sobota, 7 lipca 2018

Barbarzyńcy w Krainie Fetoru - Juan Soto Ivars

GDYBY NARNIA ZNAJDOWAŁA SIĘ W ŚWIECIE KUPEK


Jeśli humorystyczna fantastyka to tylko Pratchett, ewentualnie Tom Holt. Taka zasadę wyznaję od lat, bo niestety poza dziełami tych dwóch jegomości, praktycznie nie spotkałem nic dobrego ze wspomnianego gatunku. Owszem, jeszcze nieźle bawiłem się czytając stare teksty Roberta Zaręby, czasem jakieś opowiadanie z Jakubem Wędrowyczem rozśmieszyło mnie na chwilę, ale na tym koniec. Wszystkie inne podobne próby kończyły się albo znudzeniem, albo zażenowaniem poziomem lektury – albo tym i tym jednocześnie. Dlatego z wahaniem sięgnąłem po „Barbarzyńców w Krainie Fetoru”. Sięgnąłem jednak, bo przypomniał mi się udany „Świat kupek” wzmiankowanego już Pratchetta i nie żałuję, bowiem zabawa z powieścią Ivarsa okazała się udana i warto ją polecić zarówno dzieciom, jak i dorosłym. Ale po kolei.


Poznajcie Lawinę. Lawina to paczka dzieciaków, w skład której wchodzą dziesięcioletni bliźniacy Juan i Paco, ich o rok młodsza koleżanka Uma, na którą wiecznie trzeba czekać, siedmioletnia Mar, którą rodzice w ogóle się nie interesują, pięć lat od niej starszy, tchórzliwy Pablo i wreszcie trzynastoletni Miguel, miłośnik sportu i wielki przystojniak. Los chce, że te wakacje spędzać muszą w mieście, snują się więc bez celu to tu, to tam, nieświadomi nawet, że są krok od wielkiej przygody. Zanim ta jednak nastąpi, męczą się nudnego popołudnia, bo wszędzie albo kolejki, albo pełno turystów, a dla nich nie ma nic ciekawego. Decydują się więc iść i powybijać trochę szyb w opuszczonym budynku laboratorium nad rzeką, ale okazuje się, że miejsce to wciąż skrywa wiele tajemnic. Bohaterowie prosto ze swojego świata trafiają do Krainy Fetoru, równoległej rzeczywistości stworzonej przez pewnego naukowca, który chciał miejsca, gdzie nie musiałby się martwić o jedzenie, prysznic i inne przyziemne rzeczy przeszkadzające mu w pracy. Tu na rozdzielonych i zagubionych w niewielkim, ale szalonym świecie dzieci czeka wyzwanie: muszą się odnaleźć i wrócić do siebie, ale jak wiadomo nie będzie to wcale takie łatwe…


Gdyby „Narnia” znajdowała się w „Świecie kupek”, chyba tak najkrócej i najlepiej można scharakteryzować tę niegrubą, ale uroczą książeczkę, którą z pewnością zachwyciłbym się jako dziecko. Ale nawet teraz jestem z lektury bardzo zadowolony. Obudziła we mnie kilka sentymentów (ach to dziecięce włóczenie się po opuszczonych budynkach i tym podobne sprawy), przywołała nieco momentów z młodych lat, a nawet przypomniała jeden z komiksów z „Kaczorem Donaldem”, którymi się wtedy zaczytywałem, a w którym siostrzeńcy nie chcą się myć i chwalą zalety brudu.


Ale abstrahując od tego wszystkiego, od porównań z prozą Pratchetta i innych podobnych rzeczy, „Barbarzyńcy w Krainie Fetoru” to po prostu dobra, lekko napisana, nie do końca grzeczna, wesoła i mimo wszystko ucząca poprzez zabawę książka w sam raz na gorące dni. Dobrze poprowdzona, daleka od infantylności i bardzo ładnie zilustrowana, po prostu sama się czyta. Na wakacje to lektura wprost idealna, tak samo zresztą jak i na inne pory roku, dla przypomnienia sobie letnich przygód. Dobra zabawa w dobrym stylu gwarantowana.


Dziękuję wydawnictwu Prószyński iS-ka za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz