sobota, 30 grudnia 2017

Pocałunek stali - Jeffery Deaver

WSZYSTKO MOŻE CIĘ ZABIĆ

Kiedy miałem kilkanaście lat przeżywałem fascynację thrillerami. Wtedy jeszcze dzieła z tego gatunku wydawały mi się świeże, niekoniecznie dobrze napisane, ale w tym wieku nie szukałem wielkich wartości literackich, tylko mocnych doznań. W ten też sposób poznałem film „Kolekcjoner kości” – lata jednak minęły, zanim w moje ręce trafiły powieści autora jego pierwowzoru. Czy zachwycił mnie czymś szczególnie? Nie, ale okazał się dobrym wyrobnikiem, piszącym poprawne książki, a to i tak więcej, niż ma do zaoferowania przerażająca większość współczesnych pisarzy zajmujących się kryminałami i thrillerem. I dokładnie taka jest też najnowsza powieść Deavera, całkiem niezła i oferująca udane i klimatyczne momenty.


Do zabicia człowieka może posłużyć dosłownie wszystko – wystarczy wiedzieć, jak tego użyć. Każdy o tym wie, ale na co dzień nikt z nas nie przywiązuje do tego większej wagi. Mordercy kojarzą się nam z bronią palną czy białą, truciznami, bombami… Nie do końca jednak słusznie. Już wkrótce ma się o tym przekonać detektyw Amelia Sachs, która w centrum handlowym na Brooklynie stara się schwytać mordercę. Mężczyzna, NS 40, jak nazywają go funkcjonariusze zajmujący się sprawą, zabił nocą człowieka na budowie, udało się go wyśledzić, ale zgubił im się w tłumie. Kiedy są już bliscy złapania go, dochodzi do wypadku. W mechanizm schodów ruchomych wpada mężczyzna, Sachs rusza na pomoc, NS 40 ucieka, a to dopiero początek. To, bowiem, co wyglądało na przypadkowe zdarzenie, okazuje się być pierwszym z serii ataków. Do śledztwa włącza się partner Sachs, Lincoln Rhyme, jednak obojgu przyjdzie się zmierzyć z seryjnym mordercą, który do swych zbrodni wykorzystuje przedmioty codziennego użytku. Niewinne rzeczy zmieniają się w śmiercionośną broń, ofiarą może być każdy, a czas ucieka…


Podoba mi się zamysł tego thrillera. Fakt, że ludzie giną od przedmiotów tak zwyczajnych, że przestali postrzegać je jako zagrożenie ma w sobie niemalże ironiczny podtekst, ale jednocześnie potrafi przerazić. Ludzie życie jest kruche, to wiemy, wiemy też, że metod na odebranie go jest mnóstwo, ale wypunktowanie tych najmniej oczywistych, a przecież łatwych, potrafi poruszyć. Szkoda więc, że u Deavera podobne zamachy bywają przekombinowane – większą siłę miałaby zwyczajna prostota. Na szczęście autor nie robi tego zbyt często.


Fabularnie „Pocałunek stali” jest więc niezły, ma też klimat i potrafi wciągnąć. Nie zaskakuje jakoś szczególnie bardzo, niemniej to udany thriller. Prosto napisany, lekki i szybki w odbiorze, momentami emocjonujący i dobrze poprowadzony. Czyta się go przyjemnie, nie mogę też nie docenić porównań typu „dostrzegła podejrzanego ze swojego czerwonego jak krew tętnicza forda”, miłośnicy dreszczowców i prozy Deavera będą więc zadowoleni. Im powieść mogę polecić z czystym sercem.



A wydawnictwu Prószyński i S-ka dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Dane wrażliwe - Ewa Nowak

KŁAMSTWO MA… LAWINOWE SKUTKI

Porównywanie książek Ewy Nowak do serialu „Świat według Kiepskich” raczej mija się z celem, bo to dwa zupełnie różne bieguny artystyczne. Niemniej niniejsza powieść skojarzyła mi się z jednym z odcinków „Kiepskich”, „Sekrety i kłamstwa”. W obu bowiem niewielkie kłamstewko wywołuje lawinę skutków ubocznych, dostarczając czytelnikom porcję dobrej zabawy. I oba wcale nie są tylko pustą rozrywką.


Główną bohaterką „Danych wrażliwych”, jak to już przyzwyczaiła nas Ewa Nowak, jest nastolatka typu szara myszka. Nina Petrykowska chodzi do gimnazjum i wydaje się być po prostu… doskonale nijaka. Nie wyróżnia się właściwie niczym, ani strojem, ani wyglądem, nie ma także przyjaciół – na ciekawe życie też nie ma co liczyć, bo choć mieszka w Augustowie, tylko w trakcie sezonu turystycznego coś tu się dzieje; potem miasto zmienia się w kolejne, senne miejsce jakich wiele. A Nina chciałaby, żeby wszystko było inaczej, żeby ludzie się nią interesowali, lubili ją, żeby miała chłopaka itd. Czasem jakiś przedstawiciel płci brzydkiej na nią spojrzy, ale na tym się kończy, a monotonia codzienności, wciąż ta sama rodzinna karuzela, z której nie może zsiąść i zaklęty krąg szkolnej natarczywości koleżanek, rodzą w niej coś na kształt buntu. Nastolatka wpada na pomysł, żeby powiedzieć, że ma chłopaka. Ideał, jak ze snów nosi imię Paweł – bezpieczne, bo nikt taki nie chodzi do ich szkoły. Niewinne kłamstwo wywołuje zainteresowanie Niną, świat nagle zaczyna obracać się wokół niej, ale dziewczyna wpada w spiralę kolejnych wymyślonych faktów, która narasta jak lawina, aż w końcu pewne wydarzenie sprawia, że wszystko zaczyna dość zgrabnie się układać. Pytanie jednak co dalej. Jak to mówią, kłamstwo ma krótkie nogi – czy będzie je miało także w tym przypadku? Jakie szkody może wyrządzić takie mijanie się z prawdą i… jakie przynieść korzyści?


Przyznam, że długo wahałem się czy sięgnąć po tę powieść. Owszem, pierwsza książka Ewy Nowak, która przed laty właściwie przypadkiem wpadła w moje ręce, zachwyciła mnie do tego stopnia, że po kilka kolejnych sięgnąłem z wielką ochotą, jednak potem jej twórczość zaczęła mnie nużyć. Tacy sami bohaterowie, taki sam zestaw problemów, skomplikowanych rodzinnych relacji… Można by wymieniać długo, nawet przesłanie ich nie ulegało zmianie, a to czasem bywało łopatologiczne, podobnie zresztą jak psychologia - obrazujące uleganie pewnym trendom. Na szczęście ostatnio znów miałem okazję przeczytać niezłą książkę autorki, więc ostatecznie postanowiłem sięgnąć także i po „Dane wrażliwe”. I nie żałuję.


