sobota, 30 czerwca 2018

Bez przeszłości - Keith Donohue

ŻYĆ, JAKO LALKA


Albo to ja mam takie szczęście, albo w ostatnim czasie namnożyło się najróżniejszych reinterpretacji mitów. Tylko w minionym miesiącu w moje ręce wpadły takie nowości, jak "Kirke", "Mgły Avalonu", "Szczurołap" czy "Ja, Nina Szubur", a "Bez przeszłości", choć na pierwszy rzut oka na to nie wygląda, też zalicza się do tej grupy. Na szczęście dzieło Keitha Donohue'a nie jest ani dosłownym, ani dosadnym przeniesieniem historii Orfeusza i Eurydyki, a jedynie utworem nim inspirowanym. A przy okazji także bardzo udanym, pełnym magicznego realizmu i niezaprzeczalnego uroku.


Kay i Theo. Cyrkowa akrobatka i tłumacz. W Quebecu spędzają wakacje, aż pewnego dnia ona na wystawie zamkniętego sklepiku z zabawkami Quatre Mains zauważa lalkę. Nie wie jeszcze, że chwila ta na zawsze odmieni jej życie, ani jak bardzo – po prostu zachwyca się zabawką. Kiedy pewnej nocy wracając do domu ma wrażenie, że jest śledzona, Kay schronienie znajduje właśnie w sklepiku, który dziwnym trafem stoi właśnie zachęcająco otwarty. Schronienie? Rano Theo odkrywa, że żona zaginęła. Policja w tym przypadku nie na wiele się zda, bo woli podejrzewać jego, a zrozpaczony mężczyzna stara się znaleźć ukochaną na własną rękę, nieświadomy, że ta tkwi w sklepie, przemieniona w lalkę. Uratować może ją tylko rozpoznanie przez męża, ale czy to w ogóle możliwe?


To, co przede wszystkim skłoniło mnie do sięgnięcia po tę powieść (zaraz po słowach mojej lepszej połowy, że to może być ciekawe - a jej ocenie ufam najbardziej) był fakt, że "Bez przeszłości" skojarzyło mi się z "Przemianą" Kafki. Tam człowiek pewnego dnia obudził się przemieniony w wielkiego robaka, tu kobieta staje się lalką uwięzioną w sklepie. Wątek ów z "Laleczką Chucky" skojarzył mi się dopiero potem, ale podobnych znajomych elementów znalazłem tu więcej, choćby ten z zabawkami ożywającymi w pewnych okolicznościach, niczym w "Toy Story". Przede wszystkim jednak mamy tu do czynienia z wciągającym, fascynującym i mimo wszystko oryginalnym dziełem.


Co trzeba powiedzieć to to, że powieść jest naprawdę dobrze napisana, przemyślana i poprowadzona. Grecki mit o Orfeuszu i Eurydyce, znajduje tu bardzo ciekawe rozwinięcie, a właściwie przełożenie na zupełnie nową kanwę. Autor bierze kilka jego elementów, przenosi je na współczesny grunt i powoli zaczyna obudowywać wciągającymi wątkami. Realizm magiczny  jest tu równi silny co obyczajowa opowieść, której dramatyczność nadaje jej posmaku historii przygodowej i thrillera. Miłośnicy grozy także znajdą tu coś dla siebie, a wszystko to zawarte w poruszającej powieści z ambicjami.


Efekt finalny jest więc naprawdę znakomity. Emocjonuje, wciąga, skłania do myślenia i satysfakcjonuje. "Bez przeszłości" to bardzo dobra książka, pokazująca - o czym zapomina tak wielu współczesnych fantastów - że fantastyka ma służyć przede wszystkim przekazaniu czegoś. Rozrywka, epickie sceny i im podobne to jedynie atrakcyjny dodatek do czegoś większego. Donohue pamięta o tym i jednocześnie potrafi znakomicie to wykorzystać. Warto więc zapoznać się z jego najnowszym dziełem.


Dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Lawenda w chodakach - Ewa Nowak

MIŁOSNA OPOWIEŚĆ DROGI


Miłosnych opowieści drogi popkultura zna wie. Wystarczy wspomnieć powieść i film "Dzikość serca" czy kinowy obraz "Przed wschodem słońca" - oba zdobyły w końcu niemałą popularność i takie samo uznanie. Czy ma sens dokładać do tego coś jeszcze? Wszystko zależy od wykonania. Powiedziałbym, że w literaturze wszystko zostało już odkryte i liczy się jedynie jakość odtwórstwa, ale to frazes, którego sam też zresztą nadużywam. Taka jest jednak prawda, a niniejsza powieść Ewy Nowak stanowi kolejny na to dowód. Dobrze napisana, wciągająca i emocjonująca, dostarcza znakomitej rozrywki, przy której czytelnik nie zastanawia się ile razy czytał już coś podobnego, tylko daje się porwać w świat bohaterów, choć swoje minusy także posiada.


Dwie pary. Czworo młodych ludzi. I ich problemy z miłością i życiem. Magda i Kuba, Damroka i Wiktor. Uczniowie i studenci z Warszawy u progu prawdziwego życia, już nie dzieci, jeszcze nie prawdziwi dorośli. Wakacyjny wyjazd w podróż po Europie staje się dla nich prawdziwym testem ich związków, kiedy do głosu dojdą ich odmienne pochodzenia, poglądy i przekonania….


Chociaż w „Lawendzie” Ewa Nowak po raz kolejny wraca do tematów doskonale znanych fanom jej twórczości, jak robi to przez całą swoją karierę – ba, powraca nawet do konkretnych postaci – tym razem może nie wszystko, ale wiele rzeczy jest inaczej. Coś się zmieniło, całość wydaje się dojrzalsza, a przede wszystkim nie tak zamknięta w ścisłych i wciąż tych samych ramach, jak zdecydowana większość powieści autorki. Podróż po Europie wprowadza nutę świeżości, problemy bohaterów i ich rozmowy wydają się kroczyć podobną ścieżką co (młodsze od niej) europejskie filmy Woody’ego Allena (choć brak im jego ciętości i nieoczywistej głębi kryjącej się za płaszczykiem humoru), a całość bywa przy okazji naprawdę zabawna.


