wtorek, 30 października 2018

Rat Queens #4: Najwyższe fantazje - Kurtis J Wiebe, Owen Gieni

KOLEJNY QUEST KRÓLOWYCH


"Rat Queens" to humorystyczne fantasy znajdujące się na styku opowieści przeznaczonych zarówno dla facetów, jak i kobiet. I podobnie rzecz ma się z wiekiem docelowym odbiorcy - niby ostrość, brutalność i erotyka klasyfikują całość jako rzecz dla dorosłych, to jednak i tak najbardziej chyba przypadnie ona do gustu młodzieży. Jakkolwiek by jednak nie szufladkować "Szczurzych królowych" według powyższych wytycznych, jedno pozostaje niezmienne - to lekka, sympatyczna mimo wulgarności i wciągająca seria rozrywkowa, która do wybitnych może i nie należy, ale na pewno warta jest poznania.


W życiu naszych bohaterek znów wiele się dzieje! Kac, zgliszcza, całe podwórko zawalone ciałami (pijanymi, nie koniecznie kompletnie ubranymi, ale jednak ciałami)… A to jeszcze zanim wyruszą na questa. Wyprawa jednak czeka na nie, a wraz z nią zadanie rozgryzienia serii tajemniczych mordów na podobnych wyprawach. Nic nie wskazuje, że to typowi zbójcy, bo sprawca zostawia zarówno rozszarpane trupy, jak i wszystkie możliwe łupy, które normalny złodziej by zabrał. Szczurze Królowe rzucają się więc na oślep w wir walki, ale co właściwie szykuje dla nich los?


"Rat Queens" to seria, którą czyta się szybko i przyjemnie. W zamyśle miała być tworem feministycznym, wyzwolenie bohaterek jednak, ich brutalność, wulgarność i namiętność (że określę to takim eufemizmem) sprawiają, że całość zmienia się w typowo męską przygodę. Dużo nagości, obfite kształty, lejąca się krew, sprośny humor i momentami wręcz samcze zachowanie do gustu przypadną - co pisałem przy okazji omawiania poprzednich już tomów - szczególnie nastolatkom. Co wcale nie jest zarzutem, bo większość facetów wcale z tego wieku nie wyrasta - przynajmniej mentalnie.


Abstrahując jednak od tego wszystkiego, "Rat Queens" to seria dość typowa dla fantasy. Jest mieszanka bohaterów o różnorakim pochodzeniu gatunkowym, są questy, wrogowie, dziwne stwory, magia itd., itd. Dokładnie wszystko to, co być powinno. Jest też niezły klimat i całkiem udane zagadki popychające całość do przodu także czasem się znajdują. Oczywiście podobne opowieści nie mogą obyć się bez humoru, a ten jest tutaj jedną z najważniejszych rzeczy. Może daleko mu do wysublimowania, delikatności i skomplikowania, ale potrafi rozśmieszyć i niczego więcej w tym wypadku akurat nie trzeba.


Wszystko to wieńczy udana szata graficzna. Lekka, dość prosta, choć w tym tomie bardziej złożona ale nastrojowa. Utrzymana w klimacie europejskich komiksów fantasy, co należy uznać za plus – także jeśli chodzi o całkiem dobrze dobrany do niej kolor. Do tego dochodzi świetne wydanie i dobra cena. Miłośnicy męskiej, wulgarnej fantastyki na wesoło na pewno się nie zawiodą.





Szkolne życie! #10 - Sadoru Chiba,Norimitsu Kaihou (Nitroplus)

STUDENCKIE ŻYCIE


O tak, wreszcie jest! Najnowszy tomik "Szkolnego życia" długo kazał na siebie czekać, ale  - jak zawsze zresztą - warto było. Urok, krew, mrok, i humor mieszają się w pełnej akcji i łagodnej erotyki opowieści, która może i wygląda, jak przeznaczona jedynie dla facetów, ale w rzeczywistości spodoba się każdemu miłośnikowi grozy, niezależnie od płci. Oczywiście, jak się chyba domyślacie, miłośnikowi mającemu na karku przynajmniej piętnaście lat.


Zaczęło się studenckie życie bohaterek! Kurumiś znów jest z przyjaciółkami, ale te chcą mieć pewność, że dziewczyna nie ucieknie już więcej. Jednak to wcale nie największy z problemów, z jakimi muszą się uporać. Wszystko bowiem wskazuje na to, że ludzkości grozi wyginięcie, a jej los spoczywa w rękach nastolatek właśnie! Dziewczyny jednak mają plan, jak poradzić sobie ze wszystkim – część z nich ma zostać na uniwersytecie i zatroszczyć się o zapasy, przygotowanie hodowli roślin i wszystkiego, co wiąże się z życiem w tym miejscu. Reszta natomiast będzie musiała udać się do laboratorium korporacji Randall i przeprowadzić śledztwo. Co je tam czeka? Co jeszcze odkryją? I jak poradzą sobie z tym, co nadciąga?


"Szkolne życie" to określenie, które kojarzy się dość jednoznacznie. Nastoletni bohaterowie, szkoła, problemy związane z nią i z dorastaniem, pierwsze miłości... I właściwie nic z tego nie znajdziecie w tej serii. Poza nastoletnimi bohaterkami, oczywiście, i szkołą – choć ta jest rzeczą bardzo, bardzo umowną. Co zatem jest? Wszystko to, czego można się spodziewać po samym opisie - a zatem świat po apokalipsie, zombie, ludzie groźniejsi od bestii, krwawe walki, brutalne sceny, szybka akcja, dużo seksownych bohaterek o imponujących walorach i jeszcze więcej uroku, tkwiącego w jednej z bohaterek.


