poniedziałek, 30 kwietnia 2018

Saga o Potworze z Bagien, tom 1 - Alan Moore, Stephen Bissette, John Totleben

GDZIE PRZEBIEGA GRANICA POTWÓR/CZŁOWIEK?


Kiedy na okładce jakiegoś komiksu widać nazwisko Alana Moore’a, nawet jeśli rzecz nie wygląda poważnie, można być pewnym, że będzie to niesamowite doświadczenie. Ambitne, poruszające i przełamujące konwencje. Taka jest też „Saga o potworze z bagien”, seria niezbyt popularna na naszym rynku, ale będąca jednym z największych dokonań brytyjskiego geniusza. I zarazem najlepszym, co w ramach tego tytułu kiedykolwiek powstało.


Potwór z bagien. Swamp Thing. A właściwie Alec Holland. Mężczyzna wraz z żoną pracował nad formułą wzrostu roślin, ale wypadek sprawił, że, ratując swoje życie, przemienił się w istotę rodem z horrorów. Tak zaczęła się jego „kariera”, ale teraz nadchodzi czas odkrycia przerażającej prawdy na temat tego, kim jest nasz bohater. A wszystko za sprawą korporacji, która zaczyna swoiste polowanie na Swamp Thinga, prowadzące jednak do nieoczekiwanego finału… Co naprawdę stało się w dniu, kiedy powstał Potwór z bagien? Jak cienka jest granica między człowiekiem a potworem? I jakie będą konsekwencje obecnych działań?


Seria „Swamp Thing” powstała w roku 1972, jednak nie radziła sobie najlepiej i wkrótce została zamknięta. Przez lata próbowano ją co prawda reaktywować, jednak ze względu na kryzys, jaki przeżywało wydawnictwo DC Comics, dało się to dopiero w roku 1982. Wszystko dzięki filmowi Wesa Cravena. Jednakże dopiero rezygnacja stałego scenarzysty serii pozwoliła rozwinąć jej skrzydła. Wtedy bowiem zatrudniono do jej pisania Alana Moore’a, a ten z miejsca odrzucił poboczne postacie, wywrócił status quo Potwora z bagien do góry nogami i zaczął pisać run, który przeszedł do historii, trafiając na trzynaste miejsce listy 100 najlepszych komiksów w dziejach, jaką swego czasu sporządził magazyn „Wizard”.


Brzmi imponująco, prawda? Ale każdy miłośnik Moore’a wie, że nie ma w tym grama przesady. „Saga o potworze z bagien” nie jest może takim arcydziełem, jak „Strażnicy”, „V jak Vendetta” czy „Prosto z piekła”, ale to album absolutnie wielki. Świetnie napisany, pełen grozy – tak tej paranormalnej, jak i najbardziej przyziemnej – psychologicznie przekonujący i oferujący konkretną akcję. Można powiedzieć, że to horror, ale horror z najwyższej półki, z ambicjami, przesłaniem i absolutnie genialnym wykonaniem.


Do tego całość jest znakomicie narysowana. W sposób klasyczny, olschoolowy, kojarzący się ze starymi groszowymi zeszytami grozy – czyli dokładnie w taki, w jaki powinna zostać zilustrowana. Buduje to niesamowity klimat, a jednocześnie całość pozostaje świeża po dziś dzień, choć komiksy zdążyły nam pokazać już multum przełomowych dzieł. Świetne wydanie, pięknie prezentujące się na półce, to smakowita wisienka na tym przepysznym torcie.


W skrócie: warto po „Potwora z bagien” sięgnąć. A raczej powinien to zrobić każdy miłośnik dobrego, ambitnego komiksu. Seria ta przetarła wiele szlaków, jako pierwsza zerwała z comic codem – rodzajem cenzury, który ograniczał komiksiarzy i wydawców do tworzenia i wydawania dzieł odpowiednich dla dzieci albo mogli zapomnieć o szerokiej dystrybucji – otwierając furtkę albumom dla dorosłych. I chociaż autorzy, którzy przyszli po Moorze nie zawsze mogli w pełni rozwinąć skrzydła (nie pozwolono im choćby przygotować słynnego zeszytu #88, gdzie Swamp Thing cofając się w czasie miał spotkać Jezusa), zaczęła się ewolucja, która na zawsze odmieniła komiksy. Warto więc odnaleźć ten album wśród nowości i przekonać się, od czego to wszystko się zaczęło. Fakt, że „Potwór z bagien” w Stanach ukazuje się do dziś, tylko potwierdza, jak udana była to rewolucja.





niedziela, 29 kwietnia 2018

Bakuman #10 - Tsugumi Ohba, Takeshi Obata

PRZESTĘPSTWO DOSKONAŁE


To już dziesiąty tom „Bakumana”. A właściwie dopiero, bo chociaż tyle się wydarzyło, a w świecie mangi minęło już kilka lat, jesteśmy ledwie na półmetku serii. Ale to dobrze, bo mamy tu do czynienia z naprawdę rewelacyjnym tytułem, który wciąga, jak niewiele innych serii, choć pozornie dzieje się w nim bardzo mało.


Żaden mangaka nie powinien tego robić, ale Mashiro i Takagi zdecydowali się na odważny, choć egoistyczny krok – zamknąć wydawaną właśnie serię komediową i spróbować swoich sił w tym, w czym czują się najlepiej. Postawili wszystko na jedną kartę, jeśli więc do końca roku nie uda im się stworzyć tytułu mogącego konkurować z „Crowem” i „+Natural”, nigdy więcej nie będą już mogli pracować dla „Jumpa”. Stawka jest wysoka, jak nigdy dotąd, a najgorsze jest to, że Takagi nie ma pomysłu co właściwie mógłby zrobić. Miura, dla którego to także jest to być lub nie być, łączy siły z ich byłym redaktorem, Hattorim, by wycisnąć z obu młodych twórców to, co najlepsze.