Oczywiście przede wszystkim rządzi powaga, trudne tematy (tradycyjnie są to związki, kłopoty w domu i z najbliższymi, niepełnosprawność, złe traktowanie etc.) i miłość, nierozerwalnie spleciona z problemami. Bohaterowie czują, przeżywają, kochają, boją się, wściekają, a my stajemy się nie tylko świadkami ich emocjonalnych rozterek, ale i dajemy się wciągnąć w nie tak, jakby dotyczyły nas samych. Do tego powieść oferuje całkiem udane zaplecze psychologiczne - trochę zbyt łopatologicznie podane, przydałoby się więcej subtelności i wieloznaczności - ale i tak przekonywujące. Całość jest prawdziwa, nieźle skrojona, a z bohaterami i ich troskami każdy łatwo się zidentyfikuje.


Poza tym „Lawenda” to dobrze napisana, dość lekka w odbiorze powieść, która spodoba się starszym nastolatkom, jak i dorosłym wciąż pamiętającym ból wkraczania w dorosłość i samotnego mierzenia się z tym, co czeka za progiem tego nowego życia. Tym pierwszym ukaże co na nich czeka, tym drugim przypomni to i owo i wyzwoli wiele emocji. Nie ważne czy znacie inne historie z tymi bohaterami, czy też nie, czy czytaliście już mnóstwo książek Nowak, czy to będzie Wasz debiut – warto po „Lawendę w chodakach” sięgnąć, tak po prostu.


Dziękuję wydawnictwu Prószyński iS-ka za udostępnienie książki do recenzji.

piątek, 29 czerwca 2018

Kształt twojego głosu #6 - Yoshitoki Ooima

NIEMY KRZYK


„Kształt twojego głosu” to bez dwóch zdań najbardziej poruszająca i emocjonalnie intensywna manga ukazująca się obecnie na polskim rynku. Tylko „Bakuman” może się z nią równać, choć gdy w nim scenarzysta smutek równoważy humorem, tu autorka jeszcze bardziej atakuje nasze serca i umysły coraz to intesywniejszymi doznaniami. Efekt finalny jest porażający, a niniejszy tom pokazuje, że Yoshitoki Oima ani na chwilę nie schodzi poniżej bardzo wysokiego poziomu, który sama wyznaczyła sobie już na początku.


Kiedy Shoya zaczął układać swoje życie i relacje z innymi ludźmi, najbardziej bał się jednego: że jego dawne winy wyjdą na jaw i wszyscy go znienawidzą. Gdy więc wreszcie prawda ujrzała światło dzienne, chłopak nie czekał na rozwój wydarzeń, pokłócił się ze wszystkimi i spalił za sobą mosty. Niestety rozłam wśród znajomych doprowadził do sytuacji, która zmienia wszystko. Shoko, obwiniając się o kłopoty ludzi wokół, decyduje się popełnić samobójstwo, skacząc z balkonu. Shoya w ostatniej chwili łapie ją za rękę, ale... Albo ją puści i dziewczyna spadnie z kilku pięter, albo wciągnie, sam spadając. Wybór dla niego jest prosty, ale konsekwencje długo jeszcze będą pobrzmiewać echem wokoło. Tragedia łączy jednych przyjaciół, pomiędzy innymi powoduje kolejne rozłamy. Każdy z grupy, która pracowała nad filmem na swój sposób przeżywa to, co się stało i inaczej reaguje. Nao wpada we wściekłość. Sahara stara się ją powstrzymać. Nagatsuka chce kontynuować projekt. Yuzuru próbuje zrozumieć, gdzie sama popełniła błąd. Kawai dostrzega, jak bardzo inne było jej życie niż myślała i jak wiele Shoya i Shoko w niej zmienili. Czego jednak nauczy ich obecna sytuacja? I do czego to wszystko doprowadzi?


Czuć wielkie emocje i wzruszenie podczas lektury to jedno, ale żeby wciąż je czuć tak samo intensywnie i przeżywać wszystko równie mocno w trakcie pisania recenzji to już zupełnie inna rzecz. A jednak „Kształt twojego głosu” za każdym razem trąca we mnie tak wiele strun, że nawet teraz, gdy wystukuję słowa na klawiaturze, wraca do mnie wszystko to, co wyzwoliła w mym sercu i umyśle lektura. Czy można nie cenić czegoś takiego?


Ale w przypadku mangi pani Oimy rzeczy do cenienia jest o wiele więcej. Bo poza uczuciami mamy tutaj wciągającą fabułę, znakomite zwroty akcji, głębię, świetnie nakreślone postacie o złożonej psychologii, a wreszcie niesamowity klimat i szatę graficzną, której nie da się nie chwalić. Świetne ukazanie bohaterów, realizm, doskonałe oddanie plenerów, bogactwo detali… Długo można by wymieniać, ale liczy się to, że całość robi duże wrażenie i ogląda się naprawdę z wielką przyjemnością.


W tym tomie na dodatek na czytelników czeka wywiad z autorką, odsłaniający kulisy pracy nad serią i zdradzający kilka ciekawych faktów z jej życia, co pozwala spojrzeć na „Kształt” z nieco innej perspektywy. Manga została też dobrze wydana, ale tak naprawdę liczy się tylko jedno: siła z jaką oddziałuje na czytelnika. Dlatego też polecam ten tytuł Waszej uwadze bardzo, bardzo gorąco. Niemy krzyk Shoko wybrzmiewa tak głośno i intensywnie, że nie można przejść obok niego obojętnie.