Zabawa ze "Szkolnym życiem" jest więc przednia. Nie ma tu miejsca na nudę, a całość wciąga. Do tego została odpowiednio zilustrowana - w sposób prosty, gdy mówimy o twarzach bohaterek i uroczych momentach i realistyczny, kiedy do głosu dochodzi mroczniejsza strona opowieści, a ta przecież dominuje. Co prawda pierwsze tomy tej mangi na kolana nie powalały, potem jednak całość rozkręciła się tak bardzo, że nie mogłem się od niej oderwać. I nie mogłem oderwać się także od tego tomiku.


Szkoda tylko, że na powstanie kolejnego znów będziemy musieli poczekać dłuższy czas. Ale i tak na pewno warto będzie na niego czekać. Ja ze swej strony polecam całość każdemu miłośnikowi horrorów.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.





poniedziałek, 29 października 2018

ReLife #8 - Sou Yayoi

PRZESZŁOŚCI POWRACA


Z "ReLife" miałem różne przeżycia. Zaczęło się tylko nieźle, potem było kilka dobrych tomów, po nich jakość na chwilę znów spadła, ostatecznie jednak podskoczyła i od tamtej pory trzyma się na naprawdę dobrym poziomie. Ósmy tom nie zawiedzie więc nikogo, komu podobała się poprzednia część. A dokładniej zadowoli wszystkich miłośników serii – i to jeszcze jak.


Sekrety i tajemnice. Wszystko, co skrywa przeszłość powoli zaczyna wychodzić na jaw, a wraz z nimi historia Chizuru Hishiro. Do tej pory znaliśmy ją jako licealistkę z problemami. Genialną, dociekliwą uczennicę, która nie potrafiła radzić sobie w kontaktach międzyludzkich. Teraz nadszedł czas by ujrzeć jej prawdziwą twarz!

Hishiro od zawsze była dobrą uczennicą, szkołę i studia skończyła ze świetnymi wynikami, ale w korporacji nie szło już jej tak dobrze. Z obowiązkami radziła sobie, jak należy, jednak nie w kontaktach. Częsta zmiana pracy doprowadziła do sytuacji, w której nie mogła już znaleźć zatrudnienia. I wtedy na jej drodze pojawił się człowiek, który zaproponował jej udział w projekcie ReLife i tak dziewczyna dotarła do momentu, w którym jest teraz. Co takiego jednak zmieni się w jej życiu, gdy przeszłość wyjdzie na jaw? I co to będzie oznaczać dla jej teraźniejszości?


Przy okazji recenzji poprzedniej części „ReLife” (a od tamtego momentu minęło już sporo czasu) pisałem, że manga zakończyła się retardacją, która sprawiła, że nie mogłem doczekać się ciągu dalszego. Teraz, gdy ów ciąg dalszy w końcu się pojawił, nie pamiętałem już za bardzo o co chodzi, ale taki to już urok czytania serii, które wciąż się ukazują. Na szczęście szybko ponownie wszedłem do tego świata, odnalazłem się w nim bez trudności i znów znakomicie się bawiłem.


We wspomnianym wyżej finale poprzedniej części autorka wprowadziła wątek, który tylko rozbudził mój apetyt. Konsekwencje wydarzeń mogły mieć zarówno kolosalne skutki, jak i można je było wyciszyć i zwolnić nieco tempo wydarzeń. Nie chcę się tu za bardzo wdawać w szczegóły, by nie zepsuć Wam przyjemności płynącej lektury, ale Yayoiso udało się w dobry sposób kontynuować wątki i stworzyła świetny tom, po którym mam tylko ochotę na więcej.


Jak zwykle nie zawiodła też szata graficzna, chociaż jak na mangę, „ReLife” zostało zilustrowane w nietypowy sposób. Owszem, mamy tu duże oczy, typowe mangowe twarze, prostotę w ukazaniu bohaterów i realistycznie oddane tła, jednakże całość od pierwszej do ostatniej strony jest w pełni kolorowa. Kolor to co prawda komputerowy, bardzo barwny (na pierwszy rzut oka seria może wyglądać bardziej, jak komiks złożony z kadrów anime), ale po bliższym poznaniu, udany.


Co ciekawe, choć całość jest kolorowa, a na dodatek wydrukowana została na papierze kredowym, cena niemalże nie różni się od standardowo wydanych tomików. Co też należy docenić. Tak czy inaczej przede wszystkim liczy się treść i szata graficzna, a te są bardzo udane. Dlatego też polecam gorąco Waszej uwadze ten tytuł.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.







niedziela, 28 października 2018

Wracać wciąż do domu - Ursula K. Le Guin

TAK POWINNO SIĘ WYDAWAĆ KLASYKĘ


Chyba nikt, kto przeczytał choć jedno dzieło Ursuli K. Le Guin, nie ma najmniejszych wątpliwości, że to jedna z najwybitniejszych autorek literatury z gatunku szeroko pojmowanej fantastyki w dziejach. Dlatego też zbiorcze wydania jej prac, które od kilku lat ukazują się na polskim rynku dzięki staraniom wydawnictwa Prószyński są nie lada gratką i to nie tylko dla miłośników tego typu dzieł. Bo twórczość amerykańskiej autorki (co warto nadmienić, o polskich korzeniach – jej pradziadek wyjechał z Polski po powstaniu styczniowym) to kawał dobrej literatury, potrafiącej zadowolić każdego – i każdego także skłonić do zastanowienia.


