niedziela, 30 września 2018

Master - Magda Skubisz

KOMEDIA Z PRZESŁANIEM


Książki Magdy Skubisz zdecydowanie należą do moich ulubionych powieści młodzieżowych. Może dlatego, że to bardziej książki o młodzieży przeznaczone dla dorosłych odbiorców, niż lektura stricte dla czytelników w wieku kilkunastu lat? A może po prostu dlatego, że są trafne i wyróżniają się brakiem złudzeń, jakie stały się przekleństwem tego typu literatury? Tak naprawdę liczy się tylko jedno: że to zwyczajnie dobre książki, które wciągają, bawią i naprawdę świetnie się czytają.


Łukasz ‘Master’ Masterski się zakochał. I to miłością taką, że chłopak ten, od zawsze marzący o muzycznej karierze i tabunach piszczących i rzucających w niego majtkami dziewczyn, ale nie realizujący się w tym kierunku, zaczyna śpiewać piosenki o niej. Nadia, bo tak jej na imię, nie jest jak inne przedstawicielki płci pięknej. Spotkali się, wylądowali w łóżku, wtedy okazało się, że jest prostytutką, pojawił się jej alfons Wania, Luśka z nim zerwała… No miło nie było, ale Master kocha i uparcie odwiedza dziewczynę, marząc o wyrwaniu jej z sideł zawodu, choć na marzeniach poprzestając.

Tymczasem Ryba, Haskal, Doktor i reszta zastanawiają się co począć z Wanią. Ukraiński zbir tkwi obecnie u Zenka, przywiązany do beczki i przydałoby się rozwiązać jego kwestię. Niestety żywy człowiek to kłopot, policja z pewnością za niego się nie weźmie, a zabijać? Właśnie. Nie wiedzą jednak, że pod nieobecność Zenka i ojca, Wania kusi młodego Wojtka by wypuścił go na wolność. A co wtedy się stanie?


„Master” zaczyna się dość mocnym akcentem. Akcentem traktującym o wykorzystaniu młodych dziewczyn pod okiem, a nawet za przyzwoleniem tych, którzy powinni je chronić. Fakt, że problem ten stał się w pewnym stopniu udziałem Magdy Skubisz, a wydarzenia z tematem związane zawarte zostały w „Chałturniku” sprawia, że patrzę teraz na tamto dzieło z zupełnie innej perspektywy. I ta perspektywa udział się też „Masterowi”, który ze wszystkim się rozlicza. Pod pewnymi względami rzecz przypomina mi znakomitą „Candy” Kevina Brooksa, Skubisz idzie tu jednak inną drogą. Tam mieliśmy do czynienia z ponurym młodzieżowym dramatem, tu z komedią, którą autentycznie śmieszy, ale pod płaszczykiem żartów mówi o rzeczach ważnych i mocnych.


To niewątpliwy plus całości. Poprzednie części nie były tak zaangażowane, jak ta, bazowały na sentymentach i dobrej zabawie. Oczywiście tego nie brakuje także i tym razem, nie zawiodą się więc ci, którzy książki Skubisz pokochali za humor, cięty język i ukazanie młodzieży taka, jaka jest w rzeczywistości, z jej blaskami i cieniami. W „Masterze” znalazło się też sporo miejsca na szaleństwo, problemy, z którymi może identyfikować się każdy nastoletni odbiorca i ciekawy portret Przemyśla.


W skrócie: kawał dobrej rozrywki, tym razem z przesłaniem. Warto po nią sięgnąć, a jeśli nie czytaliście jeszcze poprzednich części, poznać całość. Ja ze swej strony polecam.


A wydawnictwu Videograf dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.






Karneval #1 - Touya Mikanagi

SHOUNEN SPOTKAŁO SHOUJO


„Karneval” to manga, nad sięgnięciem po którą długo się wahałem. Z jednej strony ciekawie brzmiący opis zachęcał do poznania dzieła Touyi Mikanagi, z drugiej okładki jakoś nie potrafiły mnie kupić. W końcu jednak zwyciężyła ciekawość i chociaż pierwszy tom jeszcze w pełni mnie do siebie nie przekonał, to i tak jestem ciekaw co z tego wyniknie i nie prędko skończę przygodę z tą serią.


Cyrk to organizacja, na dźwięk nazwy której każdy reaguje strachem. Młody Nai posiada jednak bransoletkę jej członków, nie swoją co prawda, tylko kogoś mu bliskiego, kogo chce odnaleźć za wszelką cenę. Nieświadomy jednak okrucieństwa świata, w jakim przyszło mu żyć, bardzo naiwny i nie mający pojęcia co właściwie trafiło w jego ręce, szybo staje się celem pewnej kobiety. A właściwie potwora w kobiecym ciele, który porywa z ulicy wszelkiej maści zapomnianych ludzi by ich pożerać. Los chce, że trafia tu także Gareki, włamywacz i drobny złodziejaszek, który decyduje się mu pomóc w zamian za opowieść o bransoletce. Liczy też, że uda mu się ją w końcu przejąć, a to zagwarantowałoby mu niemałą sumkę. Nai staje się jego towarzyszem, ale na obu czeka wiele zagrożeń, i to gorszych, niż się spodziewali. Za naiwnym chłopakiem podąża bowiem policja, która podejrzewa go o morderstwo jednego z ich kolegów, a na tym wcale nie koniec…


Jednym z plusów „Karnevala” jest fakt, że mangę czyta się naprawdę szybko. Lekka, dynamiczna i nawet ciekawa, zabiera nas do świata fantasy, a może raczej science fantasy, gdzie fabuła w stylu shounenów łączy się z szatą graficzną, jakiej nie powstydziłyby się dzieła shoujo. I właśnie na styku tych dwóch mangowych światów znajduje się właśnie ten tytuł. Oficjalnie zalicza się go co prawda do gatunku josei (komiksu kobiecego, dla czytelniczek w wieku 18-45 lat), ale otwartość tej serii sprawia, że przełamuje ona tego typu granice.


