czwartek, 29 marca 2018

Deadman Wonderland #4 - Kataoka Jinsei, Kondou Kazuma

SCAR CHAIN


W czwartym tomie „Deadman Wonderland” akcja przyspiesza jeszcze bardziej, a wydarzenia nabierają tempa. Co prawda zaczyna się tu także klarować pewne możliwe wyjaśnienie kwestii Shiro, ale mam nadzieję, że autor jednak pójdzie inną drogą i czymś mnie zaskoczy. Tak czy inaczej, zabawa wciąż jest znakomita, a ja mam ochotę na więcej.


Wydawało się, że dla osadzonych w Deadman Wonderland nie ma nadziei. Więźniowie służą tu przede wszystkim krwawej, brutalnej rozrywce, gdzie ginąć mają w spektakularny sposób. Ci z nich, którzy władają Gałęzią Grzechu dodatkowo nadają się na obiekty chorych, sadystycznych badań. Ale w tym koszmarze pojawia się cień szansy na odmianę losu. Scar Chain to grupa więźniów, którzy chcą wydostać się z DW, a przy okazji obnażyć światu jego prawdziwe oblicze. Ganta dołącza do nich, choć niestety nikt nie wierzy w jego twierdzenia, że broń Grabarzy potrafi przeciwstawić się Gałęzi Grzechu i niwelować wszelkie ataki. Chłopak, mimo niepewności, decyduje się pomóc im w walce. Ponieważ właśnie zbliża się inspekcja Deadman Wonderland, Scar Chain chcą wykorzystać okazję i wyrwać się stąd, a jednocześnie przekazać władzom chip z prawdziwymi danymi na temat tego miejsca. Niestety, kiedy ruszają do akcji, okazuje się, że w ich własnych szeregach jest zdrajca, a wrogowie gotowi są na ich atak. Czy ktokolwiek z członków grupy ma szansę przeżyć i osiągnąć swój cel?

Tymczasem także na szczytach władzy dzieją się nie mniej ważne rzeczy. Gdy trwa inspekcja, Makina stara się dowiedzieć, co przed nią ukrywa szefostwo. Tylko czy nie sprowadzi tym na siebie niebezpieczeństwa?


Wraz z tym tomem opowieść o Gancie i reszcie szalonego towarzystwa zaczyna być coraz bardziej poważna. Od początku całość była krwawa, brutalna i wulgarna, ale dużo było w niej także humoru. Teraz szybkie tempo wydarzeń i ich ciężar nie pozwalają niemal zupełnie na śmiech. Bohaterowie nie mają wytchnienia, nie mają go także czytelnicy. Zniknęły nawet dodatkowe humorystyczne strony, które zawsze wieńczyły poszczególne tomiki. Została jednak pewna doza infantylności i uroku, które w mniejszym bądź większym stopniu stają się przeciwwagą dla mocnej treści.


Ale właśnie o to by było mocno chodzi. By czytelnik czuł brud i okrucieństwo tego świata. Mi podoba się jeszcze szybkie tempo całości i postacie. Niby wszystko doskonale znane z licznych mang typu "Dragon Ball", a jednak w połączeniu z całą resztą daje nieco świeżości. Do tego dochodzi znakomita szata graficzna, prosta i sympatyczna, gdy traktuje o łagodnych rzeczach, szczegółowa i realistyczna, gdy trzeba wyeksponować co bardziej drastyczne elementy. Miłośnicy rozrywki w stylu "Battle Royale" będą zadowoleni.


A ja dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.







środa, 28 marca 2018

Koniec śmierci - Cixin Liu

KONIEC WSPOMNIENIA O PRZESZŁOŚCI ZIEMI


Od chwili, kiedy przeczytałem pierwszy tom trylogii "Wspomnienie o przeszłości Ziemi", każda kolejna część - oczywiście jeśli nie liczyć nowych książek moich ulubionych autorów - była przeze mnie chyba najbardziej wyczekiwaną premierą fantastyczną. Nic w tym dziwnego, powieść zachwyciła mnie, jak rzadko które współczesne dzieło z tego gatunku, zarówno pod względem samej treści, jak i wykonania. Oczekiwania, co do finału miałem wielkie, ale na szczęście "Koniec śmierci" sprostał im w zupełności, dostarczając niesamowitej rozrywki na najwyższym poziomie.


Minęło pół wieku od bitwy w Dniu Sądu Ostatecznego. Kosmici wciąż nie opanowali jeszcze Ziemi, tymczasem Ziemianie osiągnęli niesamowity dobrobyt dzięki trisolariańskiej wiedzy. Co więcej Trisolarianie najwyraźniej nadają się dobrze do wspólnego działania, bo współpraca obu stron nadal dobrze się układa. Czy coś może zagrozić obecnemu stanowi rzeczy? Kiedy wybudzona zostaje Cheng Xin, która jako jedyna pamięta o zapomnianym już programie z czasów kryzysu, zaczyna się problem. Kobieta może zaburzyć obecną równowagę i…


Produkty z Chin jakie są, każdy wie najlepiej. Każdy też ma wyrobione na ich temat własne zdanie. Ale fantastyka z Chin? Ogólnie literatura z tego kraju nie należy do światowej czołówki, tak jak i zresztą inne dokonania artystyczne stamtąd, czy to kinowe, czy komiksowe, czy w zasadzie wszelkie inne. Jeśli z tego powodu obawiacie się, że dzieło Liu może nie sprostać Waszym oczekiwaniom, przestańcie. Zapomnijcie też o wszelkich polecankach, bo Barack Obama czy Mark Zuckerberg nie należą do żadnych autorytetów, zarówno jeśli chodzi o literaturę, jak i fantastykę. Najlepiej zasiądźcie do lektury z głową wolną od oczekiwań i uprzedzeń i dajcie się zaskoczyć.


