czwartek, 30 sierpnia 2018

100 Naboi, tom 3 - Brian Azzarello, Eduardo Risso

WARTO PO STOKROĆ


Dobrych piętnaście lat temu, kiedy nieistniejąca już Mandragora zaczęła wydawać w Polsce „100 naboi", magazyn „Produkt" chwalił serię jako jedno z najlepszych komiksowych dzieł na naszym rynku. Teraz, choć minęło półtorej dekady, a rynek zalany został masą znakomitych tytułów, nic się nie zmieniło i cykl duetu Azzarello / Risso wciąż pozostaje w ścisłej czołówce. A właściwie zmieniła się tylko jedna rzecz - Mandragora nigdy nie dokończyła wydawania „100 naboi", Egmont natomiast zamierza wydać całość i wraz z tym tomem w ręce czytelników trafiają pierwsze zeszyty, których nigdy wcześniej nad Wisłą nie było.


Całość zasadza się na prostym, acz niezwykle nośnym pomyśle. Tajemniczy mężczyzna z powiązaniami, przedstawiający się jako agent Garves, odwiedza najróżniejszych ludzi, których życie się rozpadło i daje im szansę zemsty. Nie dość, ze wskazuje im winnych takiego stanu rzeczy i dowody ich winy, to jeszcze wręcza im aktówkę, broń i tytułowe sto naboi i gwarantuje nietykalność. Jaką jednak tajemnicę skrywa? Dlaczego to robi? I czemu wybiera właśnie te osoby? Tego chcą dowiedzieć się nie tylko sami główni zainteresowani, ale także i dawni współpracownicy Gravesa z pewnej organizacji. Z tomu na tom dowiadujemy się coraz więcej o niej, przeszłości postaci i pewnych wydarzeniach, które odmieniły wszystko, ale każda odpowiedź rodzi tylko kolejne pytania.

W tej części dochodzi do spotkania Gravesa i Shepherda, które zaczyna wyjaśniać miejsce i rolę, jakie ten pierwszy przeznaczył w swoim planie Dizzy. Tymczasem Dizzy po roku wraca w rodzinne strony, gdzie spotyka swoje dawne przyjaciółki. Co wyniknie z obu tych wydarzeń i co czeka na innych aktorów tego dramatu?


„100 naboi” to seria rewelacyjna. Tak po prostu. Bezwzględne opus magnum zarówno Azzarello, jak i Risso i jeden z najlepszych tytułów w dziejach komiksu. Potwierdza to nie tylko sześć nagród Eisnera, cztery Harveya oraz umieszczenie na liście 100 najlepszych powieści graficznych wg „Wizarda”. Ale czy można się dziwić wielkiemu uznaniu, jakim seria ta cieszy się od lat? Absolutnie nie, wystarczy zacząć ją czytać i wszelkie wątpliwości z miejsca się rozwiewają. Od ocierającego się o geniusz scenariusza, na rewelacyjnej szacie graficznej skończywszy – wszystko tu jest bliskie ideałowi. Nawet świetny kolor, dobre tłumaczenie i takie samo zbiorcze wydanie.


Oczywiście największa siłą „100 naboi” pozostają przede wszystkim sam pomysł i jego wykonanie. Genialna w swej prostocie idea, wsparta wielopiętrową zagadką, rozpisana została na serię pozornie niezależnych opowieści, które wraz z kolejnymi zeszytami powoli zaczynają układać się w jedną wielką całość. Tu nawet pozornie pozbawiona znaczenia postać i wątek wetknięty jedynie ku przedłużyć całość w każdej chwili mogą okazać istotnym elementem całych puzzli. Do tego mamy świetne, krwiste postacie, co prawda oparte na schematach gatunku noir, ale jakże znakomicie wykorzystanych, niesamowity klimat i żywe dialogi.


A wszystko to zilustrowane w doskonale pasujący do fabuły sposób przez Edurado Risso, którego styl przypomina połączenie prac Franka Millera z czasów „Sin City” i Tima Sale’a, kiedy rysował „Batmana”. Jego rysunki ogląda się z przyjemnością i trudno mi wyobrazić sobie kogoś innego, kto lepiej zająłby się całością. Jeśli więc jeszcze nie znacie „100 naboi”, rozejrzyjcie się za serią wśród nowości jak najszybciej, póki nakład się nie wyczerpał. Te komiksy są tego warte. Po stokroć.





Strangers in Paradise: Obcy w raju, tom 1 - Terry Moore

OBCY WŚRÓD UCZUĆ


"Strangers in Paradise: Obcy w raju" to nie tylko zdecydowanie jeden z najpiękniejszych najbardziej poruszających i najlepszych komiksów o miłości, jakie kiedykolwiek powstały, ale przede wszystkim jedno z najwybitniejszych dzieł w dziejach tego medium. Nagrodzony Eisnerem, najważniejszym branżowym wyróżnieniem, za historię "I Dream of You", National Cartoonists Society Reuben Award dla najlepszego komiksu i GLAAD Award w tej samej kategorii, znalazł się także na 55 miejscu komiksów wszech czasów wg "Wizarda", pokonując takie legendy, jak "X-Men: Bóg kocha, człowiek zabija", "Batman: Długie Halloween" czy "Azyl Arkham". Wszystko to jednak jak najbardziej zasłużenie, bo opus magnum Terry'ego Moore'a to jedno z arcydzieł, które powinno znaleźć się na półce każdego miłośnika komiksu i wszystkich ceniących poruszające serce i umysł historie.


