środa, 31 stycznia 2018

Tajemny ogród dla wtajemniczonych - Johanna Basford




W OGRODZIE PEŁNYM TAJEMNIC



Widzicie drzwi. Stare, drewniane, dąb pewnie ścięto do ich wykonania, okute żelaznymi zdobieniami. Osadzone są w cegłach, a może w roślinach, zieleń jest wszędzie, choć jeszcze nie ma koloru, plątanina liści, gęsto wyciągająca swoje ramiona w stronę wejścia. Wchodzicie dopiero, czy może już weszliście? Kto to wie. Jedno jest pewne: znajdujecie się dopiero u stóp Tajemnego Ogrodu.



Wraz z opisaną wyżej ilustracją, zaczyna się niniejsza książka. Artystyczna kolorowanka dla każdego, niezależnie od wieku, kto chciałby własną dłonią nadać barw przesyconym detalami i skomplikowanymi kształtami ilustracjom. Z każdą kolejną stroną zagłębiamy się krok po kroku w roślinność i sekrety tego miejsca. Widzimy kwiaty, widzimy bogactwo owadów. Starą studnię. Domek na drzewie. Co jeszcze kryje się tam dalej? Za zakrętem i za kolejnym parawanem zieleni?



Nagrodzona Elle Decoration Design Award i Channel 4 Talent Award artystka zaprasza nas do krainy, gdzie zabawa z kredkami, flamastrami czy farbami nawet, trwać będzie całymi godzinami. W odróżnieniu od większości podobnych publikacji, kolekcjonerska edycja „Tajemnego ogrodu” oferuje znakomitą jakość. Tekturowa podkładka, grube, wielkoformatowe plansze, świetny papier… Kartki nie ulegną wilgoci, nie pofałdują się, kolor niezależnie od używanych narzędzi nie przebije przez strony. Kolorowanie więc staje się zabawą, jaką być powinno, bez konieczności uważania na papier.



Poza tym same rysunki są znakomite. Odpowiednio skomplikowane, odpowiednio wzorzyste. Nawet sama okładka aż kisi by ją pokolorować.



Kto więc lubi tego typu aktywne spędzanie czasu, powinien z „Ogrodem…” się zapoznać. Kolorowanie stało się ostatni modne, ale w zalewie tytułów ten właśnie zdecydowanie wart jest polecenia.



A ja dziękuję wydawnictwu Nasza Księgarnia za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Ścieżki Młodości #6 - Io Sakisaka

MIŁOŚĆ NIEJEDNO MA IMIĘ


W opowieściach o miłości praktycznie zawsze wszystko musi się skomplikować. Losy uczucia nie toczą się tak, jak tego byśmy chcieli tego my ani bohaterowie, a kandydatów do serca poszczególnych postaci przybywa – a ich lista zmienia się dość dynamicznie. Szósty tom „Ścieżek młodości” to kwintesencja takiego podejścia do tematu. I to kwintesencja jakże udana, pełna emocji i oferująca czytelnikom świetną zabawę.


Trwa szkolny festiwal, podczas którego uczniowie przebrani są za pokojówki a uczennice wdziały stroje kamerdynerów. W obsługiwanej przez nich kawiarni pojawia się Narumi, dziewczyna, z którą kontakt od pewnego czasu utrzymuje Kou. Zakochana w nim Futaba stara się dowiedzieć o niej jak najwięcej i zrozumieć relacje, które ich łączą. W swoich staraniach nie jest sama, ale czy jest gotowa poznać prawdę? A może jednak nie ma się czego bać?

Tymczasem Kikuchi coraz bardziej zbliża się do Futaby i stara się zwrócić na nią swoją uwagę, co zauważają chyba wszyscy, poza nią samą. Ale na tym nie koniec miłosnych zawirowań. Kominato stara się pokazać Murao co jest wart, ta jednak nie widzi świata poza Tanaką. Jakie jednak ma szansę konkurować z nauczycielem? I jak dziewczyna zareaguje na jego proste, szczere wyznanie? Jednocześnie w życiu Futaby dochodzi do wydarzenia, które może odmienić wszystko na zawsze. Wydarzenia, na które czekała, ale teraz gdy wreszcie do niego doszło, zaczyna zmagać się z wątpliwościami, które tylko podsycane są przez zachowanie Kou. Co wyniknie z tego wszystkiego?


Przekonacie się o tym sięgając po szósty tom „Ścieżek młodości”, choć jak wiadomo akcja wciąż dopiero się rozkręca, więc o żadnych ostatecznych odpowiedziach nie ma nawet mowy. Ale o to przecież chodzi, o tę niepewność kto z kim i co właściwie z których relacji wyniknie. Io Sakisaka w świetnym stylu buduje napięcie i wywołuje duże emocje. Problemy i wątpliwości, jakie stają się udziałem jej bohaterów, choć nagromadzone i podkręcone do maksimum, także są przekonujące i życiowe, trafiają więc do serca i umysłu, a całość potrafi przy okazji także rozbawić.


A wszystko to w towarzystwie sympatycznych postaci (Io Sakisaka nie tworzy tutaj jakichś czarnych charakterów tylko zwyczajne, zakochane osoby, różnie się zachowujące, czasem altruistyczne, czasem samolubne, ale bardzo krwiste) i równie sympatycznej autorki. Całość uzupełnia miała dla oka, prosta, lekka i delikatna szata graficzna, a także świetne wydanie. Każdy miłośnik dobrych opowieści romantycznych, takich dość klasycznych, jeśli chodzi o fabułę, ale udanych i wyciskających z tematu co najlepsze będzie zadowolony. Ja ze swej strony polecam bardzo gorąco, ta seria wciąga jak odkurzacz.



A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.