Treść tego zbioru jest łatwa do określenia i trudna zarazem. Łatwa ogółem, w szczegółach bardziej skomplikowana, bo wymagająca zagłębienia się w szczegóły. Pozwólcie jednak, że zostawię je do odkrycia Wam. Jedyne co musicie wiedzieć, to fakt, że czaka tu na Was niezwykłość różnych światów. Popis wyobraźni w ich kreowaniu, odkrywanie nieznanego i przede wszystkim człowiek – wrzucony w sam środek pędzących wydarzeń.


Jaka powinna być dobra fantastyka – to istotne pytanie, tym bardziej, że w ostatnich latach wartość tego (i nie tylko) literackiego gatunku została najpierw rozmyta, a potem niemal zupełnie zatracona. Rynek księgarski zalewają setki książek SF i fantasy, z których 99% jest nic nie warta, a te nieliczne perełki ciężko jest wygrzebać z błota, jakie tworzy cała reszta. Współczesny przepis na sukces jest prosty: ma być lekko, szybko, bez zbyt złożonych postaci i nieszczególnie mądrze, bo na hasło „ambitna książka” przeciętny, mainstreamowy czytelnik reaguje jeśli nie wstrętem, to mocną niechęcią. Przepis na dobrą fantastykę jest jednak inny: zaangażowana treść, nietuzinkowe pomysły, psychologicznie frapujący bohaterowie, odpowiedni ciężar, połączony z autentycznie urzekającymi wizjami, i satysfakcjonujący, krwisty styl.


I to wszystko oferują historie Ursuli K. Le Guin (nie tylko te zebrane w tym konkretnym tomie). „Wracać wciąż do domu" to świetnie napisane, poruszające wyobraźnię, umysł (a to nie jedno i to samo) i serce teksty, które zarówno czyta się jednym tchem, jak i smakuje powoli. Kreowani przez autorkę bohaterowie nie są płaskimi, prostymi postaciami – to ludzie z krwi i kości, choć uchwyceni na papierze za pomocą słów. Podobnie jest ze światami i wszelkiej maści wytworami wyobraźni. Mechanika tych pierwszych jest bowiem znakomicie rozpisana, a w drugim przypadku mamy do czynienia z rzeczami przekonującymi, realnymi i autentycznie fascynującymi.


Ale nie bez znaczenie jest też samo wydanie, bo zbiorcze tomy w twardej oprawie robią wielkie wrażenie i są idealnym uzupełnieniem treści. Pięknie prezentują się na półce, przykuwają wzrok, a edytorsko prezentują naprawdę wysoki poziom. Całość wypada po prostu satysfakcjonująco, a patrząc na ten tom trudno nie dojść do wniosku, że tak powinno się wydawać klasykę.


W skrócie: warto sięgnąć po tę książkę. I to jeszcze jak. Polecam zatem bardzo gorąco.


A wydawnictwu Prószyński i S-ka dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

piątek, 26 października 2018

B.B.P.O: Plaga żab #3 - Mike Mignola, John Arcudi, Guy Davies

WIĘCEJ PARANORMALNYCH PROBLEMÓW


Chociaż "Hellboy" i "BBPO" to wzajemnie uzupełniające się serie, traktujące właściwie o tych samych postaciach i poruszające się w tych samych gatunkowych realiach, różnią się jak dwie strony tej samej monety. O ile więc przygody Piekielnego Chłopca bliższe są przygodowym opowieściom grozy, mocno czerpiącym z legend i folkloru z całego świata, o tyle losy jego kolegów z Biura Badań Paranormalnych i Obrony to przede wszystkim historie akcji, utrzymane w klimacie "Z archiwum X". Warto jednak poznać oba cykle, bo są równie rewelacyjne i dostarczają tak znakomitych wrażeń, że każdy tom pochłania się jednym tchem i z ochotą na więcej.


Walka z Katha Hemem jest już za członkami Biura Badań Paranormalnych i Obrony, ale świat dowiedział się o wszystkim, a na dodatek trzeba usunąć skutki samego starcia. Chwila odpoczynku od wojny z plagą żab nie oznacza jednak spokoju. Paranormalnych wydarzeń nie brakuje, pojawiają się nowi przeciwnicy do pokonania, a wciąż trzeba poradzić sobie z tym, co spotkało bohaterów. Roger zginął, ale Kate Corrigan wierzy, że da się go przywrócić do życia. W tym celu udaje się do Francji, gdzie w tajemniczej księdze chce znaleźć sposób ożywienia go. Tymczasem powoli zaczynają wychodzić na jaw informacje na temat śmierci kapitana Daimio, a problemy z wizjami Liz jedynie przybierają na sile. A jakby tego było mało na scenie pojawia się Hellboy drogi którego i BBPO rozeszły się w nieszczególnie przyjaznych okolicznościach…


W trzecim tomie "Plagi Żab" wiodący dotąd temat tytułowy po części schodzi na dalszy plan. Zastępują go wątki poświęcone poszczególnym bohaterom, a co za tym idzie w końcu skrywane przez nich tajemnice zaczynają wychodzić na jaw. Jednocześnie poznajemy ich niepewne po wydarzeniach z poprzedniej części losy, co jest równie ciekawe, jak ich kolejne śledztwa. Standardowo nie zamierzam zdradzać Wam czy wszystko się wyjaśnia, ale za to mogę powiedzieć dwie rzeczy - rozwiązania, które się pojawiają, satysfakcjonują, a całość jest równie znakomita, co poprzednie części.