Francine to młoda kobieta zaangażowana w związek z mężczyzną, który nie jest jej wart i tylko dobija ją psychicznie. Jej najlepsza przyjaciółka, Katchoo, pomaga jej jak tylko może, na swój wybuchowy sposób. Impulsywna i wulgarna, skrywa wiele tajemnic. Jedną z nich jest fakt, że kocha Francine, pozostałe zaczynają z czasem wychodzić na jaw. I jest jeszcze on, zakochany w Katchoo David, mężczyzna także niewolny od sekretów. Życie całej trójki zmienia się, gdy przeszłość Katchoo upomina się o nią w najmniej oczekiwanym momencie, sprowadzając na nich poważne zagrożenie...


"Strangers in Paradise" to seria wyrosła na dość nietypowym gruncie. Terry Moore swoje postacie wymyślił bowiem na potrzeby humorystycznych pasków gazetowych, nad którymi pracował w młodości. Miał jednak dość tego typu historyjek, chciał zrobić coś złożonego, o rozbudowanej fabule i konkretnej długości i tak krok po kroku zaczął się rodzić pomysł na "SIP". To, co ostatecznie powstało, przyćmiło chyba wszystkie możliwe oczekiwania. Bo czego można chcieć od obyczajowej historii miłosnej? Emocji, wzruszeń, romantycznych uniesień, sympatycznych bohaterów, którym możemy kibicować itd., itd. I to wszystko tu jest, ale gdybym ograniczył się jedynie do wymienienia tych elementów, wyrządziłbym wielką krzywdę temu komiksowi.


Bo "Obcy w raju" to to przede wszystkim świetna, życiowa historia, zaludniona przez krwiste, psychologicznie złożone i intrygujące postacie, o ciekawych życiorysach. Jednocześnie z czasem prosta opowieść o miłości i przyjaźni zaczyna zmieniać się w graniczący z thrillerem kryminał. Moore jednak ani na moment nie zapomina o czym przede wszystkim powinna opowiadać ta seria i serwuje nam emocjonalny rollercoaster, doskonale przy tym zilustrowany w sposób lekko cartoonowy, ale idealnie pasujący do treści. Terry to w końcu mistrz rysowania kobiet i mimiki, a to akurat rzeczy, dla serii istotne.


Dodajcie do tego świetne wydanie, zbierające w sobie pierwsze dwa volume'y "SIP" (łącznie 16 zeszytów) i otrzymacie album, który nie tylko musicie mieć, ale który także świetnie prezentuje się na półce. Wśród nowości próżno szukać równie rewelacyjnego dzieła i trzeba się cieszyć, że komiksy takie jak ten nie są pomijane w zalewie wszędobylskiego superhero. Polecam bardzo, bardzo gorąco - tak samo, jak polecał go słynny reżyser i scenarzysta komiksowy Kevin Smith, pisząc na jego temat przy okazji wspomnianej przez mnie na początku listy "Wizarda".





poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Koniec warty - Stephen King

KONIEC WARTY PRZECZYTANIA?


Stephen King, jak na Króla Horroru przystało, w trakcie swojej trwającej już ponad czterdzieści lat kariery, zgłębił chyba wszystkie możliwe aspekty grozy, od klasycznych straszaków i makabrycznych rzezi, przez na straszące odmiany science fiction i fantasy skończywszy, na horrorach psychologicznych i thrillera skończywszy. Trylogią „Pan Mercedes” zboczył jednak w inne rejony, starając się stworzyć właściwie pierwsze rasowe kryminały w swoim życiu. Ale czy to wielka zmiana, skoro przecież niemalże od samego początku serwował nam wiele powieści policyjnych, z tym, że traktujących o paranormalnych wydarzeniach? W właśnie „Końcem warty” powraca do tego typu dzieł, wrzucając do historii detektywistycznej elementy nadprzyrodzone i otwierając furtkę dla dalszego eksplorowania tematu (czego podjął się ostatnio w udanym „Outsiderze”). Jak jednak wychodzi mu to pożegnanie z mordercą z mercedesa?


Brady Hartsfield przed laty urządził masakrę, wjeżdżając w tłum skradzionym mercedesem, a potem próbował wysadzić się na koncercie pełnym dzieci. Nie udało mu się, powstrzymali go Bill Hodges i jego pomocnicy i od tamtej pory morderca pozostaje warzywem, z którym nie ma kontaktu. Jedynymi śladami jego aktywności zdają się być tylko mimowolne gesty i dziwne, nadprzyrodzone epizody, które zdarzają się w jego obecności. Nikt nie wie jednak, że Brady jest świadomy, potrafi wyrwać się ze swojego ciała i na dodatek planuje zemstę. Owładnięty myślą o nakłonieniu ludzi do samobójstw, powoli zaczyna uśmiercać kolejne osoby. Najbardziej jednak pragnie dokończyć to, co zaczął przed laty.

Tymczasem Hodges zmaga się z problemami zdrowotnymi. Nie zapomina jednak o Panu Mercedesie i wkrótce wpada na trop tego, co się dzieje. Nie umie jeszcze wszystkiego dopasować, nie umie wyjaśnić tego, co się dzieje, ale wie jedno: Brady’ego trzeba powstrzymać i musi zrobić to on. Boi się jednak, że choroba pozbawi go czasu i sił potrzebnych do wykonania tego zadania i zagwarantuje mu ostateczny koniec warty…


Koniec warty” jest jak dwa pozostałe tomy trylogii. Zaczyna się rewelacyjnie, a potem poziom spada. Całość jest też przewidywalna i nie zaskakuje właściwie niczym. To sprawne poprowadzenie wydarzeń od jednego oczywistego punktu do drugiego, poprzez serię równie oczywistych podpunktów, zachowując przy tym zasady trylogii, że ostatni tom musi wrócić do początku. Jednocześnie to dobrze napisana, ale jednak tylko i wyłącznie rzemieślnicza robota, która ma domknąć cykl. Na szczęście i tak King to swoje rzemiosło uprawia z taką wprawą i talentem, że w porównaniu z trylogią „Mercedesa” większość współczesnych kryminałów może się schować.


To, co wyróżnia „Koniec warty” to na pewno znakomity styl: lekki, prosty, ale udany, literacko znakomity i potrafiący budować świetny klimat. King pisze tu co prawda w czasie teraźniejszym, a to nie jest łatwa sztuka – najczęściej tego teksty brzmią osobliwie, szczególnie w polskim języku i tylko największym autorom udaje się wyjść z podobnych prac obronną ręką. Mistrz z Maine nie robi tego co prawda w takim stylu, jak choćby Chuck Palahniuk, niemniej cała trylogia „Pana Mercedesa” jest świetnie napisana i czas teraźniejszy nic tu nie zmienia.


I chociaż zabrakło większego wdzięku, świeżości i nowości, King po raz kolejny dał radę. Spod jego ręki wyszła udana powieść i dobre domknięcie dobrej opowieści, a fakt, że Holy, najciekawsza postać całej trylogii jeszcze powróci, naprawdę cieszy. W skrócie: jak zwykle polecam, bo to koniec warty przeczytania.

niedziela, 26 sierpnia 2018

To, co najlepsze, tom 2 - Harlan Ellison

TO, CO W FANTASTYCE NAJLEPSZE


Harlan Ellison, jeden z najlepszych, choć w Polsce mało znanych pisarzy science ficion, zmarł w czerwcu tego roku w wieku 84 lat. Jego śmierć zbiegła się z wydaniem pierwszego tomu antologii jego prac „To, co najlepsze”, który ukazał się na naszym rynku kilka miesięcy wcześniej. Teraz na rynek trafia jej drugi i ostatni tom, stając się nie tylko domknięciem swoistego przekroju twórczości amerykańskiego pisarza, ale też i pożegnaniem z nim samym. Jednocześnie to kawał znakomitej lektury dla każdego miłośnika dobrej fantastyki, takiej wykraczającej poza ramy rozrywki i satysfakcjonującej także wymagających czytelników.


Opowiedzieć o treści tego zbioru nie jest łatwo. Można wspomnieć o świetnym tekście „Chłopiec i jego pies”, w którym autor mierzy się z tematem postapokliptycznego świata, gdy jego bohater, owładnięty przez pierwotne instynktu, przemierza świat z psem-telepatą u boku. Można wspomnieć o „Ptaku śmierci” reinterpretującym motywy biblijne czy „Jeffty ma pięć lat”, historię chłopca, który nigdy nie wyrósł ponad swój wiek – w każdym tego słowa znaczeniu. Ale to tylko trzy z wielu przykładów tego, co znajdziecie w niniejszym zbiorze. Bo czego w nim właściwie nie ma. Jest dosadna analiza Hollywood, dla którego Harlan pisywał przecież scenariusze, jest scenariusz także, skoro już jesteśmy w temacie, jest antywojenna polemika, są sentymentalne powroty do młodości i dzieciństwa, posplatane z niezwykłymi, niepokojącymi wizjami. Są i wizje inspirowane obrazami, jest seryjny morderca prostytutek w opowiadaniu powstałym pod wpływem Chrisa Cartera, twórcy „Z archiwum X”. Jest tu dużo fikcji, jest też sporo tekstów, które śmiało można zaliczyć do literatury faktu: artykuł, recenzja, list itd. Są sprawy przyziemne, jak wpadka pewnej dziewczyny i wiążące się z tym konsekwencje i rzeczy na światową i wszechświatową skalę. Czy małe to jednak sprawy, czy wielkie, niezmiennie robią takie samo wrażenie.


Już po powyższym opisie doskonale widać, jak kompleksowy jest ten zbiór. Jaki przekrój przez twórczość Ellisona stanowi i jak zgłębia najróżniejsze jej aspekty. I to wszystko w dwóch tylko, choć trzeba przyznać, że obszernych (i jakże znakomicie wydanych) tomach. Aż chciałoby się, żeby więcej mało znanych w naszym kraju autorów fantastyki doczekało się takich podsumowań ich pracy. Mi osobiście marzy się podobna kompilacja tekstów Richarda Mathesona, ale wróćmy do sedna.


Jaka jest twórczość Ellisona? To, że różnorodna chyba nie muszę mówić, przede wszystkim jednak jest to twórczość, która ma służyć przekazaniu czegoś. Zaprezentowaniu nam pewnych przemyśleń i wartości. Bywa, że twórca serwuje nam tekstu kontrowersyjne, nie jest w końcu autorem delikatnym, choć bywa także, że nie wszystko przekazuje nam na poziomie otwartego ataku na nasze zmysły. Ale jednocześnie oferuje nam także to, czego od fantastyki oczekujemy: widowiskowość, niezwykłość, obrazy pobudzające wyobraźnię i niesamowity klimat. A wszystko to podane stylem lekkim, ale literacko bardzo udanym i zapadającym w pamięć.


Warto. Pod każdym względem warto, bo oba tomy serwują nam dokładnie to, co obiecuje tytuł – wszystko, co w fantastyce najlepsze. A kropką nad i niech stanie się posłowie Ellisona, jakże wymownie zamknięte w jednym tylko zdaniu: „Byłem tu przez krótki czas i przez krótki czas miałem znaczenie.” Nic bowiem lepiej nie podsumuje całości – jego twórczości i życia – jak te jedenaście słów.


Dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Psy na mangę #3 - Ema Toyama

PSY TRZY czyli co ty @%$&* wiesz o rysowaniu


Było miło, lekko, prosto, sympatycznie i zabawnie, a teraz nadszedł czas na koniec. A jaki jest to koniec? Taki, jak początek i środek: udany, rozśmieszający, klimatyczny i pełen uroku. Już przy okazji poprzedniego tomu pisałem, że szkoda mi żegnać się z tą mangą, teraz, gdy ta chwila w końcu nadeszła, żal mi jeszcze bardziej. Bo chociaż "Psy na mangę" to nieskomplikowana i niegrzesząca ani oryginalnością, ani głębią, to jednak kupili mnie ci bohaterowie i ich świat.


Kanna i jej trzy psy na mangę powracają po raz ostatni z kolejną porcją szalonych przygód, by przekonać się co oni właściwie @%$&* wiedzą o rysowaniu! Tym razem czeka na nich walka nie tylko o mangę Kanny, ale także o być albo nie być… ich klasy mangowej! W między czasie nasi głup… bohaterowie przekonają się jak wygląda życie mangaki, będą starać się zadebiutować, poznają nowego kolegę zachęconego dołączyć do ich klasy, a główna bohaterka trafi na… przyjęcie organizowane przez wydawnictwo!


Kiedy sięgałem po "Psy na mangę", spodziewałem się czegoś zupełnie innego. Po opisie manga kojarzyła się z "Bakumanem" - całkiem słusznie zresztą, bo autorka się nim inspirowała - miałem też nadzieję na romans (w końcu to shoujo o dziewczynie i trzech przystojniakach), dostałem jednak komedię niemalże tematyki miłosnej. A jednak nie rozczarowałem się, dałem się porwać całości i bawiłem znakomicie.


Całość, choć lekka, dawała wgląd w kulisy pracy mangaki, obśmiewała nieco własny gatunek, bawiła się jego schematami i przedstawiała całkiem ciekawe skecze. Miała też swój lekki, depresyjno-komediowy klimat, a dla spragnionych poznania twórczości bohaterki oferowała fragmenty jej mangi. A wszystko to sympatycznie, choć też w nieskomplikowany sposób, narysowane i ładnie wydane.


Miłośnicy shoujo z pewnością będą z "Psów na mangę" zadowoleni. To tylko trzy tomy, tylko lekka opowieść ku poprawieniu humoru, a jednak ma coś w sobie. Warto ją więc poznać i przekonać się co ma do zaoferowania.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.






czwartek, 23 sierpnia 2018

Psy na mangę #2 - Ema Toyama

PSY NA MANGACZKĘ


Pierwszy tom "Psów na mangę" był lekką, bardzo prostą opowiastką zbudowaną na niewyszukanych żartach. Dopiero w drugiej połowie zaczął się rozkręcać, ale skończył się, nim na dobre złapał wiatr w żagle. Dlatego bardzo liczyłem na ciąg dalszy i... I co? I jest dobrze. Lepiej niż było, zabawniej i z ciekawszą akcją, którą nie ogranicza się do rzucenia tylko kilku żartów i obśmiewania otaku-idiotów.


Życie Kanny nie jest proste i łatwe, choć ma zaledwie kilkanaście lat, a otaczają ją wpatrzeni w nią z uwielbieniem przystojniacy. Dziewczyna jest bowiem mangaczką, wydaje własną serię w magazynie, ale nie dość, że ciągle gonią ją terminy, to jeszcze jej historia niezbyt sobie radzi a ona boi się, że zostanie anulowana. To jednak zaledwie część tego, co na nią czeka. Gdy do oddania manuskryptu do wydawnictwa pozostaje ledwie półtorej godziny, Kanna znika, porwana przez nowego kolegę z klasy. Jaki jest jego cel i czy jej przystojnym kolegom-idiotom uda się jej pomóc?

Po rozwiązaniu jednego problemu pojawiają się jednak kolejne. Nasza mangowa klasa wybierze się na konwent, gdzie Kanna będzie musiała zmagać się z pracą na stoisku, a także bronić kolegów przed… yaoi. Do tego wkrótce dziewczyna doczeka się swojego pierwszego spotkania autorskiego, pozna prawdziwą psychofankę, a na „deser” czeka ją kontakt z programem do rysowania na komputerze oraz nową redaktor magazynu!


Mądra, wyalienowana bohaterka, otaczający ją ekstrawertyczni skończeni idioci, mający ją za swoją senpai, wcale nie mądrzejsi nauczyciele-ignoranci i ciągłe problemy: z tworzeniem, z ludźmi, z codziennym życiem - tak właśnie wygląda świat tej mangi. Inspirowana "Bakumanem", choć skupiająca się na lżejszych tematach seria "Psy na mangę" ma przede wszystkim służyć rozrywce. Może i zatem nie wywołuje takich emocji i nie stara się sportretować środowiska twórców i procesu wydawniczego, ale jako rzecz na poprawienie humoru sprawdza się naprawdę znakomicie.


Manga podzielona została na krótkie rozdziały, które łączą się co prawda w większą całość, ale właściwie można je czytać samodzielnie. To takie skecze spojone za pomocą bohaterów, często niewyszukane, ale urocze i wciągające. Dodajcie do tego  typową dla shoujo, udaną szatę graficzną i dobre wydanie i dostaniecie dobrą serię dla miłośniczek mangi, która czasem pozwala zajrzeć za kulisy branży.


Ja ze swej strony polecam, bo warto. Fani „Bakumana” znajdą tu drugie, lżejsze oblicze tematu, a miłośnicy shoujo wszystko, to co lubią. Ja bawiłem się w trakcie lektury naprawdę dobrze i aż żałuję, że tytuł ten liczy jedynie trzy tomy.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.