A "Wspomnienie o przeszłości Ziemi" zaskakuje - i to jak najbardziej pozytywnie. Jeszcze zanim będzie nam dane docenić wizję autora, to, jak poprowadził akcję i skonstruował bohaterów - a to także wyszło mu znakomicie - już sam styl okazuje się być rewelacyjny. Niby lekki w odbiorze, ale na pewno nie pusty, daleki od literackiej prostoty i pokazujący, że Liu naprawdę potrafi pisać. Jest w jego pisarstwie coś z gawędziarstwa Kinga, potrafi bowiem tak samo przykuć uwagę czytelnika i wywołać w nim mnóstwo najróżniejszych emocji. Ale na tym przecież nie koniec, pisarz stawia ciekawe pytania, porusza interesujące kwestie, a swoje postacie nakreśla z wyczuciem i w przekonujący sposób.


Do tego mamy znakomitą, inteligentną i spójna wizję zarówno przyszłości, jak i kosmicznego konfliktu (aż chciałbym powiedzieć więcej na ten temat, ale nie będę zdradzał szczegółów - uwierzcie, Liu wycisnął z tematu naprawdę co najlepsze). Co warto zauważyć jest to świeże i oryginalne, choć sam temat zgrany jest właściwie do cna. Decydują o tym detale, jakże fascynujące i prawdziwe. Ale przecież fantastyka od zawsze była ostoją wyższych wartości, przestróg, a nawet polem potajemnej walki z cenzurą i opresyjnym systemem, z czym w Chinach mamy przecież do czynienia. Co prawda Liu nie do końca idzie w tym kierunku, ale nadal znaleźć tu możecie przesłanie czy komentarz społeczny, dodający całej trylogii wagi.


Jeśli połączyć to wszystko z rewelacyjną rozrywką i wielkim rozmachem (ten tom swoją drogą liczy niemal 850 stron), otrzymamy dzieło niemalże doskonałe. Jedno z najlepszych dokonań współczesnej fantastyki, a zarazem utwór, który i po latach będzie aktualny i frapujący. Polecam, bo mam wrażenie (takie, graniczące z pewnością), że oto na naszych oczach rodzi się kolejna klasyka.


A wydawnictwu Rebis dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Deadman Wonderland #3 - Kataoka Jinsei, Kondou Kazuma

KREW, KŁAMSTWA I WALKI DEADMANÓW


W trzecim tomie "Deadman Wonderland" na jaw wychodzi kilka intrygujących rzeczy. Jak zwykle jednak na miłośników serii czeka przede wszystkim dużo krwawej, wulgarnej zabawy. Ale zarazem wszystko to nie jest pozbawione pewnego infantylnego niemalże uroku, który w szczególności kupił moje serce.


Ganta wygrał swoją pierwszą walkę z osobnikiem tak, jak on władającym Gałęzią Grzechu i zarobił dużo CP, stać go więc na cukierki ratujące życie, jednak to dopiero początek jego kłopotów. Chwila świętowania i odprężenia, a także poznanie pewnej sympatycznej dziewczyny, Minatsuki, to jedynie cisza przed burzą. Już wkrótce czeka go kolejna walka, a jego przeciwniczką ma być właśnie ona. Czy Ganta będzie w stanie walczyć z nią, wiedząc jaki los czeka pokonanych? A może na arenie czeka na niego wielkie zaskoczenie, które odmieni wszystko?

Tymczasem Yo próbuje odnaleźć zarówno jego, jak i własną siostrę. Jak się okazuje, dał się zamknąć w DW, by ją ocalić. Jednocześnie zastanawia się nad Shiro, której ostatnie działania przeraziły go. Kim jest dziewczyna, którą Ganta najwyraźniej zna ze swojej przeszłości? Gdy coraz więcej faktów na jej temat wychodzi na światło dzienne, Yo dociera do areny walk Deadmanów. Niestety okazuje się, że jego siostrą jest Minatsuki, która walczy właśnie z Gantą. Chłopak gotów jest chronić siostrę za wszelką cenę, ale co z tego wyjdzie?


Muszę przyznać, że zaskoczył mnie ten tom. Nie spodziewałem się, że sekrety Shiro i Czerwonego tak szybko wyjdą na jaw, ani w jaki sposób się rozwiążą. Może za bardzo dałem porwać się akcji, zamiast pomyśleć nad fabułą, a może autorowi rzeczywiście udało się tak dobrze ukryć rzeczy dość oczywiste, kiedy już je znamy. Ważne, że efekt finalny jest, jaki jest, co mnie osobiście bardzo cieszy.


Oczywiście poza tajemnicami jest tu także krwawa, szybko poprowadzona akcja, ciekawy, brudny klimat i postacie, których nie sposób nie polubić. Niemal każdy jest tu chorą bestią, ale zarazem niemal każda znajdująca się na pierwszym planie postać prędzej czy później zjednuje sobie choćby część naszej sympatii. Co więcej niektóre z nich są naprawdę urocze, co tylko należy zaliczyć mandze na plus. Przynajmniej ja osobiście uwielbiam takie połączenie infantylności, wulgarności i przemocy.


A wszystko to znakomicie zilustrowane, prosto i ekspresyjnie, gdy tego potrzeba, szczegółowo gdy wymaga tego akcja i rozczłonkowane, okaleczone ciała. Ogląda się to z przyjemnością, choć co wrażliwszym zalecałbym ostrożność. Czyta też znakomicie. Nie dla wszystkich to rzecz - i, oczywiście dla starszych - ale kto lubi takie klimaty, będzie zadowolony.


A ja dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.