Do tego dochodzi też świetna, tym razem jednolita szata graficzna, całkiem niezły kolor i znakomite wydanie, pełne zakulisowych dodatków.  Zebrane tu komiksy czyta się i ogląda z wielką przyjemnością, a same tomy znakomicie prezentują się na półce. Tym bardziej w towarzystwie "Hellboya", który doczekał się niedawno pięknego wznowienia, wciąż dostępnego wśród nowości.


Miłośnicy przygód Piekielnego Chłopca koniecznie powinni "BBPO" poznać. Podobnie, jak miłośnicy horrorów, którzy poza kontynuacją losów tytułowej jednostki, znajdą tu także samodzielne opowieści, bardzo klimatyczne i wciągające. Dlatego polecam gorąco, naprawdę warto. Chociaż uważajcie, ta seria tak wciąga, że jak sięgniecie po jeden tom, będziecie chcieli więcej i więcej.



czwartek, 25 października 2018

Gnat: Rose - Jeff Smith, Charles Vess

ROSE KONTRA SMOK


Co prawda cała seria "Gnat" ukazała się w Polsce w trzech zbiorczych tomach imponującej grubości (każdy to dobre pięćset stron komiksu), to jednak wciąż niewydane pozostały dodatki do niej. A właściwie całkiem spora masa tych dodatków. Wszelkiej maści miniserie i oneshoty ukazywały się przez lata, uzupełniając naszą wiedzę na temat bohaterów czy też pokazując ich dalsze losy. "Rose" należy do tej pierwszej grupy. I chociaż niewiele wnosi ona do całości, to nadal kawał dobrego komiksu przygodowo-fantastycznego, po który śmiało można sięgnąć nawet nie znając głównej opowieści.


Smoki istniały od wieków, a dzięki ich królowej, pilnującej snów, na świecie panowała harmonia i spokój. Spokoju nie ma jednak w obecnych czasach, kiedy to żyć przyszło młodej i niepokornej księżniczce Rose. Gdy straszliwy smok zaczyna pustoszyć wioski Północnej Doliny, to na jej barki spada odpowiedzialność pokonania go. Dziewczyna nie ma jednak najmniejszego pojęcia jak mogłaby to zrobić, co gorsza nie wie także, z czym właściwie przyszło jej się mierzyć. Bo tak naprawdę przeciwnikiem jest tu ktoś zupełnie inny. Ktoś, kogo ona nie może pokonać – a przynajmniej nie może bez zapłacenia ceny, która zdaje się być wyższa, niż ktokolwiek gotów byłby zapłacić…


"Rose" to zarówno ten sam stary, dobry "Gnat", którego czytelnicy pokochali, a magazyn komiksowy "Wizard" uznał za jedną ze stu najlepszych historii graficznych w dziejach, jak i coś nowego, innego. Innego przede wszystkim pod względem grafiki, bo za ilustrację zabrał się zupełnie nowy autor. Nie zmienił jednak diametralnie wyglądu całości, dodał jej coś o siebie, taką bardziej europejską nutę. Nadal jest więc cartoonowo, nadal jest też kolorowo (ale nie nazbyt, tak by i dzieci, i dorośli także, byli zadowoleni), a całość pozostaje miła dla oka.


Fabularnie rzecz nie zawodzi. To tylko dodatek, nic co miałoby większy wpływ na całą historię, ale napisał go ten sam autor, który "Gnata" stworzył od podstaw. Dlatego charakter całości został zachowany, a klimat "Rose" zbliżony jest do tego, jaki prezentowały komiksy z głównej serii. Większych nowości tutaj zatem nie ma, podobnie, jak rewolucji. Ale jest dobra zabawa na dobrym poziomie. Czasem po prostu nic więcej nie potrzeba i tak właśnie jest w tym konkretnym przypadku.


Miłośnikom "Gnata" polecać nie muszę - i tak sięgną. Choć gdyby jednak byli jacyś nieprzekonani do spin-offu, polecam, bo jest tego wart. Stanowi bowiem dobre uzupełnienie serii i ma swój urok. Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że ukażą się też inne części tej historii, bo na chwilę obecną niestety nic na to nie wskazuje.





Kajtek i Koko w kosmosie #3: Przyjaciel Jol - Janusz Christa


FANTASTYCZNY KOMIKS POLSKI


Z klasyką różnie to bywa. Z jednej strony czasem jest tak, że coś jest do niej zaliczane, bo wówczas nie istniało nic lepszego, co nie znaczy, że twór ów wyróżnia się szczególną jakością. Częściej jednak są to rzeczy wartościowe, bo kiedyś nie tylko liczyła się jakość, nie ilość, ale przede wszystkim twórczość wciąż była świeża i pełna autentycznej pasji, którą od lat zastępuje już tylko wykalkulowanie. I właśnie takim dziełem jest „Kajtek i Koko w kosmosie”, historia, która nawet po pięćdziesięciu latach robi wielkie wrażenie.


