piątek, 30 listopada 2018

Dziennik cwaniaczka: Jak po lodzie - Jeff Kinney

NOWE ZNACZENIE BIAŁEGO SZALEŃSTWA


W poprzednim tomie „Dziennika Cwaniaczka” mieliśmy Święta, ale bez zimy, bo rodzina głównego bohatera postanowiła wybrać się w cieplejsze rejony na ten czas. Teraz, by nie żałować swoim czytelnikom śnieżnego szaleństwa, Jeff Kinney serwuje nam część skupioną na właśnie na nim. Będzie więc biało, będzie zabawnie i nastrojowo. I jak zwykle na znakomitym poziomie, który dobrej rozrywki dostarczy nie tylko dzieciom.


Świat stanął na głowie! Nadeszła zima, a na dworze jest ciepło, upalnie wręcz. Winne wszystkiemu jest podobno globalne ocieplenie, ale Grega niezbyt to interesuje. On jest na tym świecie zbyt krótko by mieć z tym cokolwiek wspólnego, mimo to czuje, że tak nie powinno być. Dla niego zima to zimno i śnieg, a tymczasem ma wrażenie jakby było lato. I tylko szkolne termostaty grzeją zgodnie z oczekiwaniami pory roku tak, że nie da się tego znieść.

Wkrótce jednak zima zaskakuje drogowców, nadciąga mróz, zaczyna sypać biały puch… Śnieżyca sprawia, że szkoła zostaje zamknięta, a sąsiedztwo Grega zmienia się w miejsce regularnej bitwa na śnieżki. A przecież mieszkańcu Surrey Street od zawsze są w stanie wojny trwającej między górniakami a dolniakami. Teraz jednak nadchodzi prawdziwy sprawdzian ich mobilizacji i zdolności bojowych. A hasło białe szaleństwo nabiera zupełnie nowego znaczenia…


To już trzynasty tom „Dziennika Cwaniaczka” i jeśli ilość wydanych części świadczy o popularności serii – a bezwzględnie świadczy – to zdecydowanie coś musi w niej być. I chyba nie muszę Was przekonywać, że ta rzeczywiście ma w sobie to coś, bo jeśli czytaliście choć jedną z poprzednich książek, sami doskonale o tym wiecie. Co z tymi, którzy Grega, jego rodziny i przyjaciół jeszcze nie spotkali? Ta grupa musi wiedzieć jedno – jeśli lubi dobre, zabawne i niegłupie lektury dla całej rodziny, przy których doskonale bawić się będą zarówno dzieci, nastolatkowie, ich rodzice, jak i dziadkowie, „Cwaniaczek” jest dla nich.


Co mogę więcej powiedzieć na ten temat? Cóż, przygody Grega i jego przyjaciół są szalone, są też niegrzeczne (co ucieszy dzieci, bo kto chce czytać o grzecznych, idealnych bohaterach, prawda?), ale jednocześnie bawiąc uczą, ucząc bawią. Nie, nie przekazują tu większej wiedzy, ale chodzi w nich przede wszystkim o pokazanie czytelnikom konkretnych wartości i potępienie rzeczy niewłaściwych. Autor nie robi jednak tego w nachalnie dydaktyczny sposób, dzięki czemu całość ma pazur i jest atrakcyjna dla młodych czytelników.


Wszystko to jest przy tym lekko, prosto, ale naprawdę świetnie napisane, tak, że nawet dorośli nie poczują się zawiedzenie poziomem książek, a także bardzo ładnie zilustrowane. Owszem, rysunki są proste i dość sterylne w swoim wykonaniu, ale dobrze pasują do samej treści i świetnie ją uzupełniają. Bo „Cwaniaczek” to udane połączenie powieści i komiksu, które potem z dobrym skutkiem powieli nasi rodacy w świetnym „Hej, Jędrek!”.


Reasumując, warto „Cwaniaczka” poznać. Kto lubi książki w stylu „Mikołajka”, będzie zachwycony – tak samo, jak wszystkie dzieci lubiące czytać. A skoro o „Mikołajku” mowa, opowieści o Gregu to bodajże najlepsze obok niego dzieła w swojej kategorii, a to wielkie osiągnięcie. Dlatego polecam gorąco i czekam na kolejny, zapowiedziany już tom.


A wydawnictwu Nasza Księgarnia dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

czwartek, 29 listopada 2018

Ao no Exorcist #21 - Kazue Kato

ŚWIAT SIĘ ZMIENIA


I w końcu dotarłem do momentu, kiedy kończy się „Ao no Exorcist”. Nie że tak zupełnie, na rynku japońskim wciąż ukazują się kolejne rozdziały, jednak tom dwudziesty pierwszy, to ostatnia póki co część serii wydana na polskim rynku. I szkoda, bo na ciąg dalszy musimy czekać, a po wydarzeniach, jakie rozgrywają się na tych niespełna dwustu stronach i zaserwowanych nam retardacjach, ciężko będzie dotrwać do tej chwili.


Sytuacja w świecie egzorcystów chyba nie była tak ciężka od Błękitnej Nocy. Ziemia atakowana jest przez kolejne hordy demonów, coraz więcej ludzi je widzi, a jakby tego było mało zwołana zostaje konferencja prasowa, na której władze oficjalnie przyznają się, że w wydarzenia zamieszane są siły nie z tego świata. Wszystko wyjaśnić ma Mephisto Pheles, ale na miejscu pojawia się Yukio, żądający by dyrektor Akademii Prawdziwego Krzyża powiedział czy znał prawdę o jego ojcu. Sytuacja przybiera nieoczekiwany obrót, kiedy dochodzi do zamachu na Phelesa, a głównym podejrzanym zostaje Yukio…

To jednak najmniejszy z problemów. Rany odniesione przez Phelesa uniemożliwiają mu utrzymywanie bariery zabezpieczającej sztuczne wejście do Gehenny. Co się stanie, gdy wrota zostaną otworzone? Gdy świat zmienia się na oczach egzorcystów, Rin postanawia pomóc bratu i dowiedzieć się, co właściwie się dzieje. Wówczas na jaw wychodzą informacje o ich ojcu, dochodzi do kolejnej zdrady w szeregach egzorcystów, a relacje między bohaterami zmieniają się w sposób, którego nie da się już odwrócić…