Deadman Wonderland #2 - Kataoka Jinsei, Kondou Kazuma

ŚMIERĆ I SŁODYCZ


Pierwszy tom "Deadman Wonderland" spodobał mi się ze względu na połączenie brutalnej, krwawej i wulgarnej opowieści ze stylistyką komiksów dla młodzieży typu "My Hero Academia". Zgrzytał trochę rozdźwięk pomiędzy niewinnością bohatera, a jego pełnym przekleństw sposobem wyrażania się, ale nie było to nic, co szczególnie by przeszkadzało. Ale teraz, kiedy już do tego przywykłem (a może wraz z drugą częścią zmniejszyła się ilość wulgaryzmów?) bawię się przy tej serii coraz lepiej i mam tylko ochotę na więcej.


Głównym bohaterem mangi jest czternastoletni Ganta, który został niesłusznie skazany na śmierć za zamordowanie swoich kolegów. W konsekwencji trafia do Deadman Wonderland, więzienia stanowiącego atrakcję turystyczną, gdzie więźniowie spektakularnie giną w różnych „zawodach”. Teraz chłopak odkrywa istnienie bloku G, gdzie prawdopodobnie znajduje się Czerwony. Razem z „przyjaciółmi”, postanawia dostać się tam i skonfrontować z człowiekiem, za którego zbrodnie został skazany. Nie ma jednak pojęcia co tam na niego czeka. Wmieszany w nową grę, dowiaduje się prawdy o swoich mocach i co zrodziło trzęsienie ziemi sprzed dziesięciu lat. Niestety znów musi walczyć na śmierć i życie z przeciwnikiem o wiele od siebie potężniejszym. A to dopiero początek…


I czy naprawdę trzeba dodawać coś jeszcze? Już sam opis mówi dość, by zorientować się z jakim dziełem mamy do czynienia. Główny bohater to spokojny, niewinny dzieciak, który trafia do brutalnego świata, gdzie ludzkie życie ma jedynie wartość oglądalności, jaką może zagwarantować czyjaś spektakularna śmierć na żywo. A na dodatek pośród tego wszystkiego jest ona: tajemnicza dziewczyna, która traktuje więzienne wyzwania jak zabawę, zachowuje się infantylnie i uroczo.


Zresztą tajemniczych rzeczy jest tutaj zdecydowanie więcej. Kim jest Czerwony? Czym są tajemnicze moce, które zyskał główny bohater? A to dopiero początek serii, wątków pewnie jeszcze przybędzie, tajemnic tak samo, jest więc na co czekać. Ale nawet jeśli "Deadman Wonderland" do samego końca utrzyma tylko te wątki i zagadki zabawa także będzie znakomita. W końcu tempo jest szybkie, walki i podobne elementy akcji atakują czytelników ze wszystkich stron, a wszystko to podlane zostało solidną dawką humoru.


Do tego dochodzi też znakomita szata graficzna. Dość prosta, ale potrafiąca zaserwować w realistyczny sposób coś mocnego czy brutalnego. Na tym w końcu zasadza się całość. Jeśli więc lubicie takie połączenie niewinności i drastyczności, chcecie czegoś mocniejszego dla dojrzalszych fanów "Dragon Balla" i jemu podobnych, sięgnijcie po tę serię, nie zawiedziecie się.


A ja dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.






poniedziałek, 26 marca 2018

Deadman Wonderland #1 - Kataoka Jinsei, Kondou Kazuma

GDY WIĘZIENIE STAJE SIĘ PARKIEM ROZRYWKI


Wyobraźcie sobie skrzyżowanie „Battle Royale” z typową mangą shōnen, ale podane w sposób brutalny, krwawy i wulgarny. Brzmi osobliwie? Może i tak, jednak efekt finalny, jaki możemy zobaczyć w „Deadman Wonderland” jest naprawdę znakomity. I chociaż po opisie spodziewałem się czegoś zupełnie innego, jestem bardzo przyjemnie zaskoczony tym, co w ostateczności dostałem.


W roku 2013 doszło do trzęsienia ziemi, które zniszczyło Tokio. By pozyskać środki na odbudowę miasta stworzono Deadman Wonderland, prywatne więzienie, które wyglądem przypomina park rozrywki. Jak na miejsce mające przynosić zyski przystało, zakład ten służy także jako atrakcja turystyczna, a więźniowie w nim osadzeni nieświadomie biorą udział w wyreżyserowanych masakrach.

To tu w roku 2023 trafia czternastoletni Ganta, chłopak jakich wielu. Zawsze był dobrym i spokojnym dzieckiem, miał przyjaciół, plany i pasje. Nagle klasę, w której przebywał, zaatakował tajemniczy czerwony człowiek, który unosił się za oknem. Gdy chłopak odzyskał przytomność, okazało się, że jako jedyny przeżył atak. Nikt nie uwierzył w jego tłumaczenie i Ganta został skazany na karę śmierci. W ten oto sposób wrażliwy nastolatek trafia do Deadman Wonderland, miejsca pełnego sadystycznych strażników, wcale nie lepszych od więźniów. Nie wie kiedy umrze ani jak, nie ma też najmniejszego pojęcia, że jego śmierć zaplanowano już jako „wypadek”, daleki od tego, co powinno go spotkać. Tu jednak przekonuje się, że atak Czerwonego pozostawił w nim coś więcej , niż sądził, a także znajduje sympatyczną przyjaciółkę. Ale czy kiedykolwiek zdoła udowodnić swoją niewinność?


Jakie jest "Deadman Wonderland" po części widać już na pierwszy rzut oka. Graficznie całość wygląda jak typowa manga dla nastoletnich chłopców, uproszczony design postaci (te kojarzą mi się zresztą z "My Hero Academia"), ekspresyjna mimika, wielkie oczy i młodzieżowy "wystrój", że tak to określę. Mamy tu szkolne mundurki, jedną szaloną, ale uroczą postać, dużo humoru, jakieś wyścigi, pojedynki... To tylko pozory, bo wystarczy przyjrzeć się uważniej, by dostrzec wszędobylską śmierć, krew lejącą się strumieniami, latające fragmenty ciał i co chwila padające wulgaryzmy. Ale taka właśnie jest ta seria: ostra, wulgarna, a zarazem potrafiąca rozbroić naiwnym urokiem.