Tymczasem Hattori zmaga się z własnym problemem. Iwase próbuje go zdobyć, on się wzbrania, ale rodzi się pytanie czy uczucia dziewczyny w ogóle są szczere. Jednocześnie Mashio i Takagi, czując się manipulowani przez dawnego redaktora decydują się na nieoczekiwany krok. Chcą popełnić przestępstwo doskonałe, a jego skutki okazują się być zaskakujące dla wszystkich…


Geniusz „Bakumana” polega na tym, że autorom rzeczy zwyczajne i proste, pełne nieustających rozmów, które królują na stronach (z czego zresztą twórcy sami żartowali – jak i z wielu innych elementów serii) udało przedstawić się w sposób absolutnie fascynujący. Wszystko dzięki temu, że te prozaiczne rzeczy ukazali niczym wielkie wydarzenia, dodali do nich mnóstwo napięcia, zwroty akcji, rywalizację i elementy budzące mnóstwo emocji.


Oprócz twórczych zmagań mamy tu miłość (ja osobiście od początki kibicuję Takagiemu i Miyoshi, bo są o wiele ciekawszą parą niż główny bohater i jego ukochana), problemy osobiste, kulisy tworzenia mangi i historię samego komiksu w Japonii, świetne postacie, a wreszcie szkatułkową konstrukcję całości. Różni bohaterowie tworzą przecież własne mangi, a my przy okazji poznajemy ich treść – nawet jeśli tylko fragmentarycznie.


Jak nie docenić czegoś takiego? Szczególnie, że na każdym polu „Bakuman” trzyma ten sam, wysoki poziom. Do tego oferuje zachwycającą szatę graficzną, dokładną, szczegółową i realistyczną, chociaż jednocześnie widać w niej też pewną prostotę i cartoonowość.


Po prostu super. Dlatego też polecam gorąco, bo to naprawdę znakomita seria. Jedna z najlepszych, jakie miałem okazję czytać, ale o tym pisałem już przecież nieraz.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.







sobota, 28 kwietnia 2018

Kocie oko - Margaret Atwood

PRZESZŁOŚĆ NIGDY NIE ŚPI


Margaret Atwood to zdecydowanie jedna z najlepszych żyjących pisarek. Wymienianie jej jako silnej kandydatki do literackiej nagrody nobla mówi już samo za siebie. Nic więc dziwnego, że każda jej książka budzi duże zainteresowanie także na naszym rynku. „Kocie oko”, które trafiło właśnie na księgarskie półki, nie należy co prawda do nowości, bo pierwotnie ukazało się dokładnie 30 lat temu, w 1988 roku, ale nic to nie zmienia. Mamy tu bowiem do czynienia z kolejną absolutnie znakomitą powieścią, która usatysfakcjonuje wszystkich czytelników spragnionych ambitnej i poruszającej tak umysł, jak serce literatury.


O czym opowiada „Kocie oko”? Na pewno o czymś zgoła odmiennym, niż horror o tym samym (przynajmniej w oryginale, bo jego polski przekład brzmiał „Oko kota”) tytule. Malarka w średnim wieku, Elaine Risley, po latach zjawia się w Toronto, gdzie ma się odbyć wystawa jej prac. Powrót do miejsc z przeszłości i świata, który porzuciła staje się jednocześnie powrotem do wspomnień z czasów młodości. Czasów dalekich od ideału. Czasów, kiedy kochała i nienawidziła. Kiedy przyjaźń i prześladowanie splatały się w nierozerwalnym tańcu, a ona sama nie potrafiła wyjść z roli ofiary. Ale czy kiedykolwiek udało jej się ją ostatecznie porzucić? Dzieciństwo i młodość odcisnęły na Elaine piętno, które wciąż jest widoczne, powrót do Toronto jest szansą na ostateczne rozliczenie z tym co było, ale czy cokolwiek można jeszcze zmienić?


Po twórczość Atwood sięgnąłem kilka lat temu nie z powodu jej kultowego statusy, a rzeczy bardziej prozaicznej – opis jej doskonałej trylogii „MaddAddam” i sama klasa autorki, sugerowana przez liczne nagrody i nominacje, skojarzyły mi się z dziełami uwielbianych przeze mnie gigantów: Johna Irvinga i Philipa Rotha. I nie zawiodłem się, choć oczywiście dostałem w swoje ręce coś zgoła odmiennego. Od tamtej pory przeczytałem wiele jej powieści, nie wszystkie mnie co prawda zachwyciły, ale żadna nie zawiodła. „Kocie oko” także nie przyniosło rozczarowania, a wręcz przeciwnie. To jedna z lepszych książek autorki i cieszę się, że mogłem ją poznać i po raz kolejny wejść w świat jej prozy.


A co takiego ma ona do zaoferowania? Przede wszystkim życiową prawdę i psychologiczny realizm, ujęte w ramy wysmakowanego, pięknego stylu. Fabuła toczy się powoli, rozdarta na przeszłość i teraźniejszość, wciąga i angażuje, choć wydaje się być podana w sposób beznamiętny. Przydaje to jednak całości dystansu, pewnej kliniczności, ale na pewno nie pozbawia emocji. Te rządzą na stronach, wzbudzane w nas tym, co się dzieje, a nie podsuwane przez samą autorkę. Fakt, że „Kocie oko” jest jednocześnie dziełem mocno autobiograficznym tylko dodaje całości smaku.


Nic więcej dodawać chyba nie trzeba. Ta powieść Atwood to literatura piękna z najwyższej półki. Taka, którą się smakuje, delektuje się nią i zachwyca. I nawet jeśli trochę brakuje jej do doskonałości, każdy czytelnik z ochotą przymknie na to oko i pozwoli się uwieść całości.

