszczególnie popularne, choć przecież w swojej karierze Król własnym nazwiskiem sygnował wiele opowieści graficznych. Świat jego opus magnum, „Mrocznej Wieży” został nie tylko zaadaptowany na tym gruncie, ale także i rozwijany, sam autor przyłożył także rękę do „Amerykańskiego Wampira”, a na rynku (głównie amerykańskim) nie brakuje adaptacji jego książek. Cóż się jednak temu dziwić – mały Stephen z uwielbieniem zaczytywał się w makabrycznych groszowych komiksach grozy. Dlatego też po latach, w roku 1982, dokładnie 35 lat temu, napisał scenariusze do pięciu krótkich historii graficznych w takim właśnie klimacie, zebranych w albumie „Opowieści makabryczne”. Opowieści przeniesionych jednocześnie w tym samym czasie na ekran przez George’a A. Romero jako „Koszmarne opowieści”. Teraz, po niemal dekadzie od pierwszego polskiego wydania komiks powraca na sklepowe półki. I oczywiście miłośnikom prozy Króla Horroru nie trzeba go nawet polecać, ale co z innymi czytelnikami?



Zacznijmy jednak od tego, co składa się na niniejszy album. Całość otwiera historia „Dzień ojca”, traktująca o kobiecie, która zabiła swojego rodzica. Nie mogła już znieść jego zachowania, a kiedy ten zlecił morderstwo jej narzeczonego, czara goryczy się przelała. Potem zabójczyni rok w rok odwiedza grób, jednak tym razem coś jest nie tak…

Dalej czeka na nas „Samotna śmierć Jordy’ego Verrilla” (któż z nas nie kojarzy tego nazwiska z książek Kinga?). W tej opartej na opowiadaniu z 1976 roku pt. "Weeds" historii z nieba spada meteoryt. Znajduje go tytułowy bohater, wsiowy, naiwny chłopina (w filmowej adaptacji zagrał go King) i tak zaczyna się jego koszmar.

Po tym znakomitym komiksie czeka na nas niestety naciągana i pozbawiona logiki „Skrzynia” (adaptacja opowiadania „The Crate”, 1979), gdzie cieć szukając zagubionej monety znajduje tajemniczą skrzynię pochodzącą z wyprawy na Antarktydę z roku 1834. Udaje mu się zainteresować nią profesora, jednak żaden z nich nie spodziewa się co czeka w środku. I ile ofiar pochłonie otwarcie jej.

Potem czytelnicy dostają „Jak pozostać na fali”. Przypominająca nieco kingowski „Gzyms” ze zbioru „Nocna zmiana” historia przedstawia zazdrosnego męża, który mści się na żonie i jej kochanku. Zakopuje ich po szyję na plaży i zostawia by woda załatwiła sprawę…

Album wieńczy „Lubią się podkradać”, komiks o złym bogaczu, którego sterylny apartament zaczyna być pełen karaluchów. Mężczyzna dokłada starań by coś z tym zrobić, jednak pozostaje ślepy na to, co rzeczywiście dzieje się wokół niego. A powoli zbliża się pora by robaki wyszły na żer…
 

„Opowieści makabryczne” to komiks zdecydowanie nie dla wszystkich. King stworzył bowiem coś na kształt zeszytów z gatunku horroru wydawanych w latach 40. i 50. XX wieku przez EC Comics. Były to historie krwawe, brutalne, niedbające o logikę, ale mające dostarczyć mocnych wrażeń. Nawinie pisane (Król zachowuje tę stylistykę), najmocniej odwołując się do „Opowieści z krypty”, jednego z najważniejszych tytułów EC. Mamy tu nawet podobnego narratora, stanowiącego jedyny łącznik między historiami. Treść jest więc makabryczna, prosta, happy endów tutaj nie znajdziecie, podobnie zresztą jak wyższych wartości. Jako dzieło samodzielne, „Opowieści” nie mają zbyt dużej wartości, jako hołd dawnym komiksom są znakomite i doskonale oddają ich charakter.



Spora w tym zasługa również ilustracji. Genialna szata graficzna w wykonaniu zmarłego w tym roku Bernie’ego Wrightsona i jego ówczesnej (zmarłej przed dwoma laty) żony Michele Wrightson z miejsca urzeka klasycznym wykonaniem, szczegółowością i pięknem. Bernie zresztą wiedział, co robi – to on współtworzył „Swamp Thinga”, a także zaprezentował adaptację „Frankensteina”. Do tego dochodzi znakomity, klasyczny kolor i papier offsetowy, który doskonale pasuje do tego typu opowieści.



