czwartek, 31 maja 2018

Dimension W #12 - Yuji Iwahara

KONIEC ŚWIATA


Jeśli chodzi o mangi typu shounen to mam do nich szczególny sentyment. W końcu jako chłopiec, a potem nastolatek, to właśnie ich pochłaniałem najwięcej i najbardziej mnie wciągały. Nic więc dziwnego, że obecnie budzą we mnie ciepłe uczucia i nadal z wielką ochotą po nie sięgam. "Dimension W" to kolejna z takich pozycji. Przy okazji to także udana manga, która potrafi przełamać schemat w naprawdę ciekawy sposób dodając do niego elementy z zupełnie innych gatunków. I choć w ostatnich tomach trzyma się dość jasno wytyczonych ścieżek shounenowych, całość nadal warta jest uwagi i dostarcza dobrej rozrywki.


Wydawało się, że „Syndykat” przynajmniej na pewien czas, odpuścił swoje działania, ale nic bardziej mylnego. Gdy dyrektorzy NTE spotykają się w sprawie serii zabójstw zbieraczy i zamordowania jednego z ich członków, jego przywódca, Drake, wkracza na zebranie i żąda by nie przeszkadzali mu w misji. Zbliża się bowiem koniec świata, przewidziany przez doktora Yurizakiego, a on zamierza się tym zająć.

Tymczasem Kyouma i Ela starają się zrozumieć znaczenie Miry i jej dwuwarstwowego ogniwa. Świerszcz zdaje się wiedzieć jakie jest przeznaczenie tego ostatniego i co kryje w sobie androidka, ale czy to zbliży bohaterów do poznania wszystkich jej sekretów? Tymczasem sama Mira, po spotkaniu z Drake’iem, wie że odegra niezwykle ważną rolę w zbliżającym się końcu świata…


"Dimension W" to nic innego, jak wzorcowe shounen i to pod każdym względem. Mamy głównego bohatera, nietypowego jak na realia, w których przyszło mu żyć, będącego przy okazji kimś na kształt wybrańca. Mamy piękną, niewinną dziewczynę (androidkę), kryjącą swoje tajemnice. Mamy też ciekawy świat, gdzie czai się wiele niezwykłości, ale też i niebezpieczeństw. A wreszcie są tutaj wrogowie, z którymi trzeba toczyć bój.


Oczywiście na tym nie koniec. Jest tu humor, miłość i rywalizacja, osadzone w świecie science fiction, a wracając do wcześniejszych tomów, także horror (choć w tym akurat także ten gatunek jest przez chwilę obecny). Akcja jest szybka, całość czyta się lekko i przyjemnie, fabuła czasem potrafi zaskoczyć, czasem wzruszyć. Do tego mamy udaną szatą graficzną, nieco bardziej brudną, niż w podobnych mangach, o grubszej kresce i prostszym wyglądzie i świetne wydanie.


"Dimension W" co prawda jest lekturą głównie dla nastoletnich chłopców, ale nie tylko oni będą się dobrze bawili czytając tę serię. Każdy, kto wychował się na shounenach znajdzie tu coś dla siebie, podobnie zresztą jak miłośnicy komiksów akcji osadzonych w realiach SF. Ja bawię się znakomicie i polecam.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.






Pan Higgins wraca do domu - Mike Mignola, Warwick Johnson-Cadwell

NA POŁY PARODIA, NA POŁY HOŁD


Non Stop Comics, obok regularnego serwowania kolejnych tomów znakomitych serii (a następne tytuły, na które zacieram ręce, są już zapowiedziane), co jakiś czas wypuszcza na rynek samodzielne albumy z zamkniętymi historiami. Kilka publikacji tego typu, absolutnie wartych poznania, zagościło już na sklepowych półkach, teraz nadszedł czas na dwie nowe. Pierwszą z nich jest zbiorcze wydanie „Śmierci Stalina” (którego omówieniem zajmę się już niedługo), drugą ten oto komiks: najnowsze dzieło Mike’a Mignoli, autora niezapomnianego „Hellboya”, a także wielu innych świetnych tytułów, w tym kilku kultowych horrorów z Batmanem w roli głównej.


Zamek Golga – to tu odbywają się niezwykłe przygotowania. Z okazji Nocy Walpurgii wampiry zbierają się by odnowić swoje demoniczne śluby. Wiedzą jednak, że poluje na nie profesor Meinhard.. Postanawiają więc przygotować się na jego przybycie.
Tymczasem Meinhard zjawia się w klasztorze nad Bałtykiem by prosić znajdującego się tam człowieka o pomoc. Człowiek ów, pan Higgins, który twierdzi, że teraz człowiekiem nie jest, przetrwał starcie w zamku Golga, choć po traumatycznych przeżyciach nie chce tam wracać. Profesor jednak potrzebuje pomocy w realizacji swojego plan, w zamian zaś obiecuje mu, że go zabije, gdy będzie już po wszystkim. Niestety wkrótce on i jego pomocnik wpadają w zastawione przez wampiry sidła. Czy ujdą cało z tej niebezpiecznej przygody?


„Pan Higgins” to komiks rozdarty pomiędzy udany scenariusz, a dość eksperymentalną, dziwną kreską, która jednych kupi, a dla innych będzie nie do przyjęcia. Ja nie ukrywam, że wolałbym ilustracje Mignoli, sam nie raz wyobrażałem sobie poszczególne kadry i strony właśnie w jego wykonaniu, bo mrok i prostota, którymi raczył nas przez lata, idealnie pasowałby do niniejszego komiksu. Ale prace Warwicka Johnsona-Caldwella też są całkiem niezłe. Oniryczne, odkształcone, niemal pozbawione czerni, mają coś w sobie. Jakąś taką swojską nutę, w końcu ku takiemu stylowi ciążą w ostatnich latach polscy artyści komiksowi, co zresztą jest uzasadnione – akcja dzieje się w nadbałtyckim kraju.


Ale prawdziwą gwiazdą tego komiksu jest fabuła. Na poły parodystyczna, na poły stanowiąca piękny hołd horrorom ze złotej ery tego gatunku, szczególnie dziełom studia Hammer i „Nieustraszonych pogromców wampirów” Polańskiego, zabiera nas w podróż przez motywy znane wszystkim miłośnikom grozy. Czego my tu właściwie nie mamy: wampiry, wilkołak, demon, ponure zamczysko, czarna kareta, ślady z krwi, spowity mgłą cmentarz… Każdy doskonale to zna, każdy widział to setki razy, ale w wykonaniu Mignoli i Johnsona-Caldwella i tak to fascynuje i urzeka.