Owszem, Nina jest taka, jak większość bohaterek prozy Nowak. Wzorcowa szara myszka, która w końcu ulega „ciemnej stronie” i decyduje się na krok, jaki odmieni jej życie. Część zmian będzie oczywiście na lepsze, część na gorsze. Ale tym razem jest nieco inaczej. Coś się w tym wszystkim zmieniło, także sama postać wiodąca, a całość naprawdę czyta się z dużą przyjemnością. Styl jest prosty, treść także, niemniej czytelnik z ochotą zagłębia się w świat kłamstw i półprawd, wyczekując jak Nina wybrnie z nich przy kolejnej okazji. Do czego ją to wszystko doprowadzi, tego już Wam nie zdradzę, przekonajcie się sami. Warto. Szczególnie, jeśli macie te kilkanaście lat. Wtedy odnajdziecie tu swoje problemy, kilka porad na nie i rozrywkę na niezłym poziomie.



A ja dziękuję wydawnictwuPrószyński i S-ka za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

czwartek, 28 grudnia 2017

Gwiazda spadająca za dnia #10 - Mika Yamamori

BĘDZIESZ ZE MNĄ CHODZIĆ?

Dziesiąty tom „Gwiazdy spadającej za dnia” wprowadza wreszcie zmianę, na jaką zanosiło się od dłuższego czasu. Czyżby dla głównej bohaterki nadeszła upragniona stabilizacja? Nic bardziej mylnego, bo na horyzoncie znów pojawia się coś, co może wywrócić życie jej (i nie tylko) do góry nogami. Pytanie: na lepsze czy gorsze?


Mamura w końcu zdobył się na odwagę i wprost wyznał Suzume, że ją kocha. Czy będą ze sobą chodzić? Dziewczyna musi wszystko sobie przemyśleć, ale rozmowa z Yuyuką sprawia, że decyduje się pobiec do chłopaka i zgodzić się być z nim. Nie może mu zagwarantować, że to co do niego czuje, to miłość, jednak chce spróbować, bo czuje się z nim szczęśliwa. W ten sposób, ku zdziwieniu wszystkich, udawany związek zmienia się w prawdziwy. Na wieść o tym, że Suzume ma chłopaka, wujek chce go poznać i przekonać się jaki jest. Co jednak wyniknie z tego spotkania?
Tymczasem Shishio dowiaduje się od Yuyuki, że dziewczyna i Mamura zaczęli spotykać się na poważnie. Jego reakcja przekonuje ją, że dawny wychowawca coś jednak do nastolatki czuje. Czy obecna sytuacja skłoni go do działania? I jaki to będzie miało wpływ na Suzume i jej życie?


Jak można nie lubić mangi, która tak bardzo angażuje emocje czytelników, że ci nie tylko nie chcą odłożyć jej na półkę przed skończeniem tomiku, ale zarazem chcą od razu złapać za kolejny? No właśnie, a dokładnie taka jest „Gwiazda spadająca za dnia”. Wprawdzie tom dziesiąty jest bardziej przewidywalny od poprzednich, niemniej zabawa z nim i tak jest znakomita. W końcu autorka nigdy nie starała się opierać swojej opowieści na zagadkach i tajemnicach. Siłą serii są prostota i emocje, a tych nie brakuje.



W tym tomie dostajemy kolejny dodatek, tym razem ściśle powiązany z główną treścią. A mianowicie historię Inukaia i Tsuru – najspokojniejszej pary spośród zaludniających „Gwiazdę spadającą za dnia nastolatków”. Dowiadujemy się z niej więcej na temat chłopaka, który właściwie we wszystkim jest idealny, a na dodatek jest lubiany przez kolegów. I poznajemy początki jego związku z dziewczyną, na widok której zaczął stawać się niezdarny. Dzięki tej krótkiej opowiastce, para, na którą wcześniej nie zwracałem większej uwagi, stała się jedną z ulubionych.


Wszystko to oczywiście, tak dodatek, jak i główna treść, zostały znakomicie zilustrowane, w sposób prosty, ale rewelacyjnie pasujący do treści. Do tego mamy zabawne wtrącenia odautorskie i wiele innych rzeczy. Najważniejsze pozostaje jednak to, że całość nie traci swojej siły praktycznie ani na chwilę. Jeśli zatem lubicie dobre opowieści obyczajowo-romantyczne, na pewno będziecie zadowoleni.


A ja dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji. 









Ziemia przeklęta - Phillip Lewis


DEBIUT UDANY

Z literackimi debiutami różnie bywa: czasem pozostają najlepszą pozycją w dorobku pisarza, choćby nie wiadomo ile stworzył potem znakomitych dzieł, a czasem lepiej jest o nich zapomnieć. Pomiędzy tymi granicami rozciąga się nieskończona przestrzeń dzieł doskonale nijakich, przeciętnych i dobrych. A jaka jest pierwsza powieść Phillipa Lewisa? Udana. I to bardzo. Pełna, treściwa i intrygująca, mogąca stanowić zapowiedź naprawdę ciekawej literackiej kariery.


Old Buckram to mieścina położona wysoko w Appalachach. Miejsce ciche, spokojne, niemalże puste, pełne przy tym zabobonów, własnych małych i dużych tragedii, smutków i radości. A także obszarów niezwykłych, jak choćby Barrowfields – ziemia przeklęta, na której nie rośnie nic poza mchem pokrywającym to, co naiwni mieszkańcy biorą za prastare groby. To tu właśnie, powraca ojciec nienarodzonego wówczas jeszcze Henry’ego Astera, głównego bohatera powieści. Wraz z ciężarną żoną zamieszkuje w ponurym domu na zboczu. Tu Henry przychodzi na świat, tu też dorasta i mierzy się z konsekwencjami tragedii, która sprawia, że ojciec porzuca Appalachy. Syn też idzie w jego ślady, ale nie tak łatwo jest opuścić ziemię przeklętą…


Historia o dorastaniu. Rozliczenie z traumami. Sentymentalna podróż do dzieciństwa. I odarte ze złudzeń spojrzenie na życie w małej mieścinie. Jest tu coś z horroru, ale to nie horror. A jeśli już to o tym, co kryje się w nas samych; horror psychologiczny, nie paranormalny. Z tym, że te elementy mimo wszystko pozostają na dalszym planie. Co zatem wysuwa się na prowadzenie?