Ale są też minusy polskiego wydania. Cena, dość wysoka jak na tak cienką pozycję to jedno, jednak bardziej w oczy rzuca się pewien brak spójności. Niektóre piosenki są przełożone na polski, inne nie, ale za to pokuszono się o przetłumaczenie onomatopei, czego nie znoszę. To jednak niewielkie mankamenty i jeśli jesteście miłośnikami Kinga albo po prostu lubicie horrory – szczególnie te klasyczne – i potraficie docenić ich umowność (czy też przymknąć na nią oko), polecam gorąco Waszej uwadze ten album. Warto go poznać.
 

Tę, jak i inne zapowiedzi znajdziecie tu:

sobota, 25 listopada 2017

Pudełko z guzikami Gwendy - Stephen King, Richard Chizmar



ATOMOWE GUZIKI



Najnowsze dzieło Kinga to nie opasła powieść, do jakich nas przyzwyczaił przez ponad 40 lat pisarskiej kariery, a krótka nowelka. Na dodatek napisana nie samodzielnie, a wspólnie z nieznanym w Polsce, choć nagradzanym autorem horrorów. Nie martwcie się jednak, „Pudełko z guzikami Gwendy” to znakomita, typowo kingowska książka, która, choć oparta na pomyśle znanym z opowiadania „Button, Button” Richarda Mathesona z 1970 roku, wciąga od pierwszej strony i w napięciu trzyma nas do samego końca.



Sierpień roku 1974, Castle Rock. Dwunastoletnia Gwendy, mając dość wyśmiewania przez kolegów, stara się zrzucić zbędne kilogramy, biegając po tak zwanych Schodach Samobójców. To właśnie tu, pewnego dnia spotyka tajemniczego mężczyznę w czerni, który przedstawia się jej jako Richard Farris i chce z nią porozmawiać. Mimo obaw, dziewczynka zgadza się – są w końcu w miejscu publicznym, obok nie brakuje ludzi. Richard mówi, że ją obserwował – obserwuje wiele osób w wielu miejscach – i chce jej przekazać pewne pudełko. Pudełko z kolorowymi guzikami znajdującymi się na przodzie, dźwigienkami i szufladkami. Do czego ono służy? Jedna dźwigienka pozwala raz dziennie otworzyć szufladkę z czekoladką, która sprawia, że nie chce  się jeść więcej słodyczy. Druga raz na tydzień czy dwa daje szansę wyjęcia bardzo cennego srebrnego dolara z 1891 roku. Co się zaś tyczy guzików, sześć z nich odpowiada sześciu kontynentom, siódmy, czerwony, symbolizuje cokolwiek Gwendy zechce, ostatni, czarny – wszystko. Dziewczynka pyta co się stanie jeśli wciśnie któryś z nich. „Po co pytać, skoro już wiesz?”, odpowiada jej Richard. I rzeczywiście, Gwendy wie, słyszała przecież o guzikach atomowych, jakie posiadają głowy największych mocarstw świata, ale nie chce przyjąć tego do wiadomości.

Richard znika, pudełko zostaje, a życie dziewczynki zmienia się nie do poznania. Za sprawą czekoladek chudnie, poprawia jej się wzrok, relacje między rodzicami ocieplają się, a pieniędzy przybywa (choć na razie nastolatka nie zamierza sprzedać monet). Niestety świadomość jakie zagrożenie niosą guziki na pudełku nie pozwala Gwendy na dłuższą chwilę spokoju. Mijają lata, aż w końcu dziewczyna decyduje się sprawdzić co się stanie gdy wciśnie ten czerwony…



Oryginalności temu opowiadaniu zarzucić się nie da. Richard Matheson prawie pół wieku temu napisał historię o kobiecie, która dostaje pudełko z przyciskiem. Jeśli go wciśnie, zginie ktoś, kogo nie zna, a ona dostanie dużą sumę pieniędzy. Plagiat? Absolutnie nie. King po raz kolejny oddał hołd legendarnemu autorowi (wcześniej dokonał tego chociażby opowiadaniem ze zbioru „Jest legendą”) i jak zwykle zrobił to na swój niesamowity sposób. Większa część „Pudełka” to historia obyczajowa o dorastającej dziewczynce i trawiącym ją sekrecie, będącym wstępem do koszmaru.
 