Tytuł dostępny tutaj:




czwartek, 28 czerwca 2018

Szczurołap - Jay Asher, Jessica Freeburg, Jeff Stokely

LEGENDY WCIĄŻ MAJĄ SIĘ DOSKONALE



Ludzie się zmieniają, świat idzie do przodu, a jednak legendy wciąż mają się doskonale i pociągają odbiorców. Widać to w kinie i telewizji, widać to w książkach i nawet w komiksach temat ten wciąż jest obecny, że wspomnę choćby tylko cenioną serię „Baśnie". „Szczurołap", w odróżnieniu od niej nie próbuje reinterpretować klasycznych opowieści w sposób tak dalece odbiegający od oryginału, ale dodaje „Fleciście z Hameln" braci Grimm lekkości i mangowej nuty, atrakcyjnych dla współczesnej młodzieży.


O fabule właściwie mógłbym nic nie pisać, bo baśń twórców „Czerwonego kaptura", „Jasia i Małgosi" czy „Kopciuszka" jest chyba doskonale znana każdemu. Miasteczko Hameln pewnego razu nawiedza plaga szczurów. Są wszędzie, zjadają plony, roznoszą choroby… Ludzie giną albo od zarazy, albo z głodu, wszyscy szukają więc rozwiązania i kogoś, kto pozbyłby się gryzoni. Wtedy zjawia się on – Szczurołap, który oferuje swoje usługi, a przy okazji wpada w oko pięknej dziewczyny. Magda, bo o niej mowa, jest głucha, a z tego powodu prześladowana przez innych, ale ma talent do wymyślania historii. To dzięki niej poznajemy historię tego człowieka i cierpień, jaki przysporzył mieszkańcom Hameln i jej samej.


Historia legendy o Szczurołapie sięga XIV wieku i dotyczy wydarzeń, które rzekomo rozegrały się w roku 1284. Zanim więc bracia Grimm zrobili swoją interpretację pięćset lat później, legenda ta miała bardzo długą tradycję. Poza tym nie oni jedyni stworzyli własną wersję "Flecisty", pisali o nim m.in. Goethe czy Robert Browning, autor poematu, który zainspirował Stephena Kinga do napisania "Mrocznej Wieży". Twórcy niniejszej adaptacji stanęli więc przed trudnym zadaniem, bo dorównać swoim poprzednikom przecież najzwyczajniej w świecie nie mogli. I nawet nie próbowali, dołożyli jednak starań by spod ich rąk wyszła lekka, sympatyczna i nastrojowa opowieść graficzna dla nastolatków.


Co poza tym ma do zaoferowania? Fabuła napisana przez Jaya Ashera, autora „13 powodów”, oraz Jessicę Freeburg, specjalistkę od ghost stories, jest nieskomplikowana, mamy tu jednak przygody, fantastyczną nutę, a nawet szczyptę romansu. Bohaterowie, choć nieszczególnie złożeni, szybko kupują sympatię czytelników i łatwo można się z nimi utożsamiać, mimo bariery lat, jaka dzieli nasze epoki. Tempo wydarzeń jest szybkie, ale nie przesadne, na nudę nie ma tu miejsca, jest za to sporo łagodnej grozy, która dobrze pasuje do całości i podkreśla klimat panujący na stronach albumu.


Szata graficzna "Szczurołapa" jest taka, jak jego treść. Rysunki są cartoonowe, z mangowymi naleciałościami, typowe dla współczesnych komiksów młodzieżowych, ale zrobione w dobrym stylu. Ich autor, Jeff Stokely, za jeden ze swoich wcześniejszych komiksów „The Spire”, dostał w końcu nagrodę Eisnera, najważniejsze wyróżnienie w branży, a to o czymś świadczy. Do tego album został nieźle wydany, na dobrej jakości papierze kredowym i w przyzwoitej cenie. Dla młodzieży to niezła lektura na jedno popołudnie z komiksem, swoją rolę :Szczurołap" spełnia więc dobrze i w bardzo przyjemny sposób.


Dziękuję wydawnictwu Rebis za udostępnienie egzemplarza do recenzji.









Kuroko's Basket #13 - Fujimaki Tadatoshi

KWINTESENCJA KUROKO


Trzynasty tom „Kuroko’s” podzielony został na dwie części. Do połowy mamy tu do czynienia z lżejszą, zabawniejszą i przesyconą erotyką, jak chyba nigdy dotąd, historią, potem robi się poważnie, tempo przyspiesza, a akcja zagęszcza się. Wszystko to jednak składa się w znakomitą całością, mogącą śmiało reprezentować całą serię, pokazując wszystko, co w niej najlepszego.


W końcu się udało. Seirin zakwalifikowało się do Pucharu Zimowego i w końcu ma chwilę przerwy. Trenerka załatwia im z tej okazji szansę wypoczęcia w gorących źródłach, co wszyscy przyjmują z wielką radością. Na miejscu, jak na chłopaków przystało, nastolatkowie z Seirin próbują podglądać studentki, bawią się, cieszą… Do chwili, kiedy na miejscu pojawiają się członkowie zespołu Touou. Przypadkowe spotkanie? Oczywiście szkoła akurat grała mecz w okolicy, ale ich prawdziwym celem jest przekazanie wieści, że to oni będą przeciwnikami Seirin w pierwszym meczu! Jak bohaterowie poradzą sobie z wrogiem, który całkiem niedawno temu ich zniszczył? Kuroko i reszta składu zaczyna morderczy trening pod okiem ojca Aidy, który sam był kiedyś koszykarzem. Nie wszyscy jednak będą w stanie wypracować własne metody gry. Jakby tego było mało, Kagami decyduje się na nieoczekiwany krok i wyjeżdża do Stanów.

Kiedy nadchodzi otwarcie turnieju, atmosfera się zagęszcza, a kibice dopisują. Członkowie pokolenia cudów spotykają się przed meczem by przypomnieć sobie o obietnicy, ale choć napięcie narasta, prawdziwe wyzwania dopiero przed nimi. Wkrótce bowiem zacznie się wojna między wszystkimi drużynami, w skład których wchodzą Cudy…


Jak pisałem na wstępie, ten tom mógłby reprezentować całe „Kuroko’s Basket”. Autor zebrał bowiem wszystkie najważniejsze – i najlepsze – elementy serii, zmiksował je i stworzył znakomitą mangę, którą od początku do końca czyta się z wypiekami na twarzy i nie chce przerwać. Miłośnicy sportu znajdą tu coś dla siebie, tak samo jak przeciwnicy, którzy jednak lubią dobre shouneny, a zabawa z całością jest po prostu przednia.