Jak pisałem na wstępie, nadeszła ta chwila. Chwila z jednej strony pożądana, bo przecież od początku chciałem poznać wszystkie tomy „Ao no Exorcist”, ale zarazem niechciana – bo który czytelnik chce kończyć serię, którą polubił i czyta z wypiekami na twarzy każdy kolejny jej tom? Plus jest taki, że to nie koniec ostateczny, bo przygody nastoletnich egzorcystów wciąż się ukazują i trzeba tylko czekać na ciąg dalszy. Jeśli chodzi o minusy, owo oczekiwanie pewnie nie będzie krótkie, a że autorka w finałowych rozdziałach tylko rozbudziła mój czytelniczy apetyt…


Cóż, liczy się przede wszystkim to, że „Ao no Exorcist” znów było znakomite. Akcja trochę przyspieszyła, pojawiło się parę zaskoczeń, wątek Shiemi został nieco rozwinięty i moje obawy, że autorka nie ma pomysłu co z nią zrobić, zniknęły, do tego wszystko to podlane zostało ciekawymi pytaniami i paroma spektakularnymi sekwencjami. A wszystko to podlane solidną dawką emocji i szczyptą humoru.


Aż szkoda, że nie wiadomo, kiedy ciąg dalszy się ukaże. Tak czy inaczej jednak warto po „Ao no Exorcist” sięgnąć. Serię czyta się szybko i z dużą przyjemnością, do tego została świetnie narysowana i ładnie wydane. Dlatego niezmiennie polecam gorąco.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.






Kurt Vonnegut: Opowiadania wszystkie - Kurt Vonnegut

PRZEKRÓJ TWÓRCZOŚCI VONNEGUT


Kurt Vonnegut to jeden z najlepszych pisarzy, jakich twórczość dane mi było czytać. Ten niezwykle oryginalny zarówno pod względem stylu, jak i pomysłów, satyryk o ciętym języku osiągnął w swoich tekstach prawdziwe mistrzostwo w lekkim i dosadnym, ale nieoczywistym, komentowaniu rzeczywistości i naszej kondycji. Nic więc dziwnego, że wiele jego prac przeszło do historii literatury, a on sam zapisał się w niej złotymi zgłoskami. Nie powinno więc nikogo dziwić, że wznowienia jego prac cieszą się dużym zainteresowaniem, niniejsza publikacja jednak jest wśród nich rzeczą wyjątkową, bo jako pierwsza zbiera wszystkie krótkie teksty Vonneguta w jednym imponującym (oczywiście pod każdym względem) tomie.


Wojna i miłość. Przeszłość i przyszłość. Pewien mężczyzna konstruuje niezwykłą lampę do przywoływania służących, prezydent znosi wszelkie normy społeczne i zaczyna program Wielkiego Je…nia Kosmosu, bo Ziemia nie nadaje się do dalszego życia, a para, która nie deklaruje żadnej miłości między sobą, spotyka się po roku. Czy to w świecie, gdzie każdy jest równy, bo równy być musi, choćby trzeba go było do tego przekonać, czy w sielskiej atmosferze przedmieścia, tragedia, okrucieństwo i piękno niewinności, mieszają się ze sobą w nierozerwalnym tańcu, w którym to co realne, z tym co nieziemskie, tworzy nierozerwalne związki.


Przeczytanie tego tomu to nie tylko wyzwanie wymagające od czytelnika sporo czasu (prawie tysiąc stron nie pochłania się w jedno popołudnie) i siły (swoje tom waży), ale też i intelektualnego zaangażowania. Jednocześnie mamy tu także doskonale spełniony wymiar rozrywkowy, a  całość na dodatek stanowi kompletny przekrój właściwie przez wszelką tematykę, w jakiej w swej karierze poruszał się Vonnegut. Ba, jakby tego było mało, to także przewodnik po motywach, jakie potem wykorzystywane były wiele razy. Mi najbardziej rzuciły się w oczy podobieństwa między „Wielkim j…niem kosmosu” (cóż za tytuł, prawda?), a powieścią „Przeklęci” Chucka Plahaniuka. Zresztą obu autorów łączy podobieństwo stylistyczne i chociaż Palahniuk przyznaje się do inspirowania pod tym względem twórczością amerykańskiej mistrzyni krótkiej formy Amy Hempel, to właśnie Vonneguta wymieniał jako jedno z natchnień do napisania dylogii „Potępieni”/”Przeklęci” – o czym przeczytałem w jednym z wywiadów dopiero szukając potwierdzenia moich odczuć w wywiadach z pisarzem.


Wróćmy jednak do sedna. Styl Vonneguta jest świeży i nowatorski nawet dziś, jedna prawdziwą siłą jego tekstów jest ich treść. Bo pisarz ten nie tworzy tylko, żeby opowiedzieć nam jakąś historię. Jego interesuje coś innego – za pomocą poszczególnych opowiadań chce nam przekazać ważne rzeczy. Podejmuje tu polemikę ze zjawiskami społecznymi i politycznymi, ludzką naturę poddaje swoistej wiwisekcji, a na koniec bawi się w przewidywanie przyszłości. Z perspektywy lat widać trafność wielu jego profetycznych wizji, bo opiera je na obserwacji tego, co dzieje się wokół, a jak wiadomo człowiek się nie zmienia i wciąż powtarza te same błędy. Ale nie tylko. I na tym też polega geniusz pisarza.


Jednocześnie Vonnegut serwuje nam tu wszystkie tematy, jakie od zawsze go interesowały. Czytelnicy znajdą więc tutaj nie tylko wojnę, ale także miłość w różnych odcieniach, analizę amerykańskiego społeczeństwa i kursu, jaki obrało, a także przyszłość naszego świata, kosmos i wszelkiej maści fantastykę naukową, typową w szczególności dla lat 50. i 60. XX wieku. W każdej z tych materii, nawet jeśli sam narzeka, że nie potrafi tworzyć dobrych kobiecych postaci i pisać o miłości tak, by nie zdominowała tekstu (co prawdą nie jest), Kurt porusza się po mistrzowsku. Genialne operuje słowem, robiąc to w sposób zabawny, cięty i literacko wysmakowany, nawet gdy ocierający się o potoczność. Dodajcie do tego jeszcze genialne emocje, jakie potrafi wyzwalać Vonnegut – często jakże skrajne – i doskonały klimat.


Jeśli szukacie dobrej ambitnej literatury pięknej z najwyższej półki dla dojrzałych, wyrobionych czytelników, nie wahajcie się ani przez chwilę i rozejrzycie się wśród bestsellerów za „Kurt Vonnegut: Opowiadania wszystkie”. To rzecz niemal idealna i jednocześnie doskonała propozycja na prezent – także dla siebie samego. Powiedzieć, że polecam gorąco i z całego serca, to za mało, dlatego powiem wprost: sięgnijcie koniecznie, będziecie zachwyceni.

środa, 28 listopada 2018

Zabójcze maszyny - Philip Reeve

ŻYWE MIASTA


„And O you mortal engines whose rude throats.”

William Shakespeare, „Othello”


Gdyby nie fakt, że za filmową adaptację tej powieści, która dosłownie za chwilę trafi na ekrany kin, wziął się Peter Jackson, pewnie nie sięgnąłbym po tę powieść. Owszem, reżyser, poza „Niebiańskimi istotami” i trylogią „Władcy pierścieni” oraz „Hobbitem” nie zrobił nic naprawdę godnego uwagi (a i „Hobbit” tylko momentami przypominał widzom o jego dawnej świetności), ale to nie znaczy, że nie chcę sięgać po jego kolejne produkcje. „Zabójcze maszyny” też z chęcią obejrzę, nawet jeśli zwiastun nie obiecuje nic, ponad typową kinową rozrywkę, dlatego najpierw musiałem poznać książkowy pierwowzór. I nie żałuję, bo choć to tylko rozrywka, to naprawdę bardzo sympatyczna i mająca swój urok.


Przyszłość. Ludzkość, jak zwykle zawaliła sprawę i swoimi atakami doprowadziła świat do zagłady. Teraz ludzie żyją w ruchomych miastach, które przemierzają zrujnowaną planetę, polując jedne na drugie. Główny bohater, młody czeladnik Tom, który pewnego dnia zostaje świadkiem ataku pewnej dziewczyny, Hester, na Mistrza Cechu Historyków, Valentine’a. Napastniczka ucieka, chłopak rusza w pościg za nią, ale wszystko kończy się nieoczekiwanie dla niego. Gdy przekazuje Mistrzowi jej ostatnie słowa, zostaje wyrzucony przez niego na Zewnątrz, na pewną śmierć. Od teraz będzie musiał przetrwać na wygnaniu, a jego towarzyszką zostanie Hester właśnie. Co jednak na nich czeka i jakich rzeczy dowie się Tom?


Aż dziwne, ze ta powieść jest niezła. Przecież sam pomysł na nią jest tak absurdalny, że aż śmieszny – miałby sens, gdyby ze świata przyszłości uczynić miejsce o zupełnie innej mechanice, niż to zostało przedstawione na stronach „Zabójczych maszyn”. Ale jednak Reeve’owi udało się całkiem nieźle wybrnąć z tego i stworzyć przyjemną, szybką w odbiorze lekturę bardziej dla nastoletnich, niż dorosłych czytelników, choć na szczęście nie tak infantylną, by i tych starszych od siebie odrzucić.


Ogólnie rzecz biorąc to jednak tylko czysta, niezobowiązująca rozrywka. Lekka, prosta, pozbawiona większych zaskoczeń i zaludniona postaciami o nieskomplikowanej psychologii. Nie ma tu głębi, nie ma przesłania. Jest akcja, szybkie tempo i to, czego od podobnych lektur oczekujemy. Bohater wybraniec odkrywa część prawdy o swoim świecie i musi stawić czoła złu i dowiedzieć się reszty rzeczy, by wszystko zrozumieć. Towarzyszy mu oczywiście dziewczyna, a przeciw sobie mają nie tylko złych ludzi, ale i nieprzyjazne otoczenie. To właściwie tyle, a tytuł obiecywał wiele więcej. Zaczerpnięty z „Otella” Szekspira, mający głęboki wydźwięk, cytat mógł obiecywać wiele, choćby zanurzenie się w kwestie społeczne i tym podobne sprawy.


Została jednak całkiem udana fantastyka, którą czyta się naprawdę przyjemnie. A to i tak sporo znaczy, na tle zalewu nijakiej literatury tego typu. Dlatego polecam, warto sięgnąć przed filmem, jeśli lubicie tego typu historie. Mam nadzieję, że Jackson zrobi z tego niezłe widowisko i że już wkrótce doczekamy się wznowienia kolejnych części serii Reeve’a na naszym rynku, co zresztą zapowiada wydawca.


Dziękuję wydawnictwu Amber za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Kroniki jednorożca: Polowanie - Robert J. Szmidt

ZNALEŹĆ „JEDNOROŻCA”


Wielkim fanem Szmidta nigdy nie byłem i nigdy pewnie nie będę. Jak większość polskich fantastów, tak i on pisze w sposób prosty, lekki i szybki w odbiorze, ma dobre momenty, ale serwuje nam jedynie rozrywkę. I tylko rozrywką, nawet jeśli z perspektywy lat bardzo trafną w swym profetyzmie, jest powieść „Kroniki jednorożca: Polowanie”. Choć trzeba przyznać, że to nawet udana lektura, z paroma dobrymi wątkami i pazurem.


Przyszłość (przynajmniej dla czasów, kiedy powieść powstawała). Edmund Lis jest telepatą, potrafi czytać ludziom w myślach, narzucać im swoją wolę itd. Los chce, że zamiast zostać superbohaterem albo samemu czerpać korzyści ze swoich zdolności, staje się marionetką w rękach pewnego polityka. To jednak wierzchołek góry lodowej, bo już wkrótce utworzona zostaje tajna grupa wywiadowcza złożona z osób z podobnymi mocami. Ich cel na chwilę obecną jest dość prosty – znaleźć „jednorożca”, a dokładniej prawdziwego jasnowidza. Kogoś, kto potrafiłby przewidywać przyszłość. Jak się można spodziewać, Lis i jego ekipa nie wiedzą jeszcze, co na nich czeka…


Twórczość Szmidta znana jest nie tylko w Polsce. Autor ten, na rynku obecny od lat 80., stworzył wiele pamiętnych dzieł, w tym serię z gatunku space opera „Pola dawno zapomnianych bitew”, która nie tylko ukazała się w USA, ale także zdobyła tam spore uznanie. Pozytywnie wypowiadali się o niej m.in. Nancy Kress, David Weber czy Mike Resnick. Jeśli chodzi o „Kroniki jednorożca” trudno odnosić się do nich z aż takim zachwytem. To, jak pisałem na wstępie, dość prosta rozrywka pozbawiona większej oryginalności i głębi.