Nieskomplikowana historia o ludziach, ich życiu, dramatach, z jakimi muszą się mierzyć i przeszłości, od której niełatwo jest się uwolnić. Prostota całości okazuje się jednak wielką zaletą debiutu Lewisa, bo pozwala mu snuć niniejszą opowieść z o wiele szerszej perspektywy. Podobnie, jak to robią John Irving czy Philip Roth (a w literaturze popularnej Stephen King), Lewis często zbacza z głównej ścieżki swej historii, obudowując ją nieistotnymi z pozoru elementami. Nie udałoby się to gdyby autor nie operował bardzo dobrym stylem. Dzięki niemu treść nie jest rozwlekła, a to co prezentuje jest pełne i treściwe, a odbiorca chętnie zanurza się w to wszystko.


Oczywiście jakościowo „Ziemia przeklęta” nie dorównuje pracom Rotha i najlepszym dokonaniom Kinga oraz Irvinga, niemniej okazuje się być bardzo ciekawym głosem na rynku. I nawet jeśli ta powieść nie należy do najwyższej literackiej półki, naprawdę warto ją poznać. Polecam.


A wydawnictwu Prószyński i S-ka dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.


środa, 27 grudnia 2017

Gwiazda spadająca za dnia #9 - Mika Yamamori

WIĘCEJ NIŻ SŁOWA

Im bliżej finału jest „Gwiazda spadająca za dnia”, tym fabuła bardziej się zagęszcza, a relacje między poszczególnymi bohaterami klarują coraz bardziej. Nadal jednak główny wątek pozostaje nierozwiązany. A raczej wręcz przeciwnie: plącze się coraz bardziej, dostarczają miłośnikom serii tego, czego od niej oczekują – emocji.


Suzume od dawna wiedziała, że podoba się Mamurze, ale wyznanie powiedziane przez chłopaka wprost sprawia, że już całkiem gubi się we własnych uczuciach. Oczywiście ten mówi jej to w typowy dla siebie sposób, po czym jego zachowanie wraca do chłodnej normalności, ale wprawiony w ruch mechanizm ciężko jest zatrzymać. Tym bardziej, że młodsze uczennice wprost go uwielbiają i co tu dużo mówić, piszczą na jego widok. Każda chciałby zostać jego dziewczyną, starają się jak mogą, ale nie potrafią zdobyć jego zainteresowania. Cała sytuacja sprawia jednak, że Suzume zaczyna być zazdrosna, choć wcześniej nic do niego nie czuła. W tej kwestii jednak nie może poradzić się Yuyuko, bo ta do niedawna kochała się w Mamurze. Jak ma jednak rozwiązać ten dylemat, kiedy nadal nie wie czy wyzbyła się uczucia do Shishio?

Tymczasem koleżanki z klasy wpadają na pomysł jak pozbyć się nękających chłopaka „fanek” – a mianowicie, że trzeba znaleźć mu dziewczynę. Wystarczy taka udawana, z która mógłby się pokazać. Wybór pada na Suzume. Nastolatka się zgadza, Mamura odrzuca propozycję, wkrótce jednak, kiedy na horyzoncie znów pojawia się Shishio, zmienia zdanie…


Jak to mówią, mowa jest srebrem, a milczenie złotem. Ważniejsze są czyny pokazujące prawdę, o czym przekonuje się Suzume. A czytelnik odkrywa, że owe gesty potrafią emocjonować równie mocno, co słowa. A że „Gwiazda spadająca za dnia” opiera się właśnie na emocjach, zabawa jak zwykle jest przednia. Całość czyta się lekko, przyjemnie,  – po prostu znakomicie. Romantyczny apetyt czytelnika zostaje rozbudzony, ale na tym nie koniec, bo poza udanymi elementami gatunkowymi mamy tu dużo humoru, dobrze nakreślone tło obyczajowe, ciekawe postacie i wiele pomniejszych wątków. Nie mniej ciekawych jednak od reszty.



Jednocześnie w tym tomie pojawia się kolejna jednoaktówka. Tym razem nie jest to jednak romans, a obyczajowy komiks o tolerancji. Oczywiście w klimatach szkolnego życia, w którym pewien chłopak stara się zrozumieć dziwne zachowanie kolegi. Ten bowiem jest strasznie wycofany, do tego krążą o nim pogłoski, jakoby był gejem. Próba poznania go stanie się dla obu ciekawą lekcją.


Najważniejsze i tak pozostają wydarzenia dziejące się w głównej opowieści. Kto lubi romantyczne historie, pełne miłosnych zawirowań i oczekiwania na to, kiedy bohaterowie wreszcie się pocałują, ale jednocześnie będące dalekie od harlequinowej infantylności, będzie zachwycony. Polecam.



A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.


B.B.P.O: 1946-1948 - Mike Mignola, John Arcudi, Joshua Dysart, Paul Azaceta, Gabriel Ba, Fabio Moon, Max Fiumara

Z ARCHIWUM BBPO

Ledwie miesiąc temu na rynku pojawiło się zbiorcze wznowienie dwóch pierwszych tomów opus magnum Mike’a Mignoli, „Hellboya”, a już w ręce czytelników trafia kolejne dzieło tego artysty. „BBPO: 1946-1948” bo o nim mowa to spin-off przygód Piekielnego Chłopca, przedstawiający wczesne lata karier jego „ojca”, Bruttenholma. Wszyscy jednak, którzy dali się zauroczyć głównej serii, także i tym razem będą zachwyceni, bo „BBPO” to wprost rewelacyjny album, oferujący wszystko to, co w „Hellboyu” najlepsze.


Rok 1944. Niemcy prowadzą swoje chore eksperymenty na ludziach. Kobieta, którą się „zajmują” nie jest jednak człowiekiem. Udaje się ją poskromić, ale lekarzom pozostaje jedynie mieć nadzieję, że wiedzą, co robią…
Dwa lata później Trevor Bruttenholm przybywa do zrujnowanego wojną Berlina. Konflikt wprawdzie dobiegł końca, ale miasto jest w opłakanym stanie, ludzie głodują, a wojska rosyjskie, jak to mają w zwyczaju, wprowadzają własny porządek i siłą odbierają „reparacje”. Co w takim miejscu robi amerykański profesor? Jako przedstawiciel nowopowstałego BBPO (Biura do Badań Paranormalnych i Obrony) zajmuje się tropieniem wszelkich okultystycznych działalności, a naziści byli w nich ekspertami. Nic więc dziwnego, że na ich terenie wciąż odkrywane są kolejne niezwykłe rzeczy. On i towarzyszący mu żołnierze mają zebrać i uporządkować dane na ich temat. Nie wiedzą jeszcze z jakim zagrożeniem przyjdzie im się zmierzyć…


Oczywiście to nie jedyna przygoda Bruttenholma jaką znajdziecie w tym tomie. Poza nią (wydaną kiedyś w Polsce w samodzielnym albumie) czekają na Was także jeszcze dwie inne miniserie, shorty z początków kariery profesora i mnóstwo (blisko 60 stron) dodatków w postaci szkiców z komentarzami. To wszystko jednak niemiałoby jednak najmniejszego znaczenia, gdyby treść nie stała na wysokim poziomie. Na szczęście Mignola po raz kolejny nie zawiódł, choć muszę przyznać, że miałem pewne obawy co może z tego wyniknąć.