Spider-Man i Czarna Kotka: Zło, które ludzie czynią - Kevin Smith, Terry Dodson

ZŁO, KTÓRE CZYNIĄ MĘŻCZYŹNI


Od dawna miałem cichą nadzieję, że kiedyś ten komiks ukaże się na naszym rynku. Niewielka jednak była to nadzieja; skoro nikt nie wydał tego albumu w czasach, kiedy Kevin Smith był na topie, trudno było oczekiwać, że jest na niego szansa teraz, gdy twórca ten całkowicie się skończył i nawet nie może zdobyć pieniędzy na produkcję filmów, czyli właściwej dla niego dziedziny sztuki. A jednak. „Spider-Man i Czarna Kotka” właśnie ukazał się na naszym rynku i dobrze, że tak się stało, bo to naprawdę znakomita opowieść, choć jednocześnie nie dla wszystkich, bo utrzymana w typowym dla Smitha, pełnym kontrowersji stylu.


Tricia, przyjaciółka Czarnej Kotki znika. Na wieść o tym Felicia wprawdzie nie wpada w panikę, znając ją wie bowiem, że najprawdopodobniej odnajdzie się sama, ale mimo wszystko decyduje się zbadać sprawę. Nie ma za bardzo co robić, jest samotna, liczy, że przy okazji spotka swojego byłego. Kto wie…

Tymczasem Spider-Man prowadzi własne śledztwo w sprawie nastolatka, który zmarł z przedawkowania. Co dziwne, zmarły był dobrym chłopakiem, nikt nie posądziłby go o jakikolwiek kontakt z tego typu używkami, a sekcja zwłok potwierdziła, że nigdy ich nie zażywał ani tym bardziej teraz nie miał większych możliwości zaaplikować sobie owego środka. Jak się wkrótce okazuje, tropy jego i Felicii zbiegają się, prowadząc do ponownego spotkania. Oboje podejmują się jednak nie tylko wspólnego dochodzenia, ale także swoistej gry miłosnej...


Czarna Kotka biseksualistką po przejściach? Gejowski gwałt? Narkotyki? Kazirodztwo?... Co do cho…roby, zapytacie. Oto Spider według Kevina Smitha, reżysera i scenarzysty takich filmów jak "Sprzedawcy", "W pogoni za Amy" czy "Dogma" oraz komiksów "Daredevil: Diabeł stróż" i „Green Arrow: Kołczan”. Swego czasu miłośnicy Pajęczaka odsądzali tę opowieść od czci i wiary, ale absolutnie niesłusznie, bo to jeden z ciekawszych albumów. Kontrowersyjny, to prawda, jednak właśnie w tym tkwi jego urok, bo u Smitha kontrowersje idą zawsze w parze z głębszymi tematami i chęcią skłonienia czytelnika do refleksji.


Minusy? Pewne się znajdą, główny wątek czasem nieco kuleje, ale przecież nie o to chodzi. Smith zabiera czytelników w podróż po psychice zgwałconej kobiety, której miłość się sypie, serwując nam zarazem genezę Czarnej Kotki i to na Kocicy, a nie Pająku się skupiając. Na minus zaliczyłbym też pewne drobiazgi przekładu. Choć do odpowiedzialnego za niego Kamila Śmiałkowskiego mam duży szacunek, zwłaszcza za jego pomoc przy translacji filmów Kevina Smitha właśnie (to zresztą on mocno promował tego twórcę w niezapomnianym magazynie „Premiery”), bo przetłumaczenie Black Cat jako Czarnej Kotki trochę razi w oczy. Tytuł też bym zmienił na „Zło, które czynią mężczyźni”, ale cóż, najwyraźniej nie można mieć wszystkiego.


Strona graficzna albumu jest prosta, ja osobiście za kreską Dodsona nie przepadam, ale tym razem całość wypada nieźle. Kolor też nie wygląda najgorzej, a wśród rysunków znaleźć można kilka naprawdę świetnych rzeczy. Ne ma tu wprawdzie easter eggów w tle, jak to miało miejsce w „Diable stróżu” (ale są odwołania do "Daredevila" Bendisa, który właśnie ukazuje się na naszym rynku, a który był kontynuacją "Diabła" właśnie), niemniej byłby to jedynie przyjemny dodatek dla miłośników scenarzysty, niemający wpływu na treść.


Słowem podsumowania: warto.  „Spider-Man i Czarna Kotka” to komiks trudniejszy, wciągający i ciekawy. I cóż z tego, że nie spodobał się mainstreamowemu czytelnikowi? Jest o niebo lepszy od większości głównonurtowych historii, dlatego też polecam gorąco. Nie tylko miłośnikom Pająka czy twórczości Smitha.



A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




wtorek, 30 stycznia 2018

Kaznodzieja, tom 3 - Garth Ennis, Steve Dillon, Steve Pugh, Carlos Ezquerra

POŁOWA KAZANIA


Najlepszy komiks wśród styczniowych nowości od Egmontu to nie żaden najświeższy hit zza oceanu, a wznowienie cyklu, który na dodatek ma już kilka ładnych lat. „Kaznodzieja”, bo o nim mowa, to jednak jedna z tych serii jakie nigdy się nie zestarzeją i nawet za sto lat wciąż znajdą czytelników, którzy się nimi zachwycą. Nie jest to wprawdzie opowieść dla każdego, nagromadzenie kontrowersji i szokujących elementów przekracza tu wszelkie wcześniej ustalone granice. Nigdy też seria nie dorówna już genialnemu, pierwszemu tomowi, a dokładniej zawartej w nim opowieści „Aż do końca świata”, ale poziom całości jest tak znakomity, że niewiele opowieści graficznych może próbować się z nią mierzyć.


W tym tomie „Kaznodzieja” osiąga półmetek całości. Jednocześnie w ręce czytelników, oprócz siedmiu zeszytów kontynuujących główny wątek, trafia także miniseria „Stare dzieje: Święty od Morderców” oraz oneshot „Cassidy – Krew i Whiskey”. Na początek przenosimy się na Dziki Zachód, gdzie poznajemy losy Świętego od Morderców. Zanim został najpotężniejszą maszyną do zabijania na Ziemi i nie tylko, był zwykłym kowbojem poszukującym leku dla chorej żony i córki. Jak jednak wiadomo, spóźnił się, a potem w jego sercu zostało już tylko trawiące go pragnienie zemsty, które doprowadziło go do obecnego miejsca…

W kolejnej opowieści zaczynamy wracać do głównego wątku. Jak się okazuje jakiś czas temu Cassidy poznał pewnego wampira i kult wyznawców wysysaczy krwi. W ostatecznym rozrachunku doszło  między nimi do konfliktu i teraz kiedy on i Jesse wracają w końcu z Europy i spotykają się z Tulip, przeszłość upomina się o niego.

Właściwa akcja zaczyna się jednak dopiero wtedy, gdy Jesse, Tulip i Cassidy udają się do nowego Orleanu, żeby poddać tego pierwszego rytuałowi wudu, który pozwoli mu skontaktować się z Genesis. Wszystko po to, by ten odkrył prawdę o losach rodziny Świętego od Morderców. Jednakże na ich drodze staje pałający zemstą… Gębodup.


Seria „Kaznodzieja” to nie tyle opowieść o Bogu, polemika z religią, jej sprzecznościami i dylematami wiary, co wydawać by się mogło jest motywem przewodnim całości, a tak naprawdę podróżą w głąb amerykańskiej mitologii. Garth Ennis, po przerwie na europejskie wątki, kontynuuje ją, przeciągając czytelników przez najbrudniejsze zaułki Stanów Zjednoczonych. Co czeka na nas tym razem? Po zachwytach pierwszymi odwiedzinami w Nowym Jorku, przejściu teksańskimi, brudnymi od pyłu ulicami i zajrzeniu za kulisy wojny w Wietnamie, trafiamy w sam środek westernu, zapoznamy się nieco bliżej z czymś na kształt sekty i trafimy do Nowego Orleanu, by poznać wierzenia wudu. Wątki religijne nie znikają, nie brak też najgorszych stron ludzkiej natury. Jest w tym wszystkim jednak coś z filmów o kumplach na dobre i na złe i typowo amerykańskiego kina drogi, optymistycznego i niemalże ciepłego. A wszystko to we wspaniałej, poruszającej i skłaniającej do myślenia fabule – fabule, która, jak to było w poprzednich tomach, sponiewiera, zniesmaczy i obrazi chyba każdego myślącego czytelnika, ale emocje, jakie przy tym wywołuje, są niemal bezcenne.


A szata graficzna? Zmarły jakiś czas temu Steve Dillon jak zwykle zachwyca prostotą i genialnym uchwyceniem tematu. Komiksy o Świętym od Morderców narysowane zostały jednak przez Steve’a Pugha i Carlosa Ezquerrę, a to już nie to samo. Na szczęście ich kreska też ma swój urok – urok przepełniony brudem i niechlujnością. Całość natomiast uzupełnia znakomity kolor i świetne wydanie. W tym tomie, obok nowego wstępu Gartha Ennisa, czytelnicy dostają także galerię a w niej głównie okładki pierwszych wydań zbiorczych, których brakowało mi w poprzednich częściach. A że są to ilustracje naprawdę znakomite, dobrze, że możemy się nimi cieszyć.



Czy trzeba dodawać coś jeszcze? „Kaznodzieja” to rewelacyjna seria, jedna z najlepszych, jakie powstały w historii komiksu i mimo upływu niemal ćwierć wieku, jakie minęły od wydania pierwszego jej zeszytu, nic nie straciła na aktualności. Ja ze swej strony polecam bardzo, bardzo gorąco i z niecierpliwością czekam na pozostałe tomy. Czwarty ukaże się już w marcu.







Spider-Man 2099 #1: Nie z tego czasu - Peter David, Will Sliney, Rick Leonardi

CZAS NA SPIDER-MANA PRZYSZŁOŚCI


Człowiek pająk zawsze był popularną postacią na naszym rynku, jednak chyba nigdy nie miał się tak dobrze, jak teraz. Flagowa seria z jego przygodami od kilku lat regularnie ukazuje się na naszym rynku, coraz też w ręce czytelników trafiają okazjonalne samodzielne opowieści czy to w ramach Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela, pojedynczych zeszytów w poszczególnych tomach Superbohaterów Marvela, czy też wreszcie publikowanych nakładem Egmontu, jak wydany właśnie znakomity tom „Spider-Man i Czarna Kotka: Zło, które ludzie czynią”. Teraz, do tej grupy tytułów dołącza druga regularna seria, „Spider-Man 2099”. I trzeba przyznać, że jest to kolejna znakomita Spider-opowieść, która zadowoli fanów Pajęczaka.


W serii „Superior Spider-Man” Miguel O’Hara, Spider-Man z roku 2099, został przeniesiony do naszych czasów by zapobiec wydarzeniom, które mogły wymazać go z istnienia. Niestety, jego losy potoczyły się tak, że został uwięziony w tej rzeczywistości, a tymczasem w jego świecie Superior Pająk przez pewien czas działał gromadząc Pajęczaki z różnych wymiarów na froncie walki z tajemniczym przeciwnikiem mordującym ludzi z pajęczymi mocami. Jak jednak w tym czasie Miguel radzi sobie w epoce będącej dla niego przeszłością? Jak na superbohatera przystało, całkiem nieźle. Podejmuje pracę w Alchemax, zaczyna wykonywać swoje zadania dla niej, trafia do ogarniętego wojną kraju, gdzie czekają na niego rzeczy gorsze, niż mógłby to sobie wyobrazić, ale to zaledwie początek. Trwa właśnie polowanie na Spider-Manów z różnych rzeczywistości i także Miguel zostaje wciągnięty w te wydarzenia…


Seria „Spider-Man 2099” stworzona przez nagrodzonego Eisnerem Petera Davida to kawał dobrego komiksu, może nie tak porywającego jak tytuł z Peterem Parkerem, bo nie odmienia w żaden sposób pajęczego świata, ale dobrze uzupełnia główną opowieść i stanowi ciekawe, samodzielne dzieło. Oczywiście to, co ten tom ma najlepszego do zaoferowania to kolejny element wstępu do „Spiderversum”, ale na tym plusy się nie kończą. Bo to naprawdę udana, bezpretensjonalna zabawa dla miłośników superhero, z niezłą akcją, bohaterami, jakich się oczekuje i sporą dozą zwrotów akcji.