Jak to w twórczości Króla Horroru przystało, w opowieści o Gwendy nie zabrakło także nawiązań do jego twórczości. Akcja dzieje się a Castle Rock, miejscu znanym m.in. z „Cujo”, „Mrocznej połowy” czy „Sklepiku z marzeniami”, sprawcą całego zamieszania staje się Człowiek w Czerni znany doskonale miłośnikom prozy Kinga z „Bastionu” czy „Mrocznej Wieży”, a odniesień do tej drugiej także nie brakuje. Z mniej rzucających się w oczy rzeczy warto zauważyć, że początkowa rozmowa Gwendy i Richarda przypomina wymianę zdań między Georgiem a Pennywise’em z „To”, a do tego większość z dat ważnych zdarzeń w życiu głównej bohaterki wykazuje ciekawą zbieżność z życiem Kinga – wszystko zaczyna się bowiem w roku 1974, w tym samym, w którym autor z Maine zadebiutował powieścią „Carrie”.



Z połączenia tego wszystkiego powstała znakomita nowela, wciągająca, intrygująca, pełna napięcia i zaludniona przez typowych dla pisarza, ale jak zwykle znakomicie ukazanych bohaterów. Aż dziw, że Stephen King miał taki problem z jej skończeniem, że zaangażował do procesu twórczego Richarda Chizmara. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło, z ich współpracy zrodziła się świetna książka. Dobrze napisana (choć tekst podany jest w czasie teraźniejszym, a w tekście zdarzają się drobne wpadki), znakomicie zilustrowana, usatysfakcjonuje miłośników prozy Króla i wszystkich czytelników lubiących horrory mocno osadzone w obyczajowych ramach. Co warto zauważyć, doskonałe jest także polskie wydanie. Mamy bowiem komplet ilustracji, twardą oprawę, dodatkową obwolutę i sympatycznie wyglądające wnętrze. To oczywiście tylko dodatek do znakomitej treści, jednak uprzyjemnia lekturę. Lekturę, którą polecam bardzo, bardzo gorąco.



A wydawnictwu Albatros  dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

 

Hellboy tom 1: Nasienie zniszczenia/Obudzić diabła - Mike Mignola, JohnByrne



PIEKIELNY CHŁOPIEC POWRACA



Ledwie pół roku temu przygody Hellboya skończyły się wraz z drugim, finałowym tomem „Hellboya w piekle”, a już na księgarskie półki trafiło zbiorcze wznowienie dwóch pierwszych pełnometrażowych albumów. Ci czytelnicy, którzy wcześniej nie mieli okazji ich przeczytać (są tacy?!), mają wreszcie możliwość uzupełnienia swojej kolekcji. A warto to zrobić, bo opus magnum Mike’a Mignoli to zdecydowanie jedna z najlepszych serii, jakie powstały.



W pierwszej historii, „Nasienie zniszczenia”, przenosimy się do grudnia roku 1944. Naziści z pomocą tajemniczego człowieka przeprowadzają rytuał zwany Operacją Ragnarok. Jego celem jest przywołanie demona, mającego im zapewnić zwycięstwo w wojnie. Alianci wraz z grupą naukowców, do której należy Trevor Bryttenholm, jak się można spodziewać, mają ich powstrzymać. Rytuał się udaje, ale nie wszystko idzie tak, jak powinno. Przywołany zostaje demon-chłopiec, Hellboy, jak wkrótce wszyscy zaczną go nazywać, a na dodatek wpada nie w ręce hitlerowców, a Aliantów… Mija 50 lat. Hellboy pracuje dla Biura Badań Paranormalnych i Ochrony wyjaśniając wszelkie paranormalne zagadki i tajemnice. Nagle odwiedza go Trevor, który powrócił z dziwacznej wyprawy. Kiedy chwilę potem ginie, Hellboy postanawia dowiedzieć się dlaczego…

W drugiej historii, „Obudzić diabła”, Hellboy powraca z kolejną misją. Tym razem trafia do Rumunii, gdzie bada sprawę niejakiego Vladimira Giurescu, który od wieków raz na jakiś czas zmartwychwstaje. Czyżby był wampirem? Niestety, na drodze Piekielnego Chłopca staną wiecznie żywi naziści, a także sam Rasputin, który upomina się u niego o własne dziedzictwo…
 

Powiedzieć, ze „Hellboy” to kultowa seria, to jak nic nie powiedzieć. Frazes. Ale czy da się inaczej? Pewnie da, tylko po co. To seria kultowa ze wszystkim, co hasło to ze sobą niesie i określenie to doskonale oddaje charakter tego z czym mamy tu do czynienia. Ale oczywiście nie najpełniej – do tego potrzeba jednak większej ilości słów, a i one nie opiszą wszystkiego. Dopiero lektura komiksu pokaże Wam z czym macie do czynienia, bo „Hellboy” to zdecydowanie więcej, niż poszczególne jego składowe. Niemniej spróbuję przybliżyć nieco z czym macie tutaj do czynienia.