A jaka w tym wszystkim jest lekkość, jaka radość z odtwarzania ukochanych motywów, jaka dobra zabawa, która udziela się czytającym… Jak można tego nie docenić? Dodajcie jeszcze świetne wydanie w twardej oprawie (na półce świetnie komponuje mi się ze zbiorczymi edycjami „Hellboya” czy „Aliensami”, które Mignola ilustrował) i otrzymacie komiks, który powinien znaleźć się w kolekcji każdego miłośnika Mignoli i horrorów. Ja jestem bardzo, bardzo zadowolony i gorąco polecam.




Dziewczyna znad morza #1 - Inio Asano

DZIEWCZYNA Z PUSTKĄ W SERCU


"Dziewczyna znad morza" to kolejna manga, która okazała się być dziełem zupełnie innym, niż się spodziewałem. Z opisu wynikało, że będę miał do czynienia z dojrzałą, psychologiczną opowieścią o nastolatce z problemami - i to po cześć dostałem. Jednak nie miałem pojęcia, że całość będzie tak mocno przesycona realnie ukazaną erotyką, że aż ocierająca się o hentai. Wspominam o tym, żebyście mieli pełną świadomość z jakim tytułem macie tu do czynienia. Ale pamiętajcie o jednym - nowe dzieło Inio Asano to znakomita manga, ciekawa, mocna i skłaniająca do zastanowienia się, choć jednocześnie nie wolna od drobnych minusów.


Małe nadmorskie miasteczko. Nudna mieścina, gdzie nic się nie dzieje. To tu żyje nastoletnia Koume Sato, gimnazjalistka, której życie miłosne nie układa się tak, jakby tego sobie życzyła. Umówiła się co prawda z przystojnym chłopakiem, do którego coś czuje, jednak randka skończyła się na wykorzystaniu dziewczyny i sugestii, że może coś do niej poczuje, jeśli będą to kontynuować. Romantyczne marzenia legną w gruzach, a Koume zaczyna zapełniać wewnętrzną pustkę kompulsywnym seksem z kolegą z klasy, którego traktuje jak swoją prywatną seks zabawkę. Chłopak, czując do niej coś więcej, stara się zrozumieć zachowanie dziewczyny i wzbudzić w niej uczucia. Ale czy ma jakiekolwiek szanse?


Duszna atmosfera, bohaterowie, którym daleko do bycia szczęśliwymi, środowisko pełne brudu i wulgarności i ten świat, niby barwny, niby bogaty w szczegóły, a jednak ponury i przygnębiający. To tu, między zaśmieconą plażą, mrocznymi wnętrzami domów czy szkoły i ciasnymi kabinami toalet, rozgrywa się życie głównej bohaterki. Życie wypełnione kompulsywnym seksem, ukazanym przez autora w dokładny - i dosadny - sposób. Oczywiście nie jest to hentai, narządy płciowe nie są wyeksponowane i mangaka raczej unika ukazywania ich detali, ale właśnie na seksie opiera się ta manga, choć nie jest to seks, który ma za zadanie podniecać czytelników.


Na szczęście manga ma do zaoferowania o wiele więcej, niż tylko ostrą erotykę. Jest tu bowiem ciekawa strona psychologiczna, intrygujący portret młodych Japończyków, dobrze poprowadzona historia obyczajowa... znalazło się też miejsce na nieco uroku i odrobinę uczuć, które ubarwiają całość. Fakt, że "Dziewczyna..." oferuje także wyrazisty, mroczny klimat także należy zaliczyć całości na plus.


I jest jeszcze ta zachwycająca szata graficzna. Niesamowicie realistyczna, bogata w detale, pełna plenerów opracowanych na podstawie zdjęć. Wpada w oko, fascynuje, urzeka... Komplementów można by mnożyć, ale najlepiej zobaczyć całość na własne oczy. Do tego mamy też znakomite wydanie, które ładnie prezentuje się na półce, co też nie pozostaje bez znaczenia.


Miłośnicy ciekawych opowieści obyczajowych, którym nie przeszkadza duża ilość scen z naturalistycznie ukazanym seksem, powinni koniecznie poznać tę mangę. To dobrze napisana, genialnie zilustrowana opowieść o zapełnianiu na siłę pustki w naszym życiu. Ciężka co prawda w odbiorze – bohaterowie to przecież dzieci! – ale intrygująca i aż jestem ciekaw co będzie dalej.


Jeśli chcielibyście zakupić ten tytuł, znajdziecie go tutaj:





wtorek, 29 maja 2018

Amelia i Kuba. Wenecki spisek - Rafał Kosik

KUBA I AMELIA POWRACAJĄ


Rafał Kosik długo kazał nam czekać na swoją nową książkę. Zapowiedzi na zeszły rok napawały nadzieją m.in. na nowy tom "Felixa, Neta i Niki", skończyło się jednak tylko na całkiem udanym powrocie autora do twórczości dla dorosłych pod postacią powieści "Różaniec". Teraz na księgarskie półki trafia najnowsza odsłona "Amelii i Kuby" i choć cieszę się z tego, a sama książka jak zwykle jest udana, mam nadzieję, że będzie to zaledwie przedsmak nowego "FNiN".


Wszystko zaczyna się od tajnej misji zleconej pewnej kobiecie przez pewnego prezesa. Misji, niedotyczącej bezpośrednio naszych bohaterów, ale… Właśnie, jak się można domyślić, Amelia, Kuba i ich rodzeństwo już wkrótce wmieszają się w kolejne tarapaty. Wszystko przez to, że sześcioletnia Mi postanawia połknąć tabletkę na alergię. Niby nic takiego, ale leku nie ma jeszcze w obiegu i chyba nie przypadkiem. Dziewczynce wyrastają włosy tam, gdzie nie powinny, a dzieci, nie chcąc powiedzieć o „wypadku” rodzicom, postanawiają udać się do producenta w poszukiwaniu pomocy. Problem w tym, że laboratoria znajdują się… we Włoszech. Na grupkę dzieci i ich psa czeka szalona podróż, a w jej trakcie wiele przygód i, oczywiście, niebezpieczeństw, bo w ślad za nimi podąża tajemnicza agentka…


"Amelia i Kuba" to nic innego, jak taka dziecięca wersja opus magnum Kosika, czyli cyklu dla nastoletnich odbiorców - "Felix, Net i Nika". Podobni bohaterowie, podobne przygody, nawet świat i realia są tak bliskie, że "AiK" można uznać za spin-off "FNiN". Zresztą w obu tytułach nie brak bardziej wyrazistych wspólnych elementów. Oczywiście są to tylko drobiazgi pojawiające się w tle, ale fani twórczości Kosika wyłapią je tak, jak w "Felixie" mogli wyłapywać rzeczy zaczerpnięte przez autora z jego dorosłych powieści i opowiadań.