Rysunki? Także prezentują się nieźle: są proste, ale dobrze pasujące do całości. Utrzymane w stylistyce prac Camuncoliego, którego ilustracje często zdobiły „Superior Spider-Mana”, a ostatnio pojawiły się w finałowym tomie „Anihilacji” oraz drugim albumie „Amazing Spider-Mana”, nie zawodzą. I nawet jeśli autor miewa czasem problemy z cieniami czy designem twarzy, nie ma to większego znaczenia.


Zabawa ze „Spider-Manem 2099” jest więc naprawdę dobra. A przy okazji to także udana próba reaktywacji przygód bohatera, który w latach 1992-1996, kiedy to namnożyło się tytułów z „2099” w nazwie, miał swoją regularną serię (jego przygody ukazały się nawet w polskich „Spider-Manach” od TM-Semic). Potem jednak popadł w zapomnienie i dopiero tym właśnie albumem powrócił w roku 2014 na dobre na komiksowy rynek. Dla miłośników Pajęczaka to rzecz, którą powinni przeczytać koniecznie, tym bardziej jeśli dali się już wciągnąć w odliczanie do znakomitego eventu „Spiderversum”. Ja ze swej strony polecam i mam nadzieję, że w przyszłości na rynku pojawią się inne spider-serie ze „Spider-Gwen” na czele.



A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



Uncanny Avengers #5: Preludium do Axis - Rick Remender, Cullen Bunn, Salvador Larroca, Daniel Acuña, Gabriel Hernandez Walta, Sanford Greene, Paul Renaud

NIM WSZYSTKO WYWRÓCI SIĘ DO GÓRY NOGAMI


Ledwie jeden event, „Grzech pierworodny” dobiegł na naszym rynku końca, wraz z publikacją ostatnich jego tie-inów, a już zaczyna się odliczanie do kolejnego - „Axis”. Oczywiście na tym nie koniec, bo w tle dzieją się wydarzenia prowadzące do innych podobnych historii, jak „Spiderversum”, będącym crossoverem pajęczych serii, a także „Tajnych wojen”, które zakończą Marvel Now, a zarazem opowieść rozpoczętą wraz z pierwszymi tomami „Avengers”, a kontynuowaną choćby w „Nieskończoności”. Skupmy się jednak na tym, co mamy. A co mamy? Naprawdę udaną historię, która, na krótko bo na krótko, ale jednak, wywrócić ma do góry nogami status quo bohaterów Marvela.


Po każdej burzy zawsze wychodzi słońce, ale nie każdego ono cieszy. Starcie z Kangiem zakończyło się sukcesem, ale Uncanny Avengers musieli zapłacić za niego wielką cenę. Ciało Sunfire’a zostało zniszczone, Havok został trwale oszpecony, Wonder Man uwięziony w umyśle Rogue, a córka Wasp i Havoka uprowadzona przez Kanga i Korpus Chronos. Teraz bohaterowie próbują pogodzić się ze stratami, ale nie jest łatwo. Wtedy jednak pojawia się Immortus, który ma dobre wieści dla zrozpaczonych rodziców – mogą odzyskać swoją córkę, przyjdzie na to czas, jednak przyjdzie też czas na kłopoty. Red Skull zaczął wypełniać swój plan i jeśli go nie zabiją, nie ma co liczyć na dobre jutro.

Tymczasem Magneto wraca na Genoshę. Wyspa, które niegdyś była jego rajem dla mutantów, obecnie nie ma się najlepiej. Coś tam się dzieje, coś złego. Tragicznego. Coś, co przypomina mu jego własną przeszłość, ale może mieć też tragiczne skutki w przyszłości…


„Axis” to kolejny event, który budzi we mnie pewien sentyment. Z jednej strony to od „X-Men” zaczęło się w Polsce wydawanie crossoverów (pamiętna „Pieśń egzekutora”), z drugiej, pierwszym eventem, jaki przeczytałem był „Heroes Reborn: The Return”, kończący wydarzenia zapoczątkowane „Onslaught Sagą”, a to właśnie tu Onslaught znów daje o sobie znać (ale nie uprzedzajmy faktów). Jakby tego było mało, obok „Spider-Mana” to właśnie serie z mutantami należą do moich ulubionych tytułów z Marvel Now. Na „Axis” czekałem więc z wielką niecierpliwością i muszę przyznać, że ten tom mnie nie zawiódł.


A miałem nieco obaw. Event zebrał bardzo mieszane oceny (cóż, na właściwą historię musimy jeszcze chwilę zaczekać, więc w ostatecznym werdyktem wstrzymam się do jej publikacji), do tego Remander, scenarzysta „Uncanny Avengers” równie często dostarczał mi dobrej rozrywki, co mocno rozczarowywał. Na szczęście tym razem nie zawodzi, a na dodatek nie jest sam, bo towarzyszy mu Cullen Bunn, scenarzysta serii „Magneto”, której dwa zaszyty znajdziecie w tym tomie. Co warto zauważyć, choć same wydarzenia opisane w tym albumie brzmią jak żywcem wzięte z kapitana Ameryki, to jednak jest to przede wszystkim opowieść dla miłośników X-Menów. Zbyt wiele nie chcę tu zdradzać, ale to oni póki co najwięcej znajdą tu dla siebie.


Ale oczywiście nie tylko, a przy okazji wszystko to zostało naprawdę w dobrym stylu zilustrowane i tradycyjnie dla Egmontu wydane bez zarzutu. Po prostu kolejna udana rzecz z linii Marvel Now, szczególnie dla fanów X-Menów. Jeśli do nich należycie i czytacie obie serie ze scenariuszami Bendisa, polecam, będziecie zadowoleni.



A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.




Ścieżki Młodości #5 - Io Sakisaka

ZNÓW COŚ WYPADŁO


Czym byłby romans bez miłosnych komplikacji i rosnącej liczby kandydatów do serca głównej bohaterki? Właśnie, dlatego też w piątym tomie „Ścieżek młodości” następuje to, czego można się było spodziewać odkąd Touma pojawił się na scenie –  jego rola się zwiększa a relacje z Futabą nabierają rumieńców. I tylko jedno się nie zmienia: znakomita zabawa, jaką oferuje ta seria.