Wracając jednak do fabuły, poza akcją, zbrodniami i tajemnicami oraz szczyptą horroru i fantastyki, znajdziecie tu także całkiem sporo klimatycznych scen, nieco humoru i ciekawie skonstruowany świat, gdzie spotykają się postacie ubrane niczym niezapomniany Tuxedo z „Czarodziejki z Księżyca”, z tymi wyglądającymi jak z shounenów i takimi, odzianymi w zwyczajne stroje. Bo ubiór to coś, co rzuca się w oczy w tej serii. Tajemnic i niezwykłości też tutaj nie brakuje, choć są dawkowane w niespieszny sposób, a szata graficzna całości wypada przyjemnie dla oka. Lepiej, niż na okładce.


Miłośnicy lekkich, choć nie pozbawionych ciężaru mang będą zadowoleni. To co prawda dzieło bardziej kobiece, ale nie tylko płeć piękna znajdzie tu coś dla siebie. Jak wspominałem na wstępie, póki co „Karneval” jeszcze nie w pełni mnie kupił, ale zaciekawił na tyle, bym chciał się dowiedzieć co będzie dalej. Dlatego polecam.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.







sobota, 29 września 2018

Tańczące martwe dziewczynki - Graham Masterton

DANSE MACABRE


Kto czyta moje recenzje, doskonale wie, że nie darzę szczególną sympatią współczesnych kryminałów i thrillerów. To, że brak im oryginalności to jedno, bo gatunek jest już tak wyeksploatowany, a jego ramy dostatecznie sztywne, że nie ma co zbytnio na nią liczyć. Gorzej jednak, że najczęściej są to dzieła miałkie, słabo wykonane i pozbawione jakichkolwiek wartości literackich. Inaczej rzecz ma się z powieściami Mastertona. Chociaż i on (podobnie, jak Stephen King w swoich ostatnich pracach) nie przełamał gatunkowych schematów, to jednak spod jego ręki wyszły naprawdę znakomite książki, świetnie napisane i dostarczające odpowiedniego dreszczyku wszystkim miłośnikom mocnych wrażeń.


Zaczyna się od pożaru. W trakcie próby tanecznej w Cork młodzi tancerze wyczuwają dym. Ogień wdziera się do sali, a znajdujący się na niej ludzie giną po kolei w męczarniach. Ostatecznie ocaleje tylko jedna z nich – dziewczynka, która cierpiąc na ataki paniki nie będzie chciała nic powiedzieć na temat tego, co się wydarzyło. A przyczyna pożaru może wcale nie być tak oczywista, jakby się zdawało – podobnie, jak zgony niektórych ofiar. Śledztwem zajmuje się Katie Maguire, która jak zwykle nie jest wolna od osobistych problemów. Na razie to jednak tylko jedna z wielu spraw, wcale nie najważniejsza. W Cork dzieją się bowiem rzeczy, które bardziej przykuwają uwagę policji. Po śmierci lokalnego przywódcy gangu do miasta przybywa Davy Dorgan, by przejąć jego rolę. Ma jednak cele jakże odmienne od swojego poprzednika – wykorzystując brexit, chce doprowadzić do swoistej rewolucji, która bynajmniej nie będzie bezkrwawa…


Masterton, jak chyba każdy pisarz horrorów, ma tendencję do dziwnych, często zupełnie nietrafionych pomysłów, kiepskiego rozwiązywania fabularnych i naciąganych wątków. Jednego jednak nigdy nie można mu odmówić – potrafi pisać, a co za tym idzie, potrafi także wywoływać mnóstwo emocji. Groza obecna jest w jego dziełach, jak w rzadko których, napięcie i brutalność naprawdę robią wrażenie, a przy okazji całość czyta się lekko, szybko i z dużą przyjemnością.


Wszystko to obecne jest także w serii z Katie Maguire. Oczywiście nie ma tu grozy paranormalnej, ale jest taka ludzka, wynikająca z obcowania z bestialstwem, zbrodnią i okrucieństwem. Mniej tu jest także seksu, tego udziwnionego, wyjętego niczym z filmów pornograficznych dla fetyszystów, do którego Masterton przyzwyczaił nas przez lata. Jest za to kwintesencja thrillera – zbrodnia, która robi wrażenie, śledztwo, napięcie, konfrontacja. Mamy też ciekawych bohaterów, obowiązkowo z problemami osobistymi, mamy dobre tło obyczajowe, i interesujące wątki społeczno-polityczne.


Jak nie polubić czegoś takiego? Tym bardziej, że całość jest przecież świetnie napisana i wręcz sama się czyta. Dla miłośników mocnych wrażeń na długie jesienne wieczory ta powieść jest jak znalazł. A przy okazji to znakomity dowód, że nawet współcześnie w thrillerach zdarzają się świetne rzeczy. Polecam gorąco.