Star Wars - Ostatni Jedi: Eskadra Kobaltowa - Elizabeth Wein, Phil Noto

WOJNA O POKÓJ


Jest wiele kinowych uniwersów, które zaszczepione zostały na inne grunty. Weźmy choćby „Aliena” czy „Predatora” – ekrany wciąż podbijają kolejne części ich przygód, nie da się zliczyć komiksów, w których wystąpili, pojawili się także na kartach powieści, doczekali gier i gadżetów. Można by wymieniać długo, można by też mnożyć podobne dzieła, ale żadne nie osiągnęło (i pewnie nie osiągnie) nigdy takiego sukcesu, jak „Gwiezdne Wojny”. Nie bez związku jest w tym przypadku fakt, że świat zrodzony w wyobraźni George’a Lucasa jest tworem nadającym się zarówno dla młodzieży, jak i dorosłych, którzy z młodzieńczej naiwności nie do końca wyrośli. A ci stanowią przecież większość odbiorców podobnych dzieł. „Star Wars” idealnie wykorzystuje to wszystko, coraz to podbijając kolejnymi dodatkami do filmowej sagi rynki dla dorosłych, dzieci, jaki nastolatków. Niniejsza powieść to jeden z nich, przeznaczonych właśnie dla młodszych odbiorców, chociaż pewnie i niejeden dorosły po nią sięgnie. A czy jest to dodatek udany?


Najpierw jednak spójrzmy o czym całość opowiada. Oczywiście trudno jednak nie domyślić się treści, jeśli zna się choć trochę gwiezdną sagę. W kosmosie jak zawsze trwa wojna dobra ze złem. Pierwszą grupę reprezentuje Ruch Oporu, na czele którego stoi generał Leia Organa, drugą zaś organizacja Najwyższy Porządek, pragnąca silną ręką podporządkować sobie wszystkie światy. Jeden z nich, Attera Bravo, zostaje zaatakowany przez ich siły, a pomoc zagrożonym mieszkańcom niesie eskadra Kobalt. Dołączają do niej dwie siostry, które uciekły z okupowanego świata, a które otrzymują trudne zadanie. Czy uda się im je zrealizować?


„Eskadra Kobaltowa” to powieść-dodatek do filmowego hitu „Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi” i jako dodatek właśnie należy ją traktować. To w końcu rzecz dla czytelników dobrze znających ten świat i ten film. Reszta też mogłaby ją śmiało przeczytać, jak na książkę młodzieżową przystało nie ma tutaj zbyt zawiłej fabuły, a wszelkie niejasności wyjaśniają się właściwie same, niemniej to fani będą czerpać z niej najwięcej przyjemności.


Czy dorośli też? W pewnym stopniu tak, bo to w końcu kolejny segment uwielbianego przez nich uniwersum, jednak należy pamiętać, że całość napisana jest lekko, prosto i ze sporą dozą naiwności. „Eskadrę Kobaltową” czyta się szybko i przyjemnie, ale nie ma tu żadnej głębi – czy jednak „Star Wars” kiedykolwiek ją oferowały?


Całość wieńczy solidna porcja dobrych grafik w wykonaniu Phila Noto, który pracował dla Marvela m.in. nad komiksami o Poe Dameronie znanymi z magazynu „Star Wars Komiks” i dobre wydanie. Szukacie czegoś dla młodszych fanów „Gwiezdnych Wojen”? Albo cierpicie na niedosyt opowieści związanych z najnowszą trylogią? To powieść dla Was.


A ja dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

czwartek, 26 kwietnia 2018

Przygody Smerfów #11: Smerfolimpiada - Peyo

IGRZYSKA SMERFÓW


Chyba żaden komiks wydany w naszym kraju nie kazał na siebie czekać tak długo, od chwili jego zapowiedzi, jak właśnie ten. Pamiętam, jak byłem dzieckiem i jak kupowałem wówczas albumy z przygodami Smerfów. To wtedy, w roku 1998, czyli dokładnie dwadzieścia lat temu, na końcu „Zupy ze Smerfów” zapowiedziano „Smerfolimpiadę”. Komiks ten jednak się nie ukazał… aż do dziś, kiedy to trafia na księgarskie półki dokładnie w trzydziestopięciolecie swojego pierwszego wydania. Czy warto było na niego czekać? Absolutnie tak, bo jak każde z dzieł Peyo, także i on dostarcza niesamowitej rozrywki, która kupi serca zarówno najmłodszych, jak i najstarszych czytelników.


Co na nich wszystkich czeka w środku? Jak w wielu innych tomach, tak i w tym kilka krótkich opowiastek z małymi niebieskimi stworkami. W pierwszej z nich, tytułowej, Osiłek próbuje znaleźć rozwiązanie gnębiącego go problemu. Lubi ćwiczyć, ale nie ma z kim. Z pomocą Papy Smerfa chce zorganizować Smerfolimpiadę, jednak rodzi to kolejne kłopoty, bo czy inne Smerfy, tak bardzo niechętne do wysiłku, zechcą zaangażować się w sportową rywalizację i związane z tym wyrzeczenia?

W kolejnym komiksie „Wielkanoc u Smerfów” z okazji tytułowego święta niebiescy bohaterowie chcą dać Papie Smerfowi jajko w prezencie. Zaczyna się jednak rywalizacja, kto będzie miał lepsze. Całość wieńczy natomiast „Plac zabaw dla Smerfów”, gdzie Smerfy przekonują się, że ich ławki, huśtawka etc. się zepsuły. Jak wiadomo coś trzeba z tym zrobić, żeby nadal cieszyć się chwilami odpoczynku.


Trudno mi być obiektywnym w przypadku tego tomu, bo obudził we mnie tak wiele sentymentów, jak żaden z wydanych w ostatnich latach albumów ze „Smerfami”, że przełożyły się one na wrażenia płynące z lektury, ale nie skłamię, jeśli powiem, że to naprawdę znakomity komiks. Bo czy któryś tom Smerfów był zły? Właśnie, a „Smerfolimpiada” to dzieło, do jakich przyzwyczaił nas Peyo. Mądre, zabawne, z przesłaniem i doskonale nadające się dla czytelników w każdym wieku. Dla mnie prywatnie należy ono do jednym z najlepszych w jego dorobku, ale jak już mówiłem, obiektywny być nie mogę.


Mogę natomiast z radością powiedzieć, jak doskonale bawiłem się, czytając niniejszy album. A przecież po tylu latach czekania, mógł nie sprostać moim oczekiwaniom. Na szczęście zarówno scenariusze poszczególnych historii, jak i niezapomniana szata graficzna, czysta, doskonale wykonana i uzupełniona o świetny kolor, nie zawiodły.