Kajtka i Koka podróży przez kosmos ciąg dalszy. Wysłani przez profesora Kosmosika w ramach eksperymentu na gwiezdną tułaczkę, dalej odkrywają nowe światy, poznają ich mieszkańców, zdobywają przyjaciół i wrogów i przeżywają niesamowite przygody. W chwili, gdy zaczyna się akcja tej części, Koko zostaje w końcu wypuszczony i znów jest sobą, ale nieco dawnych przyzwyczajeń jednak w nim pozostało. Do tego w dalszej drodze towarzyszy im owadopodobny Jol. Powoli staje się jednak jasne, że najgorsze (i najdziwniejsze) rzeczy dopiero przed nimi…


Gdyby komiks ten powstał dzisiaj, byłby wtórny (w końcu jego schematy zostały już do cna zgrane), a przede wszystkim nie pobudzałby tak serc i umysłów. Im więcej współczesnych dzieł czytam, tym wyraźniej widzę, jak wszędobylski przekaz wizualny i ożywianie na ekranie nieziemskich cudów, zabiły ludzką wyobraźnię. Na szczęście Janusz Christa tworzył w latach, kiedy to autor musiał potrafić urzec swoją wizją. I musiał także nieźle się nagłówkować, by zawrzeć w swoim dziele jakąkolwiek satyrę, a nie podpaść cenzurze. Chriście udała się każda z tych rzeczy. Stworzył porywającą przygodówkę science fiction, pełną niezwykłości i epickich scen, a jednocześnie wypełnił ją analogiami do swej współczesności. Ta pierwsza strona komiksu zadowoli najmłodszych (tych dużych, z sentymentalnym sercem zresztą też), druga odsłoni przed dorosłymi głębię całości.


A na tym nie koniec. Jak na komiks publikowany w czasach PRL-u przystało, „Kajtek i Koko w kosmosie” bawiąc uczy, ucząc bawi. I robi to w świetnym stylu. Nie czuć tu nachalnego dydaktyzmu, jest za to urocza przypowieść o przyjaźni, odwadze i pokonywaniu własnych słabości. Dużo tu humoru, dużo niezwykłych przygód i dużo prosto skrojonych, ale zapadających w pamięć postaci, których losy nie są odbiorcy obojętne. Całość więc wciąga i intryguje, a i nie zawodzi także pod względem wizualnym.


Rysunki to w końcu klasyczna, świetna robota. Cartoonowa kreska, gęsto zarysowane kadry i prostota z miejsca wpadają w oko, urzekają i przy okazji doskonale oddają wszystko to, co zrodziło się w głowie Christy. Do tego nie można zapomnieć o kolorze, w końcu w ręce czytelników po raz pierwszy trafia wydanie w pełni kolorowe właśnie. I chociaż sam autor za życia przygotowywał się do niego, trzeba było dokończyć jego prace. Na szczęście udało się to zrobić z klimatem i szacunkiem dla pierwowzoru, bez nowoczesnych fajerwerków i szaleństw.


I tak oto w ręce czytelników trafia po raz kolejny absolutnie fantastyczny komiks – w każdym tego słowa znaczeniu. Jeden z najlepszych, jakie stworzyli polscy autorzy i coś ponadczasowego, co nie zestarzało się ani trochę. Ja ze swej strony polecam gorąco i niecierpliwie czekam na kolejne tomy.


A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.


Ex Machina, tom 2 - Brian K. Vaughan, Tony Harris

EX(?) MACHINA


Co jeszcze można świeżego opowiedzieć w gatunku superhero? Zdawałoby się, że nic. A jednak Brian K. Vaughan, autor "Y: Ostatniego z mężczyzn" czy "Runaways" pokazał, że można. I to na dodatek opierając się na elementach i schematach, które każdy miłośnik opowieści obrazkowych zna doskonale. Trzeba mieć tylko konkretny pomysł, konsekwentnie rozbudowywany i mocno osadzony w realnym świecie, co dodaje mu posmaku prawdziwości, do tego solidną dawkę talentu i pasję, dzięki której całość czyta się na raz, z zapartym tchem.


Mitchell Hundred niegdyś zdobył supermoce i stał się jedynym superbohaterem na świecie – Potężną Machiną. Teraz to wszystko jest już dawno za nim, został burmistrzem Nowego Jorku i prowadzi zupełnie inny tryb życia, niż wcześniej, ale przeszłość nie daje o sobie zapomnieć. Ze względu na swoją odmienność, Mitchell jest nękany, prześladowany i atakowany, a nie dość, że musi sobie poradzić nie tylko z polityką, ale i zamachami terrorystycznymi, to jeszcze na horyzoncie pojawia się wróg posiadający moc podobną do jego własnej. Czyżby nadszedł czas by Machina przestał być ex-bohaterem i wrócił do działania?


Jak pisałem już na wstępie, "Ex Machina" nie jest zbudowana na szczególnie oryginalnym pomyśle. Wręcz przeciwnie, mamy tu zwykłego człowieka, który swoje moce zdobywa w wypadku (Marvel od 1961 roku buduje na tym całe swoje uniwersum), mamy prześladowanie z tego powodu (niczym w X-Men) itd., itd. Fakt, że nasz bohater jest jedynym ziemskim herosem też nie jest niczym odkrywczym, choć w czasach, kiedy komiksowe światy zaludniają nieprzebrane rzesze obdarzonych niezwykłymi zdolnościami gości, łatwo można o tym zapomnieć. A przecież w zeszytach DC herosi od początku wydawali się być jedynymi na świecie, nawet jeśli współdziałali czasem z innymi.


Co zatem sprawia, że "Ex Machina" jest tak udana i ma w sobie świeżość, jakiej brakuje najbardziej wymyślnym opowieściom superhero? Przede wszystkim realizm, chociaż klimat całości też nie jest bez znaczenia. Samotność głównego bohatera, fakt, że ma dźwiga ona na barkach cały świat, są wyczuwalne, jak chyba nigdzie indziej w gatunku. Może nie jest to uczucie tak intensywne i dojmujące, jak np. w przypadku "Y: Ostatniego z mężczyzn", ale pozostaje bardzo wyraźne. Do tego dochodzi skupienie się na przyziemnych sprawach, polityce i wydarzeniach, które uwierzytelniają całą historię. Wreszcie mamy też multum nawiązań do klasyki science fiction, a w wyglądzie postaci odbija się wiele znanych twarzy, chociażby z "Gwiezdnych wojen".