Humor w początkowych epizodach jest rozbrajający, jak nigdy (szorowanie pleców, próby podglądania, etc.), erotyki też jest więcej (spotkanie dwóch trenerek), w połowie wracają sportowe emocje, zaczynają się pojedynki na boisku, do akcji wkraczają nowe techniki… Tempo jest tak szybkie, że zanim czytelnik się obejrzy, tomik już się kończy, ale emocje wciąż nie opadają. Czy można chcieć czegoś więcej?


Wszystko to, plus tradycyjnie znakomita szata graficzna, składa się na komiks wart polecenia każdemu miłośnikowi shounenów. Wiem, pisałem to nie raz, niemniej jest to najważniejsza rzecz, jaką o serii mogę powiedzieć. Więcej dodawać nie trzeba.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.







środa, 27 czerwca 2018

Wolverine #3 - Jason Aaron, Adam Kubert, Daniel Acuna, Jefte Palo, Renato Guedes

WOLVERINE IDZIE DO PIEKŁA


Jason Aaron nie jest moim ulubionym scenarzystą komiksowym. Rozumiem czemu jego prace podobają się czytelnikom - są niewymagające, często krwawe i oferują czystą, pozbawioną głębi rozrywkę - ale nie spotkałem jeszcze jego komiksu, który by mi w pełni odpowiadał. Ale jako fan "X-Menów" chętnie sięgam po jego "Wolverine'a", a że w tym tomie łączy on siły ze Spider-Manem, moim ulubionym bohaterem Marvela, nie mogłem nie skusić się na niego. I nie żałuję, bo nawet jeśli nie ma tu zbyt wiele artyzmu, to i tak zebrane tu komiksy o najpopularniejszym z mutantów gwarantują naprawdę dobrą zabawę.


Wolverine, Spider-Man, podróże w czasie i piekielne odmęty. 65 milionów lat temu Peter Parker - Spider-Man obserwuje przez teleskop nadlatującą do Ziemi asteroidę. Nie jest sam, towarzyszy mu, oczywiście, Wolverine. Jak się tu znaleźli? Co się z nimi stało? Akcja cofa się w czasie. Logan i Spider łączą siły w starciu z Orbem, w trakcie którego zostają wyrzuceni poza swoje czasy. Tak zaczyna się szalona przygoda, która doprowadzi ich w miejsc, jakich by się nie spodziewali.

Na tym nie koniec, bo na Wolverine'a czeka przecież jego związek, do tego wkrótce dojdzie do jeszcze dziwniejszych wydarzeń. Kiedy na ulicach pojawi się ciało Logana opętane przez demona, jego dawny "znajomy", a obecnie pastor będzie musiał zmierzyć się z mroczną tajemnicą. Tymczasem dusza Logana trafi w sam środek piekła, gdzie czekają na niego dusze ludzi z przeszłości...


To oczywiście nie wszystko, co znajdziecie w tym pokaźnym (liczącym 456 stron) tomie, ale całość śmiało można ograniczyć właściwie do tych dwóch fabuł. Pierwsza z nich to kompletna miniseria "Astonishing Spider-Man & Wolverine", druga stanowi zbiór pierwszych zeszytów czwartego volume'u serii "Wolverine". Jak na Jasona Aarona przystało, całość nie jest zbyt oryginalna, znów mamy podróże w czasie, a bohaterowie komiksów nie raz odwiedzali już Piekło, ale całość czyta się dobrze. Nie jest to też tak wtórne, jak fabuły w poprzednim tomie, gdzie jedna z historii była dosłowną kopią "Terminatora" (cyborg cofa się w czasie by wykończyć rodziców przyszłych członków ruchu oporu – serio!), co należy zaliczyć albumowi na plus.


Przede wszystkim jednak komiks oferuje dużo akcji, szybkie tempo, całkiem udany klimat i fabułę, która ani przez chwilę nie nuży. Czyta się go lekko i przyjemnie, czasem pojawiają się też emocje, humor i wciągające wątki. Jak wspominałem, nie ma tu głębi (pod tym względem Aaron przypomina mi Granta Morrisona, który czasem potrafi zachwycić, częściej jednak serwuje przeciętne historie popowe), ale czytając kolejne przygody wcale nie odczuwam jej braku. To w końcu rozrywkowy komiks akcji i jako taki sprawdza się bardzo dobrze.


Do tego może się też pochwalić udaną szatą graficzną. Najlepiej wypada tu co prawda wspólna przygoda ze Spider-Manem, narysowana przez Kuberta, ale i reszta nie zawodzi. Komu podobały się poprzednie tomy - tak samo zresztą, jak i miłośnikom Wolviego i Jasona Aarona - ten album zdecydowanie się przypadnie do gustu. Warto więc po niego sięgnąć i czekać aż wśród nowości pojawi się kolejny tom, gdzie Logan będzie świętował jubileusz 300 numeru swojej serii.



Kuroko's Basket #12 - Fujimaki Tadatoshi

SADYZM NA BOISKU


Dwunasty tom „Kuroko’s Basket” to zdecydowanie najbardziej agresywny epizod z dotychczas wydanych. Sport przestaje tu być czystą rywalizacją, na boisku pojawiają się prawdziwi sadyści a ryzyko poważnych wypadków staje się wysokie, jak nigdy dotąd. Zaczyna się więc walka o najwyższą stawkę, a emocje osiągają drażniący nerwy poziom, jakiego chyba jeszcze nigdy w tej mandze nie było.