środa, 22 sierpnia 2018

Psy na mangę #1 - Ema Toyama

NIE TYLKO "BAKUMAN"


Wyobraźcie sobie następującą sytuację. Nastoletni bohater tworzy mangę, jednocześnie chodząc do szkoły i zmagając się z kłopotami na tym polu. Z czym się Wam to kojarzy? Pierwsza myśl to pewnie "Bakuman", ale jest jeszcze pewna seria, młodsza od  niego, choć na polskim rynku wydana nieco wcześniej. "Psy na mangę", bo o tym tytule mowa, to nic innego, jak taki "Bakuman" w wersji shoujo właśnie, prostszy od niego (szczególnie jeśli chodzi o konstrukcję postaci) i mniej emocjonalny, choć też ciekawy i potrafiący poprawić humor.


Poznajcie Kannę Tezukę, nastolatkę jakich wiele. Tylko jakby bardziej ponurą, wycofaną, cichą, poważną… Ok, daleko jej do bycia zwyczajną dziewczyną, tym bardziej, że zadebiutowała już jako mangaczka i na co dzień zmaga się z zawodowymi problemami. Dlatego też, by móc rysować również w szkole, wybiera liceum o profilu mangowym. Jak się szybko okazuje, placówka nie jest w ogóle przygotowana na taki program nauczania, nauczyciele nic nie potrafią, a uczniowie nie podchodzą do przedmiotów choćby z gramem powagi. Otoczona przez idiotów-otaku, którzy rozpoznają w niej autorkę prawdziwej mangi, Kanna musi jakoś poradzić sobie z ich uwielbieniem i słomianym zapałem, a także goniącym ją terminami i spadkiem popularności jej serii. Co gorsza, ci skończeni debile, od których nawet stereotypowa blondynka mogłaby się wiele nauczyć, są niepokojąco przystojni…


"Psy na mangę" to seria, a właściwie należałoby chyba rzec miniseria, liczy sobie bowiem zaledwie trzy tomiki, która przede wszystkim ma nam poprawić humor. Podczas gdy "Bakuman" starał się jak najdokładniej przybliżyć nam proces twórczy i wydawniczy, a także bawić się naszymi emocjami, dzieło Emy Toyamy stawia przede wszystkim na dostarczenie niewymagającej rozrywki. Owszem, mamy tu nieco zakulisowych ciekawostek i odrobinę uczuć, ale wszystko to podane na śmiesznie i w bardzo lekki sposób.


Postacie w "Psach" nie są szczególnie złożone, a czasem wręcz głupiutkie, fabuła też jest prosta, całość jednak nie nudzi ani nie zawodzi. I przy okazji szybko się czyta. Design mangi, jak się można spodziewać, jest uproszczony, ale swój urok ma. Tak samo jak ogół szaty graficznej. W skrócie: lekkie shoujo pełną gębą, że powiem to w tak kolokwialny sposób.


Miłośnicy (miłośniczki?) gatunku będą zadowoleni. Fani "Bakumana" na kolana nie padną, ale jeśli będą chwili poznać zupełnie inną stronę mangi opowiadającej o podobnych rzeczach, też będą bawić się nieźle. A że całość liczy niewiele tomów, śmiało można po "Psy na mangę" sięgnąć i zrelaksować się niezobowiązująco, bez poświęcania serii zbyt wiele czasu.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




Zuzanna Kapryśna: Jak wychować siostrę - Wiesława Zaręba, Tomasz Kleszcz

KAPRYSY ZUZI I JEJ SIOSTRY


W ostatnim czasie namnożyło się opowieści łączących w sobie zwyczajny tekst z komiksowymi wstawkami. Czasem przybierają one formę ilustracji (choćby seria „Pax”), czasem stanowią uzupełnienie treści (cykl „Dziennik cwaniaczka” czy nasz rodzimy „Hej, Jędrek”, stanowiący chyba najlepszy przykład tego typu dzieł). Jeśli chodzi o „Zuzannę Kapryśną” to jest to typowa ilustrowana książka dla dzieci, w której znajdziecie jedynie kilka komiksowych elementów. Dorośli i miłośnicy komiksu nie mają tu więc czego szukać, ale najmłodsi będą z niej raczej zadowoleni.


Poznajcie Olę, jedenastoletnią dziewczynkę, która musi zmagać się z nadciągającą nastoletniością i przemianami, jakie wówczas na nią czekają. Częściej jednak zmuszona jest męczyć się ze swoją młodszą o sześć lat siostrzyczką, Zuzią. Bo Zuzia, jak każde dziecko, jest drażniąca, jest kapryśna, nic nie rozumie i, jak to na młodszą pociechę przystało, jest także rozpieszczona. Ale Ola, jak na dobrą siostrę przystało, stara się jak może pomóc rodzicom z jej wychowaniem. Jednocześnie obie się uczą – z różnych źródeł, w tym od siebie nawzajem – poznając świat i życie.


Prosta to książeczka, oj prosta. I to bardzo. Dla dzieci nie będzie to żadnym zarzutem, bo przecież nie oczekują złożonych treści i wykonania, ale z perspektywy starszego czytelnika, wyraźnie widzę ten fakt. Sama treść nie jest tu problemem, „Zuzanna Kapryśna” ma być nieskomplikowana, poza tym to klasyczna pozycja „bawiąc uczy, ucząc bawi”, gorzej jest jednak z wykonaniem. Nie mówię, że jest źle, ale całość została zbudowana na krótkich, unikających wielokrotnego złożenia zdaniach, które czasem są zwyczajnie zbyt proste. Rozumiem, że to publikacja dla najmłodszych, jednak nie boją się oni nieco bardziej wymagającego tekstu. A przynajmniej ja się nie bałem i myślę, że – wbrew poziomowi młodych ludzi, jaki widać w Internecie – nie brakuje tego typu odbiorców.