Na czym więc polega jej popularność? Bo gdyby nie była popularna, nie doczekałaby się wznowienia po ponad dekadzie od premiery, prawda? Dla polskiego czytelnika na pewno atrakcyjne są tu odniesienia do rzeczywistości. Gdy jednak powieść powstawała, siła jej wymowy nie była tak duża, jak teraz. Wtedy to była fikcja, ale rzeczywistość ją dogoniła, choć nikt nie mógł się tego spodziewać. Może zmiany polityczne były dość przewidywalne, ale już zamach Rosjan na polską elitę celem przejęcia władzy czy organizacja przez nasz kraj Euro na pewno nie znajdowały się w fazie przypuszczeń kogokolwiek. Szmidt to jednak wymyślił, przewidział wręcz, a całość wcisnął w sensacyjno-fantastyczne wydarzenia niczym z kinowych hitów akcji.


Rzecz w tym jednak, że nie wplótł tych wydarzeń w zbyt oryginalny scenariusz. Wręcz przeciwnie, całą fabułę (stanowiącą rozwinięcie opowiadania autora pt. „Polowanie na jednorożca”) Szmidt oparł tu na schematach pełnymi garściami czerpanych z książek Stephena Kinga o bohaterach z telekinetycznymi mocami, podlał to motywami z przygód X-Menów i innych komiksowych superbohaterów, a do tego dorzucił jeszcze coś z serialu „Z archiwum X”. I wcale swoich inspiracji nie ukrywa, nawet głównemu bohaterowi nadał pseudonim Mulder. Zabrakło w tym niestety trochę zabawy schematami i satyry, która dodałaby całości dystansu.


Ale jest niezła rozrywkowa opowieść. Nieco wulgarna, dość mocno ciążąca w stronę tendencji od lat popularnych w polskiej fantastyce (acz za rzadko przełamywanych). Nieprzekonani do rodzimych powieści z tego gatunku nieprzekonanymi nadal pozostaną, ale ich miłośnicy będą zadowoleni.


Dziękuję wydawnictwu Rebis za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Ao no Exorcist #20 - Kazue Kato


ŚWIĘTA, URODZINY,  ŚLUB I DEMONY


Od pewnego czasu „Ao no Exorcist” wkroczyło w taką fazę, że nawet w spokojnych, rozrywkowych momentach, dzieją się wydarzenia tak ważne i wywracające wszystko do góry nogami, że czytelnik nie ma chwili na złapanie oddechu. Ale przecież dokładnie o to chodzi. I na tym właśnie opiera się dwudziesty tom serii, który rzuca bohaterów w wir akcji i tylko podsyca postawione już wcześniej pytania.

                                        
Trwają przygotowania do świąteczno-urodzinowej imprezy. Niestety, jak się można domyślać, nic nie idzie po myśli bohaterów. Rin nadal nie może pogodzić się z decyzją Shiemi i chce dowiedzieć się, co sprawiło, że dziewczyna zdecydowała się na taki, a nie inny krok. Niestety jego starania kończą się fiaskiem. Jednocześnie Yukio zaczyna popadać w coraz większą złość i obłęd. Jego zachowania niepokoją nie tylko kolegów, ale także i wszystkich wokoło. Nieoczekiwanie Shura ma dla obu braci prezent, który pomoże im lepiej poznać ich zmarłą matkę. Jakby tego było mało, bohaterowie zostają zaproszeni na… ślub!

Tymczasem Light dalej prowadzi swoje śledztwo. Jego działania zwracają uwagę jego przełożonych, co skutkuje aresztowaniem egzorcysty. Zanim jednak zostaje zabrany, przekazuje wieści Yukio i Suguro, dając im wskazówki, które mogą zmienić wszystko. Na tym jednak nie koniec, bo świat atakuje coraz więcej demonów. Jakby tego było mało, coraz więcej ludzi jest w stanie je zobaczyć. Sytuacja z każdą chwilą staje się tylko trudniejsza, egzorcyści muszą szukać winnych, ale także i zmagać się z bestiami, jakim od wieków nie stawiano czoła…


„Ao no Exorcist”, mimo natłoku wydarzeń, od pewnego czasu nie pędzi już na złamanie karku. Są oczywiście wydarzenia przedstawione w zawrotnym tempie, a ich różnorodność sprawia, że każdy miłośnik serii znajdzie tu coś dla siebie. Jednak ten natłok elementów jest o dziwo bardzo leniwy. Co wcale nie jest minusem, bo dzięki temu autorka nie gubi gdzieś emocji, obyczajowego tła i klimatu, pamiętając jednocześnie, że shounen potrzebuje walk i epickich scen.


Do tego mamy humor, nieco zaskoczeń i sporą porcję dodatków. Bo, podobnie, jak to miało miejsce w tomie dziesiątym, tak i tu asystenci Kato zadbali o zaserwowanie nam grafik i komiksów swojego autorstwa. Nie są one co prawda tak udane, jak główna opowieść, która napisana i narysowana została w świetny sposób, jednak swój urok mają.


Jak zawsze więc polecam całość gorąco. Każdy miłośnik shounenów będzie z „Ao no Exorcist” bardzo zadowolony. Tym bardziej, że nawet w swoim gatunku seria naprawdę pozytywnie się wyróżnia.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.








wtorek, 27 listopada 2018

Łasuch, tom 2 - Jeff Lemire

LEKARSTWO CZY CHOROBA


„Łasuch” powraca z drugim tomem swoich przygód. Autorska seria Jeffa Lemire’a, który zachwycił czytelników swoim „Czarnym młotem” to kawał dobrego komiksu postapo, może nie nowatorskiego, ale zadziwiająco udanego, jak na zlepek motywów, które dla zaznajomionych z gatunkiem są rzeczami lepiej, niż dobrze znanymi. Jednakże klimat całości, a przy okazji – jeśli nie przede wszystkim – warstwa emocjonalna sprawiają, że przygody Łasucha wciągają i potrafią autentycznie urzec.