A wydawnictwu Albatros dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Klatka dla ptaków #2 - Rihito Takarai, Yukako Kabei

JAK PTAKI W KLATCE


Pierwszy tom „Klatki dla ptaków” okazał się całkiem niezłą historią obyczajową z nutą tajemnicy. Co ciekawe, to nie wątek otwierający całość, na który liczyłem najbardziej, okazał się najciekawszy, a to co zaczęło dziać się bliżej końca. Dlatego cieszy mnie fakt, że ciąg dalszy w niezłym stylu rozwija te właśnie elementy, dodając jeszcze kilka ciekawych wątków.


Witajcie w Hotelu Williams Child Bird zwanym Klatką dla ptaków. Miejscu pełnym wszelkiej maści dziwaków i indywiduów, do którego trafiła Kizuna, znajdując tu niecodzienną pracę – modelki mieszkającego tutaj malarza, Yusseia. I właśnie te wydarzenia, plus tajemniczy złodziej okradający mieszkańców Klatki, doprowadziły do sytuacji, w jakiej nasza bohaterka i malarz właśnie się znaleźli. Kizuna bowiem odkryła tożsamość przestępcy, który na dodatek zaczął ją prześladować. Yussei przybywa jej z pomocą, dochodzi do szarpaniny i artysta kończy ze złamaną ręką. I to tą, którą maluje! Co teraz go czeka? Gips, powolny powrót do zdrowia i trudności w życiu. Ponieważ nikt nie chce pomóc mu w codziennych rzeczach, to właśnie jego modelka podejmuje się tego zadania. Jednocześnie odkrywa, jak smutny i bezlitosny jest świat, w którym żyje Yussei, a na dodatek poznaje historię jego poprzedniej muzy, której echa wciąż są widoczne w jego życiu i twórczości. Jakby tego było mało, kuzyn malarza zaczyna się nią interesować…


„Klatka dla ptaków” to lekka seria obyczajowa, której na plus należy zaliczyć dość tajemniczy i momentami przygnębiający wręcz klimat. Jak na mangę typu okruchy życia przystało, treść jest dość spokojna, skupiona na emocjach, postaciach, ich życiach i relacjach. Bohaterowie zresztą to zbieranina najróżniejszych typów, których łączy jedno – tytułowe miejsce. Miejsce będące jednym z najważniejszych bohaterów całości.


A co konkretnie tutaj mamy? Ludzi z problemami, ich tajemnice, nieco mroków przeszłości, oczywiście jest też powoli rodzący się romans, jak na shoujo przystało. Do tego dochodzi lekka, miła dla oka kreska, która nie epatuje czernią i dobrze oddaje charakter całości, a przy okazji także osobliwości zaludniających strony serii postaci.


Miłośnicy shoujo będą zadowoleni. Co prawda manga póki co na kolana nie powala, ale dostarcza porcji niezłej rozrywki i ma w sobie niejedną interesującą rzecz. I czyta się ją szybko i przyjemnie.


Tytuł dostępny tu:





czwartek, 27 września 2018

Virion: Obława – Andrzej Ziemiański

Z VIRIONEM LEPIEJ NIE ZADZIERAĆ


„Achaja”, mimo iż czasem trafiały się w niej słabe pomysły, a wiele interesujących wątków autor potraktował dość po macoszemu, to jedna z najlepszych polskich serii fantasy. Dobrze napisana, nieźle pomyślana, podana z humorem i ostrością, okazała się bardzo pozytywnym zaskoczeniem. Nic więc dziwnego, że chociaż pierwotnie miała być  trylogią, w końcu doczekała się pięciu tomów kontynuacji, a ostatnio także spin-offu „Virion”, którego drugi tom trafia właśnie do sprzedaży. I trzeba przyznać, że jest to dodatek naprawdę udany i wart polecenia wiernym czytelnikom serii.


Na najdziksze i najbardziej zapadnięte prowincje Luan, na pograniczu z Zimnymi Królestwami, przybywa Virion. Wraz z żoną Niki szuka tu schronienia, ale czy znalezienie go jest w ogóle możliwe? W osadzie dla straceńców i zbiegów, takich jak on sam, przekonuje się, że nie. Cesarska obława trwa, a on zmuszony jest uciekać dalej, przez nieprzyjazne miejsca i tereny, gdzie nikogo, a już w szczególności Luańczyków, nie czeka nic dobrego. Zaczyna się walka o przetrwanie, ale wrogowie już wkrótce przekonają się, że z Virionem lepiej było nie zadzierać…


Chociaż cała saga o Achai jest lekturą stricte męską, gdzie samczy faceci i piękne, twarde i obdarowane przez naturę kobiety biorą udział w wydarzeniach pełnych seksu i przemocy, spodoba się nie tylko płci brzydkiej. Ziemiański bowiem dorzucił do tego wszystkiego tak wiele ciekawych akcji i zagadek, osadził to wszystko w interesującym świecie, a na koniec podlał solidną dawką humoru, dzięki czemu zyskało lekkość i klimat, które spodobają się właściwie każdemu miłośnikowi fantastyki.


Oczywiście wszystko, co napisałem powyżej, odnosi się przede wszystkim do wcześniejszych tomów serii. „Virion” to, przy zachowaniu w pewnym stopniu tych elementów, skręt w kierunku bardziej klasycznego fantasy, gdzie liczą się przygody, niezwykłości i wyzwania. Interesujący bohaterowie wmieszani w wydarzenia zmuszające ich do pokazania swojej skrywanej natury, dużo zagrożeń i nastrój, za który kocha się ten podgatunek fantastyki sprawiają, że spin-off „Achai” czyta się naprawdę znakomicie i z ochotą na więcej.


Każdy więc, kto po „Pomniku Achai” chciał powrotu do tego, co pokochał w pierwszych trzech powieściach, na pewno będzie z całości zadowolony. Nie jest to wielka literatura, nie łamie konwencji i nie zaskakuje szczególnie, ale to kawał znakomitej rozrywki, jaką potrafi dostarczyć niewielu rodzimych autorów. Polecam, tym bardziej, że całość, tradycyjnie, doczekała się znakomitego, przyjemnie dla oka ilustrowanego wydania.


Dziękuję wydawnictwu Fabryka Słów za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

The Promised Neverland #5 - Kaiu Shirai, Posuka Demizu

WIELKA UCIECZKA


"The Promised Neverland' to manga, która w świetnym stylu łączy w sobie mrok i brutalność, z dziecięcą niewinnością, słodyczą i urokiem. W konsekwencji powstała seria lekka, przyjemna i urzekająca nieustającym napięciem oraz zagadkami, których wcale nie ubywa, nawet kiedy padają odpowiedzi na niektóre z pytań. A jaki ma ona klimat!


Dzieci z Grace Field House zawsze marzyły o jednym – by znaleźć dom i rodzinę zastępczą. Teraz ich marzenie jest zupełnie inne: przeżyć. Okazało się bowiem, że ich „Matka” w rzeczywistości pracuje dla demonów, które najwyraźniej opanowały świat, a dzieci są im składane w ofierze. Plan ucieczki długo w nich dojrzewał, teraz wreszcie nadeszła ta chwila, ale Emma podejmuje ciężką decyzję – zostawia za sobą najmłodszych, którzy mają wciąż jeszcze co najmniej dwa lata życia. Obiecuje jednak wrócić po nich i pomoc im, kiedy już uda się jej i reszcie osiągnąć cel. Ale co właściwie ma być tym celem? Ucieczka z terenu domu to jedynie wstęp do tego, co czeka na nich na zewnątrz. A nikt z nich nie ma pojęcia co to może być. Ścigani przez demony, nie mając większej nadziei na przetrwanie, starają się zrozumieć w środku czego się znaleźli…


Wygląd "The Promised Neverland" może mylić. Wielkookie dzieci o uroczych buziach, okładki mające w sobie sporo sielskiego klimatu, do tego lekka, sympatyczna pastelowa kolorystyka... To tylko pozory. Takie same, jak pozory spokoju życia w domu dziecka. Pod cukierkową niemal powierzchnią czai się mrok, który sprowadza strach, obawę o życie i prawdziwy smutek. I właśnie te emocje, w połączeniu z intrygująca fabułą, klimatem i solidną dawką zagadek robią największe wrażenie.


Oczywiście jak na rozrywkową serię przystało, całość nie jest ani zbyt ciężka, ani przesadnie mocna. Wszelką brutalność łagodzi urok, nawet jeśli na oddech nie ma tu właściwie miejsca. A wszystko to znakomicie uzupełnia szata graficzna, dość mroczna i lekka zarazem, pełna uroku, ale i nie wolna od bardziej makabrycznych scen, które jednak nie dominują nad całością.


A wszystko to znakomicie zilustrowane, w sposób doskonale oddający zarówno mrok, jak i niewinną stronę całości. Efekt finalny jest znakomity i naprawdę robi wrażenie. Aż szkoda, że manga nie ukazuje się częściej.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji







Aliens: The Original Comics Series, Volume 2 - Mark Verheiden, Den Beauvais, Sam Kieth

KLASYKA „OBCEGO”


Z komiksowym rozwijaniem filmowych uniwersum jest jeden problem. Te drugie bowiem w końcu nigdy ostatecznie się nie kończą, twórcy wracają do nich nawet po kilkudziesięciu latach, a co za tym idzie, komiksy, książki i gry je uzupełniające, stają się niekanoniczne i tracą spójność. Co więcej, zdecydowana ich większość pozostaje przy tym historiami słabymi, odcinającymi jedynie kuponiki od hitów i pozbawionymi większych wartości. Inaczej jest jednak z niniejszym albumem „Aliens”. Co prawda ze względu na rozwijanie fabuły drugiego filmu, nie jest on spójny z tym, co pokazano potem w „Alien 3”, jednak to tak świetna, klimatyczna i wciągająca opowieść, że fakt ten przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie.