Ale czy będzie to przeszkadzać dzieciom? Jak już pisałem – nie. „Zuzanna Kapryśna” to lekka, sympatyczna lektura, którą dobrze nadaje się w początkowych etapach przygody z książkami. Ładnie ilustrowana, z atrakcyjnymi komiksowymi wstawkami i całkiem nieźle wydana. Całość czasem przypomina trochę podręcznik (są nawet ćwiczenia) i oferuje wgląd w różne zagadnienia, od nauki gry w klasy, przez zawartość witamin w danych warzywach, na zasadach zachowania się skończywszy, ale w sposób, który przypadnie do gustu młodym czytelnikom.


Dziękuję wydawnictwu Kameleon za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

wtorek, 21 sierpnia 2018

Dragons Rioting #9 - Watanabe Tsuyoshi

ROZNEGLIŻOWANY SMOK, WEJŚCIE WĘGORZA


I oto nadszedł wielki finał "Dragons Rioting". Było miło, było zabawnie, było zboczenie i nie zawsze z logiką, ale jednak sympatycznie i przyjemnie, ale teraz czas się pożegnać, a przy okazji spojrzeć na całość z perspektywy czasu. Czy warto było poznać tę serię? Tak. Czy dobrze się bawiłem? Oczywiście i jak zawsze trochę mi żal, że to już koniec, ale nie żałuję, że mogłem przeczytać tę mangę.


Trwają Igrzyska Piekielnej Czerni. Zaczyna się pojedynek Smoka Świetlistej Gwiazdy i Ciszy Mroźnego Głodu, który od początku zdaje się być na niekorzyść Męskiego Czyśćca. Bez znaczenia jest jednak jego wynik, bo i tak Rintaro będzie musiał zmierzyć się z Saizo. Jak zakończy się ten pojedynek? Gdy Rintaro jest coraz bliższy przegranej, a koledzy starają się pomóc mu za wszelką cenę, na jaw zaczynają wychodzić tajemnice z przeszłości. Wkrótce na scenie pojawia się pewien chłopak, który nie tylko ma pewne związki z naszym głównym bohaterem, ale przy okazji być może zna sposób… wyleczenia jego przypadłości!


Jak zawsze w "Dragons Rioting", tak i w tym tomie, choć akcja pędzi na złamanie karku, walki robią spektakularne wrażenie i pełne są wymyślnych technik, które same w sobie obśmiewają podobne elementy mang shounen, nie brak tu spokojniejszych chwil. Przede wszystkim jednak królują humor (nieznikający nawet, kiedy krew się leje, a wróg grozi naszemu bohaterowi pozbawieniem życia), podskakujące piersi, wypięte pośladki i wyeksponowane majteczki. Zresztą im groźniejsze starcie, tym więcej rozdartych ubrań, a im więcej rozdartych ubrań, tym i przybywa reakcji naszego bohatera i jego kolegów, które potrafią rozbroić.


Jak to się wszystko kończy, łatwo możecie przewidzieć, ale czy to źle? Nie, tak samo, jak zły nie jest w tym przypadku brak większej logiki czy niewyszukane, często głupkowate żarty. To taka konwencja, tego też oczekują czytelnicy i to właśnie otrzymują. Ma być szybko, lekko, przyjemnie, śmiesznie i erotycznie - i tak właśnie jest. Do tego z bardzo udaną szatą graficzną i dobrym wydaniem, w którym zachowano wszystkie kolorowe strony.


Nastoletnim chłopcom polecać nie muszę, bo wystarczy, że zobaczą opis, a z pewnością sięgną po ten tytuł. A co z resztą czytelników? Kto lubi shouneny albo chce się pośmiać w niezobowiązujący sposób, odreagować wyłączywszy myślenie, na pewno nie zawiedzie się na "Dragons Rioting".


A ja dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.







poniedziałek, 20 sierpnia 2018

Dragons Rioting #8 - Watanabe Tsuyoshi

TO SIĘ SKOŃCZY CAŁOWANIEM


Chociaż niedawno wydawało się, że „Dragons Rioting” dopiero się rozkręca, już mamy przedostatni tom. Wraz z nim zaczyna się też dłuższy wątek fabularny, który będzie jednocześnie wieńczył serię. Gotowi na wielką, śmiercionośną walkę, która rozstrzygnie kto jest najsilniejszy i co czeka Męski Czyściec w przyszłości?


Dla Rintaro zaczyna się czas wielkich kłopotów. Jeszcze nie skończył wyborów, a już w Męskim Czyśćcu zjawia się Seizu wraz z trzema wojowniczkami klanu Czarnej Mgły Zakrywającej Niebo i chce się z nim zmierzyć, zgodnie ze złożoną obietnicą. Nasz bohater nie jest zbyt chętny do pojedynku, ale – jak już się przyzwyczaił – nie da się uniknąć takich rzeczy. Tym bardziej, że stawka jest wyższa, niż kiedykolwiek, bo wróg chce jednocześnie przejąć szkołę. Uczennice nie zamierzają tak łatwo ulec klanowi, wyznaczony zostaje więc czas turnieju walk, który rozstrzygnie całą kwestię. Po stronie Rintaro stają wszystkie Smoczyce, zanim jednak zaczną się Igrzyska Piekielnej Czerni, nasz bohater będzie musiał rozwiązać kilka problemów. Pierwszym z nich są wybory na przewodniczącego szkolnego samorządu, drugim upewnienie się, że Okularnica rzeczywiście będzie walczyła dla niego. Chłopak wybiera się więc do niej, żeby wszystko obgadać, ale czego by nie robił, wydaje się, że ich spotkanie coraz bardziej przypomina randkę i nieuchronnie zmierza do pocałunku!