Może to się wydawać dziwne, zresztą nawet w trakcie lektury można poczuć wyraźny dysonans, bo główny bohater jest dzieckiem spokojnym i niewinnym, a jednak rzuca mięsem na prawo i lewo. Ale jeśli tylko to zaakceptujemy, całość wciąga, bawi i dostarcza solidnej porcji mocnej rozrywki. Takiej, jak to potrafią tylko Japończycy.


Jeśli podobało Wam się "Battle Royale", "Deadman Wonderland" to tytuł dla Was. Dobrze napisany, z ciekawą zagadką, znakomicie zilustrowany i świetnie wydany, z zachowaniem kolorowych stron. Ja ze swej strony polecam.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.









niedziela, 25 marca 2018

Thor #1: Gromowładna - Jason Aaron, Russell Dauterman, Jorge Molina

BOGINI PIORUNÓW


Całkiem niezła seria „Thor” pisana przez Jasona Aarona zakończyła się na czterech tomach w momencie, kiedy tytułowy bohater stał się niegodny dzierżenia swojego młota. Nowy tytuł z asgardzkim bogiem piorunów zaczyna się w tym właśnie miejscu, wprowadzając na scenę całkiem nową postać i kontynuując wątki z poprzedniej odsłony. Ale szczypta tajemnicy, powrót Odyna i utrzymanie całości w klimacie kinowych filmów z Thorem sprawia, że „Gromowładna” to rozrywka lepsza, niż się spodziewałem – a zarazem także lepsza od swego poprzednika.


W wyniku wydarzeń opisanych w evencie „Grzech Pierworodny” Thor, po tym, jak Fury wyszeptał mu coś do ucha, przestał być godny dzierżenia Mjonira. Młot przebywa obecnie na Księżycu i heros, mimo usilnych starań, nie jest w stanie go podnieść. Co takiego usłyszał od Fury’ego? To na razie musi zaczekać. Powraca bowiem Odyn, który chce odzyskać swoją władzę od żony. Jak się jednak okazuje, ani żaden z Asgardczyków, ani nawet on, nie są w stanie podnieść Mjolnira. Czyżby więc to nie Thor był niegodny, a coś stało się z samym młotem? Jakby mało było kłopotów, Ziemię atakują lodowe olbrzymy, a Odyn i Freyja mają odmienne zdanie na temat tego, czy pomóc mieszkańcom Midgardu.

Tymczasem na Księżycu pojawia się ona, tajemnicza kobieta, która podnosi młot i zaczyna nim władać. Jako bogini piorunów wkracza do akcji. Teraz to w jej rękach spoczywa bezpieczeństwo Ziemi, ale Thor nie zamierza siedzieć spokojnie w obliczu czegoś takiego. Kim jest nowa gromowładna? I jakie sekrety skrywa?


Nie jestem wielkim fanem komiksów Jasona Aarona. Miewa on rzeczy naprawdę znakomite, częściej jednak nie wybija się ponad przeciętność, serwując czytelnikom dziwne pomysły, które niczym nie zachwycają. „Thor: Gromowładna” nie jest co prawda komiksem z wyższej półki, nie ma w nim ambitnego zamysłu ani też większej głębi, ale w tym wypadku wyszło to opowieści na plus.


W „Thorze: Gromowładnym” Aaron próbował wejść m.in. w polemikę z tematem zanieczyszczeń i ochrony środowiska, ale nie wycisnął z tego tematu nic, ponad oczywiste i łopatologiczne wnioski. W „Gromowładnej” co prawda firma Roxxon nie znika, jednak scenarzysta stawia przede wszystkim na dobrą, lekką i przyjemną rozrywkę. Jest tu sporo humoru, kilka zaskoczeń i parę intrygujących pytań, na które w tym tomie nie dostajemy odpowiedzi. Jest też pewne odświeżenie całości, z jednoczesnym zachowaniem tego, co w poprzedniej odsłonie serii było dobre. A mi bardzo to odpowiada.


Poza tym strona graficzna też wypada w bardzo dobry sposób. Większość albumu narysowana została w sposób czysty i realistyczny, ostatni zeszyt, prostszy i bardziej cartoonowy, też wypada nieźle (Thor wygląda tu czasem jak grający go w filmach Chris Hemsworth), a całość pozostawia po sobie dobre wrażenie. Miłośnicy Thora i klimatów, jakie oferowały przede wszystkim dwa pierwsze filmy o jego przygodach, będą zadowoleni i to bardzo.


A ja dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



Wilcze dzieci #3 - Mamaru Hosoda, Yu, Yoshiyuki Sadamoto

WIE... WILCZY FINAŁ

                               
Finałowy tom "Wilczych dzieci", jak się można było spodziewać, nie zawodzi. Piękna i poruszająca opowieść o ludzkiej matce i jej półzwierzęcych dzieciach dobiega wreszcie końca i aż chciałoby się, żeby istniał jakiś ciąg dalszy. Żeby autorzy zechcieli dopowiedzieć coś jeszcze. Ale to dobrze. To uczucie niedosytu świadczy tylko o tym, że mieliśmy do czynienia ze znakomitą rzeczą i z tego przede wszystkim należy się cieszyć.


Yuki i Ame dorastają, zmieniają się, a także każde z nich zaczyna podążać własną drogą. Dziewczyna chciała iść do szkoły, na początku czuła się tam niepewnie, potem znalazła przyjaciół, ale pewnego dnia nie zapanowała nad sobą i zraniła kolegę, który nie chciał dać jej spokoju. Teraz boi się konsekwencji, ale nieoczekiwanie znajduje w nim kogoś więcej. Kogoś, komu mogłaby zechcieć wyjawić swój sekret.