A wszystko to podane w sposób skłaniający do myślenia, dostarczający świetnej rozrywki i bardzo nastrojowy. Zabawa też jest znakomita, a całość świetnie prezentuje się pod względem wydania. Czy trzeba dodawać coś jeszcze? Polecam.


A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.


Karneval #10 - Touya Mikanagi

PROBLEMÓW PRZYBYWA


To już dziesiąty tomik "Karnevala" - jak ten czas z mangą szybko minął. Szybko, przyjemnie i w bardzo klimatyczny sposób. Tym bardziej cieszy mnie więc fakt, że to nie koniec, a właściwie nawet nie połowa serii. A że wraz z upływem czasu całość rozwinęła się tylko na lepsze, mam nadzieję, że losy CYRKU jeszcze nie raz mnie zaskoczą. I to jak najbardziej pozytywnie.


Nai, Karoku i Gareki zaginęli, ale CYRKOWI udało się ich odnaleźć. Co więcej, dzięki tym wydarzeniom drugi z nich odzyskał w końcu pamięć (pytanie tylko czy całą) i relacje w grupie uległy zmianie. W drodze powrotnej wszyscy otrzymali jednak rozkaz udania się do Merumei wesprzeć badania Akariego. Wtedy jednak dochodzi do nieoczkiwanego wydarzenia – ktoś kranie majtki Yogiego. Ekipa zaczyna poszukiwania, ale sytuacja jest dziwna – złodziejem okazuje się bowiem kot, a te nie występują w okolicy. Nim jednak wszystko udaje im się rozwikłać, zwierzę znika.

Jednocześnie wszystkich niepokoi sytuacja w jakiej znalazł się Gareki. Oficjalnie chciał opuścić szkołę by ratować przyjaciela. Nieposłuszeństwo to karane jest wydaleniem z placówki, jednak najpierw chłopak musiałby opuścić mury szkoły, a tego nie zrobił. Zniknął co prawda, ale czujniki nie zarejestrowały by wychodził poza teren. Jaki czeka go teraz los?


Po ostatnich, pełnych akcji, napięcia i emocji tomach, nadszedł czas chwilowego odprężenia. Absurd, jakie pojawiły się pod koniec poprzednie części, niemal do połowy tomiku są obecne i stanowią chwilę przyjemnego, lekkiego oddechu od poważniejszych kwestii. Tym bardziej, że są równie udane, co cała reszta, a na dodatek doskonale komponują się z tym, co seria pokazuje nam (że tak to ujmę, z braku lepszego słowa) na co dzień.


Oczywiście akcja nie zwalnia tempa, uroku i bardziej emocjonujących scen także nie brakuje, a choć wzruszenia zeszły nieco na dalszy plan, ci, którzy szukają ich w tej mandze też nie będą rozczarowani. Przy okazji warto też dodać, że dziesiąty "Karneval" nie zapomina o tym, co dla serii ważne, czyli zagadkach i klimacie. Fakt, że czytelnik zdążył się już zżyć z postaciami sprawia, że coraz bardziej przejmuje się ich losem, a ten nie jest najszczęśliwszy. I chociaż możemy spodziewać się, co właściwie się wydarzy, i tak jesteśmy tego ciekawi.


Dobre ilustracje, typowe dla kobiecych mang, ale naprawdę udane i miłe dla oka to sympatyczne zwieńczenie całości. Świetne wydanie natomiast t taka wisienka na torcie. Całość jak najbardziej warta jest polecenia, co niniejszym czynię.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.







Superman. Action Comics #4: Nowy świat - Dan Jurgens, Patch Zircher, Ian Churchill

WOJNA SUPERMENÓW?


Chociaż zdania na temat najlepszych tytułów z "Odrodzenia DC" są mocno podzielone, dla mnie od samego początku "Action Comics" jest tym bezwzględnie najlepszym. Wszystko dzięki temu, że Dan Jurgens, legendarny scenarzysta przygód Człowieka ze stali, który w latach 90. uśmiercił i ożywił tę postać (zapoczątkowując tym samym trwającą po dziś dzień falę naśladownictw), stworzył rzecz świetnie nadającą się zarówno dla długoletnich miłośników Supermana, jak również zupełnie nowych fanów. Dodatkowo, mając szansę raz jeszcze napisać wątki, które przedstawił czytelnikom przed laty, wycisnął z nich wszystko to, co najlepsze, serwując nam wciągającą, pełną akcji i tajemnic opowieść rozrywkową w najlepszym tego słowa znaczeniu.