Po tym tomie wyraźnie widać, że zbliża się wielki finał serii. Nie tylko wydarzenia stały się bardziej epickie i definitywne, ale przy okazji i pojawił się pierwszy tak długi wątek w tej serii. Zaczął się bowiem jeszcze w poprzedniej części i w tej nie osiąga swojego finału. Wręcz przeciwnie, wydaje się dopiero rozkręcać, ale już w tym momencie zostawia bohaterów sponiewieranych, jak nigdy dotąd.


Co ciekawe akcja, choć bardziej dynamiczna, krwawa i ostra niż dotychczas, wcale nie pędzi tu na złamanie karku. Tomik oferuje nam wiele spokojniejszych, pełnych humoru momentów. Bywa, że wszystko toczy się niemal leniwie, a całość przy okazji, jak zwykle zresztą, po brzegi pełna jest łagodnej erotyki. Do tego mnóstwo sympatycznych postaci i szczypta satyry plus kilka popkulturowych odniesień sprawiają, że całość czyta się po prostu znakomicie, pochłaniając "Dragons Rioting" jednym tchem.


Miłośnicy shounenów będą zadowoleni z tej serii. Jest lekka, czasem nie pamięta co to logika, ale sympatią nadrabia takie drobiazgi. I przy okazji jest dobrze narysowana.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.






Kryzys na nieskończonych Ziemiach - Marv Wolfman, George Pérez

KRYZYS, KTÓRY ODMIENIŁ OBLICZE KOMIKSU


„Kryzys na nieskończonych Ziemiach” to jeden z tych komiksów, które nie należą do najlepszych, ale ich znaczenie dla historii opowieści obrazkowych jest tak wielkie, że powinny znaleźć się na półce każdego fana. Stworzona przez duet Marv Wolfman / George Pérez maxiseria była nie tylko największym w swej epickiej skali projektem w liczącej wówczas pół wieku historii komiksów superbohaterskich, ale przede wszystkim dziełem, które doskonale podsumowywało cały ten okres i zbierało wszystkie postacie, jakie wówczas istniały w stajni DC. W konsekwencji całe uniwersum zostało oczyszczone i ujednolicone, a przed twórcami otwarta została furtka do snucia nowych, poważnych i dojrzałych opowieści, zapoczątkowując Współczesną Erę Komiksu. Teraz, na kilka dni przed premierę jej kontynuacji zatytułowanej „Nieskończony kryzys”, pojawia się doskonała okazja by przypomnieć sobie tę opowieść i jej znaczenie.


Historia opisana w dwunastu zeszytach „Kryzysu na nieskończonych Ziemiach” opowiada nam o zagrożeniu, które może zniszczyć życie we wszystkich możliwych światach. Kiedyś wszechświat był jeden, został jednak podzielony na wiele alternatywnych. Teraz jednak wszystkie z nich po kolei giną, czas ucieka, a bohaterowie nawet nie wiedzą, że coś takiego w ogóle ma miejsce. Przynajmniej do momentu, kiedy niejaki Monitor gromadzi ich by pomogli mu w uporaniu się z kryzysem. Oto bowiem niejaki Antymonitor, jego zła wersja z alternatywnej rzeczywistości, niszczy światy by przejmować ich moc. Kiedy nie zostanie już żaden, on osiągnie pełnię swoich możliwości. By go powstrzymać, bohaterowie będę musieli połączyć siły nie tylko ze swoimi odpowiednikami z innych Ziem, ale także i wrogami, a nawet odbyć podróż do początków samego czasu. Pytanie jednak czy będą w stanie pokonać rosnącego w siłę wroga, skoro w ich własnych szeregach jest zdrajca?


„Kryzys na nieskończonych Ziemiach” powstał, bo przez 50 lat wydawania przez DC komiksów, namnożyło się bohaterów, wątków i niejasnych fabuł, którym często brakowało spójności. Tym bardziej, że wraz z początkiem Srebrnej Ery Komiksu wielu bohaterów z wcześniejszej epoki zostało zastąpionych innymi o takim samym pseudonimie, ale zupełnie innej historii. Pierwsze próby unormowania wszystkiego miały miejsce w roku 1961, kiedy to w zeszycie "The Flash" #123 tytułowy bohater trafił do alternatywnego świata zamieszkałego przez jego poprzednika – to tu narodziła się koncepcja multiwersum i innych rzeczywistości – jednak dopiero w roku 1985 udało się w pełni wykorzystać ten pomysł i stworzyć pierwszy w dziejach komiksowy event, „Kryzys…” (co prawda Marvel wyprzedził DC „Tajnymi wojnami”, ale tylko dlatego, że dowiedział się o planach konkurenta).


Autorzy zebrali tu nie tylko wszystkich bohaterów, jakich kiedykolwiek stworzył wydawca, ale też zdecydowali się opowiedzieć historię istnienia całego uniwersum DC, łącząc tu właściwie wszystkie swoje komiksy w jedną całość. Oczywiście jednocześnie zaczęli zabijać kolejne postacie, oczyszczając z nich świat, pozbyli się alternatywnych Ziem, a co za tym idzie wątków z nimi związanych i scalili to, co zostało w jeden twór. Od teraz trzeba było na nowo opowiedzieć przeszłość bohaterów, bo nawet ona nie ostała się niezmieniona, a także znów rozbudowywać wymyślony wszechświat. To jednak było już zadanie dla kolejnych twórców, którzy przejęli po nich pałeczkę.


Wszystko to brzmi imponująco i momentami robi niemałe wrażenie, jednakże historia sama w sobie nie jest zbyt porywająca. Bohaterowie dużo rozmawiają, ale właściwie niewiele z tego wynika. Dużo też walczą, ale w każdym świecie są to starcia będące kopią poprzednich. Natłok bohaterów wprowadza chaos, przez co cierpią co ciekawsze wątki, które traktowane są skrótowo… Itd., itd. Niemniej nadal jest ciekawie, bywa dramatycznie i wzruszająco, a historia całego wszechświata DC jest czymś, co powinien przeczytać każdy fan komiksów tego wydawcy. Zabrakło jednak pomysłu i zaszwankowało wykonanie, bo fabuła jest infantylna, rozciągnięta na siłę by wcisnąć w nią jak najwięcej postaci i momentami nużąca.


