poniedziałek, 31 grudnia 2018

Ku twej wieczności #4 - Yoshitoki Oima

NIESIO NIE MA SPOKOJU


To już czwarty tomik „Ku twej wieczności”, drugiej serii autorki niezwykle udanego „Kształtu twojego głosu”. I, podobnie, jak to było przy okazji poprzedniego tytułu, tak i teraz w ręce czytelników trafia świetnie napisana i poruszająca opowieść. Podlana solidną porcją fantastyki, spodoba się wszystkim miłośnikom dobrego, dojrzałego fantasy, którzy cenią sobie emocje i siłę, połączone z rewelacyjnym wręcz wykonaniem.


Od wydarzeń poprzedniej część mijają cztery lata. Niesio dorósł w tym czasie, a to wszystko dzięki temu, że nie nękany już przez swojego wroga, kołatnika, mógł porzucić towarzyszącą przemianie regenerację i żyć spokojnie. Poza tym taki był właśnie jego wybór. Dzięki przyjacielowi o imieniu Gugu, Niesio nauczył się żyć, jak człowiek, a teraz coraz bardziej człowieka zaczyna przypominać. Do perfekcji opanowuje porządki domowe, dba o przyszywaną rodzinę, stara się też nie używać swojej mocy, by pozostawać ja najbardziej ludzkim. Wydaje się, że w końcu znalazł swoje miejsce i spokój, ale niestety. Gdy podczas przyjęcia urodzinowego rezydencja Rean zostaje zaatakowana przez kołatnika, Niesio i Gugu będą musieli stanąć do walki z wrogiem. Pytanie tylko czy w obecnej sytuacji będą w stanie ocalić tych, na których najbardziej im zależy…


Wspominałem o tym już nie raz, ale wspomnę ponownie. Jeśli miałbym wybierać spośród prac Yoshitoki Oimy, nie wahałbym się i powiedział, że najlepszy jest „Kształt twojego głosu”. Może dlatego, że ten pierwszy kontakt z twórczością młodej mangaczki był tak zadziwiająco udany, że na stałe wyrył się w mojej pamięci i budzi niejeden sentyment, choć nie minęło zbyt wiele czasu, od kiedy zakończyłem lekturę serii. A może po prostu to rzeczywiście lepsze dzieło. Tak czy inaczej jednak „Ku twej wieczności” trzyma poziom tak zbliżony do „Kształtu”, że nie sposób nie zachwycać się także nim.


W tej mandze mamy bowiem wszystko to, czego oczekujemy od autorki. A zatem mamy świetną stronę obyczajową, dużo wzruszeń i emocji, ciekawych bohaterów i obowiązkowy wątek samotności, połączony z poszukiwaniem bliskości. Oczywiście zarazem mamy trochę powtórzonych motywów i wątków, niemniej i tak autorka w „Ku twej wieczności” nie zawodzi swoich miłośników, dostarczając im wszystkiego tego, czego na pewno chcieli, dodając jeszcze wspomnianej fantastyki i – siłą rzeczy – także szybszej akcji.


Wszystko to oczywiście rewelacyjnie zilustrowała. Jej stylu nie sposób pomylić z żadnym innym, tego doskonałego władania mieszaniną grubej i delikatnej kreski, unikaniem czerni, ograniczeniem do minimum użycia rastrów i prawdziwym bogactwem detali. Całość ogląda się tak przyjemnie, jak przyjemnie się czyta, dlatego polecam gorąco. Naprawdę warto.


Tytuł dostępny tutaj:




niedziela, 30 grudnia 2018

Nie odpychaj mnie - Shizuku Totono, Daisuke Hagiwara

MAŁŻEŃSKIE PROBLEMY


Daisuke Hagiwara, ilustrator serii shoujo „Horimiya”, powraca z nową mangą. Tym razem nie jest to wielotomowy cykl, a zamknięta w jednym, niespełna stupięćdziesięciostronicowym tomiku opowieść. Jak się pewnie domyślacie jest to zarazem kolejne dzieło przeznaczone bardziej dla płci pięknej, niż brzydkiej, ale każdy kto lubi dobre, romantyczne opowieści, nie będzie zawiedziony, sięgając po „Nie odpychaj mnie”.


Shin ma prawie czterdzieści lat na karku, kiedy bierze ślub z szesnastoletnią Koyuki. Niedoświadczona dziewczyna nie potrafi odnaleźć się w nowym dla niej życiu, każdy czuły gest męża przyprawia ją o szybsze bicie serca i rumieniec na twarzy, chce być z nim coraz bliżej, ale nie potrafi przełamać dzielących ich konwenansów. Chciałaby być tak dojrzała w związku, jak on, ale nie ma nawet pojęcia, co w rzeczywistości siedzi w głowie jej męża. Ba, nie zna nawet jego twarzy, bo praca – zajmowanie się bytami paranormalnymi – wymaga od niego ciągłego noszenia maski, by nie został opętany.

Tymczasem Shin również nie potrafi odnaleźć się w obecnej sytuacji. Choć ma już swoje lata, wciąż jest prawiczkiem, z kobietami nie potrafi sobie radzić, a za Koyuki wyszedł dla dobra obu ich rodzin. Jakby tego było mało, teść zagroził mu śmiercią, jeśli tknie w wiadomy sposób małżonkę, zanim ta skończy dwadzieścia lat. Oboje żyją więc oddzieleni, jakby murem. Jednocześnie Shin odsłania przed małżonką ukryty, paranormalny świat., którego zwykli ludzie nie dostrzegają na co dzień. Pytanie jednak czy taki związek, jak ich, ma jakąkolwiek przyszłość? Czy między Shinem a Koyuki zrodzi się prawdziwa miłość? I czy ona w końcu ujrzy jego twarz?


Oryginalny tytuł tej mangi, „Nen ne no ne” wziął się od słowa „nenne”, oznaczającego kogoś niezorientowanego w świecie niczym dziecko i nieuświadomionego w sferze seksualnej. Jakże to doskonale oddaje ono to, co znajdziecie na stronach tej mangi. Mangi, która jest tak zabawna i prawdziwa, że aż nie sposób się nią nie zachwycić, nawet jeśli jej treść rozdarta została na dwie części, zupełnie jak małżeństwo głównych bohaterów. Części będące bardziej obok siebie, niż ze sobą, choć wzajemnie się przenikające. A jednak „Nie odpychaj mnie” to bardzo, bardzo udana manga, poruszająca interesujące tematy i mająca w sobie tyle uroku, że czyta się ją z nieschodzącym z twarzy uśmiechem.