Wracając jednak do "Amelii i Kuby", to jest to seria lekka, prosta, ale urocza i przyjemna. Pełna przygód, humoru i bliskich każdemu czytelnikowi elementów, wciąga w swój świat, w którym nie brak zagadek i problemów. Każdy tom, choć stanowi część większej całości, jest lekturą autonomiczną i absolutnie nie wymaga znajomości całej reszty. Dzieci, które chciałyby zacząć swoją przygodę z najmłodszymi bohaterami twórczości Kosika od tej książki śmiało mogą to zrobić bez obaw, że coś stracą. Tylko wątpię czy będą chcieli poprzestać na jednej części, bo "AiM" naprawdę wciąga.


Szkucie dobrej, lekkiej i wartościowej lektury dla najmłodszych na wakacyjne dni? Czegoś uroczo zilustrowanego, ładnie wydanego, ale przede wszystkim interesującego, co wciągnie dzieci na kilka długich godzin? Sięgnijcie po ten i inne tomy serii. I może przeczytajcie też sami, nie wątpię, że niejednemu dorosłemu się to spodoba, szczególnie że Kosik nie raz odwołuje się do lektur, które sami znają z dzieciństwa.


A ja dziękuję wydawnictwu Powergraph za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Shiki #5 - Fuyumi Ono, Ryu Fujisaki

NASTROJOWY HORROR O WAMPIRACH


"Shiki" to manga prosta, a na pierwszy rzut oka także dziwna, jednak przede wszystkim to po prostu dobry, nastrojowy horror. Lekki i niezobowiązujący, niczym zbytnio nie zaskakujący, ale serwujący czytelnikom dokładnie to, czego oczekują od opowieści tego typu. Jest akcja, jest tajemnica, kilka znakomitych scen też się znalazło. Czy trzeba czegoś więcej?


W Sotobie umierają kolejni ludzie, którzy najpierw dostają anemii, a potem nieuchronnie zmierzają prosto do grobu. Sytuacja z każdym dniem staje się coraz dziwniejsza i bardziej niepokojąca, mieszkańcy nie wiedzą co myśleć, a na dodatek wielu z nich wyjeżdża z miejscowości w dziwnych okolicznościach. Część z nich prosi Ozakiego, tutejszego lekarza, by wyjaśnił im co się dzieje. Ten zna prawdę, jednak wiedząc, że nikt nie uwierzy mu w istnienie Powstałych, którzy wysysają ludziom krew, stara się podtrzymać ich wiarę w epidemię i przekonać do kremowania zwłok. Tylko czy zalecane przez niego środki ostrożności wystarczą? Kto jeszcze padnie ofiarą Powstałych? I czy ludzie zdołają pokonać wroga?


Jeśli chodzi o horrory, to te z Kraju Kwitnącej Wiśni, na które kilkanaście lat temu panowała ogólnoświatowa moda, najbardziej przypadły mi do gustu. Oczywiście obok klasyki grozy i filmowych dokonań na tym polu z lat 70. i 80. ubiegłego wieku, ale to nie miejsce ani czas na takie rozważania. Wspominam o tym wszystkim, bo japońskie filmy grozy jako jedyne potrafiły wzbudzić we mnie nieco strachu. I tylko jedna książka i jeden komiks w życiu wywołały podobne uczucia - jak się możecie domyślić były to dzieła właśnie stamtąd: powieściowy "The Ring" Kojiego Suzuki i manga "Dōmu " Katsuhiro Ōtomo. "Shiki" co prawda mnie nie przeraziło, to raczej łagodna lektura, mimo wielu makabrycznych scen, a jednak jest tak klimatyczna, jak nie potrafią być zachodnie komiksy grozy.


Co ciekawe, tytuł czerpie z lęków bliższych nam, niż Japończykom. Mamy tu w końcu wampiry, do tego domostwo wyglądające jak europejski zamek i tym podobne rzeczy. Elementy te są co prawda popularne w horrorach, niemniej nieszczególnie kojarzą się z Japonią. Ta egzotyczna dla Japończyków nuta dla nas staje się swojskim dodatkiem. Ale na tym nie koniec. Mamy tu w końcu niezłą fabułę, ciekawych bohaterów i udaną szatę graficzną. Ta ostatnia jest nieco nietypowa, bo postacie nawet jak na mangę są bardzo chude, wielkookie i w dużym stopniu uproszczone. Tła natomiast to nic innego, jak przerobione, nastrojowe fotografie. Jest też całkiem sporo realizmu, szczególnie w prezentacji co bardziej makabrycznych detali i dużo czerni, budującej odpowiedni nastrój.


Miłośnikom grozy polecać zapewne nie muszę, jednak każdy, kto lubi horrory śmiało może po "Shiki" sięgnąć. Podobnie jak fani thrillerów. Dobra zabawa z dreszczykiem gwarantowana.


A ja dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.








poniedziałek, 28 maja 2018

Wilczyca i Czarny Książę #9 - Ayuko Hatta

KŁOPOTY (Z) SANUŚ


Nawet jeśli czytaliście już niezliczoną ilość mang typu szkolne życie, "Wilczyca i Czarny Książę" to tytuł, po który powinniście koniecznie sięgnąć. Pozornie nie ma w nim niczego świeżego, bo  postacie są zrobione według wszystkim doskonale znanego schematu, a fabuła zawiera niemal wszystkie gatunkowe schematy i zagrania, a jednak seria Ayuko Hatty pokazała jak można wykorzystać to wszystko w tak znakomity sposób, że nie sposób nie zachwycać się tą mangą.


Akcja dziewiątego tomu „Wilczycy i Czarnego Księcia” kręci się wokół postaci Sanuś. Rozpoczyna się nowy rok, kończą się ferie, a Erika wciąż radośnie przeżywa czas spędzony z Kyouyą. Niestety pojawiają się problemy, z którymi trzeba się uporać. Sanuś pracuje w sklepie i właśnie zaczął naprzykrzać jej się pewien klient. Najpierw jedynie zaczepiał, zagadywał, podrywał, próbując jej wmówić, że jest w nim zakochana (co prawda trudno zaprzeczyć, że jest przystojny, ale Sanada nie jest nim zainteresowana), teraz jednak czeka na nią pod sklepem, a dziewczyna obawia się, co może mu przyjść do głowy. Jak poradzić sobie z czymś takim? I jakie intencje ma tajemniczy klient?