Dlaczego? Po pierwsze dotychczas, poza drobnymi wyjątkami, Mike Mignola sam pisał scenariusze „Hellboya”. Tym razem w znacznym stopniu pomogli mu John Arcudi („Lobo/Maska”) i Joshua Dysart. Poza tym graficznie także zaszła duża zmiana – większa nawet niż w przypadku późnych przygód Piekielnego Chłopca rysowanych przez innych artystów. A jednak całość jest równie dobra, co one. Zagadki są ciekawe, akcja znakomicie poprowadzona, niepokojąca atmosfera pierwowzoru także została zachowana. Komiksy wchodzące w skład tego tomu czyta się naprawdę znakomicie, ale i z wielką przyjemnością ogląda. Są tu prace cartoonowe, stylizowane na Mignolę, są też brudne i bardziej autorskie, ale za każdym razem udane.


Jeśli polubiliście „Hellboya”, „BBPO” powinniście poznać koniecznie. Podobnie zresztą, jeśli do gustu przypadło Wam „Z archiwum X”, bo to bardzo zbliżona opowieść. Polecam - oby więcej było takich nowości na naszym rynku.

Centaurus #3: Szalona ziemia - Leo, Rodolphe, Zoran Janjetov

ODLEGŁY, BLISKI ŚWIAT

Kiedy zaczynałem moją przygodę z „Centaurusem” nawet nie oczekiwałem, że może ona być tak znakomita, jaka okazała się w ostateczności. I choć wiele w opowieści już się wyjaśniło (a siłą serii jest jej tajemniczość), wymyślona przez Leo i Rodolphe’a historia nadal zachwyca. I to jak.


O cym opowiada? O przyszłości jakże dobrze znanej nam z innych dzieł Science Fiction – ludzkość wojnami, zanieczyszczeniami i wyeksploatowaniem zasobów naturalnych doprowadziła Ziemię do stanu, kiedy nie da się już na niej żyć. Ziemianie szczęścia zaczęli szukać w kosmosie i tak wyruszyli na statku-świecie w kierunku nowego, zdatnego do zamieszkania globu. Planeta Vera, bo tak nazywał się ich cel, przywitała ich jednak w nieoczekiwany sposób. Spodziewali się, że będzie przypominać Ziemię, nie mieli jednak najmniejszego pojęcia, że aż tak!

Trzeci tom „Centaurusa” zaczyna się w chwili, kiedy bohaterowie są w trakcie eksplorowania powierzchni. Tak docierają do miasta, które wygląda jak kopia Mont Saint-Michel, miejsca zniszczonego na dwa stulecia przed odlotem ludzi. Po co ktoś miałby budować tutaj coś takiego? I na dodatek zapełnić je idealnie odwzorowanymi ziemskimi pieniędzmi i drobiazgami? A może wcale nie jest to kopia. Na dodatek w mieście znalezione zostają resztki obozowiska. Ktoś niedawno spędził tu czas i to ktoś inteligent, potrafiący gotować i korzystać ze sztućców.

Tymczasem na statku trwa badanie sprawy intruza, który zapładniał kobiety. Matka bliźniaczek nic najwyraźniej nie pamięta, ale całe wydarzenie jest więcej niż niepokojące. A to dopiero początek…


Centaurus” to seria znakomita. Tak po prostu. Może nie szczególnie odkrywcza, bo w fantastyce podobne motywy występowały już niezliczoną ilość razy więc na wielkie nowości nie macie co liczyć, a jednak twórcy tego cyklu zdołali przekuć je w coś fascynującego. Historia ma klimat, oferuje ciekawe przygody, zawiera też obowiązkową porcję niebezpieczeństw i zachłyśniecie się epickimi sekwencjami, ale w tym wszystkim znaleźć można coś więcej. Głębie i przesłanie? Nie do końca, ale intrygującą zagadkę – a właściwie kilka zagadek – a także wyraźne odniesienia do klasyki gatunku, które sprawiają, że całość nie tyle się czyta, co pochłania jednym tchem.



Szata graficzna? Też nie zawodzi. Rysunki Janjetova są znakomite szczególnie, jeśli chodzi o tła, plenery i znakomite oddanie detali. Gorzej wychodzi mu prezentacja twarzy bohaterów – są charakterystyczne i łatwo rozpoznawalne, niemniej trochę zbyt toporne – ale i tak to jedynie drobny minus. Cała reszta, łącznie z dobrym wydaniem jest jak najbardziej na plus i warto ją polecić każdemu miłośnikowi Science Fiction. Nieważne czy lubi komiksy, czy nie, na pewno będzie bardzo zadowolony. Ja ze swej strony polecam bardzo gorąco.





wtorek, 26 grudnia 2017

Gwiazda spadająca za dnia #8 - Mika Yamamori

GWIEZDNY UPADEK

Bohaterowie komedii romantycznych czy też bardziej poważnych romansów, tak samo zresztą, jak ich uczucia, zaliczają swoje wzloty i upadki. Nie inaczej jest w przypadku „Gwiazdy spadającej za dnia” – w finale poprzedniego tomu wszystko się zmieniło, teraz Suzume i bliskie jej osoby muszą odnaleźć się w tej nowej sytuacji. Co z tego wyniknie?


Związek szesnastoletniej Suzume i jej wychowawcy Shishio nie przetrwał. Kiedy wydało się, że spotykają się ze sobą, nauczyciel, wbrew własnym uczuciom, przekonał dziewczynę, że wcale jej nie kocha i zerwał znajomość. Wydarzyło się to ledwie kilka chwil temu, a tymczasem na scenie pojawiają się Mamura i Yuyuka. Ten pierwszy konfrontuje się z Shishio, gotów pobić go za łzy Suzume, którą sam kocha. Napięcie, jakie narastało między nimi od dawna osiąga punkt kulminacyjny, ale jak chłopak zareaguje na szczere wyznanie wychowawcy, wyjaśniające mu powód obecnej sytuacji? Yuyuka natomiast przychodzi z pomocą odrzuconej dziewczynie, ale tym razem chyba nawet ona nie będzie w stanie nic zmienić.