Dlatego też nie pozostaje mi nic innego, jak polecić „Smerfolimpiadę” Waszej uwadze. Nie ważne, ile macie lat, taka klasyka się nie starzeje i każdego bawi w równym stopniu. Ja jestem bardzo, bardzo zadowolony i z niecierpliwością czekam na kolejny zapowiedziany już tom.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



Jonka, Jonek i Kleks #8: Szalony wynalazca i inne opowieści - Szarlota Pawel

CIĄG DALSZY KLASYKI POLSKIEGO KOMIKSU


Długo kazał na siebie czekać ósmy tom "Jonki, Jonka i Kleksa", bo aż cztery lata. W końcu jednak jest i oprócz solidnej dawki znakomitej rozrywki dla miłośników klasyki rodzimego komiksu, niesie także zapowiedź kolejnej części. Najważniejsze jednak w tym momencie jest to, że w ręce czytelników trafił kolejny znakomity album, który powinien poznać każdy fan polskich opowieści graficznych, niezależnie od wieku.


W tym tomie bohaterowie, jak zwykle zmagają się z problemami i biorą udział w najróżniejszych przygodach. Jak przeżyć jedną z nich, kiedy nie ma się pieniędzy na wyjazd? Wystarczy nieco wyobraźni i można cieszyć się niezwykłymi rzeczami i odkrywaniem  nowych miejsc. A przy okazji czegoś nauczyć. Czy Kleksowi uda się zbudować piorunochron? Co czeka na bohaterów na terenie budowy i w lesie? A co po powrocie do szkoły? Witajcie w barwnym świecie Jonka, Jonki i Kleksa!


Być może przygody Jonki, Jonka i Kleksa (nie mylić z Panem Kleksem) nie są tak popularne, jak "Tytus, Romek i A'Tomek", dzieła Janusza Christy (u którego autorka uczyła się sztuki rysowania) czy Tadeusza Baranowskiego, ale zarazem komiksy o nich to taka sama klasyka, jak wspomniane legendy. I co więcej utrzymane są na podobnym poziomie. Widać to już na pierwszy rzut oka po samej szacie graficznej. Rysunki Szarloty Pawel to typowe cartoonowe ilustracje. Obłe, dość uproszczone, samą kreską, jak i "gęstością" plansz przypominające dokonania ojca Kajka i Kokosza, uzupełnione są o podobny do tamtych dzieł, prosty kolor. Wszystko to jednak, jak zawsze zresztą, wygląda znakomicie, ma swój klimat i z miejsca wpada w oko.


Ale pozostaje pytanie, jak "Jonka, Jonek i Kleks" prezentują się od strony fabularnej? Bardzo dobrze. Treść jest prosta, to prawda, bywa też infantylna i promująca konkretne rzeczy czy pisma sprzed lat, ale taki już urok tych starych, dziecięcych komiksów. Ten, jak wiele innych, powstałych w czasach PRL-u, miał za zadanie oderwać dzieci od szarej codzienność i wprowadzić więcej barw i humoru do ich życia. I robi to w udany sposób, także w obecnych czasach. Pocieszenia i poprawy humoru, nigdy dość, prawda?


Jeśli więc szukacie czegoś dla najmłodszych, albo sami macie po trzydzieści kilka, czterdzieści kilka lat i chcecie sentymentalnego komiksu, ale nie kolejnego "Tytusa" czy "Kajko i Kokosza", sięgnijcie po "Jonkę, Jonka i Kleksa". Warto. To dobra, ciepła, sympatyczna i udana lektura.


A ja dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



Bakuman #9 - Tsugumi Ohba, Takeshi Obata

 POZNAJ MOICH RODZICÓW



"Bakuman" to bez dwóch zdań najlepsza manga, jaką w chwili obecnej czytam - a sporo najróżniejszych tytułów przewija się przez moje ręce. Co jest w niej takiego niezwykłego? Przede wszystkim doskonale trafia w mój gust, z jednej strony serwując fascynującą opowieść o kulisach tworzenia i wydawania komiksów, z drugiej zaś obyczajowo-romantyczną opowieść, która urzeka i potrafi autentycznie poruszyć. Do tego dochodzi ujmująca w swej naiwności historia o przyjaźni, pełna napięcia rywalizacja, szczypta najdelikatniejszej erotyki spod szyldu panchira, dużo humoru i zachwycająca szata graficzna.


Co konkretnego dzieje się w dziewiątym tomie? Mashiro i Takagi w końcu zdobywają drugą serializację i wracają do ciężkiej pracy. Niestety wymyślanie kolejnych żartów nie jest łatwe, kiedy nie czuje się tego typu historii, a niezbyt zadowalające obu twórców miejsca w rankingu sprawiają, że po raz kolejny dopadają ich wątpliwości co do obranej drogi. Szczególnie, że Iwase z pomocą Niizumy wkracza w mangowy świat i bierze go szturmem swoją przebojową serią.

Oczywiście dla Takagiego serializacja wiąże się z innymi problemami. Obiecał bowiem Miyoshi, że gdy tylko manga jego i Mashiro dostanie własne miejsce w „Jumpie”, ożeni się z nią. By jednak doszło do ślubu, musi najpierw poznać jej rodziców i zdobyć akceptację ojca. Jednak, kiedy spotkanie dochodzi już do skutku, okazuje się mieć bardzo nieoczekiwany przebieg…


Ciągle powtarzam, jak "Bakuman" jest świetny, co ma dobrego do zaoferowania co tak bardzo mnie w nim zachwyca itd., itd. Ale czy ta seria może się komuś nie podobać? A jeśli tak to dlaczego? Odpowiedź brzmi oczywiście „tak”. Nie ma bowiem dzieła, które zadowoliłoby wszystkich, poza tym zawsze znajdą się malkontenci. Co zatem tu może nie przypaść do gustu niektórym odbiorcom? Pewnie ilość tekstu, która odstraszy czytelników nastawionych na szybki, niewymagający zaangażowania odbiór. I pewnie też naiwność w ukazaniu przyjaźni i solidarności mangaków wyda się niektórym zbyt infantylna - choć dla mnie jest to sympatyczne ziszczenie na papierze marzeń: zarówno tych prywatnych, jak i typowo chłopięcych.