Tymczasem jej brat podąża inną drogą. Niemalże przestał chodzić do szkoły, bardziej czuje się wilkiem, niż człowiekiem i wśród zwierząt właśnie znajduje swojego mistrza. Między nim, a Yuki rodzi się coraz więcej spięć. Czy oboje odnajdą szczęście i wolność?


Nie da się oceniać każdego tomu "Wilczych dzieci" w oderwaniu od reszty, bo opowiadają przecież jedną, zamkniętą opowieść. Opartą na dodatek na znanym i cenionym filmie anime. Podział na poszczególne części jest więc rzeczą umowną, wymuszoną ilością stron, a nie wyodrębnieniem trzech aktów fabularnych. Nie ma to jednak żadnego znaczenia dla oceny ogólnej. Całość jest znakomita, piękna, ciepła, wzruszająca i emocjonująca. I autentycznie wciąga, tak, że czytelnik nie chce się oderwać nawet na chwilę.



Graficznie manga także jest znakomita. Kreska jest lekka, zwiewna, dość prosta, ale dobrze pasująca do treści. Autorka tworzy nią ciekawy klimat, mroczniejszy w tym tomie, a bohaterom zaprojektowanym przez Yoshiyukiego Sadamoto nadała własnego, interesującego charakteru. Mimika bohaterów, jak i ogólny ich wygląd jest znakomity, świetnie też wypadają tła, które co prawda są dość oszczędne, ale autorka wie, kiedy może pozwolić sobie na minimalizm, a kiedy przedstawić je ze szczegółami. Bardzo przyjemne są też kolorowe strony, a i samo wydanie przedstawia się bez zarzutu.


Jeśli szukacie dobrej, niegłupiej historii obyczajowej z nutą fantastyki, polecam gorąco. "Wilcze dzieci" to znakomity tytuł, trafiający w szczególności do serca odbiorcy. Warto więc go poznać - nawet jeśli widzieliście już wersję anime.


A ja dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.






Rdza - Jakub Małecki

MIĘDZY POKOLENIAMI


W chwili obecnej Małecki to bodajże najlepszy rodzimy pisarz. Narobił niemałego szumu swoim "Dygotem", potem tylko potwierdził klasę znakomitymi "Śladami", na "Rdzy" zaś spoczywało trudne zadanie dorównania poprzednikom i zaoferowania czegoś świeżego. Z tą świeżością co prawda nie do końca wyszło - Małecki nigdy jednak nie szukał w swoich dziełach większego novum - jednak i tak czytelnicze oczekiwania zostały zaspokojone, a autor po raz kolejny udowodnił, że po jego książki warto sięgać w ciemno. A właściwie najlepiej tak właśnie robić, by słowo po słowie odkrywać ich treść i wszystko, co mają do zaoferowania.


Ja jednak pozwolę sobie napisać kilka zdań odnośnie fabuły. Dla formalności. I dla tych, którzy nie znając dzieł Małeckiego może zainteresują się ich treścią. "Rdza" rozpisana jest na dwoje bohaterów. On, Szymek, dziecko jeszcze, jak na dziecko przystało, bawi się, cieszy beztroską. Lubi komiksy, lubi, z kolegami ustawiać metalowe przedmioty na torach i zbierać, co po nich zostaje.  Dzieciństwo przerywa mu wypadek, w którym traci oboje rodziców, a zarazem dom, w którym mieszkał i świat, jaki uważał za swój.

Ona, Tośka, jest jego babką. Swoje już przeżyła, a teraz musi zająć się wnukiem, który trafia pod jej opiekę. Kocha go, ale chyba nie tak mocno, jak powinna. Stara się, także znaleźć wspólny język. A przeszłość nie śpi. Młodość Tośki powraca do niej, jej pasje, miłości, tragedie, przeplatając się z życiem jej wnuka na poziomie, jakiego żadne z nich by nie podejrzewało.


W "Rdzy" Małecki po raz kolejny zabiera nas w podróż usianą elementami, do których nas już przyzwyczaił. Do charakterystycznych dla niego motywów i postaci. Ale czy oczekujemy od niego czegoś innego? Ja nie oczekiwałem, potrzebował wręcz tego i dokładnie to dostałem. Nie myślcie jednak, że niniejsza powieść jest powtórką z rozrywki, kopią "Dygotu" czy "Śladów". Jeśli już rozpatrywać ją pod takim względem to jest wyciągnięcie z nich nauczki. W "Rdzy" zostało tylko to, co najlepsze, a jakby tego było mało, Malecki jeszcze bardziej dopracował swój i tak znakomity styl.


A w jaki sposób on pisze? Literacko wysmakowany, czasem oszczędny, czasem kwiecisty, dość surowy, ale krwisty i pełny. Sposób, w jaki pisali klasycy, wyróżniający się na tle 90% polskich (i nie tylko) powieści na rynku. Już sam styl Małeckiego satysfakcjonuje i urzeka. Ale jest w "Rdzy" także wiele prawdy, emocji i szczerości, które mnie osobiście kupują. Jeśli lubcie dobrą, ambitną literaturę z wyższej półki, odwołującą się zarówno do naszych sentymentów, jak również serca i umysłu, polecam gorąco.



A wydawnictwu SQN dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

piątek, 23 marca 2018

Deadpool Classic, tom 4 - Joe Kelly, James Felder, Pete Woods, Walter McDaniel, Steve Harris, Anthony Williams, Yancey Labat

DEADPOOL ZBAWCA


To już czwarty tom klasycznych przygód "Deadpoola". Przygód, które znacząco różnią się od tego, co obecnie możemy czytać w serii - są poważniejsze i mniej szalone - ale nadal bardzo charakterystyczne i mające gdzieś polityczna poprawność. Poza tym, przynajmniej we mnie, budzą tęsknotę za latami 90. w komiksie. Co prawda był to okres kolorowego kiczu, przesadnej epickości i przerysowanego mroku, ale to w końcu na takich rzeczach się wychowałem. A poza tym "Deadpool" w dobrym stylu przełamuje tę miałką konwencję.