Kiedy okazuje się, że matka Suzume wraca na krótki czas do Japonii, dziewczyna nie waha się ani chwili. Jedzie do niej, wyłącza telefon i odcina się od wszystkiego, co zostawiła za sobą w Tokio. Nie ma jednak najmniejszego pojęcia jak zareagują na to jej nowi przyjaciele. Czy w końcu uda się jej poukładać własne uczucia? Co będzie z Mamurą? I do czego to wszystko doprowadzi ją i bliskie jej osoby?


W romansach tak to już bywa, że na drodze miłości dwojga ludzi czeka wiele najróżniejszych przeszkód. Schodzą się, rozchodzą, w ich życiu pojawiają się kolejne uczucia, ale zawsze na końcu są razem. Czy tak będzie tym razem? Przekonamy się w finale, ale póki co czeka na nas mnóstwo emocjonującej zabawy i miłosnych przetasowań.



W tym tomie wprawdzie czytelnicy nie otrzymują żadnego dodatkowego komiksowego oneshota, ale i tak więcej jest tu humoru i lekkości niż w poprzednich częściach. Całość nie przestaje jednak poruszać, ani tym bardziej zachwycać. Czytelnik lubi bohaterów, z niektórymi z pewnością się identyfikuje, bo autorka postarała się o zróżnicowane, bogate grono, i przejmuje ich losami. A jeśli zacznie jeszcze kibicować któremuś z nich, „Gwiazda spadająca za dnia” wciągnie go na całego”.


Zresztą wciąga i tak, bo to znakomicie napisana, świetnie zilustrowana seria, która może i nie jest zbyt oryginalna, jeśli chodzi o tematykę, ale nadrabia to intensywnością emocji. Każdy z duszą romantyka będzie bawił się znakomicie w trakcie jej lektury. Nieważne czy macie kilkanaście, czy kilkadziesiąt lat, albo czy jesteście przedstawicielami płci pięknej czy brzydkiej. Polecam i to bardzo gorąco.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.










piątek, 22 grudnia 2017

Wesołych Świąt


Zdrowych, spokojnych, wesołych i rodzinnych Świąt Bożego Narodzenia, dużo dobrych książek (i komiksów!), wspaniałych prezentów, niezapomnianej atmosfery oraz Szczęśliwego Nowego Roku!

życzy
Michał

czwartek, 21 grudnia 2017

Gwiazda spadająca za dnia #7 - Mika Yamamori


MIŁOŚĆ I INNE KŁOPOTY

Nadszedł czas by „Gwiazda spadająca za dnia” weszła w bardzo ponurą fazę. Czy to źle? Absolutnie nie, bo historia wciąż zachwyca, budzi emocje i dostarcza tak znakomitej rozrywki, że czyta się ją dosłownie jednym tchem.


Kończy się stary rok, zaczyna nowy, a Suzume nie potrafi ogarnąć swoich myśli. Od kiedy niemalże pocałowała się z Shishio, w głowie ma tylko jedno. Nadal jednak nie ma pewności, że wychowawca czuje do niej to samo, co ona do niego. Niestety relacje z zakochanym w niej Mamurą nie ulegają poprawieniu, a to niepokoi dziewczynę. Ma jednak ważniejsze rzeczy, którymi musi się zająć. Z okazji Nowego Roku, pojawia się szansa by wybrała się do świątyni razem z Shishio. Przyjaciółka uświadamia jej jednak, że nie może się tak otwarcie pokazywać ze swoim nauczycielem – ma w końcu szesnaście lat, on jest dorosły, a taki związek nie jest dobrze odbierany przez społeczeństwo. Dlatego też postanawia zdystansować się do niego, nieco przebrać i… wybrać do świątyni w pobliskiej prefekturze. Podróż pociągiem nie powinna trwać zbyt długo, niestety dochodzi do śnieżycy i oboje nie są w stanie wrócić do domu. Pociągi nie kursują, ostatni autobus odjechał, nawet brakuje wolnych taksówek. Z trudem udaje im się znaleźć pokój w pensjonacie, jednak tylko jeden… Znów zostają sami, a wspólnie spędzona noc (nawet jeśli niewinna) może stać się nowym etapem w ich związku. Ale czy Suzume uda się przemóc i wprost zapytać Shishio o jego uczucia?

Tymczasem Yuyuka pogrąża się we wspomnieniach, analizując swoje życie i relacje: tak te miłosne, jak i koleżeńskie. Przekonuje się, jak bardzo znajomość z Suzume i innymi ją zmieniła i ile to wszystko dla niej znaczy. Jakie jednak wnioski wyciągnie ze swojego uczucia do Mamury?


W tym tomie relacje między bohaterami zaczyna się zmieniać. Jedne powoli, inne gwałtownie. Związek Suzume i Shishio rozwija się, ale dziewczyna nie wie w jaką właściwie stronę, a jakby tego było mało coraz trudniej jest go ukrywać. Co będzie gdy wszystko się wyda? Emocje narastają z każdą stroną, treść robi się coraz bardziej ponura i smutna, ale dzięki temu historia nie traci swej mocy i wciąż porusza serca czytelników.



Na tych, którzy chcieliby jednak więcej humoru, czeka dodatek o spotkaniu dziewczyn gadających na temat chłopaków. Jak się można domyślić, jest szalenie, nieco chaotycznie, bardzo, bardzo głośno i zabawnie. Po emocjonalnym rollercoasterze, jaki, była główna akcja tego tomu, stanowi przyjemną chwilę odprężenia.


Graficznie całość zachowuje znakomity poziom poprzednich części, jest delikatna, ale wyrazista. I bardzo przyjemna dla oka. Po prostu świetna – tak samo zresztą jak fabuła. Dlatego też polecam bardzo gorąco.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji. 









środa, 20 grudnia 2017

Monster #6 - Naoki Urasawa

MORDERCY, KOMUNIŚCI I BLOND FEMME FATALE

W kolejnym tomie „Monstera” fabuła, jak to przyzwyczaiła nas już ta seria, nie zwalnia. Podobnie zresztą, jak akcja, która zagęszcza się coraz bardziej i po raz kolejny wkracza w kluczową fazę. I nawet jeśli autor utrzymuje tendencję z poprzedniego tomu, zabawa jest tak znakomita, że całość czyta się z wielką przyjemnością i ochotą na więcej.