Opis już znacie, ale i tak warto nadmienić, że całość to takie „Z archiwum X” w wersji weird fiction. Bardzo klasyczne, bo łączące w sobie legendy z różnych stron świata, z horrorem, olschoolową fantastyką i opowieścią akcji. Elementy superhero? Są, ale nienachalne, bohaterowie mają pewne moce, zresztą Hellboy nie jest tu wcale najdziwniejszą postacią, a jednak wszystko to pozostaje w zgodzie z tradycją gatunku, w jakim Mignola (wraz z pomocą Johna Byrne’a) się porusza.
 

A szata graficzna? Chociaż na początku jego kariery Mignola był doceniany bardziej przez kolegów po fachu, niż czytelników, „Hellboy” to komiks, który zachwyca rysunkami. Cartoonowa, dość kanciasta i prosta kreska urzeka. Czym? Przede wszystkim genialnym operowaniem cieniem, które (wraz z równie nieskomplikowanymi, ale wspaniałymi kolorami) dodaje ilustracjom niepokojącej nuty, ale też i to, jak wiele można za pomocą takiej prostoty ukazać w absolutnie doskonały sposób. I bez znaczenia pozostaje fakt, że w tych pierwszych opowieściach nie wszystko jeszcze wychodzi autorowi idealnie.



Nowe wydanie „Hellboya” także nie pozostawia wiele do życzenia. Papier kredowy, twarda oprawa, przedruk oryginalnych przedmów (czego zabrakło mi w reedycji „Kaznodziei”), nowy wstęp i solidna, bo licząca ponad 30 stron galeria szkiców wraz z komentarzami – wszystko to prezentuje się naprawdę znakomicie. Tak samo jak opracowanie graficzne okładki. Jeśli więc jeszcze nie macie „Hellboya” w swojej kolekcji, to doskonała okazja by to zmienić. A, jak wspominałem na wstępie, naprawdę warto poznać opus magnum Mignoli, bo mimo upływu lat wciąż robi wielkie wrażenie i zachwyca, jak kiedyś.



Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.


Wolverine: Trzy miesiące do śmierci #2 - Paul Cornell, Elliott Kalan,Kris Anka, Pete Woods, Salvador Larroca, Jonathan Marks



KONIEC ODLICZANIA DO ŚMIERCI WOLVERINE’A



„Śmierć Wolverine’a” to jedna z tych historii, które natchnęły twórców kinowych do nakręcenia przereklamowanego (nie wystarczy zwolnić tempo i dodać kilka wulgaryzmów by powstał dobry film), ale popularnego obrazu kinowego „Wolverine: Logan”. Zanim jednak będzie nam dane ją przeczytać, w ręce czytelników trafia dwutomowe wprowadzenie do tego wydarzenia, będące jednocześnie zbiorczym wydaniem całego szóstego volume’u serii „Wolverine”. Jak na wstęp do pożegnania jednego z najbardziej lubianych bohaterów przystało, album wypełniony jest sentymentalnymi momentami, ale akcja nie zwalnia tempa ani na chwilę, a całość czyta się znakomicie – lepiej nawet niż pierwszą część.



Wolverine nigdy nie był tak świadomy swojej śmiertelności, jak teraz. I nigdy też tak bardzo nie bał się odejść z tego świata. Czas nigdy mu nie szkodził, żył dłużej niż inni ludzie, a dzięki zdolności regeneracji był w stanie wyleczyć nawet najpoważniejsze urazy. Niestety właśnie stracił tę umiejętność, a ponieważ nie zwalnia tempa, wszystko może się źle dla niego skończyć. Szczególnie, że chce rozliczyć się z Sabertoothem, a ten nie należał do najłatwiejszych przeciwników nawet, kiedy Wolvie był w pełni sił. Dlatego też Rosomak zaczyna w Japonii szkolenie pod okiem swoich przyjaciół-herosów, Iron Fista i mistrza kung-fu Shanga Chi. Ten drugi zabiera go do tajemnej świątyni śmierci na wczasach – miejsca, gdzie Wolverine ma pogodzić się ze swoja śmiertelnością i opanować lęk. Bohatera pociesza jedna myśl: choć relacje między nim, a Pinch nie ułożyły się, kobieta zdążyła zbiec Saubertoothowi.