Jakby tego było mało, już wkrótce Kyouya zaprasza Erikę do parku rozrywki. To pierwsza taka okazja, ale ku jego zdziwieniu dziewczyna odmawia! Tłumaczy się tym, że zbliżają się urodziny Sanuś i chce z jej bratem wybrać prezent, ale czy aby na pewno? Jej dziwne zachowanie budzi w chłopaku niepokój, czy jednak słuszny?


Pisałem o tym wielokrotnie przy okazji omawiania poprzednich tomów, ale powtórzę się znowu: siłą serii Ayuko Hatty nie jest ani jej oryginalność, ani przełamywanie schematów, a właśnie wzięcie wszystkiego co najlepsze w mangach z gatunku szkolne życie i wrzucenie tego do jednego worka. Następnie autorka wymieszała to wszystko ze sobą i podkręciła tempo tak bardzo, jak to tylko możliwe. W konsekwencji jeden tom "Wilczycy" jest niczym trzy inne - i choć można by się obawiać, że pomysły szybko jej się wyczerpią, Hatta ani na chwilę nie zwalnia.


A co konkretnie znajdziemy na stronach mangi? Mamy niepasującą do siebie parę, która się kocha, ale... No właśnie. Mamy miłosne problemy, szkolne zmagania, humor, emocje... Czyta się to znakomicie, do tego świetna jest także szata graficzna. Znów powiem, że typowa dla tego gatunku, bo delikatna, pozbawiona czerni i lekka, ale doskonale pasująca do całej reszty. Zresztą dokładnie tego oczekują czytelnicz.... czytelnicy, prawda?


Kto lubi szkolne życie, dobre komedie romantyczne, którym daleko do kiczu kinowych hitów z tego gatunku albo po prostu dobre, lekkie mangi rozrywkowe niezależnie od ich typu, powinien "Wilczycę i Czarnego Księcia" poznać. Dobra zabawa gwarantowana. Szczególnie jeśli sami macie kilkanaście lat albo należycie do romantycznych dusz.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.







niedziela, 27 maja 2018

Bakuman #13 - Tsugumi Ohba, Takeshi Obata

MIŁOŚĆ JEST WSZĘDZIE


Bodajże najlepsza manga ukazująca się obecnie na polskim rynku powraca wraz z trzynastym tomem. Po tym, jak niedawno pochłonąłem naraz dziesięć poprzednich części, zamiast mieć dość tej serii, z niecierpliwością czekałem na ciąg dalszy. I oto jest, świeżutki, cieplutki i równie rewelacyjny, co dotychczas. Gotowi na szaloną, pełną emocji, humoru, miłości i rywalizacji opowieść o świecie komiksowych twórców?


Zaczyna się Super Leaders Festival i grupa popularnych autorów, w tym Muto Ashirogi, mają stworzyć z tej okazji one shoty. Mashiro i Takagi zaczynają jednak coraz bardziej oddalać się od siebie. Gdy ten pierwszy postanawia niemal sam zająć się komiksem i na dodatek pójść w stronę typowego romansu, ten drugi całą energię wkłada w pracę nad „Lovetą”. Obaj twórcy zaczynają się kłócić, Takagi popada nawet w konflikt z żoną, a sytuacja robi się coraz bardziej napięta. Co będzie z „PCP”? Czy Mashiro ma szansę samodzielnie stworzyć mangę? I co stanie się z wystawioną na próbę przyjaźnią?

Tymczasem inni mangacy także decydują się stworzyć romanse. Konkurs zostaje przemianowany na Super Leaders Love Festival, a przed twórcami otwiera się szansa zdobycia kolejnej serializacji. Tylko kto wygra to komiksowe starcie? A na horyzoncie już czai się nowe uczucie, które jeszcze bardziej wpłynie na rywalizację…


Jedyny problem, jaki mam z "Bakumanem" jest taki, że kiedy omawiam kolejne tomy, aż chciałbym napisać coś nowego, bo tak znakomita seria wręcz się o to prosi, ale nie mogę. Od początku do końca twórcy konsekwentnie podążają raz obraną ścieżką i chwała im za to. Tutaj naprawdę nie potrzeba nic zmieniać, "Bakuman" to manga niemalże idealna, znajdująca doskonały balans między ambitną opowieścią o mangowym świecie, a historią shounen. Tu romans spotyka się z rywalizacją na polu zawodowym, problemy osobiste łączą się z typowymi, może i patetycznymi, ale jakże uroczymi buddy stories, a komedia sąsiaduje z poruszającymi momentami.


Fabuła, choć od początku kręci się wokół pisania, rysowania i wydawania mangi, nie nudzi ani przez chwilę. W każdym rozdziale coś się dzieje, twórcy, choć korzystają z ogranych motywów, podają je nie tylko w świetny sposób, ale także ciągle zaskakują. Do tego angażują nasz umysł i serce, wrzucając w świat postaci, obok których nie potrafimy przejść obojętnie, pokazując ich smutki i radości - a tych po prostu nie da się z nimi nie dzielić.


I jest jeszcze ta szata graficzna. Doskonale dobrana do treści, czasem ocierająca się o cartoonową prostotę, najczęściej jednak będąca niezwykle realistyczną i klimatyczną nie tylko wpada w oko, ale autentycznie fascynuje. Mangę ogląda się równie przyjemnie, co ją czyta. Dlatego ze swej strony polecam bardzo, bardzo gorąco. Każdy miłośnik komiksów znajdzie tu coś dla siebie i tylko szkoda, że na kolejny tom znów trzeba czekać.


Na koniec dziękuję jeszcze wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.







Wirus - Graham Masterton

UBRANIA TEŻ POTRAFIĄ ZABIJAĆ



Graham Masterton to jeden z tych twórców, którzy w swoich powieściach potrafią zepsuć tak wiele swoimi idiotycznymi pomysłami, a jednak czytelnik i tak z ochotą je chłonie. Bo mimo takich minusów, brytyjski autor pisze naprawdę znakomicie. Jego książki czyta się lekko i przyjemnie, mnóstwo w nich napięcia i znakomitego klimatu i nawet jeśli czasem przesadza z erotyką czy brutalnością, wszystko to ma swój urok. Nie inaczej jest też z jego najnowszym dziełem zatytułowanym "Wirus", kolejnym udanym horrorem, w którym nie brak brutalności, klimatu i... humoru.