Takiego meczu ani Kagami, ani Kuroko jeszcze nie mieli okazji rozegrać. Kiedy zaczyna się ostatnie starcie o miejsce w Pucharze Zimowym, Seirin staje oko w oko z drużyną Kirisaki nr. 1, która rok temu celowo doprowadziła do kontuzji Kiyoshiego. Jakby tego było mało, w każdym meczu ranni zostają gracze przeciwnych drużyn, ale Kirisaki opanowało faule do takiej perfekcji, że sędziowie nie mają się do czego przyczepić. Seirin staje więc w obliczu nieczystej walki, chcąc pomścić kolegę i pokazać przeciwnikom, gdzie ich miejsce. Ale czy będą w stanie, skoro sadystyczny kapitan Kirisaki czerpie przyjemność z eliminowania wrogów i rujnowania ich karier, a na dodatek chce całkowicie zniszczyć Kiyoshiego? Jak pokonać kogoś tak bezwzględnego bez uciekania się do jego metod?


W tym tomie "Kuroko's" następuje pewna zmiana, która mi osobiście bardzo się podoba, a mianowicie, że pokazano wreszcie nieco brudniejsze oblicze sportu. Nie ma tu dopingu, sprzedawania meczy i tym podobnych kwestii, jednak zderzenie marzeń i ideałów chłopaków z Seirin z prawdziwym sadyzmem i brutalnością daje naprawdę ciekawy efekt, a sam mecz dostarcza emocji, jakich jeszcze w tej serii nie mieliśmy okazji odczuwać. I jak drażnią ci wrogowie!


Ale oczywiście ze stron mangi nie zniknął także humor. Oczywiście jest tu mnóstwo akcji, tempo nie zwalnia właściwie ani na chwilę, a następujące nieprzerwanie po sobie wydarzenia nie pozwalają się nudzić ani przez chwilę. Nowi bohaterowie są ciekawi, starzy ciekawi być nie przestali. Fabuła trzyma poziom, a szata graficzna jak zwykle jest znakomita.


Miłośnicy shounenów i sportowych opowieści będą więc z "Kuroko's Basket" bardzo zadowoleni. To świetna młodzieżowa seria, mająca swój klimat i charakter. Ja ze swej strony polecam, bo zabawa z nią jest znakomita.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.






Start. Design dla nastolatków / Oceń to - Chip Kidd

DESIGN I OCENIANIE DLA KAŻDEGO


Jeśli czytacie moje recenzje, wiecie o mnie to i owo. Domyślacie się więc pewnie dlaczego sięgnąłem po niniejsze pozycje. Sprawa jest prosta, design sam w sobie nie szczególnie mnie fascynuje, ale jako człowiek, który od najmłodszych lat kochał rysować, siłą rzeczy musiałem liznąć temat. Czy na tyle, bym z zainteresowaniem złapał za te dwie pozycje? Pewnie nie, ale przekonały mnie dwie rzeczy. Mniej istotną był fakt, że miałem już kontakt z publikacjami TED i było to przyjemne doświadczenie, bardziej znaczący okazał się jednak fakt, że Kidd odwołuj się tu również do sztuki komiksu, a wystarczy rzucić okiem na recenzje na moim blogu, by wiedzieć, jak bardzo cenię tę gałąź sztuki. Ale nie żałuję, bo to naprawdę ciekawe pozycje, nieskomplikowane, łatwo przyswajalne i wciągające. I niech nie odstrasza Was podtytuł "dla nastolatków", bo oba tytuły spodobają się - i przydadzą - nie tylko im.


Treść. Co właściwie można w takim przypadku napisać o treści? Niezbyt wiele – design czy jak ktoś woli projektowanie to hasło, które rozumie się samo przez się. Jeśli nie, autor podaje swoją definicję: „to celowe planowanie, w wyniku którego formy, obrazy, słowa i znaczenia zostają połączone w taki sposób, by dało się osiągnąć konkretny cel”. Ale jakie słowa, jakie obrazy, formy i znaczenia i jak osiągnąć ów konkretny cel? O tym właśnie opowiada Chip Kidd (nie jest to jego prawdziwe nazwisko, ale dobry pseudonim to także element sztuki designu), który krok po kroku oprowadza nas po tej dziedzinie sztuki i pokazuje piękno, niezwykłość i kulisy nawet najbardziej denerwujących reklam.


Wybaczcie, że będzie to recenzja zbiorcza dwóch książek, ale ponieważ obie dotykają tej samej tematyki, utrzymują taki sam poziom i zrobione są przez jednego autora, byłbym zmuszony do powtarzania tych samych rzeczy, a nie o to przecież chodzi. Zarówno „Design dla nastolatków i nie tylko” jak i „Oceń to” to pozycje wzajemnie się uzupełniające, a zarazem doskonale nadające się do samodzielnej lektury, z których wniosek płynie jeden: „Cokolwiek robisz, nie mów stop”.


Ok, ale co dokładnie znajdziecie w środku? Przystępne przybliżenie idei designu, z którym spotykamy się w naszym życiu. TED to zresztą inicjatywa, która ma nam w taki właśnie sposób podawać wszelkie zagadnienia pomagające zrozumieć świat i jego funkcjonowanie. To mówi wszystko i wszystko to jest tutaj. W „Designie” dowiadujemy się, jakie znaczenie ma interlinia, powtórzenia, wzory, wartość DPI obrazu, kroje pisma, kolory plakatów… Długo można by wymieniać. Kidd, autor ponad 1000 okładek do książek pokazuje nam kiedy lepiej jest uprościć grafikę, a kiedy pójść w detale. Dowiecie się czym jest przestrzeń negatywna, a czym kerning, do czego przydaje się asymetria i jak kreatywnie wykorzystać pomniejszanie i powiększanie. Ba, autor zabiera nas nawet w podróż w czasie, sięgając do ciekawostek historycznych.