Jednakże każdy kto lubi, gdy komiks wymaga od niego więcej i sam ma w sobie jeszcze coś z dziecka (a także romantyczną duszę), będzie usatysfakcjonowany. Poza tym "Bakuman" to opowieść dla miłośników komiksów, ukazująca kulisy tworzenia mangi i rynku wydawniczego. I choć w przyjaźni i solidarności widać wspomnianą naiwność, na tym polu autorzy w dość bezlitosny sposób ukazują blaski i cienie rynku. Mangaka, który zapracował się na śmierć, seria, która zostaje przerwana bo chory twórca nie był w stanie nad nią pracować, a popularność gwałtownie spadła wśród czytelników itd., itd.


Czyta się to absolutnie rewelacyjnie, ogląda z równie wielką przyjemnością, bo "Bakuman" jest o wiele bardziej realistyczny i szczegółowy, niż większość mang. A do tego mamy świetne wydanie o powiększonym formacie, które lepiej pozwala cieszyć się ilustracjami. W skrócie: warto. I to pod każdym względem.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.








środa, 25 kwietnia 2018

My Little Pony: Dzielna Do i Kwiat wieczności - A.K. Yearling i G.M. Berrow

GALOPEM DO WIECZNOŚCI


Świat Kucyków Pony to świat w dużej mierze oparty na żonglowaniu popkulturowymi schematami (przynajmniej na tyle, ile się w tym wszystkim orientuję, czytając komiksy z tej serii). Dlatego też nie mogło zabraknąć wśród nich swoistej parodii Indiany Jonesa. Tą zaś jest właśnie bohaterka tej sympatycznej książki, Dzielna Do. Gotowi poznać jej niezwykłe przygody?


Nieśmiertelność – chyba każdy, a przynajmniej większość z nas chciałaby ją osiągnąć. Ludzkość od zawsze o tym marzyła, wierzyła w kamień filozoficzny i podobne artefakty, starała się osiągnąć ją za wszelką cenę i wciąż stara, choćby poprzez odsuwanie od siebie oznak starzenia się za pomocą najróżniejszych specyfików. Dlaczego więc Kucyki miałby być pod tym względem inne? Dzielna Do, nieustraszona poszukiwaczka przygód, wpada na trop istnienia Kwiatu Wieczności. Ta legendarna roślina da wieczne życie każdemu, kto napije się jej nektaru, ale, jak się można spodziewać, nie będzie łatwo ją znaleźć. Pchana rządzą przygody i poznania prawdy na jej temat Do wyrusza w podróż, ale oczywiście nie jest jedyną, która chce dotrzeć do Kwiatu. Musi jednak zrobić to jako pierwsza, bo inaczej ten może wpaść w niepowołane ręce…


Ileż to już było opowieści o szukaniu nieśmiertelności? Nawet Indiana Jones, w swojej „Ostatniej Krucjacie” szukał Świętego Graala, który miał uchronić znalazców przed śmiercią właśnie. „Dzielną Do i Kwiat Wieczności” można uznać za taką kucykową wersję tego dzieła – i to całkiem udaną, mimo wtórności tematu, choć przeznaczoną dla najmłodszych czytelników.


Jak na książeczkę tego typu przystało, dzieło to jest proste, łatwe w odbiorze, a jednocześnie sympatyczne. Nie brakuje w nim humoru, jest też przesłanie i promowanie dobrych wartości – czyli to, co powinna mieć w sobie każda dobra książka dla dzieci. Fakt, że dostarcza rozrywki nie tylko miłośnikom sympatycznych Kucyków (bo w końcu każde dziecko mające ochotę na przygodową książkę będzie zadowolone z lektury) jest jak najbardziej in plus.


Do tego dochodzi też dobre wydanie, przykuwające uwagę młodszych czytelników kolorową okładką i ładnie przygotowanym środkiem. Jeśli Wasze dzieci kochają „My Little Pony”, albo po prostu chcecie dla nich jakiejś sympatycznej opowiastki, polecam. Warto.


A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Mój Kucyk Pony: Przyjaźń to magia #11

KIEDY SŁODYCZ ZMIENIA SIĘ W MROK


W najnowszy, jedenastym już tomie serii "My Little Pony - Mój Kucyk Pony: Przyjaźń to magia" na czytelników po raz kolejny czekają dwie krótsze historie o sympatycznych, kolorowych bohaterach. Jeśli bawiliście się dobrze czytając poprzednie tomy, także i teraz czeka na Was mnóstwo słodkiej, udanej rozrywki dla dzieci, która jednocześnie ma przecież tak wielu dorosłych fanów. Gotowi na nią?


Dwie historie, różni bohaterowie, rożne problemy, ale podobne skutki. Jak zwykle w obu przypadkach zaczyna się niewinnie, a potem w życie Kucyków wkraczają mrok i problemy. I to jakie.

W pierwszej opowieści nasze kucyki wracają właśnie z Abyssinii, kiedy nagle natrafiają na coś, co robi "chlusty" i "bulbule" - w skrócie gorące źródła. Niby nic w tym niezwykłego, jednak woda pojawiła się tu właściwie znikąd w ciągu kilku zaledwie dni. Czyżby powstały naturalnie? Bohaterowie myślą, że tak, dlatego wyzbywają się ostrożności i zaczynają zabawę. I wszystko byłoby pięknie, gdyby potem nie zaczęły się dziwnie zachowywać, a w ich świat wkradł się niebezpieczny mrok...

W drugiej opowieści z Ponyville zaczynają się wybory burmistrza. Każdy spodziewa się, że wygra je dotychczasowa Pani Burmistrz, jednak pojawia się kontrkandydat - Filthy Rich. Jak potoczy się ich wspólna rywalizacja?