Wszystko zaczyna się od kobiety, która popełnia makabryczne samobójstwo, polewając sobie twarz kwasem. Wkrótce jednak podobnych spraw przybywa, pojawiają się również morderstwa. Detektyw Jeremy Thomas Pardoe nie wie jeszcze z jakim koszmarem przyjdzie mu się zmierzyć. Pracuje bowiem przy zwykłych, nudnych sprawach włamań do kontenerów z ubraniami dla biednych, które stały się prawdziwą plagą Londynu. Kiedyś jednak zajmował się kilkoma śledztwami dotyczącymi podobnych spraw, dlatego też funkcjonariuszka Dżamila Patel zajmująca się zbrodniami honorowymi prosi go o pomoc. Oboje łączą siły i wkrótce odkrywają, że związek z morderstwami i samobójstwami mają… ubrania. Koniec sprawy? Raczej dopiero początek. Próba rozwiązania zagadki wyśle bohaterów w daleką podróż, a także pokaże im czym jest prawdziwy koszmar…


"Wirus" to powieść, która pod wieloma względami przypomina mi bodajże najsłynniejsze dzieło Mastertona, czyli cykl o "Manitou". Obie rzeczy mają podobny klimat, a do tego ich główni bohaterowie dysponują zbliżonym poczuciem humoru. Do tego, choć akcja dzieje się w innych krajach, a sama materia zła, że tak to ujmę, też jest inna, a jednak oba wydają się ze sobą blisko spokrewnione. Ale to dobrze, bo cykl o indiańskim złym szamanie należy do moich ulubionych książek brytyjskiego mistrza grozy.


Co jeszcze można powiedzieć o "Wirusie"? Że to lekka w odbiorze, nieskomplikowana, ale mroczna i mocna książka. Nie brak w niej napięcia, duszna atmosfera obecna jest właściwie przez cały czas, a do tego powieść po brzegi wypełniona jest brutalnością. Masterton wręcz rozsmakowuje się tutaj w makabrycznych detalach, krew leje się strumieniami, okaleczone ciała nie znikają szybko z "widoku", a trup ściele się gęsto. Na dodatek Brytyjczyk opisuje to wszystko w sposób plastyczny i mocno przemawiający do wyobraźni. Fani autora są już do tego w pewnym stopniu przyzwyczajeni - choć trzeba przyznać, że i dla nich będzie to mocna rzecz - ale dla nowych odbiorców okaże się naprawdę ekstremalną lekturą.


Oczywiście elementy gore równoważone są przez bardziej spokojne i nastrojowe momenty oraz humor. Wszystko to Masterton serwuje nam w sposób lekki, łatwy i autentycznie wciągający. Jego gawędziarski styl jest naprawdę znakomity, a fakt, że tym razem wszedł na teren legend miejskich znanych także w Polsce (kto nie pamięta wszelkich ostrzeżeń, kiedy w naszym kraju powstawały pierwsze second handy?) tylko dopomógł całości.  Poza tym w "Wirusie" widać także kilkadziesiąt lat autorskiej pracy, bo pisarz wszystko podaje z wprawą i wyczuciem. Zabawa jest więc przednia, wrażenia znakomite, a całość podsyca tylko ochotę na kolejne powieści autora. Ja ze swej strony polecam gorąco wszystkim miłośnikom grozy, bo to jedna z najlepszych prac Brytyjczyka.


A wydawnictwu Rebis dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

sobota, 26 maja 2018

Sześć Cztery - Hideo Yokoyama

NIEZŁY, ROZRYWKOWY THRILLER


Japońska kultura popularna towarzyszy mi właściwie od najmłodszych lat. Serial animowany "Muminki", który powstał właśnie w Kraju Kwitnącej Wiśni, był moją ukochaną wieczorynką z dzieciństwa, potem pojawiła się "Czarodziejka z Księżyca", "Pokémon", "Dragon Ball"... A ja chłonąłem mangi i anime, by wreszcie dać się uwieść fali horrorów azjatyckich, a potem patrzeć, jak zainteresowanie twórczością z tamtych rejonów słabnie. Ostatnio jednak zaczęły pojawiać się głosy o fali azjatyckich kryminałów i choć wydaje się to być szumne hasło, bo nie można tego porównać z wciąż popularną skandynawską falą, na naszym rynku pojawiło się kilka ciekawych pozycji. Jedną z nich jest "Cztery Sześć" powieść (i to solidnych rozmiarów), którą reklamowano, jako policyjną "Grę o tron" tudzież japoński odpowiednik sagi "Millenium". I chociaż nie jest to żadne wybitne dzieło, muszę przyznać, że książka Hideo Yokoyamy czyta się całkiem dobrze, nawet jeśli niczym szczególnym się nie wyróżnia.


Fabuła powieści pozornie nie należy do skomplikowanych. Oto w roku 1989 zostaje porwana dziewczynka i choć rodzice spełniają polecenia kidnapera, wszystko kończy się tragicznie. Sprawie zostaje nadany tytułowy kryptonim „Sześć Cztery”, ale niczego to nie zmienia – policjantom nie udaje się wyjaśnić zagadki tej zbrodni.

Trzynaście lat później, kiedy śledztwo staje się już niemal przedawnione, dawne akta znów wychodzą na światło dzienne, kiedy znika córka policjanta, Yoshinobu Mikamiego. Mężczyzna bezskutecznie stara się ją znaleźć, jednocześnie zmagając z problemami zawodowymi. Niestety, to dopiero początek koszmaru, który z każdą chwilą coraz bardziej zmienia się w walkę z czasem. Czy funkcjonariuszom uda się rozwiązać sprawę? I czy będą w stanie ocalić uprowadzone dziewczyny?


Czy japońska literatura czymś wyróżnia się na tle dzieł z innych krajów? Bo przecież zarówno komiks, jak i animacja są dla Japończyków bardzo charakterystyczne. Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Z jednej strony tradycyjne powieści z tamtych stron różniły się już samą konstrukcją, z drugiej zachodnie wpływy tak bardzo je zmieniły, że współcześnie straciły swoją indywidualność. "Sześć Cztery", gdyby nie nazwiska bohaterów, nazwy miejsc i orientalne drobiazgi typu kobanów – specyficznych budek policyjnych, nie wyróżniałoby się niczym szczególnym na tle innych dreszczowców.


Oczywiście nie oznacza to, że powieść Hideo Yokoyamy jest zła. Nic bardziej mylnego. "Sześć Cztery" to dobry kryminał, lekko napisany, ale wciągający, intrygujący i mający całkiem niezły klimat. Początek, co prawda, choć już od pierwszych stron na czytelników czeka konkretna akcja, jakoś mnie nie porwał. Dopiero wraz z rozwojem fabuły, powieść zaczęła angażować mnie coraz bardziej. Ciekawi bohaterowie (a jest ich naprawdę wielu), udana zagadka, do tego dobre poprowadzenie całości sprawiły, że "Sześć Cztery" czytało mi się naprawdę przyjemnie, a orientalne smaczki tylko dodały całości charakteru.