Niestety nie wie, jak bardzo się myli. Saubertooth schwytał bowiem córkę Pinch. Kobieta też wpada w jego szpony, a jej los wisi na włosku. Czy Wolverine zdoła ocalić ukochaną z rąk przeciwnika chcącego zmienić świat na własne podobieństwo? I jaką cenę przyjdzie mu za to zapłacić za to wszystko?
 

Wolverine to zdecydowanie najciekawszy z X-Menów i jednej z najbardziej intrygujących bohaterów komiksów w ogóle. Dlaczego? Przez lata pozostawał bardzo tajemniczą postacią, nie pamiętał swojej przeszłości, ta zresztą okazała się mroczna i pełna dziwnych i szokujących faktów, a przy okazji sięgała daleko wstecz, bo aż do końca XIX wieku. Szczegóły na temat Rosomaka ujawniane były powoli, każdy twórca dodawał coś od siebie, wielu wciąż dodaje – zawsze w jego historii znajdzie się jakaś biała plama do zapełnienia – ale teraz nadszedł czas zostawić za sobą to co było i przygotować się na pożegnanie.



Zanim jednak Wolverine umrze, odbywa sentymentalną podróż do Japonii, z którą zawsze był mocno związany, rozlicza się z wrogami i angażuje w kolejny, trudny związek, mogący (znów) zakończyć się tragicznie. Wszystko to zostało nieźle napisane i poprowadzone, klimatyczne i trafiające do czytelnika. Najmocniej jednak czuć w tym kruchość tytułowego bohatera. Chociaż inne postacie nigdy nie miały czynnika gojącego i mogą zginąć równie łatwo, co obecnie Rosomak, czytelnik i tak bardziej odczuwa jego śmiertelność.
 

Graficznie też jest nieźle. Rysunki może nie powalają na kolana, ale to typowa dla współczesnych komiksów robota, jaką od paru lat możemy oglądać w Marvelu. Lekko mangowa, z cartoonowymi naleciałościami ma swoje plusy i minusy, ale mi osobiście odpowiada. Do tego mamy kilka zeszytów autorstwa Krisa Anki i dodatki zilustrowane przez Salvadora Larrocę, a także „Annual” z ręcznie malowanymi rysunkami Jonathana Marksa. Ten ostatni zresztą, napisany przez Elliotta Kalana, stanowi bardzo ciekawy bonus, w którym Wolvie i Jubilee zajmują się dzieckiem. Historia ta mocno odwołuje się do korzeni postaci, zaczynając się tekstem, jaki wymyślił Frank Miller na otwarcie pierwszej miniserii z Rosomakiem, „Wolverine”. Tytuł opowieści, „Wilk i szczenię”, także jest znaczący i stanowi ukłon w stronę Millera – to ten scenarzysta, zainspirowany mangami, a w szczególności serią „Samotny wilk i szczenię” (rysował okładki do jej amerykańskiego wydania) zaczął przemycać do swoich dzieł wątki związane z Japonią. I chociaż Wolvie swoją ówczesną ukochaną, Mariko, poznał już wcześniej, to właśnie za jego sprawą tematyka Kraju Kwitnącej Wiśni została rozwinięta i stała się nieodzownym elementem historii o Rosomaku.



Twórcy niniejszego albumu postarali się stworzyć opowieść, która nie tylko w dobrym stylu doprowadzi nas do śmierci głównego bohatera (w komiksach Marvela Wolverine był martwy przez trzy lata, dopiero w tym roku przywrócono go do życia), ale też i złoży hołd całej tradycji. Wyszło całkiem nieźle, nie idealnie, ale „Trzy miesiące do śmierci” to wciąż bardzo dobry komiks i polecam go wszystkim miłośnikom X-Menów. Jest tego wart.