Praga staje się sceną, na której zbiegają się drogi większości bohaterów całej opowieści. Po tajemniczym morderstwie Biermana, dawnego dyrektora 511 Kinderheim, który nadal prowadził nielegalny sierociniec dla chłopców, a który konając przekazał Grimmerowi klucz do skrytki z materiałami z eksperymentów, dziennikarz jest ścigany przez stróżów prawa. Ale nie tylko przez nich: członkowie dawnej komunistycznej policji, też chcą go dopaść. Jednocześnie na scenie pojawia się pewna blond piękność. Jej obecność staje się kluczowa dla obecnych wydarzeń, jednak kim jest ona sama i jakie są jej motywy? Drogi jej i Grimmera przecinają się, ale ten drugi, zanim dotrze do skrytki, łączy siły z młodym policjantem, Sukiem, który wierzy w jego niewinność. Niestety sam funkcjonariusz wpada w tarapaty, kiedy ktoś zaczyna truć pracujących na komisariacie dawnych komunistów, a podłożone dowody wrabiają w to właśnie jego.

Tymczasem także przebywający w tym samym mieście Tenma, który zajmuje się własnym śledztwem, odkrywa coraz więcej interesujących rzeczy na temat przeszłości. Kiedy na swej drodze spotyka Grimmera i Suka, na jaw wychodzi skrywana prawda o tym pierwszym. Na tym oczywiście nie koniec, bo jednocześnie Lunge, który trafia właśnie do Pragi, jest coraz bliższy odkrycia sekretu autora „Bezimiennego potwora”…


To już szósty tom „Monstera” – a właściwie dwunasty, jako że polska edycja opiera się wydaniu zbierającym po dwie części cyklu naraz. Zabawa jednak wciąż jest znakomita, a seria im bardziej zbliża się do końca, tym większą czytelnik ma ochotę na więcej. W końcu przed nami jeszcze trzy tomy, rozwiązanie wszystkich tajemnic jest niemal na wyciągnięcie raki – trudno w takiej sytuacji cierpliwie czekać na finał, prawda? Szczególnie, że opowieść stworzona przez Naokiego Urasawę, twórcę doskonałego „Pluto”, jest naprawdę znakomita.



Pierwszą rzeczą, którą należy zaliczyć jej in plus jest zdecydowanie mrok, który rzuca się w oczy dość szybko. Potem jednak przekonujemy się, jak świetnie autor wykreował swoich bohaterów i poprowadził wątki obyczajowe. Psychologia postaci też jest zresztą niczego sobie, tak samo jak sensacyjna akcja, która ma szansę spodobać się nawet czytelnikom nieprzepadającym za podobnymi tematami. Natomiast zagadki, choć na większość z nich znamy już odpowiedź lub możemy się jej domyślić (a może Urasawa czymś nas zaskoczy? Kto wie), rozpalą wyobraźnię chyba każdego odbiorcy. Do tego dochodzi bardzo dobra szata graficzna, wyrazista, charakterystyczna i budująca odpowiedni nastrój i równie dobre wydanie. Dlatego też polecam gorąco.


A wydawnictwu Hanami dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji, Agnieszce Przybysz natomiast za nieocenioną pomoc przy tekście.













Gwiazda spadająca za dnia #6 - Yamamori Mika

GWIAZDKA NADCHODZĄCA DLA ZAKOCHANYCH

W poprzednim tomie „Gwiazdy spadającej za dnia” autorka zapowiedziała, że w szóstej części jej opowieści na czytelników czeka pewne zaskoczenie. Czym ono jest (i czy jest w ogóle, czy też może czytelnik się tego spodziewa) oczywiście Wam nie zdradzę. Niemniej mogę powiedzieć jedno: jak zwykle zabawa z tą mangą jest przednia, a że tak się złożyło, iż czytałem ten tom na niemal tydzień przed Świętami (a akcja akurat dzieje się w tym okresie), wrażenia były jeszcze intensywniejsze.


Suzume i jej nauczyciel Shishio coraz bardziej zbliżają się do siebie, ale zakochany w dziewczynie Mamura nie czeka spokojnie aż coś się zmieni. Sam wykonuje kilka ruchów, choć przecież boi się kobiet, a jednocześnie wychowawcę traktuje nie jak dorosłego, do którego powinien odnosić się z szacunkiem, a rywala. Napięcie między nimi narasta, co jednak się stanie, kiedy osiągnie punkt kulminacyjny?

Tymczasem także w otoczeniu Suzume zaczyna się więcej dziać. Tsuru znajduje sobie chłopaka, choć na razie nie jest to jeszcze nic pewnego, a Yuyuka przekonuje się powoli, że zakochany w niej kolega jest o wiele ciekawszy, niż mogłaby sądzić. Jednocześnie zbliża się Gwiazdka, święto, które w Japonii spędza się głównie z ukochanymi. Suzume dzieli ten czas z przyjaciółmi, ale jednocześnie oczekuje chwili, kiedy zapracowany Shishio będzie miał dla niej nieco czasu i będą mogli się spotkać. Niestety wszystko wskazuje na to, że nie dojdzie to do skutku…


To, co najbardziej podoba mi się w obecnych tomach „Gwiazdy spadającej za dnia” to niepewność panująca na stronach opowieści oraz zachowanie głównych bohaterów zmuszonych kryć się ze swoim uczuciem. I to ich rozdarcie czy wypada coś robić, czy nie. Suzume nadal nie jest pewna tego, co łączy ją z Shishi, a on tym bardziej jej tego nie ułatwia. Ale nawet te ich specyficzne relacje muszą kryć przed otoczeniem. Są w końcu nauczycielem i uczennicą, taki związek nie powinien się zdarzyć – pytanie czy w końcu rzeczywiście się zdarzy?



Na nie odpowiadać nie ma oczywiście sensu, najlepiej zrobi to sama manga, choć i tak z ostatecznym wyjaśnieniem wszystkiego będziemy musieli zaczekać do finałowego, dwunastego tomu. Póki co jednak relacje się komplikują, a bohaterowie starają się w jakiś sposób uporać z sytuacją, która nie może się skończyć dla każdego happy endem.


Poza tym, także i tym razem na czytelników czeka dodatkowy komiks: może nie tak udany, jak poprzednio, ale nadal znakomity. Prosta, nieco mniej optymistyczna opowieść o dziewczynie i chłopaku (i parasolce), którą czyta się niemal tak samo dobrze jak całą resztę. A wszystko to lekko, ale bardzo przyjemnie dla oka zilustrowane i klimatyczne (ach te Święta!). Ja ze swej strony niezmiennie gorąco polecam.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.









Comanche #10: Zwłoki Algernona Browna - Greg, Hermann

NIE TYLKO POWÓDŹ ZABIJA

Dziesiąty tom „Comanche” przynosi pewną zasadniczą zmianę. A mianowicie taką, że zachwycająca szata graficzna serii, głównie za sprawą koloru, ale nie tylko, staje się prostsza niż dotychczas. Czy rozczarowuje? Nie, chociaż robi już mniejsze wrażenie niż w poprzednich tomach. Na szczęście seria nadal jest znakomita, świetnie się ją czyta, a i nie brak też takich ilustracji, które wciąż potrafią autentycznie zachwycić.