Do tego powieść jest naprawdę dobrze napisana. Nie wybitnie, ale to w końcu pozycja rozrywkowa i jako taka sprawdza się znakomicie. Styl jest lekki, a całość, choć liczy 700 stron, nie nuży. Miłośnicy thrillerów i kryminałów na pewno będą bardzo z "Sześć Cztery" zadowoleni.


A ja dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za udostępnienie egzemplarza do recenzji

czwartek, 24 maja 2018

Duch zagłady - Graham Masterton

INDIAŃSKA APOKALIPSA


Nieważne, jakich głupot nie wymyśliłby Graham Mastertona – a każdy, kto czytał choćby kilka z jego książek wie, że tych nigdy nie brakowało – ani w jaką sztampę by nie popadł, jego dzieła mają coś, czego brakuje większości jego konkurentów – napięcie i grozę. Czasem wsączające się powoli, czasem atakujące nas znienacka. I chociaż autor sięga po wszystkich doskonale znane chwyty, robi to z takim talentem i buduje za ich sprawą tak niesamowity klimat, że nie sposób nie zachwycić się tym elementem jego twórczości. Dodajcie do tego dosadną brutalność, która potrafi zrobić autentyczne wrażenie, lekki, gawędziarski styl i poprowadzenie akcji w sposób kojarzący mi się z kinowymi horrorami lat 80. XX wieku, a dostaniecie przepis na znakomite książki. I taki jest też trzeci tom serii o Manitou, który spodoba się nie tylko miłośnikom brytyjskiego mistrza grozy.


Wszystko zaczyna się niewinnie – jak zawsze. Pewna kobieta przygotowuje potrawy na wieczór szabasowy, wszystko idzie dobrze, a przynajmniej dopóki nie zaczynają niepokoić ją pewne hałasy. Włamywacz? Przed włamywaczem przynajmniej mogłaby się obronić – dziwna siła, która zaczyna działać w jej mieszkaniu zaczyna przesuwać meble, pojawiają się dziwne cienie, a potem… Potem nie ma już ratunku.

Ofiar tajemniczych wydarzeń jest więcej. Ludzie, wraz z całymi budynkami, znikają pod ziemią albo giną na różne, makabryczne sposoby. Podobne rzeczy dzieją się w całym kraju a tłumaczenia o ruchach sejsmicznych niczego nie wyjaśniają. Harry Erskine, jasnowidz, który sądził, że zły indiański duch Misquamacus został już ostatecznie pokonany, znów będzie musiał stawić mu czoła. Tylko czy będzie w stanie, skoro demon, w zemście za los Indian, rozpoczął prawdziwą apokalipsę?


„Manitou” to nie tylko bodajże najsłynniejszy cykl w dorobku Grahama Mastertona, ale też i jedno z jego najlepszych dokonań. Duża w tym zasługa faktu, że to właśnie w serii poświęconej indiańskiemu złemu duchowi pisarz powściągnął swoje pornograficzne zapędy, a także dodał solidną dawkę humoru. Poza tym całość jest klimatyczna i nastrojowa. W trzecim tomie dochodzi do tego wszystkiego wręcz epicki rozmach i mnóstwo widowiskowych scen, które poprzednio były właściwie nieobecne.


Niestety ta część nie jest wolna od błędów. Zdarza się, że Masterton zapomina co sam napisał w poprzednich tomach, a oczekiwany wielki finał okazuje się być zbyt szybko poprowadzony. Po monumentalnych wydarzeniach i akcji rozpisanej na niemal czterysta stron, wydaje się jakby ucięty i zbyt oczywisty. Ale na tym na szczęście minusy się kończą.


Całość jest bowiem napisana w sposób naprawdę znakomity, lekki, przyjemny w odbiorze i zapadający w pamięć. Styl Mastertona jest bardzo plastyczny, typowy dla rozrywkowych powieści, ale też o wiele lepszy, niż w większości tego typu pozycji. Do tego mamy ten klimat, znakomite sceny grozy i równie świetne brutalne elementy, a wreszcie także humor czasem zahaczający o satyrę. Wszystko to czyta się naprawdę dobrze i ma ochotę na więcej. A błędy? Każdy miłośnik horroru wie, że to część uroku tego gatunku i tak, jak ja z pewnością chętnie przymknie na to oko. A warto, bo kto dobrze bawił się przy poprzednich tomach, będzie „Duchem zagłady” zachwycony. Ja ze swej strony polecam – dobra lektura na letnie popołudnia z dreszczykiem gwarantowana.


Dziękuję wydawnictwu Albatros za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

środa, 23 maja 2018

451 stopni Fahrenheita - Ray Bradbury

KSIĄŻKA W OBRONIE KSIĄŻEK


Ray Bradbury to zdecydowanie jedno z największych i najbardziej rozpoznawalnych nazwisk autorów fantastyki. Choć tworzył w okresie, kiedy literatura tego typu przeżywała swój rozkwit, a rynek zalewały najróżniejsze dzieła mistrzów gatunku, zdołał wybić się i zostać zapamiętanym. Stworzył wiele pamiętnych dzieł, a do najlepszych z nich zdecydowanie należy „451 stopni Fahrenheita” – antyutopijna przypowieść stająca w obronie samych książek.


Fabuła całości jest w zasadzie prosta. Ameryka przyszłości to miejsce pozornie przyjazne dla swoich obywateli, bo zapewniające im bezpieczeństwo. W rzeczywistości jednak to mocarstwo, które toczy bezsensowne wojny, a swoich obywateli ogłupia za pomocą telewizji. Nic więc dziwnego, że w takim społeczeństwie książki są zagrożeniem, którym zajmują się „strażacy”, paląc je. Jednym z nich jest Guy Montag, który, jak na swój zawód przystało, daleki jest od bycia miłośnikiem literatury. Kiedy jednak poznają ją, nastoletnią Klarysę McClellan, zbierającą książki buntowniczkę, w jego umysł wsączają się wątpliwości. To ona zadaje mu pytanie, które staje się iskrą zapalną i zaczyna zmieniać „strażaka”. Tylko co z takiej zmiany może wyniknąć?


„451 stopni” to chyba najbardziej znana z powieści Bradbury’ego. Po raz pierwszy wydana w 1953 roku, cztery lata później doczekała się pierwszej adaptacji tv (choć stworzonej bez zgody autora), potem filmu kinowego (1966), wersji teatralnej, radiowej, komiksowej a nawet gry komputerowej. Jedni jego dziełem się zachwycali, przerażeni wizją jak żywcem wziętą z czasów drugiej wojny światowej, choć inspirowanej polityką McCarthy’ego, inni, jak Stanisław Lem, wytykali jej infantylność. Obie strony mają trochę racji, bo jest sporo naiwności w antyutopii Bradbury’ego, jednak całość wciąga, składnia do myślenia i potrafi zaniepokoić.