Nadchodzą wakacje, jak się okazuje większość znajomych wyjeżdża w swoje strony, a co za tym idzie Futaba i Kou zostają sami. Dziewczyna chce wykorzystać ten czas najlepiej, jak to możliwe i wyznać chłopakowi, co do niego czuje. Szczególnie, że mają spotkać się na festiwalu, na którym mieli być razem już kilka lat temu. Niestety i tym razem spotkanie to nie dochodzi do skutku, a Futaba zaczyna martwić się coraz bardziej. I nie tylko ona, bo Kou nie pojawia się już przez resztę wolnych dni, a nawet kiedy zaczyna się szkoła, wciąż pozostaje nieuchwytny, a jego wyłączony telefon odpowiada jedynie pocztą głosową. Co się z nim dzieje? Czyżby znów miał zniknąć na dobre?

Tymczasem Touma, z którą Futabę zapoznał krępujący wypadek, zaczyna być coraz bliżej niej. Dziewczyna, zakochana w Kou nie zwraca na niego zbytniej uwagi, ale może to błąd? Czy on zresztą cokolwiek do niej czuje?

Jednocześnie Yuuri decyduje się wyznać przyjaciółkom, że powiedziała Kou, co do niego czuje, ale dostała kosza. Daje to Futabie szansę na mocniejsze starania, jednak zachowanie chłopaka znów pozostawia wiele do życzenia. A zbliża się szkolny festiwal, który może jeszcze bardziej namieszać w życiach ich wszystkich…


Więcej miłości, więcej skomplikowanych relacji romantycznych, więcej emocji, wzruszeń i właściwie wszystkiego. Wraz z rozwojem akcji zabawa ze „Ścieżkami młodości” rozkręca się tylko coraz bardziej, a całość tak wciąga, że trudno poprzestać na przeczytaniu jednego tomu na raz. Szczególnie, że czytelnik szybko zżywa się z bohaterami i kibicuje im. Choć właściwie coraz trudniej jest powiedzieć, komu kibicować, postaci tych przybywa, a każda (no prawie) zdobywa naszą sympatię.



I właśnie dla takich rzeczy czytam podobne mangi. Dla tych emocji, które uzależniają i zaangażowania się w życie wymyślonych, ale krwistych bohaterów. Do tego dochodzą sympatyczne wtrącenia odautorskie, świetna szata graficzna, urzekająca swoją prostotą i delikatnością i znakomite wydanie. Dobrze, że to zakończona seria i dobrze, że wszystkie jej tomy ukazały się już na naszym rynku, bo dzięki temu nie muszę czekać w nieskończoność na finał, a chcę jak najszybciej przekonać się kto z kim będzie, kto będzie cierpiał i do czego jeszcze to wszystko doprowadzi. Jeśli należycie do czytelników ceniących podobne lektury, polecam Wam gorąco „Ścieżki młodości”, na pewno się nie zawiedziecie.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.









poniedziałek, 29 stycznia 2018

Czarny Młot #2: Wydarzenie - Jeff Lemiere, Dean Ormston, David Rubin

MIĘDZY MŁOTEM A KOWADŁEM


Nigdy nie spodziewałbym się, że jakaś współczesna nowa seria superhero, szczególnie taka powielająca schematy znane z niezliczonej ilości dzieł tego gatunku, zdoła mnie jeszcze zachwycić, a jednak. Osadzony w realiach Wierd Fiction „Czarny młot” okazał się niesamowitym przeżyciem, pełnym sentymentalnej tęsknoty za komiksami z czasów Złotej Ery i groszowych powieści noir oraz olschoolowej fantastyki, gdzie scenarzysta wszelką ewentualną wtórność przekuwa w poruszający hołd oddany klasyce. Drugi tom był więc jednym z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie albumów ostatniego okresu, ale nie zawiodłem się na nim. I właściwie jedyne, co mogę mu zaliczyć in minus to fakt, że znów muszę czekać na kolejną część.


Jeszcze dziesięć lat temu mieli wszystko, uwielbiał ich cały świat, teraz żyją na farmie, gdzie nikt nie ma pojęcia, że byli superbohaterami i wiodą marny żywot więźniów własnego domu. Po tragicznej w skutkach walce ze swoim największym wrogiem zostali uwięzieni w miejscu, którego nie znali, bez szans na wydostanie się, zmuszeni udawać jedną, wielką rodzinę. Mimo goryczy, która zaczęła się wsączać w ich serca, wciąż starali się znaleźć ratunek. Na próżno.

Teraz jednak sytuacja się zmieniła. Do ich świata przybywa córka Czarnego Młota, niestety w wyniku ostatnich wydarzeń straciła pamięć. Nie całą, wie co działo się w przeszłości, wie nawet jak doszło do tego, że zaczęła ich szukać, jednak jedna rzecz pozostaje dla niej niewiadoma – w jaki sposób udało jej się tutaj dostać. Sytuacja zaczyna rodzić złość wewnątrz grupy, jednakże wraz z pojawieniem się tej nowej nadziei, herosi wierzą, że w końcu uda im się wrócić do domu. Póki co jednak nawet córka Czarnego Młota staje się więźniem farmy i nikt właściwie nie wie, co teraz począć…


Co w tej serii jest tak znakomitego? Na pierwszy rzut oka nic, bo scenarzysta swoją opowieść posklejał z gatunkowych schematów, na dodatek schematów, które inni twórcy wykorzystali już w podobnego typu komiksach nie raz. A jednak „Czarny młot” jest po prostu rewelacyjny. Może dlatego, że scenarzysta stworzył go z miłości do dawnych komiksów i do tej miłości w czytelniczych sercach się odwołuje? Pewnie tak, ale jednocześnie udało mu się wycisnąć ze starych historyjek obrazkowych to co najlepsze i znów tchnąć w nie życie. Poszedł przy tym pod prąd, rezygnując z nowoczesności (no prawie, ale to tylko dodaje im uroku i kontrastu), za to starając się dodać całości jak najwięcej realizmu. Wyszło z tego dzieło znakomite, balansujące na granicy oldschoolowej Science Fiction, horroru ze złotych lat tego gatunku, komiksu superhero Złotej Ery i wielu, wielu innych. Co chwila autor puszcza przy tym oko do czytelników obeznanych z komiksami, tworząc własne wersje najsłynniejszych bohaterów i bawiąc się znanymi motywami.