W poprzednim tomie Deadpool zniknął. Ale w poprzednim tomie także zginał, a nie przeszkadzało mu to w przeżywaniu kolejnych przygód, zatem i teraz nic nie stoi na przeszkodzie by kontynuował swoje zmagania z przeciwnościami losu. A tych nie brakuje, okazało się bowiem, że ma zostać zbawcą ludzkości, ale czy ktoś taki jak on, najemnik, mordujący bez mrugnięcia okiem, dla którego zdaje się nie być żadnych świętości, może być mesjaszem, któremu będą stawiać pomniki? To póki co pieśń przyszłości, może pewnej, a może niepewnej, a przecież przeszłość też nie śpi. I, oczywiście, daje o sobie znać. Początki naszego (anty)bohatera i jego relacje ze Śmiercią wychodzą na jaw, pojawiają się też Duchy Przeszłych Św... Przeszłości i dawny wróg. Oczywiście między innymi, ale jak wiadomo Deadpool ze wszystkim da sobie radę. Tylko czy aby na pewno?

                                            
Jak pisałem na wstępie, „Deadpool” z lat 90. to nie „Deadpool” z Marvel NOW. Jest akcja, trupów pada wiele, polityczna poprawność nie obchodzi autorów, a nasz bohater naśmiewa się właściwie z każdego, ale to, co czeka na Was w Marvel Classic jest powolniejsze i bardziej stonowane. Bohaterowie dużo rozmawiają, owszem, dużo też walczą, ale jednocześnie warto zauważyć, że akcja, która obecnie zajęłaby pewnie z sześć zeszytów, tu rozgrywa się w dwóch lub trzech. W nowych fabułę opowiadają głównie ilustracje, tekstu jest mniej - i to chyba największa różnica między nimi.


Ale przecież jest czarny humor, są przygody, gościnnych występów znanych bohaterów Marvela także nie brakuje. Kto lubił komiksy z lat 90. XX wieku, tu zdecydowanie się odnajdzie. Poza tym każdy miłośnik Deadpoola powinien przeczytać te cztery (póki co, piąty jest już zapowiedziany) klasyczne tomy, bo opowiadają w końcu o samych początkach najemnika z nawijką. Poza tym to po prostu dobra seria, humorystyczna, ale osadzona w poważnym uniwersum i wchodząca z nim w częste interakcje.


Do tego szata graficzna też trzyma poziom. Realistyczne, nieco brudne i cartoonowe ilustracje, dobrze pasują do treści. Podobnie jak prosty kolor, często jakże barwny, niczym z komiksów dla dzieci - taka estetyka sprawdza się w przypadku najemnika z nawijką i jego infantylnej brutalności. Do tego mamy jak zwykle znakomite wydanie w twardej oprawie i na dobrym, kredowym papierze, które ładnie prezentuje się na półce. Fani Deadpola będą więc bardziej, niż zadowoleni.


A ja dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



Gwiezdny Zamek #1. 1869: Podbój kosmosu - Alex Alice

Z TĘSKNOTY ZA DZIEŁAMI VERNE’A


Egmont w ramach Klubu Świata Komiksu, obok licznych serii amerykańskich, od samego początku nie zapominał także o komiksach europejskich. Przez blisko dwie dekady istnienia tej linii wydawniczej Egmontu na księgarskie półki trafiło wiele niezapomnianych tytułów. Jak na ich tle wypada najnowsza propozycja tego typu, "Gwiezdny zamek. 1869 - Podbój kosmosu"? Dobrze, bo to naprawdę udany album w retrofuturystycznych klimatach.


Rok 1868 Claire bada istnienie eteru, legendarnej substancji, która znajduje się gdzieś w wysokich warstwach atmosfery. Odnalezienie go i wykorzystanie może pozwolić ludziom nawet na podróże kosmiczne! Niestety kolejna wyprawa balonem kończy się dla niej w najgorszy możliwy sposób.

Mija rok. Serafin, jej dorastający syn, nadal nie może pogodzić się ze śmiercią matki. Obsesja na punkcie eteru przysparza mu kłopotów w szkole i nawet jego ojciec, Dulac, ma tego dość. Pewnego dnia wszystko się jednak zmienia. Ktoś wysyła do nich list, że odnalazł dziennik pokładowy Claire i chce się z nimi spotkać. Dulac zamierza wybrać się tam sam, jednak atak uzbrojonych ludzi sprawia, że ojciec i syn wspólnie wyruszają w pełną niebezpieczeństw i przygód podróż, która może zmienić nie tylko ich życie, ale także i cały świat!


Jak wiele podobnych serii europejskich, tak i ta nadaje się zarówno dla tych dorosłych, jak i tych młodszych czytelników, którzy lubią lekką, zabawną fantastykę w starym stylu. "Gwiezdny zamek. 1869 - Podbój kosmosu" to opowieść jakby zrodzona z tęsknoty za dziełami Juliusza Verne'a i jemu podobnych klasyków uprawiających fantastykę przygodową. Jest to naiwne, ale w ten uroczy sposób, którego nie da się nie docenić. Szczególnie jeśli ma się sentyment do wspomnianych utworów.


Fabuła, jak w takich przypadkach bywa, pełna jest przygód (także z pogranicza książek awanturniczych) i akcji. Dużo jest w niej humoru, postacie są sympatyczne, a całość czyta się lekko i przyjemnie. Nie ma tu większej głębi, to prawda, niemniej "Gwiezdny zamek" dostarcza czytelnikom tego, co obiecuje - znakomitą rozrywkę.