Akcja albumu toczy się tuż po wydarzeniach pierwszej miniserii pisanej przez Marka Verheidena. Newt i Hicks przemierzają przestrzeń kosmiczną na pokładzie statku. Dziewczyna nadal stara się poukładać sobie w głowie to, co przeżyła. Z jednej strony pierwszy mężczyzna, który ją pokochał – ku swojemu i jej zaskoczeniu – okazał się androidem i teraz oboje muszą uporać się z tą sytuacją, z drugiej wciąż nękają ją wspomnienia o Obcych, wywołujące w niej ciągłe koszmary. Koszmary tak realistyczne, że zaczyna wierzyć, iż na statku rzeczywiście jest jeden z plujących kwasem stworów. Niestety, wkrótce okazuje się, że Newt miała rację. Jednak czający się Alien to najmniejsze z zagrożeń, jakie czekają na nią i resztę załogi…


„Aliens” Marka Verheidena to nie tylko pierwsze komiksy, jakie powstały na potrzeby tego uniwersum, ale zarazem jedne z najlepszych, jakie ma ono do zaoferowania. Ich siłą jest nie tylko ciekawe rozwinięcie wątków z drugiego filmu kinowego (mi nadal żal, że Newt i Hicks nie pojawiali się dalej na dużym ekranie, mimo planów by kontynuować ich losy), ale też i oldschoolowy klimat, któremu nie dorównują współczesne dzieła. Poza tym to dobrze napisane, utrzymane w duchu pierwowzorów historie, które czyta się naprawdę rewelacyjnie.


Ale największą siłą całości i tak pozostają ilustracje. Może nie te w pierwszej połowie, które przypominają mi europejskie komiksy, a nawet niektóre dokonania rodzimych twórców, choć i one mają swój ewidentny urok (i świetny kolor), ale już Sama Keitha na pewno. Ich oldscholowa prostota, połączona z brudem i realizmem, przywodzi na myśl „Potwora z bagien” Alana Moore’a i pierwsze tomy „Sandmana” Neila Gaimana i autentycznie zachwyca.


A przecież mamy też świetne wydanie. Powiększony format, twarda oprawa i dobrej jakości offsetowy papier doskonale pasują do tej klasyki. Jeśli więc się wahacie, przestańcie. Warto poznać ten komiks, tym bardziej, że przywrócono mu jego pierwotną formę (wydawca oryginału przez lata udostępniał wersję dopasowaną do „Aliena 3”, my mamy okazję czytać to, co chciał nam przekazać twórca).


Tę i inne nowości kupicie tutaj:




środa, 26 września 2018

Batman. Detective Comics #3: Liga ciei - James Tynion IV, Marcio Takara, Christian Duce, Eddy Barrows, Alvaro Martinez

MIEJSKA LEGENDA BATMANA


Komiksy o Batmanie od samego początku swego istnienia czerpały z bogactwa wiktoriańskich powieści grozy i kryminałów. Z czasem zaczął także wkraczać na tereny legendy miejskiej, do której mroczne zaułki Gotham, pełne najdziwniejszych szaleńców, pasowały jak ulał. Czy więc w jego własnej mitologii mogło zabraknąć czegoś na ten kształt? Nie. Jedną z miejskich legend Batmana pozostaje Liga Cieni, która obecnie wychodzi… hmm… z cienia, w kolejnym dobrym tomie przygód Mrocznego Rycerza i jego rodziny.


Cassandra Cain to jedna z najbardziej tajemniczych towarzyszy Mrocznego Rycerza. Dziewczyna o krwawej przeszłości i niepewnej przyszłości, rozdarta i skomplikowana… Teraz nadszedł czas by kolejne jej sekrety wyszły na jaw, a te mogą wiele zmienić. Gdy Liga Cieni, legendarna organizacja, na istnienie której nie było dowodów, atakuje Gotham i Rodzinę Człowieka Nietoperza, zaczyna się walka, na jaką obrońcy miasta mogą nie być gotowi. Dowodząca Ligą Lady Shiva nie ma najmniejszych oporów w posunięciu się do najgorszych czynów, a jednocześnie chce osiągnąć osobiste cele. Oczywiście na tym nie koniec, bo Ra’s al-Ghul włącza się do walki, a skoro on pojawia się na scenie, niczego nie można być już pewnym…


Seria "Batman" z "Odrodzenia DC" skupia się bardziej na solowych przygodach Człowieka Nietoperza. Inną ścieżką podąża "Detective Comics", który przedstawia nam działania Bat-Rodziny. Korzystając zarówno z dorobku twórców, którzy w latach 60. zaczęli tworzyć Rodzinę Batmana, rozbudowując ją o nowe postacie, oraz dokonań bardziej współczesnych, scenarzysta tej serii snuje interesującą, mroczną i bardzo dynamiczną opowieść. Podlaną na dodatek klimatem miejskiej legendy, nie tylko tej wewnętrznej, o której pisałem na wstępie. Wszystko to wciąga i dostarcza dobrej zabawy, nawet jeśli nie ma w tym większej głębi.


Co warto zauważyć, całkiem niezła jest też szata graficzna całości. Rysunki są tu dość realistyczne i przede wszystkim odpowiednio mroczne. Co prawda w poprzednich tomach seria wyglądała lepiej, ale i teraz ogląda się ją z przyjemnością, co po części jest również zasługą znakomitego koloru. A całość, nawet w prostszych momentach, jest klimatyczna i przyjemna dla oka.


Ci, którym podobały się poprzednie tomy, z tego też będą zadowoleni. To dobra seria rozrywkowa z ciekawym klimatem i własnym charakterem, a rozwinięcie postaci Cassandry (jednej z moich ulubionych bohaterek „Batmana”) należy zaliczyć jej jak najbardziej in plus. Rozejrzyjcie się za nią wśród nowości, bo warto.