I wychodzi mu to wspaniale. I wspaniała jest też szata graficzna, mocno czerpiąca zarówno z klasyki gatunku, jak i prac Mike’a Mignoli, ojca „Hellboya”. Do tego dochodzi prosty, ale rewelacyjnie dobrany kolor i znakomite, pełne dodatków wydanie. Jeśli więc szukacie dobrego komiksu, jeśli macie dość superbohaterkisch opowieści i chcielibyście przeczytać coś świeżego w tym temacie, nie wahajcie się ani chwili i koniecznie sięgnijcie po „Czarny młot”. Może to i niepozorna seria, ale jednocześnie to jeden z najlepszych tytułów dostępnych na naszym rynku.



Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




Smerf Dzikus - Luc Parthoens, Thierry Culliford, Alain Maury

DZIKO I GORĄCO


Smerfy powracają z kolejnym tomem swoich przygód tworzonych przez kontynuatorów serii. Jak zwykle na czytelników czeka dużo dobrej zabawy, humoru, przygód i przesłanie. A wszystko to w towarzystwie sympatycznych niebieskich stworków, które nawet w komiksach nie tworzonych przez Peyo mają się o wiele lepiej, niż w kiepskich filmach kinowych.


Tym razem w Wiosce Smerfów u schyłku lata zaczynają panować nadzwyczajne upały. Nikomu nic się nie chce robić, każdy najchętniej wylegiwałby się w cieniu, ale niestety. Najpierw wioskę demolują uciekające z lasu zwierzęta, a kiedy okazuje się, że uciekały przed pożarem, małe niebieskie stworzonka muszą poradzić sobie także z ogniem. Gdy płomienie sięgają wioski i pierwsze domy zaczynają płonąć, Papa Smerf podejmuje decyzję o wysadzeniu tamy. Woda gasi pożar, ale to dopiero początek kłopotów. Część domów jest zniszczona, da się je odbudować, jednak przepadły wszelkie zbiory, do tego bór wokół wioski został spalony, więc nie ma mowy o zdobyciu pożywienia właśnie tam, a zbliża się zima i znów wszystkich czeka głód. Co można zrobić w tej sytuacji? Papa Smerf decyduje się wyruszyć na poszukiwania żywności do północnej części lasu, gdzie podobno żyją pewne dziwne Smerfy. To właśnie tam spotykają tajemniczego Smerfa Dzikusa, ale nie wiedzą jeszcze, że nawet powrót do domu nie zagwarantuje im spokoju. Dzikus przybywa tam za nimi, a na horyzoncie czai się Gargamel. Oj będzie się działo…


„Smerfy”, jak każdy komiks dla dzieci, to kawał znakomitej rozrywki zarówno dla dużych, jak i małych. Rozrywki z przesłaniem, podanej na dodatek w znakomity sposób i stanowiącej klasę samą w sobie. Nie ważne, że twórca małych, niebieskich stworków, Peyo, nie żyje od lat. Kontynuatorzy serii, w tym także syn artysty, udowadniają, że potrafią dobrze rozwijać dzieło wielkiego poprzednika. Robią to wprawdzie na swój własny sposób, ale z szacunkiem do oryginału i w naprawdę dobry sposób. Oczywiście ci, którzy tęsknią za klasyką, już wkrótce będą mogli przeczytać kolejne, wcześniej nie wydane w Polsce albumy Peyo, ale nie uprzedzajmy faktów.


Co można zatem powiedzieć o komiksie „Smerf Dzikus”? Przede wszystkim, że to dobra, humorystyczna robota, naprawdę nieźle napisana i świetnie narysowana. O wiele lepsza od filmów kinowych, które od kilku lat przyciągają przed ekrany młodych widzów, ciekawsza i bardziej wartościowa. W hołdzie dla pierwowzoru, postarano się by rysunki były identyczne z tymi, jakie oferował nam Peyo. Pod tym względem nowe „Smerfy” wypadają znakomicie, ale poziom trzymają także jako całość. Jeśli więc znacie ich stare przygody, warto byście poznali i nowe, jeśli nie – cóż, to dobra okazja by się przekonać, co ma do zaoferowania ten świat. A jest tego niemało, dlatego też polecam ten, jak i pozostałe tomy serii, Waszej uwadze.



A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




Ścieżki Młodości #4 - Io Sakisaka

BŁĘDY MŁODOŚCI


Wraz z czwartym tomem nadszedł czas by udzielić odpowiedzi na kilka pytań. Fabuła zaczyna się zagęszczać, przybywa też postaci, ale czy odkrycie tajemnic z przeszłości zmieni coś w obecnej sytuacji? Jedno jest pewne, zabawa jak zwykle jest znakomita i nie zwalnia tempa ani na chwilę.


Bohaterowie „Ścieżek Młodości” spotkali się na wspólnej nauce. Coś jednak zaszło, kiedy Kou i Yuuri zostali sam na sam i fakt ten nie daje spokoju Futabie. Kiedy spotkanie dobiega końca, nastolatka decyduje się wrócić do chłopaka pod byle pretekstem i wybadać sprawę. Oczywiście robi to w swoim, dalekim od subtelności stylu, co doprowadza do sytuacji, w której Kou postanawia opowiedzieć jej o przeszłości: o tym, co się stało w gimnazjum i dlaczego tak bardzo się zmienił. Czy pozwoli im to lepiej się zrozumieć i wreszcie wyjaśnić zaszłości, a co za tym idzie rozpocząć nowy etap wspólnej znajomości?

Jednocześnie nie brakuje też innych problemów. Na scenie pojawia się nowy, ciekawy chłopak. Wypadek, do jakiego dochodzi z udziałem jego i Futaby sprawia, że nastolatek zaczyna coraz częściej pojawiać się w obecności dziewczyny by wszystko wyjaśnić. Jednocześnie Yuuri zamierza bardziej zbliżyć się do Kou, pragnąc by przestali być tylko i wyłącznie kolegami. Czy ma jakiekolwiek szanse u niego? I jak zareaguje na to Futaba, która przecież nadal go kocha?