Jeśli czytaliście jakiś z komiksów "My Little Pony", wiecie czego się spodziewać i po tym. Z podobnymi dziełami tak to już jest, że wystarczy poznać jedno z nich, a zna się wszystkie. Czy to źle? Przeciwnicy powiedzą, że tak, bo nie ma w tym żadnej świeżości, fani będą odmiennego zdania, bo w końcu dostaną kolejną porcję tego, na co czekają i liczą. A na co mogą liczyć ci, którzy "Przyjaźń to magia" jeszcze nie znają?


Przede wszystkim na mnóstwo kolorowej, cukierkowej słodyczy, rozpisanej na infantylne, ale urocze opowiastki pełne humoru. Nie brak tu także czegoś ponad to, bo twórcy serii lubią żonglować popkulturowymi motywami i parodiować je. Do tego dochodzą proste, niemniej sympatyczne przygody i przyjemna, cartoonowa i tak barwna, że aż bijąca po oczach szata graficzna. Samo wydanie przedstawia się bez zarzutu, mamy tu w końcu twardszą oprawę i dobry, kredowy papier. Miłośnicy "My Little Pony" powinni poznać komiksy, bo są naprawdę udane. Tak samo, jak wszelcy miłośnicy takiej słodyczy. Im ta seria się spodoba.


A ja dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.


Bakuman #8 - Tsugumi Ohba, Takeshi Obata

FACECI TO ŚWINIE


W ósmym tomie „Bakumana” wątki romantyczne nabierają tempa, komplikują się coraz bardziej, a jakby tego było mało, na bohaterów czeka coraz więcej pracy nad mangą. Powrót do własnej serii nie jest bowiem taki łatwy, jak sądzili, a przecież konkurencja nie śpi! I choć oni wszyscy męczą się niemiłosiernie, na czytelników znów czeka solidna porcja rewelacyjnej zabawy.


Takagi spotyka się z Aoki w zoo, nieświadomy, że mangaczka zaaranżowała to spotkanie na prośbę Iwase, która od zawsze kochała się w nim i z czasem uczucia wcale nie zmalały – wręcz przeciwnie. Iwase, która wygrała konkurs swoją powieścią, chce zainteresować sobą Takagiego, jednak on nie zamierza wchodzić z nią w żadne relacje. Dziewczyna postanawia więc zacząć z nim rywalizację na polu zawodowym i stworzyć własną mangę!

Tymczasem Miyoshi zaczyna podejrzewać, że Takagi ma kogoś na boku. Kiedy wydarzenia zdają się potwierdzać jej teorię, dziewczyna nie ma pojęcia co ze sobą zrobić. Niestety tajemnice, jakie narastają wokół całej sytuacji sprawiają, że dochodzi do kłótni nie tylko między nimi, ale także Mashiro i Azuki. Gdy ich związki wiszą na włosku, a żadna ze stron nie zamierza zrobić pierwszego kroku, także Nakai zaczyna borykać się z kłopotami. Wychodzi bowiem na jaw jego druga natura, a ta nie podoba się żadnej z jego wybranek.

Kto z kim będzie? Czyje uczucia ucierpią? Jak poszczególni bohaterowie poradzą sobie z nowymi mangami? I czy uda się wyprostować tak skomplikowaną sytuację?


Faceci to świnie - tak po części można podsumować treść niniejszego tomu. Kobiety (a raczej ukochana głównego bohatera) nie zawsze są lepsze od nich, ale jako że akcję śledzimy przede wszystkim z męskiego punktu widzenia, to oni najbardziej rzucają się w oczy. Jeden z bohaterów tak desperacko pragnie zainteresowania płcią przeciwną, że posuwa się niemal do szantażu. Inny nie zamierza przeprosić swojej dziewczyny, chcąc by to ona ugięła się, jako pierwsza. Kolejny choć ma powody by wytłumaczyć swojej ukochanej sytuację, w jakiej się znaleźli, woli by nie ucierpiała jego męska duma. A kobiety cierpią i mają już dość siedzenia cicho.


O tej wojnie nerwów na linii kobiety-mężczyźni czyta się po prostu rewelacyjnie. Oczywiście nie brak tu też emocji wynikających z rywalizacji na polu zawodowym - równie intensywnych, co w przypadku śledzenia zawodów sportowych - i pomniejszych wątków, które nawet jeśli nie wnoszą wiele do całości, ubarwiają świat naszych bohaterów. Oczywiście wszystkie z postaci są wyraziste, charakterystyczne (czasem charakterne, jak Miyoshi) i krwiste. Żyją własnym życiem i nie czuć ani trochę, że są to osoby wymyślone na potrzeby fabuły, a to naprawdę wielka sztuka.


Do tego mamy znakomitą, realistyczną i po prostu piękną szatę graficzną i dobre wydanie. Aż żal natomiast, że nie mamy w "Bakumanie" kolorowych stron, ale i tak jest się z czego cieszyć. Ja serię niezmiennie gorąco polecam i zachęcam do jej poznania.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.








Lucky Luke #60: Daltonowie tracą pamięć - Xavier Fauche, Jean Léturgie, Morris

AMNEZJA DALTONÓW


Drugi z wydanych w kwietniu tego roku albumów "Lukcy Luke'a" skupia się na postaciach największych wrogów tytułowego bohatera, braciach Daltonach. Oczywiście o czym by nie opowiadał, każdy komiks z tej serii dostarcza zawsze dobrej, lekkiej i pełnej humoru rozrywki i nie inaczej jest także tym razem. I choć nie należy on do najbardziej oryginalnych opowieści o najszybszym kowboju świata, trzyma poziom, do jakiego przyzwyczaili nas kontynuatorzy serii.


Bracia Daltonowie to zakały Dzikiego Zachodu i najwięksi wrogowie Lucky Luke'a, z którymi nasz dzielny bohater od dawna bawi się w kotka i myszkę. On ich łapie, oni trafiają do więzienia, znajdują sposób by z niego uciec, przy okazji mają genialny plan na kolejny skok, a potem kowboj znów ich chwyta, zanim uda im się cokolwiek osiągnąć i tak w kółko. Co tym razem przyszło im do głowy? Kiedy więzień zajmujący jedną z sąsiednich cel zostaje wypuszczony na wolność ze względu na amnezję, przestępcy postanawiają zacząć udawać chorobę. Luka prawna zabraniająca karania kogoś, kto nawet nie pamięta swoich czynów staje się ich nową szansą na przechytrzenie wymiaru sprawiedliwości. Nic prostszego? Łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić! Sąd nie jest skłonny ani tak łatwo im uwierzyć, ani tym bardziej odpuścić. Dlatego też wynajęty zostaje nie kto inny, tylko Lucky Luke, który ma pomóc braciom przypomnieć sobie fakty z ich przeszłości...