Oczywiście najlepiej w całości i tak sprawdza się strona obyczajowa. Małżeńskie relacje, wzajemne niezrozumienie się, myśli głównych bohaterów, zachowania… Wszystko to ma w sobie tyle prawdy i szczerości, że nie mogłem się oderwać od lektury. Podobnie doskonale wyszły scenarzystce nieporozumienia między bohaterami i różnice w ich myśleniu. Fantastyka jakoś do końca do tego wszystkiego nie pasuje, choć też ma swoje dobre momenty i wprowadza czasem intrygujący klimat oraz sporo rozprężenia. Poza tym mamy tu humor, mamy dużo słodyczy i jeszcze więcej uczuć i emocji.


Do tego dochodzi też bardzo sympatyczna szata graficzna i ładne wydanie. Jeśli chodzi o ilustracje, w tomiku znajdziecie typowe dla shoujo uproszczone kadry, dużo „jasnych” scen i lekką kreskę. Co się zaś tyczy wydania, Waneko zadbało by w środku kolorowych stron, a całość prezentowała się nie tylko sympatycznie, ale i spójnie pod względem opracowania graficznego z „Horimiyą”. Miłośnicy shoujo, dobrych mang obyczajowych i życiowych historii z nutką czegoś innego, będą z całości bardzo zadowoleni. Dlatego też polecam gorąco i mam nadzieję, że więcej podobnych rzeczy ukaże się na naszym rynku.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

piątek, 28 grudnia 2018

Yotsuba! #4 - Kiyohiko Azuma

YOTSUBA KONTRA ŚWIAT


Jeżeli czytacie „Bakumana”, z pewnością wiecie, jaki ciężki jest los mang stricte humorystycznych. Najlepiej sprzedają się bitewniaki, dlatego prędzej czy później każda komedia musi się albo przerodzić w coś takiego (zobaczcie jak początkowe rozdziały chociażby „Dragon Ball” różnią się od tego, co było potem), albo zwolnić miejsce dla innych tytułów. Dlatego każda seria oparta na dowcipach, która wybiła się na tyle, by stać się hitem warta jest poznania, bo musi mieć w sobie to coś. Tak było z „Dr. Slumpem” (który doczekał się aż 18 tomów – w Polsce podzielonych na 36) i tak jest z „Yotsubą!”, liczącą obecnie 14 tomików i wciąż ukazującą się dalej, która nie dość, że rozbraja i śmieszy niemal do łez, to jeszcze jest całkiem niegłupia i bardzo wciągająca.


Fabuła, jak to w takich przypadkach bywa, składa się z wielu luźno ze sobą powiązanych historii – skeczy bym rzekł. Wszystko sprowadza się jednak do tego, że mała Yotsuba przeprowadziła się z ojcem do miasta. Nieznająca życia dziewczynka spędza czas psocąc i zadając się z sąsiadkami, którym też potrafi przysporzyć kłopotów. Co czeka na nią w tym tomie?

Jak zwykle wiele szalonych i nieoczekiwanych przygód. Dla niej nawet gra w badmintona nie kończy się tak, jak to ma w zwyczaju, co więc będzie, kiedy Yotsuba wybierze się na ryby? Jednego można być pewnym, w jej towarzystwie nie sposób się nudzić. A na horyzoncie już czają się kolejne problemy, bo oto ktoś złamał serce Fuuce! Kto śmiał to zrobić? To najmniejszy z problemów, bo kiedy Yotsuba zajmie się tą kwestią, jednego można być pewnym: nic już nie będzie takie samo, a żadna tajemnica długo tajemnicą nie pozostanie…


Jeżeli lubicie się śmiać – a kto nie lubi? – i chcecie opowieści, która jednocześnie nie obrazi Waszej inteligencji, a poprawi humor i autentycznie Was wciągnie, „Yostuba!” to rzecz dla Was. W świetnie napisanych, krótkich opowieściach, bohaterowie i sam świat przeglądają się w tytułowej dziewczynce, jak w krzywym zwierciadle, co staje się przyczyną wielu komicznych sytuacji. Yotsuba rozbraja nas swoim myśleniem i logiką – rzeczami mocno kojarzącymi się np. z „Mikołajkiem” czy „Dziennikiem cwaniaczka”, że sięgnę po przykłady literackie. Jeśli zaś chodzi o podobieństwa mangowe, to nie przypadkiem wspomniałem na wstępie „Dr. Slumpa” Akiry Toriyamy – tu i tam mamy bowiem dziewczynkę nierozumiejącą za bardzo świata, ale doskonale zarazem radzącą sobie z tym, co niesie rzeczywistości. Tu nie ma jednak fantastyki, ale zastąpiła ją udana strona obyczajowa, nuta satyry i kilka aktualnych kwestii.


A wszystko to zostało znakomicie zilustrowane. Owszem, kreska jest typowa dla mang humorystycznych, a więc prosta, cartoonowa, a autor stroni od czerni, ale taka właśnie być powinna. Kiedy trzeba, jest też klimatyczna, a przede wszystkim wpada w oko. Wszystko to, razem wzięte, składa  się na kawał świetnego komiksu. O niebo lepszego, niż można by sądzić po przynależności gatunkowej. Ja ze swej strony polecam gorąco.


A gdybyście zechcieli nabyć „Yotsubę!”, serię znajdziecie tutaj:







W cieniu gwiazdy - Zygmunt Similak

DALSZE LOSY MŁODEGO SIMILAKA


Być może „Historie okupacyjne” nie były najlepszym komiksem w dorobku Similaka – choć zdecydowanie należały do czołówki jego prac i zarazem był to po prostu bardzo dobry album – ale każdy bez dwóch zdań nazwałby je jego najbardziej osobistym dziełem. Teraz na rynek trafia wznowienie ciągu dalszego tej opowieści, zatytułowane „W cieniu gwiazdy” – na dodatek w edycji rozszerzonej i poprawionej. I trzeba przyznać, że jest to rzecz równie dobra, co część pierwsza, sentymentalna, ale zarazem spoglądająca na powojenną rzeczywistość zarówno bez różowych okularów, jak i bez postrzegania wszystkiego tylko w czerni i bieli.