Łasuch to chłopiec z rogami. Jedno z dzieci narodzonych po tym, co jego ojciec nazywał mianem Wypadku. Tajemnicza choroba w ciągu siedmiu lat zdziesiątkowała ludzkość, a nowe pokolenie uczyniła hybrydami zwierzo-ludzkimi. Chłopak wraz z rodzicem mieszkał w lesie, trzymał się z dala od resztek cywilizacji, jednak rzeczywistość w końcu go dopadła. Uciekając przed polującymi na hybrydy ludźmi, znalazł oparcie w Jepperdzie, tajemniczym mężczyźnie, który przyszedł mu z pomocą. Ich relacje były trudne, ale obaj znaleźli wspólny język i teraz szukają lekarstwa na pandemię. Problem jednak w tym, że sam Łasuch najprawdopodobniej urodził się hybrydą jeszcze zanim pojawiła się zaraza. Pytanie czy to w nim należy szukać leku, czy też może źródła tego, co spotkało nasz świat…


"Łasuch" powstał w miejscu, w którym postaopkaliptyczny „Punisher: The End” Gartha Ennisa spotkał "Chłopca i jego psa" Harlana Ellisona i „Scouta” Timothy’ego Trumana. I, podobnie jak te dzieła, podąża dość jasno wytyczoną ścieżką gatunkową, która mi nieodmiennie kojarzy się z "Drogą" Cormaca McCarthy'ego i wciąż niezwykle popularnymi "Żywymi trupami". O ile jednak komiksowe "The Walking Dead" tylko miewało świetne momenty, przez większość serii pozostając zaledwie niezłą historią, o tyle "Łasuch" od samego początku trzyma równy, naprawdę dobry poziom.


Oczywiście wiadomo, że całość nie jest szczególnie oryginalna, bo i świat po zagładzie, i zwierzo-ludzkie hybrydy, i poszczególne wątki, zawiązania i rozwiązania akcji był już po wielokroć powtarzane, jednakże Lemire, podobnie, jak zrobił to w "Czarnym młocie", wtórność przekuwa w zaletę. Bawiąc się schematami i odwołując do znanych każdemu miłośnikowi fantastyki, tworzy naprawdę udaną a przede wszystkim klimatyczną opowieść o bohaterze zagubionym w świecie przyszłości, tak samo, jak my. Zabieg ten, użyty np. przez Bendisa w jego "All-New X-Men", pozwala mu na bardziej płynne wprowadzenie czytelnika do obcej mu rzeczywistości i takich też wydarzeń, bez uciekania się do tanich czy infantylnych zagrań.


Wszystko to natomiast ilustruje w sposób nietypowy dla amerykańskiego komiksu. Jego rysunki, stroniące od realizmu, często jakże dziwne, niektórych mogą zrazić, ale mają swój urok, są bardzo nastrojowe i z czasem okazuje się, że doskonale pasują do treści. Do tego wszystkiego dochodzi udany kolor, a świetne wydanie pozwala nam się tym wszystkim cieszyć w naprawdę dobrej jakości. Miłośnicy niemainstreamowej fantastyki będą bardzo zadowoleni. Ja ze swej strony polecam i czekam na kolejny (i zarazem ostatni) tom.


A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.


Ao no Exorcist #19 - Kazue Kato

AZYL


W dziewiętnastym tomie „Ao no Exorcist” wątek ze śledztwem Levina nie tylko nabiera tempa, ale staje się ciekawszy i zaczyna prowadzić do konkretów. Jak na tak niepozorną rzecz, konsekwencje całości są olbrzymie, a co za tym idzie, na czytelników czeka dużo zaskoczeń i dużo dobrej zabawy. A jak to znakomicie się czyta i jaki świetny jest przy tym klimat!


Levin i Suguro kontynuują swoje śledztwo w sprawie powiązań Akademii Prawdziwego Krzyża i Illuminati. Tym razem wkraczają do rezydencji Phelesa by dowiedzieć się prawdy o Sekcji 13 i ich działaniach. Mephisto nie jest szczególnie zadowolony z ich wizyty, ale daje im wskazówki, jak dotrzeć do prawdy. W ten oto sposób obaj docierają do Azylu – dormitorium dla młodych egzorcystów, zamkniętego szesnaście lat temu, bo to właśnie tu wydarzyła się Błękitna Noc. Dawny budynek szkoły miał zostać wtedy zniszczony, a potem odbudowany, ale jak widać, Pheles zamknął go w innym wymiarze, a wraz z nim kogoś, kogo obecnie wszyscy uważają za zmarłego. To tu Lighting i Suguro znajdują akta, które odpowiadają na wiele pytań, ale stawiają też kolejne, a także prowadzą ich do odkrycia początków działalności demonów na świecie i genezy wzajemnych relacji między Mephisto a Lucyferem…

Tymczasem Rin i Yukio szykują się do pogrzebu dziadka, nieświadomi wciąż, jaką w jego śmierci odegrał ich kolega. Jednocześnie w szkole zbliża się czas wyboru swojej ścieżki kariery egzorcysty. Shiemi decyduje się wbrew matce zacząć realizować swoje marzenia, ta się zgadza, ale najpierw chce jej powiedzieć jedną rzecz: rzecz, która może skłonić dziewczynę do zmiany zdania…


Nie spodziewałem się, że autorka pójdzie z mangą w tę stronę. W końcu seria jeszcze się nie kończy, w Japonii wciąż ukazują się kolejne rozdziały, a przede mną jeszcze dwa tomiki polskiego wydania. A jednak już tu wiele rzeczy staje się jasnych, a sytuacja nieco się klaruje. Nadal na szczęście dochodzą nowe wątki, na stronach panuje różnorodność tematyczna, natomiast poszczególni bohaterowie rozwijani.