A jak przedstawia się od strony wizualnej? Lepiej nawet, niż treść, która jest dość nieskomplikowana. Rysunki natomiast, klasyczne i szczegółowe, z cartoonową, a nawet momentami mangową nutą, uzupełnione o ręcznie kładziony kolor, robią duże wrażenie. O niebo lepsze, niż większość amerykańskich komiksów, robionych przecież masowo. Do tego edytorsko album także prezentuje się bez zarzutu. Jeśli lubicie podobne klimaty, a najlepiej macie kilkanaście lat i kilka książek Verne'a za sobą, polecam, "Gwiezdny zamek. 1869 - Podbój kosmosu", na pewno się Wam spodoba.


A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



Avengers: Czas się kończy #1 - Jonathan Hickman, Mike Deodato, Stefano Caselli, Jim Cheung, Valerio Schiti, Kev Walker

ODLICZANIE DO KOŃCA UNIWERSUM MARVELA, JAKIE ZNAMY


Odkąd zaczęło się Marvel NOW, wraz z serią "New Avengers" zaczęło się też długie odliczanie do końca uniwersum, jakie znamy. Teraz wydarzenia te wkraczają w kluczową fazę, prowadzącą bezpośrednio do wielkiego finału, jaki przeczytamy w evencie "Tajne Wojny". Zanim to jednak nastąpi, czekają nas kolejne takie, jak ten albumu, kontynuujące w znakomitym stylu to, co w poprzednich tomach było najlepsze.


Wszystko zaczęło się od inkursji, zderzeń alternatywnych wszechświatów, które muszą się skończyć poświęceniem jednego ze światów znajdujących się na ich styku, albo zginą oba. Zniszczono już niejedną planetę, by ocalić Ziemię, ale nasz glob nadal nie jest bezpieczny. Iluminaci, pod okiem nie zgadzających się na takie rozwiązanie Avengers, zaczęli działać w obronie świata. Nie byli jednak w stanie niszczyć innych. We wspólnej misji siły połączyli ci, którzy dotychczas ze sobą walczyli - zarówno niektórzy bohaterowie, jak i ich wrogowie, gotowi zrobić wszystko, byle wyjść cało z kolejnych inkursji. Wszystko to wywołało podziały między herosami. Iluminaci są poszukiwani przez Avengers, rozłam się pogłębia, każdy ma swój pogląd na obecną sytuację i metody, jakie należałoby zastosować. Ale czas ucieka. Czas się kończy. Czy ktokolwiek ma szansę zaradzić coś na obecną sytuację?


"Avengers: Czas się kończy" to kolejny event z Marvelowskimi Mścicielami, tyle, że nie rozpisany na ogół serii wydawanych w ramach Marvel NOW, a na oba tytuły z nimi w rolach głównych. Co nie znaczy, że jego wydarzenia dotykają tylko nich samych. Prowadzi w końcu bezpośrednio do wspomnianych już "Tajnych Wojen" (nie mylić z historią o tym samym tytule z lat 80), a te odmienią nie tylko wszystkie pozycje tego wydawnictwa, ale całe oblicze jego uniwersum. Nie chcę nic tutaj zdradzać, ale uwierzcie, zmiany będą większe, niż w dotychczas wydanych w ramach Marvel NOW eventach razem wziętych.



Zanim to jednak nastąpi, mamy ciekawą opowieść, w której akcja jest szybka, dynamiczna i spektakularna, nie brak też spokojniejszych momentów, a całość stawia kilka ciekawych pytań. Weźmy na przykład to najistotniejsze, ciągnące się od początku "New Avengers", a mianowicie czy bezpieczeństwo świata powinno spoczywać na brakach grupki ludzi, która pełna jest własnych słabości. Niby rzecz oczywista, a jednak.


Dodajcie do tego świetną szatę graficzną, realistyczną, szczegółowa i doskonale oddającą charakter całości i otrzymacie zdecydowanie jedną z najlepszych serii Marvel NOW. Do tego to historia opowiedziana z wielkim rozmachem, od pierwszego jej tomu tworząc wielką sagę o inkursji, w skład której weszły takie eventy, jak "Era Ultrona" czy "Nieskończoność". Polecam gorąco, bo całość, nie tylko "Czas się kończy", absolutnie warta jest poznania.


A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




Axis: Carnage i Hobgoblin - Rick Spears, Kevin Shinick, Germán Peralta, Javier Rodriguez

DOBRZY PRZESTĘPCY


Właśnie na rynku pojawił się najnowszy event z serii Marvel Now, „Axis”. Jak to w takich przypadkach bywa, wraz z nim na sklepowych pólkach zagościły także tie-iny tej historii. Nie tylko te najbardziej oczywiste, czyli zeszyty regularnych serii powiązane z tym wydarzeniem, ale także takie albumy, jak ten. Dzieła samodzielne, choć oczywiście mocno osadzone w doskonale znanych nam opowieściach, równie zresztą udanych, co cała reszta pozycji z „Axis” w nazwie.


Na niniejszy tom składają się dwie trzyzeszytowe miniserie przedstawiające losy dwóch wrogów Spider-Mana podczas wydarzeń z Red Onslaughtem. Kiedy wszystko zostaje wywrócone do góry nogami, dobrzy stają się źli, a źli dobrzy. Tu na scenę wkraczają Carnage, szaleniec i psychopata, który przed laty połączył się z symbiontem i stał jednym z najniebezpieczniejszych przeciwników Pająka oraz Roderick Kingsley, Hobgoblin, specjalizujący się w handlowaniu tożsamościami dla superłotrów. Ten pierwszy postanawia zostać bohaterem, ale tego musi się nauczyć. Drugi zjawia się w Nowym Jorku by rozkręcić kolejny biznes – tym razem superbohaterski. Na drodze obu stają jednak przeszkody.