W przypadku „Oceń to”, stajemy przed wyzwaniem, któremu codziennie, najczęściej nieświadomie stawiamy czoła. Ocenianie to coś, bez czego nie toczy się życie. Pierwsze wrażenie, któremu ulegamy, głębsza analiza, której poddajemy wszystko – dotyczą one nie tylko dzieł sztuki, ale też ludzi czy wydarzeń. Nie należy oceniać książki po okładce, ale – jak słusznie zauważa Kidd – to właśnie robimy, a on pokazuje nam mechanizmy za tym się kryjące. Pomaga nam zrozumie wszystko i świadomie podejść do tej kwestii, za przykład biorąc jeden, zwyczajny zdawałoby się dzień. Tu także sięga do ciekawostek i historii, bardzo zagłębia się też w swoje życie i pasje i zachęca byśmy pochylili się nawet nad rynsztokiem, bo i tam można znaleźć niejedną fascynującą rzecz.


Wszystko to Chip Kidd serwuje nam w sposób prostu, przystępny i wciągający. Nie rozwleka się, nie przynudza, nie przybiera też mentorskiego tonu – po prostu zabiera nas na fascynującą wyprawę w głąb tego, z czym na co dzień mamy do czynienia, ale nie przywiązujemy do niego wagi. Te dwie książki (jednak wielkości albumu, druga w sam raz do schowania w kieszeni, obie bardzo ładnie wydane) choć trochę zmienią nasz odbiór świata i nauczą niejednego nie tylko nastolatków. Każdy, kogo interesuje sztuka, z pewnością powinien rzucić na nie okiem, a potem raz jeszcze rozejrzeć się wokoło – efekty mogą być naprawdę fascynujące.


Dziękuję wydawnictwu Mamania / Relacja za udostępnienie egzemplarzy do recenzji.

Avengers. Czas się kończy #2 - Jonathan Hickman, Mike Deodato, Szymon Kudrański, Stefano Caselli, Kev Walker, Mike Perkins

CZAS CORAZ BLIŻEJ KOŃCA


Najbardziej monumentalna saga wydawana w ramach Marvel Now powoli dobiega końca. Wiele było epickich opowieści w tej linii wydawniczej, choćby opublikowane ostatnio znakomite "Spiderversum", ale żadna z nich nie był tak rozległa i imponująca jak historia inkursji. Rozpoczęta w pierwszym tomie "New Avengers", rozciągnięta na obie serie z "Avengersami" i niemal wszystkie eventy, wpływała na wydarzenia całego uniwersum i innych tytułów. Już niedługo wszystko - i te wydarzenia, i cały świat Marvela - skończy się "Tajnymi wojnami", zanim to jednak nastąpi, mamy "Czas się kończy", wielkie - ale przede wszystkim bardzo udane - odliczanie do owego finału, które stara się rozwiązać namnożone w trakcie trwania całości wątki.


Czas się kończy, świat się kończy, wszystko umiera. Wiedzą o tym Avengers, ale żeby ocalić Ziemię, musieliby niszczyć inne planety, które wchodzą na kurs kolizyjny z nią, a na takie poświęcenie żaden z nich nie jest gotowy. Ale są tacy, którzy są w stanie to robić - i robią! Sytuacja z każdą chwilą staje się coraz groźniejsza, rozłam między bohaterami się pogłębia. Gdy pościg za Koterią trwa, inni starają się wymierzyć sprawiedliwość swoim dawnym przyjaciołom. Tymczasem Thanos odkrywa, że z każdym martwym światem wydłużą się czas zawieszenia między inkursjami. Czyżby pojawiła się nadzieja na ocalenie wszechświata?


Akcja, akcja, akcja, akcja i jeszcze raz akcja. "Avengers: Czas się kończy" to przepełniony pędzącymi na łeb na szyję wydarzeniami komiks, od którego trudno się oderwać. Do czego to wszystko zmierza wiedzą czytelnicy, którzy przeczytali np. wydany w Polsce album "Deadpool: Wszystko, co dobre", gdzie ukazano finał inkursji. Jednakże nie tylko na odbiorców nieświadomych tego, co nadciąga czeka mnóstwo wrażeń i napięcia. Komiksy Marvela od zawsze budowane są nie na wielkich zaskoczeniach, a odtwarzaniu pewnych oczywistości i schematów - ważne, by owo odtwórstwo było dobre, a w tym przypadku takie właśnie jest.


Wielkich nowości co prawda tutaj nie ma, ale pisana przez Jonathana Hickamana seria (to on czuwa nad całością od samego początku), jest świetnie pomyślana i poprowadzona. Nie jest też pusta. Co prawda do myślenia skłaniały głównie pierwsze tomy "New Avengers", ale nadal cykl pełen jest wątpliwie moralnych działań i związanych z tym kwestii, co prowokuje do zastanowienia się i wyrobienia sobie własnego zdania. A że jest przy tym epicki i widowiskowi, czytelnicy spragnieni czystej rozrywki też nie będą zawiedzeni.


W skrócie: polecam. Komiksy o "Avengers" to jedna z najlepszych serii w ramach Marvel Now. Dobrze napisane, znakomicie zilustrowane (realistycznie, szczegółowo i nastrojowo - w tym tomie mamy także ilustracje naszego rodaka, Szymona Kudrańskiego, który wcześniej pracował m.in. przy "Spawnie"), naprawdę warte są poznania.




wtorek, 26 czerwca 2018

Ja, Nina Szubur - Daniel Chmielewski

ISZTAR W ŚWIECIE POSTAPO


Od kiedy tylko zobaczyłem zapowiedź tego komiksu, wiedziałem, że będę chciał go przeczytać. Nie zainteresowała mnie ani tematyka, bo nie przepadam za przenoszeniem mitów na komiksowy grunt (temat jest już bowiem tak ograny, że szkoda na niego słów), ani nazwisko Olgi Tokarczuk, mimo jej statusu, nie zrobiło na mnie wielkiego wrażenia, a i z twórczością Daniela Chmielewskiego nie miałem w życiu zbyt wiele do czynienia. Coś jednak było w tych przykładowych planszach, co przyciągało mnie do "Ja, Nina Szubur". Ten klimat i zapowiedź czegoś ambitnego. I chociaż nie do końca całość wyszła tak, jak bym tego oczekiwał, album okazał się naprawdę udanym dziełem, absolutnie wartym poznania.