Przyznam, że nie spodziewałem się, iż ten tom będzie tak udany. Jego fabuła opiera się w końcu na pomyśle, który - co tu dużo mówić - wydaje się być zrodzony z desperacji. A jednak scenarzyści tego album Jean Leturgie i Xavier Fauche zdołali nie tylko przekuć go w coś udanego, ale przede wszystkim wykorzystali cały pomysł w najlepszy możliwy sposób. W konsekwencji powstała fabuła, którą czyta się jednym tchem, pełna żartów, przygód i nieśmiertelnego klimatu charakterystycznego dla Lucky Luke'a.


Szata graficzna także nie zwodzi. Odpowiedzialny za nią Morris, ojciec całej serii i twórca postaci najszybszego kowboja na Dzikim Zachodzie, jak zwykle pokazał się od znakomitej strony. Czysta, klasyczna, cartoonowa kreska plus prosty, ale świetnie do niej pasujący kolor nieodmiennie robią wrażenie od kilkudziesięciu lat. I nie przestaną, bo takie rzeczy się nie starzeją.


W skrócie, jeśli szukacie dobrego komiksu humorystycznego, zainteresujcie się "Lucky Luke'iem". Możecie nie lubić westernów, ale ta seria i tak się Wam spodoba. Polecam.


A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.


Lucky Luke #9: Szyny na prerii - René Goscinny, Morris

KLASYKA... KLASYKI


Ten tom "Lucky Luke'a" jest tomem dość niezwykłym, choć pozornie nie wyróżnia się niczym szczególnym na tle pozostałych części serii. Co jest w nim zatem innego? To właśnie od tego, liczącego sobie już ponad sześćdziesiąt lat, albumu swoją przygodę z pisaniem serii zaczął jeden z najlepszych jej scenarzystów, a także legenda komiksu humorystycznego, René Goscinny. Potem zajęcie to kontynuował przez ponad 20 lat, dając nam blisko 40 znakomitych komiksów z dzielnym kowbojem. Jak jednak przedstawia się ten jego luckyluke'owy debiut?


Zanim odpowiem na to pytanie, spójrzmy na treść tego tomu. Prace nad budową linii transcontinental w Dead Ox Gulch oraz w Las Puertitas nie mają zbyt wiele szczęścia. Od miesięcy stoją w miejscu, a przestrzeń pomiędzy obiema miastami straszy dziką ziemią niczyją. Prezes Transcontinental Railway Black Wilson stwierdza, że tak dłużej nie może być i wysyła telegram z nakazem powrotu pracowników do działania. Jednocześnie jeden z jego pracowników wysyła telegram by wszelkie prace wstrzymano. Co się w rzeczywistość dzieje w spółce i w samym Dead Ox Gulch?  Los chce, że w mieście zjawia się akurat nie kto inny, jak Lucky Luke. To on stawia czoła przeciwnościom losu i bandytom, i mobilizuje ludzi oraz robotników do działania. To jednak dopiero początek kłopotów, z jakimi będzie musiał się zmierzyć...


"Lucky Luke" to jedna z tych serii, które absolutnie zasłużyły sobie na miano klasyki i chyba nikt nie będzie się z tym określeniem spierał. A skoro tak, to ten album śmiało można nazwać klasykiem klasyki. Pochodzi w końcu z samych początków istnienia serii - jest jej dziewiątym tomem, opublikowanym pierwotnie dawno temu, bo w 1957 roku. Trochę więc minęło czasu od jego premiery, "Szyny na prerii" miały więc pełne prawo się zestarzeć, a jednak tak się nie stało. Jak pozostałe tomy, tak i ten, bawi, śmieszy i właściwie sam się czyta, a przygody dostarczają solidnej porcji dobrej rozrywki.


Nieco inaczej jest z szatą graniczną. Nie zestarzała się, ale rożni się nico od tego, do czego przyzwyczaiły nas późniejsze tomy. Szczególnie jeśli chodzi o design postaci. Nie myślcie jednak, że jest na tym polu źle, bo to nie prawda. Jest po prostu odrobinę inaczej, ale tak samo znakomicie. Kreska jest czysta i pełna uroku, poszczególne ilustracje potrafią rozbawić. Mamy też znakomity kolor i dobre wydanie. Miłośnicy Lucky Luke'a i europejskich komiksów powinni ten album poznać koniecznie. Tak samo zresztą, jak fani Goscinnego. Ale nie zawiedzie się też nikt, kto chciałby przeczytać coś lekkiego i humorystycznego. Polecam.


I dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.


wtorek, 24 kwietnia 2018

Vei, tom 1 - Sara Elfgren, Karl Johnsson

NIE TYLKO THORGAL


Komiks fantasy z wikingami? Pierwsze skojarzenie to na pewno "Thorgal", seria zasłużona, którą doceniam, choć wielkim fanem nie jestem. Ale nie samym "Thorgalem" człowiek żyje, nordyckiego fantasy nawet w komiksowym wydaniu nie brakuje, a "Vei" należy do całkiem udanych przedstawicieli tego gatunku. Bardziej młodzieżowych co prawda (choć trudno mi do końca scharakteryzować ten album w taki właśnie sposób), ale wartych poznania, jeśli lubicie takie właśnie klimaty.