Druga wojna światowa dobiegła końca, ale w Polsce zaczął się czas kolejnych „zaborów”. Komuna otacza młodego Similaka ze wszystkich stron, chłopak próbuje zrozumieć czemu wyzwoliciele właściwie są niewiele lepsi, od poprzednich ciemiężycieli i żyć, jak młody chłopak powinien. Wśród zagrożeń i szarości nie brak jednak szczęśliwych chwil i pozytywów wartych zapamiętania do końca życia.


Jeżeli nie czytaliście „Historii okupacyjnych”, musicie wiedzieć, że zarówno one, jak i „W cieniu gwiazdy” to nie komiksy historyczne. To nie analizy czasów wojny i komuny, choć oczywiście obie kwestie są nie tylko w nich poruszane, ale też i stanowią bardzo ważny, nieodłączny a często także dominujący w fabule element. Co zatem? Nic innego, jak autobiografia Zygmunta Similaka, nie obejmująca całego jego życia, a najwcześniejsze jego lata – dzieciństwo i młodość spędzona w ciężkich dla naszego kraju czasach. Nie oglądamy więc drogi artysty do sławy, a to jak próbował pozostać dzieckiem, mimo otaczającej go rzeczywistości, jak kształtował się jako człowiek i ostatecznie także, jak rodziły się jego pasje.


Powstała z tego dobra opowieść obyczajowa, która w subiektywny, ale jakże realistyczny sposób spogląda na okres drugiej wojny światowej i komuny. Są w tym emocje, są uczucia, dużo sentymentu i sporo grozy. Ale to opowieść nie o ustrojach, a ludziach, i dzięki temu czyta się ją naprawdę znakomicie. Tym bardziej, że jest taka zwyczajna, taka prosta i swojska. I dobrze przy tym wykonana – przynajmniej jeśli chodzi o fabułę.


Bo, jak już pisałem nie raz, miłośnikiem rysunków Similaka nie jestem. Doceniam jednak jego umiejętności i muszę dodać, że akurat w przypadku tego komiksu nie wyobrażam sobie, by ktoś inny miał się zająć jego szatą graficzną. Nie ważne czy zrobiłby to w bardziej realistyczny lub atrakcyjny sposób, czy nie, to historia Similaka, o Similaku i Similak najlepiej pasował do „W cieniu gwiazdy”. Z tą swoją cartoonową kreską, rodem z rysunkowych dowcipów i lekkim, prostym kolorem.


W ostatecznym rozrachunku powstał świetny komiks – a właściwie świetna dylogia – która pokazuje, że nie tylko po komiksowe biografie zagranicznych mistrzów warto jest sięgnąć. Smilika nie zdobył co prawda takiej sławy ani takiego miejsca, jak Christa czy Papcio Chmiel, niemniej wypada o nim pamiętać i mieć świadomość jego twórczości. Dlatego zachęcam do zainteresowania się tymi dwoma albumami.


A wydawnictwu Kameleon dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.






czwartek, 27 grudnia 2018

Wypaczona - Haruto Ryo

CZEKA CIĘ WYNATURZONA ŚMIERĆ


Każdy, kto choć trochę interesuje się Japonią, prędzej czy później musiał trafić na jakieś legendy o Kraju Kwitnącej Wiśni, w tym, oczywiście, także te miejskie. A jaka jest najsłynniejsza z nich? Nie, nie o kasecie wideo, która zabija, a o kobicie zwanej Kuchisake-onna – zjawie z rozciętymi ustami, która zadaje ludziom pytania i pozbawia ich życia. I na niej właśnie oparta jest niniejsza manga. Klimatyczna i udana jednotomówka, która spodoba się wszystkim miłośnikom horrorów.


Kazuki jest chłopakiem, jakich wiele. Studiuje, mieszka sam, spotyka się z kuplami. Czasem coś mu wychodzi, czasem nie, ale jakoś sobie radzi i nic niezwykłego nie dzieje się w jego życiu. Przynajmniej do momentu, kiedy wyrzucając śmieci późnym wieczorem zauważa ją. Dziwna kobieta, wariatka, ubrana jak Lolita, stoi przy śmietniku. Dziwnie się zachowuje, zadaje mu pytanie o siostrę, w jednej dłoni trzyma parasolkę, w drugiej pluszaka. Kazukiego coś w niej niepokoi, ale nie wie jeszcze co. Po kolejnym spotkaniu kobieta siłą wchodzi do jego mieszkania, wyprać swoją maskotkę, ale na tym koniec. Przynajmniej na razie. O co w tym wszystkim chodzi? I wtedy Kazuki słyszy legendę miejską o tajemniczej kobiecie w stroju Lolity, pojawiającej nocą i zadającej przypadkowym ludziom pytanie. Jeśli się na nie odpowie, kobieta zaczyna prześladować zapytanego, starając się zostać jego siostrą, a potem… Cóż, nieszczęśnik umiera ostatecznie wynaturzoną śmiercią. A przecież Kazuki odpowiedział na jej pytanie. Czyżby taki sam los czekał i jego? A jeśli tak, czy istnieje sposób uniknięcia go?


Legenda o Kuchisake-onnie to nie tylko współczesny wymysł. Znana już była w okresie Edo obejmującym lata 1603-1868. W latach 70. XX wieku powróciła w nowej formie, wywołując panikę. Podobno rzeczywiście krążyła wówczas kobieta ją udająca, choć nikogo nie zabiła. Tu na scenę wkraczają pewne fakty – według informacji, do jakich pewien koroner dotarł w roku 2007, rzeczywiście pewna kobieta ścigała wówczas dzieci, ale w trakcie takiego pościgu wpadała pod samochód i zginęła na miejscu. Co ciekawe jej twarz była rozcięta tak, jak w legendzie.