Dzieło, którego tytuł oznacza temperaturę, w której papier zaczyna się palić, nawet teraz jest fascynującą lekturą. Nieco ciężką, jeśli chodzi o wykonanie, za to satysfakcjonującą. Bradbury nie rozwleka się tu, nie buduje powoli napięcia i klimatu – karty szybko wykłada na stół i rzuca nas w wir wydarzeń rozgrywających się w świecie, gdzie wartości rodzinne zostały wywrócone, tak samo jak sama kultura. Autor przestrzega nas przed ogłupiającym wpływem telewizji i broni książek, które są dla niego (i każdego czytelnika) czymś więcej niż tylko zapisanym opowieściami papierem. Robi to w sposób może i infantylny, ale pełen uroku. I trudno nie przyznać mu racji.


„451 stopni” to dobra fantastyka. Mogłaby co prawda bardziej subtelnie skłaniać do myślenia, ale patrząc na współczesną, tonącą w bylejakości literaturę science fiction, dzieło Bardbury’ego jest naprawdę udane. Dobrze napisane, ciekawe, oferujące konkretne przesłanie i zwracające nam uwagę na wiele różnych tematów, warte jest polecenia każdemu, kto ceni dobrą literaturę niezależnie od gatunku. Dobrze więc, że wśród nowości pojawiło się właśnie kolejne wydanie tej powieści.

wtorek, 22 maja 2018

Smocze kły - Michael Crichton

PRZED „PARKIEM JURAJSKIM”


W tym roku mija ćwierćwiecze od powstania „Jurassic Parku”, filmu opartego na powieści Michaela Crichtona z 1990 roku. W tym roku mija także dziesięć lat od śmierci pisarza. Wspominam o tych dwóch rzeczach nie przypadkiem, bowiem właśnie na rynek trafiła najnowsza powieść amerykańskiego autora. „Smocze kły”, bo o niej mowa, to książka napisana w roku 1974, ale wydana dopiero pośmiertnie. A jest to pozycja ważna, bo stanowiąca zapowiedź „Parku Jurajskiego” właśnie – i przy okazji naprawdę udana, choć fakt, że nie wydano jej za życia kazał domniemywać coś zupełnie innego.


Rok 1876, Ameryka, Dziki Zachód. Czas kowbojów, walk z indiańskimi plemionami, gorączki złota, bezprawia, niewyobrażalnego okrucieństwa, a zarazem przygód. William Jason Tertullius Johnson, jak wskazuje już samo jego nazwisko, pochodzi z elit. Syn armatora z Filadelfii, student Yale College, jak wielu mu podobnych, jest rozpuszczony, leniwy i chce przede wszystkim spełniać swoje zachcianki. Ale jego życie wywraca się do góry nogami, kiedy jeden z jego kolegów, a zarazem rywali, podpuszcza go do wykazania się męstwem. William, chcąc dorównać koledze, który był w Kansas City, oznajmia, że on także zamierza wybrać się na Dziki Zachód. Pierwsze, co przychodzi mu do głowy, to ekspedycja sławnego paleontologa, profesora Marsha. Zakład zostaje przyjęty, żaden z chłopaków nie zamierza przegrać, William cudem dostaje się do ekipy naukowca, jako fotograf, niestety szybko Marsh uznaje go za szpiega swojego konkurenta, Cope’a, a student zostaje porzucony w samym środku miasta, w którym nie chciałby się znaleźć. Tak zaczyna się jego wielka przygoda u boku samego Cope’a, która pokaże mu prawdziwe oblicze Dzikiego Zachodu…


Michael Crichton był autorem niezwykłym. Być może wystarczyłoby wspomnieć fakt, że jest jedynym pisarzem, który w jednym roku miał na swoim koncie najbardziej popularny film, serial i powieść, ale byłoby to wielkim niedomówieniem. To on bowiem dał nam takie książki, jak sfilmowane „Andromeda znaczy śmierć”, „Kongo”, „Kula”, „Wschodzące słońce” czy „Park Jurajski”, stworzył też serial „Ostry dyżur”. A to, oczywiście, między innymi. Ja, co prawda, nigdy nie byłem wielkim fanem jego twórczości. Doceniałem i doceniam naukową stronę powieści Crichtona, zagłębianie się w temat, ukazywanie nam jak najbardziej realnych wizji i niezwykłą wyobraźnię, jednak zawsze było w tym coś zachowawczego. Pewna sterylność typowa dla tekstów z gatunku literatury faktu, co nie do końca pasowało mi w twórczości z założenia przecież przygodowej.


W „Smoczych kłach” jest podobnie. Znajdziecie tu pewien dystans, mający przekonać nas, że mamy do czynienia z relacją z prawdziwych zdarzeń, a nie fikcją (o czym dodatkowo zapewnia mnóstwo postaci historycznych, pojawiających się na kartach powieści), ale też i niezwykłą siłę wyobraźni. Przygodę, klimatyczną treść i zapowiedź największych pomysłów pisarza. „Smocze kły” śmiało można uznać nawet za prequel „Parku Jurajskiego”, opowiada w końcu o początkach paleontologii. I to w fascynujący sposób – tym ciekawszy, że przecież ta gałąź nauki nie kojarzy nam się zbytnio z Dzikim Zachodem.


Poza tym Crichton pisze dobrze – lekko, prosto, przyjemnie. Dużo tu faktów, dużo wiedzy, ale podanej w przystępny sposób i włożonej w interesujące ramy. Miłośnicy nauki, jak również westernów, fantastyki i książek przygodowych będą z tej powieści bardzo, bardzo zadowoleni. Ja ze swej strony polecam gorąco, bo „Smocze kły”, mimo mojego narzekania, to naprawdę świetna lektura, a mi osobiście przypomniała dziecięce marzenia o zostanie paleontologiem. Marzenia zbudowane przecież na fali popularności tematyki dinozaurów we wczesnych latach 90., która była zasługą Crichtona właśnie.


Dziękuję wydawnictwu Rebis za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Mushishi #2 - Yuki Urushibara

BAŚNIOWY FOLKLOR


"Mushishi" to manga nieoczywista - i to pod wieloma względami. Przy okazji pierwszego tomu pisałem, że po opisie spodziewałem się czegoś zupełnie innego - bardziej zbliżonego do horroru. Tymczasem w moje ręce trafiła historia, a dokładniej szereg różnych historii, połączonych ze sobą postacią głównego bohatera, którym bliżej do baśniowego folkloru. Czasem bardzo dziwnych, czasem prostych, zawsze klimatycznych. I chociaż, jak wspomniałem, miałem co do tego tytułu zupełnie inne oczekiwania, ostatecznie "Mushishi" okazało się naprawdę dobrą mangą i z każdym kolejnym rozdziałem, bawię się tylko coraz lepiej.