Autorom mang z gatunku szkolnego życia udała się sztuka niemal niemożliwa. Z jednej strony wzięli motywy, zwroty akcji, nagromadzenie wątków i skomplikowanie relacji między bohaterami jakby żywcem z brazylijskich telenowel, jednocześnie przekuwając je w coś o wiele ciekawszego i psychologicznie wierniejszego, niż niejeden rasowy romans. Te zresztą kojarzą się głównie z harlequinami, a zestawianie mang takich, jak „Ścieżki młodości” z podobnymi czytadłami, byłoby dla nich wielką krzywdą. Jeśli już miałbym je literacko do czegoś przyrównać, to zdecydowanie do najlepszych powieści Sparksa i Hornby’ego.


Ale wróćmy do tego tomu. Trudno powiedzieć o nim coś nowego, wszystko co dobre było w poprzednich częściach, dobre jest i tutaj. Znakomicie wypadają nowe postacie, które rozwijają się coraz bardziej. Przez to oczywiście narastają emocje, czytelnik angażuje się coraz bardziej w losy młodych ludzi, a historia, w których te się splatają, wciąga go coraz bardziej.


Do tego dochodzi jeszcze urocza szata graficzna. Lekka, prosta, unikająca czerni, ale pełna ekspresji, nastrojowa i wpadająca w oko. Wydanie też przedstawia się bez zarzutu, a całość po prostu czyta się i ogląda znakomicie i ma ochotę na więcej. Lubicie dobre, romantyczne opowieści? Polecam gorąco, zabawa jest znakomita.



A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.









sobota, 27 stycznia 2018

Rycerze Sidonii #7 - Tsutomu Nihei

WALKA TRWA


Klimatyczni, wciągający i pełni akcji, która nie zwalnia właściwie od samego początku. Tacy właśnie są „Rycerze Sidonii”, najnowsza manga Tsutomu Niheiego, autora „Blame!” i „Wolverine: Snikt!”. Seria dla miłośników „Neon Genesis Evangelion” i szeroko pojętych opowieści Science Fiction i mecha, ale dostarczająca coś więcej, niż tylko kolejną porcję niezobowiązującej rozrywki.


Trwa kolejna walka z Pustelniakami, jednak ku zaskoczeniu pilotów Gward, na miejscy pojawia się nowa postać. Coś, co samo wygląda jak Pustelniak, który przybrał ludzki kształt, staje do walki z własnymi pobratymcami. Co tu się dzieje? Okazuje się, że Sidonia wystawiła do walki eksperymentalną hybrydę człowieka i Pustelniaka. Pojedynek zostaje wygrany, ale ludność nie jest pewna, jak ma traktować tę najnowszą, obdarzoną własną inteligencją, broń. Pamiętają wciąż jak przed stu laty podobne eksperymenty niemal nie skończyły się dla wszystkich wielką tragedią, ale teraz wszystko wskazuje na to, że może być inaczej. Tylko czy na pewno? I czy można ufać hybrydzie, która staje przeciw jednemu z gatunków, jakie ją tworzą?
Tanikaze i Izana chcą poznać bliżej tę nową broń. Wkrótce także dochodzi do kolejnej walki z Pustelniakami. Okaryna się ujawniła i piloci Gward znów ruszają do boju. Czy i tę kluczową dla bezpieczeństwa Sidonii walkę zdołają wygrać choćby i z pomocą hybrydy?


„Rycerze Sidonii” to dowód na to, że prostota jest zawsze najlepsza. Bo przecież manga Niheiego nie ma w sobie właściwie niczego skomplikowanego, ludzie uciekli w kosmos, podróżują na statku i walczą z Pustelniakami, tajemniczymi bytami stanowiącymi dla nich śmiertelne zagrożenie. A jednak jest w tym wszystkim coś niesamowitego – wykonanie, które także pozostaje proste, ale…



Właśnie, co się za tym „ale” kryje? Bardzo wiele, przede wszystkim niesamowity klimat, powaga, której ciężar czujemy nawet w najbardziej zabawnych momentach, i mrok. Wszystko tu jest brudne i jakby przyciemnione, bohaterowie są w pewnym sensie anemiczni i wyobcowani, a świat niegościnny. Jednocześnie całość przepełniona została odwołaniami do innych dzieł Niheiego, a na dodatek wzbogacona o ciekawe przemyślenia, bardziej prowokowane w czytelnikach niż obecne wprost na stronach tomików.


Całość wieńczy znakomita szata graficzna, prosta, ale rewelacyjnie pasująca do całości. To ona buduje w znacznej mierze klaustrofobiczny klimat całości, a także ukazuje specyficzne poczucie humoru autora. Wszystko to składa się na jedną z najlepszych mang o mecha, jaką miałem okazję czytać. A że przy okazji to także kawał dobrego Science Fiction, takiego w starym stylu, z przyjemnością polecam go każdemu miłośnikowi gatunku. Warto.



Manga dostępna tu:






piątek, 26 stycznia 2018

Martwa natura z brzytwą - Irvine Welsh

ARTYZM BRZYTWĄ MALOWANY


Od chwili, kiedy przeczytałem moją pierwszą powieść Irvine’a Welsha, znakomity „Trainspotting Zero”, stałem się miłośnikiem prozy szkockiego autora. Każda kolejna książka tylko utwierdzała mnie w przekonaniu, że to znakomity pisarz. Mocny, kontrowersyjny, ale mający coś do powiedzenia i przekazania. Nie inaczej rzecz ma się z najnowszym dziełem autora, znakomitą „Martwą naturą z brzytwą”, która po raz kolejny zabiera nas do świata „Trainspottingu” by dopowiedzieć kilka słów do losów bohaterów.


Głównym bohaterem tej powieści jest jednak niejaki Jim Francis, przykładny, ułożony ojciec i mąż mieszkający w domu przy kalifornijskiej plaży. Miłośnik tańca i książek, zajmuje się sztuką – a dokładniej rzeźbiarstwem i malarstwem i to właśnie tu widać pierwsze zgrzyty. Bo dzieła Francisa są brutalne i pełne przemocy. Przypadek? Nikt nie wie, że ten porządny człowiek to w rzeczywistości Frank Begbie, dawny zakapior, psychol, gotów każdemu (kolokwialnie mówiąc) dać w gębę, nawet jeśli nie miał szans na wygraną. Impulsywny wariat, wyciągający nóż przy byle okazji. Czy to możliwe, że tak bardzo się zmienił? Już niedługo każdy będzie mógł odpowiedzieć sobie na to pytanie, kiedy przeszłość upomina się o Begbiego.

Wiadomość z Edynburga przynosi wieść, że oto jego syn z wcześniejszego małżeństwa został zamordowany w tajemniczych okolicznościach. Policja jak zwykle nie spieszy się szczególnie, Begbie musi więc wrócić na stary kontynent – i być może do starego życia – i wziąć sprawy w swoje ręce. Ludzie, którzy go znali, spodziewają się, że będzie rzeź, ale czy rzeczywiście?


Jeśli czytaliście „Trainspotting”, „Porno” czy „Trainspotting Zero”, „Martwa natura z brzytwą” to lektura, której nie możecie sobie odpuścić. Bo choć Irvine Welsh w niemal każdej swojej książce powracał do trainspottingowego uniwersum i postaci, które tam pozostawił, chyba nigdy – poza samą trylogią – tak mocno nie skupił się na losach któregokolwiek z tamtejszych bohaterów. Co za tym idzie, niniejsza powieść przesycona jest odwołaniami do tamtych wydarzeń i smaczkami dla tych, którzy dobrze je pamiętają.


Ale to także duże literackie zaskoczenie dla miłośników prozy Welsha. Po brudnym, wulgarnym i niedbającym o jakiekolwiek językowe i stylistyczne zasady „Trainsporttingu”, bardzie ugładzonym, ale nadal nurzającym się w brudzie „Porno”, wysmakowanym literacko „Trainspottingu Zero” czy szalonej „Niezłej jeździe”, „Martwa natura z brzytwą” jest nad wyraz zwyczajna, jak na dzieło szkockiego pisarza. Przynajmniej do pewnego momentu. Potem wszystko wraca na stare tory, ale jednocześnie wciąż pozostaje odmienione. Co tylko pokazuje, że Welsh jeszcze nie raz nas zaskoczy i nie daje się wcisnąć do żądnej szufladki, nawet jeśli wydaje się, że właśnie stworzył coś, co idealnie do niej pasuje.



Niniejsza powieść to więc kolejny dowód jego znakomitej formy. I świetny przykład na to, że literatura piękna wcale piękna być nie musi, by zachwycać i poruszać na wielu poziomach. Ja ze swej strony polecam gorąco, oby więcej było takich właśnie nowości na naszym rynku.

Ścieżki Młodości #3 - Io Sakisaka

ŚCIEŻKI TRUDNEJ MIŁOŚCI


Czym byłaby romantyczna opowieść o nastoletniej miłości bez komplikacji? Kiedy hormony szaleją, przynajmniej w mangach, niemal każdy kocha każdego, a uczucia potrafią zrujnować przyjaźnie i inne relacje. Tak też dzieje się i w „Ścieżkach młodości”, gdzie życie emocjonalne bohaterów komplikuje się coraz bardziej, a wszystko inne schodzi na dalszy plan.


Futaba nie ma lekko. Kiedyś zakochała się w chłopaku, którego już więcej nie zobaczyła – przynajmniej dopóki nie poszła do liceum. Tam, po latach znów się spotkali, ale ten – Mabuchi – okazał się być już zupełnie innym człowiekiem, niż wcześniej jej znany. Czy zostały w nim jakiekolwiek uczucia do niej? I czy w niej także coś się tam jeszcze tli? Podczas gdy on odtrąca ją coraz bardziej, ona stara się zrozumieć co też właściwie do niego czuje. Jej zachowanie zwraca nawet jego uwagę, jasno dając mu do rozumienia, co siedzi Futabie w głowie, ale dziewczyna orientuje się, że wciąż go kocha, kiedy okazuje się, że jej najlepsza przyjaciółka także się w nim zakochała. Nastolatka stara się znaleźć wyjście, które pogodzi oba te sprzeczne elementy, ale czy takowe w ogóle istnieje? Jednocześnie przypadkiem spotyka swoją najlepszą przyjaciółkę z gimnazjum. Nie widziały się od lat, kiedyś były nierozłączne, potem tamta, z jakiegoś powodu, nagle przestała się do niej odzywać. Wspólna rozmowa pomoże nie tylko wyjaśnić tę zagadkę, ale także pozwoli jej spojrzeć na obecną sytuację z zupełnie innej perspektywy…


Oczywiście jeśli tego wszystkiego Wam mało, to mamy tutaj kolejną parę, która póki co nie jest razem, ale chłopak stara się jak może, a dziewczyna go ignoruje (bo kocha… nauczyciela), dziwne relacje Mabuchiego z jego bratem, wciąż nieznane sekrety jego przeszłości i wiele, wiele więcej. A to dopiero trzeci tom, przed nami jeszcze dziesięć, na tym więc się nie skończy.


I dobrze, bo „Ścieżki młodości” to kawał dobrego komiksu romantycznego. Coraz lepszego z każdym tomem. Ciekawi bohaterowie, sympatyczna autorka, której wtrącenia są jednymi z najciekawszych, jakie w mangach czytałem, świetny klimat, mnóstwo emocji, sporo humoru, ale takiego życiowego, nie slapstickowego… No po prosu super. Czyta się to z wielką przyjemnością i ma ochotę na więcej.


Świetnie się też to wszystko ogląda. Bo prosta, lekka, jasna szata graficzna pasuje do całości doskonale. Ja jestem zadowolony, a Wy, jeśli należycie do miłośników szkolnego życia i dobrych komiksów miłosnych, nie wahajcie się i poznajcie tę serię. Dobra zabawa gwarantowana. Polecam.



A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.