Cóż, któż z nas nie zna takich historii? W naszym kraju też ich nie brakuje, zaczynając od opowieści o czarnej karocy, przez czarną wołgę, która bezpośrednio z niej wyewoluowała, po pamiętne plotki o Szatanie, który w okolicach roku 2000 pytał ludzi o godzinę, a po tygodniu, o podanej porze, zapytany umierał. Popularność tego typu historii nie powinna nikogo dziwić. Wszyscy lubią się bać, a jednocześnie podobne przekazy stanowią przestrogę przed rozmawianiem z obcymi, chodzeniem samotnie po zmroku w różne miejsca i tak dalej. A jednocześnie to temat samograj, bo korzystając z naszych pierwotnych lęków i łącząc je z posmakiem realizmu, jaki daje legenda miejska, tworzy mieszankę, która autentycznie przemawia do wyobraźni. Na tym właśnie opierał się przecież sukces „The: Ring – Krąg”.


I tak rzecz ma się z „Wypaczoną”. Choć o Kuchisake-onnie wiele już było opowieści, filmowych i komiksowych, a dzieło Haruto Ryo jest bardzo luźno oparte na materiale źródłowym, zgrabnie wykorzystuje emocje, jakie towarzyszą tej legendzie. Dzięki temu manga, która sama w sobie nie jest zbyt mroczna ani brutalna, nabiera mocy. Owszem, mroku i krwi wcale tutaj nie brakuje, tak samo, jak i nastrojowych scen. Sama historia też jest ciekawa, dobrze przy tym poprowadzone i z niezłym zapleczem obyczajowym.


Do tego mamy udaną szatę graficzną, dość lekką i prostą, jak na horror, ale przyjemną i potrafiącą dobrze wykorzystać estetykę grozy. Samo wydanie zaś prezentuje się bez zarzutu, ba, wręcz doskonale. Zamiast dwóch oddzielnych tomów, całą opowieść mamy w jednym, grubym tomiszczu. W konsekwencji za ponad 420 stron naprawdę dobrej mangi płacimy niespełna 30 zł (a to cena okładkowa, więc jak poszperacie w promocjach, znajdziecie mangę sporo taniej). Dlatego jeśli lubicie horrory i miejskie legendy, sięgnijcie, bo warto.


A ja dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.






środa, 26 grudnia 2018

Planetary, tom 1 - Warren Ellis, John Cassaday

GDYBY AUTHORITY WYSTĘPOWALI W „Z ARCHIWUM X”


Spośród licznych serii, jakie stworzył Warren Ellis, trudno byłoby wybrać jego opus magnum. Bo jak tu rozstrzygnąć czy ważniejsze jest „Authority”, „Planetary” czy może „Transmetropolitan”? A przecież nie można zapomnieć o jego dokonaniach na polu „Hellblazera”, „Iron-Mana” czy w świecie „Ultimate”. Najwięcej wyróżnień zgarnęły jednak przygody bohaterów „Planetary”, które doczekały się czterech nominacji do nagrody Eisnera, wygranej nagrody Wizard Magazine Best One-Shot dla zeszytu „Planetary/Batman: Night on Earth” oraz umieszczenia opowieści „The Fourth Man” na 36 miejscu 100 najlepszych komiksów w dziejach (tytuł pokonał wówczas takie serie, jak „100 naboi” czy „Hellboy”). Dlatego  też tak bardzo cieszy fakt, że właśnie wśród komiksowych nowości zagościł pierwszy z dwóch tomów zbierających całą tę serię ze wszystkimi jej dodatkami, bo to kolejny tytuł, po który sięgnąć powinni wszyscy miłośnicy dobrych, ambitnych opowieści graficznych dla dorosłych.


Poznajcie Archeologów Tajemnic – międzynarodowy oddział pokojowy, który przemierza świat w poszukiwaniu jego największych tajemnic. W trakcie swych misji odkrywają najróżniejsze niezwykłości, od paranormalnych cudów, przez zapomniane zdobycze techniki, po wielkie zagrożenia. I przekonują się, co z tego wszystkiego może wyniknąć…


„Planetary” to kolejne z egmontowych wznowień pozycji wydanych przed laty na naszym rynku przez innych wydawców, ale nigdy nie dokończonych. Tak było np. z serią „100 naboi”, „Transmetropolitan” czy „Ultimate Spider-Manem”. I dobrze się składa, bo inaczej czytelników ominęłyby te rewelacyjne komiksy, mogące pochwalić się nie tylko kultowym statusem, ale i swoim miejscem w historii opowieści obrazkowych. A „Planetary” to jednocześnie jedna z najlepszych rzeczy z tego grona, świeża mimo pozornie wtórnej tematyki i wybijająca się na tle innych dokonań Warrena Ellisa, więc nawet ci, których nie kupił swoimi wcześniejszymi pracami, znajdą tu coś dla siebie.


 A konkrety? Cóż, wyobraźcie sobie serial „Z archiwum X”, ale w rolach głównych zamiast agentów FBI obsadźcie ekipę superbohaterów. Ale takich zwyczajnych, po prostu ludzi z mocami, pełnych własnych słabości i sekretów – jak np. drużyna Authority. Authority zresztą się tu pojawiają (a i fani „Transmetropolitana” znajdą tu coś dla siebie), do tego mamy też sporo nawiązań do innych bohaterów wydawnictwa DC Comics, ale z jednoczesnym zachowaniem jak największej możliwej autonomiczności. Ellis łączy tu superhero z fantastyką i nutą horroru rodem z kina lat 80., głębią psychologiczną, ambicjami i świetnymi pomysłami. A wszystko to prowadzi w nieoczywisty, świetnie wyważony sposób (właściwie poszczególne zeszyty da się czytać niezależnie od siebie, choć zarazem układają się w większą całość), serwując nam i akcję, i wzruszenia, i spektakularne sceny, i także momenty spokojne, stonowane i bardzo przyziemne.


Na dodatek cały ten rewelacyjny scenariusz zyskał doskonałą oprawę graficzną. Balansujące na granicy realizmu i prostoty rysunki Johna Cassadaya („Astonishing X-Men”) świetnie oddają zarówno sceny dynamiczne, spektakularne, jak i wszelkie detale, wygląd i mimikę postaci. Razem z dobrze dobranym kolorem budują też znakomity klimat i z miejsca wpadają w oko. Całość wieńczy doskonałe wydanie, w twardej oprawie, z dodatkową obwolutą i uzupełnione o dodatki, w tym galerię okładek, szkice i scenariusz pierwszego zeszytu. W skrócie: rewelacja. Dlatego polecam całość bardzo, bardzo gorąco, a sam czekam na kolejny (i zarazem ostatni) tom i mam nadzieję, że Egmont pokusi się o wydanie kompletnej serii „Authority”.