A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

 

piątek, 24 listopada 2017

Znalezione nie kradzione - Stephen King



ZNALEZIONE-UKRADZIONE



Pierwszy tom trylogii o Billu Hodgesie był sprawnie napisanym (wręcz rewelacyjnym w otwierającej go scenie) kryminałem, który im bliżej końca, tym bardziej tracił na jakości, stając się powtórkową, przewidywalną, choć nadal miłą rozrywką. Kontynuacja nie była więc przeze mnie szczególnie wyczekiwaną powieścią, chociaż posiadając wszystkie utwory Kinga, nie mogłem nie kupić także „Znalezione nie kradzione”. I chociaż również ta powieść okazała się przewidywalna, zabawa była tak samo dobra, a nawet lepsza, niż w przypadku „Pana Mercedesa”.



W roku 1978 Morris Bellamy i jego koledzy obrabowują znanego pisarza, Johna Rothsteina, autora „Uciekiniera”. Towarzysze Morrisa nie mają jednak pojęcia, że ich koledze wcale nie zależy na pieniądzach, a na notesach z twórczością autora. W wyniku napadu Rotstein zostaje zabity, a Bellamy ukrywa notesy i zrabowane pieniądze pod drzewem niedaleko swojego domu. Wkrótce też trafia do więzienia, ale nie za tę zbrodnię, tylko za gwałt na pewnej kobiecie, a śmierć pisarza pozostaje niewyjaśnioną zagadką policyjnych akt.



Czasy obecne. W domu Morrisa zamieszkują nowi właściciele Saubersowie. Głowa rodziny, Tom, który został ranny, kiedy psychopata wjechał samochodem w ludzi (w tomie „Pan Mercedes”), nie potrafi wieść normalnego życia, co prowadzi do poważnych problemów finansowych i powolnego rozpadu małżeństwa. Kiedy więc jego syn Peter znajduje skrzynię z pieniędzmi i notesami Rothsteina, postanawia anonimowo wesprzeć własną rodzinę. Niestety, kiedy środki po kilku latach zaczynają się kończyć, chłopak decyduje się sprzedać słynącemu z niebyt czystych interesów lokalnemu antykwariuszowi rękopisy zabitego pisarza. Pech chce, że z więzienia wyszedł właśnie Bellamy i zamierza je odnaleźć. Rodzina Saubersów znajdzie się w niebezpieczeństwie i może nawet prywatny detektyw, Bill Hodges, nie będzie tym razem w stanie nic poradzić…



Z powieściami Kinga tak to już jest, że nawet najlepsze pomysły często okazują się niewypałami. Autor bowiem ma tendencję do zbaczania w dziwne rejony, kombinowania i nadmiernego odrywania się od ziemi w swoich dziełach, a to często zabija realizm, gubi logikę, a nawet bywa śmieszne. „Pan Mercedes” zaczął się genialnie, potem było już coraz słabiej i chociaż powieść w ostatecznym rozrachunku okazała się bardzo dobrym thrillerem, brakowało w niej elementu zaskoczenia. „Znalezione nie kradzione” także zaczyna się rewelacyjnie i także niczym nie zaskakuje, ale na szczęście całość broni się bardzo dobrze. Czym?



Zacznijmy od tego, że tak, jak to było w najlepszych powieściach pisarza, tak i tu króluje strona obyczajowa. Życie bohaterów jest proste, zwyczajne, tak nam bliskie, a co za tym idzie, bardziej angażuje nas emocjonalnie. Elementy gatunkowe także nie zawodzą. Jest więc krwawo, brutalnie, ale i z napięciem. Do tego bohaterowie przekonują swoją psychologią, a co więcej Stephen King, w typowy dla siebie sposób, zawarł tu wiele odwołań do własnego życia i twórczości. Trudno bowiem w Rothsteinie nie dostrzec alter ego Króla Grozy z Maine, co więcej ten fikcyjny autor napisał „Uciekiniera” i chociaż w oryginale tytuł tej powieści (a właściwie serii) brzmi „Runner” (i całkiem słusznie jej treści kojarzy się z „Uciekaj, Króliku” Updike’a, choć King nie ukrywa też inspiracji Rothem i Salingerem), od razu kojarzy się ona z „Uciekinierem” (ang. „Running Man”) wydanym przez Stephena pod nom de plume Richard Bachman. Dodajcie do tego lekki, krwisty i wciągający styl, świetne poprowadzenie akcji i znanych z „Pana Mercedesa” sympatycznych bohaterów i otrzymacie powieść, którą powinien przeczytać nie tylko każdy miłośnik twórczości autora, ale także każdy, kto ceni dobre thrillery i kryminały. Ja ze swej strony polecam bardzo gorąco i ciekaw jestem, jak King zakończył całą opowieść tomem „Koniec warty”, który wkracza na ścieżkę czystej grozy i fantastyki.