Oczywiście nie brakuje także zapożyczeń, które stały się poniekąd cechą rozpoznawczą „Ao no Exorcist”. Co mamy tym razem? Coś rodem z „Rodziny Adamsów”, a dokładniej chodzącą ludzką dłoń. Jak zwykle jednak nie ma w tym wtórności, a stanowi miłe puszczenie oka do czytelników zaznajomionych z popkulturą.


W skrócie: jak zawsze warto. Lekka, przyjemna i bardzo udana zabawa gwarantowana. A jaki to wszystko ma klimat! Polecam.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.







poniedziałek, 26 listopada 2018

Ptyś i Bill: Śmiech to zdrowie - Jean Roba

KLASYCZNI PTYŚ I BILL


„Ptyś i Bill” powracają z drugim tomem swoich przygód. Przy okazji recenzowania poprzedniej części, stworzonej przez kontynuatorów dzieła Jeana Roby, napisałem, że mam nadzieję, iż w końcu na naszym rynku ukażą się także i klasyczne prace twórcy tej serii. I proszę, ku mojemu jak najbardziej pozytywnemu zaskoczeniu, wreszcie je mamy. Co prawda zebrane tu albumy pochodzą z samego końca kariery Roby, jednak i tak absolutnie warto je przeczytać, bo autor trzyma poziom, do jakiego przyzwyczaił czytelników innymi swoimi komiksami.


Ptyś i Bill to dwaj przyjaciele. Ten pierwszy jest chłopcem, którego ciągnie do figli i psot. Obowiązki? Jak każde dziecko unika ich, jak może, do pracy nie rwie się zbyt szczególnie, jednak do zabawy i szaleństw, jak najbardziej. Bill jest jego psem, a jak wiadomo, zwierzęta i ludzie, jakże często są do siebie podobne. I tak jest właśnie w tym przypadku, psiak jest leniwy, łobuzerski, ale jednak na tyle uroczy, że potrafi urzec. I wie, co to dobra zabawa (oraz jak dobrze zjeść). Do tego dochodzi Piotrek, kolega Ptysia, i żółwica Karolina. Razem przeżywają wiele przygód i dokładnie to robią także w tym tomie. W krótkich historyjkach poznajemy najróżniejsze ich zabawy, patrząc jak zmieniają się pory roku i pogoda, sceneria i godziny, ale śmiech, radość i chwilowe problemy, którym bohaterowie zawsze jednak sprostają bez większych trudności, cały czas towarzyszą Ptysiowi, Billowi i reszcie.


Jean Roba, ojciec „Sprycjana i Fantazjusza”, może takiej sławy, jak inni mu podobni autorzy nie zdobył, jednak jego komiksy wcale nie są mniej warte poznania, niż taka klasyka, jak „Lucky Luke”, „Smerfy” czy „Asteriks”. A „Ptyś i Bill” są pod względem tematyki i wykonania bardzo podobne do nich. Mamy sympatycznych, nietuzinkowych bohaterów, bardzo przy tym wyrazistych i posiadających cechy, z którymi możemy się identyfikować. Mamy lekkość, humor i dużo przygód. To, co różni tą serię od wyżej wymienionych, to fakt, że każdy album to zbiór krótkich, jednostronicowych historyjek, a nie jedna długa opowieść – czy też kilka nieco krótszych.


Długość nie ma jednak większego znaczenia. Liczy się, że całość jest lekka, wciągająca i niegłupia. Wszystkie historie czyta się z dużą przyjemnością, mają też swój klimat i charakter. I wszystkie także są znakomicie zilustrowane. Kreska Roby to typowa dla humorystycznego europejskiego komiksu środka robota. Cartoonowe rysunki, prostota, sporo detali i na dodatek urocze, dodatkowe kolorowane pastelami plansze, które wpadają w oko.


Do tego dochodzi świetne wydanie (w znakomitej cenie mamy trzy oryginalne albumy w jednym) i sam fakt, że możemy cieszyć się przygodami Ptysia i Billa. Bo to po prostu bardzo dobra seria, która może spodobać się i małym i dużym czytelnikom. Ja ze swej strony polecam i czekam na kolejne tomy.


A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

My Little Pony - Książka młodego konstruktora: Zamek Celestii (My Little Pony - Księga kreacji: Z wizytą w Canterlocie) - Marta Jamrógiewicz

ZBUDUJ SWÓJ ZAMEK Z KUCYKAMI


Jeżeli macie w swoim otoczeniu miłośników „My Little Pony”, a zastawiacie się co moglibyście dać im na prezent z okazji zbliżających się Mikołajek czy Gwiazdki, Wasz problem znalazł już rozwiązanie. „Z wizytą w Canterlocie: Księga kreacji” to pięknie wydana pozycja, w której najmłodsi znajdą to, czego oczekuje się od podobnych pozycji. Co dokładniej? Uroczo ilustrowaną opowieść ze świata Kucyków oraz prawdziwą gwiazdę tej książki – piankowy zamek Celestii do samodzielnego złożenia. W skrócie: znakomita zabawa gwarantowana.


Najpierw zacznijmy jednak od fabuły, opowiadającej nam o niezwykłym dniu w życiu Starlight Glimmer. Bo to właśnie ją, po raz pierwszy zresztą, mapa wzywa do rozwiązania problemu przyjaźni. I gdzie ma tego dokonać, jak myślicie? Oczywiście w Canterlocie. Starlight niezbyt przejmuje się tym faktem, Twilight jest jednak zdenerwowana. I to wcale nie dlatego, że w stolicy Equestrii może dziać się coś naprawdę złego i niebezpiecznego. Podejrzewa, że siostry Celestia i Luna znów się kłócą, co nikogo nie powinno dziwić. Rzecz w tym, że chciałaby towarzyszyć młodej uczennicy, ale mapa wezwała ją samą. I tak oto Starlight rusza do akcji. Na miejscu okazuje się jednak, że siostry zachowują się, jakby nic nie działo, a wszystko wydaje się idealne. Wręcz aż za bardzo. Jak słusznie podejrzewa klaczka, coś jest nie tak, tylko co? Co takiego ukrywają przed nią Celestia i Luna? Starlight będzie musiała to odkryć i znaleźć sposób na uporanie się z problemem!