Bakuman #16 - Tsugumi Ohba, Takeshi Obata

SHOUNEN UPADŁY


„Bakuman” to jeden z tych tytułów, o których nie umiem pisać inaczej, niż z zachwytami. Z jednej strony całość tak doskonale wpasowuje się w mój gust, moje pasje i pewne osobiste elementy (o których pisałem przy okazji recenzowania poprzednich tomów, więc daruję sobie powtarzanie), jak chyba żadne inne dzieło. Z drugiej jednak – i to jest rzecz ważniejsza, niż wszystko co napisałem powyżej – to po prostu rewelacyjna manga, która zachwyci każdego miłośnika komiksu, pragnącego zgłębić kulisy mangowej branży.


Muto Ashirogi dawno nie byli w tak trudnej sytuacji. Ich manga „PCP” co prawda świetnie sobie radzi, wygrali z miażdżącą przewagą nad przeciwnikiem, który kopiował ich pomysły i wyzwał ich na starcie, ale żeby zrealizować swoje marzenia, muszą zdobyć anime, a to oddala się coraz bardziej. Już sam fakt, że ich opowieść traktuje o „dobrych przestępstwach” sprawił, że pomysł na serial odrzucono, by nie inspirować dzieci do powielania akcji bohaterów. Teraz jednak ktoś wykorzystując pomysły z „PCP”, dokonuje włamań, a wydarzenia to szerokim echem rozbrzmiewają w mediach. A to nie jedyny problem…

Młody geniusz mangowy, Niizuma, zaczyna swoją walkę o zostanie największym twórcą w „Shounen Jumpie”. Wszystko wskazuje na to, że mu się uda, ale to oznacza, że dostanie możliwość anulowania dowolnej mangi. Redaktorzy odetchnęli z ulgą, gdy doszli do wniosku, że jego działania miały jedynie zmotywować Ashirogiego do odzyskania dawnej formy, ale wszystko wskazuje na to, że się pomylili. Gdy Niizuma przyznaje, że chce anulować pewną serię, jego koledzy po fachu decydują się rzucić mu wyzwanie. Jaki tytuł znalazł się na jego celowniku i dlaczego? Co z osobą kopiująca pomysły z „PCP”? I co wyniknie z rywalizacji?


„Bakuman” to rasowy shounen, ale shounen zdekonstruowany. A może lepiej byłoby powiedzieć, stosując terminologię bohaterów dążących do stworzenia takiego właśnie dzieła, shounen upadły. Na czym polega różnica? Na przeniesieniu doskonale znanego schematu na zupełnie inny grunt. W „Bakumanie”, jak w innych dziełach tego typu, mamy bohaterów wybrańców, którzy muszą toczyć swoje walki. Nie zmagają się na arenach, nie walczą z zagrożeniem z kosmosu, nie mają też supermocy – a właściwie mają jedną: talent do tworzenia. Ale nie są jedyni, trzeba więc pokonać przeciwników, a tych w drodze na szczyt nie brakuje.


Oczywiście nie mogło tu zabraknąć humoru (jakże doskonale pasującego do poważnej przecież treści) i wątku miłosnego, który – choć w ostatnich tomach mniej wyraźny – jest przecież siłą napędową całości. Ale oprócz tego mamy tu fascynujące kulisy branży mangowej. Przyglądamy się całemu procesowi twórczemu i wydawniczemu, od narodzin i szlifowania pomysłu, przez rysowanie i pracę z asystentami oraz związane z tym rzeczy, po samą publikację, starania o zdobycie jak najwyższej pozycji itd. Jest tu więc i prawda, i głębia – i mnóstwo emocji też się znalazło.


A wszystko to zostało rewelacyjnie zilustrowane. Z shounenowa lekkością, ale szczegółowo, realistycznie i z genialnym oddaniem detali. Miłośnicy gatunku, jak wszyscy prawdziwi fani komiksu, będą „Bakumanem” zachwyceni. Dlatego polecam gorąco i z niecierpliwością czekam na kolejne tom, bo niewiele już zostało do wielkiego finału tej znakomitej serii.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.







poniedziałek, 24 grudnia 2018

Tajne wojny: Thorowie - Jason Aaron, Chris Sprouse, Goran Sudžuka

THOROWIE NA TROPIE


„Thor” w wykonaniu Jasona Aarona okazał się zadziwiająco niezłą serią, jak na tego autora. Autora, który w przerażającej większości swoich dzieł kopiuje niezliczone, wszystkim dobrze znane pomysły, jednocześnie nie potrafiąc wycisnąć z nich niczego świeżego ani ciekawego. Tym większym zaskoczeniem była dla mnie „Thor: Gromowładna”, która okazała się rzeczą naprawdę dobrą. Wszystko dlatego, że Aaron odrzucił tam wszelkie pseudo ambicje i dał nam po prostu udany komiks rozrywkowy. I dokładnie tym samym jest album „Tajne wojny: Thorowie”, będący ciekawym uzupełnieniem wielkiego marvelowskiego eventu, który da się czytać także w oderwaniu od niego.


Zanim przejdę do omawiania szczegółów fabuły, pozwólcie, że nakreślę tło wydarzeń. Otóż uniwersum Marvela zaczęło umierać, a kolejne wszechświaty ginęły w wyniku zderzeń zwanych inkursjami. Bohaterom nie udało się zażegnać kryzysu, wszystko umarło, ale Dr. Doom zdołał uśmiercić odpowiedzialnych za zagładę Beyonderów i dzięki swej mocy ocalił fragmenty różnych rzeczywistości, sklejając je w jeden Bitewny Świat, którym zarządza ze swojego zamku. Thorowie zaś stanowią elitarny oddział pilnujący porządku i broniący spraw królestwa. A czy może być coś bardziej wymagającego ich interwencji, niż seria morderstw?