Wrobiona w magię #3 - Kon Shiyota

WROBIONA W BYCIE CZARODZIEJKĄ


Wreszcie nadszedł koniec „Wrobionej w magię". Seria nie była długa, zamknęła się w końcu na ledwie trzech tomach, ale za to dostarczyła solidnej porcji lekkiej i sympatycznej rozrywki. Dużo humoru, sporo satyry gatunkowej i lekkość sprawiły, że całość czytało się szybko i przyjemnie. I tak też jest z ostatnim tomem, który co prawda został nieco zbyt szybko poprowadzony, ale dobrze domyka historię niemłodej już czarodziejki.


Clan, jako dziecko wiodła życie czarodziejki uwielbianej przez wszystkich. Teraz, kiedy jako dorosła kobieta powróciła do tej roli, spotkała się z o wiele mniejszym entuzjazmem (łagodnie rzecz ujmując). Obecnie jednak jest w większych kłopotach, niż mogłaby się spodziewać. Tajemnicze spotkanie z królową poszło nie tak, jak myślała. Była pewna, że władczyni wie o wszystkim, tymczasem ta w ogóle się jej nie spodziewała – co więcej, w ogóle nie chciała jej widzieć. Czyżby Mruczysław i Buromir oszukali ją i w coś wrobili? O co w tym właściwie chodzi? I dlaczego królowa tak nienawidzi ludzi? Wśród tajemnic na jaw zaczynają wychodzić sekrety czarodziejek a ostateczna walka zbliża się wielkimi krokami…


Ten tom zaczął się bardzo ciekawie. Ba, najlepiej ze wszystkich tomów „Wrobionej” i miałem nadzieję, że poziom ten zachowa do samego końca. Zrobiło się bowiem mroczniej, poważniej, przybyło pytań, akcja nabrała mocy… Niestety, im bliżej końca, tym wszystko zaczęło przyspieszać, tracić siłę i wracać do poziomu poprzednich tomów.


Czy to źle? Każdy, komu się one podobały – a i ja zaliczam się do tej grupy – na pewno będzie z całości zadowolony. Jest humor, dużo niewybrednych dowcipów, akcja, nieco łagodnej erotyki, kilka klimatycznych scen i przede wszystkim lekkość, która sprawia, że tomik czyta się szybko i przyjemnie. Owszem, to przede wszystkim męska lektura, ale i czytelniczki, które zaczytywały się przed laty w „Czarodziejce z Księżyca” i jej podobnych seriach, znajdą tu coś dla siebie.


Do tego mamy prostą, ale sympatyczną szatę graficzną i ładne wydanie. Fani komedii o niewyszukanym humorze i z absurdalną fabułą powinni „Wrobioną w magię” poznać. Nawet jeśli potencjał drzemiący w pomyśle nie został w pełni wykorzystany, całość i tak warta jest uwagi.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.







All-Star Batman #2: Końce świata - Scott Snyder, Jock, Francesco Francavilla, Tula Lotay, Giuseppe Camuncoli

PLEJADA WROGÓW BATMANA


Jaka była najlepsza seria jeśli chodzi o "Nowe DC Comics"? Zdania na ten temat,  jak zwykle są podzielone, ale pisany przez Scotta Snydera "Batman", który wprowadził solidne zmieszanie w świecie tytułowego bohatera zawsze jest wymieniany wśród tych najbardziej cenionych. Działo się w nim w końcu dużo, szybko, z klimatem i pomysłem. Autor chciał też zrewolucjonizować nieco postać i jej świat, co udało mu się całkiem nieźle. W ramach "Odrodzenia DC" poszedł jednak inną, bardziej rozrywkową drogą, która jednak spodoba się wszystkim miłośnikom "Mrocznego Rycerza".


Batman kontra Mr Freeze. Batman kontra Poison Ivy. Batman kontra Szalony Kapelusznik. Batman kontra Ra’s. Ileż było już takich walk? Ileż razy Bruce musiał stawiać im czoła, żeby ocalić niewinnych, swoje miasto a nawet świat? Teraz znów musi zmierzyć się z nimi, wędrując od Alaski, przez Kalifornię i Missisipi, po Waszyngton. Wszędzie czekają na niego potężni przeciwnicy, uzbrojeni nie tylko w broń, ale też i kolejne szalone plany. Co jednak ich łączy? Jaki jest cel tego wszystkiego? I co kryje się za tymi wydarzeniami?


Komiksy zebrane w albumie "All-Star Batman: Końce świata" to nic innego, jak seria walk Mrocznego Rycerza z jego największymi wrogami. Jeden po drugim, plejada największych złych uniwersum nietoperza przewija się przez strony historii, ukazując ich różnorodność i serwując nam historie osadzone w rożnych gatunkowych ramach. Od typowego kryminału zaczynając, na horrorze skończywszy, Snyder wnika w mitologię postaci, która mocno czerpała zawsze z wiktoriańskich klimatów.


Fabularnie rzecz jest równie udana, co pierwszy tom. Nie ma tu większych nowości i takiej dozy brutalności, ale każdy, komu podobała się tamten komiks, z tego będzie bardzo zadowolony. Nieco gorzej jest z szatą graficzną, bo rewelacyjnego Johna Romitę Jr. zastąpiła tu grupa artystów o rożnych stylach. Rzecz jest więc nieco prostsza, bardziej brudna, momentami wręcz niechlujna, choć wszystko to nieźle pasuje do całości. Nieźle, bo gdyby ilustracje zrobił wspomniany Romita Jr., byłoby po prostu znakomicie.