Niedaleka przyszłość. Apokaliptyczne wojny strawiły świat, ostatnim przyczółkiem ludzkości jest miasto Uruk – trzypoziomowe, samowystarczalne, zbudowane na środku pustyni. To tu żyją niedobitki naszej rasy i sztucznie wyhodowane osobniki mające im służyć. Tu także mieszka Inanna, córka jednego z Ojców Założycieli i kobieta pełna tajemnic. Pewnego dnia, po powrocie spoza granic Uruk, ze świata oficjalnie nieistniejącego, oznajmia swojej ukochanej Ninie Szubur, że muszą zejść z ważnym zadaniem do M3 – najniżej położonej kondygnacji, gdzie gnieździ się wszystko, co w mieście najgorsze. Czeka tam na nie siostra Inanny i niebezpieczeństwa. Inanna nie wraca, Nina chce ją ratować, ale jej dążenia do ocalenia ukochanej ukażą jej jak mało wiedziała o otaczającym ją świecie i ludziach…


Jako że jestem dość dużym ignorantem, jeżeli chodzi o współczesną polską literaturę, "Ja, Nina" to mój pierwszy kontakt z twórczością Olgi Tokarczuk. Trudno mi więc ocenić jak wiele jej samej jest w tej powieści graficznej, bo w końcu scenariusz także napisał Chmielewski, tak samo jak trudno jest mi stwierdzić, czy sięgnę w niedalekiej przyszłości po jej książki. Ale cieszę się, że dane mi było przeczytać niniejszy album. Choćby dla jego klimatu i tych drobiazgów porozrzucanych w warstwie graficznej, które mówią nam o wiele więcej, niż sama fabuła.


Ale treść też jest tu ciekawa. Mit o Isztar, mezopotamskiej bogini uwięzionej w krainie zmarłych, przeniesiony zostaje w realia postapo. Trochę może zbyt dosłownie, w końcu imiona (Inanna) czy miejsca (Uruk) zostały zaimportowane do tej historii w oryginalnym brzmieniu. Gdy jednak przestać zwracać uwagę na takie elementy, cała historia staje się mniej oczywista, choć jednocześnie swą uniwersalność czerpie z sumeryjskiego mitu. Wszystko to oczywiście osadzone w popularnych współcześnie ramach postapokaliptycznego science fiction. Podobnych, będących obecnie na topie rzeczy jest w tym więcej - jednych to kupi, innych będzie pewnie mierziło, niemniej całość robi spore wrażenie i jest dziełem spójnym, ciekawym i mającym coś do powiedzenia.


Jeśli można do czegoś się przyczepić w tej pozycji, to do pewnych skrótów fabularnych, które widać w tekście, gdy z jednej strony tłumaczona bywa akcja ukazana już za pomocą ilustracji, a z drugiej opisy czasem się rwą. Na pewno jednak nie można czepiać się szaty graficznej. Rysunki są realistyczne, dość szczegółowe i nastrojowe. Oszczędny, stonowany kolor buduje tu ciekawy klimat, a duży format wydania pozwala się cieszyć oko rysunkami. Miłośnicy prozy Tokarczuk i współczesnych polskich komiksów będą z tego albumu zadowoleni.


Dziękuję Wydawnictwu Komiksowemu za udostępnienie egzemplarza do recenzji.





Kuroko's Basket #11 - Fujimaki Tadatoshi

KOSZYKARSKA PRZESZŁOŚĆ


W jedenastym tomie „Kuroko”, na miłośników serii, obok sportowej rywalizacji, czeka kolejna dawka spokojniejszych momentów. Oczywiście mamy tu humor, nieco odpoczynku i tym podobnych elementów, ale prym wiodą tutaj retrospekcje pokazujące nam początki istnienia klubu koszykarskiego Seirin i rodzące się między bohaterami relacje.


Eliminacje do Pucharu Zimowego trwają, a Seirin mierzy się w nich z Shuutoku. Midorima wydaje się jeszcze lepszy niż wcześniej, a co za tym idzie, wszystko wskazuje na to, że dla Kagamiego i reszty mecz jest stracony. Jednakże wtedy do akcji wkracza Kuroko, który ma zanadrzu zupełnie nową technikę. Pytanie tylko czy za jej pomocą będzie w stanie poradzić sobie z przeciwnikami? W końcu nawet on nie da sobie rady, jeśli będzie musiał walczyć sam, a wydaje się być na to skazany…

Mecz jednak to tylko część z tego, co czeka na naszych bohaterów. Będą bowiem musieli zmierzyć się ze sprzątaniem przed inspekcją, a jak się wkrótce przekonają, niektórych rzeczy lepiej jest nie ruszać. Czas wypaczyć potrafi bowiem nawet jedzenie, które… Aaaaaa!!! Czyżby ryżowa kulka żyła?! Jednocześnie można także znaleźć kilka ciekawych rzeczy. Chłopaki postanawiają w zapuszczonym pomieszczeniu odszukać całą serię mang, porozrzucaną tu i tam, ostatecznie jednak natykają się na zeszłoroczne zdjęcie członków klubu, co prowadzi do poznania przez pierwszorocznych historii jego powstania…


Rzeczą, którą w przypadku "Kuroko" chyba najbardziej wypada docenić, jest fakt, że manga przez cały czas trzyma ten sam poziom. A przecież łatwo mogłaby stać się nudna. Bohaterowie wciąż tylko albo grają w piłkę, albo ćwiczą. Szkolne życie, jeśli się w ogóle pojawia, jest jedynie dodatkiem, podobnie jak wiele innych elementów. A jednak Fujimaki wciąż jest w stanie podawać nam to samo we wspaniały sposób, nie wywołując przy tym poczucia wtórności. Oczywiście wiem, że na tej samej zasadzie zbudowane są też bitewniaki, ale jednak w ich przypadku akcji nie ograniczają tak bardzo konkretne reguły gry.