W tym właśnie momencie zaczyna się fabuła tego albumu. Thorowie znajdują zwłoki jednego z mieszkańców Bitewnego Świata. Ponieważ to już piąty trup w ciągu tygodnia zabity przez tego samego sprawcę, a morderca wciąż przebywa na wolności, bohaterowie muszą zakasać rękawy i pokazać na co ich stać. Ale wyjaśnienie tej sprawy nie będzie łatwe, bo w podzielonym, pełnym zagrożeń świecie, nawet Thorowie nie są bezpieczni…


Komu podobały się poprzednie tomy „Thora”, ten koniecznie powinien sięgnąć także po ten. Może nie rozwija ona jakoś szczególnie wątków z wcześniejszych części, przez co całość da się czytać bez ich znajomości, ale za to Aaron w niezłym stylu bawi się samymi postaciami. Bo Thorami nie są tu tylko doskonale nam znani Gromowładni (łącznie z kobiecą wersją obecną w serii od pewnego czasu) czy Odyn, ale także np. Groot czy Storm z X-Menów. Dzięki temu na stronach nie brakuje humoru, ale jest też całkiem udana zagadka, sporo akcji i kilka klimatycznych scen. Nie ma tu natomiast głębi, ale tego chyba nikt nie oczekiwał, więc nie poczytujmy tego jako minusa.


Warto natomiast docenić udaną szatę graficzną. Rysunki są dość proste, ale i realistyczne zarazem, kolor został dobrze do nich dobrany, a całość pasuje do opowieści. Do tego mamy porcję świetnych dodatków, w tym dwa klasyczne komiksy, w których Thor zmienia się w żabę. Pochodzą one z legendarnego runu „Thora” pisanego przez Waltera Simonsa, który znalazł się na liście 100 najlepszych komiksów w historii wg magazynu „Wizard” i są bodajże pierwszymi z niego wydanymi po polsku.


Wszystko to sprawia, że warto po „Thorów” sięgnąć. To dobry komiks, będący jednocześnie udanym uzupełnieniem „Tajnych wojen” oraz regularnej serii, nawet jeśli pozbawiony jest większych nowości czy zaskoczeń. Komu mało eventowych przeżyć i opowieści o Gromowładnych, będzie zadowolony.




piątek, 21 grudnia 2018

100 Naboi, tom 4 - Brian Azzarello, Eduardo Risso

KTO JEST PIONKIEM, A KTO GRACZEM


W czwartym i jednocześnie przedostatnim zbiorczym tomie „100 naboi”, wydarzenia wkraczają powoli w decydującą fazę. Czytelnicy dowiadują się więc coraz więcej, a sama akcja zaczyna coraz bardziej zmierzać w jasno ustalonym kierunku. Liczy się jednak to, że seria ani na chwilę nie traci rewelacyjnego poziomu, do jakiego przyzwyczaiła nas od samego początku. Ba, nawet w najbardziej statecznych i niepozornych momentach Azzarello pokazuje nie tylko, jak doskonałym jest scenarzystą, ale przede wszystkim jak świetnie czuje się w takich właśnie opowieściach.


Wszystko zawsze zaczyna się tak samo. Tajemniczy mężczyzna, przedstawiający się jako agent Graves, pojawia się, daje wybrańcowi aktówkę z bronią i stoma nabojami, gwarancję nietykalności jeśli ten ich użyje, a także dane osoby, która „szczęśliwcowi” zrujnowała życie, wraz z wszelkimi dowodami. Dlaczego to robi? Skąd ma takie możliwości? Kim właściwie jest? I jakie ma powiązania?

Część odpowiedzi na te pytania została już udzielona, wciąż jednak wiele z nich pozostaje bardzo aktualnymi, a tymczasem na szachownicy toczy się partia, między największymi graczami. Kto jednak kieruje ruchami pionków, a kto wśród pionków się znajduje? Gdy Lono poszukuje kolejnego Minutemana, agent Graves nadal działa. Kolejne osoby stają się właścicielami aktówki z bronią, a tymczasem Trust stara się poradzić sobie z obecną sytuacją i zmianami we własnych szeregach…


Nie da się czytać „100 naboi” i nie porównywać ich do „Sin City” Franka Millera. Ta seria bowiem, zarówno pod względem fabularnym, konstrukcyjnym (mamy tu wiele luźnych opowieści układających się w większą całość), jak i graficznym, przypomina cykl o Mieście Grzechu, choć, oczywiście, różnice między oboma tytułami są tak wielkie, że nie sposób traktować dzieła duetu Azzarello / Risso jako kopii „Sin City”. Niemniej obie historie rozgrywają się w brudnym środowisku, pełnym wszelkiej maści szumowin, twardych facetów i seksownych, rzadko kompletnie ubranych kobiet, główni bohaterowie też dalecy są od kryształowych obrońców dobra, we wszystko wmieszana jest wielka polityka, a seks i przemoc wylewają się ze stron.


To, co jednak wyróżnia „100 naboi” to wielka tajemnica, konsekwentnie rozwijana od pierwszego zeszytu. W „Sin City” tego nie było, każdy tom stanowił oddzielną zagadkę, często zresztą ta zagadka średnio zagadką była. Tymczasem Azzarello to właśnie z sekretów czyni siłę nośną swojego opus magnum, drażniąc się z czytelnikami, podsycając ich zainteresowanie i umiejętnie dawkując szczegóły tej wielkiej układanki, która okazuje się być o wiele bardziej zaskakująca, niż można by na pierwszy rzut oka sądzić. Do tego w każdym tomie dostajemy rewelacyjne zaplecze obyczajowe, co prawda ograniczone do dość hermetycznych ram losów ludzi złamanych lub patologicznych, niemniej przekonujące i poruszające. Poza tym stworzone przez niego postacie zostały świetnie nakreślone, a ich psychologia jest naprawdę udana i dodaje krwistości poszczególnym z nich.


A wszystko to zostało absolutnie rewelacyjnie zilustrowane. Risso, operując stylem, łączącym w sobie pełne zabaw światłocieniem klimaty charakterystyczne dla Franka Millera, z kreską rodem z prac Tima Sale’a, tworzy niesamowicie intensywne, wpadające w oko grafiki. Tu prostota spotyka się z niesamowitym wyczuciem detali, a mrok z niewinnością. Do tego dochodzi doskonale dobrany, stonowany kolor i zachwycające zbiorcze wydanie, które przepięknie prezentuje się na półce. Dlatego każdy miłośnik dobrych, dojrzałych komiksów powinien sięgnąć po „100 naboi”. To jedna z najlepszych rzeczy, jakie to medium ma do zaoferowania i nie znać go po prostu nie wypada.