Wśród fal dryfuje ona. Wycieńczona, bliska śmierci kobieta, która znaleziona zostaje przez wikingów. Zabrana na ich statek nie ma większych szans na przeżycie – sami podróżnicy nie mają zbyt wiele jedzenia, a o nią trzeba by się było zatroszczyć, jednak szybko okazuje się, że ocalona nie jest tym, kim się wydaje. Nie pochodzi bowiem z Midgardu, tylko z Jotunheimu, mitycznego królestwa olbrzymów, którego swoją drogą poszukują właśnie wikingowie. Zdania ludzi, co z nią zrobić, są podzielone. Nie każdy wierzy też w jej pochodzenie Vei jednak, bo tak nazywa się ta kobieta, stanie się początkiem niezwykłej, pełnej niebezpieczeństw, przygody.


Gatunku fantasy nikomu nie trzeba przedstawiać. Ta stanowiąca przedłużenie baśni, przeniesionych na bardziej dorosły grunt, będąca fantastyczną odmianą typowych opowieści przygodowych gałąź literatury, filmu, komiksu i co tam Wam jeszcze przyjdzie do głowy, od dekad cieszy się właściwie niesłabnącą popularnością. Wystarczy zobaczyć kilka kinowych hitów czy ilość tego typu książek na księgarskich półkach. Co sprawia, że na tak bogatym tle warto jest sięgnąć po "Vei"?  czy w ogóle warto?


Tak, bo to dobry komiks, w odróżnieniu od przerażającej większości powieści - szczególnie tych dla młodzieży. Kto czytał kilka z takich lektur, wie na pewno o czym mówię. Nie twierdzę, że "Vei" jest komiksem wybitnym, bo nie jest - to czysta, lekka i przyjemna rozrywka, nic poza tym - jednak oferuje naprawdę dobrą zabawę. Ma klimat, ma ciekawą przygodę i niezłych bohaterów. Dobrze się to czyta, a wymogi gatunkowe zostały spełnione więc miłośnicy fantasy nie będą zawiedzeni.


Niezła jest też szata graficzna albumu. Kreska jest czysta, realistyczna, choć uproszczona. Kładziony komputerowo kolor też wypada nieźle, choć ja osobiście wolałbym coś bardziej klasycznego. Europejski komiks dla mnie na zawsze pozostanie już taki, jakim zapamiętałem go lata temu - tradycyjnym, malowanym farbami, ale z sercem i duszą, czego współczesnym komiksom niestety jest brak. Ale to tylko moje zdanie, ilustracje w "Vei" zaś nie są czymś na co mógłbym narzekać. Całość, wraz z fabuła i świetnym wydaniem, składa się na album, który miłośnikom fantasy i opowieści przygodowych mogę polecić z czystym sercem. I tylko to się liczy.




Bakuman #7 - Tsugumi Ohba, Takeshi Obata

COŚ SIĘ KOŃCZY, COŚ ZACZYNA


Siódmy tom „Bakumana” przynosi sporo zmian. Zmienia się kariera głównych bohaterów, zmienia się też ich życie, ale i na scenie pojawia się nowa postać, która może wiele namieszać. A to zaledwie część z tego, co czeka na Was w tej części.


Redaktor naczelny „Jumpa” podejmuje decyzją o zamknięciu dwóch serii: „Hideout Door” i „Trapa”. Mashiro i Takagi są w szoku, liczyli w końcu, że ich tytuł się utrzyma i przyniesie im sławę, a jednak znów muszą zaczynać od początku. A nie będzie z tym łatwo, bo brakuje im już zapału, a co gorsze pomysłów. Czy jednak będą w stanie długo wytrzymać bez mangi? Oczywiście, że nie! Dlatego też z tym większym zapałem biorą się do pracy nad kolejnymi tytułami, chcąc wrócić do magazynu one-shotami, zanim porwą się na kolejną serializację. Wszystko zdaje się iść po ich myśli, w końcu „Jump” nie chce ich stracić, ale czy rzeczywiście są aż tak znakomitymi twórcami, by spełnić swoje  marzenia? I czy ich własny redaktor nie będzie dla nich większą przeszkodą, niż pomocą?

Na wszelki wypadek, gdyby miało im się nie udać zostanie mangakami, którzy żyją z rysowania i pisania, obaj udają się na studia. Tymczasem Nakai decyduje się wyznać Aoki swoje uczucia. Jakby tego było mało, Aoki i Takagi zaczynają wzajemnie pomagać sobie w stworzeniu postaci do mangi, a na dodatek pojawia się postać z przeszłości, która nie jest obojętna wobec Takagiego…


"Bakuman" od samego początku opierał się na dwóch rzeczach: pragnieniu tworzenia mangi i miłości. Każdy z tych aspektów był rozwijany cały czas, ale w niniejszym tomie można rzec, że osiągnął punkt kulminacyjny. Bohaterowie mierzą się z porażką, upadają, ale podźwigają się, starają pokazać na co ich stać i znów zmagają się z procesem twórczym i wydawniczym poniekąd od samego początku. W sferze uczuciowej natomiast zaczyna dziać się coraz więcej. Przybywa zakochanych postaci, relacje komplikują się jeszcze bardziej, problemów też nie robi się przez to mniej. Wszystko to czyta się absolutnie rewelacyjnie, klimat jest niesamowity, zabawa jak zwykle przednia, do tego dochodzą emocje i zakulisowe ciekawostki, zdradzające nam sekrety mang typu shounen - zarówno komedii, bitewniaków, jak i panchira oraz ecchi.


Warto przy okazji zauważyć jedną rzecz. W tym tomie problemy na polu twórczym bohaterów sprowadzają się głównie do tego, że choć tworzą świetne fabuły i rysunki, nie potrafią zarazem wykreować ciekawych postaci. Inaczej jest jednak z twórcami "Bakumana", bo ich bohaterowie nie tylko są ciekawi, ale przy okazji po prostu rewelacyjnie skonstruowani. Każdy z nich jest krwisty, rozpoznawalny i psychologicznie przekonujący. Ich charakter oddają doskonale także same ilustracje. Te zresztą są bardzo realistyczne, jak na mangę i doskonałe niemal w każdym calu.


Jeśli nie jest to jeszcze oczywiste, dodam dla formalności: polecam. I to bardzo, bardzo gorąco. "Bakuman" to seria, która spodoba się każdemu miłośnikowi komiksów, nie tylko mang.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.