Autor "Kuroko" daje jednak radę wyciągnąć z tego porywającą opowieść. Opowieść, która bawi, śmieszy, czasami wzrusza, czasami drażni nerwy. Świetnie poprowadzoną, znakomicie narysowaną, klimatyczną i sympatyczną. A przy okazji doskonale zilustrowaną, w sposób prosty, dynamiczny i pełen realizmu. Jak zwykle zatem polecam gorąco nie tylko fanom koszykówki.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarzy do recenzji.






poniedziałek, 25 czerwca 2018

Kuroko's Basket #10 - Fujimaki Tadatoshi

WALKA O SPEŁNIENIE MARZEŃ


Bohaterowie "Kuroko's Basket" wracają na boisko by zawalczyć o udział w zimowych zawodach. Koniec więc z przygotowaniami i poszukiwaniami nowych metod, czas wykorzystać nabyte umiejętności w praktycznym starciu. Jaki będzie jego wynik? Na to przyjdzie jeszcze nam poczekać, ale jedno jest pewne: niezależnie od tego, jak rozstrzygną się losy kolejnych meczów, na czytelników czeka mnóstwo dobrej, wciągającej zabawy z solidną dawką humoru.


Rozpoczynają się eliminacje do Pucharu Zimowego. Po wyczerpujących treningach, jakie przeszli nastolatkowie, drużyna Seirin złapała drugi oddech i jest gotowa sięgnąć po zwycięstwo, ale przecież jej przeciwnicy także przez ten czas się rozwinęli. Czy będą więc mieli zatem szansę spełnić swoje marzenia? Nic nie jest pewne, bo żeby dostać się do fazy grupowej muszą zwyciężyć z Jousei. Co prawda w składzie Seirin znów można podziwiać Kiyoshiego, a Kuroko wymyślił nową technikę, która może okazać się nie do zatrzymania, ale nic nie idzie tak, jakby młodzi koszykarze tego oczekiwali. Tymczasem Shuutoku po wygranej w swoim meczu, przechodzi do fazy grupowej…


Wprawdzie nawet w ostatnich, bardziej stonowanych i skupionych na treningach tomach nie można było narzekać na niedosyt sportowych wrażeń, ale teraz akcja przyspiesza a bohaterowie znów stają do walki o najwyższą stawkę. Z poprowadzenia fabuły najbardziej zadowoleni będą więc wszyscy miłośnicy koszykówki. Ale nie martwcie się, jeśli za sportem nie przepadacie, manga wciąż doskonale nadaje się także dla tej grupy czytelników.


Nie musicie się także obawiać, jeśli nie znacie zasad basketballu, nazewnictwa tricków i wszystkiego, co się z tym wiąże. Wszystko tu jest jasne, proste, a kiedy trzeba, także dopowiedziane przez tłumacza. Do tego mamy sportowe elementy równoważy humor (podoba mi się, że w tym tomie wyraźnie zwiększyła się jego ilość w samych meczach), podlany czasem erotyczną nutą (to w końcu manga dla chłopców a mamy tu dwie trenerki, z czego jedna może pochwalić się konkretnymi walorami), lekkość i ujmującą prostotę.


Czyta się to znakomicie, szata graficzna wpada w oko... W skrócie: "Kuroko's Basket" to bardzo dobra seria rozrywkowa. Shounen pełną gębą, kto więc lubi gatunek, będzie zadowolony.


A ja dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.







niedziela, 24 czerwca 2018

Kuroko's Basket #9 - Fujimaki Tadatoshi

POWRÓT NA BOISKO


Po dwóch spokojniejszych tomach, "Kuroko's" wraca na boisko by po raz kolejny zaserwować nam sportowe emocje. Tempo przyspiesza, akcja atakuje nas ze wszystkich stron, a bohaterowie znów pokazują, że koszykówka to pot, krew i łzy - tak zwycięstwa, jak i porażki.


Ćwierćfinały zawodów międzyszkolnych trwają. Pojedynek między drużynami szkół Kaijou i Touou coraz bardziej zmienia się w starcie między Kise i Aomine, dwoma przedstawicielami Pokolenia Cudów. Temu pierwszemu w końcu udaje się skopiować grę swego mentora, ale czy będzie w stanie pokonać go tak, jakby tego sobie życzył? Aomine co prawda ma na koncie cztery faule i nie może grać zbyt agresywnie, jednak czy to w czymkolwiek mu przeszkodzi?

A to początek. Kagami i Kuroko wybierają się bowiem na mecz ulicznej koszykówki. Na miejscu dochodzi jednak do serii nieoczekiwanych spotkań, które wyciągną na świtało dzienne kilka faktów z przeszłości i staną się zapowiedzią przyszłych zdarzeń. Jakby tego było mało, do drużyny Seirin dołącza… pies!


Dziewiąty tom "Kuroko's" kontynuuje to, co pokazały nam poprzednie części. Z jednej strony w fabule mniej jest presji związanej z rywalizacją. Oczywiście bohaterowie nadal się zmagają, ale są to albo zmagania mniej formalne, albo mecze toczą się pomiędzy innymi drużynami, co pozwala i im, i nam nabrać pewnego dystansu. Ale nie brak w tym emocji, akcja nie zwalnia ani na chwilę, a manga wciąga przez cały czas.


Tym razem na scenę wkraczają kolejne nowe postacie, pojawiają się też retrospekcje Kagamiego, a my dowiadujemy się kilku ciekawych rzeczy. Bywa dramatycznie, bywa też śmiesznie, zawsze jest jednak ciekawie. Bo i postacie są udane, i interakcje między nimi wypadają interesująco - i wreszcie także wydarzenia (choć można by się zastanawiać o czym tu właściwie opowiadać) trzymają w napięciu i zainteresowaniu. Znakomita szata graficzna świetnie to wszystko uzupełnia, tak samo jak dobre wydanie.


W skrócie: miłośnicy historii sportowych i shounenów będą bardzo zadowoleni. Ja ze swej strony, jak zwykle polecam, bo warto. I mam nadzieję, że seria utrzyma ten poziom do samego końca.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.