Jeśli chodzi o historyjkę opisaną powyżej, a rozpisaną na dwadzieścia stron książeczki, to jej treść została opracowana na podstawie jednego z odcinków serialu.  Dla znających go dzieci nie będzie więc niczym nowym, ale, jak na opowieść ze świata „My Little Pony” przystało, jest lekka, prosta, urocza i z morałem. I nawet ci, którzy ją znają, z pewnością z chęcią ją sobie odświeżą. Tym bardziej, że zilustrowana została w bogaty sposób mnóstwem kadrów z animacji.


Ale oczywiście najważniejszym elementem całości jest zamek do samodzielnego złożenia. Ten różni się jednak od podobnych atrakcji wydawanych w serii „Bajeczka z modelem”. Tam mieliśmy do czynienia z czarno-białym modelem do złożenia (można go sobie było samodzielnie pokolorować), tu czeka na nas już gotowy, barwny zamek. I wygląda on naprawdę bardzo ładnie.


Złożenie go też nie jest trudne. Elementy są duże, instrukcja prosta, ale całość daje wiele satysfakcji. Sam efekt finalny jest znakomity, a publikacja pełna uroku i słodyczy. Dlatego polecam ją naprawdę gorąco. Dzieci będą zachwycone.


A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Ao no Exorcist #18 - Kazue Kato

WĄŻ Z WOZU, BABIE LŻEJ


Wątek z przeszłością i przeznaczeniem Shury dobiega końca. Końca oczywistego, ale czy ktokolwiek spodziewał się czegoś innego? Ważne, że historia stworzona przez Kazue Kato zdołała zachować znakomity poziom i dostarczyła mi doskonałej rozrywki. A że i kolejny zaczęty przez nią wątek wypada niemal równie dobrze, co poprzedni, miłośnicy „Ao no Exorcist” nie będą mieli najmniejszych powodów do narzekań.


Wydawało się, że po serii demonicznych ataków Rina, Hachirotaro padnie. Jak się jednak okazuje, wroga nie da się tak łatwo pokonać, a życie Shury wciąż wisi na włosku. Misterny plan Yukio wciąż ma jednak szansę powodzenia, ale zajęcie się tą sprawą nie kończy wszystkich kłopotów. Tym bardziej, że działania Shimy pozostawiają nie tylko wiele do życzenia, ale też i coraz bardziej niepokoją znających go ludzi.

Tymczasem w szkole Suguro kontynuuje swoją naukę u Lightinga. Koledzy naśmiewają się z niego, bo bardziej zachowuje się, jak służąca egzorcysty – a nawet jego matka – niż uczeń, jednakże już wkrótce nadchodzi czas zmian. Levin chce bowiem odkryć pardwę na temat powiązań pomiędzy Akademią Prawdziwego Krzyża, a Illuminati. Do tego uważa też, że musi istnieć związek między japońską filią zakonu, a Błękitną Nocą. Dlatego też zaczyna detektywistyczne śledztwo, które może doprowadzić jego i Suguro w bardzo nieoczywiste miejsca…


Ale, poza początkowym finałem walki, najważniejszą rzeczą, jaka czeka na czytelników w tej mandze, jest powrót bohaterów do szkoły i związane z tym miłosne zawirowania. Owszem, wątek ze śledztwem posuwa akcję do przodu, stawia ciekawe pytania i ma swoją siłę, ale i tak sceny z Shiemi czytającą mangi shoujo by nauczyć się co to miłość (i tej jej miny!) są najlepszym – przynajmniej dla mnie – co ma do zaoferowania ten tom.


Ale na tym przecież nie koniec, chociaż – tradycyjnie po tomie pełnym walki i szalonej akcji – ta część jest spokojniejsza i bardziej stonowana, każdy miłośnik „Ao no Exorcist” znajdzie tu coś dla siebie. Szkolne życie, tajemnice, trochę akcji, trochę zaskoczeń, humor, emocje, miłość, mrok, klimat… Długo można by wymienić. Ale wszystko to jest tutaj, rozpisane na niespełna dwieście stron i świetnie zilustrowane. A przy okazji nie sprawia wrażenia wysilonego czy przepełnionego nadmiarem różnorodnych wątków i stylistyk.


Świetne rysunki, dobre wydanie i sympatyczne dodatki, w tym kącik pytań czytelników, na które odpowiada zarówno autorka, jak i postacie, doskonale wszystko to uzupełniają. Kto lubi shouneny, koniecznie powinien „Ao no Exorcist” poznać, bo to świetny reprezentant tego gatunku. Ja ze swej strony polecam gorąco.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.







niedziela, 25 listopada 2018

Life and Death #4: Alien vs Predator / Prometeusz: Ostateczne starcie - Dan Abnett, Brian Albert Thies

ALIENS VS. PREDATOR VS. LUDZIE VS. INŻYNIER


Dla wielu seria „Fire and Stone” była najlepszym, co w dziejach komiksowego uniwersum Alienów i Predatorów kiedykolwiek powstało. Nie zgodzę się z tym faktem, wciąż mając w pamięci takie perełki, jak „Aliens: Labirynt”, „Aliens: Aniołowie apokalipsy” czy nawet „Aliens: Zbawienie”. Ale rzeczywiście, komiksy z tego cyklu były naprawdę dobre, wyróżniające się na plus na tle przeważającej większości tego typu dzieł i ich kontynuacja, „Life and Death” trzyma poziom.


Kapitan Paget i jej pluton nie mają się najlepiej. Czekali na ratunek, jednak statek, który miał go im przynieść, zostaje zaatakowany przez Predatorów. Pomoc nie nadejdzie, jedyna nadzieja umarła, jak poradzą sobie żołnierze na niegościnnej planecie? I to na dodatek z kończącymi się zapasami? Oczywiście jakby tego było mało, a powierzchni czają się Alieni, a także Predatorzy. Sytuacja jest niewarta pozazdroszczenia. Tym bardziej, że gdyby udało im się przetrwać spotkanie z krwawiącymi kwasem maszynami do zabijania i rasą uwielbiającą polować na najbardziej niebezpieczne bestie we wszechświecie, czeka na nich jeszcze Inżynier…


Można mówić, że „Life and Death” to już powtórka z rozrywki. Można też zadawać sobie pytanie, po co to właściwie czytać, bo przecież twórcy nie pokażą nic istotnego, nie mając pojęcia, w którą stronę pójdzie kinowe uniwersum, wciąż rozbudowywane i czekające na swój finał. Ale równie dobrze można by zapytać po co oglądać filmy z Obcymi i Predatorami, bo przecież nie ma już w nich niczego oryginalnego. I tu właśnie tkwi odpowiedź: odbiorcy uwielbiają ten schemat, chcą jego powielania i doskonale bawi ich klimat zagrożenia, obecny czy mowa o filmach, książkach, grach, czy też komiksach. Oczywiście w tych dobrych.