Tytułowy Mushishi to człowiek zajmujący się badaniem Mushi. Co się kryje za tą nazwą? Istoty nie z tego świata. Daleko im zarówno do zwierząt, jak i ludzi, przybierają najróżniejsze, dziwaczne kształty, dlatego też od zawsze wywoływały w człowieku obawę, a jednocześnie budziły szacunek. Potrafią też infekować ludzi, co najczęściej wiąże się z obdarowaniem ich niezwykłymi, często kłopotliwymi zdolnościami. Mushishi więc nie tylko badają i starają się zrozumieć owe byty, ale jednocześnie usiłują leczyć ludzi, którzy nie są w stanie poradzić sobie z tym, co w ich życiu powoduje obecność Mushi. Jednym z nich jest Ginko, który podróżuje po świecie, pomagając w takich przypadkach. Nigdzie nie może jednak osiąść na dłużej, bo sam przyciąga byty, którymi się zajmuje…


"Mushishi" to manga balansująca na cienkiej granicy oddzielającej fascynującą baśniowość od śmieszności. Autorka w swoich fabułach wymyśla najdziwniejsze, często wręcz absurdalne rzeczy. Czytanie tego tytułu przypomina lekturę legend i opowieści naszych przodków, w których czasem jest nutka tajemnicy, czasem zaś prosty urok przypowieści. Jest tu odrobina grozy, jest magia, są uczucia, jest też coś na kształt przygody. Bohaterowie, choć zdystansowani i chłodni, szybko zdobywają naszą sympatię. Same pomysły na kolejne Mushi i problemy z nimi też są interesujące.


Najlepszy w całości jest jednak klimat. Lekki, ale duszny. Niezwykły, choć nie brak mu też pewnej dozy przyziemności. Jest w tym naiwny urok i dojrzałość także się znajdzie. Poza tym bardzo dobrze wypada też szata graficzna - delikatna, czasem wręcz oniryczna, świetnie pasuje do treści. Nie znajdziecie tu zbyt wiele mroku, jednak seria wcale go nie potrzebuje. Autorka wie, jak w prosty sposób stworzyć coś niesamowitego i jak nas tym uwieść. A udaje jej się to znakomicie.


Jeśli chcecie dobrej, lekkiej i wcale nie oczywistej mangi fantastycznej, "Mushishi" o tytuł dla Was. Na początku nie byłem do serii przekonany, ale wraz z kolejnymi rozdziałami całość mnie kupiła i bawiłem się znakomicie. Polecam, bo to dobra i naprawdę znakomicie wydana (kolorowe strony i ta przyjemna w dotyku okładka) manga.


A wydawnictwu Hanami dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

poniedziałek, 21 maja 2018

Deadpool #9: Wszystko, co dobre… - Brian Posehn, Gerry Duggan, Mike Hawthorne, Salva Espin

KONIEC DEADPOOLA


W końcu nadszedł ten moment - "Deadpool" z Marvel Now dobiega końca. W tym tomie nie tylko losy bohatera dobiegają finału (spokojnie, będą kolejne części), ale też i seria świętuje swój niemały jubileusz - 250 numer przygód Najemnika z Nawjką. Dla jego miłośników to więc nie lada gratka, tym bardziej, że całość trzyma dobry poziom wyznaczony przez poprzednie albumy. Jest zatem zabawnie, krwawo i daleko od poprawność politycznej, a szybkie tempo nie pozwala się nudzić.


Deadpool narozrabiał. W wyniku wydarzeń znanych jako "Axis", kiedy to źli stali się dobrzy, a dobrzy źli, przeszedł wewnętrzną przemianę i stał się Zenpoolem - pacyfistą. Teraz owa przemiana jest już za nim, ale nasz biedny Najemnik musi jakoś odreagować. Angażuje się więc w kolejne zadanie. Robota z jednej strony wydaje się prosta, jak to zadanie dla korporacji energetycznej, z drugiej trzeba ją wykonać na Bliskim Wschodzie, więc można liczyć na atrakcje. Deadpool oczywiście zaczyna rzeź, ale jeszcze większa masakra czai się na horyzoncie, bo oto jego wrogowie z Ultimatum chcą się zemścić. A nie będzie to zemsta chłodna ani bezkrwawa...

Na tym jednak nie koniec. Wielki jubileusz Deadpoola, jak jego wesele, nie może obejść się bez gości. Strony albumu nawiedza więc cała plejada marvelowskich gwiazd, do tego dowiecie się co by było gdyby nasz Najemni posiadł Rękawicę Nieskończoności i czy można go... zabić. Oj będzie się działo.


Przyznam, że najbardziej w przypadku tego albumu liczyłem na historię o Rękawicy Nieskończoności. Miała ona bowiem zadatki na naprawdę niezłą opowieść. Pamiętacie może "Lobo/Masak"? Tam heros podobny do Deadpoola, przynajmniej jeśli chodzi o zachowanie, został "nosicielem" maski dającej mu niemalże boskie moce. Było więc duże pole do popisu, jednak twórcy przygód Najemnika nie wykorzystali danej im możliwości. Ale "Wszystko, co dobre" to wciąż udany album. W szczególności jego finał.


Zebrane tu komiksy oferują nam zarówno większą opowieść, jak i mniejsze historyjki, które śmiało można by chyba nazwać skeczami. Czyta się to szybko, lekko i przyjemnie. Zabawa jest udana i stanowi całkiem miłą odtrutkę na patetyczne superhero. Dużo w tym akcji, sporo krwi, trupów też nie brakuje, jednocześnie całość łączy się z wydarzeniami marvelowskiego uniwersum, co tylko dodaje "Deadpoolowi" wagi. Do tego dochodzi udana szata graficzna, odpowiednio realistyczna i cartoonowa zarazem, czasem eksperymentująca z formą, czasem przestylizowana. I, oczywiście, dobre wydanie.


Aż szkoda, że to już koniec. Z drugiej strony, kiedy piszę te słowa, wśród nowości na naszym rynku ma się pojawić kolejny tom "Deadpoola", zbierający różne opowieści o nim, a już niedługo na sklepowe półki trafi następny z klasycznymi przygodami tego bohatera. Miłośnicy mają więc na co czekać, a jeśli jeszcze nie znają „Wszystko, co dobre…”, koniecznie powinni to zmienić. Będą bardzo zadowoleni.