Czy muszę dodawać coś jeszcze? Miłośnicy Batmana będą bawić się znakomicie, więc polecam im ten album z czystym sercem. To udana historia i jestem ciekaw co jeszcze Snyder wymyśli, bo akurat pomysłowości odmówić mu nie można, nawet jeśli nie zawsze – tak, jak na przykład teraz – potrafi zaskoczyć.




wtorek, 25 września 2018

Head Lopper #2: Karmazynowa Wieża - Andrew MacLean

KTO UJDZIE Z ŻYCIEM


Pierwszy tom "Head Loppera" okazał się dużym zaskoczeniem. Oczywiście pozytywnym. Okazało się bowiem, że seria graficznie wyglądająca na dzieło niewprawnego, choć posiadającego talent artysty, to kawał znakomitego fantasy, lekkiego, brutalnego i nastrojowego. O wiele lepszego, niż można by sądzić a pierwszy rzut oka. Podlanego na dodatek solidną dawką czarnego humoru, który na szczęście nie zmienił całości w komedię, a dobrze uzupełniał jej poważną i brutalną stronę. I wszystko to czeka na czytelników także w drugim, równie dobrym co pierwszy, tomie.


Oto dla Ludu Liścia Fonga nadszedł z dawna wyczekiwany dzień, dzień, kiedy otworzą się bramy Karmazynowej Wieży, a – zgodnie z przepowiednią – nowy pan zasiądzie na jej szczycie. Dlatego też szykują się do tego, co czeka ich na miejscu, ale nie są jedyni. Do brzegu, po kolejnej konkretnej rzezi i spektakularnym zniszczeniu wyspy przybywa Dekapitator Norgal, uzbrojony w miecz i gadającą głowę wiedźmy Agaty Błękitnej. Wraz z towarzyszami też zamierza wziąć udział w tym, co nadciąga. A obok nich nie brakuje innych chętnych, także tych wcale nie oczywistych. Do Wieży wchodzi dziesięcioro wojowników gotowych na wszystko. Pytanie tylko, co tam właściwie na nich czeka? I kto z nich ujdzie z życiem z tego co przygotowano dla nich?


"Head Lopper" to seria specyficzna, bo graficznie nie każdemu przypadnie ona do gustu. Kreska autora, mocno czerpiąca z dokonań Mike'a Mignoli, choć bardziej uproszczona, ma co prawda swój charakter i klimat (który swoją drogą w dużej mierze buduje absolutnie rewelacyjnie dobrany w swej prostocie kolor), ale czasem sprawia wrażenie niewprawnej i aż nazbyt ascetycznej. Tym bardziej, że wcale nie rzadko ciąży ku cartoonowej stylistyce. A jednak, jeśli przełamać pierwsze opory, szata graficzna tego komiksu zaczyna intrygować i okazuje się, że ma w sobie to coś.


W odróżnieniu od niej, fabuła od samego początku nie budzi najmniejszych wątpliwości. To kawał niezłego, dynamicznego scenariusza, pełnego przygód, akcji, krwawych walk, olbrzymich wyzwań, szczypta tajemnicy, fantastycznych, czasem baśniowych bohaterów i humoru. Humor jest tu jednak bardzo mocno osadzony w powadze. Autor nie dystansuje się nim od całej reszty ani nie zmienia jej w komedię, po prostu dodaje wszystkiemu charakteru i pewnej ludzkiej lekkości.


To, że całość zyskała znakomite wydanie to rzecz oczywista dla każdego, kto miał do czynienia z komiksami od Non Stop Comics. Jest więc papier kredowy, nieco sztywniejsza oprawa, dobra jakość druku i również dobre tłumaczenie. Miłośnicy fantastyki będą zadowoleni i o to właśnie chodzi. Ja ze swej strony polecam, bo „Head Lopper” to kawał dobrego komiksu serwującego naprawdę udaną rozrywkę.






Shinigami Doggy #1 - Kana Yamamoto

ZABÓJCZE ONIGIRI


Chyba już w żadnym gatunku nie da się opowiedzieć niczego świeżego ani nowatorskiego. Można za to opowiedzieć dobrze to, co już było. Bo ile każdy z nas zna opowieści, kiedy to główny bohater umiera na początku, ale nie może pogodzić się z tym faktem i stara się za wszelką cenę wrócić do życia? Właśnie. I dokładnie ot tym opowiada "Shinigami Doggy", ale że robi to w sposób lekki, i sympatyczny, warto jest po ten tytuł sięgnąć.