Ogień i woda. Red Dust całkiem niedawno temu, tuż po powrocie do Greenstone Falls, musiał zmierzyć się z serią pożarów rancz, teraz też nie może odpocząć, ale tym razem zagrożenie niesie ze sobą wodą. Po trzech tygodniach nieustającej powodzi, świat wygląda szaro, mokro i strasznie ponuro. Niestety nie tylko krajobraz ucierpiał – zdarzają się też topielcy. Jednym z nich, przynajmniej na pierwszy rzut oka, jest niejaki Algernon Brown. Kiedy jednak Red Dust przygląda się zwłokom bliżej, odkrywa, że ktoś najpierw strzelił mężczyźnie dwukrotnie w brzuch. Co ciekawe, przy ciele znajdują się wszystkie dokumenty zmarłego, blankiety zamówienia, a także sporo gotówki. Skoro jednak ktoś nie zabił go dla pieniędzy, w jakim celu mógł to zrobić? Tego, oczywiście, trzeba będzie się dowiedzieć. Tymczasem na ranczu zjawia się nowy lekarz, który tak się składa znał Browna: człowieka nieprzyjemnego i mającego na swym koncie wiele ofiar. Wszystko oczywiste? Sytuacja komplikuje się coraz bardziej, kiedy przybywa szeryf. Wówczas to okazuje się bowiem, że Brown zjawił się u niego kilka dni wcześniej, jako śledczy laramijskiej komórki agencji Pinkertona, z listem polecającym by dać mu wolną rękę w kwestii jego tajnej misji. Co rzeczywiście stało się z Algernonem Brownem, tę zagadkę trzeba będzie rozwiązać, a tymczasem dziwne zachowanie lekarza zwraca na niego uwagę Comanche i Red Dusta…


Tym razem bohaterowie „Comanche” mają do rozwiązania iście kryminalną zagadkę z trupem, ale cała reszta – poza wspomnianą szatą graficzną – pozostała bez zmian. Miłośnicy serii dostają więc dokładnie to, czego oczekiwali, z drobną nutą odświeżenia. Akcja toczy się szybko, nie brak pojedynków, zaskoczeń i klimatycznych momentów, ciekawa jest też sama zagadka, a także realizm z jakim autorzy postarali się oddać Dziki Zachód i zachodzące na nim zmiany. Chociaż to już dziesiąty tom, cykl nadal czyta się znakomicie i bez wątpliwości, że chciałoby się więcej. Od zawsze jednak to przede wszystkim szata graficzna była jego najmocniejszą stroną i choć po zmianie stylu nadal nie zawodzi, warto przyjrzeć jej się bliżej.


Co się zmieniło? Styl Hermanna pozostał niemal taki sam, choć w wyglądzie twarzy postaci widać nieco więcej prostoty, a także naleciałości charakterystycznych dla jego późniejszych prac, jest też nieco mniej mroku, a całość wydaje się „czystsza”, jeśli chodzi o kreskę. Najbardziej jednak odmieniony został kolor, który stał się prostszy i łagodniejszy. Kolorysta przygotował kilka rewelacyjnych plansz, ale zmiany są wyraźne już na pierwszy rzut oka. Na szczęście wciąż wygląda to dobrze i komiks ogląda się z przyjemnością. Dlatego też polecam ten tom, jak i całą serię, Waszej uwadze. Dobra, przygodowo-sensacyjna opowieść w westernowych klimatach gwarantowana.


A ja dziękuję wydawnictwuPrószyński i S-ka za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




wtorek, 19 grudnia 2017

Gwiazda spadająca za dnia #5 - Mika Yamamori

FESTIWAL MIŁOŚCI

Po czterech znakomitych tomach, nadszedł czas na piąty, jeszcze lepszy i bardziej wzruszający niż wcześniejsze. Spora w tym zasługa znakomitego dodatku „Cookie Girl, Cream Boy”, ale nie tylko. Przecież w życiu Suzume też dzieje się tyle, że trudno jest czytelnikowi oderwać się od jej historii, a ona nie jest jedyną, której życie uczuciowe i problemy nas wciągają i intrygują.


Trwa letni festiwal, a co za tym idzie uczniowie szkoły zaangażowani zostali do najróżniejszych związanych z nim projektów. Suzume wraz z koleżankami i Mamurą zaczyna pracę w kawiarni, gdzie wszyscy przebrani są za pokojówki i lokajów. Dziewczyna jednak nie ma powodów do radości: jej wychowawca Shishio, w którym jest zakochana, pozostaje chłodny w stosunku do niej, podobnie rzecz ma się z zakochanym w niej przyjacielem, Mamurą. Co więcej dochodzi do werbalnego starcia miedzy oboma o uczucia nastolatki. Wkrótce potem Shishio wykonuje pierwszy krok, zapraszając Suzukę na obejrzenie wspólnie przedstawiania „Romeo i Julia”, w którym jej przyjaciółka Yuyuka, wciela się w tytułową rolę kobiecą. Żadne z nich nie ma jednak pojęcia jakie dramaty rozgrywają się za sceną… Yuyuka bowiem, przygotowując się do występu, decyduje się wyznać miłość Mamurze. Jaka będzie reakcja chłopaka na jej słowa? Jednocześnie zakochany w niej starszy kolega także nie zamierza odpuścić, nieważne co by się nie działo…


Jaki ten tom jest znakomity! Cóż, nie umiem się powstrzymać przed komplementowaniem, ale to przecież tylko świadczy na jego korzyść. Już sama główna treść doskonale rozwija wcześniejsze wątki, nie brak więc emocji, humoru i wciągających, choć przecież prostych wydarzeń. Jest też znakomita, delikatna szata graficzna, ciekawe wtrącenia odautorskie, ale i tak najlepszy pozostaje dodatkowy komiks.



„Cookie Girl, Cream Boy”, bo o nim mowa, choć jest częścią innej serii Miki Yamamori pt. „Sugars”, stanowi samodzielną opowieść o miłości. I to taką, która nie tylko porusza, ale przede wszystkim zachwyca. A przecież jest taka prosta i zwyczajna – ale może to właśnie dlatego? Jej bohaterka, Asuka Fuji, to dziewczyna wyróżniająca się na tle koleżanek ciemniejszą karnacją i naturalnymi, kręconymi włosami. Pewnego dnia jej młodszy kolega, Sen Naoki, wyznaje jej miłość, ale ona, nie znając go niemal w ogóle, daje mu kosza. Wkrótce jednak zaczyna odkrywać, jaki jest naprawdę i coś do niego czuć, ale czy nie będzie za późno by jednak mogli być razem?