Powieść, inne dzieła Stephena Kinga i książkowe nowości znajdziecie na stronie:

Mysz, która chciała być lwem - Rachel Bright, Jim Fidel



CZY MYSZ MOŻE ZOSTAĆ LWEM?



Cóż, skoro żółw mógł prześcignąć zająca, wszystko jest możliwe. Przynajmniej w świecie baśni. Tylko czy tak będzie i tym razem? O tym przekonacie się sięgając po „Mysz, która chciała być lwem”, najnowszą książkę zilustrowaną przez Jima Fidela, autora niezapomnianych grafik do znakomitej serii „Królik i Misia”.



Mała myszka, jak to w myszy przypadku bywa, nie ma lekkiego życia. Większe zwierzęta nie zwracają na nią uwagi, ciągle ktoś ją depcze, ściska, przysiada… Mysz mieszka u stóp pradawnej, ogromnej granitowej skały, tak się też składa, że na jej szczycie ma zwyczaj siedzieć pewien lew. Jak na lwa przystało, ryczy, rządzi całym stadem, bez chwili wytchnienia demonstruje jaki jest silny i twardy itd., itd., itd. Jak się można z łatwością domyślić, mysz by odmienić swój los, zastanawia się jakby tu zostać takim właśnie lwem. Co zrobić, żeby ktoś tak niewielkich rozmiarów, jak ona, stał się nagle ważny? Zwierzątko dochodzi do wniosku, że najlepiej byłoby się nauczyć ryczeć tak, jak król zwierząt. Tylko jak miałoby tego dokonać? Mysz wpada na niebezpieczny pomysł by spytać samego lwa – kto, jak kto, ale on zna się na tym najlepiej. I mimo świadomości, że może się to dla niej skończyć zjedzeniem, rusza na spotkanie ze swoim sąsiadem. Spotkanie, które będzie miało bardzo niespodziewany przebieg i oboje nauczy czegoś o własnej naturze.



„Mysz, która chciała być lwem” to uroczy picturebook z podaną rymem urocza opowiastką o tym, jak bardzo nie doceniamy samych siebie. Napisana w szybkim rytmie, w bardzo ciekawy, prosty i przystępny sposób, wciąga i dostarcza porcji mądrej rozrywki dzieciom. Czy to jako samodzielna lektura na początku swojej czytelniczej ścieżki, czy też książeczka, którą ogląda się i czyta razem z rodzicami.
 

Zresztą to oglądanie należy właśnie do najlepszych elementów obcowania z „Myszą, która chciała być lwem”. Fidel po raz kolejny nie zawiódł, co tam nie zwiódł -  jak zwykle zachwycił. Głowna bohaterka, myszka, jest przeurocza – lwu też niczego nie można zarzucić (dzieci oglądające współczesne animacje komputerowe z pewnością znajdą w nim wiele podobieństw do lwa z serii „Madagaskar”). Najbardziej jednak zachwyca znakomite tło, klimatyczne, barwne, ale doskonale dobrane do całości. Po prostu coś wspaniałego.



Znakomite wydanie całości (duży format, papier kredowy, świetna jakość druku) pozwala w pełni cieszyć się znakomitą szatą graficzną. Do tego już sam tom, zamknięty w twardej oprawie, prezentuje się naprawdę dobrze. Dlatego nie pozostaje mi nic innego, jak polecić „Mysz” najmłodszym czytelnikom.



A wydawnictwu Zielona Sowa dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.


All-Star Batman #1: Mój największy wróg - Scott Snyder, John RomitaJr., Declan Shalvey



SUPERIOR BATMAN



Jeśli chodzi o Odrodzenie, najbardziej liczyłem na opowieści o dwóch bohaterach: Supermanie i Batmanie. Może to i mało oryginalnie podejście, ale jedną z serii o Człowieku ze Stali stworzył Dan Jurgens, legendarny scenarzysta, którego opowieści z lat 90. XX wieku odmieniły tego bohatera, natomiast Człowiek Nietoperz z New 52 pozostawił po sobie bardzo dobre wrażenie. Z nich wszystkich najbardziej moją uwagę przykuł. „All Star Batman”. Powodów, poza powyższymi było kilka: scenariusz tej serii napisał Scott Snyder, autor przygód Batmana z New 52, co stanowiło poniekąd gwarancję dobrej zabawy, za stronę graficzną odpowiedzialny był natomiast jeden z moich ulubionych rysowników, John Romita Jr. I co z tego wyszło? Udana, odświeżająca serię opowieść, będącą taką batmanowską wersją „Superior Spider-Mana” zmieszanego z „Kick Assem”.