Życie Supermana zmieniło się, ale nie aż tak bardzo, jak można by sądzić. Po ostatnich wydarzeniach na niego i rodzinę czeka chwila wytchnienia, a oni sami przeprowadzają się z powrotem do Metropolis, ale niestety zło nie śpi. Ktoś zaczyna jednoczyć największych wrogów Supermana i przygotowywać ich do zniszczenia Clarka. Rodzina Kentów nie ma jeszcze pojęcia z kim przyjdzie im się zmierzyć, ale może to być największe i najniebezpieczniejsze wyzwanie w karierze Człowieka ze stali. Czeka bowiem na niego prawdziwa wojna z armią przeciwników, z których każdy dorównuje mu siłą. Ale nasz bohater nie będzie na froncie osamotniony…


W moim życiu komiksowego maniaka Superman przez lata był postacią raczej pomijaną. Z DC lubiłem przede wszystkim Batman, w czym zasługa świetnych twórców, których historie wówczas czytałem oraz mrocznego tonu serii – tak przeze mnie, miłośnika grozy, porządnego. W ostatnich latach to jednak komiksy z Człowiekiem ze stali najbardziej pociągają mnie, jeśli chodzi o albumy ze stajni tego wydawcy, a w "Action Comics" znajduję wszystko to, czego oczekuję od tej postaci.


W najnowszym tomie serii, po tym, jak część rzeczy rozwiązała się w znakomitym crossoverze "Superman: Odrodzony", wszystko to jest na swoim miejscu, łącznie z masą odniesień do wydarzeń sprzed ćwierć wieku. Otwarty zostaje nowy rozdział, inspiracje zeszytami z lat 90. nie znikają, jednak całość ma do zaoferowania całkiem sporo własnych, świeżych elementów. Do tego mnóstwo tu akcji, jest też niezły klimat, zagadek także nie brakuje, a wszystko mocniej niż dotychczas splecione jest z cyklem "Superman", wydawanym jednocześnie z "Action Comics" na polskim rynku.


Do tego dochodzi świetna szata graficzna, dość realistyczna i z nieźle dobranym kolorem, oraz dobre wydanie. Miłośnicy Supermana i dobrych opowieści superhero koniecznie powinni zainteresować się obiema seriami i rozejrzeć za nimi wśród nowości. Warto, tym bardziej, że jednocześnie splatają się one w pewnym stopniu także z innymi tytułami "Odrodzenia".




środa, 24 października 2018

Lucky Luke #31: Tortilla dla Daltonów - Morris, René Goscinny

DALTONOWIE PODBIJAJĄ MEKSYK


Każdy komiks o Lucky Luke’u jest dobry i żaden jeszcze mnie nie rozczarował, nawet jeśli opis brzmiał nieszczególnie zachęcająco. Są jednak takie tomy, które szczególnie pociągają mnie jako czytelnika. A mowa oczywiście o tych pisanych przez René Goscinnego, jednego z moich ulubionych scenarzystów. I ten właśnie należy do tej grupy i – jak zwykle – dostarczył mi mnóstwo znakomitej zabawy, na jaką liczyłem.


Zazwyczaj to Daltonowie napadają i porywają ludzi, teraz jednak role się odwróciły! Gdy więzienie pozbywa się czterech bandytów, przenosząc ich do placówki położonej niedaleko granicy z Meksykiem, tamtejsi przestępcy, zaintrygowani eskortą, dochodzą do wniosku, że w wozie musi być coś cennego. Dlatego też kradną go, a wraz z nim Daltonów właśnie. Nikt jednak nie spodziewa się, do czego to wszystko doprowadzi. Wrogowie Lucky Luke’a okazują się bowiem doskonałymi nauczycielami trendów w przestępczym fachu. Meksykańscy koledzy parający się tym samym zajęciem stają się podatnymi uczniami, a rzeczywistość zaczyna zmieniać się na kształt Daltonów. Czy ktoś będzie w stanie coś na to poradzić? Jak najbardziej, a tym kimś jest oczywiście Lucky Luke, który po raz kolejny musi stawić czoła swoim największym wrogom…


Czy René Goscinny kiedykolwiek zawiódł jakimś swoim dziełem? Nie, tak samo zresztą, jak nie rozczarował jeszcze żaden tom „Lucky Luke’a”. A przecież mógł. Ileż w końcu można pisać historii o takich samych przygodach, poprowadzonych według takiego samego wzoru, prawda? Ten tom mógł być takim przykładem, bo walka z Daltonami to najczęstszy motyw przewijający się przez serię. A proszę, Goscinny znów dał radę i zaserwował mi album, w trakcie lektury którego bawiłem się naprawdę znakomicie.


Żarty są trafione, akcja niezła, przygody tak samo. Znalazło się też miejsce dla żonglowania motywami i autoparodii, a lekkość całości i znakomite poprowadzenie sprawiły, że połknąłem tom na raz. Jak zawsze zresztą, co tylko przemawia na korzyść całości. A przecież miłośnikiem westernu trudno jest mnie nazwać. Z drugiej strony „Lucky Luke’a” tak można nazwać westernem, jak „Asteriksa i Obeliksa” komiksem historycznym, co nie znaczy, że fani opowieści o Dzikim Zachodzie nie znajdą tu nic dla siebie.


O szacie graficznej chyba wypowiadać się nie trzeba – co na czytelnika czeka w środku, doskonale widać już po samej okładce. Ale dla formalności dodam, że rysunki są tu lekkie, czyste i bardzo przyjemne w swej cartoonowej stylistyce. Do tego dochodzą dobry kolor i świetne wydanie, które nie są bez znaczenia dla odbioru całości. Ja ze swej strony polecam więc gorąco.


A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




Lucky Luke #1: Kopalnia złota Dicka Diggera - Morris

POCZĄTKI LUCKY LUKE’A


Każda seria ma swoje najlepsze momenty, ma też wyróżniające się choćby pod względem wagi opowieści, ale tak czy inaczej jeden typ albumów w szczególności wyróżnia się jeśli chodzi o wartość. O czym mowa? Oczywiście o pierwszych zeszytach i tomach, bez których nie byłoby całej reszty. Mogą być słabsze, mogą być naiwne, ale ich waga pozostaje niezmienna od niemalże samego początku. I tak jest właśnie z „Kopalnią złota Dicka Diggera”, debiutem Lucky Luke’a – absolutnym must read dla każdego miłośnika europejskich opowieści graficznych.