Wrażenia z lektury tego dodatku są niesamowite. Choć autorka nie była do końca z niego zadowolona, wyszło jej dzieło absolutnie zachwycające. Lepsze nawet od głównej treści – i jak przy tym urocze. Aż chciałoby się więcej. Ale, że całość jest świetna i zapewnia znakomitą, wciągającą zabawę, nie ma czego żałować. Ja ze swej strony polecam bardzo, bardzo gorąco i od razu łapię za kolejny tom.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.









Wojownicze Żółwie Ninja: Ultimate Collection #1 - Kevin Eastman, Peter Laird

ADULT MUTANT NINJA TURTLES

Polskim czytelnikom długo przyszło czekać na ten komiks. I nie mówię tu tylko o tym, że w oryginale na rynek trafił w latach 80. ubiegłego stulecia, ale o prostym fakcie, że od zapowiedzi do wydania minęło wiele miesięcy. A jaka przy tym była burza… Cóż, każdy zainteresowany tematem z pewnością wie o tym najlepiej. Zostawmy jednak temat i skupmy się na tym, jakie są te „Żółwie”, skoro w końcu trafiły w nasze ręce. A jakie są? Znakomite, szczególnie dla tych, którzy lubią undergroundową stylistykę połączoną z klimatami charakterystycznymi dla dzieł z lat 80.


Czyżby to były jakieś dziwolągi w kostiumach żółwi? Kiedy na ulicach Nowego Jorku pojawiają się Leonardo, Donatello, Michaelangelo i Raphael, uzbrojone w kij, nunczako, sai i katanę „skorupiaki” wielkości ludzi, mówiące na dodatek, nikt nie podejrzewa, że to rzeczywiście mogą być zwierzęta! Ale jak to możliwe? Dwadzieścia lat wcześniej szczur Hamato Yoshiego obserwował ze swojej klatki jego codzienne ćwiczenia, powoli ucząc się tajemnej sztuki walki ninjutsu. Hamato należał do klanu Stopy składającego się z najróżniejszych wojowników. Od zawsze on i inny członek klanu, Oroku Nagi, rywalizowali we wszystkim – także o względy pięknej Tang Shen. Ta swoim uczuciem darzyła Hamato, wściekły Oroko odwiedził ją, chciał siłą zmusić do wyznania mu miłości, w końcu podniósł na nią rękę. Wtedy wszedł jej ukochany i w szale zabił przeciwnika. Od teraz okryty hańbą miał wybór – albo odebrać sobie życie i liczyć na odzyskanie honoru w następnym wcieleniu, albo uciec z kraju i próbować żyć na nowo. Wybrał to drugie, Tang mu towarzyszyła, ale młodszy brat Oroku, Saki, przybrawszy imię Shredder, odnalazł ich po latach w Nowym Jorku i zabił oboje. Przetrwał tylko szczur, a pewnego dnia na ulicy zdarzył się wypadek. Jakiś chłopiec wypchnął mężczyznę spod samochodu, ratując mu życie, a sam dostał w oczy metalowym pojemnikiem z radioaktywną substancją. Pojemnik rozbił potem słój z czterema małymi żółwiami, pokrywając ich ciała świecącą substancją. Te zaczęły rosnąć, mutować, w końcu stały się inteligentne, a szczur – Splinter – który także uległ działaniu substancji, wyszkolił je na wojowników ninja, przekazując całą wiedzę, jaką wchłonął. Wszystko po to, by pomścili jego mistrza i zgładzili Shreddera. I tak oto wojownicze żółwie ninja ruszają do walki!



Określanie czegoś mianem „dziecka swoich czasów” już dawno stało się frazesem, ale istnieją takie dzieła, które się go nie ustrzegą, a jednym z nich są oczywiście „Żółwie”. Dlaczego? Bo to typowa bajka dla dorosłych, jakich nie brakowało w okresie, kiedy na ekranach rządziły filmy spod szyldu kina nowej przygody, a odbiorcy z ochotą łykali wszelkie, najdziwniejsze nawet pomysły służące przede wszystkim ukazaniu potęgi wyobraźni. Zmutowane żółwie znające wschodnie sztuki walki (kolejna moda tamtych lat, choć rozpoczęta przez Bruce’a Lee ponad dekadę wcześniej), biegające po nowojorskich zaułkach i walczące z ninja, robotami, i gadającymi dinozaurami z kosmosu – coś takiego, na dodatek ukazane na poważnie, mogło powstać chyba tylko wtedy. Wszystko to podlano jeszcze tak wyraźnymi inspiracjami Daredevilem (zmutowani bohaterowie serii powstają zresztą w tym samym wypadku, który odebrał wzrok temu herosowi, ale wyostrzył inne zmysły), że aż zdaniem wielu ocierającymi się o plagiat.



A jednak z tej osobliwej mieszanki, w której znalazły się jeszcze takie rzeczy, jak nieporadny styl wzorowany na „Roninie” Franka Millera oraz drobiazgi zaczerpnięte z „Cerebusa” Dave’a Sima, powstał produkt naprawdę udany. Brudny i o wiele dojrzalszy niż można by sądzić, szczególnie znając późniejsze wersje ich przygód, czy to z popularnego przed laty serialu, czy też z wydawanych przez TM-Semic komiksów. Seria spodobała się na tyle, że pierwszy zbiorczy tom magazyn komiksowy „Wizard” umieścił go na 77 miejscu listy komiksów wszech czasów, wyżej niż np. „Kryzys na nieskończonych Ziemiach”, „Batman: Mroczne zwycięstwo”, „Batman: Azyl Arkham” czy „Cerebus Vol. 2”. Ja bym się z tym spierał, ale to i tak znakomity komiks dla wiecznych chłopców i wszystkich tych, których dzieciństwo przypadało na przełom lat 80. i 90. XX wieku. Świetnie się go czyta, wszelka nieporadność, szczególnie w kwestii undergroundowej szaty graficznej, tylko dodaje mu uroku, a całość trąca w czytelniku jakąś sentymentalną nutę.


Warto ten album poznać, choćby dla przekonania się jak wyglądały Żółwie na początku swojej kariery. Ale nie tylko dlatego. Dobrze więc, że w końcu ukazał się na naszym rynku i to w naprawdę dobrym, grubym i solidnych rozmiarów wydaniu, uzupełnionym o komentarze twórców i wstęp przybliżający historię powstania i sukcesu „TMNT”.


Dziękuję wydawnictwu Fantasmagorie za udostępnienie egzemplarza do recenzji.