Za to absolutnie zachwyca szata graficzna. Klasyczna kreska Péreza i z szacunkiem odnowiony kolor robią wielkie wrażenie. Jest kolorowo, jest szczegółowo i realistycznie jest także. Do tego mamy rewelacyjne wydanie, w twardej oprawie i z mnóstwem dodatków (koncepcjami na historię, szkicami, zakulisowymi materiałami). Szkoda tylko, że dodatkowa obwoluta nie została wydrukowana tak, by mogła służyć jako plakat, bo po części tym właśnie powinna być.


I chociaż „Kryzys na nieskończonych Ziemiach” ma sporo minusów, to wciąż niezła opowieść o wielkiej wadze dla gatunku. Docenili ją czytelnicy, docenili też krytycy, umieszczając na liście 100 najlepszych powieści graficznych w historii wg „Wizarda”. Kto nie zna, powinien poznać jak najszybciej i wyrobić sobie własne zdanie. 




Strrraszna historia: Ci niewiarygodni Inkowie - Terry Deary, Martin Brown, Philip Reeve

JAK 260 NAJEŹDŹCÓW ZNISZCZYŁO 12-MILIONOWE  IMPERIUM


Seria „Strrraszna historia” to dokonały przykład na to, jak bez sztampy, ale za to w fascynujący i porywający sposób można opowiadać o historii. Wystarczy pasja plus nieco talentu pisarskiego i niezły rysownik, który uzupełni to wszystko cartoonowymi ilustracjami w sam raz dla młodych czytelników i powstanie twór, który potrafi porwać nawet tych, którzy faktów z przeszłości absolutnie nie trawią. Oczywiście nie udałoby się to bez pewnej dozy makabry i ciekawostek, jakich unikają nauczyciele. Na szczęście autorzy tej serii wiedzieli co chcą zrobić i jak zrobić to powinni i wykorzystali to naprawdę znakomicie. Nie ważne więc czy dopiero od tego tomu zechcecie zacząć z nią przygodę, czy też czytaliście inne części i doskonale wiecie czego się po „Inkach” spodziewać – zabawa i tak będzie dla Was znakomita.


Kojarzycie bitwę pod Termopilami? Jeśli nie, to – bez wnikania w szczegóły – chodziło w niej mnie więcej o to, że 300 dzielnych Spartan powstrzymało wówczas wielomilionową armię Perską. Jak ta legenda ma się do faktów to już będziecie musieli odkryć kiedyś sami, mi chodzi w tym momencie o dysproporcje obu stron i istotny detal – spryt, który pozwolił wygrać mimo takiej nierówności. Pytanie tylko po co o tym wspominam, skoro bitwa ta odbyła się w roku 480 p.n.e., a Państwo Inków postało dopiero w wieku XII? Z prostej przyczyny. Niniejsza książka opowiada o odwrotnej sytuacji, kiedy to 260 hiszpańskich najeźdźców zdołało zniszczyć 12-milionowe inkaskie imperium. Z drobną pomocą zarazków oczywiście.

Ale to przecież tylko jedna z nieliczonych ciekawostek jakie czekają na czytelników. Oprócz tego jest tu np. chronologia (a więc nie unikniecie dat!), są informacje o władcach (czyli poczet ich „królów’ też będziecie musieli poznać), dziesięć inkaskich przekazań, informacje o ich strojach, przepisach prawnych, o czasach podboju, wspaniałych świątyniach itd., itd. Stąd dowiecie się nawet jak Inkowie oczyszczali drogę, kiedy przeszedł po niej… chrześcijanin!


Jak to dobrze, że seria „Strrraszna historia” po latach wróciła na nasz rynek. Sam pamiętam ją z dzieciństwa, kiedy to pojawiła się w Polsce po raz pierwszy. Wtedy książeczki z tego cyklu miały mniejszy format, a okładki różniły się jeśli chodzi o opracowanie graficzne – nie były tak błyszczące, jak obecnie. Niezmienna pozostała jednak ich zawartość, pełna ciekawostek historycznych i wiedzy, podanych w sposób lekki, zabawny i wciągający.


Czytając „Tych niewiarygodnych Inków” czytelnik co chwila wybucha śmiechem. Nieraz też ze zdziwieniem i niedowierzaniem będzie wczytywał się w tekst, poznając fakty, które brzmią, niczym żart czy wymysł fantasty, a jednak są prawdziwe. Oczywiście, jak obiecuje tytuł, w trakcie lektury nie zabraknie też rzeczy strasznych, choć raczej należałoby je nazwać krwawymi i makabrycznymi. Nie martwcie się jednak (słowa te kieruję nie tylko do rodziców, ale też i co wrażliwszych odbiorców), wszystko tu jest dostosowane do wieku i ma na celu bardziej zaciekawić, niż zszokować czytelnika. Historia naszych przodków nie był zresztą delikatna i łagodna, o czym dzieci przekonują się też na lekcjach w szkole.


Ale książki z serii „Strrraszna historia” są o niebo ciekawsze, niż 99% wykładów nauczycieli, dlatego jeśli chcecie zainteresować dzieci przeszłością, podarowanie im jednej z nich będzie strzałem w dziesiątkę. W końcu jest tu wszystko to, co młodzi czytelnicy kochają, od fascynującej treści, po urocze ilustracje. I przy okazji całość jest atrakcyjna cenowo. Polecam.


A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.