Przez „Axis” i powiązane z nim opowieści znów czuję się, jak ten dzieciak, którym byłem w latach 90. ubiegłego wieku. Dzieciak, który regularnie odwiedzał kioski RUCH-u w poszukiwaniu kolejnych TM-Semicowych komiksów i zaczytywał w przygodach superbohaterów. Coś jest w tej niezobowiązującej opowieści, co przypomina mi dzieła z tamtych lat. Ta przesadna epickość, powaga tam, gdzie trudno się jej doszukiwać i pewien rodzaj szaleństwa, a przede wszystkim chęć zaoferowania dobrej zabawy i niczego poza tym. „Axis: Carnage i Hobgoblin” też to w sobie mają, nie w takim stopniu, jak główny event, ale jednak.


Jako miłośnik Spider-Mana, na ten właśnie dodatek do głównej opowieści czekałem najbardziej i nie zawiodłem się. To dobry komiks rozrywkowy, który czyta się lekko i przyjemnie. Opowieści nie są za długie, twórcy nie starają się wyciągnąć z nich ile tylko temat pozwoli, a po prostu dobrze się zabawić i zabawa ta udziela się czytelnikom. Nieważne, że zmiana ról dobry-zły nie jest odkrywcza, schemat ten nadal doskonale się sprawdza i o dobrych przestępcach (oraz analogicznie złych bohaterach) czyta się naprawdę z przyjemnością.


Nie zawodzi też szata graficzna. Z jednej strony mamy realistyczne, nieco brudne, ale znakomite ilustracje do „Carnage’a”, z drugiej proste i utrzymane w klasycznej stylistyce rysunki do „Hobgoblina”. Do każdej mamy dobrze dobrany kolor, od bardziej złożonego, po uproszczony. I jest też jak zawsze znakomite wydanie. Ci, którym podobał się główny event „Avengers i X-Men: Axis” oraz miłośnicy Spider-Mana powinni zapoznać się z „Axis: Carnage i Hobgoblin”, bo to po prostu dobry komiks rozrywkowy, który ze swej strony polecam.


A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




czwartek, 22 marca 2018

Oblivion Song#1: Pieśń Otchłani - Robert Kirkman, Lorenzo De Felici

PIEŚŃ INNEGO WYMIARU


Robert Kirkman chyba dobrze czuje się w szufladce oznaczonej "postapo", bo jego najnowsze dzieło (i to dosłownie najnowsze - seria w Stanach zaczęła się ukazywać ledwie kilka dni temu, a polscy czytelnicy już dostają ją w swoje ręce) to kolejna historia o świecie po zagładzie. Ale nie jest to zagłada na globalną skalę, wręcz przeciwnie, wydarzenie, z którym mierzą się bohaterowie, ma zasięg lokalny. Ale nie odbiera mu to spektakularności i tajemnicy. Takie jest właśnie "Oblivion Song", które w samej akcji i treści jest nieco wtórne, ale potrafi błysnąć prawdziwym przejawem inwencji.


Przed dziesięcioma laty w tajemniczy sposób centrum Filadelfii przeniosło się do innego wymiaru – miejsca dziwnego, niebezpiecznego i pełnego istot, jakich nie znamy na Ziemi. W jego miejsce pojawiła się część owego wymiaru: Otchłani, taką bowiem zyskał nazwę. Ludzie po tym wydarzeniu wrócili do normalności, ale pamiętają co się stało. Powstał pomnik ofiar, obchodzone są też rocznice, istnieją muzea, a nawet kręcone są filmy. Ale mieszkańcy Filadelfii nie zginęli, a przynajmniej nie wszyscy. Niektórzy z nich wciąż żyją w Otchłani, a kolejne misje ratunkowe, które przekraczają granice wymiaru, ratują czasem niektórych z nich.

Tym właśnie zajmuje się Nathan, główny bohater „Oblivion Song”. Niestety nie może zdobyć funduszy na swój program. Oficjalnie rząd obawia się, że ingerencje mogą sprowadzić kolejną katastrofę, ale czy tak jest w rzeczywistości? Nathan też nie jest altruistą, bo zależy mu na odnalezieniu brata, który zniknął dekadę wcześniej. Tylko czy w ogóle jego misja ma szansę powodzenia? I jakie jeszcze tajemnice i niebezpieczeństwa skrywa Otchłań?


Kto czytał "The Walking Dead", opus magnum Kirkmana (albo oglądał serial na jego podstawie czy też grał w gry), wie czego mniej więcej może spodziewać się po "Oblivion Song". Nie ma tu co prawda żywych trupów, ale są stwory z innego wymiaru, stanowiące zagrożenie dla naszych bohaterów. Jest też katastrofa, lokalna co prawda, ale mająca swoje tajemnice i konsekwencje. Są postacie walczące z tym stanem rzeczy i tajemnice, które trzeba rozwikłać.


Co podoba mi się najbardziej to to, jak ludzie wrócili do normalności. Tego brakowało mi w "Żywych trupach", gdzie zezwierzęcenie wzięło górę nad ludzką naturą w nie do końca przekonujący sposób. Tu temat został ujęty inaczej i przyznam się, że wolę takie podejście. Oczywiście Kirkman nie zapomina o akcji, szybkim tempie i typowych dla postapo klimatach, ale taki już urok tego gatunku.


Graficznie rzecz ma się też całkiem nieźle. Rysunki są dość proste, bardziej cartoonowe, ale trzymają poziom. Całość, pod względem treści i wykonania przypomina nieco dwie inne serie znane z Non Stop Comics: "Paper Girls" i "Odrodzenie", więc ich miłośnicy będą z "Oblivion Song" zadowoleni. Ja jestem i tylko mam nadzieję, że Kirkman nie będzie ciągnął tej w nieskończoność, jak to robi z "The Walking Dead".