Batman. Człowiek Nietoperz. Zamaskowany Krzyżowiec. Mroczny Rycerz. Obrońca Gotham, ale czy tylko Gotham? Kiedy po kolejnym ataku Two-Face’a Harvey Dent doradza Batmanowi jak wyeliminować złą część jego osobowości, bohater zabiera go do ośrodka, który może to zrobić. Niestety w trakcie podróży Two-Face wciela w życie swoje własne plany. Ponieważ dzięki własnej sieci zna wszystkie grzechy ludzi popełnione w tak rzeczywistości, jak i w Internecie, decyduje się wykorzystać tą wiedzę i składa obywatelom propozycję: jeśli go uwolnią i zajmą się Mrocznym Rycerzem, zostaną wynagrodzeni pieniędzmi szefów trzech największych organizacji przestępczych Gotham, jeśli nie, wszystkie ich brudy zostaną ujawnione. Samolot Batmana zostaje zestrzelony w środkowych stanach USA, od celu dzieli ich 800 km. Jak jednak mają tam dotrzeć, kiedy na bohatera polują wszyscy – nie tylko gangsterzy mordercy i szaleńcy, ale nawet zwykli ludzie – a on sam nie może już ufać ani Gordonowi, ani nawet Alfredowi? Do tego do akcji wkraczają też wspomniani mafijni szefowie, a Mroczny Rycerz pozostaje odcięty od swoich gadżetów. Czy z pomocą nowego ucznia, a także dobrej części osobowości Two-Face’a (o ile ta rzeczywiście jeszcze istnieje) ma jakiekolwiek szanse na przetrwanie i naprawienie obecnej sytuacji?



Mimo iż imprint All Star powstał, żeby autorzy w jego ramach snuli opowieści niezwiązane z obowiązującym kanonem, niniejszy album zachowuje ciągłość fabularną z innymi tytułami Odrodzenia (jego akcja rozwija wątki z prologu do „Jestem Gtoham”). Co ciekawe, jednocześnie kontynuuje młodą, bo młodą, ale jednak tradycję Millera z „All Star Batman i Robin”, choć zarazem w żadnym momencie nie jest jego kontynuacją. Jeśli już, to ideologiczną, gdzie więcej jest brutalności (także w działaniach bohaterów) niż w głównonurtowych opowieściach. To ostatnie doskonale podkreślają ilustracje Romity Jr., który może pochwalić się opinią mistrza od ukazywania wszelkich urazów, ran i dosłownej przemocy. Krew na stronach tego albumu leje się często i obficie, bohaterowie są poniewierani i ranieni coraz mocniej, a autorzy nie zamierzają odpuścić im ani na chwilę.
 

Wszystko to bardziej niż klasyczne historie z Batmanem przypomina gangsterskie kino drogi. Czasem nawet w stylu Tarntino. Romita Jr. przemycił tu sporo klimatu z rysowanego przez siebie „Kick Assa”. Fabularnie album nie jest zbyt wymagający, Snyder zrezygnował ze spokojniejszych momentów na rzecz nieustającej akcji. Pościgi, strzelaniny, ciągłe pojedynki, nieustające zagrożenie i padające coraz trupy – dokładnie to czeka tutaj na Was. Na dodatek opowiedziane w iście filmowy sposób (dosłownie, ale o tym musicie przekonać się już sami). I jak pisałem na wstępie, pod pewnymi względami historia ta przypomina mi „Superior Spider-Mana”.  Dlaczego? Mamy nieco zmienionego, brutalniejszego, ale jednak dobrze nam znanego bohatera, plejadę doskonale rozpoznawalnych wrogów, nieco odświeżenia… Nawet podtytuł dość jasno kojarzy się z „Superiorem”.



I chociaż o „All Star Batman” naczytałem się wiele złego, muszę powiedzieć, że to naprawdę udany komiks. Inny, niż pozostałe tytuły z Nietoperzem w roli głównej ukazujące się właśnie na naszym rynku, mający swoje minusy (nawet Romita Jr. dziwnie przedstawia niektóre postacie – choćby Killer Croca), ale na pewno warty poznania. Nie tylko przez miłośników Mrocznego Rycerza.



A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.