Ken jest licealistą. A właściwie był. Biednym chłopakiem, który wiódł trudne życie, ciężko pracując by jego młodszemu rodzeństwu nie brakowało jedzenia. Wszystko zmieniło jedno onigiri, jego jedyny posiłek, który wypadł mu z ręki i zaczął turlać się w dół ulicy. Pech chciał, że wpadło pod samochód – a Ken za nim.
Teraz chłopak budzi się w zaświatach. Nie mogąc pogodzić się ze śmiercią i faktem zostawienia rodziny, błaga boga śmierci by pozwolił mu wrócić. Ten zgadza się, ale pod jednym warunkiem. Na świecie jest wiele dusz, które nie poszły dalej ze względu na niezałatwione sprawy. Bóg spełnia ich marzenia, żeby pomóc im przejść dalej, dlatego chce by Ken pomógł w tym choć jednej z nich, a jeśli mu się to uda, pozwoli mu wrócić. Ma czas dopóki jego ciało nie zostało skremowane. Chłopak z ochotą przystaje na propozycję, nie wiedząc w co się  pakuje…


Szczypta humoru, szybka akcja, ciekawy klimat, prostota, lekkość, sympatyczny bohater i wyzwania, jakim musi stawić czoła, by osiągnąć swój cel. Właśnie na tym bazuje "Shinigami Doggy", komedia akcja typu supernatural, której całkiem blisko do shounenowych mang. Nuta czarnego humoru i całkiem spora doza emocji sprawiają, że całość czyta się szybko i z przyjemnością. I chociaż nie jest to wielka manga, zabawę serwuje naprawdę przyjemną.


Oczywiście całość ma też całkiem niezłą szatę graficzną. Dość prostą, ale klimatyczną – czyli coś, do czego mangacy przyzwyczaili czytelników swoich dzieł. Delikatność kreski Yamamoto pasuje zresztą do tej opowieści, która woli jasne plenery niż mroczne domostwa, jakie z historiami o duchach i śmierci nam się kojarzą. Zresztą „Shinigami Doggy” to nie horror, a komedia fantastyczna i tak powinno się do niego podchodzić.


Ja w trakcie lektury bawiłem się naprawdę dobrze. Przypomniała mi też kilka dawno niewidzianych filmów z lat 80. i 90., bardziej na zasadzie skojarzenia tematyki, niż detali, ale jednak, co też stanowiło miły akcent. Miłośnikom lekkich komedii polecam z czystym sercem.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.








poniedziałek, 24 września 2018

James Bond #2: Eidolon - Warren Ellis, Jason Masters

TAKIEGO „BONDA” CHCE SIĘ CZYTAĆ


Jeśli „James Bond” to tylko albo filmy z Danielem Craigiem, albo komiksy pisane przez Warrena Ellisa – w innej formie go nie trawię, chociaż obejrzałem wszystkie kinowe odsłony serii, a i jakieś książki przewinęły się przez moje ręce. Co sprawia, że te dwa typy dzieł do mnie trafiły? Ich powaga, spora doza realizmu i specyficzny humor. Co w połączeniu z dynamiczną akcją, spektakularnymi scenami, brutalną nutą i udanym klimatem daje naprawdę znakomity efekt, który spodoba się miłośnikom dobrych, sensacyjnych tworów.


Dla Jamesa Bonda nie ma rutynowych misji, które mogłyby przebiegać w miarę spokojnie. Tym razem przybywa do Los Angeles żeby odebrać agentkę dyplomatycznego wydziały MI6 Cadence z posterunku tutejszego Konsulatu Turcji. Wywiad podejrzewa bowiem, że jej przykrywka jest spalona, a ona sama znajduje się w niebezpieczeństwie. Oboje nie mają jednak pojęcia, w jaki wielkim. Terroryści z MIT wkraczają do akcji, gdy tylko Bond kontaktuje się z Candence. Ale jak się wkrótce okazuje, nie tylko oni polują na kobietę, a stron zamieszanych w całą aferę jest o wiele więcej, niż mogłoby się wydawać. A jakie są ich cele?

Tymczasem źle się dzieje w samej ojczyźnie Jamesa Bonda. Wielka Brytania ma swoje problemy, a sprawy między MI5 i MI6 nie układają się najlepiej. A przeszłość nie śpi i chce upomnieć się o swoje…


Patrząc na „Jamesa Bonda” można by odnieść wrażenie, że jak na Warrena Ellisa to dzieło nie tylko niesamowicie spokojne, choć krew potrafi się tu polać strumieniami, a na głębszy oddech nie ma szans, ale przede wszystkim zwyczajne. Gdzie tu dziwność, do jakiej nas przyzwyczaił? Gdzie wulgarność? Gdzie sarkastyczna, cięta satyra? I  wreszcie, gdzie jego niekonwencjonalne, przełamujące gatunkowe schematy pomysły? Właśnie, gdzie? Odpowiedź jest prosta: w innych dziełach, tu bowiem brytyjski autor poszedł zupełnie inna drogą.


Jaką? Spod jego rąk wyszło dzieło będące hołdem dla klasycznych powieści o Bondzie. Utrzymane w stylistyce najnowszych filmów z przygodami agenta 007, a zatem i mocno czerpiące z quasi realizmu obrazów pokroju „Tożsamości Bourne’a”, zabiera nas w świat tajnych służb i szpiegowskich gierek, ukazany co prawda w sposób przekonujący, ale zarazem z całym dorobkiem popkulturowego inwentarza. Efekt finalny jest znakomity, lekki i ciężkawy zarazem, bawiący, choć pozbawiony większej głębi. A jednak i tak znakomity.


Do tego dochodzi udana szata graficzna, dość realistyczna i utrzymana w stylistyce typowej bardziej dla europejskiego, niż amerykańskiego komiksu i świetne wydanie. Filmowe poprowadzenie akcji sprawia, że albumy z tej serii czyta się tak, jak ogląda kinowe hity. Kto lubi filmy z Craigiem, nie pożałuje.