Komiksy z tej serii, jak i nowości wydawnicze w świetnych cenach znajdziecie w sklepie Tania Książka.

Royal City #1: Krewni - Jeff Lemire

DUCHY DAWNEGO ŻYCIA


Twórczości Jeffa Lemire’a musiała dobrze przyjąć się na naszym rynku, bo nie dość, że mamy możliwość czytania jego „Czarnego Młota” i „Łasucha”, to już niedługo dostaniemy także przygody X-Menów i „Staruszka Logana” z jego nazwiskiem na okładce. Zanim jednak to nastąpi, w Polsce ukazuje się „Royal City”, kolejna autorska seria Lemire’a, która łączy w sobie to, co autor ma najlepsze do zaoferowania. Przygotujcie się więc na przejmujący dramat rodzinny połączony z klimatycznym horrorem, osadzony  w małomiasteczkowych realiach.


Patrick Pike, pisarz, którego kariera nieubłaganie stacza się po równi pochyłej, mimo goniących go terminów i wydanych zaliczek, zamiast zająć się pierwszym draftem swojego nowego dzieła, rzuca wszystko i wraca w rodzinne strony, do Royal City. Jego ojciec przeżył właśnie zawał, choć nikt nie wie jeszcze, że atak serca nastąpił, kiedy w radio senior usłyszał wołający go głos jego syna. Nie, nie Patricka, a zmarłego przed laty Tommy’ego. O tym, że w Royal City dzieje się coś o wiele dziwniejszego, niż początkowo sądził, pisarz przekonuje się, kiedy od razu po wjechaniu do miasta, widzi ducha swojego brata. Tylko czy to rzeczywiście duch? I co takiego dzieje się w upadającym, robotniczym miasteczku? Na Patricka czeka nie tylko konfrontacja z widmem, ale także wiecznie skłóconą, narzekającą rodziną, pełną własnych niedokończonych spraw, pretensji i dramatów…


Jeff Lemire ponownie nie zawiódł. Owszem, „Royal City” to bardziej dzieło dla tych, którym podobał się „Łasuch”, niż dla miłośników jego opowieści superhero, ale to nie znaczy, że mamy do czynienia z jednym ze słabszych jego komiksów. Wręcz przeciwnie, scenarzysta tworzy tu coś znakomitego, pozornie innego od wspomnianych powyżej tytułów, choć po bliższym przyjrzeniu widać wyraźnie, że Lemire wiernie powielił schemat, do którego nas przyzwyczaił.


O jakim schemacie mowa? Oczywiście o zabawie elementami gatunkowymi. W „Czarnym Młocie” żonglował motywami ze Złotej i Srebrnej Ery komiksu, składając im hołd i dodając sentymentalną nutę. „Łasuch” był powieleniem (i pewną dekonstrukcją) schematów postapo, podlanych baśniową nutą. „Royal City” natomiast stanowi odejście w rejony typowych opowieści rodzinnych, przełamanych nastrojowymi scenami może nie grozy, ale fantastyki na pewno.


Wszystko to robi spore wrażenie, bo spełnia się zarówno jako opowieść obyczajowa o rodzinnych problemach i życiowych troskach, jak i swoisty thriller, kojarzący się z książkami Stephena Kinga. Do tego mamy niezłą, nastrojową szatę graficzną. Za nią także odpowiada Lemire, który operuje dość brudnym, odrealnionym i niewprawnym, ale klimatycznym stylem, uzupełnionym o dobrze do niego pasujący kolor. Całość robi spore i bardzo pozytywne wrażenie, trzymające poziom innych prac artysty. Dlatego też jeśli podobał się Wam „Łasuch” czy cokolwiek z rzeczy Lemire’a, koniecznie sięgnijcie po „Royal City”, nie zawiedziecie się.






Batman #4: Wojna Żartów z Zagadkami - Tom King, Mikel Janin, Clay Mann

BEZ ŻARTÓW


Komiksy o Batmanie wydawane w ramach „DC: Odrodzenie” trzymały różny poziom. Jedne były bardziej udane („Jestem samobójcą”, „Jestem Bane”, „All Star Batman”), inne mniej („Noc ludzi potworów”, „Końce świata”), nigdy jednak nie powalały tak, jak przygody tego herosa z „Nowego DC Comics”. Teraz jednak zaczyna się to zmieniać, bo „Wojna żartów z zagadkami” to zdecydowanie najlepszy z odrodzeniowych Batmanów, łączącym w sobie mrok, akcję i brutalność, jakich potrzeba było tej opowieści.


Joker dawno nie mącił w Gotham. Batman wspomina jednak Selinie o starciu, które miało miejsce, kiedy dopiero od roku był herosem. Tak zaczyna opowieść o powrocie Jokera, ale nie jest to ten sam uśmiechnięty psychopata, którym był do tej pory. Coś się zmieniło, zatracił dawne poczucie humoru, stał się ponury, ale chce znów być taki, jak dawniej. Zaczyna się szaleństwo, któremu Batman musi zaradzić, jednak nie jest w stanie sam tego dokonać. Dlatego udaje się po pomoc do Riddlera. Pech chce, że ten wykorzystuje okazję i ucieka z Azylu Arkham, a gdy nie udaje się mu przyłączyć do Jokera we wspólnej walce z Człowiekiem Nietoperzem, zaczyna z nim wojnę. Czołowi przestępcy Gotham dzielą się według stron konfliktu, a Batman staje w obliczu kolejnego, iście samobójczego wyzwania…


I właśnie owe samobójcze wyzwania są tym, czym charakteryzuje się batmanowski run Toma Kinga. Scenarzysta ten zaczął swoją opowieść od tego, jak Gacek, wiedząc, że za chwilę zginie, robi wszystko by ocalić pasażerów spadającego na Gotham samolotu. Potem było już tylko bardziej dramatycznie i bardziej autodestrukcyjnie – i nie inaczej jest w „Wojnie żartów z zagadkami”. Oczywiście nie zabrakło tu też innych, charakterystycznych dla autora elementów, jak chociażby pojawiający się ciągle Kite-Man. Są tu też mniej pożądane drobiazgi związane z jego twórczością, jak np. naciągane umotywowanie niektórych wątków, ale to, w porównaniu z całą resztą, jedynie drobiazg.