Lucky Luke, najszybszy kowboj na Dzikim Zachodzie i nieustraszony pogromca zbrodni, pewnego dnia spotyka swojego dawnego znajomego, Dicka Diggera. Tak zawsze zaczynają się wszelkie kłopoty i tak jest również tym razem. Dick znalazł bowiem żyłę złota – oczywiście w najdosłowniejszym tego określenia znaczeniu – ma więc powody do radości. Pech chce, że obaj zatrzymują się na noc w zajeździe by trochę odpocząć i wypić nieco mocnego trunku. Digger, pod wpływem alkoholu, rozgaduje się o złocie, bandyci postanawiają go obrabować i… Gdy ranny poszukiwacz złota nie będzie w stanie sam zająć się swoimi sprawami, to na Lucky Luke’a spadnie konieczność dalekiej wyprawy i wyścigu z czasem, by wyprzedzić i pokonać przestępców…


Co mogę powiedzieć o tym pierwszym „Lucky Luke’u”? Przede wszystkim chyba to, że na tym etapie (a jak pokazują niektóre z późniejszych tomów, trwał on wcale nie krótko), seria nie miała jeszcze wykształconego charakteru, jaki znamy obecnie. Na pierwszy rzut oka widać to w szacie graficznej, cartoonowej, to prawda, ale bardziej w disnejowskim stylu. I w pewnym stopniu także niedbałej, przynajmniej w stosunku do czystej kreski wypracowanej po latach. Ale i ona ma swój urok i klimat, które spodobają się nie tylko najmłodszym.


A jak rzecz ma się od strony fabuły? Zdecydowanie nie jest jej daleko do tych najbardziej znanych opowieści o najszybszym rewolwerowcu na dzikim zachodzie. Więcej tu co prawda slapsticku i humoru obrazkowego utrzymanych w tonacji wczesnych komiksów gazetowych, ale i tak widać już dość wyraźnie obraną ścieżkę autorską. Ścieżkę, którą tak znakomicie podążył potem René Goscinny, doskonale odnajdując się w tej konwencji.


A zatem miłośnicy Lucky Luke’a mają się z czego cieszyć. W ich ręce trafia bowiem nie tylko pierwszy album z przygodami tego bohatera, ale przede wszystkim znakomity komiks. Co więcej, wspiera go jednoczesna publikacja dwóch kolejnych tomów, więc dobra zabawa szybko się nie kończy.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Karneval #9 - Touya Mikanagi

KAROKU WRACA?


Akcja "Karnevala" co prawda nie wchodzi w ostateczną fazę, bo w końcu przed nami jeszcze dobrych kilkanaście tomików, ale osiąga punkt, w którym powoli istotne rzeczy zaczynają znajdować swoje wyjaśnienie. Dzięki temu całość nabiera tempa i na nowo rozpala czytelniczą ciekawość. Do tego wszystkie dotychczasowe elementy zostały zachowane, więc zabawa jak zwykle jest przednia i wciągająca.


Gdy Karoku założył swoją dawną bransoletkę, coś się stało. Jej uwolniona moc przeniosła gdzieś jego i Naia, a wiedząc, że coś niedobrego dzieje się z przyjaciółmi Gareki postanawia opuścić szkołę. Niestety dowiaduje się, że jeśli ruszy im z pomocą, zostanie raz na zawsze wyrzucony z placówki, która chce tylko jednego – zupełnego posłuszeństwa jej uczniów.

Tymczasem Nai i Karoku trafiają do miejsca, które może być dla nich bardzo niebezpieczne. Z pomocą przychodzi im pewna kobieta, ale to nie rozwiązuje problemu. Gdy Karoku zaczyna przypominać sobie rzeczy z własnej przeszłości, okazuje się, że nie tylko oni dwaj trafili tutaj. Jednocześnie także członkowie CYRKU są w drodze, by zażegnać kryzys. Do czego jednak to wszystko doprowadzi? Czy wróci „stary” Karoku? I jakie jeszcze sekrety skrywa ten chłopak?


Czy ten tom wyjaśnia wszystko? Nie, czego oczywiście każdy mógł się domyślić jeszcze przed jego lekturą. Właściwie stanowi wstęp do zrozumienia przeszłości bohaterów, ale dzięki temu akcja posuwa się nieco do przodu. Dodatkowo wprowadzenie większej dawki napięcia związanej z decyzją Garekiego sprawia, że całość oddziałuje na czytelnika w naprawdę intensywny sposób.


Oczywiście autorka postarała się także zaserwować nam całą gamę emocji. Są więc wzruszenia, jest humor (nawet absurdalny, z jakim spotkamy się w finałowych scenach tego tomiku), jest też standardowy urok całości i sporo momentów budzących niepokój - przynajmniej jeśli chodzi o los bohaterów. Autorka eksploruje tu także bardziej męskie strony opowieści, więc nie zabraknie również nuty erotyki oraz bardziej krwawych momentów.


Wszystko to, łącznie z udaną, lekką szatą graficzną, robi duże wrażenie. Ma też bardzo ciekawy klimat, który jest jedną z najlepszych rzeczy w tej serii. Ja ze swej strony polecam i od razu łapię za kolejną część.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.