I obecny jest on także w tym albumie. Owszem, całość nie jest dziełem artystycznym, to czysto rzemieślnicza, dość zachowawcza robota nie wykraczająca poza jasno wytyczone ramy, ale o to właśnie chodzi. Są ludzie, którzy musza przetrwać, są kosmiczne bestie, z którymi trzeba sobie poradzić, jest krwawo, jest mrocznie, a akcja pędzi na złamanie karku, choć i na spokojniejsze momenty miejsce również się znalazło.


Czyta się to szybko, lekko i przyjemnie. Jeśli zaś chodzi o szatę graficzną, rysunki są niezłe, nawet realistyczne w swej prostocie i brudne. Jest w nich mrok, są też „jasne” sceny – całość nieźle oddaje klimaty panujące w filmowej sadze. I stanowi całkiem przyjemne jej uzupełnienie.


Przy okazji warto też wspomnieć, że niniejszy tom mieści w sobie nie tylko tytułową historię, ale także one shot „Prometeusz: Ostateczne starcie”. Co cieszy, bo w jednym tomie dostajemy zamknięcie wszystkich wątków i solidną dawkę komiksów, a nie, jak w finałowej części „Fire and Stone” szkice zapełniające jedynie strony. Kto więc lubi Alienów i Predatorów, ten przy lekturze „Aliens versus Predator: Life and Death” będzie bawił się dobrze i wcale nie krótko. I o to właśnie chodzi. Dlatego też mam nadzieję, że kolejne historie z tego uniwersum pojawią się wkrótce wśród nowości.




Ernest i Rebeka #2: Szkoła wygłupów - Guillaume Bianco, Antonello Dalena

WALKA Z CHOROBĄ


Tak się złożyło, że kiedy miesiąc temu recenzowałem pierwszy tom „Ernesta i Rebeki”, leżałem w łóżku zdjęty przeziębieniem czy innym wrednym choróbskiem. I tak się składa, że również teraz, kiedy w moje ręce trafia drugi zbiorczy album o przygodach dziewczynki i mikroba, znów jestem chory. Cóż, taki mamy sezon. Kurowanie się sprzyja jednak czytaniu, a dobry, humorystyczny komiks działa jak najbardziej pozytywnie na nastrój. I właśnie ten album stał się całkiem miłym towarzyszem tych dni. Ale spokojnie, zabawa z nim będzie równe udana, a pewnie nawet lepsza, jeśli będziecie zdrowi i w pełni sił.


Rebeka ma sześć lat, jest mniejsza od innych dzieci i ze względu na słaby układ odpornościowy ciągle choruje. Dlatego też większość czasu spędza w domu, ale nie jest to czas łatwy ani szczególnie przyjemny, bo wciąż rozpiera ją energia i chęć zabawy. A nie jest o rozrywkę łatwo, gdy ma się ciągle kłócących się rodziców i nastoletnią, zajętą własnymi sprawami siostrę. Pewnego dnia Rebeka, wychodząc z domu, złapała wirusa, mikrob okazał się jednak nie taki zwykły. Niezwykle oporny  mutujący, został jej… towarzyszem. Od tej pory razem przeżywają razem wiele przygód. Teraz, gdy zbliża się lato i wakacje, dziewczynka trafia nad morze i odwiedza czarodziejskie królestwo. Kiedy zaś idzie do szkoły, przekonuje się, że nie wszyscy nauczyciele są źli. Niestety wkrótce także odkrywa, że nie tylko ona jest chorowita. Gdy jej dziadek zaczyna chorować, Rebeka rusza w podróż by pomóc mu… oczywiście swoimi metodami.


„Ernest i Rebeka” to seria prosta, lekka, zabawna, bardzo przyjemna w odbiorze i przede wszystkim pouczająca. Daleko jej do tylko humorystycznych opowieści, które mają na celu jedynie poprawienia nastroju odbiorcy, choć i to robi całkiem nieźle. Nie idzie też zbytnio satyryczną ścieżką, jaką podążają podobne komiksy by zyskać głębie. Zamiast tego stawia na emocje i sporo życiowych prawd, nie koniecznie przedstawionych w krzywym zwierciadle.


I wszystko to robi naprawdę w dobrym stylu. Każda z opowieści, jakie składają się na poszczególne tomy serii, to bardzo sympatyczna rzecz do połknięcia w kilka chwil. Można je czytać w kolejności zaprezentowane przez autora, można także poznawać niezależnie od siebie – czasem układają się w pewien ciąg, zawsze jednak są shortami autonomicznymi i doskonale sprawdzają się nawet w oderwaniu od całej reszty. Poza tym bohaterowie szybko kupują naszą sympatię, a ich przygody wciągają i potrafią ująć za serce.


Jeśli zaś chodzi o szatę graficzną, całość narysowana została w sposób typowy dla współczesnych europejskich komiksów humorystycznych, ale jest to rzecz jak najbardziej pożądana. Z jednej strony mamy cartoonową, dość prostą kreskę, z drugiej zagęszczenie kadrów na stronach sprawia, że całość wygląda bardziej szczegółowo i drobiazgowo. Do tego dochodzi dobrze dobrany kolor, potrafiący zbudować ciekawy klimat i świetne zbiorcze wydanie (jeden tom polskiej edycji zbiera w sobie trzy oryginalne albumy z przygodami Rebeki i jej mikroba) w dobrej cenie.


Dlatego też polecam gorąco. To znakomita seria zarówno dla najmłodszych, jak i tych (niekoniecznie tylko trochę) starszych czytelników i warto ją poznać. Jeśli lubicie europejskie serie humorystyczne, będziecie z „Ernesta i Rebeki” bardzo zadowoleni.


A ja dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.