Bo King zrobił świetny komiks akcji, znakomicie pokazując swoich bohaterów i jednocześnie serwując im mały jubileusz. Ponury Joker, trochę przypominający mi tego, z miniserii Briana Azzarello, jest znakomity, Riddler tak samo, bo twórca wyciągnął z niego to, co najlepsze. Trochę nie wykorzystał postaci pobocznych, jednak – mimo dwustu stron, na jakich rozgrywa się akcja – tempo wydarzeń jest tak szybkie, że nie odczuwa się tego w wyraźny sposób. Całość ma też udany, mroczny klimat, a wspomniana przeze mnie brutalność i skala wszystkiego robią wrażenie.


Podobnie zresztą jak świetna szata graficzna w wykonaniu Mike’a Janina i ekipy innych artystów. Rysunki są realistyczne, dostatecznie mroczne i dobrze pasują do całości. Przy okazji mają w sobie równie wiele z typowo amerykańskich prac, jak i z komiksu europejskiego. Wszystko to razem wzięte daje znakomity album wart polecenia każdemu miłośnikowi Batmana. Jeśli podobały się Wam poprzednie tomy tej serii z „Odrodzenia”, koniecznie rozejrzyjcie się za „Wojną żartów z zagadkami” wśród nowości. Oby kolejne części zachowały ten poziom.




The Goon: Kolekcja, tom 1 - Eric Powell, Mike Mignola

MAFIA, ZOMBIE I INNE TAKIE


Pamiętam moje pierwsze spotkanie z „The Goon”. Pamiętam, bo mimo kultowego statusy serii, nie było ono udane. Parę lat temu w moje ręce trafił jeden z zeszytów wypuszczonych w ramach Free Comic Book Day. Sięgnąłem po niego ze względu na prolog do „Fight Clubu 2”, ale był tam też krótki komiks z tej serii właśnie, a także „Strain”. I żaden z nich, poza „FC” nie przypadł mi do gustu, choć „Zbira” doceniłem za ilustracje. Teraz nadszedł czas bym zmierzył się z ogółem tej opowieści i przekonał co ma do zaoferowania. W końcu całość zdobyła łącznie pięć nagród Eisnera, w superlatywach wypowiadają się o niej takie osobistości, jak syn Stephena Kinga, Joe Hill czy Frank Darabont, a na polskim rynku właśnie ukazało się imponujące, bo pięćsetstronicowe wydanie, zbierające pierwsze cztery tomy serii. Sięgnąłem więc po nie, przekartkowałem, potem zacząłem czytać i… wpadłem, a „The Goon” zachwycił mnie tak samo, jak miliony czytelników na całym świecie.


Zacznijmy jednak od tego o czym to właściwie jest. Bo tytuł „Zbir” może właściwie oznaczać wszystko, choć najbardziej kojarzy się z sensacyjnymi opowieściami. I po części mamy tu z taką do czynienia, ale… Właśnie, tytułowy Zbir to prawa ręką gangstera Labrazia, którego klan rządzi pewnym miastem. Los chce, że to właśnie do tej mieściny przybywa Kapłan Zombie, który z umarłych chce stworzyć własną przestępczą rodzinę. Powoli zdobywa coraz większe wpływy, ale nadal nie może zagrozić pozycji Labrazii. Wszystko przez Zbira i jego pomocnika Franky’ego, którzy zawsze krzyżują im szyki. Dlatego też Kapłan stara się znaleźć sposób na ich pokonanie…


Serię „Zbir” w naszym kraju w roku 2005 zaczęło publikować wydawnictwo Taurus Media. Ukazały się wówczas trzy cienkie albumy i na tym kariera tytułu się zakończyła. Teraz jednak jest nadzieja, że całość w końcu ukaże się na polskim rynku – a przynajmniej ta część, która już powstała, bo seria wciąż się ukazuje – i to w pięciu (bo tyle póki co ich jest), imponujących tomiszczach. A że warto, chyba nie muszę już Was przekonywać, ale i tak przyjrzyjmy się serii nieco bliżej, bo to, co napisałem do tej pory, nie oddaje nawet w połowie tego, z czym mamy tu do czynienia.


A z czym mamy? Z szaloną, daleką od poprawności politycznej i jakiejkolwiek autocenzury czarną komedią z pogranicza gangsterskich pulpowych książek z lat 30. i horrorów właściwie z każdego okresu ich istnienia. Mamy tu więc gangsterskie klimaty w stylu czasów prohibicji, a obok nich wszelkie strowy stwory, zaczynając od klasyki jak zombie czy byty rodem z mitologii Cthulhu, przez wszelkiej maści wyniki chorych eksperymentów, po samego Hellboya goszczącego w jednej historii, przy której pomagał oczywiście Mike Mignola, twórca przygód Piekielnego Chłopca. Jest więc krwawo, jest zabawnie – choć humor to nie dla wszystkich, a już na pewno nie dla wrażliwych – akcja toczy się szybko, a całość ma rewelacyjny klimat. Bo „The Goon” to nie tylko lejąca się krew i wszelkiej maści urazy, ale też i świetnie zbudowany nastrój.


Przy okazji nie można też zapomnieć o rewelacyjnej szacie graficznej, która nie tylko rozwija się wraz z kolejnymi rozdziałami, ale też i stanowi połączenie najróżniejszych stylistyk. Mamy tu i ilustracje w stylu Mignoli, i prace ciążące w stronę rysunków Jeffa Smitha, i znakomite grafiki robione ołówkiem, wreszcie także komiks skomponowany ze zdjęć czy okładki przypominające prace Simona Bisleya. A wszystko to przetykane rozbrajającym reklamami, wydrukowane na papierze kredowym i zamknięte w imponującym tomie, z twardą okładką i dodatkową obwolutą. Po prostu cudo.


Miłośnicy klimatycznych, szalonych komiksów i horrorów będą zachwyceni. „The Goon” to świetna opowieść, którą czyta się z wielką przyjemnością. Polecam gorąco, choć chyba tytułu o tak kultowym statusie polecać nikomu jednak nie trzeba.